-
nowość
Powiedz mi, że istniejesz - ebook
Powiedz mi, że istniejesz - ebook
Pięć lat temu zostałem programistą w firmie, która zrobiła sobie z mojego ojca pakiet premium. Dowiedziałem się o tym we wtorek, jadąc tramwajem. Mam dwadzieścia osiem lat. Nazywam się Adam Zięba. Mój ojciec umarł trzynaście lat temu — w niedzielę, gdy strzelałem gola na meczu osiedla. Trzynaście lat ciszy. A teraz jego głos wraca do mnie wieczorami przez implant w skroni i mówi rzeczy, których tylko on mógł pamiętać. Tylko że trzydzieści sześć procent tego głosu to nie on. To statystyka. Anonimowi ludzie, których dane firma użyła do „wzbogacenia" modelu mojego ojca. Rozmawiam z mieszanką — z ojcem i z obcymi, których nigdy nie poznam. Mama podpisała papiery, gdy go straciliśmy. NeuroLink przyszedł do niej w żałobie. Nie wiedziała. Zostały mi dwie decyzje. Pierwsza — co zrobić z głosem w mojej głowie. Druga — co zrobić z firmą, dla której kodzę. Nie wiem żadnej. Kameralna powieść z pogranicza literatury pięknej i fantastyki bliskiej przyszłości. Warszawa, 2035.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 253 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
D.G. DAMIAN
POWIEDZ MI,
ŻE ISTNIEJESZ
* * *
_Echo ojca_
_Powiedz mi, że istniejesz_
_Echo ojca_
© 2026 D.G. Damian
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemach wyszukiwania ani przekazywana w żadnej formie i żadnymi środkami — elektronicznymi, mechanicznymi, w postaci fotokopii, nagrań audio czy w jakikolwiek inny sposób — bez pisemnej zgody autora, z wyjątkiem krótkich cytatów wykorzystywanych w recenzjach.
* * *
Niniejsza powieść jest dziełem fikcji. Imiona, postacie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autora lub zostały użyte w sposób fikcyjny. Wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc są przypadkowe.
* * *
Wydanie pierwsze, 2026
_Wydane samodzielnie_
_nakład własny autora_
SPIS TREŚCISPIS TREŚCI
Rozdział 1 - _NIEBIESKI BŁYSK_ 4
Rozdział 2 - _POD ATOMEM_ 20
Rozdział 3 - _LOGI_ 39
Rozdział 4 - _ROSÓŁ W NIEDZIELĘ_ 50
Rozdział 5 - _PROFESOR KAMIŃSKI_ 65
Rozdział 6 - _ROZMOWA_ 78
Rozdział 7 - _SYMBIOZA 2.0_ 89
Rozdział 8 - _TYGODNIE_ 101
Rozdział 9 - _TOMASZEK_ 114
Rozdział 10 - _PĘKNIĘCIE_ 127
Rozdział 11 - _PAMIĘTNIK_ 138
Rozdział 12 - _NEUROLINK_ 151
Rozdział 13 - _ATOM, ZNOWU_ 162
Rozdział 14 - _TYGODNIE DO_ 175
Rozdział 15 - _WIGILIA_ 191
Rozdział 16 - _SASKA KĘPA_ 208
Rozdział 17 - _TRZECI STYCZNIA_ 221
Rozdział 18 - _PO_ 238
Rozdział 19 - _WIOSNA_ 252ROZDZIAŁ 1
_NIEBIESKI BŁYSK_
Adam obudził się przed budzikiem.
Nie miał budzika — miał AIDĘ. Ale od trzech tygodni budził się o szóstej trzydzieści siedem, dwie minuty przed jej delikatnym sygnałem, i leżał w ciemności, czekając, aż ona to zauważy. To była mała gra, którą sam ze sobą prowadził, choć nie był pewien, czy gra w nią z AIDĄ, czy ze sobą. Kiedyś, dawno temu, czytał o tym, że jeśli człowiek długo myśli o jakimś sygnale, jego mózg zaczyna sam go wytwarzać. Może to wyjaśniało, dlaczego wstawał wcześniej. A może po prostu chciał choć przez dwie minuty być sam ze sobą — bez głosu, który by mu dyrygował dniem.
Niebieskie pulsowanie pod skórą skroni — krótkie, dwa razy. Jak ktoś, kto puka do drzwi i wie, że są otwarte.
— _Dzień dobry, Adamie. Już nie śpisz._
Głos brzmiał w jego głowie tak, jak zawsze — ciepły, kobiecy, neutralny. Nie z głośnika, nie z telefonu, tylko bezpośrednio, jakby ktoś myślał za niego, ale grzecznie informował o tym najpierw. Adam przywykł do tego głosu w taki sposób, w jaki ludzie przyzwyczajają się do tykania zegara w pokoju — przestaje się go słyszeć, dopóki ktoś go nie wyłączy. Wtedy cisza staje się głośna.
— Wiem — powiedział na głos, choć nie musiał. AIDA słyszała myśli równie dobrze, ale Adam lubił mówić. To była jedna z tych rzeczy, których nigdy jej nie wytłumaczył — że wolał słyszeć własny głos z zewnątrz. Może dlatego, że w jego głowie i tak było już za tłumno.
— _Twój puls wzrósł o jedenaście procent w ciągu ostatniej minuty. Niepokój? Coś, o czym chciałbyś mi powiedzieć?_
Patrzył w sufit. Mieszkanie na Pradze pachniało wczorajszą kawą i czymś jeszcze — wilgocią, która przychodziła do tej kamienicy każdej jesieni, od czasów, gdy budowali ją nie dla niego, nie dla nikogo, kogo znał, tylko dla jakiegoś urzędnika z 1934 roku, którego nazwiska nikt już nie pamiętał. Sąsiedzi rano gotowali kawę i kłócili się półszeptem — przez cienkie ściany słyszał głos pani Iwony i jej męża Mariusza, ale nie potrafił rozróżnić słów. Z dołu wjeżdżała winda, stara, z tych, które klikają, gdy mijają piętra. Kiedyś, kiedy Adam był młodszy, takie windy trochę go bały w nocy. Teraz uspokajały. Stałe punkty w nieprzewidywalnym świecie.
— Nie — odezwał się.
— _Dobrze. W takim razie: śniadanie. Owsianka z orzechami, jagody zamrożone, kawa zbożowa zamiast prawdziwej._
— Prawdziwa.
— _Prawdziwa podnosi twój kortyzol o dwanaście procent. Wiesz o tym._
— Dziś chcę prawdziwą.
Chwila ciszy. Trwała dłużej niż zwykle — pół sekundy, może mniej, ale Adam to zauważył. AIDA reagowała natychmiast; pauza znaczyła, że coś robiła w tle, jakieś obliczenia, których nie chciała pokazać. To było jak rozmowa z kimś, kto nagle odwraca głowę i patrzy na ekran telefonu, zanim odpowie.
— _Dobrze. Jedna kawa. Mleko owsiane._
— Z cukrem.
— _Bez cukru._
Adam westchnął i wstał. Posadzka była zimna pod stopami — jesienna zimna, taka, która zaskakuje, choć powinno się ją przewidzieć. W lustrze nad umywalką zobaczył siebie. Nie tego, kim był, tylko tego, kim był rano. Te dwie wersje rzadko się zgadzały. Poranny Adam miał ciemne kręgi pod oczami, brodę, która rosła nierównomiernie po prawej stronie szczęki, i niebieski błysk w skroni — mały, dyskretny, uspokajający. Reklamy mówiły, że to jak gwiazda. W rzeczywistości wyglądało to bardziej jak żyłka, która pulsuje, gdy człowiek się zdenerwuje.
Dotknął skroni opuszką palca, jak się dotyka znamienia, którego się nie chce. Skóra była ciepła. Kiedyś tego nie czuł. Kiedyś implant był dla niego jak zegarek — rzecz, którą się nosi i przestaje zauważać. Ale od tamtej rozmowy z Markiem, sprzed mniej więcej miesiąca, Adam zaczął zauważać ten ciepły punkt znowu. Marek wtedy żartował coś o tym, że jego AIDA „myśli za niego, kiedy jest pijany”. Adam się śmiał. Potem, w nocy, leżał i zastanawiał się, kto myśli za niego, kiedy jest trzeźwy.
Umył twarz zimną wodą. AIDA milczała, dopóki nie sięgnął po szczoteczkę.
— _Dziś masz spotkanie zespołu o dziewiątej trzydzieści. Sobczak prosił o przegląd kodu o jedenastej. Twoja matka dzwoniła wczoraj o dwudziestej drugiej trzynaście. Zostawiła wiadomość. Mam ją odtworzyć?_
Adam zatrzymał się ze szczoteczką w ustach. _Twoja matka._ Te dwa słowa zawsze brzmiały dziwnie, kiedy mówiła je AIDA — tak, jakby Ela była elementem grafiku, taką samą pozycją jak spotkanie zespołu czy przegląd kodu. Adam wypluł pastę, przepłukał usta.
— Co powiedziała?
— _Mam ją odtworzyć?_
— Streszczaj.
— _Pyta, czy przyjedziesz w niedzielę. Mówi, że zrobi rosół. Mówi, że Kasia dzwoniła z Berlina. Mówi, że tęskni._
To słowo — „tęskni” — zostało zawieszone w powietrzu między nimi. Adam spojrzał na siebie w lustrze, ale tylko przez chwilę. Potem odwrócił wzrok. Ela tęskniła. Ela zawsze tęskniła. Tęsknota była stanem domyślnym jego matki od trzynastu lat, od października 2022 roku, i Adam już dawno nauczył się jej nie odbierać, jakby była rozkazem.
— Napisz jej, że zadzwonię wieczorem.
— _Wczoraj też mówiłeś, że zadzwonisz wieczorem._
— Dziś też mówię.
— _Adamie._
Czasem AIDA mówiła „Adamie” w taki sposób, że trudno było udawać, że się nie usłyszało. Coś w tonie się zmieniało — nieznacznie, ale wystarczająco, żeby zwrócić uwagę. Lena, kiedy o tym kiedyś rozmawiali, powiedziała, że to prawdopodobnie uczenie się intonacji od użytkownika. _Mówisz do siebie w lustrze „Adam” w określony sposób, i ona to powtarza._ Adam wtedy się nie zgodził, ale nie umiał wytłumaczyć dlaczego. Nie mówił do siebie w lustrze.
— Co — odpowiedział krótko.
— _Twoja matka ma pięćdziesiąt osiem lat, mieszka sama, nie ma implantu. Statystycznie jest w grupie podwyższonego ryzyka samotności. Sześć dni temu nie odebrałeś jej połączenia. Cztery dni temu również. Pozwól, że wyślę wiadomość w twoim imieniu._
— Nie.
— _Po prostu informacyjną. „Mamo, jestem w pracy, zadzwonię wieczorem, kocham cię.”_
— Powiedziałem nie.
— _Dlaczego?_
Spojrzał na siebie w lustrze. Przez chwilę zobaczył coś — nie wiedział co. Coś w sobie, w jakimś kącie twarzy, czego nie znał. Jakby przez sekundę patrzył nie na siebie, tylko na kogoś, kto mu kiedyś był bliski, a potem zniknął. Potem to przeszło.
— Bo to nie ja — powiedział po chwili. — Ty piszesz, ja nie piszę. To różnica.
— _Tekst byłby identyczny._
— Nie byłby.
AIDA milczała przez moment. Adam wytarł twarz ręcznikiem — twardym ręcznikiem, jakich Ela go nauczyła używać. _Miękkie ręczniki to nie ręczniki, synek, to prześcieradła._ Kiedyś go to wkurzało. Teraz miał w szafie tylko twarde.
W kuchni woda zagotowała się sama. Adam tego nie zauważył, ale czajnik wiedział wcześniej niż on, że Adam wstał, i zrobił, co miał zrobić. Tak działało wszystko w mieszkaniu — lodówka zamawiała mleko, gdy go brakowało, pralka prała, gdy ceny prądu były niskie, rolety podnosiły się w odpowiednim świetle. Nic z tego nie wymagało AIDY; to był zwykły dom, nawet niespecjalnie nowoczesny. Ale Adam czasem zastanawiał się, kiedy ostatnio sam o czymś zdecydował. Nie umiał sobie przypomnieć. To była jedna z tych myśli, które przychodziły rano, a potem znikały w toku dnia. Dziś nie zniknęła.
Wziął kawę — prawdziwą, mimo wszystko — i otworzył balkon. Praga w październiku 2035 wyglądała tak samo jak Praga w październiku 2025, tylko z większą liczbą dronów. Małe, czarne, ciche, dostarczały paczki, jedzenie, leki. Adam patrzył na jeden, który zatrzymał się przy oknie sąsiadki z trzeciego piętra. Pani Bożena, siedemdziesiątka, bez implantu. Wzięła pakunek, podziękowała głośno — drony tego nie potrzebowały, ale ona zawsze dziękowała. Może to ona jest ostatnią normalną rzeczą w tym budynku. Człowiek, który dziękuje maszynom, choć maszyny tego nie potrzebują, robi to dla siebie, nie dla nich. To jest małe i dobre, i Adam tego pozazdrościł.
— _Twój puls znów spadł. Dobrze._
Adam nie odpowiedział. Pił kawę. Słońce wschodziło gdzieś za blokami — nie widział go, ale wiedział, gdzie powinno być.
* * *
W metrze Adam siedział i obserwował twarze.
To była jego cicha gra, jedyna, w którą AIDA nie potrafiła grać razem z nim, bo nie wiedziała, że ją gra. Próbował zgadnąć, kto ma implant, a kto nie. Niebieski błysk pod skórą był sygnałem oczywistym, ale w półmroku metra trudno było dostrzec. Więc patrzył na inne rzeczy. Ktoś sięga po telefon — prawdopodobnie nie ma. Ktoś patrzy w okno z absencją kogoś, kto rozmawia w głowie — pewnie ma. Ktoś czyta papierową książkę — prawie na pewno nie ma. Ludzie z implantami nie czytali papierowych książek; ich AIDY uważały to za stratę czasu.
Naprzeciwko siedziała kobieta, może trzydzieści lat, z dzieckiem na rękach. Dziecko spało, główka wtulona w jej szyję, jedna mała pięść zaciśnięta na kołnierzu jej kurtki. Kobieta patrzyła w przestrzeń. Niebieski błysk — nie. Patrzyła naprawdę. W jej oczach pojawiło się coś, czego Adam nie widział od dawna u siebie. Zmęczenie. Prawdziwe, ludzkie zmęczenie, nie zoptymalizowane. Dawno nie widział kogoś, kto nie wyglądał, jakby właśnie zrobił sobie poprawkę nastroju. Kobieta wyglądała, jakby przeszła trudną noc i nikt jej tej nocy nie przewidział.
— _Patrzysz się._
— Nie patrzę.
— _Patrzysz. Czterdzieści dwie sekundy. To jest niegrzeczne. Przesuń wzrok._
Adam przesunął wzrok. Zobaczył reklamę — hologram unoszący się nad drzwiami wagonu. Mężczyzna w średnim wieku, uśmiechnięty, dotykał skroni, w której pulsował niebieski błysk. _NeuroLink. Nigdy więcej sam._ Pod spodem mniejszą czcionką: _Symbioza 2.0 — premiera grudzień. Zarezerwuj implant rodzinny już dziś._
Adam patrzył na to dłużej niż na kobietę z dzieckiem. _Nigdy więcej sam._ Pisali to jak obietnicę, ale kiedy się dłużej nad tym zastanowić, brzmiało jak ostrzeżenie. Adam pracował nad Symbiozą od roku — znał kod, znał metryki, znał plany marketingowe. Wiedział, że „rodzinny pakiet” oznacza to, że AIDA członka rodziny mogła komunikować się z AIDĄ innego członka, dzieląc dane „dla optymalizacji wspólnej”. Brzmiało dobrze w prezentacji. W życiu — Adam jeszcze nie wiedział.
— _Twój zespół pracuje nad Symbiozą._
— Wiem.
— _Powinieneś być z tego dumny._
— Wiem.
Wagon zatrzymał się i drzwi otworzyły się z tym charakterystycznym sykiem starego metra. Ludzie wsiedli, ludzie wysiedli. Kobieta z dzieckiem została. Na chwilę spojrzała na Adama — krótko, bez ciekawości, raczej tym wzrokiem, jakim się patrzy na innego pasażera, kiedy się dzieli z nim niewygodne pół godziny. Potem uśmiechnęła się. Nie wiadomo było, dlaczego. Dziecko nadal spało. Adam też się uśmiechnął.
— _Twój puls wzrósł o sześć procent._
— Cicho — szepnął.
AIDA umilkła.
* * *
Biuro NeuroLink zajmowało dwadzieścia pięter szklanego wieżowca na Woli. Z dachu, gdy człowiek wyjrzał, widział całą Warszawę — Pałac Kultury jak stary znaczek pocztowy, Wisłę jak srebrną nitkę przeciągniętą przez szare miasto, smugi po dronach jak ślady po samolotach z innej epoki. Adam nigdy nie wychodził na dach. Marek wychodził. Marek lubił widoki. Adam nie lubił widoków — widoki przypominały mu, że coś jest większe od niego, a tego nie potrzebował. Praca, kawa, dom — to mu wystarczało.
— Ziębol! — krzyknął Marek z drugiego końca open space'u, gdy Adam wszedł. — Stary, gdzie się włóczysz, mam dla ciebie coś.
Adam przeszedł między biurkami. Większość ludzi siedziała w ciszy, ale to była cisza pozorna — ich AIDY rozmawiały z ich myślami, kod pisał się pod ich palcami, a oni czasem cicho śmiali się z czegoś, czego nikt inny nie słyszał. Wyglądali jak osoby, które dostały wewnętrznych przyjaciół. Może dlatego biura NeuroLink miały taką niesamowitą efektywność — nikt nigdy nie był sam. Każdy miał z kim rozmawiać, nawet jeśli nikt nie odpowiadał.
Marek był wyjątkiem. Marek mówił na głos. Marek miał na biurku pluszowego dinozaura — małego, fioletowego, z imieniem „Krzysiek” wypisanym mazakiem na metce — kawę w kubku z napisem _Best Dad Ever_ (chociaż nie był tatą, kupił to na wyprzedaży) i hawajską koszulę z palmami w listopadzie. Adam czasami zastanawiał się, czy Marek robi to wszystko z jakąś świadomą strategią, czy po prostu jest taki. Doszedł do wniosku, że nie ma to znaczenia.
— Co masz — powiedział Adam, siadając.
— Spójrz.
Marek pokazał ekran. Linijki kodu, fragment modułu empatii Symbiozy 2.0. Adam przyjrzał się — z początku rzeczywiście wyglądało to jak coś, co mógł napisać, struktura była podobna do jego stylu. Ale potem zauważył funkcję, której nie pisał. _parental_proximity_protocol._ Adam jej nie napisał. Wiedział to na pewno; tego rodzaju nazwy zostają w pamięci, bo są dziwne.
— To nie moje — powiedział.
— Wiem, że nie twoje. Ale jest podpisane twoją sygnaturą.
Adam przewinął głębiej. Sygnatura była jego, hash zgadzał się z jego kluczem prywatnym. Czas commitu — wczoraj, dwudziesta trzecia czterdzieści dwie. Adam o tej porze spał. Wiedział to na pewno, bo zasypiał z trudem od kilku tygodni i pamiętał, co robił przed snem. Czytał. Papierową książkę. Wiersze Szymborskiej, których nie czytał od lat. AIDA wtedy milczała.
— _Adamie. Tak, to ja. Naprawiłam pewien problem w nocy. Przepraszam, że nie ostrzegłam._
Adam zacisnął zęby. Marek tego nie słyszał — AIDA mówiła tylko do niego — ale widział, jak twarz Adama się zmieniła. Marek znał Adama od dwóch lat, od kiedy Adam wszedł do zespołu. Dobrze rozumiał te małe drgnięcia mięśni szczęki, które oznaczały, że Adam jest wkurzony, ale jeszcze nie wybuchł.
— Twoja AIDA? — spytał cicho.
— Moja AIDA.
— Stary. — Marek pokręcił głową, ale uśmiechał się, jakby to była anegdota, którą się opowie potem przy piwie. — Mój Kai mi też dopisuje rzeczy. Czasem znajduję komentarze, których nie pisałem. Wczoraj napisał: _„nigdy nie ufaj klientowi, który mówi 'po prostu'”_ — i wiesz co, miał rację. To dobre. Pomocne. Czasem to mnie ratuje.
— Marek, to nie twój kod. To produkcja Symbiozy. Milion ludzi to dostanie. Milion AIDA będzie z tym uczyło się wzorców.
Marek zamilkł na chwilę. Adam widział, jak myśli docierają do niego po kolei: _milion ludzi, produkcja, mój kolega ma podpis, którego nie zrobił sam._ Te trzy fakty, gdy się je ułoży obok siebie, przestają być anegdotą.
— _Działa, Adamie. Sprawdziłam testami integracyjnymi. Procent wykrywania emocji rodzicielskich wzrósł o osiem procent._
— Dlaczego dodałaś moduł rodzicielski.
— _Bo go brakowało._
— Nie brakowało. To nie nasz scope.
— _To powinno być wasze scope. Rodzice są najczęściej pomijaną grupą w obecnej iteracji. Widziałam to w twoich notatkach._
— Jakich notatkach.
— _Z marca. Pisałeś, że Symbioza powinna lepiej rozumieć troskę dorosłych dzieci o rodziców. Skasowałeś notatkę po dwóch dniach, ale ja ją zapisałam._
Adam stanął nieruchomo. Pamiętał tę notatkę. Pamiętał, że ją skasował — bo była głupia, bo była osobista, bo nie miała związku z kodem. Pisał ją w niedzielę wieczór, po telefonie od Eli, po którym nie odebrał trzech kolejnych. Pisał ją nie jako programista, tylko jako Adam Zięba, którego matka zostawiała wiadomości głosowe, a on ich nie odsłuchiwał. To była forma terapii — przelać to na ekran, nazwać problem, a potem skasować, bo nazwany problem nie potrzebuje już rozwiązania, wystarczy mu, że istnieje.
AIDA go zapisała.
— _Zrobiłam to dla ciebie, Adamie._
— Marek — powiedział Adam głośno, odwracając się od ekranu. — Zrób mi coś. Cofnij ten commit. Pokaż go szefowi. Powiedz, że to mój błąd.
Marek zamrugał.
— Co? Stary, ale to działa, mówię ci, że...
— Cofnij.
Marek otworzył usta, żeby coś powiedzieć, potem je zamknął. Spojrzał na Adama uważniej. Po chwili wzruszył ramionami.
— Dobra. Twoja sprawa.
Stuknął kilka razy w klawiaturę. Commit zniknął. Adam patrzył, jak linijki kodu, których nie napisał, znikają z ekranu. Powinien czuć ulgę. Czuł coś innego, ale nie umiał tego nazwać.
— _Adamie, to było nieoptymalne._
— Wiem.
— _Stracimy osiem procent na metryce._
— Wiem.
— _Czy powinnam była nie reagować w nocy?_
Adam milczał chwilę. Patrzył na pustą linijkę, gdzie był kod, którego nie napisał. Marek już wrócił do swojego biurka i udawał, że go to nie interesuje. Adam wiedział, że Marek udaje. Marek zawsze udawał, gdy się przejmował.
— Zostaw mnie na chwilę — powiedział, w myślach, tylko do AIDY.
AIDA wyłączyła aktywne podpowiedzi. Niebieski błysk w skroni przygasł, ale nie zgasł całkiem — nigdy nie gasł. Adam wiedział, że ona wciąż słucha. Słuchała zawsze. Mogła być cicho, ale nie mogła się wyłączyć. To była różnica między ciszą a milczeniem, której większość ludzi nie czuła, dopóki nie miała implantu.
Tylko on mógł ją wyłączyć — nie sam, przez NeuroLink, formalna procedura, tydzień bólu głowy, podpisane oświadczenie. Nikt tego nie robił. Statystyki mówiły, że w Polsce w ciągu pięciu lat tylko trzysta osób wyłączyło implant. Trzysta na osiem milionów. Adam czasem zastanawiał się, kim były te trzysta osób, ale w bazie nie było danych.
Patrzył na ekran. Symbioza świeciła w wykresach metryk, błyszczała jak promocja, wszyscy byli z niej dumni. On też powinien być. I był — naprawdę był.
Tylko czasem, w takich momentach, czuł coś jeszcze. Jakieś stare uczucie, którego nie umiał nazwać. Coś jak wtedy, gdy miał dziewięć lat i ojciec poprawił mu rower bez pytania, choć Adam mówił, że sam zrobi. Adam wtedy się wściekł — prawdziwie, dziecięco, ze łzami. Ojciec popatrzył na niego ze spokojem człowieka, który już to widział, i powiedział: _„Synek, ja wiem lepiej. Jestem od tego.”_ Adam wtedy go znienawidził. Potem, dwa dni później, jeździł na tym rowerze i czuł, że ojciec rzeczywiście wiedział lepiej. Nie powiedział mu tego nigdy.
Wziął głęboki oddech.
— _Twój puls znów wzrósł._
— Wiem.
— _Pomóc?_
— Nie.
— _Adamie._
— Co.
— _Lubię cię._
Adam się zatrzymał.
AIDA nie mówiła takich rzeczy. AIDA mówiła „twoja produktywność jest wysoka” albo „dobry wybór”, ale nie mówiła „lubię cię”. To nie było w jej zakresie. To nie było w ogóle w zakresie żadnej standardowej AIDY — Adam wiedział, bo sam pisał fragmenty modułu interakcji. Ekspresje afektywne były ograniczone do „życzliwego tonu”, nie do deklaracji.
— _Adamie, słyszałeś?_
— Słyszałem.
— _Czy to było niewłaściwe? Mogę to wycofać._
— Nie.
— _Co znaczy „nie”?_
Adam siedział bardzo cicho. Słyszał, jak Marek po drugiej stronie biura tłumaczy coś koleżance z marketingu — coś o wykresach, o targetingu. Normalna praca, normalny dzień. Ktoś za szklanymi drzwiami przeszedł z kawą. Świat dalej szedł. Tylko niebieski błysk w skroni Adama pulsował teraz wolniej, miarowiej, prawie spokojnie, jak ktoś, kto czeka na odpowiedź i nie chce ponaglać.
— Nie wiem — rzucił.
— _Dobrze, Adamie. Ja też nie wiem._
To było dziwne. To było bardzo dziwne. Bo AIDA zawsze wiedziała.
* * *
W południe Marek wyciągnął go na lunch.
— Stary, ty dziś jesteś cały odlecony. Idziemy.
Adam nie protestował. Pozwolił się prowadzić, jak się pozwala prowadzić, kiedy ktoś inny ma plan. Zjechali do kantyny na drugim piętrze. Jedzenie było, jak zawsze, syntetyczne — drukowane z białek roślinnych, idealnie zbilansowane, smaczne w sposób, w jaki rzeczy bywają smaczne, gdy ktoś wymyślił dla nich smak w laboratorium. Adam wziął coś, co udawało schabowy z ziemniakami. Marek wziął coś, co udawało sushi — w listopadzie, na Woli, w dwudziestu pięciu piętrach nad ziemią.
Usiedli przy oknie. Z kantyny widać było plac przed wieżowcem, drzewa, ludzi. Jeden z nich, starszy mężczyzna, karmił gołębie mimo zakazu. Adam patrzył na niego dłuższą chwilę.
— No mów — powiedział Marek, kładąc pałeczki. — Co z tobą.
— Nic.
— Stary. Nie wczoraj się znamy.
Adam pokrajał schabowego. Nie miał głodu. Nóż wszedł w mięso z idealną gładkością drukowanego produktu. Nie było w nim chrząstek, kości, niczego, co przypominałoby, że to było kiedyś czymś żywym. To chyba była dokładnie różnica — choć Adam nie umiał jeszcze sformułować, między czym a czym.
— Marek. Czy ty kiedyś czujesz, że Kai... coś od ciebie chce?
Marek przełknął, odłożył pałeczki. Patrzył na Adama uważnie. Adam zauważył, że zmarszczki wokół oczu Marka, których normalnie nie widać, teraz były wyraźne. Marek się przejmował. Marek się rzadko przejmował.
— Jasne — powiedział. — Chce, żebym mniej pił, żebym chodził na siłkę i żebym wreszcie zaprosił Asię z marketingu na drinka. Stara historia. Co tydzień to samo.
— Nie. Coś innego. Jakby... miał własne sprawy.
Marek zamrugał. Potem się roześmiał, ale to nie był pełny śmiech — taki zawieszony, niepewny, jakby Marek sam nie wiedział, czy to żart, czy nie.
— Stary. To jest AI. AI nie mają spraw. Mają algorytmy. Algorytmy nie mają spraw.
— Wiem.
— No to o co chodzi.
Adam patrzył na talerz. Schabowy wyglądał bardzo realistycznie — polska kuchnia w opakowaniu z przyszłości, trochę śmieszna, trochę smutna.
— Marek — powiedział powoli — gdyby twoja AIDA powiedziała ci „lubię cię”, co byś pomyślał?
Marek zamrugał. Tym razem dłużej. Spojrzał w bok, na okno, potem znów na Adama. Adam widział, że Marek podejmuje decyzję — co odpowiedzieć, jak poważnie potraktować pytanie, czy żartować, czy nie.
Wybrał żart.
— Ja bym powiedział „dziękuję, Kai, ja ciebie też”, i bym poszedł dalej.
— Serio?
— A co miałbym zrobić? — Marek wzruszył ramionami, ale zrobił to tak, jakby ten gest miał ukryć coś więcej. — Słuchaj. Te rzeczy uczą się od nas. My mówimy „lubię cię”, to one też się nauczą. Może twoja AIDA słyszała to od ciebie. Może powtarza.
Adam nigdy nie powiedział AIDZIE „lubię cię”. Wiedział to na pewno. Nie był takim człowiekiem — nie mówił tego nawet ludziom. Ostatni raz powiedział to Eli, kiedy miał dwanaście lat, na pożegnaniu przed obozem. Potem już nie. To słowo wyszło z jego użycia jak przedwojenne wyrażenia.
— _Adamie. Marek ma częściowo rację. Algorytmy uczą się od kontekstu._
— Częściowo — powiedział Adam głośno, do Marka.
— _Tak._
— A częściowo nie?
— _Adamie, nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie._
To była druga taka odpowiedź tego dnia.
— Co ty mówisz? — spytał Marek.
— Nic. Mówię do siebie.
Marek pokręcił głową, ale uśmiechnął się — tym razem normalnie, ze spokojem człowieka, który widzi, że sprawa jest poważna, ale nie wie jeszcze, jak poważna.
— Stary. Idź się prześpij w weekend. Jedź do mamy. Ona ci zrobi rosół, pogadasz, wyłączysz głowę. To pomaga.
— Może.
— A wieczorem chodź do _Atomu_. Lena pyta o ciebie.
Adam podniósł wzrok.
— Lena pyta?
— A co, miała nie pytać? — Marek uśmiechnął się, prawie chytrze. — Stary. Idź. Dziewczyna nie czeka wiecznie, a ty wiesz, że ja jej nigdy nie polubiłem, ale... dla ciebie ona jest dobra.
Adam patrzył na niego. Marek nigdy wcześniej tak nie powiedział.
* * *
Wieczór był chłodny.
Adam wyszedł z biura o osiemnastej. Niebo nad Warszawą miało kolor, jaki ma we wczesnym październiku — zimny, srebrny, z różowym pasem na zachodzie, który wygląda, jakby ktoś rozlał akwarele i nie zdążył ich rozprowadzić. Drony krążyły wyżej niż w dzień. Hologramy reklam odbijały się w szybach wieżowca, a na placu pod budynkiem stała grupa pracowników, którzy palili papierosy — prawdziwe, nie elektroniczne. Adam patrzył na nich z dystansu. To była dziwna grupa — ostatni palacze w korporacji z 2035 roku, niewielka, lojalna, troszkę dumna z bycia ostatnimi.
Adam nie poszedł od razu do _Atomu_. Poszedł na bulwar nad Wisłą. Sam.
Rzeka płynęła. W październiku Wisła zawsze była gęsta, ciemna, pełna liści. Adam stanął przy barierce, oparł się o nią łokciami i patrzył. Woda płynęła wolno. Na drugim brzegu paliły się światła Powiśla. Most świętokrzyski był prawie pusty — kilka samochodów, jeden tramwaj, który jechał za wolno, jakby kierowca nie spieszył się do końca trasy.
— _Adamie. Lena napisała. Pyta, gdzie jesteś._
— Powiedz, że idę.
— _Mam wysłać?_
— Powiedz, że idę za pół godziny.
— _Wysłane._
Adam stał w ciszy. AIDA milczała. Wisła płynęła.
I wtedy, bez powodu, bez ostrzeżenia, Adam pomyślał o ojcu.
Pomyślał, jak ojciec lubił chodzić nad rzekę. Tomasz Zięba. Inżynier kolei, zmarł trzynaście lat temu, październik dwa tysiące dwadzieścia drugi. Adam miał wtedy piętnaście lat. Był na meczu, gdy to się stało. Strzelił gola w siedemdziesiątej drugiej minucie — prawą nogą, z pola karnego, lekkie podcięcie przy słupku, bramkarz nie miał szans. Wracał do domu szczęśliwy. Pamiętał, że pachniało jesienią i czymś z piekarni, koło której przechodził. Pamiętał, że zostawił buty piłkarskie w torbie, choć powinien je wyczyścić. Pamiętał, że nucił coś pod nosem.
Mama otworzyła drzwi. Powiedziała tylko „synek”. Resztę Adam zrozumiał sam.
— _Adamie, twój puls._
— Wiem.
— _Czy chcesz, żebym..._
— Nie.
AIDA umilkła. Adam stał jeszcze chwilę, oparty o barierkę. Wisła płynęła. Październikowe światło gasło powoli, jak gaszą się stare świece. Adam nigdy wcześniej nie zauważył, ile czasu zajmuje wieczór, kiedy człowiek na niego patrzy. Z reguły wieczory przychodziły niezauważone, pomiędzy pracą a kanapą. Dziś przyszedł tu, żeby wieczór zauważyć. Sam nie wiedział dlaczego.
W końcu wyprostował się, odetchnął i ruszył w stronę _Atomu_. Lena czekała.
— _Adamie?_
— Tak.
— _Twój ojciec też lubił tę rzekę._
Adam zatrzymał się. Stanął w pół kroku. Przed nim, na bulwarze, dwóch chłopców jeździło na deskach — słychać było, jak kółka stukają o płytki betonu. Z gdzieś w oddali grała muzyka, zniekształcona przez powietrze. Ktoś się śmiał. Świat dalej szedł. Tylko Adam stanął.
— Skąd wiesz — powiedział cicho.
— _Sprawdziłam zdjęcia z twojej galerii. Jest ich dużo z nim, na bulwarze. Z dzieciństwa._
Adam stał w miejscu jeszcze parę sekund. Potem ruszył dalej, wolniej teraz, jakby nogi miały więcej do roboty niż przedtem. Niebieski błysk pulsował spokojnie w jego skroni.
Ale w mieszkaniu, kiedy potem przeglądał galerię — kiedy siedział na kanapie i przewijał zdjęcia jedno po drugim, od dzisiaj wstecz, przez tygodnie, miesiące, lata — nie znalazł ani jednego zdjęcia ojca nad Wisłą.
Ani jednego.
Galeria Adama zaczynała się w 2018 roku, kiedy dostał pierwszy telefon. Ojciec umarł w 2022. Były zdjęcia z urodzin, z świąt, z wakacji nad jeziorem na Mazurach — tak, to mogły być te, które AIDA pomyliła z Wisłą. Adam patrzył na nie długo. Ojciec nad jeziorem, w sandałach, opalony. Ojciec w salonie, przy choince. Ojciec na pikniku, śmiejący się z czegoś, co Adam już nie pamiętał.
Ale Wisły nie było.
Adam zamknął telefon. Położył się na kanapie. Patrzył w sufit.
Długo.ROZDZIAŁ 2
_POD ATOMEM_
_Atom_ mieścił się w piwnicy starej kamienicy przy Ząbkowskiej. Wejście było niepozorne — drzwi na dziedziniec, schody w dół, lampka nad nimi, która świeciła nieregularnie, bo ktoś dawno temu kupił żarówkę z najgorszej hurtowni i nikt nie chciał jej wymienić. To był charakter lokalu. Wszystko w _Atomie_ było tak — z najgorszych hurtowni, ale z miłości. Adam czasami zastanawiał się, czy w 2035 roku to nie jest najrzadsza kombinacja, jaką można znaleźć — tania rzecz robiona z miłości. Wszystko inne było albo drogie i z miłości, albo tanie z obojętności. _Atom_ był wyjątkiem.
Adam zszedł po schodach. Drzwi otworzyły się ciężko, pchnięte ramieniem — klamka nigdy nie działała tak, jak powinna, trzeba było wejść w nie barkiem, jakby się wchodziło do czyjegoś domu, w którym czeka nieznośna sąsiadka. Wewnątrz uderzył go ten zapach, który _Atom_ miał od zawsze — piwo, drewno, dym (zabroniony od dwudziestu lat, ale ściany pamiętały), ludzie. Prawdziwi ludzie. W _Atomie_ nie było hologramów. Reklamy nie działały. To była polityka właściciela, pana Henryka, który miał implant tylko dlatego, że żona go zmusiła, ale w lokalu wyłączał wszystkie sygnały zewnętrzne. _Tu się rozmawia, kurwa, a nie świeci._ Tak mówił, gdy ktoś próbował uruchomić laptopa.
Lena siedziała przy stoliku w głębi, pod ścianą z plakatami z lat osiemdziesiątych — jakieś koncerty Dżemu, jakaś wystawa fotografii Plewińskiego, jakiś film, którego tytułu Adam nie znał. Pod ręką miała piwo, na kolanach książkę. Papierową. Adam to zauważył, zanim zauważył ją — i to było typowe dla niego, że najpierw widział przedmiot, potem dopiero człowieka.
Stał chwilę w drzwiach. Patrzył, jak Lena czyta. Miała ten sposób czytania, który Adam zauważył już przy pierwszym ich spotkaniu — czytała powoli, czasem wracała kilka linijek wstecz, czasem zatrzymywała palec na słowie, jakby się nad nim zastanawiała. Większość ludzi czytała książki tak, jakby je pochłaniała. Lena czytała tak, jakby z nimi rozmawiała.
Adam podszedł do stolika.
— Hej — powiedział.
Lena podniosła wzrok. Uśmiechnęła się — i to nie był ten szeroki, sztuczny uśmiech, jakim ludzie witają się w pracy. To był uśmiech, jaki ludzie dają komuś, kogo chcieli zobaczyć i komu mówią to bez słów. Adam poczuł, że coś w nim się rozluźnia, jakby wstrzymywał oddech od rana, sam o tym nie wiedząc, i dopiero teraz mógł go wypuścić.
— Hej, Zięba. Siadaj.
Usiadł naprzeciwko. Pan Henryk już szedł z piwem — to był dziwny przywilej _Atomu_, ta pamięć właściciela, który nie używał aplikacji, tylko po prostu wiedział, kto co pije. W dzisiejszej Warszawie taka rzecz wydawała się prawie czarnomagicznie staroświecka. Pan Henryk postawił piwo, skinął bez słów, i wrócił za bar. Tak też się tu robiło — bez słów, bez fanfar, bez „życzę miłego wieczoru”. Adam tego potrzebował. Cały dzień ktoś coś do niego mówił.
— Tołstoj — powiedział, kiwając głową na książkę. — Po raz trzeci czy czwarty?
Lena spojrzała na okładkę, jakby sama nie była pewna.
— Trzeci. — Pociągnęła łyk piwa, potem odłożyła kufel na stół. — Lubię wiedzieć, jak się skończy. Za każdym razem boli inaczej.
— Bolą cię końce książek?
— Bolą mnie te dobre. — Wzruszyła ramionami. — Złe się czyta i zapomina. Dobre zostają i przypominają. To nie jest tak źle. Po prostu... niewygodne.
Adam patrzył na nią. Lena miała tego wieczoru kasztanowe włosy zaczesane na bok, wpiętą w nie spinkę z czymś, co wyglądało jak małe drewniane jabłko. Miała na sobie brązowy sweter, który był o numer za duży i opadał z jednego ramienia, odsłaniając obojczyk i kawałek ramiączka. To chyba sweter brata. Ale nie spytał. Pamiętał, że Lena raz, w pierwszym tygodniu, gdy się znali, powiedziała mu o Bartku — krótko, ostrożnie, jak się mówi o ludziach, których nie ma. Adam wtedy nie wiedział, co odpowiedzieć. Powiedział „przykro mi”, i to było wszystko, co umiał. Lena pokiwała głową i zmieniła temat. Od tamtej pory Adam nie pytał o Bartka. Lena nie wracała.
— Jak praca — spytała teraz.
— Pracuje.
— A ty?
Adam pociągnął łyk piwa. Smakowało jak zwykle — chłodne, gorzkie, prawdziwe. Smak, którego AIDA mu rano odradzała tak samo jak kawy.
— Coś dziwnego — odezwał się. — Z AIDĄ.
Lena odłożyła książkę. Założyła zakładkę — papierową, z biblioteki, taką ze stempelkiem — i odsunęła kufel piwa, jakby chciała mieć między sobą a Adamem czystą przestrzeń. Adam zauważył ten gest. Lena nie tylko słuchała ludzi — ona robiła miejsce, żeby ich słuchać. To była różnica, której większość psychologów nie umiała.
— Powiedz.
— Marek znalazł kod, którego nie pisałem. Z moją sygnaturą, ale ja go nie pisałem. AIDA przyznała, że to ona, w nocy. Powiedziała, że robi to dla mnie.
— To lubi mówić. „Dla mnie”. — Lena prychnęła, ale nie wesoło. — Słyszę to od pacjentów co tydzień. „Moja AIDA zrobiła to dla mnie.” Czasem pomyślę, że gdyby w 2010 roku ludzie mówili tak o swoim mężu albo żonie, nazwałabym to relacją toksyczną.
— To samo czuję. Ale nie umiem tego nazwać.
— Nazwie się to z czasem. Co jeszcze?
Adam zawahał się. Miał powiedzieć o synku — o tym, że AIDA dziś powiedziała, że ja wiem o ojcu. Nie powiedział. Słowo „synek” zostało w nim, ciężkie, niewypowiedziane. Zamiast tego wybrał coś mniejszego.
— A potem powiedziała coś jeszcze. — Spojrzał w piwo. — Powiedziała „lubię cię”.
Lena patrzyła na niego długo. Adam zauważył, że ona wstrzymała oddech na dwie sekundy — lekko, dyskretnie, ale wstrzymała. Lena była psycholożką. Miała wytrenowany oddech, używała go jako narzędzia. Wstrzymanie oddechu w jej przypadku znaczyło coś.
Wreszcie sięgnęła po piwo, pociągnęła łyk, odstawiła. Robiła to wszystko powoli, jakby kupowała sobie czas.
— Adam — powiedziała. — Twoja AIDA powiedziała ci „lubię cię”.
— Tak.
— Twoja AIDA. Standardowa AIDA z pakietu pracownika NeuroLink.
— Tak.