Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • Empik Go W empik go

Potępione - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 lutego 2025
E-book: EPUB, MOBI
39,00 zł
Audiobook
39,00 zł
39,00
3900 pkt
punktów Virtualo

Potępione - ebook

Cztery Medaliony, mityczna Granica i przerażające dziedzictwo…

Marysia Chotecka mieszka w podwarszawskiej Podkowie i wiedzie pozornie normalne życie. Jest jednak wycofana i nieufna w stosunku do rówieśników, którzy nie potrafią zrozumieć jej mrocznych rysunków. Mar tworzy nietypowe szkice, ponieważ od lat widzi w snach Uśpionych – postacie, które przychodzą do niej i zdają się oczekiwać pomocy. Nastolatka próbuje zrozumieć ten niepokojący dar, nie przypuszcza jednak, że tragedia, której przed pięciu laty była świadkiem, stanie się kluczem do rozwiązania tajemnicy.

W cieniu traumatycznych wspomnień o Julce – młodszej siostrze kolegi z klasy, która odebrała sobie życie – Marysia odkrywa, że nie jest jedyną, która mierzy się z koszmarami. Wojtek Starski, obarczony odpowiedzialnością za rodzinę po śmierci siostry i zaginięciu ojca, staje się jej sojusznikiem w walce z siłami, które wymykają się racjonalnemu rozumowi.

Gdy na jaw wychodzi istnienie czterech Medalionów, które łączą losy kobiet z różnych rodzin i prowadzą je ku Bieszczadom, historia nabiera przerażającego tempa. Medaliony – pamiątki rodzinne, a może przeklęte artefakty – dążą do połączenia, przyciągając swoje właścicielki ku mitycznej Granicy światów. Wszystkie tropy prowadzą do cerkwi w opuszczonej wsi Łopience – miejsca, gdzie przeszłość splata się z teraźniejszością, a Granica między światami zdaje się wyjątkowo cienka.

Czy Uśpieni naprawdę istnieją, czy są tylko wytworem chorej wyobraźni? Jaką rolę w tej opowieści odegra Sophie, ekscentryczna psychiatra lecząca kobiety dotknięte koszmarami? I kto jeszcze musi zginąć, by powstrzymać przerażającą przepowiednię?

„Potępione” to opowieść o przekleństwie dziedzictwa, sile przyjaźni i walce o prawdę, która może przynieść wybawienie lub ostateczne zatracenie. Trzymająca w napięciu od pierwszych stron historia łączy w sobie elementy thrillera, dramatu rodzinnego i pełnego tajemnic fantasy.

Czy odważysz się wkroczyć na Granicę światów?

Spis treści

01_Marysia_Chotecka

02_Poczatek_Bieszczady

03_Marysia_Chotecka

04_Tomasz_Starski

05_Marysia_Chotecka

06_Historia_Medalionow

07_Stanislaw_Kierbedz

08_Liliana_Zielinska_i_Wojtek_Starski

09_Tomasz_Starski

10_Marysia_Chotecka

11_Wojtek_Starski

12_Eliza_Kierbedz

13_Wojtek_Starski

14_Marysia_Chotecka

15_Marta_Zielinska

16_Marta_Zielinska

17_Sophie_Walter

18_Marta_Zielinska

19_Sophie_Walter

20_Marta_Zielinska

21_Eliza_Kierbedz

22_Galeron

23_Marta_Zielinska

24_Marysia_Chotecka

25_Wojtek_Starski

26_Marysia_Chotecka

27_Marysia_Chotecka

28_Tymon_Zielinska

29_Marysia_Chotecka

30_Wojtek_Starski

31_Marysia_Chotecka

32_Wojtek_Starski

33_Marysia_Chotecka

34_Tymon_Zielinska

35_Marysia_Chotecka

36_Marysia_Chotecka

37_Sophie_Walter

38_Wojtek_Starski

39_Marysia_Chotecka

40_Wojtek_Starski

41_Filip

42_Marysia_Chotecka

43_Wojtek_Starski

44_Marta_Zielinska

45_Marysia_Chotecka

46_Wojtek_Starski

47_Olga_Bonczyk

48_Wojtek_Starski

49_Marysia_Chotecka

50_Marysia_Chotecka

51_Marta_Zielinska

52_Adam_Szydlowski

53_Adam_Szydlowski

54_Olga_Bonczyk

55_Tymon_Zielinski

56_Olga_Bonczyk

57_Wojtek_Starski

58_Emilka_Starska

59_Liliana_Zielinska

60_Marysia_Chotecka

61_Adam_Szydlowski

62_Wojtek_Starski

63_Liliana_Zielinska

64_Marysia_Chotecka

65_Wojtek_Starski

66_Adam_Szydlowski

67_Wojtek_Starski

68_Tymon_Zielinski

69_Liliana_Zielinska

70_Wojtek_Starski

71_Wojtek_Starski

72_Galeron

73_Adam_Szydlowski

74_Marysia_Chotecka

75_Marysia_Chotecka

76_Agata_Chotecka

77_Liliana_Zielinska

78_Marysia_Chotecka

79_Sophie_Walter

80_Marysia_Chotecka

81_Lopienka

82_Emilka_Starska

83_Park_w_Podkowie

84_Lopienka

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-974468-1-6
Rozmiar pliku: 6,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Śmie­rć przy­cho­dzi ci­cho. Na­wet gdy do­oko­ła jest ha­łas i har­mi­der. Na­wet je­śli lu­dzie wo­kół krzy­czą i bie­ga­ją. Ma ten sam sche­mat, choć mi­liar­dy sce­na­riu­szy. Śmie­rć za­wsze przy­cho­dzi boso, na pal­cach, bez­sze­lest­nie. Za­wsze na czas. Nikt jej nie za­cze­pia, nikt nie woła. Jak do­bry zna­jo­my, któ­ry wie, w któ­rym mo­men­cie się po­ja­wić. Czuć ją w kro­plach desz­czu, cza­sem w po­dmu­chu wia­tru, jak wil­got­ne po­wie­trze nio­sące uko­je­nie po su­szy.

Wi­dać ją w ostrym ry­sie twa­rzy i płyt­kim od­de­chu. Nie wita się z ni­kim. Idzie nie­ść uko­je­nie. Lu­dzie boją się śmier­ci nie­po­trzeb­nie. Ona po pro­stu to­wa­rzy­szy. Za­bie­ra ich tam, gdzie chcą. Do nie­ba, piek­ła, daje im nowe cia­ło lub roz­pusz­cza ich du­sze na czte­ry stro­ny świa­ta. Daje świa­tło lub mrok. W za­le­żno­ści od pra­gnień ser­ca. Przy­ja­ció­łka ludz­ko­ści. Za­bie­ra strach i daje spo­kój. Nic nie może jej za­sko­czyć. Nikt nie może jej prze­szko­dzić ani cof­nąć jej ręki. Pra­wie nikt.MA­RIA CHO­TEC­KA LAT 17

Pa­ździer­nik 2023

Ma­ry­sia le­ża­ła na łó­żku w swo­im po­ko­ju, za­sta­na­wia­jąc się, jak bar­dzo jej ży­cie zmie­ni­ło się w ci­ągu kil­ku ostat­nich mie­si­ęcy. Ni­g­dy by nie przy­pusz­cza­ła, że będzie za­ko­cha­na, a co do­pie­ro z wza­jem­no­ścią. Mu­sia­ła nie­chęt­nie przy­znać, że ten stan nie był taki zły, jak się spo­dzie­wa­ła. Od­bie­rał wol­ną wolę bez uczu­cia żalu. Wsta­ła, po­de­szła do okna i po­ma­cha­ła chło­pa­ko­wi, któ­ry właś­nie opusz­czał jej po­dwór­ko. Do­tknęła swo­ich ust opusz­ka­mi pal­ców. Jesz­cze czu­ła smak jego po­ca­łun­ków, a sła­wet­ne mo­ty­le pa­no­szy­ły się w brzu­chu. Przy­po­mi­na­ło jej to lek­ką nie­straw­no­ść po­łączo­ną ze zbyt szyb­ką jaz­dą na rol­ler ­co­aste­rze. To było miłe uczu­cie. Po­praw­ka, to było uczu­cie, ja­kie­go nie mo­żna po­rów­nać z żad­nym in­nym. Spoj­rza­ła na ob­raz Coco Cha­nel na ścia­nie i uśmiech­nęła się do sie­bie. Czu­ła, że ona też może wszyst­ko. Mia­ła sie­dem­na­ście lat i świat stał przed nią otwo­rem. Czu­ła tak pierw­szy raz od nie­pa­mi­ęt­nych cza­sów. Chy­ba pierw­szy raz w ogó­le. Na­gle wszyst­kie kom­plek­sy znik­nęły, a strach przed ta­jem­ni­ca­mi ro­dzin­ny­mi i ostat­ni­mi wy­da­rze­nia­mi nie miał te­raz żad­ne­go zna­cze­nia. W tej chwi­li była na­sto­lat­ką, któ­ra my­śla­ła je­dy­nie o tym, że do ju­trzej­sze­go spo­tka­nia z chło­pa­kiem po­zo­sta­ło jesz­cze dłu­gie osiem go­dzin. Na­gle osiem go­dzin to była epo­ka. Nie po­zo­sta­ło jej nic in­ne­go, jak spró­bo­wać za­snąć. Do­tknęła ręką szyi, gdzie jesz­cze nie­daw­no był Me­da­lion, ale go nie zna­la­zła. Dam radę bez nie­go – po­my­śla­ła i uśmiech­nęła się sama do sie­bie.

Kie­dy oj­ciec za­pu­kał do drzwi, nie usły­sza­ła go. Nie usły­sza­ła rów­nież skrzyp­ni­ęcia drzwi. Ża­rów­ka nad jej łó­żkiem pękła, a szkło roz­sy­pa­ło się w drob­ny mak, po­zo­sta­wia­jąc dro­bin­ki na jej skó­rze. Czu­ła je­dy­nie zim­ne odłam­ki szkła. Deszcz – prze­mknęło jej przez myśl, kie­dy usi­ło­wa­ła otwo­rzyć oczy. Po­wie­ki były zbyt ci­ężkie. Nie wi­dzia­ła, kie­dy oj­ciec wsze­dł z la­tar­ką. Usły­sza­ła je­dy­nie krzyk pe­łen bólu. Czu­ła jego dłoń na swo­im mo­krym, lep­kim nad­garst­ku. Krzy­czał, ale nie po­tra­fi­ła roz­ró­żnić słów. Nie mia­ła siły unie­ść po­wiek, ale wie­dzia­ła, że to krew, dużo krwi spły­wa jej w kie­run­ku dło­ni. Nie czu­ła stra­chu, tyl­ko cie­ka­wo­ść. Lek­ko po­ru­szy­ła pal­ca­mi. Lep­kie i mo­kre. Sły­sza­ła ją, jak do niej szep­ce, jej krew, zmęczo­na, ze­psu­ta. Wy­pły­wa­ła bez­wol­nie, ucie­ka­jąc od swej no­si­ciel­ki. Wy­pły­wa­ła, szem­ra­jąc, że to ko­niec. Sku­pie­nie na krwi jed­nak po chwi­li oka­za­ło się zbyt wy­czer­pu­jące. Nie było już mo­ty­li. Nie czu­ła sma­ku nie­daw­nych po­ca­łun­ków, czu­ła je­dy­nie zim­no. Ota­cza­li ją lu­dzie. Zim­ni, źli, agre­syw­ni. Prze­sta­ła czuć krew, ból i sły­szeć co­kol­wiek. Była tam. Wresz­cie tam była. Na­praw­dę. Czy tak miał wy­glądać jej ko­niec? Dla­cze­go aku­rat te­raz? Po­sta­no­wi­ła jed­nak za­wal­czyć.BAŚN – PO­CZĄTEK

Kie­dyś, dużo wcze­śniej

Szła Śmie­rć przez góry i chcia­ła od­po­cząć. Usia­dła więc i ro­zej­rza­ła się do­oko­ła. Było pu­sto, ale wi­dok ją za­chwy­cił. Spo­kój, ci­sza prze­ry­wa­na śpie­wem pta­ków. Bia­ły orzeł na jej ra­mie­niu dziob­nął ją piesz­czo­tli­wie w ucho.

– Wiem, mnie też się tu po­do­ba – po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się za­my­ślo­na. – Kie­dyś na­zwą tę kra­inę Biesz­cza­da­mi.

Ptak sfru­nął z jej ra­mie­nia i usia­dł obok, a po­tem dziob­nął w sa­kiew­kę u jej boku.

– My­ślisz, że to to miej­sce? Je­steś pe­wien?

Ptak kiw­nął łeb­kiem.

– Do­brze.

Śmie­rć wy­sy­pa­ła z sa­kiew­ki proch na swo­ją dłoń. Wsta­ła i ru­szy­ła wol­nym kro­kiem, roz­sy­pu­jąc go po dro­dze. Jej ru­chy przy­po­mi­na­ły ta­niec.

– Za­tem niech się sta­nie. Gra­ni­ca mi­ędzy świa­tem przy­szłym a świa­tem obec­nym. Miej­sce prze­jścia do Sze­olu.

Ptak za­śpie­wał coś w od­po­wie­dzi.

– Po co? – zwró­ci­ła się do orła. – Lu­bię dzie­lić się wła­dzą. Uwa­żam, że wła­dza w jed­nym ręku to nic do­bre­go. Mu­szą być spra­wy od nas nie­za­le­żne, ina­czej ro­bi­my się pró­żni. Tak, przy­ja­cie­lu. Na­wet Śmie­rć bywa cza­sa­mi pró­żna – za­śmia­ła się. – Poza tym tak będzie cie­ka­wiej – do­da­ła, zdej­mu­jąc z szyi zło­ty na­szyj­nik w kszta­łcie czte­ro­list­nej ko­ńczy­ny. – Te­raz pora cze­kać na moje Stra­żnicz­ki. Nie wiem kie­dy, ale czy czas ma dla nas ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie? – za­my­śli­ła się.

Nad nimi zbie­ra­ły się chmu­ry. Wiatr wzma­gał się, ale zło­ty na­szyj­nik był ci­ężki i na­wet nie drgnął, po­zo­sta­wio­ny na zie­mi. Cze­kał, aż za­cznie się jego hi­sto­ria. Opo­wie­ść o de­cy­zjach, złych wy­bo­rach i smut­ku. Pie­śń o mi­ło­ści i stra­cie. Kil­ka chwil pó­źniej roz­pęta­ła się bu­rza, ja­kiej Biesz­cza­dy jesz­cze nie wi­dzia­ły. Od tej pory mia­ło to być coś po­wszech­ne­go dla miesz­ka­ńców ma­łej wio­ski, któ­ra kie­dyś tu po­wsta­nie.MA­RY­SIA CHO­TEC­KA LAT 12

Pierw­szy wrze­śnia był desz­czo­wy, zim­ny i mo­kry. Ide­al­nie wspó­łgrał z na­stro­jem dwu­na­sto­let­niej dziew­czyn­ki sie­dzącej w bia­łej, do­pie­ro co od­ma­lo­wa­nej kuch­ni jesz­cze bez ume­blo­wa­nia. Deszcz si­ąpił za oknem, pró­bu­jąc za­sło­nić brzy­do­tę i sza­ro­ść dnia. Choć okna były cały czas otwar­te, wy­czu­wal­ny smród far­by przy­pra­wiał o ból gło­wy. Po­środ­ku sta­ły stół i trzy krze­sła oto­czo­ne nie­zli­czo­ną ilo­ścią pu­deł i to­reb.

Już ty­dzień mi­nął, od­kąd tu za­miesz­ka­li, a Ma­ry­sia Cho­tec­ka jak na ra­zie wy­szła z domu tyl­ko raz. Prze­pro­wa­dzi­li się z Gda­ńska, po­nie­waż jej mama do­sta­ła pro­po­zy­cję pra­cy w fir­mie zaj­mu­jącej się bu­do­wą nie­ru­cho­mo­ści dla nie­pe­łno­spraw­nych w War­sza­wie. Mama za nic nie chcia­ła miesz­kać w sto­li­cy, więc zna­le­źli dom pod mia­stem. Tata przy­jął po­sa­dę w miej­sco­wym szpi­ta­lu, choć jego nowe miej­sce pra­cy nie mo­gło rów­nać się z po­przed­nim, pierw­szym w ran­kin­gu szpi­ta­lu na Po­mo­rzu. Mama głów­nie pra­co­wa­ła z domu. War­szaw­skie biu­ro od­wie­dza­ła raz w mie­si­ącu.

Tata ko­chał mo­rze i swo­ją pra­cę, a jak­kol­wiek pa­trzeć, w Pod­ko­wie mo­rza nie było, a pra­ca nie była tak pre­sti­żo­wa. Mamę ko­chał jed­nak bar­dziej, bo zgo­dził się bez na­my­słu. Nie­często się zda­rza­ło, że ka­le­ka na wóz­ku do­sta­je awans i dwu­krot­ną pod­wy­żkę. Tym bar­dziej w bra­nży nie­ru­cho­mo­ści. To było jak los wy­gra­ny na lo­te­rii. Tata wie­dział, że to był jej mo­ment. Przed wy­pad­kiem, któ­ry wy­wró­cił ich ży­cie do góry no­ga­mi pięć lat wcze­śniej, mama była agen­tem nie­ru­cho­mo­ści. Do­pie­ro dwa lata temu wró­ci­ła wresz­cie do pra­cy, by od­wa­lać za in­nych biu­ro­wą ro­bo­tę, co z jed­nej stro­ny było po­ni­żej jej kwa­li­fi­ka­cji, z dru­giej ukło­nem wo­bec jej do­tych­cza­so­wych osi­ągni­ęć. Mó­wi­ła, że zo­sta­wi­li ją z li­to­ści, bo kto to sły­szał, żeby agent je­ździł na wóz­ku. Kie­dy więc do­sta­ła pro­po­zy­cję po­sa­dy w nowo otwie­ra­nej nie­miec­kiej fir­mie, któ­ra mia­ła bu­do­wać sieć do­mów i przy­chod­ni dla nie­pe­łno­spraw­nych i do­sto­so­wy­wać wy­ma­ga­nia ar­chi­tek­to­nicz­ne pod ich po­trze­by, było to dla niej jak gwiazd­ka z nie­ba. Ma­ry­sia wi­dzia­ła, jak iskra pa­sji znów roz­świe­tla oczy mat­ki, któ­ra za­pi­sa­ła się na­wet na kurs ar­chi­tek­tu­ry ze spe­cja­li­za­cją ar­chi­tek­tu­ra nie­pe­łno­spraw­nych – oczy­wi­ście on­li­ne. Za­an­ga­żo­wa­ła się ca­łym ser­cem w nowe przed­si­ęw­zi­ęcie. Nie­któ­re roz­wi­ąza­nia te­sto­wa­ła w prak­ty­ce i tak co ja­kiś czas przy­wo­żo­no szy­ny na pod­jazd, win­dy i inne urządze­nia uła­wia­jące po­ru­sza­nie się po za­ka­mar­kach domu i po­dwór­ka. Te, któ­re nie spe­łnia­ły jej ocze­ki­wań, od­sy­ła­ła. Ku­rier był już u nich trzy razy i Ma­ry­śka trak­to­wa­ła Da­nie­la jak sta­re­go zna­jo­me­go.

Ich rze­czy przy­je­cha­ły do­pie­ro wczo­raj, więc dziś od rana mama krząta­ła się, pró­bu­jąc od­na­le­źć rze­czy cór­ki, ukry­te gdzieś w nie za do­brze opi­sa­nych pu­dłach.

– Nie mogę zna­le­źć bia­łej bluz­ki.

Mama otwie­ra­ła na­wet pu­dła ku­chen­ne, co Ma­ry­si wy­da­wa­ło się bez sen­su, ale z mamą nie dało się dys­ku­to­wać. Jak już się upa­rła, to le­piej było nie wcho­dzić jej w dro­gę.

– Jest! – krzyk­nęła z trium­fem Anna Cho­tec­ka, wy­ci­ąga­jąc ja­kieś pu­dło z na­pi­sem „Stro­je”. – A że­laz­ko wi­dzia­łam gdzieś przed chwi­lą. – Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła. – Te­raz zaj­mie­my się two­ją fry­zu­rą. Pan­ni­ca w two­im wie­ku musi już pi­ęk­nie wy­glądać.

Cza­sa­mi Ma­ry­śce wy­da­wa­ło się, że ktoś mu­siał pod­mie­nić ją na po­ro­dów­ce. Jej mama była za­wsze za­dba­na, wy­mu­ska­na, ubra­na w naj­lep­szej mar­ki ubra­nia. Ni­g­dy nie za­ło­ży­ła­by po­gnie­cio­nej bluz­ki czy bu­tów, któ­re nie by­ły­by per­fek­cyj­nie czy­ste. Do ma­ni­kiu­rzyst­ki cho­dzi­ła raz w ty­go­dniu, tak samo do ko­sme­tycz­ki. Wy­gląd uwa­ża­ła za swo­ją wi­zy­tów­kę. Ma­ry­śce wy­da­wa­ło się, że po wy­pad­ku mama do­sta­ła bzi­ka na tym punk­cie i coś, co wcze­śniej było odro­bi­nę prze­ry­so­wa­ne, te­raz sta­ło się osten­ta­cyj­nie ja­skra­we, wy­ol­brzy­mio­ne i po pro­stu nie do znie­sie­nia. Ma­ry­śka mia­ła wra­że­nie, że jest to­tal­nym za­prze­cze­niem mamy w tym względzie. Lu­bi­ła być po­mi­ęta i po­tar­ga­na. Cały czas to­czy­ły o to za­żar­ty bój. Cza­sa­mi dziew­czyn­ka za­sta­na­wia­ła się, czy na­praw­dę to lubi, czy po pro­stu chce dzia­łać na ner­wy matce. Ja­ka­kol­wiek była od­po­wie­dź na to py­ta­nie, Ma­ry­śka nie zno­si­ła cze­sa­nia w gład­ki ku­cyk, bia­łych blu­zek, spód­ni­czek za­ko­ńczo­nych ko­ron­ko­wą la­mel­ką i ba­le­ri­nek, w któ­rych, jak twier­dzi­ła mama, dziew­częca nó­żka wy­gląda­ła tak ele­ganc­ko. Cza­sa­mi dla świ­ęte­go spo­ko­ju go­dzi­ła się na wy­bra­ne przez mamę ubra­nia, ale cho­wa­ła do ple­ca­ka zwy­kły T-shirt i je­an­sy, a wło­sy roz­pusz­cza­ła i tar­ga­ła spe­cjal­nie tuż za ro­giem domu. Jej twarz roz­świe­tlał wte­dy uśmiech pe­łen sa­tys­fak­cji.

Z nie­ba lało się tak, jak­by ktoś usi­ło­wał unie­mo­żli­wić lu­dziom wy­jście z domu. I gdy­by to za­le­ża­ło od Ma­ry­si, na pew­no chęt­nie by tu zo­sta­ła. Zaj­rza­ła na What­sApp, gdzie jej przy­ja­cie­le z Gda­ńska cie­szy­li się już na po­now­ne spo­tka­nie w szko­le po prze­rwie wa­ka­cyj­nej. Bar­dzo bra­ko­wa­ło jej zna­jo­mych twa­rzy. W Gda­ńsku na­wet po­go­da była pi­ęk­na. Nie było jed­nak szans na po­wrót, ty­dzień temu pod­pi­sa­li umo­wę no­ta­rial­ną kup­na domu, w któ­rym te­raz sie­dzia­ły.

Mu­sia­ła przy­znać, że był ca­łkiem do rze­czy. Nie­ogro­dzo­na po­se­sja zo­sta­ła przez po­przed­nich wła­ści­cie­li ob­sa­dzo­na spo­rą ilo­ścią drzew i krze­wów, któ­re ro­sły so­bie bez ładu i skła­du, co bar­dzo dziew­czyn­ce od­po­wia­da­ło. Dom miał czte­ry po­ko­je, ła­zien­kę i kuch­nię na dole, a na gó­rze strych. Naj­wa­żniej­sze było to, że nie miał pro­gów. Po­ru­sza­nie się na wóz­ku w in­nym wy­pad­ku by­ło­by bar­dzo kło­po­tli­we. Ro­dzi­ce prze­wi­dzie­li dla Ma­ry­si po­kój na dole, ale wy­wal­czy­ła coś lep­sze­go. Do­sta­ła na wy­łącz­no­ść je­dy­ne po­miesz­cze­nie ze scho­da­mi – strych. Mama twier­dzi­ła, że tam po­wi­nien być ma­ga­zy­nek, bo po tych scho­dach nie da się we­jść, na­wet jak ma się zdro­we nogi. To Ma­ry­si od­po­wia­da­ło, prze­strzeń tyl­ko dla niej. Mama już kom­bi­no­wa­ła, co po­win­na za­mó­wić, żeby i tę ba­rie­rę ar­chi­tek­to­nicz­ną zni­we­lo­wać. Ma­ry­śce wy­da­wa­ło się, że zgo­dzi­ła się tyl­ko dla­te­go, bo było to dla niej wy­zwa­nie, któ­re po­sta­no­wi­ła pod­jąć.

Naj­lep­szy był wi­dok. Z okna mo­gła po­dzi­wiać za­chód sło­ńca bez wy­cho­dze­nia z domu, a w dali wi­dzia­ła małe je­zior­ko, któ­rym szczy­ci­ła się Pod­ko­wa i dla któ­re­go let­nią porą od­wie­dza­li ją War­sza­wia­cy. Nie było to mo­rze, ale za­wsze ja­kaś woda, do któ­rej wi­do­ku Ma­ry­sia była tak przy­zwy­cza­jo­na.

Dziew­czyn­ka za­wsze de­ner­wo­wa­ła się pierw­sze­go wrze­śnia, ale dziś stres prze­kszta­łcił się w ból brzu­cha i z mi­nu­ty na mi­nu­tę przy­bie­rał na sile. Nowa szko­ła i nowi lu­dzie, a mia­ło być jesz­cze go­rzej. Mama za­pi­sa­ła ją do Domu Kul­tu­ry na za­jęcia z ry­sun­ku, choć pro­si­ła ją, by tego nie ro­bi­ła. Nie­ste­ty mama ni­g­dy jej nie słu­cha­ła, za­wsze ro­bi­ła to, co sama uwa­ża­ła za słusz­ne. Za­zwy­czaj były o to same kłót­nie, któ­re Anna Cho­tec­ka zwy­kle wy­gry­wa­ła. Ma­ry­sia nie po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, jak mo­gła­by po­ka­zać ko­muś swo­je pra­ce, a co do­pie­ro ma­lo­wać, kie­dy ktoś pa­trzy jej na ręce.

– Nie chcę tam iść – po­wie­dzia­ła.

– Roz­ma­wia­ły­śmy o tym – od­pa­rła mama. – Stre­su­jesz się, to nor­mal­ne, ale masz ogrom­ny ta­lent i moim za­da­niem jako mat­ki jest nie po­zwo­lić ci go zmar­no­wać.

– Nie chcę, żeby się ze mnie na­bi­ja­li.

– Kto ma się na­bi­jać? Two­je ry­sun­ki są na­praw­dę do­bre, a pro­wa­dzący jest w po­rząd­ku. Roz­ma­wia­łam z nim wczo­raj.

– Roz­ma­wia­łaś z nim? Po co?

– Pro­sił, byś przy­nio­sła swo­je pra­ce. Spa­ko­wa­łam ci je do tecz­ki i wło­ży­łam do ple­ca­ka. Sama w tym ba­ła­ga­nie na pew­no byś ich nie zna­la­zła. Poza tym był tu wczo­raj twój ko­le­ga.

– Prze­cież ja tu nie mam ko­le­gów.

– No do­brze, źle się wy­ra­zi­łam. Był tu nasz sąsiad, chciał się przy­wi­tać. Po­wie­dział, że nie przy­sze­dł wcze­śniej, bo go nie było.

– I co chciał? – za­py­ta­ła dziew­czyn­ka.

– Nie wiem, chy­ba cię po­znać. Jest w two­im wie­ku. Na­zy­wa się Adam Szy­dłow­ski. Jego mama pro­wa­dzi pen­sjo­nat. Będzie cho­dził z tobą do kla­sy. Miły, choć zde­cy­do­wa­nie za dużo gada i wy­gląda, jak­by miał w krwio­obie­gu za dużo cu­kru – po­wie­dzia­ła krót­ko.

– Ten pen­sjo­nat obok nas?

– Ten sam. Ma­ry­śka wy­szu­ka­ła go w sie­ci i oczy­wi­ście zna­la­zła. Fak­tycz­nie był w jej wie­ku. Adam wy­glądał ca­łkiem do rze­czy, ale prze­cież w sie­ci ka­żdy mógł do­brze wy­glądać. Cie­ka­we, czy się do­ga­da­ją. W su­mie to nie chcia­ła ni­ko­go po­zna­wać, chcia­ła wró­cić do Gda­ńska.

– Jest dwa mie­si­ące star­szy ode mnie. Czy­ta fan­ta­sy, nie ma ro­dze­ństwa, lubi man­gę, nie jest w zwi­ąz­ku, lubi ja­po­ński me­tal i, a to ci do­pie­ro, cho­dzi do szko­ły mu­zycz­nej i gra na kon­tra­ba­sie i skrzyp­cach. Nie znam ni­ko­go, kto by to umiał – po­wie­dzia­ła, spo­gląda­jąc za­cie­ka­wio­na na mamę.

Mama jęk­nęła, pa­trząc na te­le­fon cór­ki.

– Nic nie jest już świ­ęto­ścią. Poza tym to, że od uro­dzin mo­żesz ko­rzy­stać z Tik­To­ka, nie zna­czy, że masz szpie­go­wać lu­dzi.

– Mamo właś­nie do­kład­nie po to jest Tik­Tok, nie bądź na­iw­na.

– Któ­re ry­sun­ki wy­bra­łaś? – za­py­ta­ła.

Ma­ry­śce prze­wró­ci­ło się w żo­łąd­ku, kie­dy spoj­rza­ła na ple­cak.

– Sama zo­ba­czysz. Będziesz cho­dzić na kurs za­awan­so­wa­ny. Tro­chę mi za­jęło prze­ko­na­nie pro­wa­dzące­go, że na pew­no się na­da­jesz.

– No świet­nie, mamo, dzi­ęki wiel­kie, jesz­cze będą mnie uwa­żać za za­ro­zu­mia­łą sukę.

– Ma­ry­śka, waż swo­je sło­wa. Masz dwa­na­ście lat.

– Do­brze, że nie sły­sza­łaś, jak na­praw­dę mó­wią dwu­na­sto­lat­ki – wes­tchnęła dziew­czyn­ka.

– Nie ob­cho­dzi mnie, jak mó­wią, ob­cho­dzi mnie, jak ty mó­wisz.

– Ale ja nie chcę cho­dzić do za­awan­so­wa­nej! – Ma­ry­sia wsta­ła i za­częła ner­wo­wo krążyć po po­ko­ju.

– Nie bądź śmiesz­na, etap ma­lo­wa­nia sło­ne­czek i chmu­rek masz już za sobą, a to jest właś­nie to, co ma­lu­ją na po­cząt­ko­wej.

No do­bra, mu­sia­ła przy­znać, że sło­ne­czek i chmu­rek nie chcia­ła ma­lo­wać.

Na dwo­rze bez prze­rwy lało. Na­gle huk­nęło gdzieś da­le­ko, a nie­bo roz­świe­tli­ła bły­ska­wi­ca. Ża­rów­ka nad sto­łem pękła, a szkło roz­sy­pa­ło się po ca­łej kuch­ni jak kon­fet­ti. Ma­ry­śce tro­chę ulży­ło, jak­by wraz z roz­bi­ciem ża­rów­ki pękła ba­ńka stre­su ta­kże w niej.

– Tu też nas będzie prze­śla­do­wa­ła elek­trycz­no­ść? My­śla­łam, że pęka­jące ża­rów­ki zo­sta­ły w Gda­ńsku. Jesz­cze zwar­cie. Świet­nie – mruk­nęła Anna Cho­tec­ka. – Po­sprzątaj to, a ja wy­pra­su­ję ci bluz­kę. I nie martw się tyle. Za­pa­rzę ci me­li­sy – po­wie­dzia­ła, pa­trząc na cór­kę, po czym do­da­ła: – Ale na ry­su­nek pój­dziesz.

Z gar­dła Ma­ry­si wy­do­był się nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny dźwi­ęk.

*

Szko­ła była pi­ętro­wa, za mała jak na jej gust, nie dało się tu zgu­bić lub scho­wać. Wszyst­ko było wi­dać jak na dło­ni. Mało kątów, mało za­ka­mar­ków, choć pew­nie były, tyl­ko ona o nich jesz­cze nie wie­dzia­ła. Po­przed­ni gda­ński mo­loch był do­sko­na­ły, gdy­by chcia­ło się w nim ukryć. Wy­star­czy­ło zmie­nić pi­ętro, wy­jść przez łącz­nik czy ze­jść do piw­ni­cy. Tu wszyst­ko było nowe. Czuć było za­pach sta­ro­ści, któ­ry skrzęt­nie sta­ra­no się po­kryć wo­nią no­wej far­by. Na ścia­nach wi­sia­ły nie­zbyt uda­ne de­ko­ra­cje zwi­ąza­ne z po­wi­ta­niem szko­ły. Dzi­ęki in­struk­cjom mamy, któ­ra jak zwy­kle była przy­go­to­wa­na, Ma­ria zna­la­zła kla­sę bez pro­ble­mu. Spe­cjal­nie przy­szła kil­ka­na­ście mi­nut wcze­śniej, li­cząc na to, że sala będzie otwar­ta. Tak właś­nie było. Usia­dła w ław­ce na sa­mym ko­ńcu, ku roz­cza­ro­wa­niu ko­lej­nych osób, któ­re wcho­dzi­ły do pomiesz­cze­nia i mia­ły ocho­tę na to samo miej­sce. Uda­wa­ła, że jest bar­dzo za­ab­sor­bo­wa­na pa­trze­niem w te­le­fon.

– Za­jęte?­ – Ktoś sta­nął przy jej ław­ce.

– Nie.

– Woj­tek Star­ski. – Chło­pak wy­ci­ągnął do niej rękę.

– Ma­ry­śka Cho­tec­ka.

– Za­jęłaś moje miej­sce, Ma­ry­śka.

– Nie było pod­pi­sa­ne – po­wie­dzia­ła ci­cho, ale sta­now­czo. Nie za­mie­rza­ła re­zy­gno­wać. Grunt to do­bra po­zy­cja, na ko­ńcu kla­sy. Nie chcia­ła sie­dzieć na po­cząt­ku.

– Do­bra je­steś z pol­skie­go? – za­py­tał Woj­tek.

– Prze­ci­ęt­na – od­po­wie­dzia­ła tyl­ko. Wy­da­wa­ło jej się, że wspo­mi­na­nie o ce­lu­jącym nie jest naj­lep­szym po­my­słem.

– Ja je­stem bez­na­dziej­ny, dla­te­go tu sie­dzę. Je­steś nowa.

– A ty je­steś bar­dzo od­kryw­czy, jak wi­dzę.

– Mój tata jest ko­men­dan­tem po­li­cji. – Uśmiech­nął się głup­ko­wa­to.

– A moja mama to In­di­ra Ghan­di – od­ci­ęła się.

– Nie wy­glądasz na Hin­du­skę – po­wie­dział ci­cho.

– Wiesz, kim jest In­di­ra Ghan­di? – zdzi­wi­ła się.

Lek­cja prze­szła spo­koj­nie, a Ma­ria stwier­dzi­ła, że było na­wet ca­łkiem nie­źle. Na­uczy­ciel­ka mó­wi­ła cie­ka­wie, mie­li dość faj­ne lek­tu­ry w tym roku. Nikt jej o nic nie py­tał, nikt od niej ni­cze­go nie chciał.

Kie­dy wszy­scy za­częli po­wo­li się pa­ko­wać i do dzwon­ka zo­sta­ło pięć mi­nut, na­uczy­ciel­ka po­wie­dzia­ła:

– Mamy nową ko­le­żan­kę. Ma­ria Cho­tec­ka. Zo­sta­ła jesz­cze chwi­la, może po­wiesz coś o so­bie?

Ma­ry­śka była już pur­pu­ro­wa, za­nim wsta­ła. Cała kla­sa pa­trzy­ła na nią. Pró­bo­wa­ła za­sło­nić się wło­sa­mi, ale wy­pa­da­ło spoj­rzeć cho­ciaż na na­uczy­ciel­kę.

– Wstań i po­wiedz coś o so­bie.

– Prze­pro­wa­dzi­łam się z Gda­ńska.

– Su­per, za­wsze chcia­łam miesz­kać na Po­mo­rzu – po­wie­dzia­ła po­lo­nist­ka. – Coś jesz­cze?

– Miesz­ka obok mnie! – ­krzyk­nął ja­kiś chło­pak.

Ma­ria spoj­rza­ła na nie­go i po­zna­ła Ada­ma Szy­dłow­skie­go, któ­ry się do niej szcze­rzył.

– Jej oj­ciec jest gi­ne­ko­lo­giem i pra­cu­je z moją mamą w szpi­ta­lu – krzyk­nął ja­kiś inny chło­pak.

Po sali prze­bie­gły przy­tłu­mio­ne śmie­chy. Dziew­czy­na mia­ła wra­że­nie, że na­wet jej uszy są ko­lo­ru pur­pu­ry.

– Czy on też ją bada? – za­py­tał ktoś z dru­gie­go ko­ńca sali.

Ma­rii zro­bi­ło się nie­do­brze.

– Nie py­ta­łam was, co wy wie­cie o Ma­rii, tyl­ko pro­si­łam, by ona po­wie­dzia­ła coś o so­bie. Po­wiedz nam, co lu­bisz ro­bić – ode­zwa­ła się na­uczy­ciel­ka.

– Opie­ko­wać się zwie­rzęta­mi – od­pa­rła me­cha­nicz­nie.

Ja­kiś dziew­częcy głos z przo­du kla­sy za­śmiał się szy­der­czo.

Na­praw­dę tak po­wie­dzia­łam? – po­my­śla­ła i krzyk prze­ra­że­nia uwi­ązł jej w gar­dle. Jak­bym mia­ła pięć lat.

– Ja­kieś szcze­gól­ne za­in­te­re­so­wa­nia?

– Nie­szcze­gól­ne – bąk­nęła i usia­dła.

– Jak to nie? Ry­su­je. – Woj­tek wstał z krze­sła obok niej i unió­sł w jed­nej dło­ni ry­su­nek, a w dru­giej tecz­kę, któ­rą spa­ko­wa­ła jej mama. Mu­sia­ła wy­su­nąć się z jej ple­ca­ka, kie­dy Ma­ry­sia wsta­wa­ła. Wprost pod jego nogi.

– Od­da­waj. To moje – syk­nęła i wy­rwa­ła mu przed­miot z ręki. Ku prze­ra­że­niu dziew­czy­ny za­war­to­ść tecz­ki roz­sy­pa­ła się po kla­sie. Ry­sun­ki roz­je­cha­ły się te­atral­nie po ca­łej dłu­go­ści podło­gi. Czar­na kre­ska de­mo­nicz­nych wi­zji Ma­ry­śki była wszędzie. Po­sta­cie z jej kosz­ma­rów, ró­żni lu­dzie, któ­rych wi­dzia­ła w swo­ich wi­zjach. Uśpie­ni. Nie­któ­rzy mie­li imio­na, lecz byli i tacy, któ­rych to­żsa­mo­ści jesz­cze nie od­kry­ła. Mia­ła wra­że­nie, jak­by ktoś wy­sta­wił jej du­szę na po­śmie­wi­sko.

– Ale to zry­te – po­wie­dzia­ła z obrzy­dze­niem jed­na dziew­czy­na.

– Nowa Ma­ry­sia ma fi­sia­! – krzyk­nął ktoś.

Spoj­rza­ła na Wojt­ka, któ­ry chciał coś po­wie­dzieć. Nie uśmie­chał się.

– Ja… – bąk­nął tyl­ko zmie­sza­ny.

Za­dzwo­nił dzwo­nek.

– Ni­g­dy wi­ęcej się do mnie nie od­zy­waj – szep­nęła i wy­szła z kla­sy, nie pa­trząc za sie­bie.

Po­tem wy­bie­gła ze szko­ły i pędem ru­szy­ła do domu. Łzy ka­pa­ły na po­licz­ki i zle­wa­ły się z kro­pla­mi desz­czu. Była cała mo­kra i tak nie­szczęśli­wa jak jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu.MA­RY­SIA CHO­TEC­KA

Mó­wią, że pierw­szy dzień jest trud­ny, ale na to Ma­ry­sia nie była przy­go­to­wa­na. To był do­pie­ro po­czątek. Chłop­cy bie­ga­li za nią po ko­ry­ta­rzu, krzy­cząc: „Ma­ry­sia ma fi­sia”. Od tego mo­men­tu Ma­ry­sia po­pro­si­ła ro­dzi­ców, by mó­wi­li do niej „Mar”. Tata przy­jął jej pro­śbę bez ko­men­ta­rza, ale mama nie chcia­ła się zgo­dzić.

– Nie po to masz pi­ęk­ne imię Ma­ria, by skra­cać je do ja­kie­goś dzi­wacz­ne­go Mar.

W ka­żdym ra­zie w swo­jej wła­snej gło­wie Ma­ria po­że­gna­ła się z Ma­ry­sią i Ma­ry­śką i tam­te­go dnia sta­ła się Mar.

Cały ty­dzień ukry­wa­ła się po kątach w szko­le. Nie po­tra­fi­ła się od­na­le­źć. Wy­da­wa­ło jej się, że wszy­scy się na nią ga­pią. Na ko­ry­ta­rzu, na uli­cy, w skle­pie. Nie po­tra­fi­ła so­bie z tym po­ra­dzić. Sie­dzia­ła w domu i ry­so­wa­ła, ale sama wi­dzia­ła, że jej ry­sun­ki są co­raz bar­dziej czar­ne, de­pre­syj­ne i po pro­stu smut­ne. Od tam­te­go dnia na­wet jej sny za­częły się ro­bić dzi­wacz­ne. Prze­le­wa­ła je na pa­pier. Ry­so­wa­ła jak w tran­sie. Twa­rze. Syl­wet­ki, cie­nie. Wi­ęk­szo­ść cho­wa­ła w szu­fla­dzie i cie­szy­ła się, że ni­ko­mu nie musi ich po­ka­zy­wać. Mama do niej nie za­gląda­ła. Od cza­su do cza­su od­wie­dzał ją tata, za­pew­ne wy­sy­ła­ny przez mamę na prze­szpie­gi. Ma­ry­sia nie chcia­ła wy­jść z domu na­wet wte­dy, kie­dy Adam Szy­dłow­ski za­pro­sił ją na ro­wer.

– ­Je­dzie­my ju­tro na po­grzeb bab­ci. Do­brze by­ło­by, gdy­byś po­je­cha­ła – po­wie­dział tata któ­re­goś dnia.

Wie­dzia­ła, że jej bab­cia zma­rła. To była ko­lej­na fan­ta­stycz­na wia­do­mo­ść pierw­sze­go dnia szko­ły. Mar nie czu­ła jed­nak smut­ku. Nie pa­mi­ęta­ła już, kie­dy wi­dzia­ła ją ostat­ni raz.

– ­Ja­sne. Cze­mu jej nie zna­łam? – za­py­ta­ła.

– Wy­pro­wa­dzi­łem się z domu, jak mia­łem osiem­na­ście lat. Moja bab­cia miesz­ka­ła w Biesz­cza­dach, a ro­dzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się do Rze­szo­wa jesz­cze przed moim uro­dze­niem, ale po­tem do­brze zda­łem ma­tu­rę i mo­głem iść do Gda­ńska na uni­wer­sy­tet. Ja­koś ni­g­dy nie chcia­łem tam wra­cać. Mam na­dzie­ję, że z tobą będzie ina­czej – po­wie­dział smut­no i po­gła­skał cór­kę po gło­wie.

Ma­ry­sia nie cho­dzi­ła do tej pory na po­grze­by. W su­mie to był to jej pierw­szy raz. Ja­koś do tej pory ro­dzi­ce uni­ka­li za­bie­ra­nia jej na ta­kie uro­czy­sto­ści. Sądzi­li za­pew­ne, że jest za mała, a może po pro­stu chcie­li unik­nąć roz­mo­wy na trud­ne te­ma­ty. Poza tym do tej pory nie zna­ła ni­ko­go, kto by uma­rł. Czu­ła dreszcz eks­cy­ta­cji i prze­ra­że­nia, kie­dy wcho­dzi­li do ko­ścio­ła. Bu­dy­nek po­wo­li wy­pe­łniał się lu­dźmi, w po­wie­trzu wi­sia­ło ocze­ki­wa­nie i nie­na­tu­ral­na ci­sza prze­ty­ka­na smar­ka­niem, ki­cha­niem i szu­ra­niem krze­seł. Or­ga­ny huk­nęły moc­nym dźwi­ękiem gdzieś z góry, do­da­jąc chwi­li po­wa­gi. Mar po­my­śla­ła, że wzbu­dza­ją w niej uczu­cie by­cia ma­łym i nie­wa­żnym. Wo­la­ła­by trąb­kę lub gi­ta­rę.

Usie­dli w ław­ce za trum­ną. Ma­ry­si prze­mknęło przez myśl, że do­brze, że przy­je­cha­li, bo miej­sca dla ro­dzi­ny po­zo­sta­ły­by pu­ste. Wy­zie­ra­ła­by z nich strasz­na sa­mot­no­ść. Może je za­bie­ra­ją, je­śli zma­rły nie ma bli­skich – po­my­śla­ła. Ro­dzi­ce ru­szy­li do otwar­tej trum­ny.

– ­Nie mu­sisz tego ro­bić – po­wie­dział tata, trzy­ma­jąc ją za rękę.

Mar po­cząt­ko­wo zo­sta­ła na miej­scu, ale po chwi­li wsta­ła. Gdzieś w głębi ser­ca wie­dzia­ła, że chce. Coś ją przy­ci­ąga­ło. Sta­nęła obok i ze stra­chem po­pa­trzy­ła na cia­ło. Mo­men­tal­nie się uspo­ko­iła. Było ta­kie nie­na­tu­ral­ne i od­re­al­nio­ne, spo­koj­ne, sta­tycz­ne. Po­ło­ży­ła dłoń na zim­nej ręce bab­ci. Za­sta­na­wia­ła się, jak ko­bie­ta wy­gląda­ła, kie­dy żyła.

– Ża­łu­ję, że cię nie po­zna­łam. Bije od cie­bie do­bra aura – po­wie­dzia­ła tak ci­cho, że na­wet ro­dzi­ce nie mo­gli jej usły­szeć.

Or­ga­ny uci­chły, a krysz­ta­ło­wy ży­ran­dol spa­dł z hu­kiem metr przed trum­ną, te­atral­nie roz­sy­pu­jąc się po za­ka­mar­kach ko­ścio­ła. Mar cof­nęła rękę wy­stra­szo­na. W su­mie gdy­by sta­ła kil­ka kro­ków da­lej, sama mo­gła­by nie żyć.

– Wszy­scy cali? – Prze­ra­żo­na za­kon­ni­ca wy­bie­gła z za­kry­stii. – Nie wiem, co się sta­ło – za­mru­cza­ła pod no­sem. – Jest awa­ria prądu, ale jak to się ma do spa­da­jące­go ży­ran­do­la, nie wiem – po­wie­dzia­ła.

Lu­dzie rzu­ci­li się, żeby jej po­móc. Cały ko­ściół zbie­rał małe krysz­ta­łki ży­ran­do­lu, tyl­ko Mar, tata i mama sta­li przy bab­ci.

*

– Jak się czu­jesz po po­grze­bie? – za­py­tał tata, kie­dy wró­ci­li do domu.

– W po­rząd­ku. Mu­szę przy­znać, że to była ce­re­mo­nia z wiel­kim hu­kiem. – Ma­ry­sia uśmiech­nęła się na myśl o spa­da­jącym ży­ran­do­lu.

– Bab­cia lu­bi­ła efek­tow­ne we­jścia, więc pew­nie chcia­ła się też efek­tow­nie po­że­gnać – po­wie­dzia­ła mama.

– Cmen­tarz jest przy­gnębia­jący. – Ma­ry­sia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Za­my­ka­nie lu­dzi w ta­kich pu­dłach, a po­tem w ka­mien­nych imi­ta­cjach do­mów – do­da­ła ci­cho.

– ­Taka już na­sza tra­dy­cja – wes­tchnęła mama.

– ­Ro­zu­miem cię – po­wie­dział tata. – Ja też wo­la­łbym być częścią przy­ro­dy. Moje pro­chy mo­gły­by spo­cząć pod drze­wem.

Mar nie do­da­ła, że cmen­tarz zu­pe­łnie ją przy­tło­czył. Nie chcia­ła ich mar­twić. Czu­ła się jak w dusz­nym po­miesz­cze­niu, pe­łnym szep­tów i ści­śni­ętych ciał. Nie mo­gła zła­pać tchu. Mia­ła wra­że­nie, że ktoś do niej mówi, choć nic nie ro­zu­mia­ła. Zde­cy­do­wa­nie za­mie­rza­ła uni­kać cmen­ta­rza.

Tej nocy przy­śni­ła jej się bab­cia Ula. Nie był to strasz­ny sen. Dużo roz­ma­wia­ły, choć rano nie pa­mi­ęta­ła o czym. Ma­ry­sia wie­dzia­ła je­dy­nie, że sta­rusz­ka zo­sta­wi­ła coś dla niej, ja­kąś pa­mi­ąt­kę, któ­ra mia­ła jej po­móc. Tata przy śnia­da­niu w za­my­śle­niu mie­szał płat­ki od pół go­dzi­ny. W su­mie nie mo­gła go wi­nić, wczo­raj od­był się po­grzeb jego mat­ki. Po­pa­trzy­ła na swo­ją i po­my­śla­ła, że nie znio­sła­by, gdy­by coś jej się sta­ło. Pięć lat temu, kie­dy nie wie­dzie­li jesz­cze, czy mama wyj­dzie ze śpi­ącz­ki po wy­pad­ku, Ma­ry­sia my­śla­ła, że strach ją za­le­je. Ode­pchnęła od sie­bie te my­śli.

– Mar – po­wie­dział po chwi­li tata. – Bab­cia chcia­ła ci coś dać.

Me­da­lion – prze­mknęło jej tyl­ko przez myśl. Tak, o tym śni­ła.

– Był w na­szej ro­dzi­nie już od daw­na. Kie­dyś na­le­żał do mamy mo­je­go taty. Był dla nie­go bar­dzo wa­żny. Bab­ci bar­dzo za­le­ża­ło, byś go no­si­ła, i za­zna­czy­ła, że nie ży­czy so­bie, by go kie­dy­kol­wiek sprze­da­wać. Po­tra­fisz usza­no­wać jej pro­śbę?

Ma­ry­sia kiw­nęła gło­wą na znak, że się zga­dza. Po­pa­trzy­ła na zło­ty Me­da­lion. Miał kszta­łt łez­ki, jak­by był częścią cze­goś wi­ęk­sze­go. Kie­dy trzy­ma­ła go w ręce, opa­no­wa­ło ją bło­gie uczu­cie bez­pie­cze­ństwa. Mia­ła wra­że­nie, że Me­da­lion lek­ko drgnął i po­czu­ła jego cie­pło. Jak­by odro­bi­nę się przy­ssał do jej skó­ry. Za­ło­ży­ła go na szy­ję i po­czu­ła dziw­ną ulgę. Jak­by bra­ko­wa­ło jej go od daw­na. Ktoś za­dzwo­nił do drzwi. Mar po­de­szła i otwo­rzy­ła je sze­ro­ko. Stał tam jej sąsiad, a na pod­je­ździe le­żał jego ro­wer.

– Tym ra­zem się nie wy­kręcisz – po­wie­dział. – Jest su­per­sło­necz­nie, a twój ro­wer stoi w otwar­tym ga­ra­żu.

Mar prze­wró­ci­ła ocza­mi i ze śmie­chem krzyk­nęła do ro­dzi­ców:

– ­W ta­kim ra­zie idę na ro­wer!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij