-
nowość
Posmak - ebook
Posmak - ebook
Wyobraź sobie, że możesz zjeść ostatni posiłek z kimś, kogo straciłeś.
Konstantina Duchovnego nawiedzają smaki – wyczuwa w ustach potrawy, których nigdy nie jadł, a nawet nie miał szansy spróbować. Wkrótce odkrywa, że to duchy porozumiewają się z nim za pośrednictwem swoich ulubionych dań. Co więcej, gdy uda mu się idealnie odtworzyć smak takiego widmowego posiłku, zjawy materializują się na jedno, ostatnie spotkanie, trwające nie dłużej niż do ostatniego kęsa.
Co Konstantin zrobi z tak niezwykłym talentem? Być może jego życiową misją jest pojednanie żywych z tymi poza światem. Szkopuł jednak w tym, że nie umie gotować. Wejście w świat nowojorskiej gastronomii przypomina wyprawę przez wyjątkowo nieprzyjazny krąg piekła, ale to wcale nie nauka zawodu jest największym problemem Konstantina. Prawdziwe niebezpieczeństwa czają się bowiem w ukryciu – po tej i po tamtej stronie życia.
Historia o duchach, opowieść o miłości i stracie, melancholijna i pełna humoru, słodko-gorzka i apetyczna, pachnąca tęsknotą, doprawiona szczyptą magii – po prostu niepowtarzalna.
Bon appétit.
Wystarczy tylko sięgnąć.
Recenzje:
Nawiedzająca opowieść o bólu i przyjemności, i sile jedzenia.
Nigella Lawson
Dekadencki debiut, który zwiastuje pojawienie się na scenie nowego, błyskotliwego głosu. Melancholijna i apetyczna, autentycznie poruszająca, momentami przezabawna, uderzająca do głowy, słodko-gorzka piękna powieść o życiu i śmierci, żałobie i pożegnaniach, pasji i głodzie. Absolutny must-read.
Rachel Harrison, autorka „So Thirsty”, bestsellera z listy „USA TODAY”
Posmak zapiera dech w piersiach. Miesza ze sobą twardy świat nowojorskiej sceny kulinarnej i magię życia pozagrobowego. Daria Lavelle perfekcyjnie łączy zaskakujące składniki, otrzymując powieść, którą będziecie chcieli się delektować. To opowieść o żałobie, pełna humoru, ciepła, niespotykanej kreatywności – już nie mogę się doczekać, by znów ją przeczytać.
Laura Hankin, autorka „One-Star Romance” i „The Daydreams”
To świetna książka. Daria Lavelle serwuje nam opowieść o gotowaniu – zajrzenie za kulisy świata, który tak uwielbiamy – w genialnej, pełnej napięcia i świeżej powieści, której fabuła opowiada o tajemnicach śmierci i zmysłów. Nie mogłam oderwać się od lektury.
Joan Silber, autorka „Secrets of Happiness” i „Improvement”
Daria Lavelle to amerykańska prozatorka urodzona w Kijowie, wychowana w Nowym Jorku, obecnie mieszka w New Jersey. Uwielbia pisać o tym, co niemożliwe. Posługuje się wątkami magii i niesamowitości, by eksplorować problem tożsamości. Tworzy swoją własną mitologię świata restauratorów Nowego Jorku. Pisanie studiowała na Uniwersytecie Princeton i w Sarah Lawrence College, wydawała opowiadania w magazynach „The Deadlands”, „Dark Matter” i „Dread Machine”, zdobyła nominacje do branżowych nagród. „Posmak” to jej powieściowy debiut.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8391-445-9 |
| Rozmiar pliku: | 664 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KONSTANTIN DUHOWNY miał jedenaście lat, gdy po raz pierwszy poczuł smak czegoś, czego wcześniej nie zjadł. Siedział wtedy na krawędzi publicznego basenu w Brighton Beach, a jego pięty ubijały pianę z szarej wody.
Patrzył na plecy innych chłopaków – tych, z którymi chciał pływać, ale oni nigdy nie zaprosili go do swojego kręgu, nawet z uprzejmości. Popisywali się: robili stanie na rękach pod wodą, wstrzymywali oddech na czas i wypluwali chlorowaną wodę do góry jak morświny.
Obserwował ich przez całe popołudnie – Mitię, Saszę, Miszę K. i Miszę B., zwanego Niedźwiedziem ze względu na gęste czarne owłosienie na plecach – aż do chwili, gdy ich ojcowie, po przeczytaniu przemoczonych gazet i podrapaniu się po sutkach przez znoszone białe podkoszulki, jeden po drugim odrywali blade ciała od gumowych leżaków, dając znak do odwrotu.
Kostia przyszedł z Walerikiem – nastoletnim synem ciotki Natashy, która nie była jego prawdziwą ciotką, tylko znajomą matki – ale chłopak porzucił go natychmiast, gdy jego dziewczyna szepnęła coś o budce z całusami przy deptaku.
– Nie ruszaj się stąd – warknął Walerik do Kostii. – Zaraz wracam.
To było dwie godziny temu.
Gdy ostatni z chłopców, Mitia, opuścił ogrodzony siatką teren, Kostia poczuł, jak zazdrość pali go od środka. Nie miał nikogo, kto odprowadziłby go do domu – tak samo jak wcześniej nikt nie posmarował mu pleców, które teraz były czerwone, napięte i spieczone – i tak samo jak nie będzie nikogo, kto nauczy go mówić do tych chłopców tak, by wiedzieli, że jest jednym z nich.
Tylko że, oczywiście, nie był jednym z nich. Oni mieli żywych ojców.
Zaczął kopać wodę szybciej, gwałtowniej – kopał w stronę ojców i synów, kopał w wielką jamę tęsknoty, która ziała pustką gdzieś głęboko w środku, w ten sposób odczuwania braku, gdy czyjaś nieobecność doprowadza do szaleństwa, gdy brakuje ci każdej części tej osoby, nawet tych, których nigdy nie poznałeś. Ta niby-kieszeń żałoby była bezdennie głęboka, ale gdyby udało mu się sięgnąć do środka, podłubać w niej wystarczająco długo, by przebić się na drugą stronę – tam, gdzie pustka może się napełnić jak brzuch po sytym posiłku – może w końcu znalazłby to, czego szukał.
Kostia nagle przestał kopać. Coś przetoczyło mu się po języku, osiadło w ustach jak pasta. Posmak czegoś, czego nie zjadł, był oszałamiający. Słony, mięsny, lekko słodki i tłusty, z ledwo wyczuwalną nutą czegoś cierpkiego, a na końcu, już w gardle, przechodzący w gorycz. Gorycz, która rozkwitała jak siniak. Smak całkiem dobry, ale też trochę zły. Odrobinę gówniany. Przez chwilę zastanawiał się, czy któryś z chłopaków nie zrobił mu głupiego żartu i czy przypadkiem jakimś sposobem nie skosztował odchodów – chłopcy z ojcami z całą pewnością byliby w stanie zrobić coś takiego chłopcu bez ojca – ale szybko odrzucił tę myśl. Mlasnął, próbując przywołać doznanie z powrotem, ale już nie zdołał – została tylko ciepła fala rozlewająca się powoli po języku. Chłopiec tłumił łzy.
Zrozumiał, czym był ten smak, dopiero gdy przeminął.
Wątróbka. Smażona cebulka. Świeży koper. Odrobina soku cytryny.
Ulubione danie taty – tak przynajmniej twierdziła matka, która wspominała o ojcu rzadko i przestała smażyć wątróbkę po jego śmierci. Kostia nigdy jej nie jadł. Po prostu wiedział instynktownie – jakby nagle odkrył nowy zmysł – że duch tamtego dania, nie jego smak, lecz posmak, właśnie zagościł na chwilę w jego ustach. Przywołany przez kogoś, kto desperacko pragnął go znowu poczuć.SŁONY
WCZEŚNIEJ, DOKŁADNIE rok temu.
Wtorek. Upał. Gorące lato.
Ojciec Kostii wiązał służbowy krawat – paskudztwo z Miejskiego Zarządu Komunikacji.
Kostia zerkał na niego z kuchni – o tej porze zawsze tam był – stał w jednej skarpetce przed otwartą lodówką. Tkwił tam już tak długo, że kefir zaczął się pocić, a krople spływały po kartonie; silnik lodówki rzęził, jakby temperatura niebezpiecznie rosła. Przyglądał się zawartości – ostatnim razem ojciec go zagiął, ale dziś nie było na to szans.
– Zamykaj lodówkę – upomniał go. – Popsujesz. Wszystko zgnije. Naprawić wyjdzie drogo.
– Przepraszam – mruknął Kostia i zamknął drzwi bez pośpiechu, rzucając jeszcze ostatnie przeciągłe spojrzenie na słoiki, puszki i plastikowe pojemniki podpisane cyrylicą.
Tak naprawdę nie umiał czytać po rosyjsku (miał dziesięć lat i był bystry, ale przecież mieszkał w Ameryce, nie w radzieckiej Ukrainie), więc po prostu zapamiętał, jak wyglądają rosyjskie zakupy – że luli-kebab i ryż pakowano do styropianowych pudełek; że małosolne i kiszone ogórki, kapusta kiszona, pomidory w solance pływały leniwie w mlecznobiałych plastikowych litrowych pojemnikach; że sałatki – pikantna marchewka, majonezowa olivié, ziemisto-słodki buraczany winegret – mieściły się w przezroczystych kubeczkach z prostokątną etykietą; że białe papierowe torebki, które prześwitywały od tłuszczu, zawierały pierożki z mięsem, wiśnią, kapustą albo makiem – i teraz rozglądał się po półkach lodówki, robiąc przegląd. Potem usiadł przy kuchennym stoliku, z rękami złożonymi porządnie na lepkim plastikowym obrusie.
– Jestem gotowy – oznajmił.
Ojciec wciąż walczył z krawatem i nawet nie spojrzał na niego.
– Papa – jęknął Kostia i przeszedł na rosyjski – podziałajmy! Daj mi smak do zgadnięcia!
Miał nadzieję, że trud włożony w posługiwanie się językiem ojczystym przechyli szalę – ojciec od tygodni walczył z jego niechęcią do rosyjskiego, który zaczynał brzmieć obco i nieprzyjemnie układał się na języku. Kostia po prostu chciał być fajny, jak inni chłopcy w szkole – amerykański, anglojęzyczny, normalny; chciał się dopasować, być widziany, a nie pomijany.
Ojciec spojrzał z tęsknotą na lodówkę, potem na zegar nad kuchenką – i jego twarz posmutniała.
– Dziś się nie da, Kostońka – powiedział z autentycznym żalem. – Mam nową trasę. Nie mogę się spóźnić.
– Ale tato! – wrócił do angielskiego. – Tylko raz. Szybciutko!
Ostatnio, gdy grali w swoją smakową grę – ojciec wkładał mu do ust różne kąski, a Kostia miał je rozpoznać (z zamkniętymi oczami, bez podglądania) – udało mu się odgadnąć cztery produkty z rzędu: mortadelę, konfiturę morelową, rzodkiewkę z masłem i kostkę chałwy. Miał za sobą serię zwycięstw, kiedy ojciec podał mu na widelcu tłusty kawałek ryby.
– Proste! Sardynka! – krzyknął triumfalnie, zanim jeszcze skończył przeżuwać.
– Niet! – odkrzyknął ojciec z radością i walnął dłonią w stół. Kostia otworzył oczy i popatrzył na ojca z osłupieniem. – Szproty!
Ale to było kilka tygodni temu.
– Tylko raz – powtórzył teraz Kostia, a jego głos był jak lukrowany pączek.
Ojciec uśmiechnął się i pocałował go w czubek głowy.
– Z tobą nigdy nie ma „tylko raz”.
Zaczęli grać w tę grę w pierwszych miesiącach emigracji, gdy Kostia miał osiem lat. Chodziło o to, żeby pamiętał, skąd pochodzi. Żeby znał ojczyste smaki. Żeby mógł posmakować przeszłości, życia po drugiej stronie oceanu. To była jego ulubiona rzecz na świecie – jasne wspomnienie, którego się trzymał, kiedy amerykańscy koledzy śmiali się z jego niedopasowanych ubrań, dziwnego jedzenia i pokracznego angielskiego.
– Przysięgam!
– Kostońka, ja muszę na autobus.
Kostia ruszył za ojcem przez korytarz do sypialni rodziców. Stał w progu i patrzył, jak tata przetrząsa szafkę nocną w poszukiwaniu plakietki z nazwiskiem: Sergei Duhovny (kierowca nr 0727), wytłoczonym tandetną złotą czcionką w laminacie.
– Ale papa…
Ojciec odwrócił się bokiem i przecisnął przez wąski korytarz z powrotem do kuchni. Kostia był tuż za nim, nieustępliwy. Potrzebował tego teraz. Bardzo. Wczoraj, na deptaku Riegelmanna, dwóch chłopaków minęło ławkę, na której jadł lunch, i nie siląc się nawet na szept, skomentowali jego posiłek – resztki żarkoje, miękkiej wołowiny w gęstym brązowym sosie, spakowane do przypadkowych pojemników. Najwyraźniej potraktowali to jako afront, jakby gardził ich amerykańskimi parówkami.
– Co za dziwak – powiedział jeden.
– Słyszysz nas, dziwaku?
– Co on je? To wygląda jak sraczka.
– Później, Kostia. Jak wrócę.
– Nie – jęknął syn, robiąc nadąsaną minę. – Teraz.
– Niet – powtórzył ojciec twardo. – Później.
– Nigdy nie ma żadnego „później”!
Ojciec westchnął. Było w tym ciężkim oddechu zmęczenie i poczucie winy – pół na pół.
– Muszę iść. Całuję.
– Cały czas tylko pracujesz. To jest nasza jedyna rzecz!
– Idź do pokoju, Kostia – wyszeptał ojciec.
Ale Kostia się nie ruszył. Stał na krawędzi – i właśnie postanowił z niej skoczyć.
– Mama ma rację – wypluł z siebie. – Powinniśmy byli zostać w Kijowie!
Podsłuchał kiedyś matkę, jak rozmawiała przez telefon z siostrą. Przyciszonym głosem i z paczką papierosów pod ręką.
– Mama? Co ona…
– Tam byś mógł gotować! Miałbyś własną restaurację, zamiast jeździć tym głupim autobusem! – wrzasnął Kostia, przekrzykując ojca. – I nie musiałbym się tak wstydzić!
– Idź do pokoju – powtórzył ojciec, tym razem głośniej, z chropowatym drżeniem w głosie, jakby mówił przez łuski cebuli.
Sięgnął do klamki.
Kostia zacisnął pięści. Paznokcie wbiły mu się w skórę, zostawiając półksiężyce. W ustach czuł obrzydliwą mieszankę złości i porannego osadu z nieumytych zębów.
– To ty nas przywiozłeś do Ameryki – syknął. Powtarzał słowa, których nigdy nie powinien był słyszeć. – Bo tego chciałeś. Bo myślałeś tylko o sobie. Nie pomyślałeś, jak to wpłynie na mnie. Więc idź, mam to gdzieś. Idź do diabła!
Po angielsku brzmiało to inaczej. Lepiej. Tak jak mówią fajni chłopcy, trzaskając drzwiczkami szafek w szkole. Go to hell. A jednak Kostia poczuł moc tych słów – jakby zagrzmiało mu w piersi, jakby nagle zamarło powietrze w całym pokoju.
Ojciec się zatrzymał. Wciąż odwrócony tyłem.
– Jak chcesz – powiedział cicho i wyszedł ze zwieszonymi ramionami, całym sobą wyrażając poczucie przegranej.
Gdyby ojciec się wtedy zdenerwował. Gdyby go zrugał, ukarał, odegrał się w jakikolwiek sposób – może wszystko potoczyłoby się inaczej. Może byłoby mu łatwiej wmówić sobie później, po upływie dni, miesięcy, lat, że ojciec nie przypuszczał, by Kostia mówił to serio. Ale w jego głosie nie było gniewu. Tylko rezygnacja. Ból. I ten ból, który Kostia zadał najukochańszej osobie na świecie, tkwił jak zadra w jego sercu.
Nawet tuż po wyjściu taty, w oszołomieniu po swoim wybuchu, nie potrafił oderwać wzroku od drzwi. Czekał, aż on wróci. Aż mu wybaczy. Aż naprawi to, co Kostia właśnie roztrzaskał. Powtarzał sobie w myślach, że nie będzie płakał. Ale poczuł sól. Smak własnych łez. Jakby pił morze. Jakby już wtedy wiedział – po tym, jak zabrzmiało ich pożegnanie, po tym załamaniu w głosie ojca, jakby coś pękło w czasie – że to były ostatnie słowa, jakie od niego usłyszy.SŁODKI
TRZY MIESIĄCE po śmierci ojca. Urodziny Konstantina. Okropny moment.
Była jesień, liście zaczynały brązowieć, powietrze się ochładzało, ich życie przybierało dziwny nowy kształt, do którego mieli się teraz dopasować – jak galaretka. Życie bez niego.
Ktoś zapukał do drzwi, co wydawało się niemożliwe, bo od pogrzebu nikt się nie pojawił. Nikogo nie obchodziło, że Kostia miał urodziny, że jego matka nie wstawała z łóżka od paru dni, że w lodówce nie było nic, a w szafkach prawie nic do jedzenia.
To był kurier.
Z kwiatami w ręku. I dołączonym do nich liścikiem.
Ojciec zamówił bukiet z wyprzedzeniem, dogadał się z kwiaciarnią, wypisał kartkę – jak zawsze. Nie przewidział tylko, że nie będzie go przy drzwiach, żeby go odebrać, a potem wręczyć. Że nie poda ich mamie Kostii osobiście.
Kompozycja kwiatowa wypełniła pokój gęstym, słodkim aromatem. Kwiaty pachniały jak jej perfumy: paczula, konwalia, tuberoza. Dostawała takie od niego co roku, odkąd Kostia przyszedł na świat.
Ich zapach wypełnił całe mieszkanie, wsiąkł w ściany. Mama wyczuła go z łóżka i zataczając się, nie dowierzając, przyszła do salonu.
Kiedy zobaczyła wazon na stole, małą kartkę przyczepioną do bukietu, pismo Siergieja – jej Siergieja! – krzyknęła.
Kostia próbował przeczytać liścik, z trudem rozszyfrowywał pochyłe pismo, znaki cyrylicy rozsypane na kartoniku. Rozpoznał swoje imię – Костя – wśród zawijasów, które wyszły spod ojcowskiej ręki. Ale mama wyrwała mu kartkę, by sama mogła ją przeczytać. A potem rozpłakała się, jakby traciła go po raz drugi. Ten dar z zaświatów był jak ochłap, okrutny chichot losu.
Cisnęła wszystko do śmieci – kartkę, kwiaty, wazon, który pękł na pół, uderzając o dno kubła. Ale Kostia nie miał siły wystawić go na zewnątrz. Stał tam przez wiele dni, może tygodni. Kwiaty gniły w środku, łodygi rozpływały się w papkę, płatki więdły i brązowiały, a zapach stawał się coraz cięższy – z każdym dniem bardziej kojarzył się ze śmiercią.
TEGO WIECZORU, gdy Kostia wyciągnął z kosza kartkę, ukradł też ciasto.
Tort kijowski – z orzechową bezą i gęstym czekoladowym kremem na bazie masła – z cukierni przy Avenue U. Usiadł na ławce w ciemnym już parku i rzucił się na krem, na delikatną, sztywną bezę, która kruszyła się pod zębami w biały słodki pył. Jadł palcami, cukier kleił się do skóry, czekolada zostawiała ślady na dłoniach.
Już po kilku kęsach zrobiło się zbyt słodko, trudniej było przełykać, ale Kostia i tak pakował do ust kolejną porcję, i kolejną, i jeszcze jedną, jakby próbował wypełnić coś w środku. Jadł nawet wtedy, gdy ciało błagało, by przestał – on jadł dalej. Więcej, więcej. Każdy kęs z niebieskiego pudełka z cukierni. Wszystko, wszystko naraz.
Moja słodka Wiero! – głosiła kartka w jego kieszeni. – Kiedy urodził się nasz Kostoczek – największy dar od Ciebie – myślałem, że nie można kochać mocniej. Ale jak zwykle się myliłem. Dziś świętujemy jego dzień, ale to Ciebie chcę uczcić. Dziękuję Ci za naszego wspaniałego syna, za Twoją miłość i za nasze życie. Kocham Cię ponad wszystko. – S.
Kostia sylabizował każdą śliską literę z osobna, a słowa były jak cukier dla zepsutego zęba. Największy dar. Nasz wspaniały syn. Nigdy sobie nie wybaczy, że tak bardzo nie zasługiwał na te słowa.UMAMI
KILKA TYGODNI po tym, jak poczuł smak pieczonki przy basenie, to znowu się wydarzyło.
A potem znów.
Posmaki pojawiały się w ustach Konstantina jak wiadomości, za każdym razem przywodziły na myśl inną potrawę. Były coraz częstsze. Coraz intensywniejsze. Przychodziły nieproszone i osiadały w gardle jak widma.
Nie pochodziły od ojca – były zbyt obce, zbyt różne. I nie dawały mu spokoju.
W końcu poczuł się na tyle zaniepokojony, że postanowił opowiedzieć o wszystkim matce – wyznać jej, że poczuł smak pieczonki, i był pewien, po prostu wiedział, że to był znak od ojca. Miał nadzieję, że zrozumie. Może nawet go uspokoi. Po cichu liczył na to, że to ją ożywi – wyrwie z odrętwienia, pozbawi tej pustki w oczach i uciszy westchnienia rzucane w przestrzeń. Że da jej powód, by wreszcie wstała z łóżka. Minął rok, a ona wciąż nosiła żałobę jak ciężki kamień. Kostia pomyślał, że może – skoro naprawdę jej potrzebuje, w sposób, w jaki tylko dziecko może potrzebować matki – ona wreszcie zdecyduje się ten ciężar odłożyć, by pospieszyć mu z pomocą.
Poza tym nikt nie nadawał się do tego lepiej niż ona.
Wiera Duhowny była najbardziej przesądną osobą, jaką Kostia kiedykolwiek poznał. Nosiła talizmany, wierzyła w zabobony, odprawiała niezliczone rytuały, które pozwalały jej lawirować przez życie – omijać różne pułapki. Wiedziała, że nie wolno zamiatać, gdy ktoś bliski jest w podróży. Umiała zaradzić na złe oko. Nigdy nie dawała noży w prezencie. Witała gości chlebem i solą. Zapraszała dobre duchy, odpędzała złe. I gdyby nie przeraziła się jego wyznania – gdyby zamiast tego powiedziała, że już o czymś takim słyszała – może rozwiałoby to niepokój, który narastał z każdym kolejnym dziwnym posmakiem w jego ustach.
Ale twarz matki stężała po jego słowach.
Zobaczył w jej oczach strach, niepewność, rozczarowanie i wiedział, że mu nie uwierzyła.
Kazała sobie powtarzać wszystko w nieskończoność. Prosiła, żeby wyjaśnił.
A on nie potrafił. Nie wiedział, czym są te smaki ani dlaczego je czuje. Nie umiał wytłumaczyć, jak rozpoznaje ich składniki – po prostu wyświetlały mu się w głowie jak lista zakupów. Ani skąd wiedział – i to z pewnością, z jaką znawca rozpoznaje miejsce pochodzenia wina – że te smaki przychodzą do niego od zmarłych.
Zamiast tego spróbował jeszcze raz opowiedzieć o basenie. O chłopcach i ich ojcach. O pieczonce.
Matka pokiwała powoli głową – dwa razy – i kazała mu się położyć w swoim pokoju.
Potem zadzwoniła po karetkę.
Nikt inny też mu nie uwierzył. Ani ratownik, który uparł się, żeby zabrać go na konsultację psychiatryczną. Ani szczupła pielęgniarka z izby przyjęć, która robiła balony z gumy do żucia. Ani lekarka na dziecięcym oddziale Gravesend Psychiatric Center, która klikała długopisem, notując jego odpowiedzi.
Przez dwa tygodnie spał na gryzącej pościeli w białym łóżku, nagi pod szpitalną koszulą. Bez skarpet.
Trzy razy dziennie podawali mu tabletki – białe środki uspokajające w papierowych kubkach, takich samych, do jakich rozlewali keczup w szkolnej stołówce.
Nie umiał połykać leków – dławił się za każdym razem – więc patrzyli, jak rozpuszcza je pod językiem. Kruszyły się na kredowe grudki – gorzkie, paskudne, tak obrzydliwe, że zwymiotowałby, gdyby nie to, że stawał się od nich na tyle otępiały, że przestawał cokolwiek czuć.
Gdy spotkał się z lekarką po raz kolejny – w gabinecie, w którym unosił się zapach zupki chińskiej (o smaku wołowiny) – postanowił ratować się kłamstwem. Powiedział, że nigdy nie poczuł smaku pieczonki, nie naprawdę. Że wie, że ojciec go nie nawiedza. Że duchów w ogóle nie ma. Że wszystko zmyślił, bo mama przestała go zauważać po śmierci taty, a on był zły i chciał ją przestraszyć. Że przesadził. Że przeprasza.
Poczuł wtedy dziwną satysfakcję. Tak łatwo mu uwierzyła i z taką ulgą. Nieprawdziwa wersja wydarzeń była dla niej łatwiejsza do przyjęcia, a jego uchroniła przed konsekwencjami prawdy. Okłamywanie jej było jak rozkrajanie pieczeni. Rozkoszował się każdym soczystym kęsem.
Utrzymywał tę wersję nawet wtedy, gdy na języku pojawił się nowy posmak – właśnie tam, w tym martwym gabinecie z wyblakłymi zdjęciami, sztucznymi roślinami i lekarskim uśmiechem, który nie sięgał oczu.
Gruby, grillowany burger – średnio wysmażony, soczysty. Z odrobiną sosu. Do tego sałata masłowa, pomidor malinowy. Cebula, lekko podsmażona. Plasterki kiszonego ogórka. Bułka z sezamem, lekko przyrumieniona.
Powietrze wokół niego znieruchomiało, krawędzie świata się rozmyły, a smaki zmarłych wydały się bardziej żywe niż cokolwiek innego w tym martwym pokoju.KWAŚNY
LATA MIJAŁY, a jego życie fermentowało.
Miał piętnaście lat i wracał do domu. Grube podręczniki w torbie przewieszonej przez ramię obijały mu się o biodro. Pusty żołądek zaciskał się i rozluźniał – jak pięść.
Mama przepuściła pieniądze na jedzenie. Zamieniła bony żywnościowe, o które Kostia starał się godzinami, mozolnie wypełniając papiery, stojąc w kolejkach, na sześć paczek Virginia Slims od sąsiadki. Powinien był wypalić je z czystej złośliwości albo sprzedać na szkolnym parkingu za grosze, ale nie znosił ich smaku. I nie potrzebował umacniać swej pozycji wyrzutka. Naprawdę się obejdzie.
Zaburczało mu w brzuchu, gdy mijał rosyjski sklep i poczuł zapach żytniego chleba i podsuszanej kiełbasy. Istna tortura. Potem McDonald’s – o Boże, frytki – aż w końcu zatrzymał się na światłach, pod markizą greckiej knajpy Olympia.
Zerknął przez szybę, by sprawdzić, czy panuje w niej wystarczający chaos. Było pełno ludzi, niemal wszystkie stoliki zajęte, kelnerki uwijały się między salą a kuchnią. Wszedł do środka i ruszył prosto do kącika z kawą – małego stolika między barem a toaletą, na którym stały dzbanki, cukier, słodziki i jednoporcjowe kapsułki śmietanki.
Wrzucił śmietanki do torby razem z saszetkami cukru z logo Domino’s. A potem – trafił los na loterii – stosik pojedynczo pakowanych solonych krakersów. Śniadanie mistrzów.
Kiedy dotarł do domu, był już tak głodny, że wrzucił wszystko do kubka. Pokruszył krakersy, dodał cukier, dolał śmietanki i dopiero wtedy zauważył – o nie! – śmietanki się zwarzyły.
Wpatrywał się w tę miksturę – w białe grudki na powierzchni, w okruchy nasiąknięte serwatką, w cienką kwaśną ciecz zbierającą się na dnie.
Był tak głodny, że i tak to zjadł.
MIAŁ OSIEMNAŚCIE LAT.
Niby dorosły. Miał pracę – wykładał towar w sklepie osiedlowym. Zrobił prawo jazdy – choć nie miał samochodu. Mógł legalnie oglądać porno, podpisać umowę najmu, iść na wojnę. Ale nadal tęsknił za ojcem – jak dziecko.
Zawsze myślał, że z czasem będzie łatwiej. Nie było. Było tylko inaczej. Ból po stracie przeobrażał się z biegiem lat – przeszedł w tępy, wszechobecny ucisk – ale każde nowe doświadczenie, każda mała tragedia albo większy przełom, którym chciałby się z ojcem podzielić, sprawiały, że wszystko wracało. Jakby ojciec właśnie umarł. Jakby wciąż umierał. Jakby umierał bez końca.
Zdarzyło się to, gdy dzieciaki zaczęły się z niego nabijać na imprezie. Gdy musiał przekonywać pracownicę opieki społecznej, że z jego matką wszystko w porządku. Gdy odbierał dyplom, a wyczytujący przekręcił jego nazwisko. Zdarzyło się przy pierwszym łyku alkoholu, przy pierwszej wypłacie, przy pierwszym pocałunku. Zdarzyło się, gdy leczył złamane serce, znosił kaca, zbierał kolejne odmowy – z uczelni, z pracy, od ludzi. Zdarzało się raz po raz. Bez przerwy. Ciągle.
Aż pewnego popołudnia otworzył drzwi i zobaczył właściciela mieszkania – i dowiedział się, że je sprzedano. To było ostatnie miejsce, w którym widział ojca żywego. Gdzie słyszał jego głos. Gdzie ostatni raz go przytulił. Nowy nabywca podniósł czynsz tak bardzo, że nie było ich stać. Kostia rozpłakał się jak dziecko, bez zahamowań. Właściciel przeprosił. Powiedział, że to nic osobistego. Że jego ojciec był w porządku. Że przypominał mu jego własnego tatę. Kostia już miał powiedzieć, gdzie może sobie wsadzić te frazesy, kiedy poczuł znajomy podmuch powietrza i smak, który nagle pojawił się na języku: delikatne płatki mrożonego limoncello – zeskrobywane widelcem, podawane w wydrążonej cytrynie – i wiedział. Nie umiał wyjaśnić, ale czuł to całym sobą. Ten człowiek mówił szczerze. Naprawdę było mu przykro. Też kiedyś kogoś stracił. I pamiętał, jak to boli.
MIAŁ TRZYDZIEŚCI LAT.
Dwadzieścia lat bez ojca – odrywane z pamięci jak cząstki limonki, rok po roku. Miał inną pracę, a właściwie dwie, obie kiepskie. Mieszkanie do bani i współlokatora z ogłoszenia, który stał się jego najlepszym przyjacielem. Życie. A przynajmniej coś, co przypominało życie.
Ale zbyt często, zamiast patrzeć w przyszłość, Konstantin patrzył wstecz.
Do momentu, gdy miał dziesięć lat i czekał przy kuchennym stole.
Do tamtej chwili w dziewiątym roku życia, gdy wędrował o zmierzchu przez osiedle, ssąc drewniany patyczek po lizaku.
Do siebie ośmioletniego, ściskającego ręce obojga rodziców, którzy huśtali nim w powietrzu, a między zębami utknął mu karmelowy cukierek.
Do siódmego roku życia – gdy leżał na trawie, a tata zbierał grzyby, rozchylał kapelusze i pokazywał, co jest w środku.
Do szóstego. Tam wracał najczęściej.
Park w Kijowie, słońce nad głową, torebka ze złożonej gazety spoczywająca na kolanach. W środku – miękkie, przejrzałe owoce. Kwaśne wiśnie. Skórka cienka jak błona. Miąższ czerwony jak świeża rana.
– Czereśnia – powiedział Kostia, wkładając jedną do ust. Sok trysnął mu do gardła – cudownie cierpki.
– Niet. – Ojciec pokręcił głową i się uśmiechnął. – Wiśnia.
Pochodzą z różnych drzew – tłumaczył. Mają inne owoce, inne pestki. Babcia jego ojca hodowała wiśnie na wsi, w Ukrainie – drzewo było wielkie, rozłożyste, latem obsypane owocami, które plamiły ziemię na czerwono. Kostia nigdy nie poznał swojej prababci – umarła, zanim miał szansę – ale czuł jej obecność w każdej z tamtych wiśni.
– Kiedyś cię tam zabiorę – obiecał tata. – Do tamtej wsi. Zobaczysz jej starą daczę. Posmakujesz owoców z jej drzewa. – Wypluł pestkę na dłoń – idealnie beżową, wyssaną do czysta. – Kostoczka – powiedział – pestka wiśni.
– Jak ja – ucieszył się Kostia.
– Jak ty – potwierdził tata. – Moja kostoczka. Tyle możliwości w czymś tak małym.
ALE PRZESZŁOŚĆ, którą ojciec mu obiecał, przepadła.
Przyszłość skisła. Możliwości się zwarzyły.
Dziś Kostia przechowywał swoje sekrety – swoje posmaki – w nijakiej teraźniejszości. W jałowej, nawiedzonej pętli. I tak miało pozostać jeszcze przez jakiś czas.
Ale nie na zawsze.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI