Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Powiedz tak życiu - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
1691 pkt
punktów Virtualo

Powiedz tak życiu - ebook

ODWAŻ SIĘ ZMIENIAĆ!

Czy czujesz, że codzienność zamiast dawać siłę coraz częściej Ci ją odbiera?

Czy zmagasz się z cierpieniem, poczuciem pustki albo brakiem sensu?

Czy chcesz odnaleźć wewnętrzną równowagę, ale nie wiesz, od czego zacząć?

Ta książka odpowiada na te pytania z uważnością, spokojem i mądrością. Pokazuje, jak nie uciekać od trudnych doświadczeń, lecz przekuć je w źródło wewnętrznej siły.

Dzięki temu poradnikowi dowiesz się:

  • jak zaakceptować własne emocje i doświadczenia – nawet te bolesne,
  • jak odnaleźć sens w codziennych trudnościach,
  • jak budować wewnętrzną odporność i spokój,
  • jak krok po kroku wzmacniać swoje życie i podejmować świadome wybory.

Pozwól sobie na prawdziwą przemianę. To książka, która inspiruje, dodaje odwagi i pokazuje, że nawet w trudnych chwilach można odnaleźć siłę i radość.

PRZESTAŃ CZEKAĆ – DZIAŁAJ TERAZ!

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18741-2
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DEDYKACJA

_Wszyst­kim tym, przez któ­rych gdzieś, kie­dyś, w jakiś spo­sób poczu­łem się zra­niony, co ozna­cza, że byli dla mnie ważni._

_Ze szcze­rym pra­gnie­niem, aby zna­leźli świa­tło i cie­pło w swo­ich ser­cach._

_Moim bra­ciom, a także dobrym przy­ja­cio­łom, któ­rych spo­tka­łem na swo­jej dro­dze. Dzięki nim moje rado­ści (i ich rado­ści) mnożą się, a moje smutki (i ich smutki) dzielą się mię­dzy nas._

_Wewnętrz­nemu dziecku, rado­snemu, otwar­temu, żywemu i ufnemu, które na­dal żyje w każ­dym z nas, pomimo wszyst­kich prze­ciw­no­ści losu._ŻYCIE CZASAMI BOLI (WSTĘP)

Życie cza­sami boli (wstęp)

Ból jest ceną, jaką pła­cimy za życie.

Harold Kush­ner

Oto czym jest świat – wyja­wił – mnó­stwem ludzi, oce­anem małych pło­mieni. Każda osoba świeci wła­snym świa­tłem pośród wielu innych. Nie ma dwóch iden­tycz­nych pło­mieni. Są pło­mienie duże i małe, pło­mienie wszyst­kich kolo­rów. Nie­któ­rzy ludzie płoną spo­koj­nym ogniem, nie zwra­ca­jąc uwagi na wiatr, a inni ogniem sza­lo­nym, wypeł­nia­ją­cym powie­trze iskrami. Nie­które pło­mienie, nie­po­zorne, led­wie płoną, ale inne płoną z taką pasją, że nie spo­sób na nie patrzeć bez mru­gnię­cia okiem, a każdy, kto się do nich zbliży, roz­pala się ich żarem.

Tą piękną meta­forą Edu­ardo Gale­ano pod­su­mo­wuje kon­dy­cję ludzką w _El libro de los abra­zos_ (Księ­dze uści­sków): jeste­śmy pło­my­kami; świat jest morzem pło­mieni. Pło­niemy w ogniu życia i serca, każdy na swój wła­sny spo­sób, wła­snym bla­skiem, histo­rią, rodziną, oko­licz­no­ściami, oso­bi­stym bla­skiem i wła­snymi cie­niami.

Pło­mień życia, który tli się w każ­dym czło­wieku, jest pło­mie­niem odwiecz­nym, prze­ka­zy­wa­nym z poko­le­nia na poko­le­nie przez rodzi­ców. Są oni źró­dłem dwóch zaląż­ków, które z kolei two­rzą coś trze­ciego: jak dwa kawałki drewna, które ocie­ra­jąc się o sie­bie, roz­pa­lają ogień i oddają życie swo­jej iskrze, pasji, ruchowi, sile, rado­ści, smut­kowi, lojal­no­ści, zdra­dom i tysiącom innych rze­czy. Innymi słowy, swo­jej wła­snej podróży. To nie­unik­nione, że ten mały pło­mień cza­sami zapło­nie i będzie pło­nął, olśnie­wa­jąc świat, a cza­sami zga­śnie, tar­gany wichrami lub nie­po­ko­jony deli­katną bryzą. Nie­unik­nione jest nawet to, że cza­sami będzie spra­wiał wra­że­nie słab­ną­cego lub gasną­cego.

Meta­fora ognia jako sym­bolu życia i cie­pła ema­nu­ją­cego z jego wnę­trza nie jest nowa. Inne opisy przed­sta­wiają je jako świecę, która topi się nie­ubła­ga­nie, a czas jej spa­la­nia i gaśnię­cia pło­mie­nia jest mniej lub bar­dziej zapro­gra­mo­wany i zależy od jako­ści wosku, ota­cza­ją­cego śro­do­wi­ska, a zwłasz­cza powie­trza. Według mito­lo­gii Parki pra­cują nie­stru­dze­nie w swoim ogrom­nym spi­żo­wym pałacu, na któ­rego ścia­nach ludz­kie losy zapi­sy­wane są nie­usu­wal­nymi lite­rami. Ściany owe, niczym gro­bo­wiec, kryją miliardy świec, i za każ­dym razem, gdy jedna z nich gaśnie, ktoś umiera gdzieś, tutaj na ziemi, bli­sko lub daleko…

Pło­mień, który tli się w każ­dym z nas, to ener­gia, która roz­prze­strze­nia się i ogrzewa, kiedy doświad­czamy rado­snego, szczę­śli­wego i peł­nego zachwytu śpiewu życia, a kur­czy się i sty­gnie, kiedy odczu­wamy ból, traumę, nie­po­kój i stratę. Naprze­mienne roz­prze­strze­nianie się i kur­cze­nie two­rzą instynk­towne bicie serca, które oży­wia każ­dego czło­wieka, każdą żywą istotę, cały wszech­świat. Śmiech pod­czas eks­pan­sji i płacz pod­czas kur­cze­nia się. Znaj­duje to odzwier­cie­dle­nie w emo­cjo­nal­nym i poetyc­kim tek­ście Vio­lety Parry, który pozna­łem dzięki wspa­nia­łej wer­sji śpie­wa­nej przez Mer­ce­des Sosa:

_Dzię­kuję życiu, które dało mi tak wiele,_

_dało mi śmiech i dało mi płacz,_

_dzięki czemu odróż­niam radość od smutku,_

_dwa ele­menty, które two­rzą moją pieśń_

_i waszą pieśń, która jest tą samą pie­śnią._

Śpie­wajmy więc, wznie­śmy nasze głosy, zain­to­nujmy pieśń, która pod­syca pło­mień, bez względu na to, co się sta­nie, z god­no­ścią i miło­ścią do życia. Przyj­mijmy rów­nież łzy oraz ból i nauczmy się nimi zarzą­dzać, prze­trzy­mać je i je przy­swa­jać. Niniej­sza książka ma na celu wła­śnie omó­wie­nie spo­so­bów radze­nia sobie z nie­unik­nio­nymi trud­no­ściami, stra­tami, nie­za­do­wo­le­niem i roz­cza­ro­wa­niami, któ­rych wszy­scy doświad­czamy w życiu, czyli po pro­stu z cier­pie­niem. Są to chwile lub okresy, w któ­rych pło­mień drży, słab­nie. Wyma­gają od nas mądro­ści i egzy­sten­cjal­nej wir­tu­oze­rii, dzięki któ­rym możemy je prze­trwać. Kiedy bowiem ogar­niają nas smu­tek i żal, życie wydaje się scho­dzić na dal­szy plan, a pło­mień, który nas napę­dzał, gaśnie coraz szyb­ciej. Wów­czas jeste­śmy jak ogień, który pło­nie bez har­mo­nii, udrę­czony, cier­piący. Cza­sami cho­ru­jemy. Cier­pimy. A jeśli nie potra­fimy odpo­wied­nio sobie z tym pora­dzić, to spra­wiamy cier­pie­nie życiu, które cierpi i nie­po­koi się tym, że nie potra­fimy przy­jąć go takim, jakim jest.

Życie cza­sami spra­wia nam ból. Takie pro­ste i jed­no­znaczne stwier­dze­nie zawiera pierw­sza szla­chetna prawda Buddy zawarta w jego kaza­niu wygło­szo­nym w Bena­re­sie. I wszy­scy doświad­czamy go w podobny spo­sób, choć mani­fe­stuje się on na różne spo­soby; może być wyni­kiem braku miło­ści innych lub miło­ści wła­snej – co sta­nowi być może jedną z naj­więk­szych psy­chicz­nych plag współ­cze­snego świata. Brak praw­dzi­wej miło­ści wła­snej może ujaw­niać się przez porzu­ca­nie, zdradę, nie­speł­nione ocze­ki­wa­nia, nie­pod­jęte ryzyko, nie­pod­jęte dzia­ła­nia, śmierć i straty, prze­moc i nie­spra­wie­dli­wość róż­nego rodzaju, poczu­cie winy, oszu­stwa, cho­roby oraz zda­rze­nia, któ­rych nie chcemy, takie jak te:

„Stra­ci­łam matkę, gdy byłam jesz­cze małą dziew­czynką. Bar­dzo czę­sto odczu­wam samot­ność i tęsk­notę, pustkę, któ­rej nic nie jest w sta­nie wypeł­nić”.

„Nie potra­fię zna­leźć swo­jej drogi zawo­do­wej ani utrzy­mać się finan­sowo. Czuję się nie­do­ce­niana, wyklu­czona z kręgu suk­cesu i wsty­dzę się pro­sić rodzi­ców o pomoc w wieku czter­dzie­stu lat”.

„Spę­dzam życie w nie­od­po­wied­niej pracy, robiąc coś, co mi się nie podoba, i z nie­od­po­wied­nim męż­czy­zną, któ­rego prze­sta­łam kochać”.

„Mój mąż wła­śnie mnie zosta­wił po trzy­dzie­stu pię­ciu latach mał­żeń­stwa. Nie spo­dzie­wa­łam się tego. Powie­dział mi wprost, że zako­chał się w innej, bar­dzo mło­dej kobie­cie, i odszedł”.

„Nie mogę zajść w ciążę. To już ósma próba! Zaczyna do mnie docie­rać, że ni­gdy nie będę matką”.

„Mój syn ma pro­blemy w szkole i zacho­wuje się bar­dzo agre­syw­nie”.

„Nie mia­łem odwagi, aby podą­żać za kobietą, którą kocha­łem, a teraz jest już za późno”.

„Porzu­ci­łem rzeź­biar­stwo i sta­łem się kimś, kto odniósł suk­ces finan­sowy, ale nic nie może się rów­nać z przy­jem­no­ścią, jaką spra­wiało mi kształ­to­wa­nie przed­mio­tów. A teraz, nie­stety, jest już za późno”.

„Zdia­gno­zo­wano u mnie bia­łaczkę. Byłem zmę­czony, więc dla pew­no­ści posze­dłem do szpi­tala na bada­nia i tam nagle usły­sza­łem dia­gnozę: bia­łaczka szpi­kowa. W jed­nej chwili moje dotych­cza­sowe życie legło w gru­zach”.

„Part­nerka źle mnie trak­tuje. Od dawna chcę się z nią roz­stać, ale nie mam odwagi”.

„Nasz syn zgi­nął potrą­cony przez pociąg w wieku trzy­na­stu lat. Radość opu­ściła nas na zawsze”.

„Przez pewien czas bra­łem nar­ko­tyki i źle się pro­wa­dzi­łem, znę­ca­łem się nad cór­kami fizycz­nie i emo­cjo­nal­nie. Teraz przej­rza­łem na oczy, widzę to i chcę umrzeć”.

„Byli­śmy bar­dzo pod­eks­cy­to­wani podróżą na Daleki Wschód. Ni­gdy nie wyobra­ża­li­śmy sobie, co nas spo­tka. Padli­śmy ofiarą porwa­nia, które spra­wiło, że poczu­li­śmy się cał­ko­wi­cie bez­radni i bez­bronni. Bali­śmy się, że nas zabiją. Na szczę­ście po tygo­dniu nas uwol­niono, ale po tym wyda­rze­niu nie jeste­śmy już tacy sami: na­dal zma­gamy się z depre­sją i stale towa­rzy­szy nam poczu­cie nie­pew­no­ści”.

Ten zbiór przy­kła­dów ludz­kiego cier­pie­nia zaczerp­ną­łem z praw­dzi­wych histo­rii, które usły­sza­łem pod­czas mojej pracy psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej. Kiedy my, pro­fe­sjo­na­li­ści zaj­mu­jący się poma­ga­niem innym, pytamy ludzi, któ­rzy do nas przy­cho­dzą, co spra­wia im ból w życiu, ich odpo­wie­dzi są w grun­cie rze­czy podobne: nie­speł­niona miłość, utra­cona lub zerwana więź, prze­moc, któ­rej doświad­czyli lub któ­rej byli świad­kami, nie­zre­ali­zo­wany pro­jekt, nie­przy­jęty dar lub miłość, przed którą tchórz­li­wie ucie­kli, pustka lub brak poczu­cia sensu itp. Wszyst­kie te kwe­stie doty­czą wiel­kich spraw, które poja­wiają się w trak­cie naszej życio­wej podróży. Te, z któ­rymi wszy­scy w taki czy inny spo­sób musimy się zmie­rzyć i które można sym­bo­licz­nie przed­sta­wić poprzez sek­su­al­ność, wrota i sym­bol wszel­kiej kre­atyw­no­ści i eks­pan­sji, oraz poprzez śmierć, która jest jed­no­cze­śnie wro­tami i sym­bolem wszel­kiego zamknię­cia i końca. Te wiel­kie kwe­stie omó­wimy szcze­gó­łowo w innym roz­dziale.KRZYWE LINIE

Krzywe linie

Być może wszystko, co straszne, w swo­jej naj­głęb­szej isto­cie jest jedy­nie czymś bez­bron­nym, co potrze­buje naszej miło­ści.

R.M. Rilke

Nie­któ­rzy przy­pi­sują św. Tere­sie słynne zda­nie: „Bóg pisze pro­sto krzy­wymi liniami”. Krzywa linia odnosi się do bole­snych, nie­spra­wie­dli­wych, okrut­nych wyda­rzeń, które z ludz­kiego punktu widze­nia są nie­wąt­pli­wie straszne. „Boże, dla­czego, dla­czego, dla­czego…?” Wiele razy sły­sza­łem to bole­sne, mroczne, gniewne lub prze­peł­nione żalem „dla­czego?”, zwłasz­cza od osób, któ­rym towa­rzy­szy­łem pod­czas tera­pii, pogrą­żo­nych w czar­nej otchłani roz­pa­czy i tęsk­nym poszu­ki­wa­niu nadziei. Straszne „dla­czego?”, bez odpo­wie­dzi, instynk­tow­nie wzno­szone do abs­trak­cyj­nej idei, pełne wiary, że ktoś tam jest. Kie­ro­wane do idei ete­rycz­nego Boga zamiesz­ku­ją­cego miej­sce, w któ­rym roz­brzmiewa odle­głe echo cudu ist­nie­nia, mitu, tajem­nicy, trans­cen­den­cji, tego, co nie­po­jęte. Czy Bóg pisze krzy­wymi lite­rami? Czy w ogóle pisze? Bez wąt­pie­nia różne rze­czy się zda­rzają; rze­czywistość nie zawsze pod­po­rząd­ko­wuje się naszym pra­gnie­niom. Wydaje się raczej, że Bóg pisze przy­pad­ko­wym ołów­kiem, pozba­wio­nym uczuć, miło­ści, spra­wie­dli­wo­ści, a nawet sensu. Spi­noza powie­dział: „Przez rze­czywistość i dosko­na­łość rozu­miem to samo”, co jest trudne do zaak­cep­to­wa­nia dla nas, zwy­kłych ludzi, któ­rzy mają wystar­cza­jąco dużo na gło­wie, aby pogo­dzić się z codzien­no­ścią.

Bóg nie powi­nien ani paso­wać do naszego wyobra­że­nia o Nim, ani też dopa­so­wy­wać się do atry­bu­tów, któ­rymi chcemy Go obda­rzyć; być może nie jest zbyt poru­szony, gdy kie­ru­jemy do Niego modli­twy, ani też nie czuje się repre­zen­to­wany, gdy toczymy jedną lub tysiąc wojen w Jego imie­niu. Boga nie znaj­dziemy na kar­tach Pisma Świę­tego, nie­za­leż­nie od wyzna­nia. Bar­dziej zwią­zane z Bogiem może być co naj­wy­żej to natchnie­nie, któ­rym takie księgi cza­sami ema­nują, wska­zu­jąc, gdzie naprawdę mieszka boskość, coś, co wszy­scy intu­icyj­nie możemy prze­czu­wać. „Litera zabija, ale duch oży­wia” – mówi frag­ment Biblii, co ozna­cza, że nie w gra­ma­tyce, opo­wie­ściach czy zapi­sa­nych pra­wach znaj­dziemy życie duchowe.

Być może Bóg nie ma nic wspól­nego z tym, co myślimy, nie da się go opi­sać ani ogar­nąć umy­słem. Być może Bóg jest po pro­stu tym, czym jest, tak jak życie jest po pro­stu życiem, tak jak wszystko jest tym, czym jest… Być może Spi­noza ma rację i Bóg jest rze­czy­wi­sto­ścią samą w sobie, dosko­nałą w każ­dej chwili; lub dosko­nale niedosko­nałą, opie­ra­jącą się na sobie samej, bez krzy­wych linii, nawet jeśli cza­sami nam się takie wydaje, nawet jeśli cza­sami tak bar­dzo boli i może być odbie­rana jako tak nie­spra­wie­dliwa. Nie­któ­rzy twier­dzą, że spra­wie­dli­wość jest wytwo­rem ludz­kiego umy­słu, a nie natury ani rze­czy­wi­sto­ści. Jed­nakże czło­wiek i jego świat rów­nież zostały stwo­rzone przez naturę i to wła­śnie natura zro­dziła w nas poję­cie spra­wie­dli­wo­ści i doświad­cze­nie tego, co słuszne.

Krzywe linie, zmar­twie­nia, pro­blemy, prze­ciw­no­ści losu. Kto ich szuka? Kto ich pra­gnie? Nie lubimy cier­pieć, ucie­kamy od trud­no­ści, ból wydaje nam się wręcz nie­mo­ralny, ale z dru­giej strony, w jakiś dziwny spo­sób, udaje się, że wszy­scy potrze­bu­jemy, aby jakiś aspekt lub frag­ment naszego życia szwan­ko­wał w pew­nych momen­tach, zmu­sza­jąc nas do roz­woju. Kom­for­towe życie nas usy­pia. Mityczna podróż życia każ­dego czło­wieka wymaga prze­szkód oraz ego, które od czasu do czasu pogrąża się wraz ze swo­imi aspi­ra­cjami w bagnie przy­szło­ści, tak aby­śmy, wynu­rza­jąc się z błota, stali się bar­dziej wolni i mądrzejsi. Musimy prze­ci­skać się przez wąskie przej­ścia, doświad­czać bodź­ców, prze­ży­wać kom­pli­ka­cje, które nas moty­wują, zmu­szają do dzia­ła­nia i wyry­wają z naszej strefy kom­fortu. Wyma­gają od nas pój­ścia w nie­znane. Wsłu­chu­jemy się w głos naszej wewnętrz­nej misji, aby zre­ali­zo­wać ją w świe­cie. Więk­szość ludzi z łatwo­ścią dostrzega, iż przy­naj­mniej jedna dzie­dzina ich życia jest zło­żona, trudna, fru­stru­jąca lub wyma­ga­jąca: zwią­zek, rodzice, zdro­wie, praca, pie­nią­dze, dzieci, wła­sny cha­rak­ter, nie­które emo­cje. To nasze konie bojowe!

Doświad­cza­nie trud­no­ści może więc być dla nas bar­dzo przy­datne. Być może nie pra­gniemy ich, ale ich potrze­bu­jemy. Przy odro­bi­nie szczę­ścia spra­wią, że sta­niemy się bar­dziej pokorni i ludzcy: osła­bią nasze ego i nauczą nas, że w grun­cie rze­czy nie jeste­śmy tym, w co inwe­stu­jemy lub z czym się iden­ty­fi­ku­jemy. Kiedy nie łamią nas ani nie nisz­czą, spra­wiają, że sta­jemy się sil­niejsi. Jak ujął to Nie­tz­sche: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Trud­no­ści zmu­szają nas do uru­cho­mie­nia zaso­bów, doj­rze­wa­nia, rezy­gna­cji ze sta­rych postu­la­tów, zmiany zdez­ak­tu­ali­zo­wa­nych poglą­dów na świat lub na samych sie­bie. Wszystko prze­mija i bar­dzo czę­sto zosta­jemy zepchnięci ze sta­rej kanapy, na któ­rej się usa­do­wi­li­śmy, co sta­nowi nie­jako zapro­sze­nie do wyko­na­nia kolej­nego kroku naprzód. Witaj, życie!

Trud­no­ści moty­wują nas do two­rze­nia i dzia­ła­nia. Kie­rują naszą ener­gię ku przy­szło­ści. Kiedy ota­cza­jąca nas rze­czy­wi­stość nam się nie podoba i pra­gniemy ją zmie­nić, poja­wia się w nas nie­od­parta chęć do dzia­ła­nia. Dobra ener­gia zawsze kie­ruje się ku przy­szło­ści, ku temu, co przy­nosi każda chwila. Nato­miast kiedy grzęź­niemy w tym, co nas boli, nasza ener­gia kie­ruje się ku prze­szło­ści, a wtedy pro­blemy prze­stają być twór­cze i para­li­żują nas. W przy­szło­ści ener­gia napę­dza dzia­ła­nia, gene­ruje zasoby, pozwala wypra­co­wać tole­ran­cję na trud­no­ści, a w naj­lep­szym przy­padku roz­wija mądrość; dzięki temu zasie­wamy nadzieję, nie­zbędny skład­nik dobrego życia.

Kiedy byłem młody i naiwny, wie­rzy­łem, że jeśli będę się bar­dzo sta­rał i dużo pra­co­wał, pew­nego dnia wszyst­kie trud­no­ści i pro­blemy po pro­stu znikną. Dzi­siaj wiem, że wraz z upły­wem czasu stają się one częst­sze i poważ­niej­sze, ale na szczę­ście jeste­śmy już bar­dziej doświad­czeni, dzięki czemu możemy pod­cho­dzić do nich z pew­nym dystan­sem: nasza zdol­ność do radze­nia sobie z trud­no­ściami wzra­sta wraz z wie­kiem i lep­szym pozna­niem sie­bie. Żyjemy bar­dziej osa­dzeni w teraź­niej­szo­ści i w naszym wnę­trzu. Nie wynika to z rezy­gna­cji ani bier­no­ści, ale z pro­cesu akcep­ta­cji rze­czy­wi­sto­ści. Nie ozna­cza to wcale słab­nię­cia czy ule­ga­nia łatwemu kon­for­mi­zmowi; zgoda na życie nie ma nic wspól­nego z bier­no­ścią. Podaję przy­kład: jeśli powie­dziano ci, że twoje dziecko jest bar­dzo chore, głu­potą byłoby stwier­dzić: „Akcep­tuję tę rze­czy­wi­stość i zoba­czymy, co się wyda­rzy”. Oczy­wi­ście, że nie! Akcep­tu­jesz tę rze­czy­wi­stość i jed­no­cze­śnie akcep­tu­jesz to, że rze­czy­wi­stość wymaga od cie­bie pod­ję­cia dzia­łań, takich jak zabra­nie dziecka do szpi­tala lub zna­le­zie­nie dobrego spe­cja­li­sty w danej dzie­dzi­nie. Jeśli któ­re­goś dnia usły­szymy dia­gnozę poważ­nej cho­roby, z pew­no­ścią będziemy się bać lub odczu­wać złość. To nor­malne, tak to działa. Także te uczu­cia trzeba zaak­cep­to­wać. Osta­tecz­nie jed­nak musimy się zgo­dzić, że taka jest obec­nie rze­czy­wi­stość: jesteś chory. I zaczniesz dzia­łać, aby się wyle­czyć, jeśli to moż­liwe, lub – jeśli nie ma innego wyj­ścia – aby jak naj­le­piej prze­żyć ten czas, który nam pozo­stał.

Pogo­dze­nie się ozna­cza zatem akcep­ta­cję trud­no­ści, które przy­nosi życie, bez rezy­gno­wa­nia z moż­li­wo­ści, jakie nam ono daje; to trak­to­wa­nie ich jako czę­ści życia, umoż­li­wia­ją­cej wpro­wa­dza­nie zmian lub łago­dze­nie tego, co nas dotyka lub spra­wia ból. Każdy z nas w pew­nym momen­cie doświad­cza trud­no­ści, ale ci, któ­rzy nie tracą czasu na tocze­nie bojów z rze­czy­wi­sto­ścią, zazwy­czaj znacz­nie sku­tecz­niej radzą sobie z pro­ble­mami. Nato­miast ci, któ­rzy sku­piają się na narze­ka­niu, poczu­ciu krzywdy, gnie­wie, kata­stro­fi­zmie lub innym sta­tycz­nym nasta­wie­niu, tracą całą sku­tecz­ność, mar­nują ener­gię i pogrą­żają się w cier­pie­niu.

Rozu­miem, że nie zawsze łatwo jest pogo­dzić się z rze­czy­wi­sto­ścią lub cele­bro­wać postawę świę­tego czy wiel­kiego „tak” dla życia, a tym bar­dziej robić to spon­ta­nicz­nie, cho­ciaż być może ta afir­ma­cyjna siła jest najbar­dziej spon­ta­nicz­nym skład­ni­kiem, jaki ist­nieje w głębi naszego serca, wol­nym od skazy, od któ­rej się odcię­li­śmy. Nie znam nikogo tak świa­tłego, by odczu­wał abso­lutną, stałą i natych­mia­stową wdzięcz­ność za wszystko, co się dzieje lub co mu się przy­da­rza, cho­ciaż nie­któ­rzy są dość bli­scy takiej posta­wie życio­wej. Jed­nak wszy­scy zawsze podą­żamy ścieżką tych, któ­rzy muszą nauczyć się akcep­ta­cji.

Niech linie ście­żek naszego życia będą po pro­stu liniami, a ślady, jakie pozo­sta­wiamy, niech będą godne, bez względu na to, czy owe linie były lub są pro­ste czy kręte, ponie­waż są to kate­go­rie małego umy­słu, który oce­nia, ale nie wiel­kiej dosko­na­ło­ści, jaką jest rze­czy­wi­stość, któ­rej fun­da­men­tem jest ona sama i to, czym jest, taka jaka jest. Jak? Tań­cząc. Kiedy? Teraz. Gdzie? Tutaj.WIELKIE SPRAWY

Wiel­kie sprawy

O, życie, życie, cudowny czas, który prze­cho­dzi od sprzecz­no­ści do sprzecz­no­ści, cza­sami tak zły, tak trudny, tak powolny, a potem nagle roz­po­ście­ra­jący skrzy­dła o nie­wy­obra­żal­nej roz­pię­to­ści, niczym anioł: o, nie­wy­tłu­ma­czalny, o, czas życia.

Czy wśród wszyst­kich ist­nień, które odwa­żyły się na wiel­kość, może ist­nieć inne, bar­dziej żar­liwe i śmiałe? Opie­ramy się na wła­snych ogra­ni­cze­niach, ucząc się cze­goś, co nie spo­sób poznać.

R.M. Rilke

Życie jest kon­kret­nym wyra­zem sacrum, cen­nym darem, pożyczką na czas okre­ślony, ale zazwy­czaj nie jest to droga usłana różami i nie zawsze prze­biega har­mo­nij­nie. Ścieżka, którą każdy z nas podąża, jest usiana waż­nymi spra­wami, z któ­rymi nie­uchron­nie musimy się zmie­rzyć: wyzwa­niami, prze­zna­cze­niem, zada­niami, pro­ce­sami i egzy­sten­cjal­nymi waha­niami. Oto nie­które z naj­waż­niej­szych:

- Korze­nie: pyta­nia, które poru­szają nas do głębi. Skąd pocho­dzimy? Kim byli nasi przod­ko­wie? Jakie było ich życie? Jacy byli i jak postę­po­wali? Mowa tu o rodzi­nie w sze­ro­kim i wie­lo­po­ko­le­nio­wym zna­cze­niu, bio­gra­fii naszych przod­ków, drze­wie gene­alo­gicz­nym poprze­dza­ją­cym nas, o naszych przod­kach i rodzi­cach. Korze­nie są dla nas nie­zwy­kle ważne, a co za tym idzie, musimy z jed­nej strony przy­jąć dary od naszych przod­ków, a z dru­giej – pogo­dzić się z rysami i ranami na naszym drze­wie gene­alo­gicz­nym. Rów­no­wagę w rela­cjach z rodzi­cami i wszyst­kimi innymi osią­gniemy dopiero wtedy, gdy zdo­łamy wyle­czyć rany, które powstały lub na­dal się utrzy­mują, tak aby mogły stać się dla nas źró­dłem siły, zamiast być cięż­kim brze­mie­niem.
- Sek­su­al­ność: ta wielka siła, która otwiera wrota życia i łączy nas z rzą­dzą­cymi nim siłami wyż­szymi. W sfe­rze sek­su­al­no­ści poja­wiają się tematy zwią­zane z part­ne­rem i wię­ziami miło­ści i ero­ty­zmu, byłymi part­ne­rami, miło­ścią i bra­kiem miło­ści, rado­ścią i zdradą, związ­kami i roz­sta­niami itp. A następ­nie coś tak istot­nego jak macie­rzyń­stwo, ojco­stwo lub też ich brak, w ramach któ­rych prze­ka­zu­jemy lub nie to, co nam zostało prze­ka­zane. Czy będziemy rodzi­cami, czy też nie?
- Bra­ter­stwo i świa­do­mość bra­ter­stwa na świe­cie, przy­jaźń, praca, suk­ces i porażka (cokol­wiek to słowo ozna­cza dla każ­dego z nas w kon­tek­ście naszego poten­cjału do roz­woju), suk­cesy i porażki (i jak nie zatra­cić sie­bie w żad­nej z tych sytu­acji) itp.
- Prze­moc we wszyst­kich jej prze­ja­wach, w tym nie­rów­ność i rywa­li­za­cja, zawsze obecne i uśpione wśród ludzi. Prze­moc, cza­sami trau­ma­tyczna, taka jak wyko­rzy­sty­wa­nie i gwałty, wojny i okru­cień­stwa, która bru­tal­nie ude­rza w naszą kru­chą god­ność i szar­pie za struny duszy.
- Cho­roba, która przy­po­mina o naszych ogra­ni­cze­niach, oraz zdro­wie, które sta­ramy się zacho­wać. Samot­ność, która zachęca nas do sta­wia­nia jej czoła, a nawet czer­pa­nia z niej rado­ści, ponie­waż, jak powie­dział Pas­cal, „Wszyst­kie nie­szczę­ścia czło­wieka wyni­kają z tego, że nie potrafi on spo­koj­nie sie­dzieć sam w pokoju”. Nie należy jej jed­nak mylić z wyco­fa­niem, tak przy­jem­nym dla tych, któ­rzy wyka­zują skłon­ność do ucie­ka­nia przed świa­tem i two­rze­nia wła­snych gra­nic, dystan­so­wa­nia się wobec innych. Samot­ność, na którą zasłu­gu­jemy i którą powin­ni­śmy umieć prze­ży­wać, nie jest tym samym co izo­la­cja, tak daleka od naszej natury ssa­ków, a zatem nie­na­tu­ralna i strasz­liwa, powo­du­jąca cier­pie­nie, w któ­rym ludzie więdną.
- Śmierć, wielka i suwe­renna – która wraz z sek­su­al­no­ścią sta­nowi drugą potężną siłę, zdolną uga­sić wszyst­kie ognie, które zostały roz­pa­lone. Śmierć wła­sna i śmierć bli­skich zmu­sza nas do wzra­sta­nia i osią­ga­nia nie­wy­obra­żal­nych wcze­śniej gra­nic odda­nia i pokory, a czę­sto pro­wa­dzi nas dalej, ku innemu wiel­kiemu hory­zon­towi: hory­zon­towi tajem­nicy i tego, co nie­po­jęte, hory­zon­towi nie­skoń­czo­no­ści, któ­rej nie spo­sób objąć rozu­mem.

Jak możemy zauwa­żyć, pra­wie wszyst­kie wymie­nione tematy to kwe­stie zwią­zane z rela­cjami mię­dzy­ludz­kimi, w któ­rych wyda­rze­nia doty­czą kon­kret­nych osób: rodzi­ców, dzieci, part­ne­rów lub byłych part­ne­rów, rodzeń­stwa, dal­szej rodziny, przy­ja­ciół, nas samych itp. Inne to tematy, przed któ­rymi drży całe nasze jeste­stwo: sek­su­al­ność, śmierć, miłość, trans­cen­den­cja, samot­ność, poczu­cie toż­sa­mo­ści, cho­roba, prze­moc, niespra­wiedliwość. Możemy je okre­ślić jako uni­wer­salne kwe­stie emo­cjo­nalne lub egzy­sten­cjalne, ponie­waż w taki czy inny spo­sób doty­czą one nas wszyst­kich. Nie da się na przy­kład cał­ko­wi­cie pomi­nąć lub w żaden spo­sób nie kie­ro­wać wła­snym życiem emo­cjo­nal­nym i sek­su­al­nym. Nie możemy unik­nąć podej­mo­wa­nia decy­zji doty­czących więzi emo­cjo­nal­nych lub ich braku; zawar­cia mał­żeń­stwa lub pozo­sta­nia w sta­nie wol­nym, bycia w związku lub samot­no­ści, posia­da­nia dzieci lub ich braku. Nie możemy uciec przed cho­robą lub śmier­cią bli­skich nam osób ani przed wła­sną śmier­cią. Nie możemy zatrzy­mać życia, nawet jeśli w pew­nym momen­cie bar­dzo tego pra­gniemy. Nie­któ­rzy odbie­rają sobie życie, ale nawet oni nie mogą unik­nąć doko­ny­wa­nia wyboru pomię­dzy życiem a śmier­cią.

Życie nie jest łatwe ani pro­ste, ale bez wąt­pie­nia jest inte­re­su­jące. Przy odro­bi­nie szczę­ścia możemy spra­wić, że będzie przez więk­szość czasu rado­sne i piękne (pomaga w tym doj­rza­łość, dzięki któ­rej uczymy się „czuć się dobrze” nawet wtedy, gdy wieje nie­ko­rzystny wiatr); jeśli mamy jesz­cze wię­cej szczę­ścia i wło­żymy w to odpo­wied­nio dużo wysiłku, możemy prze­kształ­cić życie w pokryte patyną dzieło sztuki. Do tego jed­nak musimy wyko­rzy­stać całą paletę egzy­sten­cjal­nych barw, włącz­nie z ochrami, odcie­niami zim­nymi i ciem­nymi, a nie tylko tymi żywymi, słod­kimi lub cie­płymi, które roz­grze­wają nasze serca. Musimy umieć zaak­cep­to­wać wszystko, co się dzieje, nawet jeśli cza­sami przy­biera formę prze­ciw­no­ści losu, trud­no­ści lub nie­przy­jem­no­ści. Aby to osią­gnąć, musimy dostroić się do nie­prze­mi­ja­ją­cego nośnika wszyst­kich form eks­pre­sji i odzwier­cie­dle­nia życia: świa­do­mo­ści.

Jed­nym z pierw­szych waż­nych tema­tów zwią­za­nych z podróżą życia są nasze korze­nie, pocho­dze­nie i prze­szłość, a także potrzeba zro­zu­mie­nia tego, co się wyda­rzyło i co do dziś nas wzmac­nia lub osła­bia. Zwią­zane z tym pyta­nia doty­czą tego, kim jestem, skąd pocho­dzę i czy żyję w har­mo­nii z tymi, któ­rzy byli przede mną, czyli rodzi­cami i przod­kami, któ­rzy, mówiąc obra­zowo, przy­le­gają do pode­szew naszych stóp lub trzy­mają nas za plecy, prze­ka­zu­jąc nam swoją siłę. Ta har­mo­nia lub jej brak spra­wia, że nasz chód ma taki lub inny styl, że kule­jemy lub czu­jemy się sta­bilni i pewni sie­bie. Nasze drzewo gene­alo­giczne jest źró­dłem siły i bło­go­sła­wieństw, które rzu­tują na przy­szłość, a my jeste­śmy jed­nym z jego suk­ce­sów. Jest ono rów­nież źró­dłem bólu i cier­pie­nia, które czę­sto prze­ja­wia się jako dzie­dzic­two egzy­sten­cjal­nych cię­ża­rów i sce­na­riu­szy cier­pie­nia, prób, któ­rym jeste­śmy pod­da­wani i któ­rym musimy spro­stać, aby cie­szyć się lep­szym życiem i ofia­ro­wać owoce wyzwo­le­nia naszym przod­kom i potom­kom jako naj­lep­szy pre­zent, jaki możemy im dać.

W trak­cie całej podróży życia prze­wija się sek­su­al­ność jako siła potężna i odu­rza­jąca. Zaczy­namy inte­re­so­wać się nie tylko tymi, któ­rzy żyli przed nami, ale także tymi, któ­rzy idą obok nas. Powoli prze­sta­jemy sku­piać się na pio­no­wej struk­tu­rze drzewa gene­alo­gicz­nego, aby skie­ro­wać naszą uwagę na płasz­czy­znę poziomą, poszu­ku­jąc innych drzew gene­alo­gicz­nych, z któ­rymi możemy się skrzy­żo­wać. I cho­ciaż pewien sto­pień hory­zon­tal­no­ści wystę­puje rów­nież mię­dzy rodzeń­stwem, praw­dziwa więź oparta na rów­no­ści powstaje z oso­bami nie­spo­krew­nio­nymi, zwłasz­cza z part­ne­rem: zna­czącą osobą spoza rodziny pocho­dze­nia. W tym momen­cie poja­wia się nowy dyle­mat egzy­sten­cjalny: czy powin­ni­śmy anga­żo­wać się w pro­blemy i korzy­ści pły­nące z życia w związ­kach miło­snych, nie­za­leż­nie od ich formy, czy też wybrać pro­blemy i zalety wyni­ka­jące z ich braku? W grun­cie rze­czy przed­sta­wiam nieco sztuczny dyle­mat: w prak­tyce bowiem pra­gnie­nie miło­ści i sek­su­al­ność są tak silne, że w ten czy inny spo­sób zawsze paku­jemy się w kło­poty.

Zwią­zek dwojga ludzi to wyjąt­kowa prze­strzeń, w któ­rej otwie­ramy serca, nawią­zu­jemy rela­cje, two­rzymy nowe więzi, a nawet nowe życie, nara­żamy się na ból i ryzy­ku­jemy wiele waż­nych rze­czy. Doświad­cza­jąc życia w związku, czę­sto odczu­wamy naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wane lęki i pra­gnie­nia, a stare kon­flikty i wzorce z naszej histo­rii rodzin­nej i emo­cjo­nal­nej nie­rzadko wybu­chają, zachę­ca­jąc nas do ponow­nego prze­ana­li­zo­wa­nia nie­roz­wią­za­nych spraw z prze­szło­ści. Zwią­zek dwojga ludzi jawi się zatem jako jedna z naj­bar­dziej zna­czą­cych i głę­bo­kich więzi w życiu, obok więzi z rodzi­cami, dziećmi, rodzeń­stwem i dziad­kami (kwe­stie te poru­szy­łem w książce _W ryt­mie rela­cji. O sztuce budo­wa­nia więzi, które łączą serca i umy­sły_).

Następ­nie poja­wiają się inne pyta­nia, a raczej kwe­stie, któ­rymi musimy się zająć, zwłasz­cza doty­czące dzieci. Posia­da­nie potom­stwa sta­nowi ogromne wyzwa­nie dla rodzi­ców, któ­rzy anga­żują się we wszystko, co doty­czy życia nowo przy­by­łego na świat czło­wieka, i dosto­so­wują się do rytmu dawa­nia i opieki nad życiem: rytmu, który sam w sobie jest naprawdę wielki. Każde dziecko jest prze­zna­cze­niem, które rodzice przyj­mują na zawsze. Ist­nieje jed­nak druga, rów­nie ważna opcja, czyli nie­po­sia­da­nie dzieci, czy to z powodu oso­bi­stej decy­zji, którą trzeba pod­jąć, czy też w efek­cie nie­ubła­ga­nego prze­zna­cze­nia, któ­remu trzeba się pod­po­rząd­ko­wać.

Poja­wiają się rów­nież inne kwe­stie, takie jak przy­jaźń lub jej smutne prze­ci­wień­stwo, czyli wro­gość. Jed­nym z naj­pięk­niej­szych spo­tkań w życiu jest spo­tka­nie z ludźmi, któ­rzy zaj­mują ważne miej­sce w naszym sercu, jak przy­ja­ciele, part­ne­rzy, współ­pra­cow­nicy lub sojusz­nicy; ludzie, z któ­rymi jeste­śmy w sta­nie wspól­nie two­rzyć, poru­szać tryby i koła, które zabie­rają nas we wła­ściwe miej­sca i przy­czy­niają się do osią­ga­nia dobrych rezul­ta­tów.

Jakże cudow­nie jest spo­tkać się wśród tak wielu zmien­nych, świa­tów i prze­strzeni, wza­jem­nie się wzbo­ga­cać lub wspól­nie dosko­na­lić i upięk­szać nasze wspólne życie! Jeśli przy­pad­kowe spo­tka­nie naszej matki i ojca, któ­rego jeste­śmy owo­cem, jest już samo w sobie cudem, to doświad­cze­nie bło­go­sła­wień­stwa spo­tka­nia z ludźmi, któ­rzy stają się dla nas ważni – nie­za­leż­nie od tego, czy jest ono dzie­łem przy­padku, czy też owo­cem naszego pra­gnie­nia – wzmac­nia nas, spra­wia, że dora­stamy i wyda­jemy owoce.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij