Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Powiedz to trzy razy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 czerwca 2026
31,00
3100 pkt
punktów Virtualo

Powiedz to trzy razy - ebook

Serena to zwyczajna dziewczyna… Nie, zaraz, zacznijmy od początku, bo coś tu się nie zgadza. Serena to ekscentryczna dziewczyna, uwielbiająca mrok, muzykę i książki, a także pewien film, do którego w skrytości ducha chciałaby się czasem przenieść, porzuciwszy szarą egzystencję w małym mieście. W halloweenową noc owo marzenie nieoczekiwanie się spełnia, a miłośniczka kina przeistacza się w bohaterkę swojej ulubionej produkcji… choć niezupełnie tak wyobrażała sobie tę nową rzeczywistość. Czy Serenie uda się odzyskać dobre imię i ponownie stanąć za kamerą własnego życia, które zaczęło przypominać połączenie horroru i komedii? Czy zrealizowany już scenariusz można jeszcze zmienić, gdy ma się u boku wiernych przyjaciół… oraz zawracającego gitarę chłopaka? I jaką rolę odegra tu mądre, kocie serce? Poznajcie „Powiedz to trzy razy” – historię o tym, że nie wszystko jest czarno-białe, nawet jeśli wydaje się takie na pierwszy rzut oka.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398122719
Rozmiar pliku: 3,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

TO, CO DOPIERO SIĘ WYDARZY

Wie­dzia­ła, że nad­cią­ga ka­ta­stro­fa, ale nie mo­gła zro­bić nic, by jej za­po­biec. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­ła świa­tła zbli­ża­ją­ce­go się po­cią­gu i sie­bie sto­ją­cą na to­rach, cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wa­ną.

– Za­śpie­wam ci se­re­na-se­re­na-se­re­na… – wcią­gnął gwał­tow­nie po­wie­trze – …dę? – do­koń­czył nie­pew­nie do pu­stej na­gle słu­chaw­ki.

Pu­ste na­to­miast nie było jego łóż­ko. W grun­cie rze­czy już wcze­śniej nie było, po­nie­waż w swo­jej po­zy­cji ro­man­ty­ka za­wład­nął nie­mal po­ło­wą ma­te­ra­ca, ale dru­gą część zaj­mo­wa­ła te­raz got­ka z jego snów. Przez dłuż­szą chwi­lę ga­pił się na nią z mie­sza­ni­ną za­chwy­tu i nie­do­wie­rza­nia.

– Co? Mowę ci od­ję­ło? Tro­chę za póź­no – prych­nę­ła i po­tar­ła ner­wo­wo po­wie­kę, roz­ma­zu­jąc tusz i ey­eli­ner. – Niech to szlag! – Po­pa­trzy­ła na swo­je ubru­dzo­ne na czar­no pal­ce, jak­by to one sta­no­wi­ły obec­nie jej naj­więk­szy pro­blem.

– Se-se-se­re­na? J-j-jak…

– Siak – prze­rwa­ła mu i wsta­ła. – Po pro­stu mój uko­cha­ny film do­szedł do wnio­sku, że wtrą­ci się do mo­je­go ży­cia.ROZDZIAŁ 1

Inni wie­dli ży­cie w krat­kę. Raz było le­piej, raz było go­rzej, ale te dwa bie­gu­ny losu prze­ci­na­ły się gdzieś od cza­su do cza­su, spra­wia­jąc, że rów­no­wa­ga wy­da­wa­ła się za­cho­wa­na. Se­re­na na­to­miast nie­mal od za­wsze utrzy­my­wa­ła, iż od krat­ki woli pa­ski. W do­dat­ku czar­no-bia­łe. To znów mo­gło do­pro­wa­dzić ko­goś śred­nio za­an­ga­żo­wa­ne­go w te­mat do wnio­sku, że jej rze­czy­wi­stość opie­ra się na skraj­no­ściach – góra-dół, pra­wo-lewo, suk­ces-po­raż­ka. Oraz od­dech-śmierć. Ona sama nie pa­trzy­ła na swo­ją psy­chi­kę w tak jed­no­znacz­ny spo­sób. Choć men­tal­nie opar­ta na skraj­no­ściach, uzna­wa­ła się za oso­bę do­strze­ga­ją­cą to coś po­mię­dzy, dość kon­se­kwent­ną w do­ko­ny­wa­nych wy­bo­rach, dą­żą­cą do ja­sno – mimo że pre­fe­ro­wa­ła ciem­ność – okre­ślo­nych ce­lów i lo­gicz­ną w swo­ich dzia­ła­niach. Sa­tys­fak­cjo­no­wa­ło ją ogrom­nie to, że tak bar­dzo róż­ni się od więk­szo­ści spo­łe­czeń­stwa pod tym wzglę­dem. Zresz­tą nie tyl­ko pod tym.

Po­pra­wi­ła ko­smyk czar­nych jak smo­ła wło­sów, spoj­rza­ła jesz­cze raz na swo­je od­bi­cie w lu­strze i stwier­dzi­ła, że le­piej nie bę­dzie. Ani go­rzej. Ni­ko­mu by się do tego nie przy­zna­ła, ale bla­da cera kon­tra­stu­ją­ca z pod­kre­ślo­ny­mi na czar­no ocza­mi od daw­na była jej ci­chym po­wo­dem do dumy. Skrzęt­nie chro­nio­na przed pro­mie­nia­mi słoń­ca, czy to pod wo­al­ką i oku­la­ra­mi, czy pod gru­bą war­stwą od­po­wied­nie­go kre­mu, wy­da­wa­ła się pra­wie bia­ła, w prze­ci­wień­stwie do resz­ty Se­re­ny. Po­cią­gnię­te ciem­ną szmin­ką usta za­zwy­czaj wy­krzy­wiał cy­nicz­ny uśmiech wła­ści­wy wiel­bi­ciel­ce czar­ne­go hu­mo­ru i iro­nii, z czym do­sko­na­le ko­re­spon­do­wał blask w sza­rych tę­czów­kach. Co tu kryć, lu­bi­ła się oczer­niać. Tak­że w kwe­stii ubio­ru – kom­ple­tu­jąc gar­de­ro­bę, wy­bie­ra­ła nie­zmien­nie ten je­den kon­kret­ny ko­lor. Dziś po­sta­wi­ła na ko­szu­lę z ża­bo­tem, krót­ką spód­ni­cę i raj­sto­py w nie­to­pe­rze. Ca­łość do­peł­nia­ły do­dat­ki w po­sta­ci kil­ku na­szyj­ni­ków z czasz­ka­mi, ko­ron­ko­we­go cho­ke­ra i po­brzę­ku­ją­cych na prze­gu­bach bran­so­le­tek, a dzię­ki dwóm róż­nym kol­czy­kom zwi­sa­ją­cym z umę­czo­nych przez nie uszu mo­gła­by do­ko­nać aktu sa­mo­obro­ny, gdy­by po­ja­wi­ła się taka ko­niecz­ność.

Czy­li dzień jak co dzień.

Spo­tka­nia Sto­wa­rzy­sze­nia Umar­twia­ją­cych się Po­etów mia­ły miej­sce w każ­dy po­czą­tek week­en­du. Pier­wot­nie wy­ty­po­wa­no piąt­ki trzy­na­ste­go, ale kie­dy trój­ka Po­etów uświa­do­mi­ła so­bie, że nie daje to zbyt wie­lu oka­zji do me­ta­fi­zycz­nych dys­ku­sji, pod­ję­to de­cy­zję o or­ga­ni­zo­wa­niu ich co ty­dzień. Zwięk­szy­ło to, co praw­da, za­po­trze­bo­wa­nie na nowe wer­sy, ale Po­eci ra­dzi­li so­bie z tym za­dzi­wia­ją­co do­brze. Li­te­ry na­wią­zy­wa­ły pło­mien­ne ro­man­se, a owo­ca­mi tych związ­ków były go­to­we na wszyst­ko sło­wa, te zaś łą­czy­ły się w zda­nia, któ­re może nie za­wsze do­bi­ja­ły do por­tu kon­klu­zji, ale przy­naj­mniej za­chwy­ca­ły kwie­ci­sty­mi me­ta­fo­ra­mi i czar­ny­mi ry­ma­mi. W Sto­wa­rzy­sze­niu Umar­twia­ją­cych się Po­etów sto­so­wa­nie bia­łych ry­mów było bo­wiem su­ro­wo za­bro­nio­ne, o co Se­re­na oso­bi­ście za­dba­ła.

Zdję­ła z opar­cia krze­sła to­reb­kę w kształ­cie trum­ny, upew­ni­ła się, że w środ­ku znaj­du­ją się jej świe­żo spo­rzą­dzo­ne no­tat­ki, za­rzu­ci­ła pa­sek na ra­mię i wła­ści­wie mo­gła już wy­cho­dzić. Zre­zy­gno­wa­ła z płasz­cza, bo dziś je­sień po­zwa­la­ła, o dzi­wo, na ta­kie sza­leń­stwo, a od domu No­aha, u któ­re­go mia­ło się od­być dzi­siej­sze spo­tka­nie Sto­wa­rzy­sze­nia, dzie­li­ło ją za­le­d­wie pięć mi­nut spa­ce­rem. No do­brze, może ktoś nie­bę­dą­cy Se­re­ną po­ko­nał­by ten od­ci­nek nie­co wol­niej, na­wet wziąw­szy pod uwa­gę nie­bo­tycz­nie wy­so­kie ob­ca­sy jej na­ćwie­ko­wa­nych bu­tów, któ­ry­mi mo­gła­by wbi­jać gwoź­dzie – i nie­rzad­ko rze­czy­wi­ście tak ro­bi­ła, gdy sy­tu­acja wy­ma­ga­ła spe­cjal­nych roz­wią­zań i środ­ków – ale nie zmie­nia­ło to fak­tu, że jej przy­ja­ciel miesz­kał na­praw­dę bli­sko.

– Mamo, wy­cho­dzę! – za­wo­ła­ła jesz­cze gdzieś w stro­nę sa­lo­nu.

– Po­zdrów Sun­ny! – od­krzyk­nę­ła pani Blac­kwo­od. – I No­aha! – do­da­ła ta­kim to­nem, że Se­re­na prze­wró­ci­ła ocza­mi. Przy­jaź­ni­li się z No­ahem od wie­lu lat i sko­czy­ła­by za nim w ogień, po­dob­nie jak za Sun­ny, ale mat­ka naj­wy­raź­niej wy­obra­ża­ła so­bie, że prę­dzej czy póź­niej za­czną rand­ko­wać. Se­re­nę już daw­no prze­sta­ło to ba­wić, a za­czę­ło nie­bo­tycz­nie iry­to­wać.

Za­mknę­ła za sobą drzwi i ru­szy­ła chod­ni­kiem, któ­re­go z każ­dej stro­ny strze­gły rzę­dy szcze­rzą­cych zęby lam­pio­nów z wy­drą­żo­nych dyń, kar­to­no­wych ko­ścio­tru­pów, le­do­wych du­chów i wszel­kiej in­nej ma­ści stwo­rów – uj­mu­ją­cych w swo­jej jar­marcz­nej tan­de­cie lub au­ten­tycz­nie prze­ra­ża­ją­cych. Miesz­kań­cy Cre­ep­town cał­kiem nie­źle przy­go­to­wa­li się do Hal­lo­we­en. Gro­ma­dzi­li ozdo­by, prze­bra­nia i ga­dże­ty od ty­go­dni, a dziś wresz­cie na­stał dzień świę­to­wa­nia. Se­re­na lu­bi­ła ten czas, bo ku­mu­lo­wał jej za­mi­ło­wa­nia, któ­rym od­da­wa­ła się przez cały rok. Nie za­trzy­my­wa­ła się jed­nak te­raz, by po­dzi­wiać kre­atyw­ność są­sia­dów. Wo­la­ła szyb­ko prze­mknąć uli­cą, by nie wpaść na jed­ną ze zgrai dzie­cia­ków zbie­ra­ją­cych sło­dy­cze do swo­ich wy­myśl­nych ko­szy­ków i wia­de­rek w kształ­cie cza­ro­dziej­skich ko­cioł­ków, pi­rac­kich stat­ków i – fa­wo­ry­tów Se­re­ny – od­rą­ba­nych głów. Ża­ło­wa­ła tyl­ko, że krew nie jest nie­co bar­dziej re­ali­stycz­na i że małe, usty­li­zo­wa­ne po­twor­ki za­miast ła­ko­ci nie zbie­ra­ją łok­ci.

Do domu No­aha do­tar­ła bez żad­nych nie­spo­dzia­nek. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że traf­nie osza­co­wa­ły z Sun­ny porę, gdy za­czną się hal­lo­we­eno­we wę­drów­ki. Kie­ru­jąc się tymi ob­li­cze­nia­mi, wy­zna­czy­ły po­czą­tek spo­tka­nia na nie­co wcze­śniej­szą niż za­zwy­czaj go­dzi­nę, dzię­ki cze­mu obie mo­gły unik­nąć za­mie­sza­nia. Cho­ciaż zna­jąc Sun­ny, sama za­si­li­ła­by zbio­ry ma­ło­let­nich ko­mi­wo­ja­że­rów.

Za­mie­rza­ła wła­śnie za­pu­kać, kie­dy drzwi uchy­li­ły się na po­zór sa­mo­ist­nie. Nie był to jed­nak ko­lej­ny hal­lo­we­eno­wy trik, a sto­ją­cy po ich dru­giej stro­nie Noah. Przy­pusz­czal­nie nie mógł do­cze­kać się przy­ja­ciół­ki, a ra­czej pu­blicz­no­ści, przed któ­rą za­mie­rzał za­pre­zen­to­wać swo­je naj­now­sze dzie­ło.

– Przy­szłaś wresz­cie! – wy­krzyk­nął i ob­jął ją moc­no, jak­by nie wi­dzie­li się za­le­d­wie kil­ka go­dzin temu.

– Noah, miej li­tość – jęk­nę­ła Se­re­na, strze­pu­jąc z ża­bo­tu bia­ły pył, któ­rym upstrzo­na była tak­że cała twarz chło­pa­ka. Miał na so­bie czar­ną pe­le­ry­nę z bor­do­wym pod­bi­ciem, a z po­ma­lo­wa­nych czymś krwi­sto­czer­wo­nym – za­pew­ne po­mad­ką jego star­szej sio­stry – ust ster­cza­ły to­por­ne, pla­sti­ko­we kły. Se­re­nę za­sta­no­wi­ło prze­lot­nie, jak on może mó­wić z czymś ta­kim w gę­bie, w do­dat­ku nie se­ple­niąc aż tak ra­żą­co.

– Żad­ne­go No­aha tu nie ma! Jam jest hra­bia Dra­ku­la. A ty to za­pew­ne Ly­dia De­etz? Wi­taj w moim zam­ku, nie­szczę­sne dzie­cię.

Nie sko­men­to­wa­ła tego krzyw­dzą­ce­go po­rów­na­nia do swo­jej fik­cyj­nej an­ta­go­nist­ki, w któ­rej za­ko­chał się ty­tu­ło­wy bo­ha­ter ubó­stwia­ne­go przez dziew­czy­nę fil­mu. Ow­szem, Wi­no­na Ry­der, czy­li od­twór­czy­ni tej roli, za­wsze była i bę­dzie zja­wi­sko­wa, ale po co od razu wy­ko­rzy­sty­wać ten fakt prze­ciw­ko niej, Se­re­nie?

– Mo­żesz ostrzyć so­bie te kły na ko­goś in­ne­go. Two­ja dru­ga ofia­ra też już przy­szła? – za­py­ta­ła, da­ro­waw­szy so­bie cię­tą ri­po­stę.

– Ofia­ra mo­jej nie­za­spo­ko­jo­nej żą­dzy świe­żej krwi? – pró­bo­wał do­pre­cy­zo­wać prze­sad­nie te­atral­nym to­nem.

– Nie, two­ich ry­mów – ucię­ła dys­ku­sję Se­re­na i mi­nąw­szy No­aha, ru­szy­ła ko­ry­ta­rzem, a chło­pak od­wró­cił się i po­dą­żył za nią.

– Tak, Sun­ny jest na gó­rze. – Hra­bia wró­cił do wcze­śniej za­da­ne­go mu py­ta­nia i do swo­je­go nor­mal­niej­sze­go gło­su.

Se­re­na nie po­trze­bo­wa­ła wska­zó­wek. Wie­dzia­ła, że spo­tka­nie od­bę­dzie się tra­dy­cyj­nie w miesz­czą­cym się na pierw­szym pię­trze po­ko­ju No­aha, tam się za­tem uda­ła.

– Cześć, Sun­ny – przy­wi­ta­ła się od pro­gu, a przy­ja­ciół­ka od­po­wie­dzia­ła pro­mien­nym uśmie­chem.

Ró­żo­we ogrod­nicz­ki, żół­ty crop top i zie­lo­ne, wzo­rzy­ste skar­pet­ki – czy Se­re­na wła­śnie do­strze­gła na nich uśmiech­nię­te sto­krot­ki? – nie skła­da­ły się na jej hal­lo­we­eno­we prze­bra­nie ma­ją­ce upodob­nić ją do pa­pu­gi czy in­ne­go pa­wia, a na ty­po­wą sty­li­za­cję Sun­ny. Ze swo­imi ja­sny­mi ocza­mi i bu­rzą blond lo­ków nie tyl­ko sta­no­wi­ła kom­plet­ny an­to­nim ciem­no­wło­se­go No­aha, ale i w peł­ni za­słu­gi­wa­ła na no­szo­ne przez nią imię. Dziew­czy­na była je­dy­nym słoń­cem, ja­kie Se­re­na to­le­ro­wa­ła, a wła­ści­wie ja­kie­go po­trze­bo­wa­ła. Nie­mniej Sun­ny znacz­nie róż­ni­ła się się od swo­jej gwiaz­dy chrzest­nej – mimo dość nie­oczy­wi­ste­go łą­cze­nia barw nie ra­zi­ła w oczy, nie da­wa­ła ni­ko­mu po­wo­dów, by się na niej spa­rzył, i nie wy­ma­ga­ła, by ja­kie­kol­wiek pla­ne­ty krę­ci­ły się wo­kół niej w po­chwal­nym tań­cu. Zna­la­zły się jed­nak i po­do­bień­stwa – ema­no­wa­ła we­wnętrz­nym bla­skiem i po­tra­fi­ła ogrzać ser­ce rów­nież w naj­mroź­niej­sze dni, a kie­dy po­ja­wia­ła się w za­się­gu wzro­ku, uśmiech roz­ja­śniał twarz na­wet naj­więk­sze­go po­nu­ra­ka. Z nie­usta­ją­cą po­go­dą du­cha i nie­za­chwia­nym roz­sąd­kiem pla­so­wa­ła się gdzieś po­mię­dzy cy­nicz­ną, do bólu szcze­rą i stą­pa­ją­cą pew­nie po zie­mi Se­re­ną a uosa­bia­ją­cym opty­mizm, bu­ja­ją­cym w ob­ło­kach i na­gmin­nie roz­tar­gnio­nym No­ahem. Dla­te­go to na jej bar­kach czę­sto spo­czy­wa­ła od­po­wie­dzial­ność za ga­sze­nie po­ża­rów, wznie­ca­nych albo przez mio­ta­ją­ce gro­my spoj­rze­nie dziew­czy­ny, albo przez sło­mia­ny za­pał chło­pa­ka.

– O, jest i Se­re­na. – Za No­ahem we­szła do sy­pial­ni pani Jo­nes. – Bar­dzo pro­szę, wa­sza her­ba­ta.

– Dzię­ki, mamo. – Chło­pak wy­szcze­rzył się do ro­dzi­ciel­ki, po czym po­rwał ciast­ko z trzy­ma­nej przez nią tacy, wrzu­cił je so­bie do ust i prze­jął od ko­bie­ty ich dzi­siej­szy pod­wie­czo­rek. – Za­raz jed­nak cze­ka nas znacz­nie po­żyw­niej­sza stra­wa. Du­cho­wa! – ob­wie­ścił ty­leż uro­czy­ście, co zło­wiesz­czo, pry­cha­jąc wo­kół okru­cha­mi.

– To w ta­kim ra­zie ja już pój­dę – po­wie­dzia­ła szyb­ko pani Jo­nes, po czym rów­nie pręd­ko znik­nę­ła na scho­dach, za­mknąw­szy za sobą drzwi po­ko­ju.

– No to do dzie­ła. – Noah od­sta­wił tacę na biur­ko, by jej za­war­tość zna­la­zła się w za­się­gu ręki każ­de­go z Po­etów, a po­tem usiadł na naj­więk­szej z roz­rzu­co­nych po pod­ło­dze mięk­kich po­du­szek. Dziew­czy­ny po­szły w jego śla­dy, wy­braw­szy po jed­nym z ni­skich sie­dzisk.

– Se­re­na, dziś two­je świę­to. Może chcesz za­cząć? – za­py­ta­ła Sun­ny wyj­mu­ją­ca cien­ką tecz­kę ze swo­jej tor­by w mo­ty­le.

– Zno­wu? Za­czy­na­ła po­przed­nim ra­zem! – za­pro­te­sto­wał na­tych­miast go­spo­darz wie­czo­ru. – Ja chcę być pierw­szy!

– Chy­ba pierw­szy lep­szy – mruk­nę­ła Se­re­na.

– Sły­sza­łem! – Hra­bia Dra­ku­la aż za­chły­snął się z tego po­czu­cia nie­spra­wie­dli­wo­ści, ale ko­lej­ne ciast­ko, po któ­re wła­śnie się­gnął, po­zwo­li­ło mu wró­cić do rów­no­wa­gi psy­chicz­nej. – No do­brze, czy­taj. – Przy­zwa­la­ją­co mach­nął ręką w stro­nę Se­re­ny.

– A za­tem… – za­czę­ła i od­chrząk­nę­ła. – Ty­tuł wier­sza, któ­ry na dziś przy­go­to­wa­łam, brzmi „Zgon na cmen­ta­rzu”.

Kro­ki uci­chły na koń­cu ścież­ki,

I mro­kiem wy­peł­nił się każ­dy prze­świt

Mię­dzy drze­wa­mi, co strze­gły cmen­ta­rza,

Taka noc tu­taj rzad­ko się zda­rza.

Ktoś padł i nie wstał, ży­wo­ta do­ko­nał,

Nogi wy­cią­gnął, na amen sko­nał,

Kop­nął w ka­len­darz, prze­krę­cił się, zszedł,

Na dru­gi Styk­su do­stał się brzeg.

I przy­krył to księ­życ uśmie­chem swym tru­pim,

Chęć, by go oży­wić, w za­ląż­ku wnet zdu­sił,

Wilk za­wył, kruk kra­kał, pies szcze­kał w od­da­li,

Ci, któ­rzy wciąż żyją, już daw­no prze­gra­li.

Se­re­na umil­kła i spu­ści­ła skrom­nie wzrok. Za­pa­dła ni­czym nie­zmą­co­na ci­sza… aż w koń­cu przy­ja­cie­le po­de­rwa­li się z pod­ło­gi i zgo­to­wa­li au­tor­ce tego ra­do­sne­go po­ema­tu owa­cje na sto­ją­co.

– Bra­wo! – Noah kla­skał jak sza­lo­ny. – Na­praw­dę masz ta­lent. I te wszyst­kie sy­no­ni­my śmier­ci! Kto inny by na to wpadł?

– Je­steś wspa­nia­ła – wtó­ro­wa­ła mu Sun­ny. – Ży­wię na­dzie­ję, że świat po­ezji kie­dyś o to­bie usły­szy.

– Je­że­li Se­re­na nie do­bi­je go naj­pierw swo­im po­zy­tyw­nym na­sta­wie­niem do ży­cia. Do ży­cia, ła­pie­cie? – Noah ro­ze­śmiał się w głos, ale ten wy­buch we­so­ło­ści zo­stał szyb­ko stłu­mio­ny przez po­dusz­kę, któ­ra prze­fru­nę­ła przez po­kój i tra­fi­ła pro­sto w cel.

– O, hra­bia Dra­ku­la stra­cił zęby! – ucie­szy­ła się Se­re­na na wi­dok sztucz­nych kłów, któ­re ugię­ły się pod pre­sją mięk­kie­go po­ci­sku z pre­cy­zją snaj­pe­ra wy­strze­lo­ne­go przez Sun­ny i le­ża­ły te­raz na dy­wa­nie.

– Żar­tu­ję, żar­tu­ję – od­parł znacz­nie ci­szej sa­mo­zwań­czy wam­pir, usi­łu­ją­cy umie­ścić swój atry­but z po­wro­tem w ustach. – Z każ­dym two­im ko­lej­nym wier­szem je­stem z cie­bie co­raz bar­dziej dum­ny. – Uśmiech­nął się cie­pło.

– Ja tak samo – do­da­ła Sun­ny.

– Dzię­ki. – Se­re­na ob­da­rzy­ła każ­de z nich krót­kim, peł­nym wdzięcz­no­ści spoj­rze­niem.

– Da­vid też był­by za­chwy­co­ny – wes­tchnę­ła po­dej­rza­nie roz­ma­rzo­na Sun­ny.

– Tak! Da­vid zo­stał­by two­im fa­nem nu­mer je­den! Nie li­cząc nas, oczy­wi­ście – uści­ślił Noah.

– Uspo­kój­cie się, obo­je! – wark­nę­ła ro­ze­źlo­na tymi dur­ny­mi tek­sta­mi Se­re­na, ale od­po­wie­dzia­ły jej wy­łącz­nie nie­zwy­kle zgod­ne chi­cho­ty.

Da­vid Bo­wiem. Ciem­ne, się­ga­ją­ce ra­mion wło­sy z ru­dy­mi re­flek­sa­mi, wiel­kie, ja­sne oczy pod wa­chla­rza­mi nie­przy­zwo­icie gę­stych rzęs, do tego dżin­sy i fla­ne­lo­we ko­szu­le albo po­dar­te swe­try oraz nie­odzow­na gi­ta­ra. Uoso­bie­nie ma­rzeń nie­mal­że wszyst­kich dziew­czyn miesz­ka­ją­cych w Cre­ep­town, któ­re wy­cho­dzi­ły z sie­bie, by przy­cią­gnąć jego uwa­gę. On jed­nak, mimo że do każ­dej z nich od­no­sił się z na­le­ży­tym sza­cun­kiem i pew­ną dozą sym­pa­tii, swo­je ser­ce już daw­no po­da­ro­wał Se­re­nie. I choć do­ce­nia­ła to, iż za­in­te­re­so­wał się nią cał­kiem faj­ny chło­pak, któ­ry miał po­ukła­da­ne w gło­wie, ko­chał mu­zy­kę i ge­ne­ral­nie mo­gła tra­fić znacz­nie go­rzej, nie pla­no­wa­ła od­da­wać ni­ko­mu swo­jej du­szy, swo­ich wol­nych dni, swo­jej prze­strze­ni, swo­jej szczel­nej bań­ki, któ­rą suk­ce­syw­nie two­rzy­ła wo­kół sie­bie od lat, a w któ­rej było jej kom­for­to­wo i bez­piecz­nie. Może cza­sem odro­bi­nę sa­mot­nie, ale od cze­go są lo­jal­ni przy­ja­cie­le?

– To te­raz moja ko­lej – ogło­si­ła Sun­ny, nic so­bie nie ro­biąc ze zbo­la­łe­go jęk­nię­cia, ja­kie na te sło­wa wy­dał z sie­bie Noah. – Ty­tuł to „Blask”.

Wcze­snym ran­kiem,

Gdy świt w oczy za­glą­da,

Nie jest żad­nym pran­kiem,

Że dzień ina­czej wy­glą­da.

Po­wie­trze daje od­dech

I prze­sta­je du­sić,

To dzi­siaj nie­mod­ne,

Iż ni­cze­go nie mu­sisz.

Lecz ja nie chcę być mod­na,

Więc stwier­dzi­łam w koń­cu,

Że je­stem tego god­na,

By wresz­cie żyć w słoń­cu.

– Sun­ny, ja­kie to ład­ne! – Noah bił bra­wo z uśmie­chem tak sze­ro­kim, że wam­pi­rze kły gro­zi­ły po­now­nym wy­pad­nię­ciem.

– Tak, na­praw­dę świet­ny po­emat. – Se­re­na kiw­nę­ła gło­wą, zga­dza­jąc się z przy­ja­cie­lem. – Two­ja twór­czość jest jak te­ra­pia dla zmę­czo­nych dusz – do­da­ła z peł­nym prze­ko­na­niem.

Ow­szem, da­le­ko jej było do wiecz­ne­go opty­mi­zmu przy­ja­ciół­ki, ale wie­dzia­ła, że to wła­śnie dzię­ki nie­mu Sun­ny bę­dzie kie­dyś nio­sła po­moc tym, któ­rzy tro­chę za­gu­bi­li się we wła­snym mro­ku.

– Pora na mnie – ob­wie­ścił Noah, a jego ema­nu­ją­cy sa­mo­za­do­wo­le­niem uśmiech nie zwia­sto­wał ni­cze­go do­bre­go. – Za­ty­tu­ło­wa­łem swój wiersz „A to pech”.

– Do­kład­nie o tym sa­mym te­raz po­my­śla­łam – sko­men­to­wa­ła Se­re­na pod no­sem.

– Ci­sza!!! – ryk­nął znie­cier­pli­wio­ny Dra­ku­la. – Przy­mknij­cie się i po­słu­chaj­cie.

Na gó­rze róże, na dole pech,

Wie­rzyć w swe szczę­ście to jaw­ny grzech.

Bo na­wet gdy wszyst­ko wy­glą­da jak w nie­bie,

Na skór­ce od ba­na­na ktoś się za­raz wyje…

– Dzię­ku­je­my, Noah! – prze­rwa­ła mu ob­ce­so­wo Sun­ny, bo obie z Se­re­ną mo­gły do­my­ślić się dal­sze­go cią­gu tego wie­ko­pom­ne­go dzie­ła. – Bar­dzo ład­ny wiersz. Taki… ży­cio­wy.

– I przy­no­szą­cy owo­ce – uzu­peł­ni­ła Se­re­na.

– Co ci jest? Dla­cze­go się dła­wisz? – prze­stra­szył się Noah.

– Wszyst­ko gra – uspo­ko­iła go got­ka. Pró­ba za­tu­szo­wa­nia śmie­chu kasz­lem wy­pa­dła naj­wy­raź­niej cał­kiem prze­ko­nu­ją­co.

– My­ślę, że wy­star­czy po­ezji na dziś. Zgod­nie z za­sa­dą na­stęp­ne spo­tka­nie bę­dzie za ty­dzień. Może tym ra­zem u mnie? – za­py­ta­ła Sun­ny, a w od­po­wie­dzi dwie gło­wy – ciem­no­brą­zo­wa i kru­czo­czar­na – po­tak­nę­ły syn­chro­nicz­nie. – To ja się będę zbie­rać.

– Ja też – oznaj­mi­ła Se­re­na.

– Tak szyb­ko? Ta sło­necz­na zdraj­czy­ni jest uspra­wie­dli­wio­na, bo ma ten swój kurs ma­lar­stwa czy in­ne­go bo­ho­ma­zo­twór­stwa. Ale ty? – zmar­twił się Noah, jed­nak w jego oczach na­tych­miast bły­snę­ło zro­zu­mie­nie. – Bę­dziesz oglą­dać swój film, praw­da?

– Cóż, dziś Hal­lo­we­en. Tra­dy­cja zo­bo­wią­zu­je.

– W ta­kim ra­zie leć­cie, a tym­cza­sem hra­bia Dra­ku­la wy­ru­sza na łowy, by skosz­to­wać po­so­ki z ja­kiejś mło­dej, nie­win­nej żył­ki. – Za­ło­po­tał pe­le­ry­ną z ta­kim roz­ma­chem, że pra­wie strą­cił przy tym sto­ją­cy na ko­mo­dzie wa­zon.

– No to uda­ne­go po­lo­wa­nia. Oby ci żad­na ofia­ra nie na­psu­ła krwi – od­par­ła Se­re­na i obie z Sun­ny po­dą­ży­ły na dół.

– Na ra­zie, pani Jo­nes! – za­wo­ła­ły nie­mal jed­no­cze­śnie w stro­nę sa­lo­nu, gdzie mama chło­pa­ka po­chła­nia­ła z za­pa­łem ja­kąś gru­bą książ­kę. Pod­nio­sła na se­kun­dę wzrok znad kar­tek.

– Do zo­ba­cze­nia, dziew­czy­ny! – rzu­ci­ła i z po­wro­tem sku­pi­ła się na lek­tu­rze.

Wy­szły przed dom i po­że­gna­ły się ser­decz­nie, po czym każ­da uda­ła się w swo­ją stro­nę – Sun­ny na za­ję­cia z ma­lar­stwa, Se­re­na zaś na uko­cha­ny se­ans w swo­im azy­lu.ROZDZIAŁ 2

– It’s show­ti­me – po­wie­dzia­ła Se­re­na. Wy­po­wie­dzia­ła te sło­wa rów­no­cze­śnie z nie­prze­cięt­nie przy­stoj­nym de­mo­nem o zie­lo­nych wło­sach, no­szą­cym szy­kow­ny gar­ni­tur w czar­no-bia­łe pasy. Wła­śnie wkra­czał do ak­cji na ekra­nie te­le­wi­zo­ra. Zna­ła tę pro­duk­cję na pa­mięć – każ­dą sce­nę po­tra­fi­ła od­two­rzyć w my­ślach co do szcze­gó­łu, a dia­lo­gi mo­gła cy­to­wać jed­nym tchem, tak­że obu­dzo­na w środ­ku nocy. Ma­chi­nal­nie po­gła­dzi­ła się po nad­garst­ku, gdzie już od lat wid­niał do­wód jej mi­ło­ści aż po grób do tego no­si­cie­la upstrzo­ne­go ple­śnią uśmie­chu – ta­tu­aż z jego po­do­bi­zną wy­ko­na­ny przez mi­strza w swo­im fa­chu, nie­szcze­gól­nie zdzi­wio­ne­go ta­kim wy­bo­rem wzo­ru.

– Przy­naj­mniej od razu wia­do­mo, jaki typ fa­ce­ta jest ci na rękę – za­śmiał się wte­dy ta­tu­aży­sta, ale Se­re­na po­ki­wa­ła gło­wą z peł­ną po­wa­gą, zga­dza­jąc się z ta­kim pod­su­mo­wa­niem jej gu­stu.

Nie pa­mię­ta­ła sie­bie sprzed tej ery – jak gdy­by to za­mi­ło­wa­nie było wpi­sa­ne w jej ży­cie od za­wsze. Z ra­cji dość mło­de­go wie­ku nie mo­gła śle­dzić na bie­żą­co wy­da­rzeń zwią­za­nych z pre­mie­rą fil­mu, któ­ra mia­ła miej­sce w la­tach osiem­dzie­sią­tych, lecz gdy tyl­ko sta­ła się świa­do­mym wi­dzem, za­czę­ła su­mien­nie nad­ra­biać za­le­gło­ści. Zgo­ła ina­czej spra­wy wy­glą­da­ły, gdy świat obie­gła in­for­ma­cja, że wkrót­ce uka­że się dru­ga część. Wte­dy Se­re­na wpa­dła w praw­dzi­wą ki­ne­ma­to­gra­ficz­ną eks­ta­zę – ni­czym gra­barz, któ­ry uzmy­sło­wił so­bie, iż zo­sta­wił coś w mo­gi­le i te­raz musi z po­wro­tem do­stać się do jej wnę­trza, wy­ko­py­wa­ła z In­ter­ne­tu wszel­kie nowe in­for­ma­cje do­ty­czą­ce ob­sa­dy i fa­bu­ły, za­pi­sy­wa­ła w te­le­fo­nie fo­to­sy i zwia­stu­ny oraz ko­lek­cjo­no­wa­ła ga­dże­ty, któ­re nie­po­wstrzy­ma­ną falą za­la­ły ry­nek. Oczy­wi­ście mnó­stwo spo­śród tych re­we­la­cji oka­za­ło się ist­ną mi­sty­fi­ka­cją, co zo­sta­ło jed­no­znacz­nie zwe­ry­fi­ko­wa­ne w dniu wiel­kie­go świę­ta Se­re­ny, kie­dy film wresz­cie po­ja­wił się na srebr­nych ekra­nach, a ona sama mo­gła roz­po­cząć to­ur­née po wszyst­kich po­bli­skich ki­nach.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij