Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Pozłacane wilki - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Tłumacz:
Data wydania:
18 lutego 2019
Czytaj fragment
Pobierz fragment
36,90
Cena w punktach Virtualo:
3690 pkt.

Pozłacane wilki - ebook

Akcja "Pozłacanych wilków", pełna mrocznych tajemnic i niebezpiecznych, ale ekscytujących przygód, rozgrywa się w dekadenckim świecie wyższych sfer.

Paryż, rok 1889 – świat stoi u progu nowej ery, ery przemysłu i elektryczności, a zorganizowana w stolicy Francji Wystawa Światowa tchnęła nowe życie w ulice miasta i wydobyła na światło dzienne stare sekrety. W tej metropolii nikt nie śledzi tajemnic tak bacznie jak poszukiwacz skarbów i zamożny hotelarz Séverin Montagnet-Alarie. Kiedy zwraca się do niego o pomoc potężna organizacja, Zakon Babel, Séverin otrzymuje propozycję dostępu do skarbu, który uważał za stracony – do należnego mu dziedzictwa. Aby jednak odnaleźć poszukiwany przez Zakon starożytny artefakt, Séverin będzie potrzebował pomocy specjalistów: matematyczki z długiem do spłacenia, historyka, który nie może wrócić do domu, tancerki o ponurej przeszłości i kogoś, kto jest mu bratem, choć nie łączą ich więzy krwi, i kto chyba za bardzo troszczy się i niepokoi.

W poszukiwaniach artefaktu w mrocznym, pełnym luksusu świecie Paryża Séverinowi i jego towarzyszom przydadzą się ich spryt i wiedza. To, co znajdą, może odmienić świat – pod warunkiem że uda im się pozostać przy życiu.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66173-10-1
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Matriarchini Domu Kory była spóźniona na kolację. W zwyczajnym toku rzeczy nie dbała o punktualność. Punktualność, od której nieprzystojnie zawiewało gorliwością, była dla chłopstwa. Ona zaś nie była chłopką i nie wykazywała też żadnej gorliwości na myśl o wspólnym posiłku z tym mieszańcem, dziedzicem Domu Nyks.

– Dlaczego tak długo czekam na powóz?! – zawołała w głąb korytarza.

Jej spóźnienie wzbudzi plotki. A te są o wiele bardziej uciążliwe i nieprzystojne niż punktualność.

Strzepnęła niewidoczny pyłek kurzu z nowej jedwabnej sukni, którą zaprojektowali mistrzowie igły z Raudnitz et Cie na place Vendôme w pierwszej dzielnicy. Lilie z tafty zakołysały się na błękitnym jedwabnym dole spódnicy jak na falach strumienia. Na drapowaniach turniury i długim tiulowym trenie rozkwitały w blasku świec miniaturowe łąki jaskrów i bluszczu. Formowanie dało tu olśniewający efekt. I tak też powinno być, zważywszy na wysoką cenę sukni.

Stangret zajrzał przez drzwi do środka.

– Niech jaśnie pani raczy mi darować. Jesteśmy już prawie gotowi.

Matriarchini odesłała go skinieniem dłoni. Pod wpływem tego gestu zalśnił jej pierścień Babel – splecione czarne ciernie podbite niebieskim światłem. Pierścień przytwierdzono do jej palca wskazującego w dniu, w którym została matriarchinią Domu Kory, pokonując innych członków rodziny i rozprawiając się z intrygami w walce o władzę w Domu. Wiedziała, że jej potomkowie, a nawet zwykli członkowie Domu odliczają dni do jej śmierci, kiedy to pierścień przejdzie na kogoś innego, ona sama nie była jednak jeszcze na to gotowa. A do tego czasu tylko ona i patriarcha Domu Nyks będą znali tajemnice pierścienia.

Kiedy dotknęła tapety, wśród złoconych wzorów zabłysł i zgasł symbol – splecione ciernie. Uśmiechnęła się. Jak każdy formowany przedmiot w jej rezydencji tapeta nosiła na sobie znak Domu.

Nigdy nie zapomni chwili, gdy po raz pierwszy oznaczyła symbolem swego Domu formowany przedmiot. Dzięki mocy pierścienia czuła się jak bogini zamknięta w ludzkim kształcie. Chociaż nie zawsze tak było. Wczoraj akurat zdjęła znak Kory z pewnego obiektu. Nie miała na to ochoty, ale przedmiot był przeznaczony na wiosenną aukcję Zakonu, a niektórych tradycji nie można było lekceważyć…

W tym również kolacji z głową innego Domu.

Matriarchini podeszła do otwartych drzwi i stanęła na granitowym progu. W zimnym nocnym powietrzu jedwabne kwiaty na jej sukni stuliły płatki.

– Konie chyba są już wreszcie gotowe?! – zawołała w mrok.

Stangret nie odpowiedział. Otuliła się ciaśniej szalem i przekroczyła próg. Ujrzała powóz i czekające konie… ale ani śladu stangreta.

– Czyżby całą moją służbę dotknęła plaga niekompetencji? – westchnęła, zmierzając ku koniom.

Zawiódł nawet jej posłaniec, którego zadaniem było tylko stawić się na aukcji Zakonu, przekazać przedmiot i wyjść. Do listy swoich jasno sprecyzowanych obowiązków niewątpliwie dodał jeszcze: „Upić się rozkosznie w Edenie, tym jarmarcznym hotelowym bagnie”.

Stangreta znalazła tuż przy powozie – leżał twarzą do ziemi na żwirze. Matriarchini potknęła się, robiąc krok w tył. Stukot końskich kopyt gwałtownie ucichł. Zapadła cisza, niczym ciężkie ostrze przecinające powietrze.

„Kto tam?” – chciała spytać, ale słowa zamarły jej na ustach.

Cofnęła się. Jej obcasy nie wydawały na żwirze żadnego dźwięku. Jakby znajdowała się pod wodą. Puściła się biegiem do drzwi i pchnęła je, otwierając szeroko. Zalało ją światło żyrandola i przez chwilę wydawało się jej, że już jest bezpieczna. Obcas zaczepił o suknię – potknęła się. Nie runęła jednak na podłogę.

W dół runął za to nóż.

Nie zdążyła zobaczyć ostrza, poczuła je tylko – gwałtowny nacisk wbijający się w jej palce, trzask miażdżonych kości, gorącą wilgoć spływającą po dłoni i nadgarstku i plamiącą kosztowne bufiaste rękawy. Ktoś siłą zrywał pierścień z jej palca. Matriarchini nie zdążyła nawet krzyknąć.

Jej oczy otworzyły się szeroko. Patrzyła, jak formowane światłoćmy latają na szmaragdowych taflach skrzydełek pod sufitem. Garstka przysiadła na nim niczym drzemiące gwiazdy.

A potem, kątem oka, ujrzała, jak na jej głowę spada ciężka pałka.CZĘŚĆ I

Z archiwów Zakonu Babel

Początki imperium

mistrz Emanuele Orsatti, Dom Orkusa włoskiej frakcji Zakonu

w roku 1878, za panowania króla Humberta I

Sztuka formowania jest równie stara jak sama cywilizacja. Według naszych przekładów antycznych tekstów w starożytnych imperiach uważano, iż moc formowania dają rozmaite mityczne przedmioty. W Indiach wierzono, że źródłem mocy formowania była Misa Brahmy, boga stworzenia. Persowie twierdzili to samo o mitycznym Kielichu Dżamszida i tak dalej.

Ich wierzenia – choć barwne i pełne inwencji – były błędne.

Dar formowania zawdzięczamy obecności Fragmentów wieży Babel. Choć nie jest możliwe oszacowanie dokładnej ich liczby, zdaniem autora Bóg po zniszczeniu wieży Babel (Księga Rodzaju 11, 4–9) uznał za stosowne rozproszenie na ziemi co najmniej pięciu jej części. Tam, gdzie trafiły owe Fragmenty wieży Babel, wyrosły cywilizacje: Egipcjanie i Afrykanie stworzyli swoją nad Nilem, Hindusi nad Indusem, ludzie Wschodu nad Żółtą Rzeką, Mezopotamczycy między Tygrysem a Eufratem, Majowie i Aztekowie w Ameryce Środkowej, a Inkowie w Andach Środkowych. I siłą rzeczy tam, gdzie znajdował się kawałek wieży Babel, rozkwitała sztuka formowania.

Pierwsza wzmianka w źródłach zachodnich o tamtejszym Fragmencie wieży Babel pochodzi z roku 1112. Nasi bracia i poprzednicy, rycerze z zakonu templariuszy, przywieźli Fragment wieży Babel z Ziemi Świętej, by spoczął w naszej ziemi. Od tego czasu sztuka formowania osiągnęła niedosięgnione wyżyny mistrzostwa na całym kontynencie. Dar formowania, którym wielu zostało pobłogosławionych, jest dziedzictwem boskości, jak każda sztuka. Jak bowiem jesteśmy stworzeni na Jego obraz, tak sztuka formowania odzwierciedla piękno Jego stworzenia. Formowanie to bowiem nie tylko udoskonalanie przedmiotu stworzenia, ale i jego przekształcanie.

Obowiązkiem Zakonu jest ochrona tego talentu.

Naszym zadaniem, wyznaczonym i uświęconym, jest strzeżenie miejsca, w którym znajduje się Fragment wieży Babel Zachodu.

Odebranie nam tej mocy oznaczałoby – śmiem twierdzić – koniec cywilizacji.1 Séverin

Miesiąc wcześniej…

Séverin zerknął na zegar – jeszcze dwie minuty.

Wokół niego zamaskowani członkowie Zakonu Babel intensywnie wachlowali się białymi lizakami aukcyjnymi, poszeptując do siebie w niecierpliwym oczekiwaniu na ostatnią licytację.

Séverin odchylił do tyłu głowę. Na suficie pokrytym freskami martwi bogowie mierzyli nieprzychylnymi spojrzeniami tłum zgromadzony poniżej. Starał się nie zerkać na ściany – na próżno. Symbole dwóch ostatnich Domów frakcji francuskiej osaczały go ze wszystkich stron. Półksiężyce Domu Nyks. Ciernie Domu Kory.

Pozostałe dwa symbole pieczołowicie usunięto ze wzoru.

– Panie i panowie z Zakonu, nasza wiosenna aukcja zbliża się ku końcowi – oznajmił aukcjoner. – Dziękujemy państwu za uczestnictwo w tej wyjątkowej sprzedaży. Jak wiadomo, przedmioty z dzisiejszej aukcji zostały uratowane w odległych krainach, takich jak pustynie Afryki Północnej i wspaniałe pałace Indochin. Po raz kolejny składamy podziękowania dwóm francuskim Domom, które raczyły udzielić gościny tegorocznej aukcji. Chylimy czoła przed Domem Nyks. Chylimy czoła przed Domem Kory.

Séverin podniósł dłonie, ale nie miał zamiaru klaskać. Długa blizna na jego dłoni zalśniła srebrzyście w świetle świeczników, przypominając o dziedzictwie, którego mu odmówiono.

Séverin, ostatni z linii Montagnet-Alarie, dziedzic Domu Vanth, i tak wyszeptał jego nazwę.

– Chylę czoła przed Domem Vanth.

Dziesięć lat temu Zakon ogłosił, że linia Domu Vanth wygasła.

Zakon kłamał.

Podczas gdy aukcjoner rozpoczął długą przemowę o uświęconych, ciężkich obowiązkach Zakonu, Séverin dotknął skradzionej maski, którą miał na twarzy. Tworzyła ją plątanina metalowych cierni i oszronionych róż, uformowana tak, by szron nigdy się nie stopił, a róże nigdy nie zwiędły. Maska należała do posłańca Domu Kory, który – o ile Séverin podał mu prawidłową dawkę – ślinił się obecnie w luksusowym apartamencie w hotelu Eden.

Według uzyskanych przez niego informacji przedmiot, po który tu przyszedł, miał być lada chwila wystawiony na aukcji. Wiedział, co będzie się wówczas działo. Obecni na sali zaczną podbijać cenę, ale od niechcenia, bo wszyscy będą wiedzieli, że Dom Nyks ustawił licytację – to on kupi ten przedmiot. Jednak mimo że Dom Nyks wygra, artefakt zniknie stąd razem z Séverinem.

Uniósł kącik ust w uśmiechu i jednocześnie wyciągnął do góry dłoń. Z unoszącego się nad nim żyrandola z szampanem natychmiast oderwał się kieliszek i pofrunął prosto do jego ręki. Séverin podniósł smukłe naczynie do ust, nie pijąc; po raz kolejny przyjrzał się znad brzegu kieliszka układowi sali balowej, zapamiętując, gdzie znajdują się wyjścia. Spiętrzone perłowe makaroniki ułożone na kształt gigantycznego łabędzia wyznaczały wyjście wschodnie. Młody dziedzic Domu Nyks, Hypnos, właśnie dopił tam kieliszek szampana i dał znak, że chce następny. Séverin nie rozmawiał z Hypnosem od dzieciństwa. Byli wówczas dla siebie czymś w rodzaju towarzyszy zabaw i jednocześnie rywali – obu wychowywano niemal identycznie, obu przygotowywano do tego, by kiedyś objęli we władanie pierścienie swoich ojców.

Było to jednak w innym życiu.

Séverin zmusił się, by oderwać wzrok od Hypnosa, i spojrzał na kolumny w kolorze lapis lazuli stróżujące przy wyjściu południowym. Przy zachodnim czterej strażnicy Sfinksy stali bez ruchu w swoich frakach i krokodylich maskach.

To z powodu Sfinksów nikt nie mógł ukraść niczego Zakonowi. Maska Sfinksa była w stanie wywęszyć i wytropić ślad każdego przedmiotu, któremu nadano znak Domu za pomocą pierścienia matriarchini lub patriarchy.

Séverin wiedział jednak, że wszystkie artefakty były tutaj nieoznakowane i miały otrzymać znaki Domów dopiero po zakończeniu aukcji, w czasie przekazywania ich nabywcom. Zatem między sprzedażą a odbiorem przedmiotu pozostanie kilka cennych chwil, podczas których przedmiot ten będzie można skraść. I nikt, nawet Sfinks, nie zdoła wyśledzić, gdzie się podział.

Nieoznakowane przedmioty, podatne na kradzież, nie były jednak całkowicie pozbawione ochrony.

Séverin zerknął na północny kraniec sali, po przekątnej, tam, gdzie znajdowała się przechowalnia ze wszystkimi nieoznakowanymi rzeczami czekającymi na nowych właścicieli. Przy wejściu do pomieszczenia leżał ogromny lew z kwarcu. Jego krystaliczny ogon uderzał leniwie o marmurową podłogę.

Zadźwięczał gong. Séverin podniósł wzrok na podium – właśnie wchodził na nie bladolicy mężczyzna.

– Największą dumą napełnia nas ostatni przedmiot, który państwu prezentujemy. Ten kompas, zabrany z Pałacu Letniego w Chinach w 1860 roku, został uformowany za czasów dynastii Han. Jego właściwości obejmują nawigację za pomocą gwiazd i odróżnianie kłamstw od prawdy – mówił aukcjoner. – Mierzy dwanaście na dwanaście centymetrów i waży kilogram dwieście gramów.

Nad głową aukcjonera zamigotał hologram kompasu. Urządzenie wyglądało jak prostokątny kawałek metalu z okrągłym zagłębieniem w środku. Całą powierzchnię pokrywały wyryte chińskie ideogramy.

Opis właściwości kompasu był imponujący, ale Séverina nie interesowało samo urządzenie. Ważna była dla niego ukryta w nim mapa skarbów. Kątem oka obserwował, jak Hypnos z entuzjazmem klaszcze w ręce.

– Cena wywoławcza wynosi pięćset tysięcy franków.

Mężczyzna z frakcji włoskiej uniósł swój lizak aukcyjny.

– Pięćset tysięcy od pana Monserro. Czy widzę?…

Hypnos z Domu Nyks podniósł rękę.

– Sześćset tysięcy – ogłosił aukcjoner. – Sześćset tysięcy po raz pierwszy, po raz drugi…

Ludzie obecni na sali zajęli się rozmową. Nie warto było się wysilać w ustawionej licytacji.

– Sprzedane! – oznajmił aukcjoner ze sztucznym entuzjazmem. – Domowi Nyks za sześćset tysięcy. Patriarchę Hypnosa po zakończeniu aukcji prosimy o wysłanie do przechowalni posłańca Domu wraz ze służącym na zwyczajową ośmiominutową inspekcję. Przedmiot będzie się znajdował w specjalnym pojemniku. Dopiero potem będzie go pan mógł oznaczyć swoim pierścieniem.

Séverin odczekał chwilę, a później przeszedł szybkim krokiem wzdłuż ściany atrium do kwarcowego lwa. Za zwierzęciem rozpościerał się ciemny korytarz z marmurowymi kolumnami. Oczy lwa spojrzały na niego obojętnie; Séverin zwalczył odruch dotknięcia swojej skradzionej maski. Przebrany za posłańca Domu Kory miał prawo wejść do przechowalni i dotknąć jednego przedmiotu – mógł to robić przez dokładnie osiem minut. Miał nadzieję, że skradziona maska wystarczy, by przejść obok lwa, ale jeśli zwierz zechce zobaczyć jego monetę katalogową – formowaną monetę zawierającą informacje o lokalizacji każdego obiektu w posiadaniu Domu Kory – będzie po nim. Nie udało mu się znaleźć tej przeklętej monety w ubraniu posłańca.

Séverin ukłonił się przed kwarcowym lwem i stanął bez ruchu. Ten nie zrobił nic. Mijały chwile, a nieruchome spojrzenie lwa parzyło Séverinowi twarz. Oddech zaczynał mu gęstnieć w płucach. Tak bardzo pragnął tego artefaktu – i tak bardzo tego nienawidził. Tkwiło w nim tak wiele pragnień, aż zdawało mu się, że w jego ciele nie ma już miejsca na krew.

Séverin nie podnosił wzroku z podłogi, dopóki nie usłyszał dźwięku – zgrzytu poruszających się kamieni. Wypuścił powietrze. Aż zapulsowało mu w skroniach, gdy przed nim pojawiły się drzwi do przechowalni. Bez pozwolenia lwa formowane drzwi pozostałyby niewidoczne.

Z nisz w ścianach przechowalni wychylały się marmurowe posągi bogów i stworzeń mitycznych. Séverin podszedł prosto do postaci warczącego minotaura. Uniósł scyzoryk do rozdętych nozdrzy posągu. Formowane ostrze zaparowało od ciepłego oddechu. Jednym czystym ruchem Séverin pociągnął czubek ostrza w dół, po głowie i ciele posągu. Statua rozszczepiła się; marmur zasyczał, wypuszczając kłęby pary, i ze środka wytoczył się historyk Séverina, osuwając się na niego. Enrique sapnął i otrząsnął się.

– Schowaliście mnie w minotaurze?! A dlaczego Tristan nie mógł stworzyć ukrytego wymiaru w jakimś przystojnym greckim bogu?

– Jego talent dotyczy materii ciekłej. Z kamieniem mu tak dobrze nie idzie – przypomniał Séverin, wkładając nóż do kieszeni. – Musiał to być albo minotaur, albo etruska waza ozdobiona jądrami byka.

Enrique zadrżał.

– Doprawdy… Co za ludzie patrzą na wazę z jądrami byka i mówią: „To! Właśnie to muszę mieć”?

– Znudzeni, bogaci i ekscentryczni.

Enrique westchnął.

– Czyli wszystko, do czego w życiu dążę.

Spojrzeli na krąg skarbów, z których wiele było formowanymi reliktami starożytnych cywilizacji zrabowanymi ze świątyń i z pałaców. Posągi i sznury klejnotów, urządzenia pomiarowe i teleskopy…

Z tylnej części sali spoglądał na nich surowo onyksowy niedźwiedź o rozwartej paszczy, symbolizujący Dom Nyks. Obok niego zatrzepotał skrzydłami szmaragdowy orzeł reprezentujący Dom Kory. Wokół stała na baczność reszta zwierząt symbolizujących inne frakcje Zakonu z całego świata. Był wśród nich niedźwiedź brunatny wyrzeźbiony z opalu ognistego dla Rosji, wilk wyrzeźbiony z berylu dla Włoch, a nawet obsydianowy orzeł Cesarstwa Niemieckiego.

Enrique poszperał w stroju służącego Zakonu i wyciągnął prostokątny metalowy przedmiot – wyglądający kubek w kubek jak kompas zdobyty właśnie przez Dom Nyks.

Séverin wziął do ręki falsyfikat.

– Wciąż czekam, aż ktoś mi podziękuje, wiesz? – westchnął Enrique. – Całe wieki zajęły mi badania źródłowe i wykonanie tego cacka.

– Zajęłoby ci to mniej czasu, gdybyś zaprzestał irytowania Zofii.

– To niemożliwe. Wystarczy, że nabiorę powietrza, a twoja inżynier już śle okręty wojenne.

– Zatem wstrzymaj oddech.

– Nie ma sprawy. – Enrique przewrócił oczami. – Zawsze tak robię, ilekroć pozyskujemy nowy okaz.

Séverinowi wyrwał się śmiech. „Pozyskiwanie” – tak zwał swoją nietypową pasję. Słowo to brzmiało… arystokratycznie. I wręcz praworządnie. To Zakonowi zawdzięczał ten zwyczaj pozyskiwania. Gdy uznano, że Séverin nie ma prawa podawać się za dziedzica Domu Vanth, znalazł się na czarnej liście we wszystkich domach aukcyjnych i nie mógł legalnie kupować formowanych antyków. Gdyby tego nie uczyniono, być może nie zainteresowałby się aż tak bardzo przedmiotami, od których chciano go trzymać z dala. Niektóre z nich były, jak się okazało, własnością jego rodziny. Po ogłoszeniu wygaśnięcia linii Montagnet-Alarie wszystkie dobra Domu Vanth zostały sprzedane. Kilka miesięcy po tym, jak Séverin skończył szesnaście lat i uzyskał dostęp do środków złożonych dla niego w specjalnym funduszu, odzyskał co do jednego sprzedane przedmioty należące wcześniej do Domu Vanth. Następnie zaproponował swoje usługi pozyskiwania zagranicznym muzeom i gildiom kolonialnym, wszystkim organizacjom pragnącym odzyskać to, co niegdyś zrabował Zakon.

Jeśli plotki o kompasie mówiły prawdę, może będzie mógł dzięki niemu zaszantażować Zakon… A potem zdobędzie jedyną rzecz, której nadal pragnął: swój Dom.

– Znowu to robisz – zauważył Enrique.

– Co?

– To takie „podstępne knucie ze wzrokiem wpatrzonym w dal”. Co ukrywasz, Séverinie?

– Nic.

– Ty i te twoje sekrety…

– To dzięki sekretom moje włosy są tak lśniące. – Séverin przesunął dłonią po falistych puklach. – Zabieramy się do pracy?

Enrique skinął głową.

– Sprawdźmy to miejsce.

Podrzucił do góry formowaną kulę, która zawisła nieruchomo w powietrzu. Buchnęło z niej światło i przesuwało się po ścianach i nad przedmiotami, skanując je.

– Brak urządzeń nagrywających.

Séverin kiwnął głową i zajęli miejsca przed onyksowym niedźwiedziem Domu Nyks. Stał na postumencie, a w jego rozwartych szczękach czerwieniło się jak jabłko aksamitne pudełko z chińskim kompasem. Gdy Séverin dotknie pudełka, będzie miał niecałe osiem minut, aby je zwrócić na miejsce. Inaczej bowiem – jego wzrok padł na lśniące zęby zwierzęcia – niedźwiedź odbierze mu je siłą.

Wyjął pudełko, a jednocześnie Enrique wyciągnął wagę. Zważyli pojemnik z prawdziwym kompasem, aby sprawdzić jego masę przed zamienieniem go na kopię.

Enrique zaklął.

– Różni się o włos. Ale powinno się udać. Różnicę trudno zauważyć nawet na wadze.

Séverin zacisnął zęby. Nie miało znaczenia, czy trudno to zauważyć na wadze. Istotne było, czy różnica będzie dostrzegalna dla niedźwiedzia z onyksu. Ale za daleko już zaszli, by się teraz wycofać.

Séverin włożył pudełko do pyska niedźwiedzia, wciskając je do środka, aż w paszczy zniknął jego nadgarstek. Onyksowe zęby drapnęły o rękę. Gardło posągu było chłodne i suche, zdecydowanie zbyt nieruchome. Dłoń Séverina drżała, choć starał się za wszelką cenę zachować spokój.

– Oddychasz? – szepnął Enrique. – Bo ja absolutnie nie.

– Nie pomagasz mi – warknął Séverin.

Jego ręka była zanurzona w paszczy już po łokieć. Niedźwiedź stał sztywno. Ani mrugnięcia.

Dlaczego nie przyjmuje pudełka?

W ciszę wdarło się skrzypienie. Séverin szarpnął ręką. Za późno. Zęby niedźwiedzia wydłużyły się w mgnieniu oka, tworząc wąskie pręty. Enrique spojrzał na uwięzioną dłoń Séverina i zbladł, a z ust wyrwało mu się jedno słowo:

– Szlag.2 Laila

Laila wślizgnęła się do pokoju hotelowego posłańca Domu Kory.

Jej suknia – wzgardzony strój ochmistrzyni, który wyłowiła spośród staroci w lamusie – zaczepiła się o framugę. Laila warknęła i szarpnęła materiał, ale poskutkowało to tylko naddarciem szwu.

– Świetnie – westchnęła.

Popatrzyła na pokój. Jak wszystkie pokoje w hotelu Eden apartament posłańca miał wystrój i umeblowanie pełne przepychu. Jedynym, co do tego luksusu nie pasowało, był nieprzytomny mężczyzna leżący twarzą do ziemi, w kałuży śliny. Laila zmarszczyła brwi.

– Mogli cię chociaż zostawić w łóżku, biedaku – powiedziała, przewracając go stopą na plecy.

Następne dziesięć minut spędziła, zmieniając wygląd pokoju. Rzuciła na podłogę kolczyki wyjęte z kieszeni sukni, udrapowała podarte pończochy na lampach, rozburzyła pościel na łóżku i rozlała na niej szampana. Kiedy skończyła, uklękła przy posłańcu.

– Prezent na pożegnanie – powiedziała. – Albo przeprosiny. Co uznasz za stosowne.

Wyjęła swój oficjalny bilet wizytowy z kabaretu. Podniosła kciuk mężczyzny i przycisnęła go do papieru. Wizytówka zalśniła opalizującym blaskiem i zakwitły na niej słowa. Wizytówki Palais des Rêves były formowane tak, aby rozpoznawały odcisk kciuka klienta. Teraz tylko posłaniec będzie mógł przeczytać, co było na niej napisane, i to tylko wtedy, gdy jej dotknie. Wsunęła bilet do górnej kieszeni jego marynarki, odczytując napis, zanim wtopił się w kremowy papier:

Palais des Rêves

90, boulevard de Clichy

Powiedz im, że przysyła cię Énigme…

Zaproszenie na przyjęcie mogło się wydać mizerną nagrodą pocieszenia za to, że ktoś pozbawił go przytomności, ale w tym wypadku było inaczej. Palais des Rêves był najbardziej ekskluzywnym kabaretem w Paryżu, a w przyszłym tygodniu miał się tam odbyć bankiet z okazji setnej rocznicy rewolucji francuskiej. Zaproszenia sprzedawano na czarnym rynku po cenie diamentów. Ale przyczyną ekscytacji paryżan był nie tylko sam kabaret. Był przecież rok 1889 i za kilka tygodni miasto miało gościć Wystawę Powszechną, ogromne targi składające cześć potęgom Europy i wynalazkom, które utorują drogę nowemu stuleciu, a to oznaczało, że w hotelu Eden pełną parą trwały przygotowania.

– Wątpię, żebyś to zapamiętał, ale jeśli dasz radę, zamów w Palais truskawki w czekoladzie – poradziła posłańcowi. – Są absolutnie wyśmienite.

Laila zerknęła na stojący zegar – ósma. Séverin i Enrique mieli wrócić najwcześniej za godzinę, ale nie mogła się powstrzymać od sprawdzania czasu. W jej sercu wezbrała boleśnie nadzieja. Spędziła dwa lata, czekając na przełom w poszukiwaniu starożytnej księgi, a ta mapa skarbów mogła być odpowiedzią na każdą jej modlitwę. Nic im nie będzie, powiedziała sobie. Trudnili się pozyskiwaniem nie od dziś. Kiedy Laila zaczęła współpracować z Séverinem, chciał jedynie odzyskać majątek swojej rodziny. W zamian pomagał jej w poszukiwaniach księgi. O ile Laili było wiadomo, nie miała tytułu… a jedyną wskazówkę stanowiło to, że należała do Zakonu Babel.

Zdobycie mapy skarbów ukrytej w kompasie wydawało się dość trywialne w porównaniu do ich poprzednich wypraw. Laila nadal nie zapomniała tego uczucia, gdy zwisała nad kraterem czynnego wulkanu na wyspie Nisyros podczas pogoni za zabytkowym diademem. Ale to przedsięwzięcie było inne. Jeśli wyniki badań Enrique i informacje zdobyte przez Séverina mówiły prawdę, ten jeden mały kompas mógł zmienić ich życie. Lub – w wypadku Laili – pozwolić to życie zachować.

W roztargnieniu wygładziła suknię dłońmi.

Błąd.

Nie powinna nigdy niczego dotykać, gdy jej myśli galopowały jak oszalałe. W chwili, w której straciła nad sobą panowanie, wspomnienia związane z suknią wbiły się jak nóż w jej myśli: płatki chryzantemy przyklejone do mokrego rąbka, brokat rozciągnięty na stopniu powozu, ręce złożone w modlitwie, a potem…

Krew.

Krew wszędzie, przewrócony powóz, kość przebijająca tkaninę…

Laila skrzywiła się, cofając gwałtownie rękę. Było jednak za późno. Wspomnienia sukni pochwyciły ją z wielką siłą. Laila zacisnęła powieki, szczypiąc się w skórę tak mocno, jak tylko mogła. Ostry ból zajarzył się niczym czerwony płomień w jej myślach, a świadomość owinęła się wokół tego bólu, jakby to on miał wyprowadzić ją z ciemności. Kiedy wspomnienia przybladły, otworzyła oczy. Zsunęła rękaw w dół; po tym przypadkowym odczycie sukni jej dłonie się trzęsły.

Przez chwilę Laila siedziała skulona na podłodze, obejmując rękami kolana. Séverin nazwał tę jej umiejętność „bezcenną”, zanim mu wyjaśniła, dlaczego umie odczytywać otaczające ją przedmioty. Był zbyt zaskoczony, a może zbyt przerażony, by cokolwiek jej na to odpowiedzieć. Z nich wszystkich tylko on wiedział, że dotyk Laili mógł wydobywać tajną historię danego przedmiotu. Bezcenna czy nie, ta umiejętność nie była… normalna.

I Laila również nie była normalna.

Podniosła się z podłogi. Gdy wychodziła z pokoju, jej dłonie wciąż drżały.

Na schodach dla służby Laila ściągnęła z siebie suknię ochmistrzyni i przebrała się w swój zniszczony kuchenny strój. Druga kuchnia hotelu była przeznaczona wyłącznie do wypieków i wieczorem należała tylko do niej. Na scenie Palais des Rêves miała się pojawić dopiero w przyszłym tygodniu, co oznaczało, że ma aż nadto wolnego czasu na swoją drugą pracę.

W wąskim korytarzu przeciskali się koło niej kelnerzy Edenu. Nosili schłodzone ostrygi na połówkach muszli, jaja przepiórcze w zupie ze szpiku, parującego kurczaka w winie – coq au vin – który pozostawił za sobą w korytarzu smugę zapachu burgunda i czosnku na maśle. Bez jej zwyczajowej maski i piór na głowie żaden z nich nie rozpoznałby w Laili gwiazdy kabaretu Énigme. Tutaj była tylko jeszcze jedną osobą, jeszcze jedną pracownicą.

Gdy Laila znalazła się w pustej kuchni cukierniczej, zlustrowała marmurowy blat, na którym stały wagi, pędzle, szklane naczynie z jadalnymi perełkami i – przygotowana tego popołudnia – piramida ptysiów z kremem waniliowym o wysokości ponad metra. Była na nogach od świtu, piekąc ciastka, napełniając je słodkim kremem i dbając o to, by każda kulka miała idealny odcień złota poranku; na koniec obtoczyła je w karmelu i ułożyła w piramidę. Jedyne, co pozostało, to jej udekorowanie.

Eden zbierał liczne wyrazy uznania za wyśmienitą kuchnię – Séverin nie poprzestałby na niczym gorszym – ale to desery budziły prawdziwe pożądanie gości. Wyroby cukiernicze Laili, choć formowanie nie miało z nimi nic wspólnego, były jak jadalna magia. Jej ciasta przywoływały na myśl baleriny z wyciągniętymi ramionami – ich włosy utkane były z cukru i jadalnego złota, a skórę w jasnym odcieniu śmietanki pokrywał słodki perłowy pył.

Każde z jej dzieł goście zwali „boskim”. Tak też się czuła, kiedy wchodziła do kuchni – jak bóstwo przyglądające się fragmentom wszechświata jeszcze niepowołanego do życia. W kuchni łatwiej się jej oddychało. Cukier, mąka i sól nie miały pamięci. Tutaj jej dotyk był tylko tym właśnie – dotykiem. Pokonaną odległością, doprowadzoną do końca czynnością.

Jakiś czas później, gdy kończyła dekorować ciastka, drzwi otwarły się z trzaskiem. Laila westchnęła, ale nie podniosła wzroku. Wiedziała kto to.

Pół roku od podjęcia pracy u Séverina Laila grała z Enrique w karty w obserwatorium, gdy nagle wkroczył tam Séverin, niosąc w ramionach brudną, niedożywioną Polkę o oczach bardziej błękitnych niż serce płomienia świecy. Posadził ją na kanapie, przedstawił jako swojego inżyniera i nie powiedział nic poza tym. Dopiero później Laila dowiedziała się o niej więcej. Aresztowana za podpalenie i wydalona ze szkoły Zofia posiadała rzadki dar formowania wszystkich metali i talent do liczb.

Po przybyciu do Edenu Zofia rozmawiała tylko z Séverinem i w kontaktach ze wszystkimi innymi wydawała się całkowicie niekomunikatywna. Pewnego dnia Laila zauważyła, że kiedy przynosi na spotkania coś słodkiego, Zofia je tylko jasne ciasteczka, nie tykając żadnego z barwnie zdobionych słodyczy. Następnego ranka postawiła więc talerz z ciasteczkami przed drzwiami Zofii. Robiła to przez trzy tygodnie, aż któregoś dnia miała w kuchni tyle pracy, że zapomniała. Kiedy otworzyła drzwi, by wywietrzyć kuchnię, ujrzała za nimi Zofię – dziewczyna trzymała pusty talerz i patrzyła na nią wyczekująco. Było to rok temu.

Teraz Zofia, nie mówiąc ani słowa, wzięła czystą makutrę, napełniła ją wodą i wypiła. Otarła usta ramieniem, a następnie sięgnęła po miseczkę z lukrem. Laila lekko trzepnęła ją po ręce wałkiem. Zofia obrzuciła ją gniewnym spojrzeniem, a potem i tak zanurzyła w lukrze poplamiony tuszem palec. Chwilę później zaczęła z roztargnieniem układać miarki według wielkości. Laila czekała cierpliwie. Z Zofią nie można było tak po prostu zacząć konwersować – rozmowę przyłapywało się przypadkiem i kontynuowało, póki Zofia się nią nie znudziła.

– Wzbudziłam ogień w pokoju posłańca Domu Kory.

Pędzel wypadł z ręki Laili.

– Co?! Miałaś go obudzić, nie wchodząc do pokoju!

– I tak zrobiłam… Wzbudziłam parę płomieni, kiedy wyszłam na zewnątrz. Ale malutkich. – Gdy Zofia podniosła wzrok na Lailę, która patrzyła na nią wybałuszonymi oczami, szybko zmieniła temat. Choć dla niej zapewne wcale nie była to szybka zmiana. – Nie lubię mięśni krokodyli. Séverin chce fałszywą maskę Sfinksa…

– Czy możemy wrócić do tematu ognia?

– …a maska nie chce odzwierciedlać różnych wyrazów twarzy człowieka. Muszę coś zrobić, żeby to działało. O, i potrzebna mi też nowa deska kreślarska.

– Co się stało z poprzednią?

Zofia wpatrzyła się w miskę z lukrem i wzruszyła ramionami.

– Złamałaś ją – stwierdziła Laila.

– Łokieć mi w nią wpadł.

Laila pokręciła głową i rzuciła jej czystą ścierkę. Zofia popatrzyła na nią zdziwiona.

– Po co mi ścierka?

– Masz na twarzy proch strzelniczy.

– I…

– …i wygląda to trochę niepokojąco, moja droga. Wytrzyj się.

Zofia potarła ścierką twarz. Dziewczyna co chwilę sprawiała wrażenie, że właśnie wyszła z popiołów lub płomieni, przez co w Edenie zaczęto ją nazywać Feniksem. Zofii przydomek nie przeszkadzał, choć wiedziała, że ten ptak przecież nie istniał. Gdy wycierała twarz, rąbek ścierki zaczepił się o jej nietypowy naszyjnik, wyglądający jak spięte ze sobą czubki noży.

– Kiedy wrócą? – spytała.

Laila poczuła ukłucie w sercu.

– Enrique i Séverin powinni tu być o dziewiątej.

– Muszę pójść po listy.

– O tej porze? – Laila zmarszczyła brwi. – Na zewnątrz już ciemno.

Zofia dotknęła naszyjnika.

– Wiem.

Rzuciła Laili ścierkę. Laila złapała ją i włożyła do zlewu. Kiedy się odwróciła, Zofia miała w ręce łyżkę do lukru.

– Wybacz, Feniksie, ale to mi jest potrzebne!

Zofia włożyła sobie łyżkę do ust.

– Zofio!

Zofia uśmiechnęła się. A potem otworzyła drzwi i uciekła z łyżką wystającą jej spomiędzy warg.

Kiedy Laila skończyła przygotowywanie deserów, posprzątała blaty i wyszła z kuchni. Nie była oficjalną mistrzynią cukiernictwa hotelu i bynajmniej nie chciała nią być; połowa uroku tego zajęcia polegała na tym, że robiła to tylko dla przyjemności. Jeśli nie chciała czegoś robić, po prostu się za to nie zabierała.

W miarę jak posuwała się korytarzem dla służby, przybierały na mocy dźwięki hotelu Eden: śmiech krążący w powietrzu wśród szklistego pobrzękiwania bursztynowych żyrandoli i kieliszków szampana, szum formowanych ciem i ich witrażowych skrzydełek, podczas lotu barwiących otoczenie kolorowymi plamami. Laila zatrzymała się przed Gabinetem Merkurego, służącym w hotelu do przekazywania wiadomości. Wewnątrz znajdowały się metalowe skrzyneczki z nazwiskami pracowników. Laila otworzyła skrzynkę kluczem; nie spodziewała się tam znaleźć niczego, ale jej palce musnęły coś, co przypominało zimny jedwab. Był to czarny płatek przypięty do karteczki z jednym słowem:

Zazdrość.

Nawet bez płatka Laila rozpoznałaby od razu ten charakter pisma z ciasno stawianymi, pochyłymi literami – Tristan. Z trudem stłumiła uśmiech. W końcu wciąż była na niego wściekła.

Ale nie powstrzyma jej to przed przyjęciem prezentu.

Zwłaszcza uformowanego przez Tristana.

„Formowanie”. Nadal czuła się dziwnie, wymawiając to słowo, choć mieszkała w Paryżu już od dwóch lat. Imperia i królestwa Zachodu zwały zdolności Tristana i Zofii „formowaniem”, ale sztuka ta w innych językach nosiła inne miana. W Indiach zwano ją ćhota saans – małym oddechem – bo choć tylko bogowie potrafili tchnąć życie w stworzenie, talent ów dawał niewielki łyk tej mocy. Bez względu jednak na nazwę zasady kierujące zdolnością były jednakie.

Istniały dwa rodzaje talentu związanego z formowaniem: dotyczący umysłu i dotyczący materii. Ktoś, kto miał talent materii, mógł wpływać na jeden z jej trzech stanów skupienia: ciekły, stały i gazowy. Zarówno Tristan, jak i Zofia dysponowali talentem materii, jednak umiejętności formowania Zofii dotyczyły materii stałej, przede wszystkim metali i kryształów, dar Tristana zaś obejmował materię ciekłą. A w szczególności płyn w roślinach.

Każde formowanie zależało od trzech warunków: siły woli rzemieślnika, precyzji celu artystycznego i właściwości fizycznych wybranego nośnika. Oznaczało to, że ktoś z talentem do formowania ciał stałych ze specjalnością w kamieniu nie mógł dojść do niczego bez zrozumienia biorących udział w procesie przemiany formuł chemicznych i cech kamienia, który chciał formować.

Określony talent objawiał się z zasady u dzieci – najdalej trzynastoletnich. Jeśli dziecko chciało cyzelować talent, mogło podjąć naukę w tym kierunku. W Europie większość rzemieślników trudniących się formowaniem studiowała przez wiele lat w renomowanych instytucjach lub uczyła się w terminie u mistrza. Zofia i Tristan nie przeszli żadnej z tych ścieżek. Zofia nie mogła, ponieważ wydalono ją przedwcześnie ze szkoły. A Tristan tego nie zrobił, ponieważ… Cóż, bo tego nie potrzebował. Rezultaty jego sztuki formowania krajobrazu wyglądały jak szalony sen ducha natury. Były niepokojące i piękne i Paryż wręcz nie mógł się nimi nasycić. Tristan miał szesnaście lat, a lista klientów czekających na szansę zlecenia mu pracy liczyła setki osób.

Laila zastanawiała się dawniej, dlaczego Tristan mieszkał w Edenie. Może przez lojalność wobec Séverina. Lub dlatego, że w Edenie mógł trzymać swoje dziwaczne terraria z pająkami. Lecz gdy wyszła kiedyś do ogrodów, po prostu poczuła powód jego przywiązania do hotelu. Zapach kwiatów gęstniejący w płucach. Rośliny w zapadającym mroku, pełne ostrych kształtów, dzikie. Wtedy zrozumiała. Inni klienci Tristana stawiali tak wiele warunków, jak na przykład Dom Kory, który zamówił kiedyś ekstrawaganckie topiary, strzyżone krzewy, na przygotowywaną przez siebie uroczystość. W Edenie było inaczej. Tristan kochał Séverina jak brata, ale pozostawał tutaj, ponieważ tylko w Edenie mógł wyczarowywać cuda z własnego umysłu, wolny od żądań innych ludzi.

Kiedy Laila wchodziła do hotelowych ogrodów, wkraczała w wyobraźnię Tristana. Pomimo swojej nazwy ogrody nie były rajem, lecz labiryntem grzechów. Siedmiu, dla dokładności.

Pierwszy był Ogrodem Nieczystości. Czerwone kwiaty wysypywały się z pustych ust posągów. W jednym kącie Kleopatra wykasływała ciemnoczerwone amarylisy i różowe anemony, w drugim Helena Trojańska wyszeptywała cynie i maki. Laila szła szybko przez labirynt. Przez Łakomstwo, w którym baldachim lśniącego, pachnącego ambrozją kwiecia na pergoli zamykał ciasno płatki, gdy tylko wyciągało się ku nim dłoń. Przez Chciwość, w której każda smukła roślina otulała się w warstewkę złota. Szła dalej przez Lenistwo, w którym z wolna poruszały się krzewy, przez Gniew z ognistymi kwiatami i przez Pychę, czy też Superbię, z olbrzymimi, ruchomymi topiarami w kształcie zielonych jeleni o rogach z kwiatów i królewskich lwów z jaśminowymi grzywami – aż wreszcie dotarła do Zazdrości. Ten ogród broczył zielenią, tym prawdziwym odcieniem grzechu.

Laila zatrzymała się przed drzwiami Tezcata, znajdującymi się nieopodal wejścia. Dla każdego, kto nie znał jego sekretów, drzwi wyglądały jak zwykłe lustro, choć z przepiękną ramą, przypominającą złocone liście bluszczu. Drzwi Tezcata można było odróżnić od zwykłych zwierciadeł – jak twierdziła Zofia – tylko poprzez poddanie ich badaniu z użyciem ognia i fosforu. Na szczęście Laila nie musiała nic takiego robić. Aby dostać się na drugą stronę, po prostu odblokowała je, naciskając czwarty pozłacany liść bluszczu po lewej stronie ramy – ukrytą klamkę. Jej odbicie zadrgało w tafli zwierciadła, gdy srebrna powierzchnia drzwi Tezcata rozjaśniła się do przezroczystości.

Wewnątrz znajdowała się pracownia Tristana. Laila wciągnęła w płuca zapach ziemi i korzeni. Wzdłuż ścian stały małe terraria – pejzaże wciśnięte w miniaturową formę. Tristan tworzył je niemal obsesyjnie. Kiedy go raz o to spytała, odpowiedział, że robi je, bo chce, by świat był łatwiejszy. Na tyle mały i poręczny, by zmieścił się w dłoni.

– Laila!

Tristan podszedł do niej z szerokim uśmiechem na okrągłej twarzy. Ubranie miał pobrudzone ziemią, ale – westchnęła z ulgą – nie było śladu po jego ukochanym olbrzymim pająku.

Nie odwzajemniła jednak jego uśmiechu. Zamiast tego uniosła brwi. Tristan wytarł ręce w fartuch.

– Och… Nadal jesteś zła?

Westchnął.

– Tak.

– A jeśli dostaniesz prezent, będziesz mniej zła?

Laila uniosła wyżej głowę.

– To zależy od prezentu. Ale najpierw… powiedz to.

Tristian przestąpił z nogi na nogę.

– Przepraszam.

– Za?

– Za to, że położyłem Goliata na twojej toaletce.

– Gdzie jest miejsce Goliata? A jeśli już o tym mowa, to gdzie jest miejsce wszystkich twoich ukochanych owadów i innych stworzeń?

Tristan patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.

– Nie w twoim pokoju?

– Ciepło.

Odwrócił się do stołu roboczego, przy którym stał. Połowę jego blatu zajmowało duże terrarium z matowego szkła. Podniósł pokrywę, odsłaniając intensywnie fioletowy kwiat. Smukłe płatki wyglądały jak strzępy wieczornego nieba, głębokiego aksamitnego fioletu głodnego światła gwiazd. Laila delikatnie powiodła palcem po ich krawędziach. Płatki były niemal w takim samym odcieniu jak oczy Séverina. Na tę myśl cofnęła rękę.

– Voilà! Oto twój prezent, uformowany z odrobiny jedwabiu z jednego z twoich kostiumów… – Kiedy ujrzał zgrozę w jej oczach, dodał: – Jednego z tych, które miałaś wyrzucić, przysięgam!

Laila rozluźniła się nieco.

– No to… wybaczasz mi?

Wiedział, że tak. Postanowiła jednak przeciągnąć tę chwilę oczekiwania – trochę dłużej, niż było to konieczne. Stukała lekko stopą o ziemię, patrząc, jak Tristan się wierci.

– Dobrze – powiedziała w końcu.

Tristan wydał z siebie okrzyk radości i tym razem Laila nie mogła powstrzymać uśmiechu. Tristanowi, z tymi jego dużymi, szarymi oczami, wszystko mogło się upiec.

– A! Wymyśliłem nowe urządzenie. Chcę je pokazać Séverinowi. Gdzie on jest?

Na widok tego, co malowało się na jej twarzy, uśmiech Tristana przybladł.

– Jeszcze nie wrócili?

– Jeszcze nie. – Laila położyła nacisk na pierwszym słowie. – Nie martw się. Wiesz, że coś takiego wymaga czasu. Może wejdziesz do środka? Zrobię ci coś do jedzenia.

Tristan potrząsnął głową.

– Może później. Muszę zajrzeć do Goliata. Chyba nie czuje się za dobrze.

Laila nie zapytała, jakim cudem Tristan zna stan emocjonalny ptasznika. Zamiast tego wzięła swój prezent i poszła z powrotem do hotelu. Jej myśli zasnuwały się niepokojem. U szczytu schodów zegar stojący wybił dziewiątą. Właśnie upłynęła godzina – Laila poczuła ją jak ból w kościach. Powinni już być z powrotem.

Coś poszło nie tak.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: