Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Poziom Bestii - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 października 2026
34,99 zł
3499 pkt
punktów Virtualo

Poziom Bestii - ebook

Tom 1 cyklu „Ostatni Zapis”. W okolicy stacji metra Młociny dziewiętnastoletni Kuba Wrona pisze na telefonie krótką wiadomość: „wrócę za pół godziny”. Tekst nigdy nie dociera do adresatki. Sieć znika, a na całym świecie pojawiają się błękitne okna Systemu. Zanim ktokolwiek zdąży pojąć, co właściwie zaszło, zwykłe zwierzęta zaczynają zmieniać się w bestie. Kuba dotąd podobne rzeczy widział tylko w grach. Strach miesza się w nim z ciekawością, ale bezradność znosi najgorzej. Jego matka, Ewa, została w sekretariacie szkoły na Starych Bielanach, całkowicie odcięta od łączności. Obiecał, że wróci, lecz w świecie, w którym nic nie działa jak wczoraj, nie wie, jak dotrzymać słowa.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384330913
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JEDEN POWRÓT

Czarne buty z pomarańczową podeszwą leżały na ławce obok trzech innych par, a Bartek znowu oglądał w lustrze te z białym paskiem, które odrzucił dwadzieścia minut wcześniej.

– Tamte miały twardszą piętę – powiedział Kuba, odstawiając na półkę rozgniecione kartonowe pudło. – Bierz którekolwiek. Chcę już iść, obiecałem, że wrócę do domu.

– Te są na halę, a tamte na orlik. Przecież widzę różnicę w bieżniku. – Bartek podskoczył w miejscu, sprawdzając sprężystość podeszwy, po czym oparł ręce na kolanach i spojrzał na Kubę z dołu. – Zresztą ty się tak nie śpiesz. Mnie poganiasz, a sam na dwa miesiące przed maturą dalej nie wiesz, co wpisać w papiery na studia.

– Bardzo śmieszne.

– Pani Ewa rano znowu pytała, co?

Kuba nic nie odpowiedział, tylko wbił ręce w kieszenie bluzy. Trafił palcami na chropowatą, materiałową taśmę do owijania dłoni, pożyczoną we wtorek od Kamila. Kamil skontrował wtedy jego niskie wejście w nogi. Kuba wylądował twarzą na macie; przygnieciony całym ciężarem starszego kolegi ledwo zdołał klepnąć w podłogę. Po treningu Kamil wcisnął mu taśmę do torby ze złośliwym uśmieszkiem. Nadal pamiętał ucisk pod żebrami, chociaż minęły dwa dni.

Rano matka zapytała go przy herbacie o politechnikę, zwyczajnie, krojąc chleb. Miał od lutego dziewiętnaście lat, a burknął tylko, że ma jeszcze czas, trzasnął drzwiami od szafki i wyszedł do szkoły bez drugiego śniadania. Teraz było mu przez to głupio.

Wyciągnął telefon. Na zablokowanym ekranie wyświetliła się data: czwartek, 19 marca 2026 roku, godzina szesnasta dwanaście. Do bloku miał kilka minut piechotą; jeśli wyjdą stąd w ciągu pięciu minut, nawet z zakupami po drodze spokojnie wróci w pół godziny.

– Biorę te z paskiem – zdecydował nagle Bartek, zrzucając prawy but jednym ruchem stopy. – Płacę kartą i spadamy.

W kasie poszło szybko. Sprzedawca ziewnął, wbił kod z pudełka i wrzucił zakupy do papierowej torby z logo sklepu. Kuba ruszył przodem w szeroki korytarz galerii, wystukując kciukiem na telefonie krótką wiadomość do matki: _Wracam za pół godziny, kupić chleb?_

Kliknął strzałkę wysyłania.

Kółko ładowania zakręciło się raz, drugi, po czym obok dymka tekstu wyskoczył czerwony wykrzyknik. W prawym górnym rogu ekranu zniknęły wszystkie kreski zasięgu, a w ich miejscu pojawił się szary napis informujący o braku sieci. Kuba uniósł telefon wyżej, sądząc, że to przez strop galerii, ale zanim zdążył spróbować ponownie, powietrze w pasażu zafalowało.

Światło z sufitowych lamp przygasło, jakby w całym budynku nagle spadło napięcie. W tym samym momencie przed oczami Kuby, jakieś pół metra przed jego twarzą, rozbłysła błękitna, półprzezroczysta tafla z ostrymi krawędziami. Nie zasłaniała widoku do końca, ale wisiała sztywno w powietrzu, przesuwając się razem z ruchem jego głowy.

Kuba zamrugał, próbując odsunąć twarz, lecz litery nie znikały. Poniżej rozwinął się kolejny prostokąt, z ciemniejszą obwódką i krótszym tekstem.

– Kuba, ty też to widzisz? – Głos Bartka załamał się na wysokiej nucie. Chłopak upuścił torbę z butami; papier szeleścił na posadzce, gdy Bartek machał dłońmi przed nosem, jakby odpędzał osę. – Co to, kurwa, jest? Holo jakieś?

Z głębi pasażu dobiegł pisk, a zaraz po nim głuchy brzęk rozbijanego szkła.

Kilkanaście metrów dalej, pod witryną z kosmetykami, szamotał się duży, ciemny pies na smyczy. Właścicielka, kobieta w jasnym płaszczu, ciągnęła go za obrożę, ale zwierzę nie reagowało na komendy. Jego grzbiet wygiął się w nienaturalny łuk, a łopatki uniosły się wysoko, rozpychając skórę pod sierścią. Z gardła psa wydobył się chrapliwy, mokry bulgot. W ułamku sekundy zwierzę urosło niemal dwukrotnie – mięśnie na udach spęczniały, pysk wydłużył się i rozdarł w kącikach, ukazując rzędy zażółconych, krzywych kłów. Skórzana obroża pękła z suchym trzaskiem, a sprzączka uderzyła o płytki.

Kobieta wrzasnęła, chwytając za rękę stojącego obok może dziesięcioletniego chłopca w niebieskiej czapce. Chłopiec potknął się o własne nogi, upadł na kolana i zaczął krzyczeć. Przerośnięty pies obrócił ku nim ślepia, z których sączyła się gęsta, żółtawa wydzielina, a jego pazury zgrzytnęły o gładkie kafelki, gdy zbierał się do skoku.

Zanim zdążył pomyśleć o ucieczce, Kuba wsunął telefon do kieszeni i ruszył w ich stronę, tak jak na macie, gdy trzeba było skrócić dystans.

– Zostaw go! – krzyknął.

Wpadł między bestię a leżącego chłopca. Po prawej stronie stał ciężki, ażurowy kosz na śmieci z lakierowanej blachy. Kuba chwycił za jego krawędź, szarpnął z całej siły i pchnął go prosto pod łapy zwierzęcia, żeby odgrodzić kobietę i dać jej choć kilka sekund na wyciągnięcie małego.

Pies nie wyhamował. Zamiast się cofnąć, uderzył całym cielskiem w metal. Kosz z potwornym łomotem wbił się w brzuch Kuby, wybijając mu całe powietrze z płuc. Kuba poleciał plecami na posadzkę i uderzył potylicą o kafelki tak mocno, że przed oczami zatańczyły mu białe plamy.

Ciężar zwalił się na niego w tej samej chwili.

Bestia cuchnęła stęchłym mięsem i mokrą, zgniłą sierścią. Łapa zakończona grubymi pazurami przygniotła klatkę piersiową Kuby, aż zatrzeszczały żebra. Zobaczył z bliska rozwartą paszczę, różowe dziąsła i spływającą z nich pianę, a potem poczuł potworny, rozrywający ból z boku szyi. Kły wbiły się głęboko i zgniotły mu gardło.

Spróbował krzyknąć, ale z gardła wydobył się tylko mokry charkot. Zęby zacisnęły się mocniej i bestia pociągnęła go gwałtownie w bok. Coś pękło pod skórą; nagle zrobiło mu się zimno. Przestał widzieć paszczę nad sobą i nie zdołał już nabrać powietrza.

Nie minęła nawet sekunda, gdy szarpnęło całym jego ciałem. Kuba zachłysnął się powietrzem, otworzył szeroko oczy i zerwał się do siadu. Zakaszlał gwałtownie, wypluwając ślinę na podłogę.

Siedział na tych samych płytkach. Kołnierz jego bluzy był rozerwany i lepki od ciepłej, gęstej krwi, która plamiła posadzkę w miejscu, gdzie przed chwilą leżała jego głowa, ale kiedy dotknął szyi drżącą dłonią, skóra była gładka i cała. Ból w klatce piersiowej zniknął, choć wciąż pamiętał, jak uginały mu się żebra pod łapą.

Pies wciąż tam był. Miotał się kilka metrów dalej i rzucał na przewrócony kosz. Bartek stał przy ścianie, zupełnie blady, i walił metalową pokrywą w podłogę z całych sił, próbując odciągnąć uwagę bestii od Kuby. Właścicielka psa i chłopiec w niebieskiej czapce zdążyli odbiec pod witrynę drogerii i skulili się za narożnikiem. Czas się nie cofnął.

– Odsuń się! – ryknął męski głos z lewej strony.

W pasaż wbiegł barczysty mężczyzna w czarnym mundurze ochrony galerii. Trzymał dużą, czerwoną gaśnicę proszkową. Pociągnął za zawleczkę i z odległości dwóch kroków skierował dyszę prosto w pysk bestii.

Z sykiem wystrzeliła gęsta, biała chmura proszku gaśniczego. Pies zakrztusił się, zamachał łapami, oślepiony i wściekły, po czym zaczął cofać się w stronę środka pasażu, drapiąc pazurami podłogę i wyjąc z bólu. Ochroniarz wypuścił kolejną serię, całkowicie odcinając zwierzęciu drogę do ludzi.

– Wstawaj, młody, wstawaj! – Czyjeś dłonie chwyciły Kubę pod pachy.

Kobieta w granatowej bluzie ze stetoskopem wystającym z kieszeni szarpnęła go w górę. Miała spięte ciemne włosy i zmęczoną, skupioną twarz. Kuba spróbował stanąć, ale kolana od razu się pod nim ugięły. Ucisk jej rąk na żebrach przypomniał mu na moment ciężar łap bestii. Wzdrygnął się mimowolnie i łapał powietrze przez zaciśnięte zęby.

– Spokojnie, trzymam cię – powiedziała szybko. – Dasz radę iść?

– Chyba tak – wykrztusił.

Bartek zgarnął z posadzki upuszczoną torbę z butami, wcisnął ją pod pachę i podbiegł z drugiej strony, chwytając go za ramię. Ochroniarz cofał się krok za krokiem. Prawie pustą gaśnicę trzymał jak pałkę, a wolną ręką machał w stronę bocznego korytarza.

– Tam! Do przedsionka wyjścia towarowego! Ruszajcie się!

Właścicielka psa i chłopiec pobiegli pierwsi. Bartek i kobieta w granatowej bluzie pomogli Kubie przejść przez szerokie drzwi do przedsionka, który prowadził w stronę ramp i wyjść ewakuacyjnych. Ochroniarz wpadł za nimi jako ostatni, zatrzasnął ciężkie metalowe skrzydło drzwi i przekręcił zamek.

– Pomóż mi z tym – rzucił krótko do Bartka, wskazując masywną ławkę z metalowych rur stojącą pod ścianą.

Razem dosunęli ją do drzwi, blokując klamkę. Zza blachy dobiegło głuche uderzenie, a potem wściekłe drapanie pazurów, ale zamek wytrzymał.

Kuba osunął się po ścianie na posadzkę. Dłonie drżały mu coraz mocniej; nie potrafił zacisnąć pięści. Kobieta ze stetoskopem klęknęła przed nim, odsuwając na bok zakrwawiony kołnierz jego bluzy.

– Nie ruszaj się gwałtownie – mówiła rzeczowo. Palcami sprawdzała tętno pod jego żuchwą. – Jestem Agnieszka, ze szpitala na Bielanach. Wracałam z dyżuru. Skąd ta krew? Gdzie masz ranę?

– Nie ma – powiedział cicho Kuba.

Agnieszka zmarszczyła brwi, oglądając jego skórę w świetle jarzeniówki.

– Jak to nie ma? Przecież widziałam, jak cię złapał. Masz całą bluzę czerwoną.

Przed oczami Kuby błękitne litery zaktualizowały się same, bez pytania:

Kuba zamknął na sekundę powieki. Przełknął ślinę bez trudu, choć gardło paliło, jakby nawdychał się dymu.

– Zabił mnie – odezwał się, patrząc na podłogę między swoimi butami. – Wróciłem. Ale w tym oknie jest napisane, że drugi raz już nie wrócę.

W przedsionku było słychać tylko szybki oddech małego chłopca. Bartek oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi, zsuwając się powoli w dół.

Kobieta w płaszczu podeszła bliżej, trzymając syna mocno przyciśniętego do boku. Miała rozmazany tusz pod oczami i podarte rajstopy na kolanie.

– Gdyby pan nie pchnął tego kosza... – zaczęła, a jej głos drżał. – Filip by nie uciekł. Dziękuję. Naprawdę, bardzo panu dziękuję.

Kubę zapiekły policzki. Dziękowała mu, a jemu ręce latały jak u starca. Siedział na ziemi i nie potrafił nawet sam wstać. Wyciągnął z kieszeni telefon z pękniętą szybką i położył go na kolanie.

– Nazywam się Marta, a to Filip – dodała kobieta.

Kuba kiwnął tylko głową, nie mając siły na uprzejmości. Spojrzał na ekran komórki. Czerwony wykrzyknik przy wiadomości do matki wciąż tam był. _Wracam za pół godziny._

Matka pracowała w sekretariacie małej podstawówki przy Płatniczej, na Starych Bielanach. Miał do niej zaledwie kilka stacji metra albo kilkadziesiąt minut szybkiego marszu przez osiedla. Jeśli to samo działo się na zewnątrz, jeśli zwierzęta w całym mieście zaczęły rosnąć i atakować ludzi, była tam sama, w starym budynku z drewnianymi drzwiami.

Ochroniarz podszedł do ściany, odstawiając pustą gaśnicę, i otarł spocone czoło rękawem munduru.

– Jestem Tomek – powiedział. – Na zewnątrz działo się to samo, zanim zablokowały się wejścia. Widziałem to na kamerach na dole. Ludzie uciekali z pętli autobusowej.

Kuba podparł się dłońmi o chłodną posadzkę i z trudem podciągnął kolana pod siebie. Agnieszka chciała go powstrzymać, kładąc mu rękę na ramieniu, ale pokręcił głową i wstał, opierając się plecami o mur. Nogi wciąż miał słabe, ale tym razem zdołał ustać.

– Panie Tomku – powiedział, patrząc ochroniarzowi prosto w oczy. – Którędy jest najbliższe wyjście w stronę Kasprowicza i Starych Bielan? Muszę się stąd wydostać.BŁĘKITNA KRAWĘDŹ

Kuba ruszył w stronę ulicy Zgrupowania AK „Kampinos”, gdy tylko Tomek pchnął ciężkie drzwi wyjścia ewakuacyjnego na rampę dostawczą. Zszedł po trzech betonowych stopniach, minął żółte odbojniki dla ciężarówek i od razu spróbował przyspieszyć kroku.

Po czterech metrach uda zesztywniały, a nogi zaczęły drżeć tak mocno, że musiał oprzeć się dłonią o chropowaty tynk ściany galerii, żeby nie runąć prosto na asfalt. Chłodne powietrze owiewało mu twarz; zapach spalin i wilgotnego betonu wyparł woń proszku gaśniczego. Kołnierz bluzy wciąż lepił się do szyi. Zaschnięta krew ciągnęła skórę przy każdym skręcie głowy.

– Czekaj, młody – rzucił za nim Tomek. Ochroniarz szedł szybko, z rozpiętą pod szyją kamizelką munduru, rozglądając się nerwowo po pustym placu manewrowym. – Nie leć na oślep. Musimy obejść budynek od zachodu, w stronę pętli. Stamtąd mam prostą drogę na Bemowo, w stronę Powstańców Śląskich. Zuzka powinna być u matki, muszę sprawdzić, czy siedzą w mieszkaniu.

– Ja idę na Płatniczą – powiedział Kuba, nie odrywając dłoni od ściany. Odczekał, aż drżenie w łydkach osłabnie. – Przez Kasprowicza mam dwa kilometry.

– Przecież na początku idziemy w tę samą stronę. – Tomek wskazał podbródkiem szeroki prześwit między galerią a wielopoziomowym parkingiem przesiadkowym. – Najpierw musimy wyjść z tego betonu. Zobacz, co się dzieje.

Kuba uniósł głowę i rozejrzał się po węźle.

Między galerią a osobnym, przysadzistym pawilonem metra Młociny stało tylko kilka samochodów, porzuconych pod kątem na jezdni dojazdowej. Jeden miał otwarte drzwi kierowcy, a jego światła awaryjne miarowo migały. Dalej, za pasem niskich krzewów, rozciągały się perony pętli autobusowej i tramwajowej, nad którymi wisiały ciemne tablice elektroniczne. Pomiędzy wiatami biegało kilkanaście osób. Ktoś krzyczał, jakaś kobieta ciągnęła za sobą walizkę na kółkach, gubiąc po drodze szalik, ale nikt nie wsiadał do stojącego na przystanku autobusu linii 156. Pojazd stał jednym kołem na krawężniku, z wyłączonym silnikiem.

Obok Kuby stanął Bartek. W prawej ręce kurczowo ściskał papierową torbę ze sklepu sportowego. Uchwyty ze skręcanego sznurka wbiły się głęboko w palce, aż zbielały mu knykcie.

– Idziemy do tramwajów czy z buta? – zapytał Bartek, przenosząc wzrok z Kuby na Tomka. Głos mu lekko drżał, ale starał się mówić szybko, jakby to miało cokolwiek przyspieszyć. – Tramwaje pewnie stoją, nie? Jak prąd siadł, to nic nie ruszy. Chociaż w galerii światło świeciło. Sam widziałem.

Kuba odruchowo spojrzał za siebie, w szklane tafle witryn na parterze. Rzeczywiście, za podwójnymi szybami korytarza serwisowego paliły się jarzeniówki, a z głębi budynku, przez uchylone drzwi techniczne, wciąż sączył się przytłumiony, syntetyczny beat radiowego hitu. Przed chwilą czuł, jak kły psa rozrywają mu tchawicę. Teraz stał na pustym placu w zakrwawionym ubraniu, a dwadzieścia metrów dalej głośniki marketu grały wesołą, popową piosenkę o wakacjach. Zemdliło go.

Wyciągnął z kieszeni telefon.

Ekran rozjaśnił się natychmiast po dotknięciu. Tapeta ze starym zdjęciem z wakacji była na swoim miejscu, zegar pokazywał szesnastą dwadzieścia cztery, a bateria miała jeszcze sześćdziesiąt procent. Kuba wszedł w kontakty, wybrał numer matki i przyłożył aparat do ucha.

Nie usłyszał nawet sygnału wywoławczego. Na górnym pasku, obok ikony baterii, widniał szary napis informujący o braku sieci komórkowej. Kuba wrócił do wiadomości. Przy niewysłanym tekście _Wracam za pół godziny, kupić chleb?_ widniał czerwony wykrzyknik.

Tomek wyciągnął z kieszeni spodni służbowy smartfon w pancernej obudowie.

– Próbowałem już trzy razy – rzucił cicho. – Telefon działa, aparat i notatnik też. Tylko zasięgu nie ma. Chyba całą okolicę odcięło.

– Przejdźmy chociaż pod zadaszenie stacji – wtrąciła Agnieszka. Szła z rękami wbitymi w kieszenie granatowej bluzy medycznej, zgarbiona od chłodu. Pod oczami miała ciemne sińce po nocnym dyżurze w szpitalu, ale patrzyła uważnie pod nogi, omijając szkło z potłuczonej butelki. – Na otwartym placu jesteśmy jak na widelcu, jeśli wyleci stamtąd więcej tych psów. Trzymajmy się razem, dopóki nie miniemy węzła.

Tomek skinął głową i ruszył pierwszy w stronę szerokiego chodnika biegnącego na południe od przeszklonego pawilonu stacji metra. Kuba oderwał się od ściany. Szedł równo, choć kolana wciąż miał miękkie, a po starciu z bestią czuł tępy ucisk w klatce piersiowej. Za nimi, z szelestem papieru, dreptał Bartek, zerkając na boki co kilka sekund.

Minęli betonowe słupy podtrzymujące zadaszenie pierwszego peronu autobusowego. Kilka osób stojących dotąd pod wiatą odwróciło się w ich stronę, ale nikt nic nie powiedział; ludzie mieli blade, ściągnięte twarze i wpatrywali się w przestrzeń między budynkami.

Dwadzieścia metrów dalej, tam, gdzie szeroki ciąg pieszy łączył się z chodnikiem wzdłuż ulicy Kasprowicza, zebrała się mała grupka. Pięć, może sześć osób stało w poprzek drogi, nie idąc dalej, mimo że przed nimi rozciągała się zupełnie pusta, szeroka aleja prowadząca prosto ku Starym Bielanom.

– Czemu stoją? – mruknął Bartek, podchodząc bliżej Kuby. – Boją się czegoś na jezdni?

Kuba zmrużył oczy. W poprzek chodnika, na wysokości latarni ulicznej, powietrze falowało delikatnie, jak nad rozgrzanym asfaltem w środku lipca. Kiedy podeszli na odległość kilku kroków, zauważył słabą, ledwo uchwytną błękitnawą poświatę. Wyglądała jak pionowa, idealnie prosta tafla szkła wpuszczona w ziemię, sięgająca w górę znacznie wyżej niż latarnie i ciągnąca się w obie strony.

Mężczyzna w skórzanej kurtce, stojący na czele grupki, rzucał w tę poświatę drobnymi kamykami z trawnika. Za każdym razem, gdy kamień uderzał w barierę, w powietrzu rozchodziły się blade, błękitne kręgi, a odłamek żwiru odbijał się z cichym puknięciem i spadał pod nogi rzucającego.

Kuba podszedł do krawędzi poświaty. Wyciągnął prawą dłoń.

– Uważaj – rzuciła z tyłu Agnieszka, ale nie cofnął ręki.

Palce trafiły na opór jakieś pół metra przed linią latarni. Powierzchnia była zupełnie gładka, twarda i zimna, chłodniejsza niż metalowy kosz na śmieci w galerii. Docisnął całą dłoń, ale bariera nie ustąpiła ani o milimetr. Przez błękitny blask widział puste pasy Kasprowicza, szary kiosk z biletami i żółtą tablicę z rozkładem jazdy oddaloną o zaledwie pięć metrów.

– Co jest... – szepnął.

Zrobił krok w tył, zaparł się nogami o chodnik i uderzył prawym barkiem w barierę.

Huk uderzenia poniósł się po pustym placu, a ostry ból przeszył bark aż do łopatki. Przeszkoda nawet nie drgnęła. Kuba odbił się od niej jak od żelbetowego bunkra, zataczając się na krawężnik. Zanim zdążył nabrać rozpędu do kolejnego pchnięcia, mocna dłoń Tomka złapała go za kołnierz bluzy i szarpnęła w tył.

– Odbiło ci, młody? – warknął ochroniarz, trzymając go krótko. – Kość chcesz sobie złamać? Zobacz, jak to idzie.

Tomek puścił jego kołnierz i wskazał jezdnię Kasprowicza.

Błękitnawa linia nie kończyła się na chodniku. Przecinała asfalt pod kątem prostym, wchodziła na pas zieleni rozdzielający jezdnie i biegła dalej, w stronę zachodnich parkingów. Bartek przeszedł kilka kroków wzdłuż krawężnika, wpatrując się w zaparkowane w zatoczce samochody.

– Patrzcie na tego forda – powiedział Bartek, wskazując palcem srebrne kombi stojące częściowo na chodniku.

Kuba podszedł bliżej, rozcierając obolałe ramię. Poświata przecinała samochód dokładnie w jednej trzeciej długości maski. Reflektory i przedni zderzak były za barierą; reszta karoserii została po ich stronie. Blacha w miejscu przecięcia nie była pognieciona ani stopiona; błękitna poświata przechodziła przez maskę, nie zostawiając śladu na lakierze.

Od strony pobliskiego, siatkowego ogrodzenia parkingu P+R nadeszła młoda kobieta w ciemnozielonej kurtce z kapturem. Miała potargane jasne włosy i czerwone od wiatru policzki. Zauważyła czarny mundur Tomka i od razu skierowała się do niego.

– Pan jest z ochrony stacji? – zapytała szybko, chwytając się za suwak kurtki. – Wie pan, co to jest? Szłam od strony Nocznickiego do metra, żeby wrócić do domu, a tam dalej stoi to samo. Nie da się przejść na przystanki przy Kasprowicza. Ludzie stoją pod płotem i nikt nie wie, o co chodzi.

– Nie pracuję w metrze, tylko w galerii – odpowiedział spokojnie Tomek, choć w jego głosie słychać było napięcie. – Jak pani na imię?

– Natalia. Mieszkam przy Przybyszewskiego. Muszę się dostać na drugą stronę, tam mam dziecko w przedszkolu. Przecież to jest piętnaście minut stąd!

– Wszyscy musimy przejść – wtrącił Kuba. Stanął tuż przy barierze i znów przyłożył do niej dłoń, patrząc na południe. Tam, za pasem niskich drzew, zaczynały się bloki Wawrzyszewa, a dalej Stare Bielany. Szkoła przy Płatniczej była w prostej linii może dwa i pół kilometra stąd. Gdyby nie to błękitne gówno, doszedłby tam w dwadzieścia minut.

Matka mogła właśnie stać w sekretariacie, patrzeć przez okno na boisko i zastanawiać się, dlaczego nie ma zasięgu i gdzie on jest. Albo stała pod taką samą ścianą po tamtej stronie, próbując dotrzeć do domu.

– Przestań to macać – odezwała się Agnieszka, podchodząc do Kuby i odciągając jego dłoń od poświaty. Ujęła go za łokieć i delikatnie nacisnęła ramię przy barku. – Masz stłuczony bark. Kolejne uderzenie nic ci nie da, tylko ręka ci spuchnie. Widzisz przecież, że to nie jest szkło, które da się wybić.

– Musi być jakaś przerwa – powiedział Kuba, wyrywając rękę, choć ból w ramieniu rzeczywiście pulsował coraz mocniej. – Kwartał. W tym oknie pisało: _Kwartał Młociny_. Żaden kwartał nie jest szczelny. Między budynkami, przez jakieś podwórko albo wzdłuż torów tramwajowych musi być przejście.

– Chodźmy wzdłuż tego – zdecydował Tomek, wskazując kierunek na wschód, ku Nocznickiego. – Jeśli to odcina tylko sam węzeł przesiadkowy, to za Kasprowicza powinno skręcać. Sprawdźmy zabudowę.

Ruszyli gęsiego wzdłuż błękitnej linii, która ciągnęła się prosto przez trawnik i chodnik. Natalia poszła z nimi, trzymając się blisko Agnieszki. Bartek wciąż targał torbę z butami, przekładając ją co chwilę z jednej ręki do drugiej.

Po kilku minutach marszu dotarli do krawędzi ulicy Nocznickiego.

Kuba zatrzymał się nagle na skraju jezdni. Po drugiej stronie, za szerokim pasem zieleni i rzędem wyłysiałych po zimie topoli, wznosił się długi, dziesięciopiętrowy blok z wielkiej płyty. Szara elewacja miała jasnoniebieskie pasy pod oknami. Na trzecim piętrze, na jego balkonie z metalową balustradą, wisiała szara suszarka na pranie, którą sam naprawiał jesienią drutem wiązałkowym.

– Ty, Kuba... – Bartek szturchnął go w bok, wskazując blok. – To nie twoja klatka?

– Moja – odpowiedział krótko.

Przez ułamek sekundy chciał tylko przejść przez jezdnię, wbiec na trzecie piętro, przekręcić dwa zamki w drzwiach i usiąść w kuchni przy stole. Mógłby nalać sobie wody z kranu, zamknąć drzwi i poczekać, aż to wszystko minie. Mieszkanie było w zasięgu ręki, całe, bezpieczne, z zasuniętymi firankami.

Ewa wyszła jednak z domu o siódmej rano, zabierając drugie śniadanie w plastikowym pojemniku. Została w szkole na Płatniczej, poza granicą, a on siedziałby w pustym pokoju, patrząc na garnki w zlewie.

Spojrzał pod nogi. Poświata nie odcinała jego bloku. Przechodziła tuż obok, przecinając jezdnię Nocznickiego jakieś dwadzieścia metrów na południe od ich klatki schodowej, a potem skręcała łagodnym łukiem na wschód, obejmując osiedle wewnątrz zamkniętego obszaru.

– Nawet mój blok jest w środku. Galeria też – mruknął Kuba.

– To jak duży jest ten kwartał? – zapytała Natalia, stając obok.

Tomek podszedł do krawędzi poświaty i dotknął jej wierzchem dłoni.

– Od galerii przez pętlę aż po te pierwsze bloki przy Nocznickiego – powiedział. – Wszystko siedzi w jednym kotle.

Ruszyli dalej wzdłuż linii, sprawdzając luki między ogrodzeniami i zagłębienia terenu. Dotarli do wąskiego przejścia między pawilonem handlowym a stacją transformatorową. Błękitna bariera wchodziła prosto w jej mur, przecinając cegły na pół, bez żadnej szpary.

Zza węgła pawilonu wyłonił się mężczyzna w ciemnej bluzie z kapturem i dresowych spodniach. Miał brudne od rdzy dłonie i dyszał ciężko, jak po długim biegu. Kiedy ich zobaczył, zwolnił i machnął ręką.

– Nie idźcie tam. Rafał jestem – rzucił chrapliwie. Miał może trzydzieści lat, szczecinę na policzkach i rozdarty rękaw przy ramieniu. – Byłem przy pętli zachodniej, za parkingami P+R.

Tomek podszedł do niego szybkim krokiem.

– Przejście na Wólczyńską jest otwarte?

– Gówno tam jest otwarte. – Facet splunął gęstą śliną na krawężnik i oparł się o blaszany śmietnik. – Próbowałem wyjechać oplem z parkingu podziemnego. Szlabany stoją, a za wyjazdem wisi ta sama błękitna ściana. Przecina asfalt zaraz za pętlą autobusową, leci przez tory tramwajowe w stronę huty i wraca za galerią. Próbowałem przejść przez krzaki przy torach kolejowych na północy. To samo. Ściana idzie w ziemię i w niebo.

– Obejrzałeś całą zachodnią stronę? – dopytywał Tomek, marszcząc brwi.

– Całą, kurwa, od pętli aż do rampy towarowej z tyłu galerii. – Rafał przetarł czoło brudnym rękawem, zostawiając na skórze ciemną smugę. – Przecież mówię: jesteśmy zamknięci jak w klatce. Żadna ulica nie wypuszcza. Ani Kasprowicza, ani Nocznickiego, ani Sokratesa z tamtej strony. Wszystko ucięte na gładko.

Kuba wbił wzrok w asfalt. Zwarty kwartał zabudowy i betonu, szeroki może na kilkaset metrów, został wycięty z Warszawy jak ciastko foremką. Reszta Bielan – Wawrzyszew, Chomiczówka, Stare Bielany ze szkołą Ewy – leżała na zewnątrz, za barierą.

– To co robimy? – odezwał się cicho Bartek. Torba z butami opadła mu na asfalt i oparła się o krawężnik. – Jeśli nie da się wyjść do miasta, to gdzie mamy iść? Do domów? Ty masz tu chatę, Kuba. Może wejdziemy do ciebie?

Kuba spojrzał na okna na trzecim piętrze. Firanki nie poruszały się. Z bloku nie dochodził żaden dźwięk.

– Nie – powiedział. – W mieszkaniu nie ma nikogo. Jeśli to zamknęło tylko ten kwartał, to musimy wiedzieć, jak to otworzyć. Pamiętasz, co pisało w tym oknie?

Bartek przełknął ślinę i pokręcił głową.

– Warunki otwarcia – przypomniał mu Kuba, patrząc w stronę parkingu przesiadkowego. – Odparcie trzech natarć i eliminacja bestii dominującej. Dopóki to się nie stanie, ta ściana stąd nie zniknie.

– Ty w to wierzysz? – zapytała Natalia, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. – W jakieś napisy w powietrzu? To jakaś awaria wojskowa, pole magnetyczne albo coś z tą nową siecią...

– Widziała pani tego psa w galerii? – przerwał jej Kuba. – Miał półtora metra w kłębie i rozszarpał mi gardło. Prawdziwe zęby, prawdziwa krew. Wojsko takich rzeczy nie robi.

Natalia zamilkła, wpatrując się w jego zakrwawiony kołnierz.

– Wracajmy pod zadaszenie przy P+R – zarządził Tomek, poprawiając pas munduru. – Stojąc na środku ulicy, niczego nie wymyślimy, a tam przynajmniej mamy ściany z dwóch stron i widok na pętlę.

Zawrócili. Kuba zwolnił kroku, zrównując się z Tomkiem i Agnieszką. Ramię wciąż bolało po uderzeniu w barierę.

Podeszli pod szerokie, betonowe zadaszenie między pawilonem metra a parkingiem P+R. Konstrukcja z surowego żelbetu dawała cień i osłonę przed wiatrem, który zaczął przybierać na sile od strony otwartych przestrzeni Huty. Pod ścianą stało kilka betonowych ławek bez oparć.

Bartek z westchnieniem ulgi postawił torbę z butami między stopami, oparł się plecami o filar i zaczął rozcierać zdrętwiałe palce.

– Ręka mi odpada od tych sznurków – mruknął pod nosem.

– Mogłeś je zostawić w sklepie – rzucił Kuba, siadając na krawędzi betonowego murka.

– Osiem stów za nie dałem, stary. Przecież nie wyrzucę nowych halówek, bo jakieś psy biegają po pasażu.

Tomek podszedł do krawędzi zadaszenia, wyciągnął telefon i po raz kolejny wbił numer byłej żony. Ekran zamigotał, pojawił się napis „Wybieranie numeru”, po czym połączenie natychmiast zostało przerwane krótkim, głuchym tonem błędu. Ochroniarz opuścił rękę, wpatrując się w czarną taflę wyświetlacza.

– Chciałem tylko wiedzieć, czy Zuzka jest w domu – powiedział cicho, nie odwracając się do nich. – Gdyby była w szkole, to gorzej. Szkoła jest na Deotymy, wielki moloch. Ale o szesnastej powinna już odrabiać lekcje u matki na Powstańców.

Kuba wyciągnął własną komórkę, odblokował ekran i podsunął go Tomkowi.

– Moja mama pracuje w sekretariacie podstawówki na Płatniczej – powiedział, wskazując palcem niewysłaną wiadomość. – Gdyby wiedziała, że to pierdolnie, pewnie wróciłaby do domu wcześniej.

Tomek spojrzał na ekran, na krótki tekst o chlebie i czerwony wykrzyknik, po czym kiwnął wolno głową.

– Nikt nie wiedział, młody.

Agnieszka usiadła na ławce obok Bartka, opierając łokcie na kolanach i chowając twarz w dłoniach. Siedziała tak przez dłuższą chwilę, oddychając powoli i głęboko.

– Dwadzieścia cztery godziny dyżuru na chirurgii – odezwała się w końcu, nie podnosząc głowy. Jej głos był stłumiony, chropowaty od zmęczenia. – Miałam wyjść o czternastej, ale przywieźli faceta po wypadku na Wisłostradzie, to zostałam pomóc przy szyciu. Do galerii weszłam po jakąś sałatkę. Potem już tylko puste mieszkanie na Marymonckiej i dwanaście godzin snu. A teraz jeszcze muszę uciekać przed tymi psami, żeby mnie nie zeżarły.

– Myślicie, że tam dalej, za barierą, ludzie żyją normalnie? – zapytał Bartek, patrząc ponad dachami niskich wiat przystankowych w stronę południowego horyzontu. – Że u nich nie ma tych bestii? Że włączą wiadomości w telewizji i powiedzą, że na Młocinach jest kwarantanna?

Kuba nie odpowiedział. Spojrzał w stronę, w którą biegła ulica Kasprowicza.

Bloki zasłaniały pas zieleni Starych Bielan, za którym leżała Płatnicza. Mała, stara szkoła mieściła się w parterowym budynku przy brukowanej ulicy z zabytkowymi latarniami gazowymi. Ewa mogła widzieć z sekretariatu pustą ulicę albo ludzi uciekających przed zmutowanymi zwierzętami. Może tam też nie było zasięgu i wszyscy czekali, aż ktoś wyjaśni, co się dzieje.

Pod Kasprowicza biegły przecież tunele M1, głęboko pod chodnikami i fundamentami bloków. Wiedział o nich od pierwszej jazdy metrem z matką, jeszcze w dzieciństwie. Na Młocinach, stacji końcowej, były tory odstawcze na północ ku Hucie; na południe linia prowadziła do Wawrzyszewa, Słodowca i centrum.

Kuba wstał z murka. Bark bolał już mniej. Podszedł do Tomka stojącego przy krawędzi zadaszenia i wskazał głową przeszklony pawilon metra, trzydzieści metrów od nich.

– Panie Tomku, tę granicę sprawdzaliśmy tylko na powierzchni.

Tomek patrzył na niego uważnie.

– A pod ziemią? Jak głęboko sięga ta granica? Sprawdzał ktoś południowy tunel?ODWRÓT Z PARKINGU

Błękitne litery rozbłysły przed twarzą Kuby, zanim zdążyli zrobić choćby dziesięć kroków w stronę wejścia do podziemi.

Komunikat zawisł na wysokości jego oczu, równo nad krawędzią dachu parkingu przesiadkowego, a potem zgasł bez żadnego dźwięku. Przed oczami migotał mu jeszcze blady ślad liter. W żołądku pozostał lodowaty ucisk.

– Jakie trzy minuty? – Bartek zatrzymał się tak gwałtownie, że papierowa torba z butami uderzyła go w łydkę. – Przecież dopiero co odeszliśmy od rampy! Mieliśmy sprawdzić metro!

– Już niczego nie sprawdzimy na peronach – rzucił krótko Tomek. Ochroniarz nawet nie spojrzał w stronę przeszklonego pawilonu stacji, tylko od razu obrócił się ku rzędowi zaparkowanych wzdłuż krawężnika aut. – Jak fala wejdzie na schody, zepchnie nas w dół i zamknie jak w klatce. W tunelu nie ma gdzie uciekać. Idziemy do zabudowy.

Wskazał ręką na szare ściany dziesięciopiętrowego bloku przy Nocznickiego, majaczące sto pięćdziesiąt metrów dalej za pasem rzadkich drzew i jezdnią. W tej samej chwili zza metalowego ogrodzenia parkingu dobiegł wysoki, skrzeczący pisk.

Spod podwozia ciemnego volkswagena, stojącego na skraju pierwszego rzędu, wysunął się długi, pozbawiony sierści ogon, gruby jak wąż ogrodowy. Sekundę później spomiędzy kół wytoczył się szczur wielkości dorosłego spaniela. Jego szary, łysy w wielu miejscach grzbiet był nabrzmiały od twardych, ścięgnistych guzów, a spod wysuniętego pyska sterczały dwa żółte, zakrzywione siekacze, długie na szerokość dłoni. Zwierzę uniosło łeb, pociągnęło nosem i z chrzęstem pazurów o asfalt ruszyło wzdłuż krawędzi chodnika.

Zza kolejnych aut zaczęły wyłazić następne. Trzy, może cztery sztuki, wszystkie ze ślepiami zamglonymi mętną żółcią.

Nad głowami rozległ się ostry łopot skrzydeł. Stado gołębi poderwało się z daszku wiaty przystankowej, ale ptaki nie uciekały na dachy. Ich pióra były posklejane, dzioby wydłużone i zrogowaciałe na końcach jak małe groty. Jeden z nich runął z góry prosto na mężczyznę w roboczej kurtce, który stał bez ruchu na środku wysepki tramwajowej. Uderzenie w kark zbiło faceta z nóg. Krzyknął, machając rękami, a z góry spadły dwa kolejne ptaki, bijąc skrzydłami i rozrywając materiał na jego ramionach.

– Nie zatrzymywać się na otwartym! – ryknął Tomek, chwytając Agnieszkę za rękaw i ciągnąc ją w stronę rzędu zaparkowanych aut. – Pod blachy! Trzymać się między wozami!

Pielęgniarka ruszyła bez słowa, wciskając głowę w ramiona. Kuba skoczył za nimi, czując, jak serce wali mu w gardle. Zrobił trzy szybkie susy, omijając tył porzuconej skody, kiedy za plecami usłyszał stłumione przekleństwo Bartka i głuche uderzenie metalu o metal.

Obejrzał się przez ramię.

Bartek stał cztery metry z tyłu, przy otwartych drzwiach dostawczego renault. Obok niego, oparty plecami o słupek szoferki, wisiał starszy, siwy mężczyzna w rozpiętej marynarce i szarych spodniach. Prawa stopa nieznajomego była nienaturalnie wykręcona na zewnątrz, a podciągnięta nogawka odsłaniała siniejącą, potężnie opuchniętą kostkę.

– Henryk jestem... Nie dam rady, chłopaku, zostaw mnie – charczał mężczyzna, próbując podciągnąć się na klamce. Z wysiłku miał zupełnie siną twarz. – Kostka poszła... stanąłem na krawężniku i chrupnęło...

– Nie gadaj pan głupot! – Bartek wcisnął torbę z butami pod pachę, złapał go pod prawe ramię i spróbował poderwać do góry. – Panie Henryku, opieraj się pan! Chwyć mnie za szyję!

Henryk spróbował przenieść ciężar ciała na zwichniętą nogę, ale natychmiast jęknął z bólu, ugiął zdrowe kolano i zwalił się całym ciężarem na Bartka. Obaj runęli na bok, uderzając w drzwi furgonetki. Papierowa torba wysunęła się spod pachy Bartka, a nowe buty wypadły na mokry asfalt.

Spod podwozia stojącego dwa metry dalej opla wysunął się pysk szczura. Zwierzę zwietrzyło ludzi i zasyczało chrapliwie, po czym zaczęło powoli wychodzić z cienia pod samochodem.

Przez ułamek sekundy Kuba nie widział szczura ani ulicy Nocznickiego. Miał przed oczami wielkiego psa z galerii i żółtawą wydzielinę na jego kłach; pamiętał ciężar łap miażdżących mostek i lodowaty chłód tuż przed śmiercią. Ból w szyi odezwał się tępym pulsowaniem pod zagojoną skórą, a nogi odmówiły posłuszeństwa, jakby znowu leżał na posadzce pasażu.

_Jeden Powrót._ Zużyty. Następnego nie będzie.

Szczur pod oplem podkurczył tylne łapy, gotując się do skoku na leżącego Henryka.

Kuba zaklął na głos, przełknął gorycz podchodzącą do gardła i zamiast uciekać za Tomkiem, ruszył pędem z powrotem.

– Bartek, wstawaj! – krzyknął, dopadając do furgonetki.

Złapał Henryka pod lewe ramię, wbijając palce w gruby materiał marynarki. Mężczyzna był ciężki, ważył na pewno ze sto kilo, a jego bezwładna noga ciągnęła się po ziemi jak kłoda.

– Prawa noga do przodu, raz, dwa! – zawołał Bartek, zrywając się na równe nogi i podciągając Henryka z drugiej strony. – Kuba, trzymaj go!

Szczur skoczył. Minął but Henryka o centymetry, uderzając pyskiem w dolną krawędź otwartych drzwi furgonetki. Blacha zadźwięczała głucho. Zwierzę zakotłowało się na asfalcie, drapiąc pazurami w poszukiwaniu oparcia.

– Zostaw te cholerne buty, Bartek! – wrzasnął Kuba, ciągnąc mężczyznę w stronę przerwy między autami.

Bartek przykucnął na moment, zgarnął oba buty do pudełka i wsunął całość z powrotem do torby. Wcisnął pakunek pod pachę i znów podchwycił Henryka.

Zza zderzaka renault wypadła Agnieszka.

– Dajcie go! – Agnieszka odepchnęła Kubę na bok i wsunęła ramię pod bark Henryka. – Ty jesteś za wysoki, idziecie krzywo! Tomek znalazł przejście!

Sprawnie przejęła ciężar. Kuba puścił marynarkę; ręce mu drżały, a mięśnie przedramion paliły po nagłym szarpnięciu. Cofnął się o krok, żeby osłonić ich tyły, z trudem łapiąc oddech.

Tomek czekał pięć metrów dalej, w wąskim przesmyku między tyłem śmieciarki a zniszczonym, drucianym ogrodzeniem placu budowy. W prawej dłoni trzymał gruby, drewniany trzonek od połamanej szczotki ulicznej, którym odpędzał nurkujące z góry gołębie.

– Tędy! – Machnął wolną ręką. – Przez trawnik pod mur! Na klatkę schodową!

Kuba spojrzał w dół. Przy powyginanej siatce ogrodzenia, częściowo wdeptany w suchą trawę i żwir, leżał zardzewiały żebrowany pręt zbrojeniowy z zaostrzonym końcem, gruby na dwa palce i długi na jakiś metr.

Kuba schylił się, chwycił zimne, chropowate żelazo i podniósł je do góry. Pręt był ciężki, rdza natychmiast oblepiła mu dłoń. Z trudem ścisnął go drżącymi palcami. Zacisnął zęby ze złości na własne ciało, na drżące łydki i słabe przedramiona.

Agnieszka i Bartek ciągnęli Henryka przez resztki trawnika. Mężczyzna powłóczył stopą, pojękując cicho przy każdym kroku, ale nie puszczał ich ramion. Za nimi, wzdłuż rzędu aut, biegły już dwa szczury. Pierwszy sadził długie, płaskie skoki, trzymając łeb nisko przy ziemi.

– Ruszajcie się! – krzyknął Kuba, cofając się tyłem z prętem uniesionym oburącz na wysokości klatki piersiowej.

Dobiegli do wąskiego, betonowego podejścia prowadzącego do klatki schodowej bloku przy Nocznickiego. Wejście znajdowało się na podwyższeniu, odgrodzone od trawnika niskim, szarym murkiem oporowym z lanego betonu. Między murkiem a pierwszym stopniem schodów zostawało zaledwie półtora metra szerokości.

Tomek podbiegł do ciężkich, stalowych drzwi wejściowych z domofonem cyfrowym. Wbił palec w klawiaturę, ale wyświetlacz był ciemny. Pociągnął za gałkę z całej siły. Zamek trzymał.

– Zablokowane! – warknął ochroniarz, sięgając do kieszeni spodni po pęk uniwersalnych kluczy na smyczy. – Dajcie mi dziesięć sekund!

Agnieszka posadziła Henryka na drugim stopniu schodów. Mężczyzna osunął się na beton, łapiąc oburącz za uszkodzoną kostkę.

Kuba stanął na początku wąskiego przejścia, między krawędzią murka a barierką. Po lewej stronie, oparty o elewację, stał ciężki stojak reklamowy miejscowej pizzerii – stalowa rama z grubych rur z wmontowaną blachą, osadzona na potężnej, żeliwnej podstawie.

Pierwszy szczur wypadł z trawnika, odbił się od krawężnika i wbiegł prosto w przesmyk.

Kuba złapał za górną krawędź stojaka i szarpnął go w poprzek przejścia. Żeliwna podstawa zachrobotała o beton, ale po kilku centymetrach uderzyła w wystającą krawędź pękniętej płyty chodnikowej i zaklinowała się na niej. Między blachą a murkiem została półmetrowa szczelina.

Szczur wbił się w tę szparę bez wahania.

Kuba zobaczył z bliska jego małe, przekrwione ślepia i rozwarty pysk z siekaczami ociekającymi gęstą śliną. Szczur mierzył prosto w jego lewe udo. Odruchowo cofnął stopę o pół kroku, unosząc pręt zbrojeniowy do ciosu z góry.

Uderzył za szybko.

Stalowy pręt zamiast w kark zwierzęcia trafił w poprzeczną rurę stojaka reklamowego. Rozległ się ostry zgrzyt, a wstrząs przeszedł przez przedramiona aż do łokci, niemal wyrywając mu pręt z dłoni. Dłonie mu zdrętwiały, a szczur skoczył wprost na jego kolano.

W tym samym momencie z boku dopadł Bartek. Chłopak chwycił stojak za pionowy profil oburącz, zaparł się stopami o krawężnik i z dzikim wrzaskiem pchnął całą konstrukcję do przodu.

Rama przesunęła się o kilkadziesiąt centymetrów, przygniatając cielsko szczura do betonowego murka oporowego. Zwierzę zaskowyczało chrapliwie, a jego żebra zatrzeszczały pod naciskiem blachy.

– Kuba, wal go! – wydarł się Bartek, napierając na stojak. Na szyi nabrzmiały mu żyły. – Drugi leci od parkingu!

Kuba nie czekał. Poprawił ułożenie dłoni na pręcie i wbił jego koniec w bok łba szczura przyciśniętego do murka.

Czaszka pękła z mokrym chrupnięciem. Szczur targnął się w konwulsjach, jego ogon smagnął po betonie, a żółtawa maź chlusnęła na szary tynk murka. Kuba poprawił jeszcze raz, uderzając w nasadę karku, aż przyciśnięte do murka zwierzę całkiem zwiotczało.

Przed oczami rozbłysło krótkie, przejrzyste okno:

W tej samej chwili rozgrzały mu się mięśnie ramion i pleców. Tępy ból w stłuczonym wcześniej barku nagle przygasł, ścięgna w nadgarstkach napięły się mocniej, a ciężar trzymanego w dłoniach pręta zbrojeniowego wydał się o połowę mniejszy. Nogi wciąż drżały ze zmęczenia i strachu, ale kolana nie uginały się już pod nim.

– Kuba! – wrzasnął Bartek.

Drugi szczur odbił się od krawędzi trawnika i minął truchło pierwszego. Wbiegł na schody i skoczył wprost na pierś Bartka, z rozwartą paszczą i wyciągniętymi łapami.

Bartek nie puścił stojaka. Zamiast się cofnąć, pchnął górną krawędź ramy prosto w lecące zwierzę, trafiając je płaską blachą w pysk. Uderzenie strąciło szczura na stopnie, tuż pod nogi siedzącego Henryka. Mężczyzna wrzasnął i gwałtownie podciągnął zdrową nogę pod brodę, obijając piętę o krawędź stopnia.

Kuba podbiegł do ramy i złapał krawędź stojaka. Z dużo mniejszym wysiłkiem niż przed chwilą szarpnął razem z Bartkiem ciężką konstrukcję w bok, ustawiając ją w poprzek schodów i całkowicie odcinając wejście.

Drugi szczur zasyczał wściekle i uskoczył w dół schodów, drapiąc pazurami po betonie, zanim przesuwana rama zamknęła przejście. Z góry spadł kolejny zmutowany gołąb, uderzając skrzydłem w blachę pizzerii.

– Mam! Włazić! – ryknął z góry Tomek.

Zamek puścił z głośnym trzaskiem, a Tomek otworzył ciężkie, przeszklone drzwi klatki schodowej.

Agnieszka poderwała Henryka z ziemi, ciągnąc go tyłem przez próg. Bartek cofnął się za nimi, ciężko dysząc.

Kuba spojrzał pod nogi, na truchło pierwszego szczura leżące przy murku.

Pomiędzy poszarpanym mięsem a rozbitą czaszką leżał mały, szarawy odłamek, nie większy od ziarna fasoli. Miał nieregularne, ostre krawędzie i tlił się wewnątrz słabym, mętnym blaskiem, jak kawałek fosforyzującego kwarcu.

Kuba schylił się błyskawicznie, złapał kamyk dwoma palcami i wcisnął do głębokiej kieszeni bluzy. Nie pojawiło się okno z powiadomieniem o łupie ani o dodatkowym doświadczeniu. Odłamek był po prostu zimny i twardy w dotyku.

Kuba wpadł tyłem do przedsionka klatki schodowej, trzymając pręt w prawej ręce.

Tomek zatrzasnął stalowe drzwi, przekręcił ciężką zasuwę i oparł się o skrzydło całym ciężarem ciała. Zza grubej szyby zbrojonej drutem dobiegło głuche uderzenie szczurzego cielska, a potem drapanie pazurów i chrzęst dziobów o stal, ale zamek wytrzymał.

W przedsionku nikt się nie odzywał. Henryk chrapliwie rzęził.

Kuba oparł pręt zbrojeniowy o lamperię pomalowaną olejną, zieloną farbą i osunął się plecami po ścianie na pierwszy stopień schodów. Przez ubranie czuł chłód betonu.

Agnieszka klęczała już przy Henryku. Rozcięła mu skarpetkę nożyczkami z medycznego etui, odsłaniając potężny krwiak nad kostką.

Agnieszka obmacywała staw szybkimi, pewnymi ruchami.

– Wygląda na mocne skręcenie. Bez usztywnienia na tym nie ustoi. Panie Henryku, boli przy ucisku tutaj?

Mężczyzna syknął przez zęby, zamykając oczy.

– Boli jak cholera... dzięki, pani doktor. Gdyby nie wy...

– Nie jestem lekarzem, tylko pielęgniarką – ucięła Agnieszka, wyciągając z kieszeni elastyczny bandaż. – I proszę siedzieć prosto, bo zaraz pan zemdleje.

Tomek odszedł od drzwi, sprawdził okno na półpiętrze i podszedł do schodów. Na czole miał smugi od kurzu, a mundur był rozpięty do połowy klatki piersiowej.

– Na zewnątrz się kotłuje – powiedział. – Szczury biegają w stadach, ptaki tłuką we wszystko, co się rusza. Otwarta przestrzeń to teraz samobójstwo. Dobrze, żeśmy weszli.

Bartek usiadł na stopniu obok Kuby. Ręce wciąż mu się trzęsły; patrzył na swoje dłonie, umazane czarnym smarem ze stojaka reklamowego i rdzawym nalotem.

– Ty... Kuba – odezwał się niemal szeptem. – Widziałeś to?

– Co?

– Dostałem to okno. Jak walnąłem tego drugiego szczura blachą, zanim odskoczył. Wyskoczyło mi: osłona sojusznika i dwadzieścia procent do poziomu. Prawdziwe procenty. Ty też to masz?

Kuba spojrzał na niego z ukosa. Bartek był blady i miał rozszerzone źrenice.

– Dostałem poziom – odpowiedział Kuba, nie podnosząc głosu. – Drugi.

– Drugi? Już? – Bartek otworzył szerzej oczy. – Przecież dopiero co zaczęliśmy! To dlatego tak łatwo szarpnąłeś ten stojak?

Kuba kiwnął głową. Był silniejszy niż rano, kiedy wychodził do szkoły. Od jego śmierci minęło dopiero pół godziny.

Oparł potylicę o chłodną ścianę i skupił wzrok na przestrzeni przed sobą.

_Status._

Błękitna tafla rozwinęła się bezszelestnie, widoczna tylko dla niego.

Poniżej, pod krótką przerwą, znajdowała się zakładka cech. Kuba skupił na niej myśl, a panel przesunął się płynnie w dół, odsłaniając pojedynczy wpis z ciemniejszą, purpurową obwódką, której nie widział wcześniej w galerii.

Kuba wbił wzrok w te słowa.

_Nie tylko walka. Mogę po prostu ćwiczyć i uczyć się nowych rzeczy._

Miał ochotę szturchnąć Bartka w ramię i powiedzieć: patrz, co dostałem, patrz, jak szybko mogę stać się silniejszy. Znali się od pierwszej klasy; teraz, w czwartej klasie liceum, siedzieli w jednej ławce. Uciekali razem z biologii i grali na orliku.

Kuba uniósł dłoń i dotknął lepkiego, rozerwanego kołnierza bluzy.

Wyczuł zaschniętą krew. Przed oczami znów mignął mu ten ułamek sekundy, w którym kły miażdżyły mu krtań. Nie umiał wytłumaczyć, dlaczego przeżył, jak działa to całe gówno z błękitnymi oknami ani czym są te bestie. Teraz jeszcze rozwijał się inaczej niż reszta.

Tomek i obcy z osiedla – szukaliby z nim schronienia czy posłaliby go przy następnym ataku na szczury? A może zaczęliby się go bać?

Bartek przysunął się bliżej, opierając łokieć na kolanie i wpatrując się w jego twarz.

– No i co tam masz? – zapytał, wskazując podbródkiem pustą przestrzeń przed nosem Kuby. – Masz jakieś statystyki? Siłę, zręczność, jakieś punkty do rozdania?

Kuba zamrugał powoli. Błękitne okno zgasło, znikając w mroku klatki schodowej.

– Nic takiego – powiedział, poprawiając zakrwawioną bluzę i opierając dłonie na kolanach. – Po prostu poziom drugi i czternaście procent do następnego. Zwykłe liczby.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij