-
W empik go
Potępione - ebook
Potępione - ebook
Cztery Medaliony, mityczna Granica i przerażające dziedzictwo…
Marysia Chotecka mieszka w podwarszawskiej Podkowie i wiedzie pozornie normalne życie. Jest jednak wycofana i nieufna w stosunku do rówieśników, którzy nie potrafią zrozumieć jej mrocznych rysunków. Mar tworzy nietypowe szkice, ponieważ od lat widzi w snach Uśpionych – postacie, które przychodzą do niej i zdają się oczekiwać pomocy. Nastolatka próbuje zrozumieć ten niepokojący dar, nie przypuszcza jednak, że tragedia, której przed pięciu laty była świadkiem, stanie się kluczem do rozwiązania tajemnicy.
W cieniu traumatycznych wspomnień o Julce – młodszej siostrze kolegi z klasy, która odebrała sobie życie – Marysia odkrywa, że nie jest jedyną, która mierzy się z koszmarami. Wojtek Starski, obarczony odpowiedzialnością za rodzinę po śmierci siostry i zaginięciu ojca, staje się jej sojusznikiem w walce z siłami, które wymykają się racjonalnemu rozumowi.
Gdy na jaw wychodzi istnienie czterech Medalionów, które łączą losy kobiet z różnych rodzin i prowadzą je ku Bieszczadom, historia nabiera przerażającego tempa. Medaliony – pamiątki rodzinne, a może przeklęte artefakty – dążą do połączenia, przyciągając swoje właścicielki ku mitycznej Granicy światów. Wszystkie tropy prowadzą do cerkwi w opuszczonej wsi Łopience – miejsca, gdzie przeszłość splata się z teraźniejszością, a Granica między światami zdaje się wyjątkowo cienka.
Czy Uśpieni naprawdę istnieją, czy są tylko wytworem chorej wyobraźni? Jaką rolę w tej opowieści odegra Sophie, ekscentryczna psychiatra lecząca kobiety dotknięte koszmarami? I kto jeszcze musi zginąć, by powstrzymać przerażającą przepowiednię?
„Potępione” to opowieść o przekleństwie dziedzictwa, sile przyjaźni i walce o prawdę, która może przynieść wybawienie lub ostateczne zatracenie. Trzymająca w napięciu od pierwszych stron historia łączy w sobie elementy thrillera, dramatu rodzinnego i pełnego tajemnic fantasy.
Czy odważysz się wkroczyć na Granicę światów?
Spis treści
01_Marysia_Chotecka
02_Poczatek_Bieszczady
03_Marysia_Chotecka
04_Tomasz_Starski
05_Marysia_Chotecka
06_Historia_Medalionow
07_Stanislaw_Kierbedz
08_Liliana_Zielinska_i_Wojtek_Starski
09_Tomasz_Starski
10_Marysia_Chotecka
11_Wojtek_Starski
12_Eliza_Kierbedz
13_Wojtek_Starski
14_Marysia_Chotecka
15_Marta_Zielinska
16_Marta_Zielinska
17_Sophie_Walter
18_Marta_Zielinska
19_Sophie_Walter
20_Marta_Zielinska
21_Eliza_Kierbedz
22_Galeron
23_Marta_Zielinska
24_Marysia_Chotecka
25_Wojtek_Starski
26_Marysia_Chotecka
27_Marysia_Chotecka
28_Tymon_Zielinska
29_Marysia_Chotecka
30_Wojtek_Starski
31_Marysia_Chotecka
32_Wojtek_Starski
33_Marysia_Chotecka
34_Tymon_Zielinska
35_Marysia_Chotecka
36_Marysia_Chotecka
37_Sophie_Walter
38_Wojtek_Starski
39_Marysia_Chotecka
40_Wojtek_Starski
41_Filip
42_Marysia_Chotecka
43_Wojtek_Starski
44_Marta_Zielinska
45_Marysia_Chotecka
46_Wojtek_Starski
47_Olga_Bonczyk
48_Wojtek_Starski
49_Marysia_Chotecka
50_Marysia_Chotecka
51_Marta_Zielinska
52_Adam_Szydlowski
53_Adam_Szydlowski
54_Olga_Bonczyk
55_Tymon_Zielinski
56_Olga_Bonczyk
57_Wojtek_Starski
58_Emilka_Starska
59_Liliana_Zielinska
60_Marysia_Chotecka
61_Adam_Szydlowski
62_Wojtek_Starski
63_Liliana_Zielinska
64_Marysia_Chotecka
65_Wojtek_Starski
66_Adam_Szydlowski
67_Wojtek_Starski
68_Tymon_Zielinski
69_Liliana_Zielinska
70_Wojtek_Starski
71_Wojtek_Starski
72_Galeron
73_Adam_Szydlowski
74_Marysia_Chotecka
75_Marysia_Chotecka
76_Agata_Chotecka
77_Liliana_Zielinska
78_Marysia_Chotecka
79_Sophie_Walter
80_Marysia_Chotecka
81_Lopienka
82_Emilka_Starska
83_Park_w_Podkowie
84_Lopienka
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-974468-1-6 |
| Rozmiar pliku: | 6,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Śmierć przychodzi cicho. Nawet gdy dookoła jest hałas i harmider. Nawet jeśli ludzie wokół krzyczą i biegają. Ma ten sam schemat, choć miliardy scenariuszy. Śmierć zawsze przychodzi boso, na palcach, bezszelestnie. Zawsze na czas. Nikt jej nie zaczepia, nikt nie woła. Jak dobry znajomy, który wie, w którym momencie się pojawić. Czuć ją w kroplach deszczu, czasem w podmuchu wiatru, jak wilgotne powietrze niosące ukojenie po suszy.
Widać ją w ostrym rysie twarzy i płytkim oddechu. Nie wita się z nikim. Idzie nieść ukojenie. Ludzie boją się śmierci niepotrzebnie. Ona po prostu towarzyszy. Zabiera ich tam, gdzie chcą. Do nieba, piekła, daje im nowe ciało lub rozpuszcza ich dusze na cztery strony świata. Daje światło lub mrok. W zależności od pragnień serca. Przyjaciółka ludzkości. Zabiera strach i daje spokój. Nic nie może jej zaskoczyć. Nikt nie może jej przeszkodzić ani cofnąć jej ręki. Prawie nikt.MARIA CHOTECKA LAT 17
Październik 2023
Marysia leżała na łóżku w swoim pokoju, zastanawiając się, jak bardzo jej życie zmieniło się w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Nigdy by nie przypuszczała, że będzie zakochana, a co dopiero z wzajemnością. Musiała niechętnie przyznać, że ten stan nie był taki zły, jak się spodziewała. Odbierał wolną wolę bez uczucia żalu. Wstała, podeszła do okna i pomachała chłopakowi, który właśnie opuszczał jej podwórko. Dotknęła swoich ust opuszkami palców. Jeszcze czuła smak jego pocałunków, a sławetne motyle panoszyły się w brzuchu. Przypominało jej to lekką niestrawność połączoną ze zbyt szybką jazdą na roller coasterze. To było miłe uczucie. Poprawka, to było uczucie, jakiego nie można porównać z żadnym innym. Spojrzała na obraz Coco Chanel na ścianie i uśmiechnęła się do siebie. Czuła, że ona też może wszystko. Miała siedemnaście lat i świat stał przed nią otworem. Czuła tak pierwszy raz od niepamiętnych czasów. Chyba pierwszy raz w ogóle. Nagle wszystkie kompleksy zniknęły, a strach przed tajemnicami rodzinnymi i ostatnimi wydarzeniami nie miał teraz żadnego znaczenia. W tej chwili była nastolatką, która myślała jedynie o tym, że do jutrzejszego spotkania z chłopakiem pozostało jeszcze długie osiem godzin. Nagle osiem godzin to była epoka. Nie pozostało jej nic innego, jak spróbować zasnąć. Dotknęła ręką szyi, gdzie jeszcze niedawno był Medalion, ale go nie znalazła. Dam radę bez niego – pomyślała i uśmiechnęła się sama do siebie.
Kiedy ojciec zapukał do drzwi, nie usłyszała go. Nie usłyszała również skrzypnięcia drzwi. Żarówka nad jej łóżkiem pękła, a szkło rozsypało się w drobny mak, pozostawiając drobinki na jej skórze. Czuła jedynie zimne odłamki szkła. Deszcz – przemknęło jej przez myśl, kiedy usiłowała otworzyć oczy. Powieki były zbyt ciężkie. Nie widziała, kiedy ojciec wszedł z latarką. Usłyszała jedynie krzyk pełen bólu. Czuła jego dłoń na swoim mokrym, lepkim nadgarstku. Krzyczał, ale nie potrafiła rozróżnić słów. Nie miała siły unieść powiek, ale wiedziała, że to krew, dużo krwi spływa jej w kierunku dłoni. Nie czuła strachu, tylko ciekawość. Lekko poruszyła palcami. Lepkie i mokre. Słyszała ją, jak do niej szepce, jej krew, zmęczona, zepsuta. Wypływała bezwolnie, uciekając od swej nosicielki. Wypływała, szemrając, że to koniec. Skupienie na krwi jednak po chwili okazało się zbyt wyczerpujące. Nie było już motyli. Nie czuła smaku niedawnych pocałunków, czuła jedynie zimno. Otaczali ją ludzie. Zimni, źli, agresywni. Przestała czuć krew, ból i słyszeć cokolwiek. Była tam. Wreszcie tam była. Naprawdę. Czy tak miał wyglądać jej koniec? Dlaczego akurat teraz? Postanowiła jednak zawalczyć.BAŚN – POCZĄTEK
Kiedyś, dużo wcześniej
Szła Śmierć przez góry i chciała odpocząć. Usiadła więc i rozejrzała się dookoła. Było pusto, ale widok ją zachwycił. Spokój, cisza przerywana śpiewem ptaków. Biały orzeł na jej ramieniu dziobnął ją pieszczotliwie w ucho.
– Wiem, mnie też się tu podoba – powiedziała, uśmiechając się zamyślona. – Kiedyś nazwą tę krainę Bieszczadami.
Ptak sfrunął z jej ramienia i usiadł obok, a potem dziobnął w sakiewkę u jej boku.
– Myślisz, że to to miejsce? Jesteś pewien?
Ptak kiwnął łebkiem.
– Dobrze.
Śmierć wysypała z sakiewki proch na swoją dłoń. Wstała i ruszyła wolnym krokiem, rozsypując go po drodze. Jej ruchy przypominały taniec.
– Zatem niech się stanie. Granica między światem przyszłym a światem obecnym. Miejsce przejścia do Szeolu.
Ptak zaśpiewał coś w odpowiedzi.
– Po co? – zwróciła się do orła. – Lubię dzielić się władzą. Uważam, że władza w jednym ręku to nic dobrego. Muszą być sprawy od nas niezależne, inaczej robimy się próżni. Tak, przyjacielu. Nawet Śmierć bywa czasami próżna – zaśmiała się. – Poza tym tak będzie ciekawiej – dodała, zdejmując z szyi złoty naszyjnik w kształcie czterolistnej kończyny. – Teraz pora czekać na moje Strażniczki. Nie wiem kiedy, ale czy czas ma dla nas jakiekolwiek znaczenie? – zamyśliła się.
Nad nimi zbierały się chmury. Wiatr wzmagał się, ale złoty naszyjnik był ciężki i nawet nie drgnął, pozostawiony na ziemi. Czekał, aż zacznie się jego historia. Opowieść o decyzjach, złych wyborach i smutku. Pieśń o miłości i stracie. Kilka chwil później rozpętała się burza, jakiej Bieszczady jeszcze nie widziały. Od tej pory miało to być coś powszechnego dla mieszkańców małej wioski, która kiedyś tu powstanie.MARYSIA CHOTECKA LAT 12
Pierwszy września był deszczowy, zimny i mokry. Idealnie współgrał z nastrojem dwunastoletniej dziewczynki siedzącej w białej, dopiero co odmalowanej kuchni jeszcze bez umeblowania. Deszcz siąpił za oknem, próbując zasłonić brzydotę i szarość dnia. Choć okna były cały czas otwarte, wyczuwalny smród farby przyprawiał o ból głowy. Pośrodku stały stół i trzy krzesła otoczone niezliczoną ilością pudeł i toreb.
Już tydzień minął, odkąd tu zamieszkali, a Marysia Chotecka jak na razie wyszła z domu tylko raz. Przeprowadzili się z Gdańska, ponieważ jej mama dostała propozycję pracy w firmie zajmującej się budową nieruchomości dla niepełnosprawnych w Warszawie. Mama za nic nie chciała mieszkać w stolicy, więc znaleźli dom pod miastem. Tata przyjął posadę w miejscowym szpitalu, choć jego nowe miejsce pracy nie mogło równać się z poprzednim, pierwszym w rankingu szpitalu na Pomorzu. Mama głównie pracowała z domu. Warszawskie biuro odwiedzała raz w miesiącu.
Tata kochał morze i swoją pracę, a jakkolwiek patrzeć, w Podkowie morza nie było, a praca nie była tak prestiżowa. Mamę kochał jednak bardziej, bo zgodził się bez namysłu. Nieczęsto się zdarzało, że kaleka na wózku dostaje awans i dwukrotną podwyżkę. Tym bardziej w branży nieruchomości. To było jak los wygrany na loterii. Tata wiedział, że to był jej moment. Przed wypadkiem, który wywrócił ich życie do góry nogami pięć lat wcześniej, mama była agentem nieruchomości. Dopiero dwa lata temu wróciła wreszcie do pracy, by odwalać za innych biurową robotę, co z jednej strony było poniżej jej kwalifikacji, z drugiej ukłonem wobec jej dotychczasowych osiągnięć. Mówiła, że zostawili ją z litości, bo kto to słyszał, żeby agent jeździł na wózku. Kiedy więc dostała propozycję posady w nowo otwieranej niemieckiej firmie, która miała budować sieć domów i przychodni dla niepełnosprawnych i dostosowywać wymagania architektoniczne pod ich potrzeby, było to dla niej jak gwiazdka z nieba. Marysia widziała, jak iskra pasji znów rozświetla oczy matki, która zapisała się nawet na kurs architektury ze specjalizacją architektura niepełnosprawnych – oczywiście online. Zaangażowała się całym sercem w nowe przedsięwzięcie. Niektóre rozwiązania testowała w praktyce i tak co jakiś czas przywożono szyny na podjazd, windy i inne urządzenia uławiające poruszanie się po zakamarkach domu i podwórka. Te, które nie spełniały jej oczekiwań, odsyłała. Kurier był już u nich trzy razy i Maryśka traktowała Daniela jak starego znajomego.
Ich rzeczy przyjechały dopiero wczoraj, więc dziś od rana mama krzątała się, próbując odnaleźć rzeczy córki, ukryte gdzieś w nie za dobrze opisanych pudłach.
– Nie mogę znaleźć białej bluzki.
Mama otwierała nawet pudła kuchenne, co Marysi wydawało się bez sensu, ale z mamą nie dało się dyskutować. Jak już się uparła, to lepiej było nie wchodzić jej w drogę.
– Jest! – krzyknęła z triumfem Anna Chotecka, wyciągając jakieś pudło z napisem „Stroje”. – A żelazko widziałam gdzieś przed chwilą. – Rozejrzała się dookoła. – Teraz zajmiemy się twoją fryzurą. Pannica w twoim wieku musi już pięknie wyglądać.
Czasami Maryśce wydawało się, że ktoś musiał podmienić ją na porodówce. Jej mama była zawsze zadbana, wymuskana, ubrana w najlepszej marki ubrania. Nigdy nie założyłaby pogniecionej bluzki czy butów, które nie byłyby perfekcyjnie czyste. Do manikiurzystki chodziła raz w tygodniu, tak samo do kosmetyczki. Wygląd uważała za swoją wizytówkę. Maryśce wydawało się, że po wypadku mama dostała bzika na tym punkcie i coś, co wcześniej było odrobinę przerysowane, teraz stało się ostentacyjnie jaskrawe, wyolbrzymione i po prostu nie do zniesienia. Maryśka miała wrażenie, że jest totalnym zaprzeczeniem mamy w tym względzie. Lubiła być pomięta i potargana. Cały czas toczyły o to zażarty bój. Czasami dziewczynka zastanawiała się, czy naprawdę to lubi, czy po prostu chce działać na nerwy matce. Jakakolwiek była odpowiedź na to pytanie, Maryśka nie znosiła czesania w gładki kucyk, białych bluzek, spódniczek zakończonych koronkową lamelką i balerinek, w których, jak twierdziła mama, dziewczęca nóżka wyglądała tak elegancko. Czasami dla świętego spokoju godziła się na wybrane przez mamę ubrania, ale chowała do plecaka zwykły T-shirt i jeansy, a włosy rozpuszczała i targała specjalnie tuż za rogiem domu. Jej twarz rozświetlał wtedy uśmiech pełen satysfakcji.
Z nieba lało się tak, jakby ktoś usiłował uniemożliwić ludziom wyjście z domu. I gdyby to zależało od Marysi, na pewno chętnie by tu została. Zajrzała na WhatsApp, gdzie jej przyjaciele z Gdańska cieszyli się już na ponowne spotkanie w szkole po przerwie wakacyjnej. Bardzo brakowało jej znajomych twarzy. W Gdańsku nawet pogoda była piękna. Nie było jednak szans na powrót, tydzień temu podpisali umowę notarialną kupna domu, w którym teraz siedziały.
Musiała przyznać, że był całkiem do rzeczy. Nieogrodzona posesja została przez poprzednich właścicieli obsadzona sporą ilością drzew i krzewów, które rosły sobie bez ładu i składu, co bardzo dziewczynce odpowiadało. Dom miał cztery pokoje, łazienkę i kuchnię na dole, a na górze strych. Najważniejsze było to, że nie miał progów. Poruszanie się na wózku w innym wypadku byłoby bardzo kłopotliwe. Rodzice przewidzieli dla Marysi pokój na dole, ale wywalczyła coś lepszego. Dostała na wyłączność jedyne pomieszczenie ze schodami – strych. Mama twierdziła, że tam powinien być magazynek, bo po tych schodach nie da się wejść, nawet jak ma się zdrowe nogi. To Marysi odpowiadało, przestrzeń tylko dla niej. Mama już kombinowała, co powinna zamówić, żeby i tę barierę architektoniczną zniwelować. Maryśce wydawało się, że zgodziła się tylko dlatego, bo było to dla niej wyzwanie, które postanowiła podjąć.
Najlepszy był widok. Z okna mogła podziwiać zachód słońca bez wychodzenia z domu, a w dali widziała małe jeziorko, którym szczyciła się Podkowa i dla którego letnią porą odwiedzali ją Warszawiacy. Nie było to morze, ale zawsze jakaś woda, do której widoku Marysia była tak przyzwyczajona.
Dziewczynka zawsze denerwowała się pierwszego września, ale dziś stres przekształcił się w ból brzucha i z minuty na minutę przybierał na sile. Nowa szkoła i nowi ludzie, a miało być jeszcze gorzej. Mama zapisała ją do Domu Kultury na zajęcia z rysunku, choć prosiła ją, by tego nie robiła. Niestety mama nigdy jej nie słuchała, zawsze robiła to, co sama uważała za słuszne. Zazwyczaj były o to same kłótnie, które Anna Chotecka zwykle wygrywała. Marysia nie potrafiła sobie wyobrazić, jak mogłaby pokazać komuś swoje prace, a co dopiero malować, kiedy ktoś patrzy jej na ręce.
– Nie chcę tam iść – powiedziała.
– Rozmawiałyśmy o tym – odparła mama. – Stresujesz się, to normalne, ale masz ogromny talent i moim zadaniem jako matki jest nie pozwolić ci go zmarnować.
– Nie chcę, żeby się ze mnie nabijali.
– Kto ma się nabijać? Twoje rysunki są naprawdę dobre, a prowadzący jest w porządku. Rozmawiałam z nim wczoraj.
– Rozmawiałaś z nim? Po co?
– Prosił, byś przyniosła swoje prace. Spakowałam ci je do teczki i włożyłam do plecaka. Sama w tym bałaganie na pewno byś ich nie znalazła. Poza tym był tu wczoraj twój kolega.
– Przecież ja tu nie mam kolegów.
– No dobrze, źle się wyraziłam. Był tu nasz sąsiad, chciał się przywitać. Powiedział, że nie przyszedł wcześniej, bo go nie było.
– I co chciał? – zapytała dziewczynka.
– Nie wiem, chyba cię poznać. Jest w twoim wieku. Nazywa się Adam Szydłowski. Jego mama prowadzi pensjonat. Będzie chodził z tobą do klasy. Miły, choć zdecydowanie za dużo gada i wygląda, jakby miał w krwioobiegu za dużo cukru – powiedziała krótko.
– Ten pensjonat obok nas?
– Ten sam. Maryśka wyszukała go w sieci i oczywiście znalazła. Faktycznie był w jej wieku. Adam wyglądał całkiem do rzeczy, ale przecież w sieci każdy mógł dobrze wyglądać. Ciekawe, czy się dogadają. W sumie to nie chciała nikogo poznawać, chciała wrócić do Gdańska.
– Jest dwa miesiące starszy ode mnie. Czyta fantasy, nie ma rodzeństwa, lubi mangę, nie jest w związku, lubi japoński metal i, a to ci dopiero, chodzi do szkoły muzycznej i gra na kontrabasie i skrzypcach. Nie znam nikogo, kto by to umiał – powiedziała, spoglądając zaciekawiona na mamę.
Mama jęknęła, patrząc na telefon córki.
– Nic nie jest już świętością. Poza tym to, że od urodzin możesz korzystać z TikToka, nie znaczy, że masz szpiegować ludzi.
– Mamo właśnie dokładnie po to jest TikTok, nie bądź naiwna.
– Które rysunki wybrałaś? – zapytała.
Maryśce przewróciło się w żołądku, kiedy spojrzała na plecak.
– Sama zobaczysz. Będziesz chodzić na kurs zaawansowany. Trochę mi zajęło przekonanie prowadzącego, że na pewno się nadajesz.
– No świetnie, mamo, dzięki wielkie, jeszcze będą mnie uważać za zarozumiałą sukę.
– Maryśka, waż swoje słowa. Masz dwanaście lat.
– Dobrze, że nie słyszałaś, jak naprawdę mówią dwunastolatki – westchnęła dziewczynka.
– Nie obchodzi mnie, jak mówią, obchodzi mnie, jak ty mówisz.
– Ale ja nie chcę chodzić do zaawansowanej! – Marysia wstała i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju.
– Nie bądź śmieszna, etap malowania słoneczek i chmurek masz już za sobą, a to jest właśnie to, co malują na początkowej.
No dobra, musiała przyznać, że słoneczek i chmurek nie chciała malować.
Na dworze bez przerwy lało. Nagle huknęło gdzieś daleko, a niebo rozświetliła błyskawica. Żarówka nad stołem pękła, a szkło rozsypało się po całej kuchni jak konfetti. Maryśce trochę ulżyło, jakby wraz z rozbiciem żarówki pękła bańka stresu także w niej.
– Tu też nas będzie prześladowała elektryczność? Myślałam, że pękające żarówki zostały w Gdańsku. Jeszcze zwarcie. Świetnie – mruknęła Anna Chotecka. – Posprzątaj to, a ja wyprasuję ci bluzkę. I nie martw się tyle. Zaparzę ci melisy – powiedziała, patrząc na córkę, po czym dodała: – Ale na rysunek pójdziesz.
Z gardła Marysi wydobył się nieartykułowany dźwięk.
*
Szkoła była piętrowa, za mała jak na jej gust, nie dało się tu zgubić lub schować. Wszystko było widać jak na dłoni. Mało kątów, mało zakamarków, choć pewnie były, tylko ona o nich jeszcze nie wiedziała. Poprzedni gdański moloch był doskonały, gdyby chciało się w nim ukryć. Wystarczyło zmienić piętro, wyjść przez łącznik czy zejść do piwnicy. Tu wszystko było nowe. Czuć było zapach starości, który skrzętnie starano się pokryć wonią nowej farby. Na ścianach wisiały niezbyt udane dekoracje związane z powitaniem szkoły. Dzięki instrukcjom mamy, która jak zwykle była przygotowana, Maria znalazła klasę bez problemu. Specjalnie przyszła kilkanaście minut wcześniej, licząc na to, że sala będzie otwarta. Tak właśnie było. Usiadła w ławce na samym końcu, ku rozczarowaniu kolejnych osób, które wchodziły do pomieszczenia i miały ochotę na to samo miejsce. Udawała, że jest bardzo zaabsorbowana patrzeniem w telefon.
– Zajęte? – Ktoś stanął przy jej ławce.
– Nie.
– Wojtek Starski. – Chłopak wyciągnął do niej rękę.
– Maryśka Chotecka.
– Zajęłaś moje miejsce, Maryśka.
– Nie było podpisane – powiedziała cicho, ale stanowczo. Nie zamierzała rezygnować. Grunt to dobra pozycja, na końcu klasy. Nie chciała siedzieć na początku.
– Dobra jesteś z polskiego? – zapytał Wojtek.
– Przeciętna – odpowiedziała tylko. Wydawało jej się, że wspominanie o celującym nie jest najlepszym pomysłem.
– Ja jestem beznadziejny, dlatego tu siedzę. Jesteś nowa.
– A ty jesteś bardzo odkrywczy, jak widzę.
– Mój tata jest komendantem policji. – Uśmiechnął się głupkowato.
– A moja mama to Indira Ghandi – odcięła się.
– Nie wyglądasz na Hinduskę – powiedział cicho.
– Wiesz, kim jest Indira Ghandi? – zdziwiła się.
Lekcja przeszła spokojnie, a Maria stwierdziła, że było nawet całkiem nieźle. Nauczycielka mówiła ciekawie, mieli dość fajne lektury w tym roku. Nikt jej o nic nie pytał, nikt od niej niczego nie chciał.
Kiedy wszyscy zaczęli powoli się pakować i do dzwonka zostało pięć minut, nauczycielka powiedziała:
– Mamy nową koleżankę. Maria Chotecka. Została jeszcze chwila, może powiesz coś o sobie?
Maryśka była już purpurowa, zanim wstała. Cała klasa patrzyła na nią. Próbowała zasłonić się włosami, ale wypadało spojrzeć chociaż na nauczycielkę.
– Wstań i powiedz coś o sobie.
– Przeprowadziłam się z Gdańska.
– Super, zawsze chciałam mieszkać na Pomorzu – powiedziała polonistka. – Coś jeszcze?
– Mieszka obok mnie! – krzyknął jakiś chłopak.
Maria spojrzała na niego i poznała Adama Szydłowskiego, który się do niej szczerzył.
– Jej ojciec jest ginekologiem i pracuje z moją mamą w szpitalu – krzyknął jakiś inny chłopak.
Po sali przebiegły przytłumione śmiechy. Dziewczyna miała wrażenie, że nawet jej uszy są koloru purpury.
– Czy on też ją bada? – zapytał ktoś z drugiego końca sali.
Marii zrobiło się niedobrze.
– Nie pytałam was, co wy wiecie o Marii, tylko prosiłam, by ona powiedziała coś o sobie. Powiedz nam, co lubisz robić – odezwała się nauczycielka.
– Opiekować się zwierzętami – odparła mechanicznie.
Jakiś dziewczęcy głos z przodu klasy zaśmiał się szyderczo.
Naprawdę tak powiedziałam? – pomyślała i krzyk przerażenia uwiązł jej w gardle. Jakbym miała pięć lat.
– Jakieś szczególne zainteresowania?
– Nieszczególne – bąknęła i usiadła.
– Jak to nie? Rysuje. – Wojtek wstał z krzesła obok niej i uniósł w jednej dłoni rysunek, a w drugiej teczkę, którą spakowała jej mama. Musiała wysunąć się z jej plecaka, kiedy Marysia wstawała. Wprost pod jego nogi.
– Oddawaj. To moje – syknęła i wyrwała mu przedmiot z ręki. Ku przerażeniu dziewczyny zawartość teczki rozsypała się po klasie. Rysunki rozjechały się teatralnie po całej długości podłogi. Czarna kreska demonicznych wizji Maryśki była wszędzie. Postacie z jej koszmarów, różni ludzie, których widziała w swoich wizjach. Uśpieni. Niektórzy mieli imiona, lecz byli i tacy, których tożsamości jeszcze nie odkryła. Miała wrażenie, jakby ktoś wystawił jej duszę na pośmiewisko.
– Ale to zryte – powiedziała z obrzydzeniem jedna dziewczyna.
– Nowa Marysia ma fisia! – krzyknął ktoś.
Spojrzała na Wojtka, który chciał coś powiedzieć. Nie uśmiechał się.
– Ja… – bąknął tylko zmieszany.
Zadzwonił dzwonek.
– Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj – szepnęła i wyszła z klasy, nie patrząc za siebie.
Potem wybiegła ze szkoły i pędem ruszyła do domu. Łzy kapały na policzki i zlewały się z kroplami deszczu. Była cała mokra i tak nieszczęśliwa jak jeszcze nigdy w życiu.MARYSIA CHOTECKA
Mówią, że pierwszy dzień jest trudny, ale na to Marysia nie była przygotowana. To był dopiero początek. Chłopcy biegali za nią po korytarzu, krzycząc: „Marysia ma fisia”. Od tego momentu Marysia poprosiła rodziców, by mówili do niej „Mar”. Tata przyjął jej prośbę bez komentarza, ale mama nie chciała się zgodzić.
– Nie po to masz piękne imię Maria, by skracać je do jakiegoś dziwacznego Mar.
W każdym razie w swojej własnej głowie Maria pożegnała się z Marysią i Maryśką i tamtego dnia stała się Mar.
Cały tydzień ukrywała się po kątach w szkole. Nie potrafiła się odnaleźć. Wydawało jej się, że wszyscy się na nią gapią. Na korytarzu, na ulicy, w sklepie. Nie potrafiła sobie z tym poradzić. Siedziała w domu i rysowała, ale sama widziała, że jej rysunki są coraz bardziej czarne, depresyjne i po prostu smutne. Od tamtego dnia nawet jej sny zaczęły się robić dziwaczne. Przelewała je na papier. Rysowała jak w transie. Twarze. Sylwetki, cienie. Większość chowała w szufladzie i cieszyła się, że nikomu nie musi ich pokazywać. Mama do niej nie zaglądała. Od czasu do czasu odwiedzał ją tata, zapewne wysyłany przez mamę na przeszpiegi. Marysia nie chciała wyjść z domu nawet wtedy, kiedy Adam Szydłowski zaprosił ją na rower.
– Jedziemy jutro na pogrzeb babci. Dobrze byłoby, gdybyś pojechała – powiedział tata któregoś dnia.
Wiedziała, że jej babcia zmarła. To była kolejna fantastyczna wiadomość pierwszego dnia szkoły. Mar nie czuła jednak smutku. Nie pamiętała już, kiedy widziała ją ostatni raz.
– Jasne. Czemu jej nie znałam? – zapytała.
– Wyprowadziłem się z domu, jak miałem osiemnaście lat. Moja babcia mieszkała w Bieszczadach, a rodzice przeprowadzili się do Rzeszowa jeszcze przed moim urodzeniem, ale potem dobrze zdałem maturę i mogłem iść do Gdańska na uniwersytet. Jakoś nigdy nie chciałem tam wracać. Mam nadzieję, że z tobą będzie inaczej – powiedział smutno i pogłaskał córkę po głowie.
Marysia nie chodziła do tej pory na pogrzeby. W sumie to był to jej pierwszy raz. Jakoś do tej pory rodzice unikali zabierania jej na takie uroczystości. Sądzili zapewne, że jest za mała, a może po prostu chcieli uniknąć rozmowy na trudne tematy. Poza tym do tej pory nie znała nikogo, kto by umarł. Czuła dreszcz ekscytacji i przerażenia, kiedy wchodzili do kościoła. Budynek powoli wypełniał się ludźmi, w powietrzu wisiało oczekiwanie i nienaturalna cisza przetykana smarkaniem, kichaniem i szuraniem krzeseł. Organy huknęły mocnym dźwiękiem gdzieś z góry, dodając chwili powagi. Mar pomyślała, że wzbudzają w niej uczucie bycia małym i nieważnym. Wolałaby trąbkę lub gitarę.
Usiedli w ławce za trumną. Marysi przemknęło przez myśl, że dobrze, że przyjechali, bo miejsca dla rodziny pozostałyby puste. Wyzierałaby z nich straszna samotność. Może je zabierają, jeśli zmarły nie ma bliskich – pomyślała. Rodzice ruszyli do otwartej trumny.
– Nie musisz tego robić – powiedział tata, trzymając ją za rękę.
Mar początkowo została na miejscu, ale po chwili wstała. Gdzieś w głębi serca wiedziała, że chce. Coś ją przyciągało. Stanęła obok i ze strachem popatrzyła na ciało. Momentalnie się uspokoiła. Było takie nienaturalne i odrealnione, spokojne, statyczne. Położyła dłoń na zimnej ręce babci. Zastanawiała się, jak kobieta wyglądała, kiedy żyła.
– Żałuję, że cię nie poznałam. Bije od ciebie dobra aura – powiedziała tak cicho, że nawet rodzice nie mogli jej usłyszeć.
Organy ucichły, a kryształowy żyrandol spadł z hukiem metr przed trumną, teatralnie rozsypując się po zakamarkach kościoła. Mar cofnęła rękę wystraszona. W sumie gdyby stała kilka kroków dalej, sama mogłaby nie żyć.
– Wszyscy cali? – Przerażona zakonnica wybiegła z zakrystii. – Nie wiem, co się stało – zamruczała pod nosem. – Jest awaria prądu, ale jak to się ma do spadającego żyrandola, nie wiem – powiedziała.
Ludzie rzucili się, żeby jej pomóc. Cały kościół zbierał małe kryształki żyrandolu, tylko Mar, tata i mama stali przy babci.
*
– Jak się czujesz po pogrzebie? – zapytał tata, kiedy wrócili do domu.
– W porządku. Muszę przyznać, że to była ceremonia z wielkim hukiem. – Marysia uśmiechnęła się na myśl o spadającym żyrandolu.
– Babcia lubiła efektowne wejścia, więc pewnie chciała się też efektownie pożegnać – powiedziała mama.
– Cmentarz jest przygnębiający. – Marysia wzruszyła ramionami. – Zamykanie ludzi w takich pudłach, a potem w kamiennych imitacjach domów – dodała cicho.
– Taka już nasza tradycja – westchnęła mama.
– Rozumiem cię – powiedział tata. – Ja też wolałbym być częścią przyrody. Moje prochy mogłyby spocząć pod drzewem.
Mar nie dodała, że cmentarz zupełnie ją przytłoczył. Nie chciała ich martwić. Czuła się jak w dusznym pomieszczeniu, pełnym szeptów i ściśniętych ciał. Nie mogła złapać tchu. Miała wrażenie, że ktoś do niej mówi, choć nic nie rozumiała. Zdecydowanie zamierzała unikać cmentarza.
Tej nocy przyśniła jej się babcia Ula. Nie był to straszny sen. Dużo rozmawiały, choć rano nie pamiętała o czym. Marysia wiedziała jedynie, że staruszka zostawiła coś dla niej, jakąś pamiątkę, która miała jej pomóc. Tata przy śniadaniu w zamyśleniu mieszał płatki od pół godziny. W sumie nie mogła go winić, wczoraj odbył się pogrzeb jego matki. Popatrzyła na swoją i pomyślała, że nie zniosłaby, gdyby coś jej się stało. Pięć lat temu, kiedy nie wiedzieli jeszcze, czy mama wyjdzie ze śpiączki po wypadku, Marysia myślała, że strach ją zaleje. Odepchnęła od siebie te myśli.
– Mar – powiedział po chwili tata. – Babcia chciała ci coś dać.
Medalion – przemknęło jej tylko przez myśl. Tak, o tym śniła.
– Był w naszej rodzinie już od dawna. Kiedyś należał do mamy mojego taty. Był dla niego bardzo ważny. Babci bardzo zależało, byś go nosiła, i zaznaczyła, że nie życzy sobie, by go kiedykolwiek sprzedawać. Potrafisz uszanować jej prośbę?
Marysia kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Popatrzyła na złoty Medalion. Miał kształt łezki, jakby był częścią czegoś większego. Kiedy trzymała go w ręce, opanowało ją błogie uczucie bezpieczeństwa. Miała wrażenie, że Medalion lekko drgnął i poczuła jego ciepło. Jakby odrobinę się przyssał do jej skóry. Założyła go na szyję i poczuła dziwną ulgę. Jakby brakowało jej go od dawna. Ktoś zadzwonił do drzwi. Mar podeszła i otworzyła je szeroko. Stał tam jej sąsiad, a na podjeździe leżał jego rower.
– Tym razem się nie wykręcisz – powiedział. – Jest supersłonecznie, a twój rower stoi w otwartym garażu.
Mar przewróciła oczami i ze śmiechem krzyknęła do rodziców:
– W takim razie idę na rower!