Poza Scenariuszem - ebook
Lucy Crowe zarabia na życie sprzątając po skandalach gwiazd Hollywood – dyskretnie, profesjonalnie i z sercem pod kluczem. Nic nie przygotowuje jej na Ariela Devereux: złego chłopca ekranu, który jednym uśmiechem rozwala każdy plan. Seraph Entertainment wciska jej trzymiesięczny kontrakt na „odświeżenie” jego wizerunku. Lucy spodziewała się arogancji i chaosu. Nie spodziewała się, że Ariel okaże się bezwstydnie czarujący, frustrująco nieprzewidywalny i stanowczo za blisko jej granic – na czerwonych dywanach, w garderobach premier i w szeptanych skandalach. Ich zawodowa umowa szybko zamienia się w walkę o kontrolę: ona ma go oswoić, on ma ją złamać. Ale gdy flesze gasną, granica między strategią PR a prawdziwym pożądaniem zaczyna się zacierać...
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 6,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Trzy minuty zapasu.
Według prywatnej definicji Lucy Crowe — czyli prawie spóźniona.
Szklane drzwi Seraph Entertainment rozwarły się przed nią z cichym westchnieniem klimatyzacji i Lucy weszła, nie zwalniając. Poranne słońce przez chwilę złapało jej włosy — jasne końcówki rozjarzyły się na sekundę, zanim budynek je połknął. Obcasy uderzyły w marmur i wystukiwały własny rytm, oddzielny od całego tego biurowego zgiełku: konkretny, równy, nieprzejednany. Grafitowy garnitur opinał ją w dokładnie właściwych miejscach — ramiona, talia, dół marynarki. Żadnego luzu, który mógłby sugerować przeprosiny.
Na tablecie miała już materiały. Asystentka wiedziała, jak działa Lucy.
_Ariel Devereux._
Podczas jazdy Uberem przewijała jego filmografię, w myślach katalogując każdą okładkę magazynu, każdy viralowy wywiad, każdą szeptaną plotkę krążącą po kręgach talentów w LA. _Midnight in Manhattan_ zrobiło z niego złote dziecko Hollywood. _The Last First Date_ przypieczętowało status najbardziej kasowego amanta w branży. Facet sprzedawał bilety — z tym nie dało się dyskutować.
Cała reszta?
Czterech agentów w dwa lata. Każde rozstanie owinięte w „profesjonalne" formułki, które ledwo maskowały prawdę: był trudny, wymagający i, według szeptanej poczty, wyjątkowo niechętny temu, by reprezentowały go kobiety.
Lucy poczuła, jak szczęka lekko jej się zaciska. Zwolniła nacisk, zanim zdążył stać się czymś widocznym.
Miała do czynienia z gorszymi przypadkami.
Dużo gorszymi.
Winda otworzyła się na siódmym piętrze. Skrzydło konferencyjne Seraph — marmur z cienkimi złotymi żyłkami pod stopami, na ścianach abstrakcje, które szeptały o pieniądzach, zamiast nimi krzyczeć. Lucy przeszła przez nie bez zwalniania.
Ben Smith czekał pod salą konferencyjną numer trzy.
Znała ten rodzaj postawy — garnitur wiszący trochę za luźno na ramionach, barki ściągnięte do środka, wzrok przyklejony do zamkniętych drzwi.
– Cześć – wydusił, gdy się zbliżyła.
Słowo zabrzmiało jak papier zmoczony w wodzie.
Lucy wyciągnęła dłoń. – Ben.
Uścisnął ją słabo, po czym znowu zerknął na drzwi. – Ariel może nie być zachwycony.
Uniosła brew. Nie powiedziała nic — wystarczająca zachęta.
– Poprosił o najlepszego agenta. – Ben przejechał dłonią po coraz rzadszych włosach. – _Mężczyznę._ Wprost zaznaczył to w umowie. _Dwa razy._
_Oczywiście, że tak._
Lucy niemal widziała Angelicę Reynolds, jak czyta ten zapis — te przeszywająco niebieskie oczy zwężające się za biurkiem, gdy sens żądania dociera do niej w pełni. Angelica nie tolerowała seksizmu przemycanego pod przykrywką _„profesjonalnych preferencji"_.
Nigdy.
Zbudowała Seraph z niczego, w branży, która chętnie przeżuwała ambitne kobiety i wypluwała je, gdy tylko próbowały wspiąć się wyżej.
_Udowodnię ci, że się mylisz_ — to był firmowy motyw Angeliki. Ktoś podważał jej decyzję? Podkręcała stawkę. Ktoś odrzucał jej ludzi ze względu na płeć? Wysyłała mu najlepszą osobę, jaką miała.
Którą — ku nieszczęściu uprzedzeń Ariela Devereuxa — była Lucy.
– Uściślił, dlaczego koniecznie _mężczyzna?_ – zapytała, głos równy jak biurko przed spotkaniem.
Ben przeniósł ciężar z nogi na nogę.
– Twierdzi, że lepiej dogaduje się z facetami. Że kobiety w tym biznesie są zbyt _emocjonalne,_ za bardzo zafiksowane na romantycznym wizerunku, a za mało na strategii kariery. – Skrzywił się. – Jego słowa, nie moje.
– Aha. Jeden z tych.
– Słuchaj, nie bronię go. – Ben ściszył głos, mimo że korytarz był pusty. – Ale będzie stawiał opór. Mocno. Myśli, że urok osobisty może zastąpić zwykłą przyzwoitość. A kiedy czar nie działa, robi się kąśliwy.
Tablet zawibrował w jej dłoni. Wiadomość od Victorii, szefowej PR:
_Gotowa reanimować kolejnego upadłego anioła? Ten ma skrzydła ze szczerego złota i charakter z czystego kwasu._
Lucy powstrzymała uśmiech. Victoria zawsze miała dar do słów.
– Doceniam ostrzeżenie. – Głos zmienił się nieznacznie — ta stalowa nuta owiniętą w aksamit, której nauczyła się przez lata domykania negocjacji ze studiami próbującymi zaniżać honoraria jej klientów. – Ale Angelica nie bez powodu przypisała mi ten kontrakt. Jeśli pan Devereux ma zastrzeżenia do moich kwalifikacji, możemy je omówić bezpośrednio.
– Twój pogrzeb. – Ben wysilił się na blady uśmiech. – Tak między nami: prawdopodobnie jesteś jedyną osobą w Seraph, która może go ogarnąć. Jeśli ktokolwiek zdoła przebić się przez tę zbroję, to ty.
Drzwi sali otworzyły się nagle. Zajrzała młoda asystentka — spięta, wyraźnie świeżo po starciu z kimkolwiek siedział w środku, z tym konkretnym wyrazem twarzy, który Lucy rozpoznawała: człowiek, który właśnie zdał sobie sprawę, czego się podjął.
— Pani Crowe? Pan Devereux jest gotowy.
Lucy poprawiła marynarkę. Portfolio pod pachę.
Znała muzyków, którzy dostawali szału z powodu złej marki wody mineralnej. Aktorki żądające prawa veta do każdego słowa w scenariuszu. Komika, który nadał na żywo własną interwencję policji, a potem pytał agenta, czy to dobrze zrobiło jego wizerunkowi.
_Jak trudny mógł być jeden aktor od komedii romantycznych?_
Ben zapukał dwa razy i popchnął ciężkie dębowe drzwi.
Sala konferencyjna rozciągała się przed nimi — okna od podłogi do sufitu, panorama Los Angeles zalana porannym słońcem, meble kosztujące więcej niż większość samochodów na tym parkingu, przestrzeń wystarczająca na kameralne wesele. Seraph nie robiło nic na pół gwizdka.
Przy oknach, na kremowej skórzanej sofie, siedział Ariel Devereux
Jedna ręka swobodnie oparta o oparcie, nogi lekko rozstawione, telefon uniesiony pod kątem, który Lucy rozpoznała natychmiast. Scrollowanie. Na spotkanie z nowym agentem człowiek po prostu scrollował.
Podniósł wzrok.
Niebiesko-zielone oczy — dokładnie takie jak na zdjęciach, chociaż fotografie nie oddawały tej konkretnej temperatury spojrzenia. Wsunął telefon do kieszeni jednym leniwym ruchem i rzucił w stronę Lucy gest, który technicznie był wskazaniem, a w praktyce bliższy był machaniu ręką na kogoś w polu widzenia.
– Ben. – Akcent uderzył od razu — ostre, brytyjskie samogłoski wtłoczone w swobodną amerykańską frazę. – To jest ten najlepszy agent z Seraph?
Wstał.
Jeden płynny ruch i nagle sala konferencyjna była odrobinę mniejsza. Co najmniej metr dziewięćdziesiąt, ramiona wypełniające idealnie skrojony granatowy garnitur tak, jakby uszyto go na miarę jego barków, a nie ciała. Ciemny blond łapał światło — ułożony w ten starannie niedbały sposób, który zawsze zdradza godziny pracy stylisty. Szczęka prosta, kąciki ust lekko uniesione, jakby wszystko, co widzi, bawi go odrobinę bardziej, niż pokazuje.
Skrócił dzielącą ich odległość. Wyciągnął dłoń.
– Lucy Crowe.
Uścisk mocny, czysto formalny. Ani grama ciepła. Puścił jej dłoń i odwrócił się do Bena. Ledwo subtelny ruch — ta niewerbalna wymiana między mężczyznami, przeprowadzona w założeniu, że kobieta albo nie zauważy, albo nie skomentuje.
Lucy zauważyła.
Zawsze zauważała.
– Zgadza się. – Głos spokojny, zawodowy. – Jestem najlepszym agentem w Seraph. Sama szefowa mnie wybrała.
Mięsień przy skroni Ariela skoczył. Drobny, szybki — ale tam był. Pierwsza rysa na idealnej fasadzie.
– Tylko widzi _pani…_ – zmarszczył brwi, a w głosie pojawiła się irytacja ledwo okryta brytyjską uprzejmością. – Prosiłem o _mężczyznę._ – Jego spojrzenie prześlizgnęło się po niej raz jeszcze, tym razem bez nawet pozoru dyskrecji. – A pani na pewno nim nie jest.
Słowa zawisły w powietrzu.
Ben przy drzwiach niespokojnie się poruszył. Pewnie w myślach szacował odległość do wyjścia awaryjnego.
Lucy utrzymała spojrzenie Ariela. Nie mrugnęła pierwsza. Znała ten typ — mężczyzn, którzy mylą „preferencje" z uprzedzeniami i ubierają seksizm w firmowy żargon, oczekując, że wszyscy przytakną dla świętego spokoju.
– Moja płeć _nie ma_ znaczenia. – Każde słowo osobno, jak podpis pod każdą klauzulą umowy. – Liczą się _umiejętności._
– Zobaczymy. – Skrzyżował ramiona, materiał napiął się na barkach. – Prosiłem _o najlepszego._
– Dobrzy agenci wiedzą, jak przechodzić przez ogień. – Zrobiła pauzę. – Albo przez czyjeś ego.
Jego perfekcyjny uśmiech — ten z plakatów filmowych, wyćwiczony do milimetra — pojawił się i nie sięgnął oczu nawet o centymetr.
– W porządku. Sprawdźmy to. Zakładam, że Seraph wie, co robi.
Lucy przełknęła ripostę. Kontrakt, który pięknie będzie wyglądał w jej portfolio, niezależnie od tego, co sądziła o człowieku do niego przyczepionym.
— Oczywiście. — Lekkie skinięcie głową.
Ariel przesunął się w stronę stołu konferencyjnego, muskając palcami wypolerowaną powierzchnię.
— Trzy miesiące. — Odwrócił się, ustawiony tak, żeby okno było za nim. Ktoś, kto doskonale zna swoje kąty. — Jeśli po trzech miesiącach współpraca nie będzie działać, _wypada_ pani z gry.
Czekał.
Lucy widziała to w tym drobnym bezruchu — noga lekko wysunięta, ramiona swobodne, cała poza kogoś, kto spodziewa się odpowiedzi i już ją zna.
— Jasne.
Jedno słowo, bez ozdobników.
Coś przesunęło mu się w twarzy — krótkie, natychmiast schowane. Kącik ust, może. Albo linia szczęki, która przez sekundę straciła pewność siebie.
— Świetnie. — Rzucił krótko. — Zakładam, że przejrzała pani moje kontrakty.
– Każdy. – Podeszła do stołu, odłożyła portfolio z namysłem, otworzyła na właściwej stronie. – Włącznie z umową z Montblanc, która traci pieniądze przez fatalne pozycjonowanie marki, oraz opcją franczyzy, która wiąże pana z sequelem, którego — o ile dobrze czytam między wierszami — zrobić pan nie zamierza.
Oczy Ariela zwęziły się. – Ben o tym wspominał.
– Ben wspominał o tym trzy miesiące temu. – Przesunęła w jego stronę zestawienie. – Mam już przygotowaną propozycję wypowiedzenia dla Montblanc, zabezpieczającą przed karami umownymi, oraz wstępnie wynegocjowane warunki z wytwórnią w sprawie sequela.
– Bez konsultacji ze mną? – Lód w głosie pojawił się szybko.
– _Wstępne_ warunki. – powtórzyła spokojnie. – Nic nie zostało podpisane. Ale jeśli woli pan spędzić następne trzy miesiące odrabiając lekcje od zera, zamiast budować na gotowych fundamentach — możemy tak też zrobić.
Cisza między nimi rozciągnęła się jak naciągnięta lina.
Ben za jej plecami chrząknął.
– No dobrze. To… chyba was zostawię.
Zamek w drzwiach kliknął.
Ariel przyglądał jej się przez stół — bez tej wyćwiczonej otoczki uroku. Pod nią kryło się coś ostrzejszego, coś, co Lucy odnotowała i schowała do kieszeni na później.
– Jest pani pewna siebie.
– Jestem po prostu dobra.
Kącik jego ust drgnął. Ledwo — ale drgnął.
– Trzy miesiące, pani Crowe.
– Trzy miesiące, panie Devereux.
Obcasy uderzyły w marmur lobby — tym razem nieco za mocno, rytm szybszy niż przy wejściu. Parkingowy oddał Lucy kluczyki z wyćwiczonym uśmiechem, którego nie zarejestrowała.
Wsiadła do BMW, zamknęła drzwi. Skóra fotela przyjęła ją chłodem.
Trzasnęła tymi drzwiami trochę za mocno.
– „Trzy miesiące, pani Crowe." – zacytowała pod nosem, modulując głos na jego irytująco spokojną, brytyjską manierę. Palce zacisnęły się na kierownicy — poczuła własne kostki, jak twardnieją pod skórą. Rozluźniła uchwyt. Zacisnęła jeszcze raz.
– Co za idiota.
Silnik zamruczał miękko. Wcisnęła przycisk radia — coś głośnego, jasnego, zadziornego zalało wnętrze i Lucy wyjechała z parkingu prosto w południe Los Angeles.
Wilshire Boulevard toczył się swoim zwykłym, leniwym tempem. Palmy kołysały się w bryzie z tą irytującą obojętnością, którą mają drzewa — nic ich nie obchodzi ani nastrój, ani plany, ani faceci, którzy patrzą na kogoś jak na przetarg do odrzucenia.
Muzyka dudniła w głośnikach i Lucy pozwoliła jej dudnić.
_Tylko poczekaj, ty brytyjski dupku._
– Lu!
Victoria pojawiła się jeszcze w holu — ciemne oczy rozbłysły rozbawieniem.
– Przeżyłaś!
Twarz Lucy wykrzywiła się w coś między grymasem a warknięciem. Rzuciła portfolio na najbliższe biurko.
– Chryste. – Krótko. – _Królewska Wysokość._
Victoria rozprysnęła się w śmiechu, który usiłowała tłumić dłonią przyłożoną do ust — śmiech i tak wstrząsnął jej ramionami.
– Aż tak źle? – Brwi uniosły się w tym konkretnym tańcu, który Lucy znała już na pamięć. Potem na twarzy Victorii pojawił się wyraz bezwstydnie rozbawionego uznania. – No ale przynajmniej jest na czym zawiesić oko. Dziewczyno. _Hu hu._
Spojrzenie Lucy mogło topić szkło.
– Może i przystojny, ale dalej jest dupkiem.
– Taaak, jasne. – przeciągnęła Victoria.
W tym jednym słowie aż kapało od sceptycyzmu. Mina mówiła wszystko: Victoria już ułożyła sobie całą historię w głowie, zapewne z dokładnie tym początkiem, środkiem i końcem, który Lucy zamierzała jej zgotować, a potem kategorycznie zaprzeczyć.
Lucy zgarnęła swoje rzeczy i ruszyła w stronę gabinetu Angeliki.
Szklane ściany. Szefowa przy biurku, pochylona nad tabletem z tą skupioną intensywnością, o której w branży krążyły legendy. Lucy zapukała raz.
Weszła.
– Dlaczego mnie tam wysłałaś? – słowa wypadły bez filtru, zanim zdążyła zdecydować, czy chce być profesjonalna, czy szczera. – On jest mną _bardzo_ niezachwycony i nawet nie zaczęliśmy współpracy. Jeszcze nic nie zrobiłam, a już planuje moją ewakuację.
Angelica odłożyła tablet. Skrzyżowała ramiona.
– Właśnie dlatego.
Lucy zamrugała.
– Ten mężczyzna musi się nauczyć, że takie zachowania są niedopuszczalne. – Głos Angeliki niósł w sobie ciężar lat spędzonych na okiełznywaniu ego, które Lucy za tydzień byłoby za małe. – Nie będzie sobie wybierał reprezentacji według przestarzałych uprzedzeń. Nie w Seraph.
Klocki wskoczyły na miejsce z bolesną, krystaliczną jasnością.
– Wybrałaś mnie, żeby go wkurzyć?
– Tak.
Uśmiech Angeliki rozkwitł — dumny, bezwstydny, absolutnie pewny słuszności własnej strategii. Ten uśmiech założył firmę, podpisał kontrakty warte osiem cyfr i nigdy nie przepraszał za żadną z tych decyzji.
Lucy poczuła w żołądku dziwną mieszankę podziwu i rozpaczy.
_Oczywiście._
Nie prestiżowe zlecenie. Lekcja w pakiecie z kontraktem.
– Udowodnij mu, że jesteś lepsza niż jakikolwiek _męski_ agent, którego miał. – Angelica oparła się w fotelu. – Trzy miesiące wystarczą.
Westchnienie wyrwało się z Lucy głębiej, niż planowała.
– Super. – Sarkazm brzmiał dojrzale, jak wino z dobrym rocznikiem.
– No, już, ruszaj, _chérie_. – Angelica machnęła dłonią — generał odprawiający rycerza na bitwę, bez wątpliwości co do wyniku.
Lucy wzięła tablet.
W głowie zaczęły się układać listy — przegląd kontraktów, reorganizacja harmonogramu, szczegółowy plan zarządzania człowiekiem, który bardzo wyraźnie dał do zrozumienia, że zarządzany być nie chce. Przynajmniej nie przez nią.
Drzwi windy zamknęły się i za szkłem rozciągnęło się Los Angeles — miasto ambicji, iluzji i ludzi przekonanych, że są niezastąpieni.
Lucy wyciągnęła telefon.
Zaczęła pisać pierwszą notatkę.
_Wyzwanie przyjęte, Królewski Dupku._ROZDZIAŁ 2
Klucz przekręcił się w zamku.
Dom.
_Wreszcie._
Mieszkanie przyjęło ją tak, jak tylko dobre mieszkanie potrafi — ciszą, temperaturą i zapachem, który był wyłącznie jej. Okna od podłogi do sufitu łapały wieczorne światło nad miastem. Meble dobrane pod wygodę, nie pod zdjęcie. Na kuchennym blacie marmur, który sama wybierała, kiedy kupowała to miejsce rok temu z czekiem, na który pracowała przez lata.
Zanim zdążyła zdjąć buty, czarno-biały pocisk uderzył w jej nogi — Księżniczka, jej bostoński terier, wijąca się całym ciałem, ogonek migoczący jak wentylator na najwyższych obrotach, pazurki stukające po parkiecie w podekscytowanym, urwanym rytmie.
Lucy opadła na kolana, twarz wyłapana przez ciepły, szorstki języczek.
– Tęskniłaś? Tęskniłaś, co? No pewnie, że tęskniłaś, mój skarbie! – Głos automatycznie zmienił się w coś, czego nie pokazywała nikomu poza czterema ścianami: wysoki, śpiewny, całkowicie bez godności. – Jesteś najgrzeczniejszą dziewczynką na całym świecie, wiesz?
Księżniczka potwierdziła to, wchodząc jej na kolano i próbując oblizać ucho.
– Ty jesteś _prawdziwą_ księżniczką – mruknęła Lucy w czarno-białe futro, musnęła nosek pocałunkiem. – W przeciwieństwie do pewnych królewskich _dupków._
Jedno krótkie, bardzo zdecydowane szczeknięcie.
– Chcesz jeść? Chcesz pyszną kolacyjkę?
Odpowiedzią był drugi obrót ogonem i drapanie jej uda przednimi łapkami.
Lucy wstała, sięgnęła po papierową torbę z Nobu zostawioną na stoliku. Ramen — ten z kategorii, której normalnie nie uzasadnia się głośno, żeby przypadkiem nie uświadomić sobie, ile kosztuje jedna miska klusków. Miała to gdzieś. Po takim dniu zasługiwała.
Włączyła telewizor — tło, nie treść. Na ekranie jakiś reality show, uczestnicy rywalizowali o coś, w co Lucy nawet nie próbowała się wciągnąć.
Usiadła na stołku przy ladzie z miską ramenu, poprawiła pałeczki i nadcięła jajko. Żółtko rozlało się po bulionie perfekcyjnie, wolno, jak powinno. Zamknęła oczy przy pierwszym kęsie — gorące, gęste, z tą jedną warstwą umami, która siedzi gdzieś z tyłu podniebienia.
Pięć sekund ciszy.
– A teraz nasz specjalny gość…
Oczy otworzyły się same.
Z ekranu dobiegł akcent — ostre, brytyjskie samogłoski wtłoczone w swobodną frazę — i żołądek Lucy zrobił coś nieprzyjemnego, całkowicie bez jej zgody.
Na kanapie w studiu siedział mężczyzna w bieli zębów i wyćwiczonego uroku. Śmiał się z czegoś, co powiedział prowadzący — za głośno, za szeroko, za dużo. Kamera przecięła na ujęcie spowiedzi do kamery. Uśmiech zgasł w ułamku sekundy, zastąpiony przez coś zimnego i lekko protekcjonalnego.
– No, jeśli ona tak myśli, to po prostu jest kompletnie oderwana od rzeczywistości…
Lucy wycelowała pałeczkami w ekran.
– Proszę! Królewski drań we własnej osobie!
Uszy Księżniczki drgnęły. Podniosła głowę i spojrzała na nią z miską przy nosie.
Uczestnik dalej pastwił się nad kimś z tą specyficzną, protekcjonalną manierą, i bez żadnego wysiłku Lucy zobaczyła Ariela Devereux dokładnie na tym miejscu — dżentelmena przed kamerą, koszmar po wyjściu ze studia.
Złapała pilota i wcisnęła przycisk z energią nieproporcjonalną do sytuacji.
Ekran zgasł.
– I po moim dobrym humorze.
Księżniczka przechyliła łeb. Nie rozumiała, ale wyraźnie solidaryzowała się z tonem.
– Nie ty, maleńka. – Lucy podrapała ją za uchem. – Ty wciąż jesteś idealna.
Godzinę później, świeżo po kąpieli, która nie zrobiła absolutnie nic dla jej frustracji poza spłukaniem jej dnia z powierzchni skóry, Lucy owinęła się ulubionym jedwabnym szlafrokiem — wytarty przy kołnierzu, na końcach już trochę strzępiasty, zbyt wygodny, żeby wyrzucić — i rozsiadła na kanapie z laptopem. Księżniczka zwinęła się przy jej udzie, ciepła jak poduszka z własną wolą, i zasnęła z westchnieniem.
_No dobrze, Wasza Wysokość. Zobaczmy, co cię napędza._
IMDb załadowało się bez pośpiechu. Filmografia Devereuxa ciągnęła się przez kilka ekranów — dwie dekady, niemal od nastoletniego wieku. Kliknęła w pierwsze zdjęcie z niszowego dramatu, kiedy miał dwadzieścia lat. Z ekranu patrzył na nią chłopak o za dużych kościach policzkowych i tych niebiesko-zielonych oczach, które na zdjęciu wyglądały jeszcze intensywniej niż przy biurku.
– Nawet jako dzieciak miałeś tę zadufaną minę.
Przewinęła do _The Last First Date_.
Złoto box office, krytycy zachwyceni, widownia zakochana — a na czerwonych dywanach za każdym razem inna olśniewająca kobieta. Nigdy ta sama twarz dwa razy.
Aż do Camille Laurent.
– Problemy z zaangażowaniem? – mruknęła, przewijając dalej. – Czy po prostu jesteś dupkiem?
Otwierała wywiady jeden po drugim. Ariel na kanapie nocnego talk-show — czarujący, dowcipny, każda odpowiedź dopieszczona tak, żeby nic nie powiedzieć. Żadnej rysy. Żadnego szybszego oddechu przed trudnym pytaniem. Fasada lśniąca jak lakier.
– Mógłbyś chociaż udawać, że to coś dla ciebie znaczy.
Wzrok Lucy powędrował sam ku plakatowi na ścianie naprzeciwko. Kim Woo-bin patrzył z niego tym swoim miksem intensywności i wrażliwości, który działał na nią od lat jak zegarek.
– Gdyby tylko. – Westchnęła w stronę plakatu. – Ty na pewno nie traktowałbyś swojej menedżerki jak mebel, prawda?
Księżniczka zachrumkała przez sen.
Lucy przewijała dalej — akcje charytatywne, festiwale, branżowe imprezy. Ariel Devereux wszędzie i nigdzie jednocześnie; doskonale wykalkulowana obecność, z której nic nie wynika.
Ekran zaczął się lekko zamazywać.
Zamrugała. _Jeszcze tylko kilka artykułów. Musiała zrozumieć, co nim—_
Głowa opadła do przodu, szarpnięcie karku wyrwało ją z krótkiej drzemki. Przetarła oczy, poprawiła się, zdeterminowana.
Następnym razem, gdy je zamknęła, już nie otworzyła.
Laptop zsunął się jej lekko na bok, ekran świecił twarzą Ariela zamrożoną w idealnym uśmiechu z jakiejś premiery. Księżniczka przesunęła się bliżej, ciepła i ciężka.
Ekspres prychnął i zabulgotał, wypełniając kuchnię Seraph jedynym dźwiękiem poza tym, że Lucy ziewnęła na tyle szeroko, że szczęka jej strzyknęła.
7:46. Budynek był jeszcze przygaszony, cichy, zanim wciągnie pierwszą głębszą porcję powietrza i zamieni się w siebie.
Wzięła kubek w obie dłonie, oparła się o blat. Łyk kawy — gorący, czarny, bez żadnych ozdób. Jajko w kanapce śniadaniowej wciąż lekko parzyło przez papier, bekon chrupiący z jednej strony. Małe zwycięstwa.
Drugie ziewnięcie dopadło ją w połowie kęsa.
Piętnaście minut. Tyle miała, żeby wybudzić się na tyle, by wyglądać jak ktoś, kto spał. Nakarmić się kofeiną. Psychicznie przygotować na pierwsze oficjalne spotkanie z Arielem Devereuxem w charakterze _jego_ agentki.
Myśl ścisnęła coś pod żebrami.
_Pociągnęła większy łyk kawy._
Księżniczka spojrzała na nią rano wzrokiem człowieka porzuconego — wielkie oczy śledziły każdy krok Lucy aż do drzwi. Przynajmniej jedna z nich mogła pospać.
Lucy zerknęła w swoje odbicie w szybie szafki. Profesjonalna. Ogarnięta. Gotowa na cokolwiek, co Ariel postanowi dziś wywinąć.
W oddali rozległ się dźwięk windy.
Wzięła kubek i ruszyła w stronę recepcji. Za wcześnie na aroganckiego aktora — pewnie serwis albo—
Głos Angeliki poniósł się korytarzem — ten miękki, przekonujący, którym zamykała największe deale i usypiała czujność najtrudniejszych klientów.
– …naprawdę jesteśmy najlepszą butikową agencją w Los Angeles. Naszą dumą jest indywidualne podejście do każdego klienta.
Lucy wyszła zza rogu.
I się zatrzymała.
Obok Angeliki szedł Ariel Devereux — śnieżna koszula, mankiety podwinięte do połowy przedramion, włosy w tym drogim, niby-niedbałym układzie. Szedł tak, jakby każdy budynek, do którego wchodził, z góry był jego.
Wyglądał, jakby był na nogach od kilku godzin. Pewnie trening personalny od świtu, potem zielony koktajl o nazwie niemożliwej do wymówienia na trzeźwo.
– Lucy pracuje z naszymi najbardziej wymagającymi klientami — ciągnęła Angelica. — Miała pod opieką wszystkich, od Briana Wilde'a po Jessicę Gracy.
Brew Ariela uniosła się nieznacznie. – Czyli głównie aktorzy?
– Właściwie… – Angelica uśmiechnęła się tym konkretnym uśmiechem. – Zaczynała od wokalistów.
– Cześć wam.
Lucy przecięła ich rozmowę, głos ostry i równy. Wyciągnęła dłoń.
Jego oczy skupiły się na jej twarzy i odczytały to wejście dokładnie tak, jak chciała: _granica postawiona._ Uścisnął jej dłoń mocno, krótko, bez żadnych zbędnych gestów.
– To co, idziemy? – wskazała w stronę gabinetu.
Zamek kliknął, odcinając ich od reszty biura.
Ariel stanął w miejscu, przez chwilę przyjmując jej przestrzeń — nagrody na półkach, zdjęcia klientów na ścianach, notatki przylepione do monitora w porządku, który dla nikogo innego nie miał sensu. Jego wzrok przesuwał się powoli, jak ktoś, kto czyta pokój zamiast go oglądać.
– Pracowałaś wcześniej z wokalistami.
Usiadła za biurkiem, spotkała jego spojrzenie ponad blatem.
– Stare dzieje.
Dwa słowa, płaskie jak zamknięte drzwi. Coś na jego twarzy zamigotało — ciekawość, natychmiast schowana — po czym usiadł naprzeciwko, zakładając kostkę na kolano.
– Dobrze. Słucham.
Lucy otworzyła laptopa, ustawiła ekran pod kątem widocznym dla nich obojga. Spędziła nad tą prezentacją godziny i żadna nieprzespana noc nie miała jej teraz odbierać tego momentu.
– Twoja kariera jest sukcesem pod każdym względem. – Przeklikała do jego filmografii. – Dwadzieścia lat, stabilne wyniki box office, uznanie krytyków w gatunku komedii romantycznej.
– Czuję, że nadchodzi „ale".
– Ale zostałeś zaszufladkowany. – Wyświetliła obok siebie plakaty z jego czterech ostatnich filmów. Ten sam uśmiech, ta sama pozycja ciała, ten sam Ariel, którego świat oczekuje przy każdym nowym projekcie. – Jesteś romantycznym leadem. Uroczym architektem, spontanicznym florystą, dowcipnym-czymkolwiek, byle nadawało się na pierwszoplanowego faceta.
Szczęka Ariela zarysowała się ostrzej. Nie powiedział nic.
– Branża widzi cię w jednym wymiarze. – Otworzyła kolejną zakładkę. – Jeśli chcesz przetrwać dłużej niż do końca ery _ładnych chłopców z komedii romantycznych_, potrzebujesz wachlarza. Dramatu. Czegoś, co pokaże, że jesteś kimś więcej niż uśmiechem i dobrym timingiem.
– Jakież to odświeżające. – Sarkazm zmieścił się w każdym słowie. – Kolejna osoba, która wie lepiej, czego potrzebuję.
– Mówię ci, co pokazują liczby. – Odwróciła laptopa całkowicie w jego stronę. – Ostatnie trzy filmy, kolejne spadki. Widzowie mają dość przewidywalnych rom-comów, a ty jesteś twarzą tego znużenia.
Ariel pochylił się. Twarz spokojna, ale oczy pracowały szybko — chłonęły, przeliczały, szukały dziury w danych. Palec przesunął się po wykresie.
– Mam plan w trzech etapach. – Przeklikała dalej. – Po pierwsze: zmiana wizerunku. Wywiady skupione na treści, nie na uroku. Po drugie: role dramatyczne — na początek mocne drugoplanówki w projektach z prestiżem. Po trzecie: budowanie do głównej roli dramatycznej, która redefiniuje, kim jesteś na ekranie.
Cisza.
– Odrobiłaś zadanie domowe. – Oparł się wygodniej, a na jego twarzy pojawił się cień czegoś, co mogłoby być szacunkiem, gdyby nie trzymał go jeszcze na tyle krótko. – To ci przyznam, pani Crowe.
– Lucy.
– Lucy. – Powtórzył, ostrożnie, jakby testował, czy słowo pasuje do miejsca. – I uważasz, że to zadziała?
– Uważam, że jeśli zostaniesz w strefie komfortu, twoja kariera skończy się za pięć lat. To daje ci dwadzieścia.
Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, nie był ciepły. Ale był prawdziwy — pierwszy taki od kiedy wszedł przez te drzwi.
– W porządku. Pokaż, co masz.
Lucy otworzyła listę — thrillery, kryminały, mroczne dramaty psychologiczne, które zmyją z niego wszystkie rom-comowe oczekiwania. Powiększyła treatment thrillera psychologicznego w preprodukcji.
Ariel pochylił się, oczy zwęziły się, gdy czytał.
– Rola drugoplanowa – wyjaśniła. – Ale z mięsem. Siedemnaście scen, pełny łuk postaci, śmierć na ekranie, która pewnie zgarnęłaby szum nagrodowy.
– Śmierć na ekranie. – Kącik ust drgnął. – Tego nie da się prześlinić pocałunkiem.
– Właśnie o to chodzi.
Przewijała dalej: niszowy dramat o uzależnieniu i rodzinnych traumach, film kostiumowy o zbrodniach wojennych — każdy projekt coraz ciemniejszy, coraz dalej od plażowych zaręczyn i penthousów na Manhattanie.
Ariel studiował każdy ruch z intensywnością, której się nie spodziewała. Poprzednia zblazowana fasada zniknęła; w jej miejsce pojawił się głód. Palec śledził tekst na ekranie, usta poruszały się cicho, gdy powtarzał sobie kluczowe fragmenty.
– Moi poprzedni agenci nigdy… – urwał, poprawił się. – Tego wcześniej nie było na stole.
– Bo komedie romantyczne są bezpieczniejsze. Lepsze stawki, gwarantowane wyniki, mniejsze ryzyko. Po co mieliby pchać cię w niepewność, skoro twój urok płaci rachunki? – Lucy zamknęła zakładkę z filmografią, otworzyła nową. – Ale ja mówię, sprawdźmy coś innego. Nie dam ci obietnicy, bo nie jestem wróżką. Ale na tym polega ryzyko.
Coś przesunęło się w jego twarzy. Nie odpowiedział od razu — i to była nowość, bo do tej pory każda riposta przychodziła mu bez pauzy.
– Mhm. To moja twarz zaryzykuje, nie twoja, pani Crowe.
Wstał. Obszedł biurko z tą drapieżną gracją, którą aktorzy doskonalają latami przed kamerą — zanim Lucy zdążyła przemieścić uwagę, był po jej stronie. Nie naprzeciwko. Obok.
Bez pytania przyciągnął wolne krzesło i usiadł — róg biurka między nimi, kąt współpracy, odległość kalkulowana co do centymetra.
Nie cofnęła się ani o krok.
— Twoja twarz jest przyklejona do twojej kariery. — powiedziała spokojnie. — A twoja kariera jest przyklejona do mojego nazwiska. Jeśli ty polegniesz, ja też. Jeśli odniesiesz sukces, oboje wygrywamy.
— Jakie to szlachetne.
Lucy otworzyła thriller. Ariel pochylił się nad ekranem i przez chwilę jego ramię niemal muskało jej ramię — drogi, dyskretny zapach perfum wypełnił małą przestrzeń między nimi, ciepły i zbyt bliski.
Lucy przewinęła stronę bez zwalniania.
— Ten reżyser nie cierpi aktorów jadących na samej urodzie. Wyciśnie z ciebie wszystko. Osiemnaście godzin na planie, metoda, pełne zanurzenie.
— Brzmi uroczo.
— Brzmi jak praca.
Otworzyła plik z indie dramatem — kamera z ręki, naturalne światło, improwizowane dialogi, które ogołocą go z każdej wyuczonej maniery. Oczy Ariela przesunęły się po opisie postaci i w jego twarzy coś drgnęło. Zbyt szybko.
— Nie wiedziałem, że potrafisz być taka bezwzględna. — Słowa zabrzmiały miękko, niemal z podziwem. Odwrócił głowę od ekranu, uwaga przeniosła się na jej profil.
Lucy nie uciekła wzrokiem.
— Przyzwyczajaj się, panie Devereux.
Uśmiechnął się powoli, szczerzej niż wcześniej — jakby właśnie zaliczyła jakiś niewidzialny test.
— Ariel.
— Słucham?
— Mów mi Ariel. — Wskazał brodą na laptop. — Skoro masz zamiar rozwalić moją wygodną karierę, możemy chyba przejść na ty.
Znowu skupił uwagę na ekranie. Odległość między nimi się nie zmieniła. Za każdym razem gdy sięgała po notatki albo poprawiała kąt laptopa, czuła tę świadomą bliskość — nieagresywną, ale obliczoną co do centymetra.
– Wyślij mi to wszystko, przejrzę później. – W końcu się wyprostował.
– Dostaniesz komplet do końca dnia.
Otworzyła dokument ze strategią medialną. Czuła na sobie jego wzrok z tą chirurgiczną dokładnością, którą widziała już przy analizie filmografii — tylko że teraz obiektem nie były wykresy.
Podsunęła się bliżej biurka.
– Twój obecny styl wywiadów tylko cementuje wizerunek faceta z komedii romantycznych. – Zaznaczyła fragmenty z jego ostatnich tourów promocyjnych. – Flirtujące gadki z prowadzącymi, żarciki o tym, cały numer _wiem, że jestem ładny_. – Przeklikała kilka przykładów. – Potrzebujemy treści. Wywiadów, które pokażą—
Urwała.
Patrzył nie na ekran.
Na nią.
Ta sama analityczna ciekawość, z jaką przed chwilą czytał treatmenty — tylko teraz była nią ona.
Ciepło wspięło się po jej szyi, zanim zdążyła je zatrzymać.
— Mam coś na twarzy, czy co?
— Nie. — Słowo spadło krótko, gdy skrzyżował ramiona i odchylił się w krześle. — Po prostu mnie intrygujesz.
Lucy utrzymała kontakt wzrokowy, nie dając mu satysfakcji pierwszego odwrócenia głowy.
— Nie jesteś pierwszym facetem, którego zaintrygowałam. — Pauza o sekundę za długa. — Zawodowo, oczywiście.
Uśmiech pojawił się powoli. Pełna wersja — ta z plakatów, ta, która pewnie robiła spustoszenie od Seulu po Sao Paulo.
— Powtarzaj to sobie dalej, _skarbie._
Szczęka Lucy napięła się. W głowie odhaczyła siedemnaście sposobów na uszkodzenie tej atrakcyjnej, irytująco pewnej siebie twarzy bez pozostawiania śladów widocznych na kamerze. Żaden nie mieścił się w kodeksie zawodowym.
– Mógłbyś się skupić?
– To nie ty miałaś być _najlepsza_? – Rozbawienie w jego oczach tylko się pogłębiło.
— _Jestem_ najlepsza. — Obróciła ekran w jego stronę odrobinę za energicznym ruchem. — Dlatego nie pozwolę ci tego sabotować przez jakieś twoje gierki.
Przez chwilę tylko na nią patrzył. Potem coś w kąciku ust — nie uśmiech, ale blisko.
— Mów dalej. — Rozplótł ramiona, uwaga faktycznie wróciła do ekranu.
Lucy wzięła oddech.
– Długie formy. – Wyświetliła listę dziennikarzy i programów. – Wywiady, z których nie wyjdziesz po pięciu minutach flirtu. Godzinne rozmowy o warsztacie—
– Brzmi absolutnie pasjonująco dla widowni.
– Brzmi prawdziwie. – Powiększyła profil dziennikarki z uznanego magazynu filmowego. – Ta specjalizuje się w retrospektywach karier. Zadaje niewygodne pytania.
Ariel przewijał przykłady, palec zatrzymał się na jednym szczególnie brutalnym pytaniu — o aktorze, który nigdy nie udźwignął dramatu. Czytał go dwa razy.
– Nie bawi się w rękawiczki, co?
– Ja też nie. – Lucy podniosła na niego wzrok.
Za drzwiami dochodziły stłumione odgłosy budzącego się budynku — telefony, kroki, czyjś śmiech w korytarzu.
– Co dalej? – Tym razem jego ton był inny. Bez ironii. Słuchał.
Rozłożyła przed nim całą strategię: podcasty o analizie filmowej, panele branżowe o szufladkowaniu w rolach, długie teksty, w których to on będzie sobie dobierał narrację zamiast odgrywać ją na żywo.
– Zero porannych śniadaniówek przez pół roku. Żadnych flirtów w studiach. – Zamknęła listę, spotkała jego spojrzenie. – Kreujemy cię na kogoś, kto ma coś do powiedzenia i przy okazji dobrze wygląda. Nie odwrotnie.
– Brutalne.
– Konieczne.
Wstał.
Podszedł do okna.
Za szybą Los Angeles rozlewało się po horyzont, poranne światło rzeźbiło mu profil — kąt żuchwy, linia nosa, ramiona lekko opuszczone. Kamery kochały go właśnie tak.
Tyle że kamery nigdy nie widziały tego, co teraz: drobnego napięcia przy skroni, tego jak palce raz się zacisnęły i rozluźniły wzdłuż szwu spodni.
Lucy wzięła tablet. Stuknęła w ekran — ale trochę za mocno, bo jego obecność przy oknie zajmowała więcej miejsca niż powinna.
– Tu. – powiedziała do ekranu. – Trzy kluczowe wywiady na start. Każdy zaprojektowany, żeby przesunąć percepcję o krok.
– Mmm.
Dźwięk padł zdecydowanie zbyt blisko jej ucha.
Obróciła się.
Był za nią.
Pochylony, niemal dotykając jej plecami swoim torsem, oczy na ekranie tabletu — a jednak cały skupiony na tym, jak ona reaguje na jego obecność. Perfumy, ciepło przez materiał koszuli, odległość mierzona w centymetrach.
Odchrząknęła. Przewinęła dalej.
– Ten jest kluczowy. – Głos wyszedł równiej, niż się spodziewała. – Dociera do branży, do ludzi od festiwali, do głosujących przy nagrodach—
– Jesteś bardzo dokładna. – Ciepło jego oddechu muskało skórę tuż przy uchu.
Odruchowo zrobiła krok w bok — biodrem trafiła w kant biurka, równowaga poszła i—
Jego ramię owinęło się wokół jej talii.
Silny, pewny uchwyt, i ona stała, złapana w pół ruchu, z dłonią Ariela płasko na jej żebrach przez cienką tkaninę bluzki.
– Ostrożnie, pani Crowe.
Uśmiech słyszała w tym głosie, zanim jeszcze zdążyła się odwrócić. Niebiesko-zielone oczy błyszczały rozbawieniem — rejestrującym każdy niuans, każde przyspieszenie oddechu, każdy centymetr rumieńca.
Jego ramię wciąż trwało przy jej żebrach. Nie ruszył się.
– Ach — Powiedziała do przestrzeni przed sobą. Bardzo profesjonalnie.
– Uwierz mi, _wiele_ kobiet chciałoby się z tobą zamienić w tej chwili.
Gorąco uderzyło jej do policzków z opóźnieniem dokładnie wystarczającym, żeby miał to zobaczyć. Wyrwała się z jego uścisku, zrobiła krok w tył, wygładziła bluzkę ruchem, który miał wyglądać jak porządkowanie materiału, a wyglądało jak porządkowanie siebie.
– Ja… przepraszam.
Słowa wyszły za cicho.
Ariel nie wyglądał na zakłopotanego. Skrzyżował ramiona, oparł się biodrem o jej biurko — _jej biurko_ — doskonale osadzony w napięciu, które sam wywołał.
– Nie ma za co. – Śledził każdy jej ruch, kiedy obchodziła biurko i wracała na swoje miejsce. – Choć ciekawi mnie, czemu moja _najlepsza agentka_ tak łatwo się peszy.
– Nie peszę się.
— Oczywiście. — Podniósł tablet, jakby nic się nie stało. — Zawsze robisz się tak różowa, kiedy mówisz o mediach.
Lucy przygryzła wewnętrzną stronę policzka. Przysunęła do siebie laptopa, otworzyła nowy dokument.
Ariel uniósł wzrok znad tabletu.
— Naprawdę myślisz, że to zadziała. — Nie pytanie. Ważenie jej przekonania.
Lucy nie uciekła spojrzeniem.
— Myślę, że jesteś wystarczająco dobry, żeby to udźwignąć. Jeśli przestaniesz chować się za tym uśmiechem.
Słowa wyszły szczerzej, niż planowała. Coś w jego twarzy drgnęło — może zaskoczenie bycia przejrzanym na wylot przez kogoś, kto nie miał tak tego robić.
Powoli odłożył tablet na blat.
– W takim razie… – głos stracił lekki, zaczepny ton. – Chyba powinniśmy zacząć od tych wywiadów.
– Dobrze.
Otworzyła kalendarz.
Kubek z kawą przy klawiaturze był już zimny — nie pamiętała, kiedy przestał parować. Zaczęła wpisywać daty, synchronizować terminy z mediami, które miała już wstępnie na haku. Ariel wrócił na miejsce naprzeciwko, tym razem z przestrzenią między nimi, którą oboje po cichu zaakceptowali.
Patrzył, jak pracuje — jak buduje dla niego nowy wizerunek kawałek po kawałku, mail po mailu. Na jego twarzy nie było już ani śladu kpiny. Tylko skupienie.
– Jesteś naprawdę wyjątkowa, pani Crowe. – Lucy nie oderwała wzroku od ekranu. Kciuk zatrzymał się na chwilę przy rogu klawiatury, potem wrócił do pracy.
– Lucy. – Pauza. – I dziękuję.ROZDZIAŁ 3
Niebieskawa poświata telewizora kołysała się po ścianach salonu, rysując długie, miękkie cienie. Księżniczka zajęła całą kanapę tak, jak tylko bostoński terier potrafi — rozlana brzuchem do góry, tylne łapy w powietrzu, z miną kogoś, kto nigdy w życiu nie miał żadnych problemów.
Lucy miała jej to za złe.
– No dobrze, dziewczyno. Czas na coś dobrego.
Przewijała Netflixa, koc podciągnięty pod brodę, palec zawisł nad dobrze znajomą miniaturką. Moonlight & Mochi Hearts, odcinek dwunasty. Ten, w którym Park Ji-woo wyznaje w deszczu.
Wcisnęła _„play"._
Smyczki rozlały się po salonie — ciepłe, nostalgiczne, dokładnie takie, jakich potrzebowała po tym dniu. Na ekranie nocny Seul migotał mokrymi ulicami, neonami odbijającymi się w kałużach. Lucy wsunęła się głębiej w poduszki. Księżniczka przesunęła się bez otwierania oczu i oparła pomarszczony pyszczek na jej udzie — ciepły, ciężki jak mały worek z piaskiem.
Na ekranie pojawił się Park Ji-woo w perfekcyjnie skrojonym garniturze, spojrzenie intensywne i szczere jednocześnie, bez grama kalkulacji.
– Widzisz, Księżniczko? – Lucy wskazała palcem w ekran. – Tak się zaczyna komedia romantyczna. A nie jak z tym kretynem.
Przed oczami mignęła jej twarz Ariela — oparta nonszalancko o jej własne biurko, ten kpiący półuśmiech, włosy ułożone w drogi nieład.
Na ekranie Park Ji-woo uśmiechał się do bohaterki z ciepłem, które Lucy czuła przez ekran. Czyste. Niewykalkulowane. Rozczulające w najbardziej bezbronny sposób.
– Achhh. – Coś ścisnęło ją pod żebrami. – Gdyby tacy faceci istnieli.
Telefon zabuczał na stoliku.
Sięgnęła po niego, spodziewając się Victorii z wieczorowym co słychać.
ARIEL DEVEREUX: _Żaden z tych filmów mi się nie podoba. Szukaj dalej._
Lucy wpatrywała się w ekran.
Zamrugała.
Przeczytała drugi raz.
– Serio!? — Księżniczka zerwała się na równe nogi, uszy postawione jak dwa małe radary.
– Widzisz?! – Lucy zamachała telefonem przed psim nosem jak dowodem rzeczowym. – On jest _beznadziejny._
Palce zaczęły śmigać po ekranie, zawodowe odruchy walczyły z dziką potrzebą napisania mu dokładnie tego, co o nim teraz myśli, ze wszystkimi szczegółami.
LUCY: _Jasne, znajdę coś lepszego._
Wysłała i rzuciła telefon ekranem do dołu na kanapę, jakby był gorący.
– Niewdzięczny, wybredny, nie do wytrzymania… – machnęła ręką w stronę telewizora, gdzie Park Ji-woo właśnie gotował ramen dla bohaterki w nienaturalnie nieskazitelnym mieszkaniu. – Czemu ja nie mogę mieć takich klientów? Miłych. Wdzięcznych—
Wspomnienie uderzyło ją bez ostrzeżenia.
Ramię Ariela wokół jej talii — twarde, pewne. Ciepło przez cienką tkaninę bluzki, gorętsze niż powinno być przez jeden gest. Musiała świadomie nie opierać się do tyłu. Lazurowe oczy śledzące każdy milimetr rumieńca, głos obniżony do tonu, który działał jak palec przesunięty po karku: _Uwierz mi, wiele kobiet chciałoby się teraz z tobą zamienić._
Policzki zapiekły znowu, bez konsultacji.
– Dobra. – Wskazała na Księżniczkę tonem, który miał brzmieć stanowczo i prawie takim brzmiał. – Może i jest przystojny.
Księżniczka zaszczekała. Krótko. Oskarżycielsko.
Lucy uniosła obie ręce.
– Ale tylko, _tylko_ trochę! Tak minimalnie! Tyci tyci.
Kolejne szczeknięcie.
– Mówię serio! To jest zupełnie nieistotne dla naszej relacji zawodowej!
Telefon zawibrował znowu.
Sięgnęła po niego z tym samym napięciem, z jakim zwykle otwierała maile z „pilnymi zmianami w kontrakcie".
ARIEL DEVEREUX: _Lepiej zrób na mnie wrażenie._
– Ten dupek. – Zaciskała palce na obudowie tak mocno, że poczuła własne kostki pod skórą. Księżniczka przechyliła głowę, śledząc jak twarz Lucy w ciągu trzech sekund przechodzi przez cały wachlarz emocji, które widziałaby tylko ona.
– Znajdę ci film, po którym zaniemówisz, ty pretensjonalny, zadowolony z siebie, nieznośny—
Palce przeszły w tryb agentki: _Oczywiście._
Wysłała.
Odłożyła telefon jak dowód zbrodni i wróciła wzrokiem na ekran. Park Ji-woo był w środku wyznania, deszcz przyklejał mu włosy do czoła w idealnie nieidealny sposób, oczy błyszczały emocją bez żadnego dystansu do siebie.
– Dlaczego. – Lucy wpatrzyła się w sufit. – Dlaczego brytyjskie gwiazdki rom-comów nie mogą być jak bohaterowie z koreańskich dram? Co się stało z rycerstwem? Ze szczerością? Z niebyciem totalnym wrzodem na—
_Wibracja._
Lucy spojrzała na telefon.
Zaczęła się gapić w niego z uporem.
– Nie spojrzę.
_Kolejna._
– Księżniczko, nie spojrzę.
Terier westchnął głęboko i wcisnął nos w koc.
– Obejrzę sobie wyznanie Park Ji-woo i zignoruje wszystkie nowe żądania Jego Królewskiej Dupkowatości.
_Kolejne wibracje._
– No dobra, dobra.
Porwała telefon.
ARIEL DEVEREUX: _Nic zbyt pretensjonalnego. Chcę to faktycznie obejrzeć._
ARIEL DEVEREUX: _Zaskakujące, wiem._
Przeczytała obie wiadomości trzy razy, szukając ukrytej szpili. Druga brzmiała... jakby trochę z dystansem do siebie? Z cichym ironicznym mrugnięciem do niej?
Może?
Potrząsnęła głową.
– Nie, nie dam się na to nabrać. – Wskazała na ekran, gdzie Park Ji-woo płakał właśnie idealną, pojedynczą łzą po idealnej kości policzkowej. – On by się tak nie bawił. Spójrz na tę szczerość.
Lucy westchnęła i przycisnęła telefon do piersi.
– Dlaczego moje życie wygląda właśnie tak?
Księżniczka odpowiedziała głośniejszym chrapnięciem.