Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Powroty przed zmierzchem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 stycznia 2026
37,99
3799 pkt
punktów Virtualo

Powroty przed zmierzchem - ebook

Nie wiesz, jak wytrwale może cię śledzić przeszłość...

Pewnego listopadowego wieczoru Małgorzata Muniak – młoda studentka – wraca z uczelni do rodzinnego domu. Nigdy tam jednak nie dociera. Gdy udaje się odnaleźć jej ciało, policja uznaje śmierć dziewczyny za nieszczęśliwy wypadek.

Razem z Małgorzatą pogrzebana zostaje także pamięć o niej – tylko jej kilkuletnia siostrzenica, Zosia Hajdas, nie potrafi pogodzić się z tym, co się wydarzyło.

Z biegiem lat Zosia coraz bardziej przypomina zmarłą ciotkę – zarówno z wyglądu, jak i z charakteru. Tak jak ona podejmuje studia w Krakowie, a po ich ukończeniu zatrudnia się w pubie. Pracowita i lojalna, szybko pnie się po szczeblach kariery, aż w końcu obejmuje stanowisko menedżerki prestiżowego lokalu. Tym samym wkracza w świat wielkich pieniędzy, brutalnych rozgrywek i nielegalnych interesów.

Zagubiona w obcym, bezwzględnym środowisku, odnajduje niespodziewane wsparcie w Jedynce – starszym, wpływowym mężczyźnie. Jednak wraz z nim do jej życia wkraczają także cienie przeszłości i rodzinne tajemnice. Te, które zbyt długo czekały, by ujrzeć światło dzienne…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-200-2
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kobieta bezwiednie kurczowo zaciskała palce na parapecie. Przed chwilą przed oknem przetoczył się autobus i za niedługo na wiejskiej drodze powinna pojawić się postać siostry. W głowie oczekującej Marty Hajdas, niczym modlitwa lub zaklęcie, wibrowały słowa: „Niech tylko wróci przed zmierzchem, niech tylko wróci przed zmierzchem, niech tylko wróci…”. Uporczywie wpatrywała się w widok rozpościerający się na zewnątrz. Lodowaty listopadowy deszcz wzmocniony porywistym wiatrem bezlitośnie smagał wiejską drogę. Prosty odcinek biegnący obok domu był jeszcze w miarę widoczny, ale niedaleki zakręt, zza którego powinna wyłonić się Małgorzata, tonął już w szarej zasłonie zmierzchu. Nagle twarz kobiety pojaśniała. Przez mgnienie wydało jej się, że w nadciągającym mroku widzi ludzką sylwetkę. Wytężyła wzrok, by nakarmić swoją nadzieję, lecz deszcz pomieszany z szarością zamazywał kształty.

– Marta, cego znowu tuptos koło tego łokna. Gośka robi co chce, pewnie znowaś nie wróci na noc. – Szorstki, suchy głos przerwał zastygłą ciszę. – Od cterech lot nic nie robis ino wypatrujes za nią ocy.

Kobieta odruchowo odwróciła twarz w stronę wchodzącego do pokoju męża. W poświacie zapadającego zmierzchu widziała tylko zarys wysokiej, mocno zbudowanej, lekko przygarbionej sylwetki. Mężczyzna zdawał się wypełniać swoją osobą całą przestrzeń pokoju. Z nieskrywaną nieżyczliwością dodał:

– Downo powinna sie była wyprowadzić, juz nie jest dzieckiem, wystorcojonco jej matkowałaś.

Marta nic nie odpowiedziała i szybko wróciła spojrzeniem do widoku za oknem. Jednak chwila jej nieuwagi była dostatecznie długa, by wyimaginowana sylwetka rozpłynęła się w zapadającym zmierzchu. Nie było nikogo. Pustą drogą nadciągała zimna, intensywna czerń, targana podmuchami rozszalałego wiatru. Kobieta doznała uczucia, jakby ta ciemność zza okna przenikała chłodem do jej ciała. Nie znosiła kiedy siostra wracała po zmierzchu, zwłaszcza przy tak okropnej pogodzie. Do tego Gosia niedawno wyznała jej w sekrecie, że się zakochała, a Marta ze swoich doświadczeń aż za dobrze wiedziała, że miłość to tylko ulotne mgnienie szczęścia, które docelowo przynosi ból, problemy i kłopoty. Zadygotała ze zdenerwowania i szczelniej okryła się swetrem.

– Chodź do kuchni, bo wiater zawiewo od łokna, trza przed zimą ogacić. – Paweł Hajdas zauważył drżenie żony i znalazł, jak zwykle, proste rozwiązanie.

Marta wzdrygnęła się mimowolnie na mężowskie słowa. Dla niego wszystko sprowadzało się do przyziemnych, codziennych spraw, jakby tylko one istniały. Dwadzieścia lat starszy od niej mężczyzna uczuć albo nie posiadał, albo nie umiał okazywać. Nie ona jego wybrała za męża i może dlatego była mu niewierna. Ten jeden jedyny raz, kiedy dała się uwieść, pozwoliła sobie wtedy spróbować, jak smakuje miłość, i doświadczyła chwilowej, niewypowiedzianej rozkoszy. Bezwiednie wróciły do niej obrazy tamtego zdarzenia. Wpatrzone w nią cudne brązowe oczy, miękkie muśnięcia warg, mocne dłonie pieszczące z najwyższą uwagą każdy skrawek jej ciała i to wszechogarniające uczucie niebytu. Wtedy czuła się najważniejsza, kochana, uwielbiana. Nie przez męża, bo on nie odczuwał potrzeby dostarczania jej takich doznań, ale czy wiedział, że dał jej to ktoś inny? Cudowny mężczyzna, którego urokowi nie potrafiła się oprzeć, jej ojczym, a ojciec Małgorzaty. Marta z przytłaczającym ją, nieustannie obecnym poczuciem winy, szybko przepędziła słodkie wspomnienia. Chociaż starała się wyrzucić je z pamięci, pojawiały się samoistnie, wciąż przypominając jej, że popełniła ciężki grzech i poniesie za niego zasłużoną karę.

Ponieważ żona zapatrzona w ciemność za oknem zdawała się nie słyszeć jego słów, Paweł dodał znacznie ostrzej:

– Marta, ocknij się. Zwierzęta trza nakormić. Niech ci Zośka pomoze. Ta tyz ino w tych ksiożkak siedzi. Zarozki do szkoł ucieknie. Bedzies za nastepną ocy wypatrywać.

Z jawną dezaprobatą dodał:

– Po co dziewusze szkoły? Chłopa dobrego i dzieci rodzić, a nie jak Gośka po świecie sie włócyć. Twoja siostra głupio robi. Miała wybornego konkurenta, Stasek robotny i uczciwy, do tego świata poza nią nie widzi, a ta go odprawiła. Sama nie wie, cego suko, chyba ino wiatru w polu, cołkiem od ziemi oderwano. Ty lepi pilnuj, coby sie Zośka w nią nie wdała.

Marta odkleiła się od okna i przechodząc obok męża, pomyślała, że choć nigdy tego nie wyraziła głośno, w tej kwestii w pełni się z nim zgadza. I siostrę, i córkę najchętniej zamknęłaby w bezpiecznej przestrzeni wiejskiej chałupy, aby czyhające tuż za zakrętem zagrożenia ciągle zmieniającego się, wabiącego urokami świata nie miały możliwości ich spotkać.

Tej nocy, leżąc w łóżku obok śpiącego głębokim snem mężczyzny, nie zmrużyła oka, podrywała się z pościeli na każdy szmer za oknem, z nadzieją, że siostra wraca. Ale to tylko listopadowa szaruga odprawiała swe harce, zrywając linie energetyczne, uszkadzając dachy i nawołując uśpione demony.

Małgorzacie zabrakło pięciu kilometrów, by się schronić w bezpiecznym cieple siostrzanego domu i odrobiny szczęścia, by przeżyć.

***

– Witaj, Zosiu. Jak tam sprawy na uczelni, kiedy obrona?

Dziewczyna była zdziwiona zachowaniem pracodawców. Jadwiga i Karol Bednarzowie poprosili ją do biura tuż po skończonej przez nią zmianie, zaproponowali kawę, a teraz siedzieli naprzeciwko i wpatrywali się w nią uważnie. Za oknem późny maj szalał bujną roślinnością, a Zosia kończyła właśnie studia pedagogiczne.

– Myślę, że w czerwcu, praca jest już u promotora, czekam na końcową opinię – odpowiedziała cichutko onieśmielona ich obecnością. Do tej pory wszystkie sprawy załatwiała z pracodawczynią, jej męża spotykała czasem w biurze sklepu, zazwyczaj był zajęty przeglądaniem dokumentów.

Jadwiga uśmiechnęła się do niej życzliwie i kontynuowała wypytywanie:

– Jakie plany na przyszłość? Masz już zapewnioną pracę? Zostajesz w Krakowie czy wracasz do siebie? – Nie czekając na reakcję dziewczyny, Bednarzowa snuła dalej swoją wypowiedź: – Wiesz, Kraków to jednak duże miasto, inne perspektywy, otwierające się możliwości, łatwiejsze życie. Dla młodych ludzi po studiach idealna przestrzeń do rozwoju.

Zosia mimowolnie uciekła spojrzeniem za okno. Tuż za nim rosły wysokie drzewa. Świeża, nakarmiona nocnym deszczem, jeszcze nie stłamszona wyziewami samochodów zieloność pyszniła się w pełnym słońcu. W środku miasta wiosna była taka piękna, co dopiero w jej rodzinnej wiosce. Pomyślała, że jeszcze miesiąc i będzie musiała tam wrócić na stałe. Po pięciu latach ciekawego, emocjonującego, interesującego życia wróci do spokojnego, nudnego bytowania na wsi z poczuciem klęski. A jeszcze rok wcześniej, zakochana bezgranicznie w Przemku, była pewna, że pojawi się tam tylko po to, by zaprosić rodzinę na wesele. Wysoki, atrakcyjny, towarzyski, o rok starszy student ekonomii zdawał się odwzajemniać jej uczucia i być idealnym kandydatem do założenia rodziny. Co prawda deklaracji żadnych nie składał, ale za to wykorzystywał każdą nadążającą się sytuację, by zostawać z nią sam na sam i wprowadzać ją w tajniki cielesnych doznań. A potem skończył studia i wyjechał, powiedziawszy na pożegnanie wpatrzonej w niego Zosi, że „miło było”. Więcej się nie odezwał, a ona została w Krakowie, początkowo ze złamanym sercem, a potem z przeświadczeniem, że nie powinna była w ogóle na niego marnować czasu.

Na tych dywagacjach błyskawicznie minął jej rok i teraz oto kończyła studia, nie mając żadnych perspektyw, poza powrotem na wieś. Pomyślała, że chociaż mama będzie szczęśliwa, bo w końcu zamknie ukochaną, ciągle uciekającą w świat córkę w bezpiecznej, ograniczonej, monotematycznej przestrzeni rodzinnego domu.

– Zosiu, to miasto jest stworzone dla takich jak ty. Nie chcesz tu znaleźć miejsca dla siebie? – Pytanie Bednarzowej zawisło w powietrzu.

Zaskoczona dziewczyna ocknęła się ze swoich rozmyślań, popatrzyła wprost na siedzące naprzeciwko małżeństwo i zapytała:

– Ale jak? Na koniec czerwca muszę zwolnić akademik, natomiast wynajęcie mieszkania jest potwornie drogie. Nie stać mnie na to.

– Możesz pracować dla nas – odezwał się po raz pierwszy Karol.

W tym małżeństwie to Jadwiga była od prowadzenia rozmowy. Jej mąż wypowiadał się rzadko, zazwyczaj na konkretne tematy. Z tego, co się Zosia zorientowała, to jednak on zajmował się całą logistyką prężnie działającego biznesu, który prowadzili wspólnie z małżeństwem Walczaków.

– To, co zarabiam, nie wystarczy. – Zosia praktycznie od pierwszego roku studiów dorabiała u nich w sklepie. W ten sposób mogła utrzymać się na uczelni, pomagała też finansowo mamie.

– Oczywiście zdajemy sobie z tego sprawę, dlatego mamy dla ciebie konkretną ofertę. Dobrze płatną, stałą pracę na pełny etat, oczywiście z ubezpieczeniem i urlopem – zakomunikowała z serdecznym uśmiechem Jadwiga i zamilkła na chwilę, chcąc wzbudzić zainteresowanie dziewczyny, po czym dodała: – Potrzebujemy uczciwego, pracowitego, zaangażowanego menadżera do kierowania pubem.

– Bardakiem? – wyrwało się mimowolnie Zosi, zaczerwieniła się zażenowana i dodała szybko. – Przepraszam.

Pracodawczyni roześmiała się głośno.

– Absolutnie się nie stresuj, doskonale wiemy, że taka nazwa egzystuje. To pozostałość po stołówce studenckiej, która tam była. Nie cieszyła się dobrą opinią, dlatego też ją zlikwidowano. – Bardak to inaczej po prostu wielki bałagan. Moim zdaniem idealne określa obecny stan rzeczy w tym miejscu. – Zaśmiała się znowu i stwierdziła: – Patrz, jaka ta dzisiejsza młodzież inteligentna, jednym słowem: dosadnie zdiagnozowali sytuację ekonomiczną pubu. Wiesz, Zosiu, obecnie prowadzi go nasz wspólnik, Jerzy Walczak, i odnoszę wrażenie, że jest tam totalny brak organizacji. Od lipca lokal przechodzi pod moje wyłączne zarządzanie, co udało mi się uzyskać, oczywiście nie bez oporu wspólników. Moim zdaniem przestrzeń ma niesamowity potencjał i chcę ją całkowicie odmienić.

Jadwiga zdawała się zachwycona perspektywą przejęcia pubu i z pełnym przekonaniem, jakby przedstawiając rzecz prostą i oczywistą, roztaczała swoje wizje.

– Planuję zrobić remont kapitalny. Wstawić stoły bilardowe, zakupić szachy, lotki, wprowadzić prasę do wypożyczania. Będzie można napić się dobrej kawy, poczytać, spędzić miło czas. To będzie czyste, przyjazne i modne miejsce spotkań studenckich.

Zosia mało co nie parsknęła śmiechem. Bardak przestrzenią kulturalną, oj, to trzeba mieć albo wielką wyobraźnię, albo brak rozeznania w sytuacji. Była w pubie parę razy na piwie ze znajomymi. Lokal postrzegany był jedynie jako idealna miejscówka do szybkiego, taniego upicia się. Lokalizację miał wyśmienitą, ale żadnych atrakcji, a fatalna obsługa i kiepska jakość serwowanych trunków powodowały, że przeważnie świecił pustakami. Ona miałaby to w cudowny sposób odmienić? Przecież nawet piwa nie umiała nalewać, nie wspominając o kierowaniu ludźmi czy innych umiejętnościach.

Jadwiga chyba czytała jej w myślach, ponieważ nie zrażając się milczeniem swojej pracownicy, z niesłabnącym entuzjazmem i przekonaniem kontynuowała:

– Zosiu, kończysz pedagogikę, więc nauczono cię podstaw psychologii i zarządzania grupą. My jesteśmy bardzo zadowoleni z twojej pracy. Jesteś młoda, pracowita, pełna energii, wniesiesz w to miejsce nową jakość. Ponadto doskonale znasz środowisko studenckie, podpowiesz nam, co należy zmienić, ulepszyć, zmodernizować. To przeobrażanie pubu to będzie nasza wspólna praca. Poza tym na rok możemy załatwić ci pokój w akademiku, co wyjdzie znacznie taniej i nie będziesz musiała wracać nocami. Więc jak będzie, rozważysz naszą propozycję? Och, jeszcze kwestia wynagrodzenia, ale nie martw się, jest atrakcyjne.

Podana przez nią kwota była dla dziewczyny oszałamiająca, tylko że ta praca była bez perspektyw, obciążona dużym prawdopodobieństwem wpadnięcia w pułapkę iluzorycznego, nocnego życia. Czy warto było się w to wplątywać?

– Ale to musiałabym chodzić na noce? – upewniła się jeszcze Zosia.

– Tak, codziennie oprócz niedziel, bo wtedy ruch jest słaby i może cię ktoś zastąpić, od godziny dwudziestej do zamknięcia. Cóż, praca nielekka, klient niełatwy, ale i wynagrodzenie niemałe – oświadczyła stanowczo Bednarzowa, ucinając ewentualne negocjacje na temat godzin pracy lub wynagrodzenia, do tego z taką pewnością, jakby dziewczyna już wyraziła zgodę.

– Zosiu, bardzo się cieszę na naszą współpracę – dodał życzliwie Karol. – Czekamy na odpowiedź do jutra, bo trzeba ci pokój na wakacje zapewnić, a sama wiesz, że kierowniczki akademików są trudne w rozmowach.

Dziewczyna poczuła się osaczona. Nie o takiej pracy marzyła, ale może na rok? Zaoszczędzi trochę pieniędzy, by zabezpieczyć się finansowo, nauczy się angielskiego, a w międzyczasie będzie wysyłać CV i szukać normalnego zajęcia. Nie wiedziała, czy to dobry wybór, natomiast była pewna, że na wieś absolutnie nie chce wracać. Pożegnała się grzecznie z Bednarzami, przeszła przez ulicę i już była w swoim pokoju w akademiku. Od dwóch lat dzieliła go z Baśką, najlepszą przyjaciółką od drugiego roku studiów. Tak bardzo chciała ją zapytać o radę, ale współlokatorka była w Szwecji i tam zamierzała układać sobie życie. Totalnie zakochana wyjechała z mężczyzną, który był w wieku jej ojca, a do Krakowa miała wrócić jedynie na obronę pracy magisterskiej. Zosia rzuciła się na łóżko i zaczęła rozpaczliwie szlochać. To wszystko było dla niej za trudne i okropnie bolesne. Zbliżający się koniec studiów, przymus podejmowania poważnych życiowych decyzji, brak miłości i jeszcze to, że wszyscy znajomi z roku się rozjadą. Nie chciała się z nimi rozstawać, niektórzy byli bliżsi niż rodzina. Oni mają swoje plany na życie daleko stąd, wyjadą, a ona zostanie sama. „Przynajmniej w Krakowie”, przeszło jej przez myśl, co było równoznaczne z zaakceptowaniem propozycji Bednarzów. Ocierając łzy, pomyślała, że Basi tu nie ma, ale by choć chwilowo zagłuszyć bolesny niepokój, może przecież wypić wino z Luśką. Śmiały się zawsze, że piją we trzy w samotności. Nikt tego powiedzonka nie rozumiał, poza nimi. Bo one lubiły być ze sobą we trzy. Plotkować, snuć plany, śmiać się, pić wino. Nie były tak ze sobą związane, by dotykać osobistych zwierzeń, ale były wystarczająco blisko, żeby uwielbiać te spotkania.

Zapukała do pokoju Luśki i Bartka. Panowała niczym niezmącona cisza. Albo ich nie było, albo chcieli być sami. Zosia poczuła się rozczarowana i opuszczona, wróciła do siebie, wyciągnęła butelkę wina i dała się ponieść łzom oraz wspomnieniom.

Cały pierwszy rok studiów dojeżdżała na uczelnię. Nieśmiała, zaprogramowana katalogiem rodzinnych nakazów i przekonań, zagubiona w wielkim mieście ciężko nawiązywała kontakty. A ona pragnęła zamieszkać w Krakowie, zaistnieć w grupie, zintegrować się z ludźmi. Przemeldowała się do wujka w poznańskim i bez problemu dostała miejsce w akademiku na drugi rok studiów, a w międzyczasie propozycję, by pojechać z ludźmi z roku jako instruktor dla pierwszoroczniaków na obóz w Bieszczady.

Ten wyjazd zmienił wszystko. Zosia poczuła, jak smakuje bliskość grupy. Wspólne posiłki, zawody, śmiech, śpiew, niewyspanie, alkohol. Było cudnie. To nie była miłość, ale taka więź, że chciało się żyć, marzyć, że wszystko zdawało się możliwe, tak jak w przypadku Luśki i Bartka. Obydwoje przyjechali do Krakowa z małych miejscowości z zachodniej Polski. Mieszkali niedaleko od siebie, ale poznali się dopiero na studiach. Ludmiła, czyli po prostu Luśka, wysmukła, radosna dziewczyna, pochodziła z bogatej rodziny uprawiającej duże gospodarstwo rolne. Zaręczona była z miłym, przystojnym i bogatym sąsiadem. Rodzice nie pojmowali, po co córka, zamiast planować ślub, wybrała się na studia tak daleko od domu. Ona też nie wiedziała, po prostu chciała poznać trochę życia. A może spotkać kogoś, kto byłby przeciwieństwem jej narzeczonego?

Na początku studiów Ludmiła z dumą nosiła zaręczynowy pierścionek i regularnie jeździła do domu, udając, że nie dostrzega adoracji kolegi z roku. A temu przesłoniła cały świat. Bartek, trochę taki kanciasty – i z urody, i z zachowania – bez pieniędzy i dobrze rokujących perspektyw, wiedział, że jest bez szans, ale jego serce mówiło mu, że albo ta, albo żadna. Dziewczyna piękna, dobrze sytuowana i zaręczona. Cóż on mógł jej dać? Tylko swoją miłość i marzenia. Charakter miał mocny i równie mocne było jego uczucie, bo zauroczył wybrankę swojego życia całkowicie. Z początku trochę to ukrywając, a potem całkiem jawnie, zaczęli spędzać ze sobą każdą wolną chwilę. Pod koniec pierwszego roku Luśka zerwała zaręczyny i po wielkiej rodzinnej awanturze wyjechała na obóz w Bieszczady, oczywiście ze swoim ukochanym Bartkiem. Teraz mogli już bez przeszkód tulić się ciągle do siebie i szeptać czule „Lusia” i „Busio”.

Reszta grupy podśmiewywała się z tych zdrobnień, ciągłego przytulania się do siebie, ale tak naprawdę mocno kibicowała zakochanej parze i jakby integrowała się wokół nich, czerpiąc radość z przebywania w swoim towarzystwie, którą zachowali na następne lata. Potrafili spontanicznie zebrać się w kuchni akademika i przez całą noc śpiewać piosenki i smażyć naleśniki. Co najlepsze, bez grama alkoholu, czyli w przypadku studentów – prawdziwy wyczyn. Na studiach podrzucali sobie ściągi, robili za siebie zadania, podpowiadali odpowiedzi. Wyjeżdżali razem w góry, urządzali wspólnie imprezy, robili sobie nawzajem czasem śmieszne, a czasem głupie psoty. Ale kiedy trzeba było, zawsze stali za sobą murem. A teraz kończyli piąty rok i zaraz rozjadą się do domów.

_Dalsza część dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij