Powój - ebook
To miało być tylko kilka nieskomplikowanych spraw do załatwienia: odfajkować pogrzeb i uporządkować kwestie spadkowe. A potem jak najszybciej opuścić to miejsce, które budziło zbyt burzliwe wspomnienia.
Ten prosty plan bierze w łeb już wciągu kilku dni od przyjazdu Seweryna do rodzinnych Horszowic, gdy okazuje się, że dziedzictwo po dziadku Albercie to nie tylko dom na wsi, ale i tajemnicza dokumentacja, której korzenie sięgają hitlerowskich Niemiec.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7564-740-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Stałem kilkanaście metrów od grupy, liczącej dwadzieścia, może więcej osób stłoczonych wokół grobu. Nie trzeba było być tytanem spostrzegawczości, żeby zauważyć ich ukradkowe spojrzenia. Część mnie rozpoznała, o tym byłem przekonany. Niestety, broda, okulary i nakrycie głowy były kiepskim kamuflażem. Co też mi strzeliło do głowy z tym durnym kapeluszem? Wyglądam pewnie jak Czesław Niemen, pomyślałem. Lepiej mi było od razu nosić ze sobą wielki napis: WNUK ZMARŁEGO, KTÓRY ŁASKAWIE ZECHCIAŁ POJAWIĆ SIĘ NA JEGO POGRZEBIE PO LATACH NIEOBECNOŚCI. Nie czułem się w związku z tym komfortowo, ale też nie miałem zamiaru uciekać w popłochu. Już raz to zrobiłem. Postanowiłem, że jakoś przetrwam te ciekawskie zerknięcia, po których głowa wędrowała do głowy, żeby szepnąć słówko lub dwa. Przetrwam, bo nikt mnie tu na siłę nie ciągnął.
Początkowo w ogóle nie miałem zamiaru uczestniczyć w ceremonii, a jednak, ku memu zaskoczeniu, jakiś pierwiastek przyzwoitości, podsycany ledwo tlącym się płomykiem wdzięczności za to, co jednak dostałem w dzieciństwie, sprawił, że przyjechałem. Po powzięciu tej decyzji, ku memu zaskoczeniu, gdzieś z tyłu głowy zakiełkował nawet pomysł, żeby ponownie tu zamieszkać. Za takie natrętne myśli ganiłem się, bo nie po to stąd zniknąłem niemal dekadę temu, żeby teraz wracać na stare śmieci, do przeszłości, do tego wstydu, do tej kloaki, z której się wydostałem. Chociaż, z drugiej strony, on już nie żył. Nie żyła też kobieta. Kobieta, właściwie… Nie, nie umiałem sobie nawet wyobrazić, że wypowiadam to słowo na głos, już samo myślenie o niej w ten sposób obrzydzało mnie.
Kiedy tylko jej obraz stanął mi przed oczyma, opuściłem głowę. Ciekawe, czy dochowała tajemnicy, czy też z jakiegoś powodu przed śmiercią podzieliła się z kimś swoim sekretem? Wcale by mnie to nie zdziwiło. Cała armia psychologów nie byłaby w stanie wykorzenić ze mnie tego wstydu, gdyby te brudy wyszłyby na jaw. Ledwo radziłem sobie z tym, że tylko ja wiem, co zaszło. A może już nie?
Błądziłem oczami po obliczach zebranych, jakbym miał w ten sposób ustalić, czy znają prawdę. Nie wszystkich mogłem zobaczyć, jakby specjalnie tłoczyli się jak najbliżej siebie, szukając w bliskości ciepła w ten zimny styczniowy poranek. Nie, nie wiedzą, zapewniłem się w myślach, ale właściwie nie miałem podstaw, żeby tak sądzić. Nie, nie wiedzą, powtórzyłem sobie, niczym szczeniak liczący, że to zaklęcie, które koniecznie należy powiedzieć trzy razy, żeby zaczęło działać. Nie, nie wiedzą.
Ksiądz skończył. Nastąpiło jakieś poruszenie i odziany w czerń i biel kapłan z dwoma ministrantami i kościelnym opuścili krąg, żegnając się ze zgromadzonymi. Zanim się oddalił, zerknął jeszcze w moją stronę, ale chyba bardziej omiatał wzrokiem cmentarz, niż interesował się, kim właściwie jestem, aczkolwiek mogłem się mylić. To nie był stary proboszcz, który mógł mnie pamiętać z lekcji religii czy wizyt kolędowych, chociaż z drugiej strony, może ktoś doniósł mu o tym i owym, jak to na wiosce? Nie wariuj, świat nie kręci się wokół ciebie, starałem się sam siebie uspokoić.
W tym czasie duchowny i jego nieletni pomagierzy szybkim krokiem odchodzili, bez patrzenia za siebie, pewnie poganiani kuszącą perspektywą rychłego ogrzania się. Żałobnicy również zaczęli opuszczać cmentarz. Kiedy oddalali się od grobu, kilkoro z nich już nie siliło się na finezję, żeby niby przypadkowo rzucić na mnie okiem, tylko otwarcie patrzyli w moją stronę tak długo, aż musiałem się odwrócić, gdyż zaczynałem walczyć z myślą, że należy się im ukłonić. Wiedziałem dobrze, że oni nie tylko patrzą, ale tym patrzeniem formułują zarzuty, że zostawiłem dziadka, że nie opiekowałem się nim, że nie zadbałem o sprawy związane z pochówkiem, że nawet nie miałem odwagi przyjść do kościoła i jak mężczyzna pożegnać najbliższego krewnego. Jedynego krewnego. W miejscowościach takich jak ta informacje rozchodzą się szybko, a suche, czasem nudne fakty z każdym powieleniem stają się bardziej barwne, soczyste i dramatyczne. Wiedziałem to. Tyle lat tu mieszkałem. Starałem się jednak o tym nie myśleć, ale niemyślenie o tym jest łatwe daleko stąd, zaś tutaj staje się trudne, jeżeli nie niemożliwe. To oczywiste, że te oskarżenia były niesprawiedliwe, a jednak nie mogłem się bronić, ponieważ musiałbym zdradzić głęboko skrywaną tajemnicę rodzinną, ta zaś pogrążyłby mnie jeszcze bardziej. Wiedząc to wszystko, stałem tam, czując się jak bohater greckiej tragedii.
W końcu wszyscy poszli i mogłem podejść do grobu, gdzie za stertą kwiatów i wieńców stał wbity w ziemię krzyż z przyczepioną do niego tabliczką, na której było napisane: „Albert Powój 20.09.1920 – 02.01.2010 Niech spoczywa w pokoju”.
Kiedy byłem dzieckiem, myślałem, że jego śmierć będzie najstraszniejszym dniem mojego życia, teraz jednak nie czułem zupełnie nic, tylko patrzyłem na trumnę i wciągałem nosem ten charakterystyczny, ciężki pogrzebowy zapach kwiatów i igliwia, którego nie można porównać z niczym innym. Nie myślałem zupełnie o tym, że dziadek umarł, że już go nie będzie. Właściwie stałem nad grobem nie wiadomo po co. Bo tak należało? Bo chciałem odhaczyć ten punkt?
– Moje kondolencje, jeszcze raz – odezwał się nagle ktoś za moimi plecami, a ja podskoczyłem wystraszony, jednak miałem nadzieję, że gruby płaszcz zamaskował trochę moją reakcję.
Jak spod ziemi pojawił się nieopodal niski, barczysty mężczyzna, który zdjął skórzaną rękawicę i wyciągnął do mnie pękatą dłoń.
– Dziękuję – odpowiedziałem i wymieniliśmy uścisk, z jego strony tak mocny, jakby była to jakaś próba sił, co mnie nie zdziwiło, ponieważ przybysz od dziecka miażdżył ludziom dłonie na powitanie, jakby chciał za wszelką cenę każdemu, kogo spotkał, zostawić pamiątkę w postaci pogruchotanych kości, mówiąc tym gestem, że może i jest niski, ale żartowanie z tego powodu nie skończy się dobrze.
– Wiedziałem, że będziesz – powiedział z przekonaniem mężczyzna, zwracając wzrok na stos wiązanek i wieńców.
Skrzywiłem głowę, zastanawiając się, skąd u mojego dawnego kolegi z dzieciństwa ta pewność.
– Cóż, wiesz…
– Spoko luz, nie musisz się tłumaczyć. Wiem, jak jest – zapewnił towarzysz i poklepał mnie po plecach.
– Nie… – zaciąłem się. – Widzisz, trochę spraw się nałożyło, a niektóre, no wiesz… o niektórych nie chcę mówić. To głupie, ale…
Dukałem, jakby jakieś poczucie winy plątało mi język, jednak w końcu opanowałem ten nagły paraliż.
– Przede wszystkim chciałbym ci podziękować, że zająłeś się pogrzebem. Jestem ci za to bardzo wdzięczny, naprawdę, dziękuję.
Wojciech Sporysz przytaknął, przyjmując wyrazy wdzięczności, nie próbując nawet umniejszać swojej roli w dopilnowaniu spraw związanych z pochówkiem, bowiem to właśnie on zajął się wszystkim, nie oczekując żadnego wsparcia z mojej strony. Musiałem przyznać, że zaskoczył mnie, ponieważ zapamiętałem go jako człowieka, który nie był do końca taki jak reszta kolegów, żeby nie powiedzieć, że kiedy wszedłem już w wiek adolescencji, to miałem go za opóźnionego w rozwoju, jak to się kiedyś mówiło. Nie wiedziałem, co mu dolegało, i w dzieciństwie nie stanowiło to wielkiego problemu, jednak dorastając, zacząłem zauważać, że przepaść intelektualna pomiędzy mną a nim wydawała się powiększać. Jednak patrząc z perspektywy czasu, możliwe, że mieliśmy wtedy różne cele i zwyczajnie zaczęliśmy się od siebie oddalać, a ja ten brak porozumienia zinterpretowałem jako deficyt intelektualny, co w końcu doprowadziło do tego, że przestaliśmy się w ogóle widywać.
Lecz to najwyraźniej była już przeszłość, ponieważ kolega z dzieciństwa znowu pojawił się w moim życiu, wchodząc do niego jakby tylnymi drzwiami. I to pod moją nieobecność. Dziwiło mnie, że pomimo różnicy wieku między nim a moim dziadkiem przez ostatnie lata z jakiegoś powodu nawiązała się nić porozumienia. Tłumaczyłem to sobie bliskim sąsiedztwem, gdyż nasze domy były oddalone od siebie może ze dwieście metrów. Z drugiej strony, Wojtek zawsze sprawiał wrażenie mało towarzyskiego i mimo że nie całkiem stronił od ludzi, to nie miał nigdy przesadnie wielu kumpli, chociaż umiał być towarzyski i lojalny w stosunku do tych, których dobrze znał. Albert zaś był stary i samotny, więc możliwe, że z tego powodu spędzali ze sobą wiele czasu. Istniała też możliwość, że mój kolega z dzieciństwa przypominał mu o mnie, wypełniając tym samym lukę po utraconym wnuku. Czyżby obaj pragnęli towarzystwa, jakiejś namiastki bliskości i właśnie to sobie zapewniali? Nie umiałem powiedzieć, ponieważ z Albertem nie miałem kontaktu od ośmiu lat, a wszystkie moje informacje pochodziły od Wojtka, kiedy telefonicznie poinformował mnie o śmierci dziadka, a przy okazji opowiedział mi, jakie stosunki łączyły ich w ostatnim czasie.
– Zostaniesz na wiosce? – zapytał mężczyzna i wlepił we mnie te napełnione nadzieją, dziecięce ślepia.
– Co? A, tak, przynajmniej przez jakiś czas tu pobędę. Doprowadzę do porządku sprawy z domem. Dochodzi tu chyba internet, nie? – zadałem pytanie i od razu go pożałowałem, domyślając się trochę poniewczasie, że z takim gadaniem wychodzę na palanta, wielkomiejskiego pana, który przyjechał nawiedzić kmiotów w wiosce i uczynić im honor, że w ogóle zniża się do rozmowy z nimi.
Jednak kolega nie wydawał się urażony, a jeżeli tak, to nie dał tego po sobie poznać.
– Nie no, wszystko śmiga u nas jak ta lala – zapewnił z dumą, uśmiechając się przy tym, jakby wyleciało mu z głowy, że stoimy nad świeżym grobem, co najwyraźniej sobie przypomniał, ponieważ błyskawicznie spoważniał i odchrząknął. – Super, że będziemy się mogli znowu spotykać.
– Mnie też to cieszy – potwierdziłem bez namysłu, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że brzmimy jak kumple z podstawówki, umawiający się na wspólną zabawę.
– To ja będę powoli spadał, wiesz, Sewek? – oświadczył Wojtek i poklepał mnie po ramieniu. – Trzym się.
– Cześć i dzięki jeszcze raz za… no wiesz – powiedziałem, kiwając głową w stronę grobu, a Wojtek przytaknął ze zrozumieniem, po czym podniósł rękę w geście pożegnania i zaczął slalom pomiędzy nagrobkami, żeby dojść do głównej alei.
Dostrzegając w oddali, jak zmierza w moją stronę grabarz ze swoim pomocnikiem, próbowałem wzrokiem objąć ogrom nekropolii, która w czasach mojego dzieciństwa, kiedy przychodziliśmy tu na grób ojca, była przynajmniej o połowę mniejsza. Najprawdopodobniej ponownie uciekałem myślami od pogrzebu, lecz wtedy, jak na zawołanie, zawiał wiatr i zagrał na celofanie, którym owinięte były kwiaty, przypominając mi, dlaczego tu jestem. Z powrotem skupiłem się na Albercie, ale już nie na fakcie, że odszedł.
Rozmyślałem, ile z niego jest we mnie i jak bardzo go przypominam. W naturalny sposób wróciłem do wydarzeń ostatnich miesięcy, które spowodowały trzęsienie ziemi w moim prywatnym życiu. Nienawidziłem dziadka, ale w równym stopniu też nienawidziłem siebie za to, co sam zrobiłem, i za to, że nad grobem próbowałem szukać dla siebie usprawiedliwienia, co było żałosne. Jak małe dziecko, które wdraża w życie swoje plany bez rozważenia za i przeciw, zebrałem w ustach ślinę i splunąłem na trumnę.
Po tym dojrzałym geście udałem się w stronę cmentarnej bramy.