-
nowość
-
promocja
Powódź - ebook
Powódź - ebook
Arcydzieło horroru.
Klasyka współczesnej powieści grozy i ukoronowanie bogatej i różnorodnej twórczości porównywanego z H.P. Lovecraftem Michaela McDowella. Mroczna saga rodzinna, której akcja rozgrywa się na przestrzeni pięćdziesięciu lat w miasteczku Perdido w stanie Alabama, gdzie w Niedzielę Wielkanocną 1919 roku podczas wielkiej powodzi pojawia się tajemnicza nieznajoma…
Rok 1919. W Perdido w Alabamie od lat nic się nie zmienia… Do czasu, gdy płynące przez miasto dwie rzeki wylewają i mieszkańców dotyka największa klęska w ich życiu. Powódź przynosi jednak także coś, co wydaje się dobre – Elinor Dammert. Ta czarująca młoda kobieta wkrótce stanie się częścią społeczności i poślubi Oscara Caskeya, członka najbogatszej rodziny w Perdido. Ale jej piękne ciało skrywa szokujący sekret: w rzece zmienia się w przerażającą istotę, o której w okolicy od pokoleń opowiadano legendy.
Elinor, związana tajemniczą, nadprzyrodzoną więzią z rzeką Blackwater, na kolejne pięćdziesiąt lat rzuci cień na losy rodziny Caskeyów i wszystkich mieszkańców miasteczka.
Saga „Blackwater”, po latach odkryta na nowo, stała się bestsellerem w wielu krajach – w samej Europie sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy.
Wyjątkowa niespodzianka dla miłośników literatury grozy w najlepszym, klasycznym stylu. Wspaniałe – wysmakowane estetycznie i edytorsko – ilustrowane wydanie sześciotomowej sagi „Blackwater” Michaela McDowella, cenionego przez Stephena Kinga scenarzysty (autora między innymi scenariuszy do „Soku z żuka” i „Miasteczka Halloween” Tima Burtona, serialu telewizyjnego „Opowieści z krypty” czy filmowej adaptacji powieści „Chudszy” Kinga) oraz powieściopisarza, tworzącego głównie horrory w nurcie amerykańskiego południowego gotyku.
Fascynująca. Przerażająca. Po prostu wspaniała!
Stephen King
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-091-7 |
| Rozmiar pliku: | 9,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
(1950–1999)
Amerykański pisarz pochodzący z Alabamy, często porównywany do H.P. Lovecrafta. Studiował anglistykę na Harvardzie, a w 1978 roku uzyskał tytuł doktora literatury angielskiej na Uniwersytecie Brandeisa.
Zadebiutował w 1979 roku powieścią _The Amulet_, ale największą popularność przyniosły mu horrory napisane w stylu nazywanym „gotykiem amerykańskiego Południa”: _Cold Moon Over Babylon_, _Żywiołaki_ oraz cykl _Blackwater_. Łącznie – pod własnym nazwiskiem i pseudonimami – McDowell napisał ponad 30 powieści. Jego ostatnią książkę, _Candles Burning_, dokończyła po śmierci pisarza żona Stephena Kinga, Tabitha King.
W 1985 roku zaczął pisać scenariusze dla telewizji: do seriali _Opowieści z ciemnej strony_, _Opowieści z krypty_ i _Alfred Hitchcock przedstawia_. Jest również autorem scenariuszy filmowych, między innymi do _Soku z żuka_ Tima Burtona oraz do słynnego filmu animowanego _Miasteczko Halloween_.WSTĘP
NASZ RODZINNY POTWÓR
Oto wkraczacie do Perdido w stanie Alabama, maleńkiej mieściny leżącej na północny wschód od Mobile. Nie ma w niej nic szczególnego. Ludzie są życzliwi, na ogół, i prawie wszystko o sobie wiedzą. Perdido ma w sobie cały urok Południa z pierwszej połowy dwudziestego wieku, co oczywiście oznacza, że ma również jego typowe wady. Na przykład mieszkając tam, dobrze być białym. Nie zaszkodzi również mieć zasobny portfel. A co najważniejsze, należy wiedzieć, jakich pytań nie wolno zadawać. Ponieważ każde małe miasteczko ma swoje tajemnice.
A tajemnicą Perdido są rzeczne potwory.
_Blackwater_ Michaela McDowella to opowieść o Caskeyach, najbardziej prominentnej rodzinie Perdido. Ściśle mówiąc, jest to opowieść o rzecznym duchu, który przywdział ludzką postać i dzięki małżeństwu wkradł się w szeregi rodziny, aby z czasem zostać głową rodu i wieść jego członków ku ich – dobremu lub złemu – przeznaczeniu. Jest to jeden z najwybitniejszych i najambitniejszych cyklów horrorów ostatniego półwiecza, które na wiele lat popadły w zapomnienie i całkiem niedawno zostały na nowo odkryte.
Choć trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, były czasy, gdy horrory cieszyły się niezrównaną popularnością. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku zapełniały całe półki księgarni i nie sposób ich było nie zauważyć: to te książki stojące między kryminałami a fantastyką i science fiction, bijące w oczy czarno-czerwonymi okładkami, ociekającymi krwią tłoczonymi tytułami i wyszczerzonymi kościotrupami. Miały zwykle krótki żywot na półkach, lecz dzięki niezrównanemu popytowi – głównie za sprawą sukcesu takich pozycji jak _Egzorcysta_ oraz takich pisarzy jak Stephen King, Anne Rice czy Peter Straub – dało się dzięki nim zarobić na utrzymanie, jeśli pisało się dość szybko.
Wielu autorów próbowało swoich sił w tym gatunku, wydano mnóstwo kiepskich pozycji, tak że rynek w końcu zapadł się pod własnym ciężarem. Pomiędzy mnóstwem kiepskich tytułów ukazały się jednak również naprawdę świetne książki, napisane przez bardzo dobrych pisarzy, takich jak Ramsey Campbell, Robert R. McCammon i Chelsea Quinn Yarbro, by wymienić tylko troje, którzy wnieśli trwały wkład w historię gatunku. Chociaż miło byłoby myśleć, że wszystkie książki, które na to zasługiwały, zostały ocalone przed wielkim odpływem, tak się, niestety, nie stało.
Michael McDowell był niezwykle płodnym pisarzem; jego pierwsza opublikowana książka ukazała się w 1979 roku, a zanim w 1983 roku światło dzienne ujrzało _Blackwater_, napisał jeszcze cztery inne, w tym doskonale ocenianą powieść o nawiedzonym domu, _Żywiołaki_, lecz nie utrzymały się one na rynku zbyt długo. Co bynajmniej wcale go nie martwiło. W wywiadzie przeprowadzonym przez Douglasa E. Wintera, zamieszczonym w _Faces of Fear_, powiedział: „Jestem pisarzem komercyjnym i nie wstydzę się tego. Piszę książki po to, żeby miesiąc później stanęły na półce księgarni. Uważam, że pisanie za wszelką cenę dla potomnych to błąd”.
W 1983 roku ukazały się w miesięcznych odstępach krótkie powiastki składające się na cykl _Blackwater_ – prawdopodobnie szczytowe osiągnięcie McDowella. Książki zostały wydane w paperbackowym formacie przez Avon Books z okładkami zaprojektowanymi ze stonowanym przepychem przez Wayne’a D. Barlowe’a. (Kilkanaście lat później ten odcinkowy format zainspirował Stephena Kinga do zrobienia tego samego z _Zieloną milą_). McDowell wplata tropy klasycznego horroru w pełną rozmachu sagę o rodzinie z Południa i miesza je gładko, tworząc unikalne zjawisko na scenie współczesnej powieści grozy.
Centralną postacią powieści jest Elinor Dammert, młoda kobieta uratowana z pokoju hotelowego podczas powodzi, która przetoczyła się przez miasteczko Perdido z wezbranych wód rzeki o tej samej nazwie. Elinor siedzi na brzegu łóżka z niezmąconym spokojem, jakby wiedziała, że młody Oscar Caskey i jego służący Bray Sugarwhite przypłyną łodzią, żeby ją ocalić, a następnie przyjąć na łono rodziny. Dziewczyna trafia pod krzyżowy ogień grzecznych, lecz dobitnych pytań matki Oscara, Mary-Love, sprawującej niepodzielną i absolutną władzę nad klanem Caskeyów. Elinor odpowiada wymijająco na indagacje o swoją przeszłość, a zwłaszcza o rodzinę. Ta powściągliwość i liczne przemilczenia budzą nieufność Mary-Love. Na starym Południu rodowód to silna waluta i jego brak jest znakiem ostrzegawczym. (Naturalnie Elinor ma rodowód, chociaż szczególny: jest rzecznym potworem i od czasu do czasu w przerażający sposób zabija ludzi). Od tej pory Mary-Love będzie wytrwale stać w opozycji wobec Elinor Dammert, a walka o dominację między obiema kobietami wyznaczy oś wydarzeń pierwszej połowy sagi.
Bardzo szybko, bo już w pierwszych scenach książki, McDowell zarysowuje główny wątek fabuły. Ponieważ akcja rozgrywa się na Południu, a Mary-Love i Elinor są członkiniami szanowanej rodziny Perdido, wojna między nimi toczy się po cichu. Jej narzędziami są plotki, pogłoski, zaproszenia lub ich brak na obiady i uroczystości, a także – co najbardziej wstrząsające – wymiana dzieci. Kiedy Elinor wychodzi za Oscara Caskeya, a tym samym pozbawia teściową syna (chociaż dorosłego), Mary-Love znajduje sposób, żeby przywłaszczyć sobie jej pierwszą córkę, Miriam. Takiej ceny żąda za pozwolenie na przeprowadzkę Elinor i Oscara do domu, który sama dla nich wybudowała, lecz do którego – ku konsternacji syna i rosnącej frustracji synowej – odmawiała im wstępu. Elinor przystaje na ten osobliwy układ, a pokłosie tej decyzji, jak również wszystkich zmagań obu kobiet, przetoczy się falą przez kolejne pięć tomów, zwykle dość subtelnie, z rzadka widowiskowo.
Czytelnicy horrorów, zarówno w okresie, kiedy cykl _Blackwater_ został napisany, jak i dzisiaj, mogą czuć niedosyt nadprzyrodzonych aspektów powieści, które pozostają raczej w tle wydarzeń i z rzadka wybijają się na pierwszy plan. Nadnaturalne pochodzenie Elinor przyciąga znacznie mniej uwagi niż wojna charakterów między nią a teściową; przed naszymi oczami rodzą się dzieci, rosną, próbują sobie radzić z błędami i oczekiwaniami rodziców, niekiedy buntują się przeciwko nim, niekiedy akceptują je bez sprzeciwu. Stajemy się obserwatorami bogatej dramaturgii życia rodziny, ubarwionej niekwestionowanym urokiem, lecz także dewiacjami Południa. Elinor jako istota pochodząca z rzek Perdido i Blackwater stanowi w tym samym stopniu element konstrukcyjny horroru, co uosobienie wpływu, jaki obie rzeki wywierają na życie mieszkańców miasteczka.
Na szczęście _Blackwater_ jest mimo wszystko powieścią grozy. Monstrualna natura Elinor jest brutalna, amoralna i przerażająca. Jej ofiarą padają w tym samym stopniu dorośli i niewinne dzieci. Stronice tego cyklu wypełnia wystarczająco dużo rozwścieczonych nawałnic, żarłocznych wirów, zgrzytających zębów i oderwanych kończyn, by zadowolić każdego miłośnika horrorów. Nie wspominając o duchach: czyny Elinor nie pozostają bez konsekwencji, jak się przekona jej własna córka. Jeden z pokojów w jej domu – tak drogo okupionym – przyprawi czytelnika o pożądany dreszczyk.
Jedno należy jednak podkreślić: nawet jeśli McDowell nie pisał, jak to sam deklarował, „dla potomnych”, to wydaje się oczywiste, że interesował go nie tylko sukces komercyjny jego książek. _Blackwater_ pod wieloma względami wykracza poza konwencję typowego horroru, a jednym z nich jest zepchnięcie aspektów nadprzyrodzonych na dalszy plan.
Innym scenografia. Estetyka powieści grozy narzuca zwykle miejscom akcji atmosferę mroku i zimna, czy będą to tonące we mgle miasteczka Nowej Anglii, czy nawiedzone angielskie wrzosowiska. Przeciętne horrory XX wieku rzadko zapędzały się na południe od linii Masona–Dixona, a jeśli to robiły, ukazywały mieszkańców tych rejonów w karykaturze: nienawistnych, wykolejonych, intelektualnych bankrutów... niekiedy łączących wszystkie te cechy. McDowell, sam urodzony w Enterprise w Alabamie – na Głębokim Południu, najdalszym, jakie można sobie wyobrazić bez zanurzenia się w Zatoce Meksykańskiej – sportretował jego mieszkańców jako ludzi niedoskonałych, błądzących, od czasu do czasu szlachetnych, tak samo skłonnych do bohaterstwa i podłości jak w każdym innym miejscu na świecie.
W gatunku znanym ze swojego konserwatyzmu _Blackwater_ stanowi wręcz wywrotowo postępowy cykl. Kobiety sprawują w sferze społecznej władzę absolutną, mężczyźni natomiast odgrywają role niewiele ważniejsze od pionków. Co więcej, są świadomi swojej pozycji i akceptują ją bez protestu. Uległość Oscara, który ożenił się z Elinor, nie wynika z głupoty. On wie, że tkwi w niej coś odmiennego, jakaś nadnaturalna moc związana z rzeką. Wie również, że nie powinna to być jego sprawa, i zadowala się życiem w nieświadomości. Wie, jakich pytań nie powinien zadawać.
Na uwagę zasługuje sposób, w jaki McDowell ukazuje relacje homoseksualne: delikatnie i z tkliwością. Chociaż żadna z postaci nie została wprost wskazana palcem, czytelnik otrzymuje wyraźne sygnały. Mamy Jamesa Caskeya z piętnem zniewieściałości – przez większą część sagi zadowolonego wdowca nieoczekującego od kobiet w swoim życiu niczego poza przyjaźnią. Są również Grace i Lucille, które po cichu i bez zbędnego szumu zamieszkują razem, zakładają farmę i wychowują małego chłopca.
O tym związku McDowell pisze: „Południowcy są łagodnym ludem, gdy chodzi o odstępstwa w obyczajowości. Reagują gniewem na wieść, że coś odbiegającego od normy może nastąpić w przyszłości, lecz jeśli ten sam niezwykły sposób prowadzenia się zostanie odkryty jako fakt dokonany, zaakceptują go bez nienawiści i osądzania jako część zwykłego biegu rzeczy. Mężczyźni przed sklepem z artykułami rolnymi na wieść o tym, że dwie kobiety kupiły Gavin Pond i zamierzają uczynić z niego największą farmę w hrabstwie, zażądają unieważnienia głosowania w sprawie poprawki o równości praw, lecz stanąwszy twarzą w twarz z Grace, ci sami mężczyźni bez najmniejszego trudu zaakceptują dwie kobiety mieszkające razem i wychowujące dziecko”.
Żadnej z tych osób nie spotykają prześladowania, a ich styl życia nie budzi zbyt wielu komentarzy. McDowell po prostu pozwala im być tym, kim są: ludźmi, samotnymi lub zakochanymi, szczęśliwymi lub niepocieszonymi. W cyklu horrorów opublikowanych w 1983 roku przez duże, popularne wydawnictwo była to właściwie rewolucja.
Jeśli dopatrywalibyśmy się w książkach McDowella jakichś rażących braków, to za jeden z nich można uznać nader ubogie przedstawienie postaci Afroamerykanów. Ivey i Zaddie Sapp, Bray Sugarwhite i inni zostali zepchnięci w tło wydarzeń i pojawiają się tylko od czasu do czasu, żeby odprawić ludowy rytuał lub zareagować na działania swoich białych mocodawców. Jest to rozczarowujący niedostatek, zwłaszcza że ich obecność bez wątpienia pogłębiłaby już i tak wielowarstwową strukturę powieści.
Być może wszystkie te czynniki zaważyły na tym, że książki McDowella nie spotkały się z szerokim oddźwiękiem, kiedy po raz pierwszy ukazały się na rynku. A może żaden z nich. Może po prostu na półki księgarskie trafiało zbyt dużo książek i serie ginęły w przetasowaniach. Może miały po prostu pecha.
Bez względu na przyczyny tej relatywnej porażki _Blackwater_ jest wspaniałą sagą grozy, napisaną z rozmachem i przez długi czas dostępną jedynie najbardziej zapalonym łowcom książek lub w limitowanych drogich wydaniach. Może Michael McDowell nie pisał dla potomnych, ale jeśli na tym świecie istnieje sprawiedliwość, _Blackwater_ i tak będzie przez potomnych czytana, uwielbiana i szeroko komentowana. Nie ma takiego drugiego cyklu – grozy czy nie grozy.
Wkraczacie teraz do Perdido, małego, lecz rozwijającego się miasteczka w Alabamie.
NATHAN BALLINGRUD
Nathan Ballingurd jest autorem _Crypt of the Moon Spider_, _The Strange_, _Wounds: Six Stories from the Border of Hell_ oraz _Potworów północnoamerykańskich jezior_. Dwukrotnie otrzymał Nagrodę Shirley Jackson, znalazł się również na liście kandydatów do nagród World Fantasy, British Fantasy, Brama Stokera i Locus. Jego opowieści doczekały się adaptacji w serialu _Monsterland_ telewizji Hulu. Mieszka w Asheville w Karolinie Północnej.NOTA AUTORA
Miasteczko Perdido naprawdę istnieje w Alabamie, dokładnie w tym miejscu, gdzie je zlokalizowałem w swojej książce. Nigdy jednak nie było w nim budynków, punktów geograficznych ani mieszkańców, których opisałem w powieści. Nie zbiegają się w nim nurty rzek Perdido i Blackwater. Ale pozwolę sobie zauważyć, że zarówno krajobrazy, jak i osoby, które opisuję, nie są wyłącznie wytworem wyobraźni.
Należy mieć w pamięci, że ta powieść powstała w latach osiemdziesiątych XX wieku i opisuje amerykańskie Głębokie Południe lat pięćdziesiątych tego wieku, odzwierciedla więc język, wątki oraz cechy właściwe dla tamtego okresu historii Stanów Zjednoczonych.PROLOG
W niedzielę wielkanocną 1919 roku o świcie bezchmurne, przezroczystoróżowe niebo nad Perdido nie odbijało się w czarnych wodach, które w ciągu minionego tygodnia zalały miasto. Ogromne czerwonopomarańczowe słońce wzeszło właśnie nad sosnowym lasem po drugiej stronie Baptist Bottom – najniżej położonego rejonu miasta, gdzie w 1865 roku osiedlili się wszyscy wyzwoleni czarni i gdzie nadal mieszkały ich dzieci i wnuki. Od kilku dni Baptist Bottom było jedynie mętnym kłębowiskiem desek, konarów i martwych zwierząt. W centrum miasta znad wody wystawało niewiele poza wieżą ratusza z czterema tarczami zegara oraz piętrem hotelu Osceola. Tylko w pamięci zachowały się koryta, którymi jeszcze tydzień temu płynęły powściągliwe nurty rzek Perdido oraz Blackwater. Wszyscy z tysiąca dwustu mieszkańców schronili się na wyżej położonych terenach. Miasteczko gniło pod rozlaną taflą cuchnącej, czarnej wody, która właśnie zaczynała opadać. Nad ciemną, lśniącą powierzchnią, niczym symbole rozpaczy z kamienia, cegły i drewna, wznosiły się fronty, szczyty i kominy, których nie zmyła woda. Jednak na ich milczące wezwania nie przychodziła żadna pomoc, więc gromadziły wokół siebie dryfujące deski, belki, niezidentyfikowane śmieci, skrawki materiału i fragmenty mebli, które utworzyły wokół tych wystających palców cuchnące gniazda.
Czarna woda leniwie chlupotała o ceglane mury ratusza oraz hotelu Osceola, lecz poza tym stała cicha i nieruchoma. Ludzie, którzy nigdy nie przeżyli powodzi, mogą sobie wyobrażać, że przez stłuczone okna zalanych domów przepływają ryby, ale tak nie jest. Po pierwsze, szyby nie pękają, ponieważ nawet w najsolidniej zbudowanym budynku woda wzbiera przez deski podłogowe, tak więc w spiżarni, która nie ma okien, jej poziom podnosi się równie szybko jak na ganku. Poza tym ryby wolą się trzymać starego koryta rzeki, zupełnie jakby nie otworzyła się nagle przed nimi głęboka na kilka metrów nowa wolność. Woda powodziowa jest brudna i odrażająca, pełna pływającego ohydztwa, tak więc sumy i leszcze, chociaż nie podoba im się ta nietypowa ciemność, pływają oszołomione wokół swoich starych kamieni, znajomych wodorostów i swojskich pali mostowych.
Gdyby ktoś stanął w małym kwadratowym pomieszczeniu pod zegarami ratusza i wyjrzał na zachód przez wąskie pionowe okienko, zobaczyłby samotną łódź wiosłową z dwoma mężczyznami w środku, zbliżającą się po nieruchomej, mętnej powierzchni, jakby wyłaniała się z zalegających resztek ciągnącej się nocy. Lecz w pokoju pod zegarami nikogo nie było i nic nie zmąciło kurzu na marmurowej podłodze ani ptasich gniazd między belkami, ani delikatnego warkotu ostatnich elementów mechanizmu, które się jeszcze nie zatrzymały. Nikt nie nakręcił zegara, bo kto by pozostał w Perdido, kiedy podniosły się wody? Samotna łódź sunęła statecznie i niepostrzeżenie od strony pięknych domów właścicieli tartaku, które stały pod mętną wodą na północnym zachodzie. Łódź była zielona – z jakiegoś powodu wszystkie takie łodzie w Perdido malowano na zielono – a pagajami wiosłował trzydziestoletni czarny mężczyzna. Przed nim na dziobie siedział biały młodzieniec, zaledwie kilka lat młodszy od towarzysza.
Od dłuższego czasu żaden się nie odzywał; obaj patrzyli zafascynowani na niesamowity widok miejsc, gdzie się urodzili i wychowali, tonących pod sześcioma metrami odrażającej brudnej wody. Jakiż poranek wielkanocny, poza tą pierwszą niedzielą w Jerozolimie, wschodził tak ponury lub wzbudził mniej nadziei w sercach tych, którzy oglądali wschodzące słońce?
– Bray, podpłyń do ratusza – odezwał się w końcu biały młodzieniec.
– Ale, panie Oscar, kto wie, kie licho tam siedzi – zaprotestował czarny mężczyzna.
Woda podniosła się do dolnej krawędzi okien pierwszego piętra.
– Chcę zobaczyć, co jest w środku, Bray. Płyń.
Czarny mężczyzna niechętnie zawrócił łódź w kierunku ratusza i mocno, gładko odpychał wodę pagajami. Gdy podpłynęli bliżej, łódź obiła się o marmurową balustradę balkonu na pierwszym piętrze.
– Pan tam nie wchodzi! – zawołał Bray, kiedy Oscar wyciągnął rękę i chwycił za jedną z grubych tralek balustrady.
Oscar pokręcił głową. Tralkę pokrywała gruba warstwa szlamu. Wytarł dłoń o spodnie, ale efekt był taki, że przeniósł tylko na ubranie smród powodziowego mułu.
– Bliżej okna – rzucił.
Bray pokierował łodzią do pierwszego okna po prawej stronie balkonu.
Słońce nie oświetliło jeszcze tej strony budynku i pokój, który był gabinetem archiwisty, tonął w półmroku. Większą część podłogi pokrywała płytka kałuża czarnej wody. Krzesła i stoły leżały przewrócone w różnych miejscach pomieszczenia, na podłogę upadło również kilka szaf z dokumentami. Inne, gęsto napakowane papierami, otworzyły się, kiedy ich zawartość napęczniała od wody. Wszędzie poniewierały się oficjalne dokumenty miasta i hrabstwa. Do parapetu okiennego przykleiło się odrzucone podanie o przywileje wyborcze z 1872 roku i Oscar nawet mógł przeczytać nazwisko.
– Co tam widać, panie Oscar?
– Niewiele. Głównie zniszczenia. Widać kłopoty, które nas czekają, kiedy opadnie woda.
– Całe miasto czeka moc kłopotów, jak opadnie woda. Lepiej nie zaglądać więcej w okna, panie Oscar. Kto wie, co tam jeszcze znajdziemy.
– Co takiego mielibyśmy znaleźć? – Oscar odwrócił się do czarnego mężczyzny.
Bray Sugarwhite pracował u Caskeyów od ósmego roku życia. Został zatrudniony jako towarzysz zabaw dla Oscara, który miał wtedy cztery latka. Po kilku latach awansował na posłańca, a wreszcie na głównego ogrodnika. Jego nieślubna żona, Ivey Sapp, była kucharką Caskeyów.
Powiosłował dalej środkiem Palafox Street. Oscar, rozglądając się na prawo i lewo, próbował sobie przypomnieć, czy trójkątny fronton z wyrzeźbioną kulą na szczycie należał do budynku golibrody, czy ozdabiał sklep odzieżowy Berty Hamilton. Pięćdziesiąt metrów dalej spod wody wystawał hotel Osceola. Wiszący szyld odpadł koło piątku i prawdopodobnie obijał się teraz o burty krewetkowców w Zatoce Meksykańskiej.
– To już więcej nie zaglądamy w żadne okna, prawda, panie Oscar? – odezwał się lękliwie Bray, kiedy zbliżyli się do hotelu.
Oscar wyciągał szyję i próbował coś zobaczyć to z jednej, to z drugiej strony hotelowego budynku.
– Chyba coś się poruszyło w jednym z tych okien – powiedział.
– Eee tam, to słońce – odparł szybko Bray. – Słońce odbija się w brudnych szybach.
– Nie, nie. To nie było odbicie światła – zaprzeczył Oscar. – Podpłyń do tego narożnego okna.
– Mowy nie ma, za skarby świata tam nie popłynę.
– Bray, zrobisz, jak ci każę. – Oscar Caskey nawet się nie odwrócił. – Więc nie strzęp języka po próżnicy, tylko płyń do narożnika.
– Nie chcę zaglądać w żadne okna – mruknął Bray, niezupełnie pod nosem. – Pewnikiem to tylko szczury – dodał na głos, zmieniając kurs i wiosłując w stronę pierwszego piętra hotelu. – Jak woda zaczęła się podnosić w Baptist Bottom, to żem widział, jak szczury powychodziły z nor i biegły wedle czubka płotu. Szczury wiedzą, gdzie sucho. Kto żyw, wyjechał z Perdido w środę, mówię panu. Nic tam nie ma w tym hotelu, ino szczwane szczurzyska.
Łódź uderzyła o wschodnią fasadę budynku. Słońce odbijało się od szyb oślepiającym czerwonym blaskiem. Oscar zajrzał do środka przez najbliższe okno.
Wszystkie meble i sprzęty w małym pokoiku hotelowym – łóżko, komoda, bieliźniarka, umywalka i wieszak na kapelusze – leżały na jednej stercie na środku podłogi, jakby wciągnięte w wir, który spłynął następnie na parter. Wszystko było pokryte mułem. Ubłocony czarny dywan leżał zwinięty pod drzwiami. W półmroku Oscar nie mógł dostrzec na ciemnej tapecie śladu po najwyższym punkcie, do jakiego sięgała woda.
Nagle dywan zadrżał i Oscar zobaczył dwa wielkie szczury wybiegające spomiędzy załomów i przemykające w stronę pagórka mebli na środku pokoju. Szybko odwrócił głowę od okna.
– Szczury? – spytał Bray. – Widzi pan? Mówiłem, że w tym hotelu nie ma nic poza szczurami. Nie ma po co zaglądać więcej w okna.
Oscar nie odpowiedział. Wstał i chwyciwszy za ramę poszarpanej markizy następnego okna, przyciągnął łódź do narożnika budynku.
– Bray – powiedział. – Widziałem, jak coś się w tym oknie poruszyło. Coś przeszło obok okna i to nie był szczur, ponieważ szczury nie mają półtora metra wzrostu.
– Szczury się karmią powodzią – odparł Bray.
Oscar nie był pewien, co jego służący chciał przez to powiedzieć. Wyciągnął się do przodu i obiema rękami chwycił występ w murze przy oknie, po czym przez brudną szybę zajrzał do środka.
Narożny pokój wydawał się nietknięty powodzią. Posłane łóżko przylegało wezgłowiem do długiej ściany od strony korytarza, dywan leżał równo pod meblami. Bieliźniarka, komoda i szafka z umywalką stały na swoich miejscach. Nic nie spadło na podłogę, nic się nie stłukło. Ale w miejscu, gdzie słońce oświetlało podłogę przez wschodnie okno, Oscar zobaczył, że dywan jest kompletnie przemoczony, co oznaczało, że woda musiała się podnieść przez deski podłogowe.
Ale dlaczego wszystkie sprzęty w tym pokoju stały spokojnie na swoich miejscach, podczas gdy tuż obok na tym samym piętrze każdy mebel został roztrzaskany, rzucony na jedną stertę i – w ostatnim akcie upokorzenia – pokryty czarnym szlamem? Tej zagadki Oscar nie potrafił rozwikłać.
– Bray – powiedział. – Nie wiem, jak to rozumieć.
– Pan lepiej nie próbuje nic z tego wyrozumieć – poradził mu służący. – Ale i tak nie wiem, o czym pan gada, panie Oscar.
– W tym pokoju panuje idealny porządek. Tylko podłoga jest mokra, to wszystko. – Oscar odwrócił się, wypowiadając te ostatnie słowa.
Bray pokręcił głową i ponownie wyraził życzenie, żeby znaleźć się jak najdalej od tego na wpół zatopionego hotelu. Bał się, że pan zechce opłynąć budynek dookoła i zajrzeć w każde okno.
Oscar odwrócił się, żeby odepchnąć łódź od muru, i zerknąwszy po raz ostatni w okno, ze zduszonym okrzykiem zachwiał się w tył i upadł na dno łodzi.
W pokoju, który jeszcze przed chwilą był wyraźnie pusty, zobaczył kobietę. Siedziała na brzegu łóżka, odwrócona do okna plecami.
Bray nie czekał, aż pan wyjaśni mu powód swojej przestraszonej reakcji – bo też nie miał ochoty go usłyszeć – i zaczął czym prędzej oddalać się od hotelu.
– Bray! Stój! Zawracaj! – zawołał Oscar, kiedy odzyskał głos.
– Nie, nie, panie Oscar, ja tam nie wracam.
– Mówię ci: wracaj...
Służący niechętnie zaczął wiosłować z powrotem.
W tym samym momencie, kiedy Oscar wyciągnął rękę, żeby się chwycić gzymsu, okno otworzyło się z hukiem.
Bray zesztywniał z wiosłami w wodzie. Łódź grzmotnęła o ceglany mur i obaj mężczyźni zakołysali się wstrząśnięci w przód i w tył.
– Czekałam i czekałam – oznajmiła młoda kobieta stojąca w otwartym oknie.
Była wysoka, wyprostowana, blada, szczupła i niezwykle urodziwa, ubrana w czarną spódniczkę i białą bluzkę, spiętą pod szyją złotą kwadratową broszką z czarnymi kamieniami. Miała gęste, lekko kręcone włosy w kolorze przymulonej czerwieni, opadające na ramiona luźnymi falami.
– Kim pani jest? – zapytał zdumiony i zachwycony Oscar.
– Elinor Dammert.
– Chciałem zapytać... – poprawił się – co pani tu robi?
– W hotelu?
– Tak.
– Zaskoczyła mnie powódź. Nie zdążyłam uciec.
– Wszystkie ludzie uciekły z hotelu – zauważył Bray. – W środę. Uciekli albo ich kto zabrał.
– Zapomnieli o mnie – oznajmiła Elinor. – Spałam. Zapomnieli, że tu jestem. Nie słyszałam wołania.
– Dzwon na ratuszu bił przez dwie godziny – mruknął ponuro Bray.
– Nic się pani nie stało? – dopytywał się Oscar. – Jak długo tu pani siedziała?
– Tak jak powiedział pański towarzysz, od środy. Cztery dni. Przez większość czasu spałam. Niewiele więcej można zrobić w czasie powodzi. Macie może coś do jedzenia?
– Nic nie mamy – odparł szybko Bray.
– Przykro mi – potwierdził Oscar. – Powinniśmy byli coś ze sobą zabrać.
– Dlaczego? – spytała Elinor. – Nie spodziewaliście się nikogo w hotelu, prawda?
– No pewnie, że nie! – potwierdził Bray tonem sugerującym, że niespodzianka nie jest bynajmniej miła.
– Cicho! – fuknął Oscar, rozdrażniony i zdziwiony nieuprzejmością służącego. – Nic pani nie jest? – zwrócił się do kobiety. – Co pani robiła, kiedy woda podeszła do pokoju?
– Nic. Siedziałam na brzegu łóżka i czekałam, aż ktoś mnie zabierze.
– Gdy zajrzałem za pierwszym razem, nie było pani w środku.
– Byłam. Po prostu nie zauważył mnie pan przez szybę. Może przez jakiś odblask światła. Siedziałam tu. Z początku was nie słyszałam.
Na dłuższą chwilę zapadło milczenie. Bray patrzył na Elinor Dammert z jawną nieufnością. Oscar schylił głowę i zastanawiał się, co robić.
– Czy znajdzie się dla mnie miejsce w łodzi? – spytała w końcu Elinor.
– Naturalnie! – zawołał Oscar. – Zabierzemy panią. Musi pani umierać z głodu.
– Proszę obrócić łódź i podpłynąć pod okno – powiedziała Elinor do Braya.
Bray zrobił, jak mu kazała. Przytrzymując się jedną ręką markizy, Oscar stanął w łodzi i podał kobiecie dłoń. Elinor uniosła lekko spódnicę i zwinnie zeskoczyła z okna do łodzi. Z pełną swobodą, nie przejawiając ani śladu przerażenia, które musiała czuć jako jedyna żyjąca osoba w zatopionym mieście, Elinor Dammert usadowiła się w łodzi między mężczyznami.
– Nazywam się Oscar Caskey, a to Bray Sugarwhite. Bray jest naszym pracownikiem.
– Jak się masz, Bray? – Elinor z uśmiechem odwróciła się do służącego.
– Dobrze, psze pani. – Ton głosu oraz mars na czole Braya przeczyły jego słowom.
– Zawieziemy panią na suchy teren.
– Czy znajdzie się w łodzi miejsce dla moich rzeczy? – spytała, kiedy Bray odepchnął się wiosłami od ceglanej ściany hotelu Osceola.
– Nie – odparł z żalem Oscar. – Już i tak jest za bardzo obciążona. Ale powiem pani, co zrobimy: jak tylko Bray wysadzi nas na suchy ląd, wróci tu po pani rzeczy.
– Nie wejdę tam do środka! – zaprotestował służący.
– Właśnie że wejdziesz! – powiedział Oscar. – Zdajesz sobie sprawę, przez co pani Elinor przeszła w ciągu tych czterech dni? Kiedy ja, ty, mama i Siostra żyliśmy sobie spokojnie na suchym lądzie? Jedliśmy śniadania, obiady i kolacje i narzekaliśmy, że mamy tylko dwie talie kart zamiast czterech! Wyobrażasz sobie, o czym musiała rozmyślać pani Elinor samiuteńka w tym hotelowym pokoju, kiedy wokół niej podnosiła się woda?
– Bray – odezwała się Elinor Dammert. – Mam tylko dwa nieduże bagaże, które położyłam na podłodze pod oknem. Wystarczy, że wyciągniesz rękę i sięgniesz po nie z łodzi.
Bray wiosłował w milczeniu, gdy pokonywali tę samą drogę, którą tu przypłynęli, i patrzył na plecy młodej kobiety, która nie miała prawa znaleźć się tam, gdzie się znalazła.
Oscar na dziobie łodzi usiłował wymyślić coś, co mógłby powiedzieć pannie Elinor Dammert, ale nic nie przychodziło mu do głowy, a już na pewno nic, co by usprawiedliwiło odwrócenie się i dość niezręczne rozmawianie przez ramię. Na szczęście właśnie kiedy o tym myślał, na powierzchnię oleistej, czarnej cieczy nieopodal ratusza wypłynęło ciało martwego szopa i Oscar wyjaśnił, że świnie, które próbowały pływać w wodzie powodziowej, rozrywały sobie gardła przednimi racicami. Trudno powiedzieć, czy wszystkie się potopiły, czy wykrwawiły na śmierć. Panna Elinor uśmiechnęła się bez słowa, a on więcej się nie odezwał, aż do chwili, kiedy mijali jego dom.
– Tutaj mieszkam – oznajmił, wskazując pierwsze piętro zalanej rezydencji Caskeyów.
Panna Elinor skinęła głową, uśmiechnęła się i powiedziała, że to bardzo piękny i duży dom i że chętnie by go obejrzała, gdyby nie znajdował się pod wodą.
Oscar serdecznie przyklasnął temu życzeniu; Bray przeciwnie.
Kilka minut później wpłynęli między dwa odsłonięte korzenie wielkiego dębu wirginijskiego, wyznaczającego północno-zachodnią granicę miasta. Oscar wysiadł z łodzi, stanął, chwiejąc się, na jednym z korzeni, po czym pomógł Elinor wyjść na suchy ląd.
Młoda kobieta odwróciła się do służącego.
– Dziękuję, Bray – powiedziała. – Jestem ci bardzo wdzięczna, że wrócisz po moje rzeczy. W walizce i torbie mieści się cały mój dobytek. Albo je odzyskam, albo zostanę z niczym. Położyłam je tuż pod oknem, wystarczy, że sięgniesz do środka ręką.
Następnie razem z Oscarem ruszyli w stronę oddalonego o półtora kilometra, stojącego na wzniesieniu Kościoła Łaski Syjonu, w którym schroniły się co znaczniejsze rodziny z Perdido.
Piętnaście minut później Bray ponownie podpłynął małą łodzią pod mur hotelu Osceola. Nawet przez ten krótki czas woda zdążyła opaść o kilkanaście centymetrów. Przez chwilę siedział i patrzył w puste otwarte okno, zastanawiając się, jak ma zebrać się na odwagę, żeby wsadzić do środka rękę.
– Głodna?! – zawołał do siebie na głos. – Co ta biała kobieta tu jadła?!
Dźwięk własnego głosu podniósł Braya na duchu, nawet jeśli wyraził część niepokojącej tajemnicy, która otaczała pojawienie się Elinor Dammert w Perdido. Obrócił łódź tak, żeby przyłożyć ramię do ceglanej fasady hotelu, i przytrzymując się jedną ręką betonowego występu, szybko sięgnął drugą do środka pokoju. Jego palce zacisnęły się na uchwycie walizki. Szarpnął i przeciągnął ją przez okno do łodzi. Następnie wziął głęboki oddech i po raz drugi wsunął rękę przez okno.
Jego palce zacisnęły się na... pustce.
Cofnął rękę. Przez chwilę, mrużąc oczy, patrzył na słońce i nasłuchiwał, ale nie usłyszał niczego poza szorowaniem łodzi o pomarańczowe cegły budynku. Ponownie wyciągnął więc ramię i zaczął obmacywać miejsce pod oknem, ale i tym razem nie znalazł żadnej torby.
Nie pozostało mu nic innego, jak zajrzeć do środka i poszukać drugiego bagażu panny Elinor. Ale żeby to zrobić, musiałby wsunąć głowę w ten pusty czarny otwór.
Z niemiłą świadomością, że jest jedyną żywą duszą w całym Perdido, usiadł z powrotem w łodzi i zaczął się zastanawiać nad sytuacją. Jeśli zajrzy do środka, może zobaczy torbę w zasięgu ręki. To była najbardziej optymistyczna możliwość, ponieważ wtedy udałoby mu się ją wydobyć prawie równie łatwo jak pierwszą. Może jednak zobaczyć ją poza zasięgiem wyciągniętego ramienia, co pociągnęłoby za sobą konieczność wejścia przez okno do środka. A tego nie zrobi za żadne skarby świata. Ale to nic nie szkodzi, bo powie panu Oscarowi, że nie mógł wysiąść z łodzi, ponieważ nie miał jej do czego przywiązać.
Wstał i przytrzymał się występu w murze, żeby złapać równowagę. Popatrzył przez okno do środka, ale nadal nigdzie nie widział drugiego bagażu. Zwyczajnie go tam nie było.
Ciekawość stłumiła w nim strach. Nie namyślając się wiele, przechylił się przez futrynę i obejrzał całą ścianę pod oknem.
– Panie Boże, miej mnie w swojej opiece – mruknął. – Ja szukał w całym pokoju, panie Oscar, nic, tylko diabeł ogonem nakrył – powiedział do siebie, przygotowując w myślach usprawiedliwienie, dlaczego nie udało mu się przywieźć obu bagaży. – Pewnie, że bym wlazł do środka, ino żem nie miał gdzie uwiązać łodzi i...
Ot i był – mały sterczący pręt, do którego przywiązywano sznurek żaluzji. Bray zaklął w duchu na swoje własne oczy za to, że go zobaczyły. Wiedział doskonale, że nie będzie potrafił okłamać pana Oscara, choćby nie wiadomo jak się bał, tak więc, rad nierad, cały czas klnąc na swoje oczy oraz niezdolność do zeznania niczego poza najświętszą prawdą, przywiązał cienką linę cumowniczą do sterczącego kawałka metalu, po czym ostrożnie oparł nogę na gzymsie i jednym gładkim skokiem znalazł się w hotelowym pokoju.
Dywan był przemoczony. Każdy krok wyciskał spod butów odrażające błoto. Przez okno we wschodniej ścianie wlewało się do środka poranne słońce. Bray podszedł do łóżka, gdzie pan Oscar widział siedzącą pannę Elinor, i nacisnął palcem narzutę. Wszystko było mokre i pokryte czarnym szlamem. Chociaż nacisnął lekko, brudna woda utworzyła wokół jego palca cuchnącą kałużę.
– Nie było jej w tym pokoju – powiedział na głos Bray, nadal układając w myślach rozmowę, którą przyjdzie mu odbyć z panem Oscarem.
„A czemuś nie sprawdził pod łóżkiem?”, zapytał pan Oscar głosem Braya.
Schylił się. Z frędzli narzuty kapała czarna maź. Obok łóżka stała błotnista kałuża cuchnącej wody.
– Dobry Boże! Gdzie ta biała kobieta spała? – szepnął Bray.
Rozejrzał się szybko. Ani śladu torby. Podszedł do bieliźniarki i otworzył drzwi. Pusto, poza paroma centymetrami wody stojącej w każdej szufladzie po lewej stronie. W pokoju nie było więcej szaf ani żadnego innego miejsca, w którym można by ukryć torbę – zakładając, że panna Elinor chciałaby ją ukryć, a przecież to jej najbardziej zależało, żeby ją odzyskać.
– Ach, panie Oscar, ktoś się tu wkradł i zwędził tę torbę, jak Bóg na niebie.
Bray już ruszał z powrotem w stronę okna, ale pan Oscar w jego głowie znowu zapytał: „Ech, Bray, a dlaczego nie sprawdziłeś na korytarzu?”.
– Bo w tym pokoju było wystarczająco strasznie... – wyszeptał Bray.
Drzwi na korytarz były zamknięte, ale w zamku tkwił klucz. Bray podszedł i nacisnął klamkę. Drzwi nawet nie drgnęły. Przekręcił klucz, czarny i oślizły od szlamu, i wyjrzał na korytarz. Na podłodze nie było dywanu. Ani żadnej torby. Niczego. Przystanął i czekał, aż głos pana Oscara zażąda, żeby poszedł dalej, ale żaden głos się więcej nie odezwał. Bray odetchnął z ulgą i zamknął drzwi. Wrócił do okna i ostrożnie wszedł z powrotem do łodzi. Kiedy odwiązywał cumę, rozkoszując się myślą, że wyszedł z tej niemiłej przygody bez szwanku, spostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył: słońce wpadające przez okno oświetliło ciemną tapetę na ścianie i linię wskazującą, dokąd sięgnęła woda w najwyższym punkcie powodzi. Ślad biegł wokół pokoju ponad pół metra wyżej niż poduszka na starannie posłanym łóżku Elinor Dammert. Skoro woda podeszła tak wysoko, jakim sposobem ta kobieta przeżyła?