Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Posucha - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
40,38 zł
4038 pkt
punktów Virtualo

Posucha - ebook

Suzanne — cudzoziemka z utraconym poczuciem własnej tożsamości — spędza wojenne lata w kraju agresora, przygarnięta pod dach dalekiej krewnej zaginionego męża. Życie dworu ulega gwałtownej przemianie, gdy na progu pojawia się wojsko Gubernatora, do S. dociera tajemniczy liścik, a obóz pracy przymusowej zostaje zlikwidowany. Podróż przez umęczony suszą Scypion stawia przyjaciół i wrogów S. przed wyborem pomiędzy lojalnością wobec świata, w którym się wychowali, a głosem własnego sumienia. (18+)

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-243-3
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

_— Wystrzeliłeś? — rzucił zaintrygowany, bo twarz Szejmy zacięła się i zamknęła w sobie. Ściskał w dłoniach Dagona, jakby zasłaniał mu usta, siłą wymuszając milczenie. — Ooo, tak… Widać ten strzał w twoich oczach — rzekł zafascynowany Cipri. Kręcił się w fotelu. Nie mógł usiedzieć na miejscu, jakby dostał nagłej gorączki. — Tego nie wie o tobie ani profesor, ani S., ani Abel._

_Szejma patrzył na niego z odrazą. Podniecenie, jakie wzbudził w nim ten temat, było paskudne i chore._

_Cipri próbował opanować natłok myśli. Poprzekładał kilka rzeczy na biurku, udając, że sprząta. Potem chrząknął, przywołał na twarz obojętność i znieruchomiał._

_— Był ważniejszy niż ci Filistyni, których skazywałeś na zsyłkę? — zapytał na pozór beznamiętnie._

_„Doktorze Lancelot. Dzięki uprzejmości Instytutu Antropometrii zostałem pańskim nowym asystentem”, Hugon stał przed fotelem Szejmy jak żywy._

_— Nie — odpowiedział Szejma._

_— Był — poprawił go Cipri, dopatrzywszy się prawdy w jego oczach._Część czwarta

Bernard uparł się, by napisać list. List do rodziny Bei. Nie przekonała go, tłumacząc, iż niewielkie były szanse znalezienia kogoś, kto podjąłby się doręczenia, ani że całą sprawę utrudniał fakt, iż nie znali dokładnego adresu. Bernard twierdził, że Bea dostawała wiele listów z domu, więc gdzieś w zgliszczach Rybianki odnajdzie jej adres na jakiejś ocalonej kopercie.

Sam był niepiśmienny, a S. mimo doskonałej znajomości języka w mowie, robiła zbyt wiele błędów w piśmie, więc Walentyna ofiarowała im swą dobroczynną pomoc. Nie padło przy tym z jej ust ani jedno słowo krytyki czy zniecierpliwienia. Bernard pokracznie i drętwo składał zdania i często popadał w apatię. Walentyna delikatnie budziła go z letargu i podpowiadając trudniejsze słowa, prowadziła za rękę jak dziecko. S. postanowiła do końca życia nie zapomnieć jej tego wielkodusznego czynu. Ją samą krytyczny stan psychiczny Bernarda doprowadzał do gęsiej skórki.

Był już wieczór. Siedziała wraz z nim w urokliwej kuchni Walentyny. Bernard od kilku godzin zszywał potargany rękaw swojej koszuli. Było to zajęcie bezcelowe, sama koszula przepocona i skalana krwią jego i Bei skazana była na spalenie, a otępiały Bernard z trudem łączył igłę z nitką. Na tyle opanowało to jego umysł, że przestał odpowiadać na pytania, S. przypuszczała jednak, że przynosi mu to pewnego rodzaju ulgę. Choć mógł to być również efekt leków, które mu podali.

Przez uchylone drzwi widziała salon, a w nim Walentynę i Herberta, którzy kłócąc się po cichu, pakowali książki. S. nie wiedziała, co zamierzają z nimi zrobić. Wszystko wskazywało na to, że szykują się do wyjazdu. W jaki sposób mogliby zabrać ze sobą tyle książek? Czy kłócili się o nie?

Nie, raczej nie. Wyglądało na to, że Herbert nie przepadał za gośćmi.

— Muszę ją pochować.

S. gwałtownie odwróciła głowę. Bernard wyprostował dotąd skurczone plecy.

— Moją małą, śliczną Beatrycze. Posprzątać. Pozamiatać dziedziniec. Zmyć brud z werandy. Taki tam został bałagan.

Próbowała oponować:

— Bernardzie, Szejma obiecał, że…

Bernard wstał, a S. ogarnął lodowaty strach.

— Jestem jej to winien. Mojej małej, ślicznej Beatrycze…

— Nie, Bernardzie, zostań! To nie ma sensu. Szejma powiedział, że mamy nie wychodzić! Już jest ciemno i…

Ale Bernard już szedł do wyjścia z twarzą tępą i obumarłą. Nie zabrał ze sobą ani koszuli, ani broni.

Walentyna i Herbert zorientowali się, że coś się dzieje. S. chciała iść za nim, nawet nie po to, żeby go powstrzymać, lecz mu towarzyszyć, ale Walentyna bez słowa pochwyciła ją za dłoń.

— Lepiej będzie, jak pójdzie sam — rozgrzmiał ochrypły głos Herberta za ich plecami. — Jeśli sam tego nie zaleczy, narazi innych na niebezpieczeństwo.

S. nie zgadzała się z tym: Bernard potrzebował opieki! Nigdy nie zaznała z jego strony przykrości, czuła się więc odpowiedzialna za niego jak za własnego ojca. Bernard jednak już wyszedł w ciemną noc, a ją zatrzymano w środku, w przyjaznym domostwie Walentyny.

Spokojny, ciepły uchwyt gospodyni uzmysłowił S., że sama się trzęsie.

— Szejmy wciąż nie ma — powiedziała, choć bała się, że zaraz ją uciszą, strofując, że powinna czekać, postępować zgodnie z tym, co nakazał mąż. Tak zareagowałaby Anastazja. Wzrok Walentyny jednak wyrażał współczucie i zrozumienie. S. zdawało się, że sama zaraz pokocha tę kobietę. — Jeśli napotkał problemy… Może ojciec Ignacy, o którym wspominał…

Walentyna lekko skinęła głową. Obie spojrzały na Herberta: wyłysiałego, dystyngowanego mężczyznę, który mimo naturalnie pochylonych ramion i wrodzonej, karykaturalnej chudości swym jestestwem zajmował większość miejsca w progu drzwi.

Herbert wydął językiem policzek. Zwróciły się do niego jak do sędziego z niemą prośbą o ułaskawienie; o zrobienie czegoś problematycznego, co nie wpasowywało się w jego aktualne plany. Nie z przypadku jednak cały swój żywot poświęcił na chronienie ludzkiego życia.

— Rano — odrzekł, bawiąc się w dłoni swymi znoszonymi okularami.

— Powtórz — nakazał przekornie męski głos w pobliżu. Przebił się przez nachalny pisk igły z zepsutego gramofonu. Potem powiedział coś, co przypominało kilka przypadkowych sylab osadzonych na koniuszku języka i wyplutych jak pestki.

Głos dziecka wybełkotał coś w ślad za nim i zwieńczył swą nieudaną kwestię krótkim, nieszczęśliwym chichotem.

— To znaczy: przypalony — tłumaczył mężczyzna. — _Co zrobimy z królikiem, jeśli okaże się przypalony?_

Kojarzył ten akcent. Akcent człowieka, który nie władał ich językiem od dziecka, lecz uczył się go szybko i pobieżnie, na pewno nie w szkole, a mimo to posługiwał się nim na tyle dobrze, by w nim przeklinać i wygrażać.

_Pokażę ci, jak biją Filistynów w getcie. Wyszczekane paniczysko._ Ale to już było. Stali na dziedzińcu. Skakali sobie do gardeł. Kiedy? Ostatnio. Prawie niedawno. Na to wspomnienie niewidoczne brutalne dłonie ścisnęły jego żołądek jak przemoczoną szmatę do wyżymania.

Coś paliło się w okolicy. Zacisnął mocniej powieki, bo narastający pisk gramofonu rozsadzał czaszkę.

— Zjemy go? — spytała dziewczynka z rozbrajającą nadzieją.

Usłyszał szczery, beztroski, chłopięcy śmiech. Dopiero po chwili przypisał go do tamtego głosu, jakby z niedowierzaniem, że ten bezczelny, wrogi głos i ten niewinny śmiech mogły mieć tego samego właściciela.

— No a jak inaczej? Przypalony czy nie, co za różnica? — odparł ubawiony chłopak. — Teraz powtórz po fili… — Ale trzepnięty w ramię przez towarzysza gwałtownie zamilkł i spoważniał.

Piszczenie igły trącej o płytę osiągnęło apogeum, więc odsunięty od nich o trzy metry Abel widział tylko, jak Klisza poruszył bezgłośnie ustami. Ciało Cipriego napięło się jak cięciwa gotowa do wystrzału. Dopiero po dłuższej chwili, gdy gramofon w jego głowie umilkł i pozwolił zaistnieć w przestrzeni lasu rzeczywistym dźwiękom, dotarły do niego słowa starszego Filistyna:

— Patrzy na nas.

Przed nimi na małym, skrupulatnie przygotowanym ognisku przypiekało się mięso niewielkiego zwierzątka. Instynktownie Abel poczuł znów swąd palonej żywcem trzody, zapach, który do śmierci będzie powodował u niego nawracające torsje. Próbował zakląć, ale napuchnięty język wypełnił całą przestrzeń ust. Mrugał cholerycznie oczami, myśląc, że się udusi, a gdy zdał sobie sprawę, że leży pośrodku lasu, próbował się dźwignąć, co wywołało nową falę bólu biegnącą od barku aż po obojczyk i biodro.

— Głupiś? — zdenerwował się Klisza, podchodząc do niego z manierką wody. Zanim przystawił mu ją do ust, obejrzał się na Cipriego jakby z powątpiewaniem. — Pij i nie waż się skarżyć, że niepodana w kryształowej szklanicy.

Zakrztusił się, opluł i popłakał. Wokół latało pełno natarczywych much, które gryzły go po twarzy i rękach. Ból barku uderzający w niego przy każdym drgnięciu ciała doprowadzał do szaleństwa, tym bardziej, że nie pamiętał, co było jego przyczyną; musiał w coś uderzyć albo wykręcono mu rękę. Był bliski ataku histerii, łapał oddech z zawstydzającym jękiem. Zamrugał znów, gdy jego wzrok wyłapał nieostry obraz dziewczynki klęczącej tuż obok. Nie zauważył, kiedy pojawiła się tak blisko. Chciał zasłonić twarz, by nie musiała oglądać go w takim stanie, ale wtedy usłyszał jej przejęty głos:

— Abel? Hej, Abi, gamoniu. Uważaj na głowę.

Jego dłoń dotknęła materiału owiniętego wokół czaszki. Słyszał tylko na jedno ucho. Drugie zakrywał zwój opatrunku.

— Bardzo cię boli? — troszczyła się.

Skupił wszystkie siły, by jej sylwetka nabrała jasnych kształtów. Obszukiwał ją kawałek po kawałku, wypatrując ran i skaleczeń. Koronkę jej sukienki oblepiało leśne igliwie.

— Ani trochę, szczebiotko — wymamrotał, po mistrzowsku nastrajając głos na zwyczajowy ton. Miał nadzieję, że zabrzmiało to tak, jak miało brzmieć. — A ty? Jesteś cała?

Pokiwała głową energicznie, wręcz przesadnie.

— Dobrze, że się obudziłeś. Klisza powiedział, że jesteś zmęczony i _musisz_ _odespać_. Już odespałeś?

Wyciągnął rękę i pochwycił ją za przedramię, może trochę zbyt mocno, ale właśnie wtedy uświadomił sobie całe sedno tragedii, jaka na nich spadła. Wyrwany z samego środka piekła i przebudzony nagle w lesie, trzymał Nadię mocno przy sobie, bo nie pamiętał, gdzie była, gdy Południowcy najechali dwór. Pamiętał ich twarze, pochodnie i krzyki, bluzgi i skowyt bramy, napastliwe echo kroków wśród murów, siekiery, którymi rozłupali ozdobne dwuskrzydłowe drzwi Rybianki i kosy, którymi przecięli woźnicę.

Nie wiedział, jak spytać o to Nadię. Przyglądał się jej twarzy, ale nie płakała. Nie wyglądała też na szczególnie smutną. Czy pamiętała cokolwiek z tamtej nocy? Czy przespała wszystko? Czy była w stanie pojąć, co się wydarzyło? Abel sam tego nie potrafił. Był jeszcze zbyt wstrząśnięty, by uświadomić sobie choćby brak kawałka lewego ucha.

Spojrzał na Filistynów siedzących nieopodal, czujnych, nieufnych, obserwujących go uważnie jak zainfekowane wścieklizną zwierzę.

— Skąd się wzięliście? — rzucił w ich stronę jak oskarżenie, ale tak naprawdę był tylko ciekawy.

— Nadio — odezwał się Cipri bez śladu dziecięcej przekory, z jaką zwracał się do niej wcześniej. — Pomóż Wasylowi sprawdzić pułapki. Postarajcie się, żeby nie uciekło nam jutrzejsze śniadanie.

Dopiero teraz Abel zdał sobie sprawę z obecności Wasyla ukrytego poza zasięgiem wzroku. Musiał oddać w jego łapy swoją ukochaną Nadię, ale tylko tak mogli swobodnie porozmawiać. Puścił ją więc z bólem, psychicznym i fizycznym, który na moment znów rozkołysał gramofonową igłę. Przymknął powieki, ale nie chciał, by pomyśleli, że znów zasypia.

— Gdzie jestem? Gadać, do jasnej cholery — wysyczał, ale wiedział, że się go nie boją. To on był na ich łasce. Na łasce trzech pałających do niego szczerą niechęcią Filistynów. — W środku pierdolonego lasu, to widzę. Konkrety?

— Wasi wieśniacy zniszczyli dwór… — powiedział Cipri, nie postawiwszy na końcu zdania kropki. Abel impulsywnie zacisnął zęby, tak że przegryzł sobie wargę. Nie chciał tego słuchać, nie z ust tego człowieka. Wszystko co z nich wychodziło mogło być równie prawdziwe, co zmyślone, perfidnie przeinaczone. Machnął ręką jak na lokaja.

— Zabraliście się z Rybianki i zniknęliście. Wcześniej! Więc co, do cholery…

— Odeszliśmy, prawda, tak jak chciałeś. — Klisza przejął pałeczkę narratora. — Wzięliśmy swoje wszy, niemyte kutasy i chude nogi i zniknęliśmy ci z oczu. Leźliśmy w swoim kierunku. Dokąd, mniejsza z tym. Po drodze natknęliśmy się na zgraję uzbrojonych wieśniaków. Widzieliśmy ich z daleka. Robili gwar jak na jarmarku, wkurwieni i podchmieleni. Nietrudno było się domyślić, że idą na dwór. Ja i Wasyl chcieliśmy iść dalej, bo nosa w nieswoje zatargi nie wtrącamy. No i nawet kawałek uszliśmy, ale Cipriano… — Klisza rzucił przyjacielowi znaczące spojrzenie. — Cipriano myślał, że ona tam jest.

— Nie było — dodał Cipri, lustrując Abla badawczo.

— Ona i Szejma zdążyli wyjechać — powiedział Abel cicho, bardziej do siebie samego niż dla oficjalnego wyjaśnienia.

— Zanim wróciliśmy do dworu, tam już… dużo się działo. Widziałem małą, jak biegnie polem do baraków… A Cipri widział ciebie i tych kilku rozhulanych łotrów.

— Pociąłem dwóch. — W oczach Cipriego odbiło się zuchwałe, psotne światełko.

Abel pośpiesznie obszukał wzrokiem okolicę. Na drzewie za ich plecami na jednej z niższych gałęzi wisiała owinięta ciemnym materiałem katana, pamiątka, którą przywiózł z dalekiej podróży i którą przegrał z Filistynem w karty.

Przeszyły go dreszcze. Nie mógł poradzić sobie z tym nieludzkim spojrzeniem Filistyna, tak obcym w tej chłopięcej twarzy, z tym cieniem drapieżnika, który gołymi rękami mógł rozszarpać jego tchawicę podczas kłótni przy fontannie. Klisza tego w sobie nie posiadał. Ten mroczny, niepokojący pobłysk niczym złota moneta błyszcząca w strumieniu tkwił tylko w Ciprim, a może to Abel uroił sobie Bóg wie co, odkrywszy tajemnicę jego tatuażu.

Abel nie pamiętał tego, kto obronił go przed Południowcami, ale jakiś przebłysk pamięci wysłał do jego mózgu sygnał o bólu w miejscu odciętego ucha. Skrzywił się i odruchowo chwycił opatrunek.

— A inni? Anastazja?

Żaden z nich nie wyrwał się do odpowiedzi.

— A Nadia? — spytał niemal błagalnie, strapiony i zdruzgotany. Był niemal pewny, że widział — lub słyszał — jak chłopi krzywdzą Anastazję, lecz w reakcji obronnej postanowił wymazać te sceny z pamięci.

— Wie, że was napadli — Cipri jakby zmalał, spokorniał i skruszał. — Nie wie o matce. Myśli, że to biwak Że w Rybiance trzeba tylko posprzątać. Pyta, kiedy wrócicie do domu.

— Nie mogliśmy się doczekać, aż oprzytomniejesz — dorzucił Klisza kąśliwie. — Bo w końcu musisz jej powiedzieć, że nie wrócicie.

Strażnik pilnujący Szejmy był niepocieszony. Musiał pełnić służbę, podczas gdy jego koledzy urządzali sobie popijawę na placu przed nieczynną drukarnią, którą Urząd przemianował na tymczasowy posterunek. Mieli spędzić tu noc.

Szejma obserwował otoczenie; ze swojego miejsca miał świetny widok na całą ferajnę. Usadzili go pod wiatą wśród tajemniczych skrzynek ze śmierdzącą zawartością. Nie był mistrzem chemii, ale jego podstawowa wiedza nabyta tu i ówdzie kazała mu podejrzewać, że dłuższe przebywanie w ich otoczeniu było toksyczne dla żywych organizmów, a ognisko rozpalone tuż obok mogło zapieczętować los całego oddziału jeszcze szybciej. Jego strażnik nie zdawał sobie z tego sprawy. Wyglądał na obrażonego. Koledzy nie poczęstowali go wódką.

Oddelegowanie tylko jednego człowieka do trzymania straży musiało być zamierzonym symbolicznym policzkiem dla więźnia albo przejawem nieopisanej, choć dotychczas skrytej, głupoty komendanta Rio.

— Nie gadaj z nim — rozkazał podwładnemu kilka godzin wcześniej. Rzucił Szejmie ostre spojrzenie, a ten, zaintrygowany, nie mógł powstrzymać się od ironicznego uniesienia lewej brwi. — Będzie nawijaj makaron na uszy. Melduj, gdy jęknie choć słowo. Zostaw. — Rio powstrzymał strażnika, gdy ten chciał podpiąć kajdany więźnia do stalowego łańcucha. — Nie trzeba. Przecież nigdzie tu nie znajdzie oślej szczęki, no nie? — Roześmiał się z własnego żartu, ale strażnik go nie zrozumiał. Rio sapnął z politowaniem. — Nieważne. Nie pięści ma silne, lecz usta. Nie daj się urobić. A ty, doktorze Lancelot… — Spojrzał na zdumionego Szejmę z góry. — ...jeśli dziś stąd czmychniesz… bo podejrzewam, że rozważasz taką możliwość… wiedz, że i tak cię znajdę. Jesteś na moim terenie. — Pochylił się nad więźniem, by wszystkie kolejne słowa wypluć mu w twarz. Szejma obserwował jego źrenice, dwa czarne punkciki gotowe pochłonąć go żywcem jak pożoga. — Jeśli wejdziesz na drzewo, ściągnę cię z niego. Jeśli zakopiesz się pod ziemię, wywęszę, w której norze dygoczesz. A jeśli przebierzesz się za babę, będę sprawdzał każdej napotkanej szlachciance i każdej ulicznicy, co skrywa pod spódnicą. Myślę, że się rozumiemy?

Odczekał moment, ale Szejma tylko zaciskał wargi.

— Nie jesteś byle plebejuszem, którego można wrzucić do wora i wyciągnąć nazajutrz. Z tego względu pozwalam ci nam potowarzyszyć. Niech to będzie dobry, spokojny wieczór. Wszyscy go potrzebujemy, prawda? Aby sobie przemyśleć to i owo.

Cóż za dobrodziejstwo, miał ochotę sapnąć Szejma, ale rozsądek nakazał mu nie reagować.

— Gdy skończymy, zabierz go do oficyny. — Usłyszał ostatnie słowa komendanta, nim ten oddalił się w kierunku widma przyjemności i odurzenia.

Zapadał zmierzch, a hulanka nabierała tempa. Granatowi zdzierali sobie gardła, wyśpiewując coraz to rubaszniejsze przyśpiewki, wlewali alkohol do ogniska, nieomal nie podpalając mniej czujnych kolegów, i trenowali na sobie samych chwyty podduszające, kotłując się po ziemi jak zwykła banda, która z dyscypliną Urzędu miała tyle wspólnego, co Szejma z rozmnażaniem bydła. Co wcale nie znaczyło, że byli mniej groźni niż w legendach.

Pilnujący go granatowy zabijał nudę, przekształcając znalezioną ryzę papieru na pułk lotniczy. Papierowe maszyny kończyły swój żywot po pierwszym locie, strawione przez płomienie albo ginęły z radaru, lądując wśród skrzynek z odpadami.

Szejma przełykał ostatnie kęsy zupy, którą dostał w niespodziewanym przydziale — nie warta była jednak dostąpienia zaszczytu, jakim byłoby nazwanie jej ostatnią wieczerzą — gdy kolorowy samolocik stuknął go w kolano, po czym spadł u jego stóp.

Ostrożnie odłożył na bok miskę, starając się, by szczęk kajdan nie zwrócił uwagi granatowego, po czym — upewniwszy się, że strażnik zajęty jest wyłącznie swoimi myślami — podniósł papier z ziemi. Rozprostował go na swoim kolanie i oto miał przed sobą kolorową ulotkę z reklamą sanatorium uzdrowiskowego, do którego po wybuchu wojny sztab kierował większość potrzebujących pomocy psychiatrycznej żołnierzy. Problemy ze snem? Ataki duszności? Napady szału? Złe myśli? Próby samobójcze? Nieprzydatność dla kraju?

Szejma niemal roześmiał się w głos. Jak głosiły zachęcające slogany: w osiemdziesięciu procentach przypadków już miesięczny pobyt gwarantował powrót do pełnej funkcjonalności życiowej.

Ten dodruk nie zdążył opuścić murów scypiońskiej drukarni, ale w Kartaginie Szejma trzymał w swych dłoniach identyczną ulotkę reklamową. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że znów tam jest — w kartagińskim mieszkaniu, w którym go zakwaterowano i urządzono najbardziej profesjonalny gabinet, w jakim miał okazję przebywać; _idealne warunki do pracy, wszystko z myślą o pana określonych standardach, staraliśmy się, doktorze Lancelot!_

Co prawda ręce miał wtedy wolne, a ci mężczyźni, których właśnie wpuścił do środka, byli jego gośćmi… Znał ich: profesor Gripper — przedstawiciel Ministerstwa i tym samym jego pośredni zwierzchnik, którego do tej pory darzył czymś w rodzaju zawodowego zaufania, oraz ten drugi: umundurowany oficer z wywiadu, który wyjątkowo często pojawiał się w tawernie po przeciwnej stronie ulicy, by co wieczór skarżyć się na braki kadrowe, chorobę wrzodową i strzykanie w stawach.

Nie przyszli tylko we dwóch. Ich ludzie obstawili klatkę. Wszystko mogło dać się łatwo wyjaśnić: po ostatnich partyzanckich atakach w Noryndzie, szczególnie po brutalnym napadzie na teatr, w czasie którego zginęło kilkoro scypiońskich osobistości, a jednocześnie okradziono siedzibę Ministerstwa, rząd ogłosił stan wzmożonej gotowości. Ktoś taki jak Gripper potrzebował ochrony.

Trzymał w dłoni ulotkę, którą mu wręczyli, nim zdążył zaproponować, by usiedli. Trzymał ją przed sobą. Stabilnie. Nieruchomo. Lecz mimo to litery dygotały i sunęły po kolorowym papierze w górę i w dół. Nie mógł nic wyczytać. Jego oczy świdrowały główne zdjęcie przedstawiające centralną ścianę sanatorium porośniętą winobluszczem.

_A, jeszcze jedno! — zatrzymał go Kruk na koniec jednego z ich ostatnich spotkań sprzed tygodni. Szejma daleki był od obdarzenia go sympatią. Jego głos przemawiający po scypiońsku brzmiał jak wiertło i był zbyt charakterystyczny, by wymazać go z pamięci raz na zawsze. Gdy się zbliżył — a niemal nie zdarzało się, by aż tak skracał dystans — Szejma poczuł od niego zapach nafty, samogonu i gnijącego zęba. Ciężko było sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł mianować go w tym stanie „majorem”. — Dam ci ostatnią życiową radę. — Dalej mówił już swoim języku, jakby nie do końca zależało mu na pełnym porozumieniu: — Jeśli zaproponują ci powrót do domu albo kupią bilet nad morze, to znaczy, że jesteś spalony._

— Nie chcę, byś opacznie zrozumiał nasze intencje, Witoldzie — usłyszał Grippera i przestraszył się, że ten czyta mu w myślach. Uniósł wzrok i śledził, jak jego dłoń unosi się do góry i bezmyślnie poprawia zjeżdżające z nosa okulary. Potem znów wbił oczy w reklamę, a kwestia Kruka odtwarzała się w jego umyśle raz za razem. — Ministerstwo wie, jak zadbać o swoich współpracowników, szczególnie tych, którzy wyjątkowo ciężko pracowali na swoje osiągnięcia w tak gorącym czasie.

— Przeniesienie? — spytał ostrożnie Szejma, bojąc się, że wypowiedziane na głos słowo wywoła lawinę czegoś strasznego. Nie był pewien, czy wyczuwają napięcie, które w jego odczuciu niemal rozpychało ściany.

— Nazwałbym to urlopem zdrowotnym. Odbierz to jako wyraz naszej wdzięczności. — Gripper odchrząknął. — Oczywiście możesz odmówić, ale… Zdajemy sobie sprawę, że brutalna śmierć twojego asystenta musiała tobą wstrząsnąć…

_Co pan robi, doktorze?_

_Szejma znieruchomiał pochylony nad otwartą szufladą, której zamek przed chwilą wyłamał. Hugon nie zamknął za sobą drzwi. Z piętra niżej dobiegały do nich pośpieszne kroki i przejęte głosy. Ktoś przebiegł tuż obok gabinetu, ale nie zajrzał do środka. Obaj równie zaskoczeni swoim widokiem lustrowali się nawzajem uważnie — mistrz i uczeń, którym nigdy wcześniej maniery nie pozwalały spojrzeć na siebie równie szczerze, co w tej chwili. Szejma nie miał wątpliwości, że Hugon celnie ocenił sytuację. Jego podbródek nieznacznie skierował się w stronę otwartego na oścież wejścia. Jeszcze nie zdecydował się na krzyk._

_Serca waliły im jak młot. Dwa młoty, dwa rozhuśtane młoty wymijające się o milimetry._

_Nie rób tego, nie rób tego._

Szejma drgnął niby uszczypnięty.

— Panowie wybaczą, gosposia dostała wychodne. — Podszedł do kuchennego kredensu, zostawiając gości w korytarzu. Rzucił ulotkę na blat. — Herbaty? — zawołał, otwierając szufladę z serwetkami. Wsunął pod nie rękę, by upewnić się, że przeszmuglowany z Zachodu Dagon spoczywa tam, gdzie go zostawił. Dotknięcie kabury spowodowało nowy zastrzyk adrenaliny. Miał nadzieję, że dzięki temu zacznie myśleć jaśniej.

— Dziękujemy, następnym razem skorzystamy, Witoldzie. — Gripper przyglądał mu się przez próg kuchennych drzwi. — Nie będziemy zabierać ci więcej czasu, musisz spakować rzeczy. Miłego wypoczynku.

Gripper nie miał pojęcia, że Szejma już był spakowany, choć gdy przyszli po niego nazajutrz bladym świtem wszystkie walizki w mieszkaniu odnaleźli puste. Nikt z lokatorów nie potrafił zeznać, kiedy opuścił budynek.

Tymczasem nachalny głos Rio wyrwał Szejmę z zamyślenia.

_Możesz z bezsilności ronić łzy, Samsonie_

_Do gorliwej modły skute złożyć dłonie_

_Ten, co sam zagrażał, zrodził pożywienie_

_Ten, co najmocniejszy, stał się sam słodyczą._

Szejma uniósł głowę. Rio oddalił się od kompanów i zmierzał teraz w jego stronę nieśpiesznie, dopasowanym do melodii krokiem. W jednej ręce niósł butelkę, z której popijał pomiędzy wersami, w drugiej nóż myśliwski z nabitą ociekającą tłuszczem słoniną. Śpiewał, patrząc prosto na Szejmę.

_Pokłada nadzieję wrogi lud w Dagonie_

_Księżycowa dziewka mądrość zmienia w nicość_

_Skuszony pragnieniem dążysz na stracenie_

_Zdrada wykarmiona Sędzi tajemnicą_

Szejma poruszył się niespokojnie. Dyskretnie schował ulotkę w kieszeni kamizelki. Rio niczego nie zauważył. Był zbyt zajęty odśpiewywaniem gróźb. Poza tym był też krótkowidzem. Szejma zauważył jego wadę, gdy ten w stodole Gwidona odczytywał fragmenty „Rzeczy…”.

— Kabareciarz — mruknął pogardliwie Szejma, by wytrząsnąć z gardła to oślizgłe poczucie zagrożenia, które narastało z każdym krokiem granatowego.

_Nie usłyszysz pieśni ze zbawczych ust, Samsonie_

_Już nie dotkną dziewek zniewolone dłonie_

_Z obliczem zdjętym grozą, zagubiony w nocy_

_Pohańbiony darem, gdy ci na myśl przyszło zboczyć_

_Z bożej ścieżki, którą miałeś dążyć_

_Gdy ci ziemskie żądze wypaliły oczy_

_Wciąż lew ryczący krąży…_

Wśród granatowych nagle podniosła się radosna wrzawa.

— Komendancie! — krzyknął ktoś wśród gwizdów. Rio zawrócił i zniknął mu oczu. Serce Szejmy spowolniło bieg, a potem nagle zatrzymało, gdy Rio wrócił na plac, ciągnąc za sobą chudą jak upiór kobietę.

— Patrzcie, co się do nas przypałętało! — zawołał, a aplauz wśród mężczyzn wzmógł się. Próbował pchnąć ją na ziemię, ale ona utrzymała się na nogach i teraz stała tak nieruchoma, bezbronna, na szeroko rozstawionych kończynach jak strach na wróble wśród stada głodnych rozćwierkanych ptaszysk.

Rozejrzała się nieśpiesznie, wyszukując znajomej twarzy, jakby nieświadoma otaczającego ją niebezpieczeństwa.

Szejma czuł, jak krew uderza mu do głowy i nie mógł powstrzymać oddechu, który przyśpieszał coraz bardziej, jakby pędził z górki na złamanie karku. _Oddychaj przez nos, to usuwa zanieczyszczenia, czyste powietrze, czyste myśli_, powtarzał sobie tak, jak uczył go ojciec, przygotowując do szkolnych egzaminów… a może to był mnich w którejś z odwiedzonych świątyń podczas nauk medytacji. Wszystko mu się mieszało.

— To Filistynka! — zawołał ktoś. Ktoś splunął, ktoś parsknął śmiechem. Grupa otoczyła Karę i zaczęła brutalnie podawać ją sobie z rąk do rąk.

— Dzikuska!

— To one same przybiegają do światła?

Nie widział, co się dokładnie działo. Stracił ją z oczu. Ledwo powstrzymał się, by tam nie podbiec. Słuchał, czy nie woła, czy nie krzyczy, ale krew pulsująca w skroniach niemal zagłuszyła nawet słowa pilnującego go mundurowego:

— E, co z tobą? — Strażnik dla ocucenia lekko pchnął go w ramię pałką. — Lubisz popatrzeć?

Nie pamiętał jej głosu. Chyba nigdy go nie słyszał. Czy mógłby nie rozpoznać, że to jej krzyk nawet teraz, gdy byłby jedynym kobiecym krzykiem wśród tylu męskich głosów? Na chwilę zamknął oczy — utracenie jednego zmysłu, wyostrza drugi. Ale pod zamkniętymi powiekami ujrzał umierającą, obdartą z godności i sekretów Beę, i musiał otworzyć oczy.

— Chwila, chwila, chwila! — Rio przekrzyczał wszystkich. Granatowi rozstawili się w większy krąg i teraz Szejma znów mógł ją dostrzec. Ubranie, pod którym się skryła, gdy mijał ją na drodze, tak, że niemal jej nie poznał, ubranie, które stanowiło coś na kształt tarczy, ochrony przed niegodziwością i cudzym osądem, teraz zwisało z niej roztargane i pomięte. Głowę miała spuszczoną, nie próbowała się bronić. Rio uwiesił się na niej i wymachując nożem, uroczyście orzekł: — Dowódca ma pierwszeństwo.

I zabrał Karę do wnętrza drukarni.

Szejma nie czekał długo. Gdy tylko ciżba przy ognisku wyciszyła się nieco, zaczął pokasływać. Kasłał w rękaw nienachalnie, z przerwami. Później kaszel wzmógł się, aż całkiem go dusił, a strażnik porzucił swoje dotychczasowe zajęcie i położył dłonie na pasie z bronią.

— Czujesz? — wycharczał Szejma, ostentacyjnie pocierając nos.

— Cicho — odwarknął granatowy, ważąc w dłoni pałkę.

— Nie czujesz tego w płucach?

— Co?

— W tych skrzynkach są odpadki z drukarni. — Szejma rozejrzał się z trwogą. — Toksyczne. Potrujemy się.

— Macie milczeć. — Granatowy mu nie wierzył, choć dwa razy pociągnął ostrożnie nosem.

— Wiem, co mówię. Jestem pisarzem, wiem, jak się drukuje książki. — Nie wiedzieć czemu, Szejma mimowolnie szeptał: — Musieli coś pomieszać. Widzisz te ulotki? Zobacz, jak płoną. To wina tuszu. Nie wyjechały stąd, bo poprodukcyjna kontrola wykazała, że jest szkodliwy.

Niedalekie to było od jego prawdziwych podejrzeń. Zawartość skrzynek naprawdę cuchnęła.

— Pierdolisz.

— Po zamknięciu drukarni nikt się już nie przejmował utylizacją chorobotwórczych odpadów i zostawili to, jak leżało. A to szumowiny!

Wydawało się Szejmie, że nic nie wskórał, że granatowy nie był głupcem, za to on sam się wygłupił. Ale po minucie głębokiego milczenia, strażnik spytał:

— Skąd wiesz?

Szejma spojrzał mu prosto w oczy. _Nie spartacz tego_, upomniał się w duchu.

Wzruszył ramieniem.

— Przypuszczam — odparł niepewnie. — Nie mogę dać głowy, ale…

Nie potrzeba było więcej. Strażnik stanął na równe nogi.

— Idziemy do środka. Izolatka czeka.

W drodze przez ciemną drukarnię Szejma paplał jak najęty o historii druku i piśmiennictwa. Choć granatowego niespecjalnie to interesowało, nie kazał mu zamknąć ust.

— Za wynalazcę ruchomej czcionki uznaje się Gutenberga, choć po prawdzie używano jej w Chinach długo przed tym, nim zajęli się nią Europejczycy. Prawdziwy twórca Bi Sheng był prostym człowiekiem. Kupcem albo kowalem… — Nigdy nie przepadał za wygłaszaniem ustnych rozprawek, nie był lotnym mówcą, więc cieszyli go równie nielotni słuchacze. Doszli chyba do miejsca, w którym miał być przetrzymywany przez noc, ponieważ strażnik otworzył jakieś drzwi i spojrzał na niego wymownie.

Szejma nie miał zamiaru wchodzić do środka. Drukarnia była pełna wygaszonych maszyn i porzuconych narzędzi, za pomocą których ściągnąłby kajdany.

— Wiesz, jaka książka nie ma sobie równych w ilości wydrukowanych egzemplarzy? — zagaił niewinnie, robiąc pół kroku w przeciwnym kierunku, ale wtedy głos za jego plecami odpowiedział:

— Biblia.

Rio w rozwichrzonej koszuli i niedopiętych spodniach stał na piętrze. Oparty o barierkę dopalał papierosa.

— Miałeś z nim nie gadać — rzucił cierpko do podwładnego, ale Szejma nie dałby sobie odebrać tej szansy:

— Lubisz historie biblijne? — To było zagranie na ostatnią kartę, ale musiał go sprowokować. — Ośla szczęka? Sędzia Samson?

Rio zmrużył oczy. Nie widziałby go z tej odległości nawet w świetle dnia. Wypuścił z ust powietrze, które podwiało z czoła zabłąkany ciemny kosmyk. Zirytowany? Urażony? Szejma nie miał pewności. Niemal dygotał z nerwów, tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy przyprowadzono go do Kruka i nie spodziewał się niczego innego jak rozstrzelania.

— Idź odpocząć — rozkazał Rio granatowemu, a na więźnia kiwnął dłonią z papierosem. — Chodź, Szejma. Pomówimy.

Poszedł więc na piętro, lustrując z góry układ hali, aż do pomieszczenia stenotypistek, gdzie Rio właśnie siłował się z ciężkim żelaznym biurkiem. Przesunął je ze zgrzytem pod ścianę, dostawił dwa krzesła, a potem dźwignął z podłogi starą maszynę do pisania i bez grama szacunku odrzucił ją w dalszy kąt. Wtedy w przeciwległym rogu Szejma dostrzegł Karę. Siedziała na podłodze, oparta o ścianę, obejmując rękami nagie kolana. Oświetlona tylko przez księżyc, wpadający przez wąskie okno, przypominała topielicę z prastarych legend. Patrzyła na niego tak zuchwale i diabelsko dotkliwie, że był przekonany, iż zaraz wyciągnie rękę, pochwyci go i wciągnie w głębinę.

— Lubię surowość Starego Testamentu — powiedział Rio, rozsiadając się na krześle jak łachudra. — Czyta się niczym dobry kryminał. — Napił się z butelki, po czym z hukiem postawił ją na blacie. — Nie mam kieliszków, doktorze.

Szejma pokręcił głową. Rio przyjrzał się mu uważniej.

— Jesteś naukowcem, tak?

— Antropologiem.

— Na czym to polega?

— Na badaniu człowieka jako społecznej jednostki, biorąc pod uwagę zmienność historyczną, biologiczną, socjologiczną…

— Mam zacząć notować?

— Jeśli to przesłuchanie, to należałoby.

Rio uśmiechnął się półgębkiem.

— Więc interesują cię ludzie. — Przez chwilę zdawać by się mogło, że zrodziło się w nim coś w rodzaju uznania. — To tak jak mnie. Na niczym się tak nie znam jak na ludziach. — Oparł się o stół z zafascynowaną miną. — Więc co doktor nauk humanistycznych powie o mnie, komendancie Rio, oddanym słudze Urzędu?

Szejma szybko przetasował karty.

— Że masz cholernie słabe oczy.

Szaleńczy śmiech Rio poniósł się echem po drukarni. Szejma zamrugał i przyjrzał mu się raz jeszcze na nowo. Siedziała przed nim bluźniercza, nocna kreatura w roztarganym ubiorze tak odmiennym od przepisowej prezencji Urzędnika, którą szczycił się za dnia. Ciemne włosy przekraczające odrobinę regulaminową długość, zwykle zaczesane do tyłu przy pomocy olejku, teraz pod wpływem potu i pijackiego rozluźnienia kłębiły się na czole i skroniach, przysłaniając fioletowe żyłki, które uwydatniał dosadny śmiech. Podczas spazmów Rio przymykał swe bestialskie oczy. Był kilka lat młodszy, smukły, sprawny, o umięśnieniu zawodowego pływaka. Jego nóż tkwił w pochwie przy prawym biodrze.

Szejma miał wrażenie, że trzęsła się pod nim podłoga, gdy szybko rozważał szanse. Nie potrafił się zmusić, by znów spojrzeć na Karę. Drażniła go klamra odpiętego paska, która uderzała ze stukotem o nogę krzesła przy każdym ruchu Rio.

_To tylko człowiek, a to tylko skrawek materiału._

— Ukrywasz wadę wzroku przed Urzędem, bo zmusiliby cię do odejścia ze służby — brnął dalej z mocą. — A jedyne, czego byś nie przeżył, to utrata kariery. Nieważne, w jakim ustroju i pod czyim berłem.

— Gałganiarz! — Rio wciąż chichotał i wił się na siedzisku. Kopnął wolne krzesło. — Siadaj, do kurwy nędzy.

Szejma posłusznie usiadł, a wtedy poczuł pod butem coś twardego. Spojrzał w dół.

Guzik.

— Dobra, mądraliński… — Rio wziął głęboki wdech dla uspokojenia. — Nie jesteś doktorem okulistyki.

Szejma badał właśnie zapięcia przy jego koszuli, aby sprawdzić, czy nie do niego należała zguba. Czy Kara, broniąc się, oderwała guziki? Czy nie znalazłby innych śladów walki? Czy naprawdę wszystko przebiegło tak spokojnie? Przerwano mu pytaniem:

— Co robiłeś w Kartaginie?

— Co?

— Na czym polegała twoja praca, do której cię oddelegowano?

Rio patrzył na niego wyczekująco, poważny i zdeterminowany, by zaspokoić tego wieczoru wszystkie swoje żądze.

— Opisywałem… ich — odpowiedział Szejma świadom przysłuchujących się rozmowie kobiecych uszu. — Czytałeś książkę.

— O nich. Chcę usłyszeć o tobie. O twoim zawodzie.

— To głównie praca z dokumentami, z drzewami genealogicznymi i opracowaniami etniczno-kulturowych zależności. Ministerstwu zależało na wyszczególnieniu… konkretnych cech.

— Ale jak? Jak je wyszczególniłeś? Przeprowadzałeś eksperymenty? Na ludziach?

— Nie na żywych — wycedził Szejma przez zaciśnięte zęby.

Rio przechylił głowę jak sowa wypatrująca gryzonia w gęstej trawie.

— Czyli przez dwa lata dłubałeś w ich historycznych i biologicznych wnętrznościach. Ale z żywymi też miałeś do czynienia, prawda?

Szejma milczał. Oczy Rio świeciły się okrutnie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij