-
nowość
Pożoga - ebook
Pożoga - ebook
Brytania, 61 rok n.e. Po krwawym buncie Icenów pod wodzą Boudiki prowincja jest w ruinie, a Neron domaga się zemsty. Prefekt Katon i centurion Macro otrzymują zadanie wytropienia niedobitków rebelii, lecz coraz trudniej przychodzi im godzić okrutne rozkazy Rzymu z własnym sumieniem.
Tymczasem Boudika, złamana stratą, lecz niezłomna duchem, zbiera ostatnich wojowników. Wspierana przez fanatycznego druida, szykuje desperacki opór.
Gdy legiony ruszają na twierdzę Lyngomarę, a sojusze kruszą się pod naporem strachu i zdrad, nadchodzi finał, który na zawsze odmieni Brytanię. W tej bitwie każda ze stron zapłaci wysoką cenę — a zwycięstwo może się okazać największą porażką Rzymu.
Pieśń ostatniej królowej to 23 tom bestsellerowej serii ORŁY IMPERIUM.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-271-7041-5 |
| Rozmiar pliku: | 3,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
RZYMSKA ARMIA W BRYTANII
Prefekt Katon, dowódca ósmej iliryjskiej kohorty auxiliów
Gajusz Swetoniusz Paulinus, gubernator rzymskiej prowincji Brytania
Prefekt Thrasyllus, dowódca dziesiątej galijskiej kohorty auxiliów
Centurion Tubero, dowódca kontyngentu kawalerii ósmej kohorty
Centurion Galerius, najstarszy rangą centurion ósmej kohorty
Centurion Macro, weteran legionów i prawa ręka prefekta Katona
Trybun Helvius, szef sztabu gubernatora
Agrykola, trybun ze sztabu gubernatora
Phrygenus, medyk ósmej kohorty
Treboniusz, służący Katona
Prefekt Quadrillus, dowódca kohorty kawalerii
Juliusz Klasycjanus, prokurator przysłany z Rzymu, by sporządzić raport na temat sytuacji w Brytanii
Centurion Torcino, dowódca legionowej kohorty dołączonej do zespołu Katona
Prefekt Fulminus, dowódca kohorty piechoty
Nawarch Turpillius, dowódca dywizjonu marynarki wojennej z floty stacjonującej w Brytanii
Legionista Gajusz Bullo
Polyclitus, wyzwoleniec i wysłannik Nerona
RZYMSCY CYWILE
Klaudia Acte, wybranka serca prefekta Katona i była kochanka Nerona wypędzona z Rzymu
Petronella, żona Macro
Lucjusz, syn Katona
Tytus Besodius, kapitan Minerwy
BRYTOWIE
Boudika, królowa Icenów, dumna przywódczyni ludu okrutnie prześladowanego przez Rzym
Syphodubnus, przedstawiciel plemiennej arystokracji Icenów i doradca Boudiki
Bardea i Merida, córki Boudiki
Tasciovanus, wódz osady Combretovium
Vellocatus, syn Tasciovanusa
Bladocus, przywódca druidów Boudiki
Ganomenus, wódz osady Branodunum
Hardrin, jego wnuk
Garamagnus, brygant
Varibagnus, dowódca straży przybocznej Boudiki
Pernocatus, myśliwy
W RZYMIE
Cesarz Neron
Poppea Sabina, kochanka Nerona
Burrus, dowódca gwardii pretoriańskiej
Seneka, miodousty senatorROZDZIAŁ PIERWSZY
_Brytania, 61 rok n.e._
Królowa Icenów patrzyła ze zgrozą i z rozpaczą na rozpościerające się przed nią pole bitwy. Dziesiątki tysięcy jej wojowników na zboczu poniżej ustępowały pod naporem Rzymian. W centrum wielki klin legionistów wrzynał się w sam środek jej słabnącej armii. Żołnierze auxiliów nacierali na flankach, spychając rebeliantów do wnętrza rozległego półkola wozów i furgonów ustawionych rzędem wzdłuż grani wzgórza. Rodziny wojowników i inni cywile rozsiedli się tam przed bitwą jak na trybunach amfiteatru, spodziewając się, że będą świadkami całkowitego pogromu armii gubernatora Swetoniusza. Teraz, gdy w niemym zdumieniu obserwowali rozwój sytuacji, ich triumfalny aplauz i przekonanie o nieuchronnym zwycięstwie ustąpiły miejsca niepokojowi i narastającej konsternacji.
Wcześniej tego dnia masy rebeliantów czterokrotnie szarżowały przez strumień u podnóża stoku i w górę przeciwległego zbocza, nacierając na znacznie mniej liczną armię Rzymian chronioną na obu skrzydłach ścianą gęstego lasu. Każdy kolejny szturm napotykał grad oszczepów, bełtów z balist i innych pocisków, zanim obie strony zwierały się w walce wręcz. Raz za razem krwawo odpierani rebelianci wycofywali się za strumień, by się przegrupować, zostawiając za sobą przedpole rzymskich pozycji zasłane ciałami poległych. Zbierali z pola walki zdatne do użytku oszczepy, uzupełniali straty w swoich szeregach i szykowali się do ponownego zrywu. Siły Rzymian też stopniowo się wyczerpywały. Tamtego dnia ich obrona została przełamana tylko raz, ale nawet wtedy szybko się uporali z zagrożeniem, zwarli szyki i odepchnęli wojowników Boudiki.
Czwarty szturm zakończył się katastrofą. Rebelianci, zniechęceni poprzednimi niepowodzeniami, zaatakowali bez przekonania, popędzani przez plemiennych wodzów. Widok tak wielu ich pobratymców leżących na przedpolu, martwych albo rannych i krzyczących o pomoc, nadszarpnął ich odwagę i pewność siebie, z którymi rozpoczynali tę bitwę. Tym razem Rzymianie, jakby wyczuwając kryzys w szeregach przeciwnika, ruszyli w ślad za cofającymi się wojownikami, ścigając ich w dół zbocza, przez strumień i w górę stoku po drugiej stronie.
Deszcz, który się rozpadał kilka godzin wcześniej, przerodził się w ulewę. Pole bitwy rozświetlały błyskawice, na moment wydobywając z półmroku walczących, skąpanych w srebrzystej poświacie. Te krótkie chwile wystarczyły jednak, by królowa Boudika pojęła przerażającą prawdę. Jej armia nie tylko została pokonana, ale groziło je całkowite unicestwienie. Prawe skrzydło już zostało dociśnięte do rzędu taborowych wozów, a cywile, którzy je obsiedli, zeskakiwali z nich w popłochu, salwując się ucieczką. Ich paniczne wrzaski słychać było w tle bitewnego zgiełku.
Rzymski klin, wycelowany w środek pozycji rebeliantów, nieubłaganie zbliżał się do miejsca, w którym znajdowała się Boudika i jej świta. Królowa i większość osób z jej otoczenia stali na platformach rydwanów, by mieć lepszy widok. Jej córki, Bardea i Merida, były równie wstrząśnięte perspektywą nadciągającej katastrofy. Syphodubnus, jeden z najbliższych doradców Boudiki, podszedł do jej rydwanu i chwycił za burtę powyżej koła.
– Bitwa jest przegrana – oświadczył na tyle głośno, by dosłyszała jego słowa. – Musisz uciekać, zanim będzie za późno.
Boudika spojrzała nań z góry z gorzkim grymasem.
– Nie mogę tego zrobić. Nie porzucę mego ludu. To byłaby zdrada.
– Tu już nie ma czego zdradzać. Przegraliśmy. Ale rebelia będzie trwała tak długo, jak długo pozostaniesz przy życiu. Jeśli zginiesz tu dzisiaj albo zostaniesz pojmana, wszelka nadzieja na wyparcie Rzymian z naszych ziem umrze razem z tobą. Czy tego chcesz?
To była niezdarna próba emocjonalnego szantażu, ale Syphodubnus miał swoją rację. Rebelianci już dowiedli, że Rzymian można było pokonać. Dziewiąty Legion wpadł w zasadzkę i został wyrżnięty w pień. Weterani z rzymskiej osady w Camulodunum też ulegli. Miasta Londinium i Verulamium zostały zrównane z ziemią, a ich mieszkańcy wymordowani. Plemiona z całej wyspy czerpały inspirację z dokonań Boudiki i jej zwolenników. Ale czy miażdżąca klęska w toczącej się bitwie odbierze im wolę oporu? Dopiero co zdawało się, że rebelianci mają zwycięstwo na wyciągnięcie ręki. Duch rebelii musi przetrwać, uznała królowa. A żeby tak się stało, przywódcy rewolty, którzy poderwali tysiące do zbrojnego powstania przeciwko Rzymowi, musieli ocaleć, by kontynuować walkę.
– Boudiko! – Jej doradca potrząsnął burtą pojazdu. – Musisz uciekać. Natychmiast!
Zaczerpnęła powietrza, utwierdzając się w przekonaniu o słuszności swojej decyzji, i skinęła głową.
– Zatem dobrze, niech tak będzie.
Syphodubnus nie czekał na dalsze polecenia. Odwrócił się i podbiegł do Varibagnusa, dowódcy straży przybocznej złożonej z najznakomitszych wojowników Icenów. Ich wierzchowce, trzymane za uzdy przez pomocników, stały nieco dalej z tyłu. Doradca gwałtownym ruchem wskazał na wozy tarasujące przejście za Boudiką i jej świtą.
– Usuńcie je stąd!
Varibagnus zawahał się, spoglądając w stronę królowej.
– To rozkaz Boudiki – warknął Syphodubnus. – Rób, co mówię!
Varibagnus złożył dłonie przy ustach i wykrzyknął rozkaz. On i jego podwładni podbiegli do najbliższego wozu, już porzuconego przez właściciela. Chwyciwszy za jarzmo, kilku wojowników, zapierając się stopami, obróciło przednią parę kół, następnie ich kompani zaczęli napierać na tkwiący w błocie furgon. Varibagnus, natężając wszystkie siły, pomagał wypchnąć ciężki pojazd, pokrzykując:
– No dalej, zabierać go stąd!
Wóz przez chwilę ani drgnął. Potem poruszył się odrobinę, grzęznąc kołami w rozmiękłym gruncie, aż oderwał się z mlaskiem i potoczył do przodu. Wojownicy pospiesznie powtórzyli ten proces z kolejnym furgonem, podczas gdy Boudika wpatrywała się w nacierających Rzymian, odległych teraz o nie więcej niż pięćdziesiąt kroków. Walczący z nimi rebelianci byli spychani w jej stronę, co groziło, że lada moment przemieszają się z jej świtą. Widząc to, krzyknęła do woźnicy swojego rydwanu:
– Zawracaj i wyprowadź nas luką między wozami!
Woźnica krzyknął na dwa konie po obu stronach jarzma, rydwan wykręcił do tyłu i potoczył się w górę zbocza, oddalając się od pola bitwy. Kierujący pozostałymi rydwanami poszli za jego przykładem, zmierzając luźną formacją w stronę coraz szerszej luki, którą zrobili przyboczni królowej. Gdy jej rydwan podjechał do tego miejsca, rozkazała woźnicy się zatrzymać i skinęła na pozostałe pojazdy, by jechały dalej. Jeden po drugim, w zacinającym deszczu, minęły królową z turkotem i potoczyły się w dół przeciwległego zbocza. Jej doradca podbiegł do niej.
– Na co czekasz, moja królowo? Jedź! Na Andrastę, jedź już!
Boudika była rozdarta między chęcią ucieczki, dopóki jeszcze mogła to uczynić, a poczuciem honoru, który nakazywał, by została ze swoją armią i podzieliła jej los. Ten los widać już było jak na dłoni. Prawa flanka została przyciśnięta do rzędu wozów, a stłoczeni wojownicy nie mogli się poruszać ani użyć broni. Ginęli z rąk żołnierzy auxiliów, których krótkie miecze znakomicie się sprawdzały w takim ścisku. Rzymianie wspinali się po ciałach zabitych, by dopaść tych jeszcze żyjących, którzy teraz zawodzili żałośnie.
Rebelianci na tyłach rozpadającego się szyku ich armii dostrzegli ruch rydwanów Boudiki i jej świty, które znikały jeden po drugim w luce między wozami. W tłumie podniosły się gniewne okrzyki:
– Boudika ucieka!
– Zostaliśmy zdradzeni! Bogowie, zlitujcie się nad nami!
Te słowa raniły ją w serce jak ostrze sztyletu. Ci, których zostawiała za sobą, mieli znikomą szansę ucieczki, a było oczywiste, że Rzymianie nie okażą łaski żadnemu z rebeliantów osaczonych w półkolu szczelnie ściśniętych wozów taboru. Podczas rebelii zostało przelane tyle krwi Rzymian, że ich pragnienie zemsty za wcześniejsze porażki oraz masakry tak wielu żołnierzy i cywilów niełatwo było zaspokoić.
Kiedy tylko wieści o rejteradzie Boudiki rozniosły się wśród rebeliantów, rozległ się zbiorowy jęk rozpaczy, który ją przeniknął do szpiku kości. Zwiastował koniec wielkiego zrywu, który pojednał i zjednoczył plemiona będące zaciekłymi wrogami w czasach przed przybyciem Rzymian. Tyle mieli w sobie nadziei, a potem narastającego przekonania, że najeźdźcy zostaną zepchnięci z powrotem do morza i ludy Brytanii znów będą wolne. Entuzjazm i radość, które towarzyszyły ich rosnącej w siłę armii, kiedy ta kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa, teraz były wspomnieniem równie gorzkim, co smak porażki, której właśnie doświadczali.
Odwróciła wzrok od tej koszmarnej sceny i rozkazała woźnicy, by jechał dalej. Pozostałe rydwany czekały na nią nieco poniżej grani. Zbliżając się do nich, omiotła wzrokiem najbliższych zwolenników. Stali z otępiałym wyrazem twarzy w strugach deszczu siekących z nieba zasnutego całunem ciemnych chmur. Po obu stronach orszaku i dalej w dół zbocza sunęły masy uciekających, którzy porzucili swoje wozy, dobytek i łupy, pragnąc już tylko ujść z życiem. Musieli znaleźć się jak najdalej od pola bitwy i ukryć się gdzieś przed wrogiem, o którym wiedzieli, że będzie ścigał i mordował każdego, kto miał cokolwiek wspólnego z rebelią. Wśród nich znaleźli się wojownicy, którzy zdołali się przedrzeć przez barierę taborowych wozów i uciec z rzezi na polu bitwy. Ci, którzy zostali po drugiej stronie, byli straceni.
Zbocze wzgórza, już wcześniej zryte kołami i kopytami zaprzęgów, które wspięły się na grań poprzedniego dnia, rozmiękło od deszczu, zmieniając się w śliską, błotnistą maź. Rydwany, tak szybkie i zwrotne na twardym gruncie, teraz zataczały się niezdarnie pod własnym ciężarem. Dla konnej straży przybocznej, która podążała za orszakiem, jazda w dół zbocza była równie uciążliwa. Większość wojowników zsiadła z koni i prowadziła je ostrożnie, by nie ryzykować upadku, który mógł okaleczyć wierzchowca i jeźdźca.
Boudika zerkała za siebie, wypatrując pierwszych oznak, że Rzymianie przedarli się za grań i ruszyli za nią w pościg. Wiedziała, że dołożą wszelkich starań, by ją pojmać. Gubernator prowincji z pewnością pragnął ją zakuć w kajdany i zmusić, by maszerowała za nim, kiedy będzie paradował ulicami stolicy imperium, świętując swój triumf i upadek rewolty. Już dawno postanowiła, że nigdy do tego nie dopuści. Jeszcze kiedy rebelianci kroczyli od zwycięstwa do zwycięstwa, zawarła umowę ze swoimi córkami, że żadna z nich nie da się pojmać żywcem. W razie konieczności miały pomóc jedna drugiej w odebraniu sobie życia. Wszystkie przysięgły, że nigdy nie zostaną trofeami przeklętych Rzymian i ich cesarza, Nerona.
W końcu dotarli do podnóża stoku, skąd po płaskim terenie mogli ruszyć żwawszym tempem. Podczas gdy straż przyboczna ponownie dosiadała koni, jej dowódca zwrócił się do Boudiki o rozkazy. To był krytyczny moment. Czy powinni skierować się na północ, wyminąć nieliczne rzymskie forty po drodze i dołączyć do plemion na północy wyspy, które jeszcze nie zostały podbite? Mogli zdać się na łaskę Kartymandui, królowej Brygantów. Czy Boudika zdołałaby nakłonić ją do chwycenia za broń i wznowienia rebelii? Rozważała ten pomysł przez chwilę, ale go zarzuciła. Musieliby przekroczyć wrogie terytorium, bez gwarancji końcowego sukcesu, za to z dużą dozą prawdopodobieństwa, że zostaną zdradzeni. Na południe też nie było sensu zmierzać. Tam znajdowało się centrum władzy Rzymian w Brytanii jeszcze przed rebelią. Po miażdżącym zwycięstwie, które odnieśli tego dnia, z pewnością właśnie stamtąd zamierzali rozpocząć odzyskiwanie kontroli nad swoją prowincją.
Został więc wschód. W odległości dwóch dni marszu, najwyżej trzech, rozpościerał się nisko położony teren zdominowany przez rozległe mokradła ciągnące się w kierunku morza i daleko w głąb terytorium Icenów. Dobrze znała ten rejon i wiedziała, jak łatwo im będzie ukryć się tam i kontynuować opór wobec najeźdźcy. Nie było lepszego miejsca na odzyskanie sił, przegrupowanie i odbudowę armii. W tym czasie mogli przeprowadzać ataki z doskoku na rzymskie wille i forty oraz tropiące ich patrole. Ciężkozbrojne legiony po wkroczeniu na moczary mogły łatwo w nich ugrzęznąć. Ponadto rzymscy dowódcy z pewnością pamiętali, jaki los spotkał trzy legiony pod wodzą Warusa, kiedy te zabrnęły w równie trudno dostępny teren. Wątpiła, czy odważą się wysłać swoich najlepszych żołnierzy tam, gdzie mogli się spodziewać zasadzek zastawionych przez Boudikę. Ostatecznie również oni ponieśli ciężkie straty, a musieli jeszcze mieć kim przywrócić porządek na odzyskanych terenach.
A więc na wschód, postanowiła. Uniosła rękę i skinęła w kierunku rodzimych ziem ich plemienia.
– Tędy.
Woźnica strzepnął lejcami, zawołał do koni w zaprzęgu i rydwan królowej potoczył się naprzód. Pozostałe jeden po drugim podążyły za nią, a straż przyboczna sformowała luźną kolumnę osłaniającą ich tyły. Zgiełk bitwy i rozpaczliwe wrzaski tych, którym nie udało się ujść z życiem, ucichły w oddali. Po drodze mijali innych tubylców, którzy zerkali niepewnie w stronę przejeżdżających obok rydwanów i jeźdźców. Niektórzy wpatrywali się w Boudikę z nieskrywaną wrogością z powodu katastrofy, do której ich doprowadziła. Większość, uświadamiając sobie skalę ich wspólnej klęski pod jej przywództwem, spoglądała na nią ze strachem i wstydem. Tylko nieliczni na jej widok wznosili przytłumione wiwaty i zachęcali, by kontynuowała walkę. Boudika odpowiadała im skinieniem głowy i zdawkowym machnięciem ręką.
Ujechali nieco ponad trzy kilometry, kiedy przed nimi wyłoniła się ciemna masa zwartej ściany drzew. Boudika wskazała na trakt wiodący w głąb lasu i kolumna skręciła w tę stronę. Jeden z koni zaprzęgniętych do rydwanu jej córek okulał i spowalniał ich małą grupę. Chwilę później gdzieś z tyłu rozległ się krzyk na alarm. Chwytając jedną ręką burtę pojazdu, Boudika uniosła drugą, by osłonić oczy przed deszczem i rozejrzeć się po okolicy. Wtem dostrzegła ruch na grzbiecie niskiego pasma pagórków z boku. Tyraliera jeźdźców, minąwszy grań, zaczęła zjeżdżać po zboczu, kierując się w ich stronę. Odwróciła się do córek w pojeździe za nią.
– Do mnie! Szybko! – rzuciła. Obie pospiesznie przesiadły się do jej rydwanu. Młodsza, Merida, poruszała się sztywno, i gdy Boudika objęła ją ramieniem, wyczuła, że dziewczyna drży na całym ciele.
– Nie wezmą nas żywcem. Pamiętaj, co uzgodniłyśmy.
Merida podniosła wzrok. Z jej twarzy wyzierał obraz bezgranicznego smutku podkreślony mokrymi kosmykami włosów oblepiającymi jej głowę i ramiona tuniki. Przytknęła dłoń do rękojeści sztyletu wiszącego u jej pasa.
– Zrobię to. Jeśli będę musiała. A jeśli nie będę mogła, wtedy...
Boudika ją uścisnęła.
– Jeśli nie będziesz mogła, zrobię to tak szybko i bezboleśnie, jak potrafię, moje dziecko. Zanim Bardea i ja dołączymy do ciebie.
Wtem zrównał się z nimi rydwan, którym jechał Syphodubnus.
– Zawieź je do lasu! Szybko! – warknął do woźnicy.
Rydwan królowej przyspieszył, a Syphodubnus zawołał do pozostałych, by zawrócili i stawili czoła pościgowi. Dowódca straży przybocznej już skrzyknął swoich podwładnych. Uzbrojeni w miecze o długich klingach, byli równie biegli w walce z grzbietu konia, jak pieszo. Bojowe sztandary plemienia Icenów nie bez powodu przedstawiały niebieskiego rumaka na białym tle. Byli jednymi z najlepszych jeźdźców w Brytanii, z którymi nie mógł się równać żaden oddział rzymskiej kawalerii.
Boudika patrzyła, jak jej przyboczni, których było około czterystu, zbliżają się do Rzymian miarowym kłusem. Kawalerzyści byli zajęci wybijaniem uciekających z pola bitwy. Bez cienia litości szlachtowali wojowników, starców, kobiety i dzieci. Zaspokajali swą żądzę krwi, nie bacząc na płeć ani wiek. Dowódca oddziału zbyt późno dostrzegł zagrożenie. Kiedy pośród szumu strug deszczu rozległ się metaliczny dźwięk trąbki sygnałowej wzywający do odwrotu, wojownicy Boudiki przyspieszyli do galopu. Uciekający przed Rzymianami próbowali usunąć się z drogi, ale i tak kilku zostało stratowanych przez swoich ziomków. Kawalerzyści jeszcze zbierali się wokół sztandaru, gdy Varibagnus wydał rozkaz do szarży. Jego podwładni z impetem uderzyli na rozproszoną grupę żołnierzy auxiliów. Dźgali ich włóczniami albo, wykorzystując większą masę swoich wierzchowców, taranowali przeciwnika. Niektórzy kawalerzyści spadli z siodeł. Inni, rażeni ciosami, bezwładnie zwiesili głowy. Dowódca oddziału zdołał zebrać przy sobie nie więcej niż pięćdziesięciu żołnierzy, którzy szybko zostali otoczeni.
Na twarzy Boudiki zamajaczył posępny uśmiech, kiedy patrzyła, jak jej wojownicy wybijają oddział wroga. Chociaż było to znikome pocieszenie w obliczu monstrualnej klęski, jaką ona i jej zwolennicy ponieśli tego dnia, z satysfakcją patrzyła, jak lekkomyślna arogancja rzymskich kawalerzystów zostaje ukarana. Mała grupa żołnierzy auxiliów, którzy zebrali się wokół swojego sztandaru, podjęła próbę przebicia się przez kordon iceńskich jeźdźców. Ginęli jeden po drugim pod nawałą ciosów. Tylko trzem udało się wyrwać, ale nie na długo – wojownicy, których wierzchowce nie były tak strudzone, dogonili ich i zabili.
Dowódca straży pozwolił podwładnym na krótki odpoczynek, podczas którego dobili rannych kawalerzystów i ograbili ciała zabitych, następnie wskoczyli z powrotem na konie i pospieszyli dołączyć do rydwanów. Wkrótce kolumna dotarła na skraj lasu i podążyła dalej traktem wijącym się wśród drzew. Bitwa, którą stoczyli tamtego dnia, była wyczerpująca dla obu stron, dlatego Rzymianom brakowało sił, by kontynuować pościg na większą odległość. Poza tym zbliżał się zmierzch i byłoby głupotą z ich strony zapuszczać się w głąb lasu, gdzie mogli wpaść w zasadzkę zastawioną przez niedobitki armii Boudiki.
Mimo że ich lud doznał wielkiej porażki, jeźdźcy z obstawy królowej byli podekscytowani swym małym zwycięstwem nad oddziałem auxiliów. Niektórzy potrząsali odrąbanymi głowami wrogów, które zgodnie z tradycją celtyckich wojowników zabrali jako trofea. Słuchając, jak wymieniają się przechwałkami, czego który z nich dokonał podczas krótkiej potyczki z rzymską kawalerią, Boudika wróciła wspomnieniami do czasów dzieciństwa, tak bolesnych w obliczu tego, co się wydarzyło. Niegdyś była świadkiem takich scen, kiedy dumni wojownicy Icenów wracali z najazdów na wrogie plemiona. Głowy nieprzyjaciół wieszali nad wejściem do swoich chat i składali ofiary bogom, rzucając ich zbroje i broń do rzeki, następnie biesiadowali całą noc, świętując zwycięstwo.
Te dni odeszły w przeszłość. Tym razem wojownicy z jej straży przybocznej nie wrócą triumfalnie do stolicy Icenów. Wiedziała, że Rzymianie z pewnością spalą każdą iceńską osadę, jaką znajdą, kiedy już wymordują wszystkie żywe stworzenia, które tam zastaną, do ostatniego psa i kozy. W ten sposób ostrzegali innych, jaki los spotka tych, którzy występowali przeciwko Rzymowi. Boudika i resztki jej armii, razem z tymi, którzy pozostali w iceńskich wioskach, musieli teraz porzucić swoje domostwa i skryć się na mokradłach. Czekał ich żywot pełen niebezpieczeństw i niedoli, ale nie mieli wyboru, jeśli chcieli przetrwać i podtrzymać płomień rebelii. Potrzebowali wielu lat na odbudowanie armii dość potężnej, by ponownie stawić czoła legionom na polu bitwy.
Varibagnus podjechał do przodu, aż zrównał się z rydwanem Boudiki. Szczerząc zęby w uśmiechu, uniósł wyżej rękę, w której trzymał sztandar pokonanego oddziału kawalerii.
– Moja królowo! Dla ciebie.
Boudika przez chwilę wpatrywała się z nienawiścią w oferowany jej sztandar. Widziała takie z bliska już wiele razy podczas uroczystości w Londinium, a także wcześniej, kiedy walczyła po stronie Rzymu, z którym wówczas Icenowie mieli sojusz. To było jeszcze, zanim zniewagi wobec ich plemienia spowodowały wybuch rebelii. Poczuła w żyłach znajomy przypływ wściekłości na wspomnienie dnia, w którym z rozkazu rzymskiego prokuratora jej córki zostały zgwałcone, a ona wychłostana. Dopiero kiedy wzięła głęboki oddech, uspokoiła się na tyle, by wydać polecenia. Odczuwała pokusę, by zatrzymać sztandar do kolekcji z pozłacanym orłem, który rebelianci zdobyli na Dziewiątym Legionie w zasadzce niedługo po tym, jak wzniecili rewoltę. Uznała jednak, że legionowy orzeł jest wystarczającym trofeum, a zdobyczny sztandar mogła lepiej wykorzystać w inny sposób.
– Zostaw go wbity w ziemię na skraju lasu, gdzie Rzymianie łatwo go znajdą. Powiedz swoim ludziom, żeby u dołu sztandaru usypali trochę głów, które zdobyli na wrogu. Niech Rzymianie wiedzą, że chociaż przegraliśmy bitwę, nie oznacza to bynajmniej końca rebelii, i właśnie tego mogą się spodziewać, kiedy ruszą za nami. Będziemy ich zwalczać z głębi każdego lasu i mokradła, pod osłoną nocy. Każdy, kogo wyślą w pościg za nami, będzie żył w strachu przed pułapkami i zasadzkami. Wyczerpiemy ich siły, uderzając z zaskoczenia. Tak właśnie zrobimy, przysięgam na Andrastę. Jesteśmy Icenami, największymi wojownikami na tej wyspie. Nie spoczniemy, dopóki nie pomścimy naszych poległych. Będziemy kontynuowali walkę do ostatniego tchu!
Wtem poczuła ruch u swego ramienia i kiedy się obróciła, zobaczyła, jak jej młodsza córka osuwa się z jękiem na dno platformy rydwanu. Boudika przykucnęła przy niej.
– Merida! Co się stało?
– Moja noga. – Dziewczyna rozsunęła poły płaszcza, ukazując nasiąkłe krwią rozcięcie materiału nogawic i ziejącą ranę pod spodem. Strach chwycił Boudikę za serce.
– Jak...?
– Z mojej winy. – Merida uśmiechnęła się blado. – Rozkazałam naszemu woźnicy podjechać w dół zbocza, żeby zagrzać do walki naszych wojowników. Nie zauważyłam w porę rzymskiego oszczepu, no i... – Wskazała bezradnie na ranę.
Boudika dobyła sztyletu i pospiesznie odcięła pas materiału z dolnej części swojego płaszcza.
– Zdejmij jej nogawice – poinstruowała Bardeę. Gdy zobaczyła obnażoną ranę, zacisnęła zęby, by nie jęknąć na widok rozmiaru obrażeń i ilości krwi cieknącej z poszarpanego ciała. – Przytrzymaj ją.
Szybko przyłożyła do rany improwizowany opatrunek, następnie zdjęła córce z głowy skórzaną opaskę na włosy i zacisnęła ją wokół uda powyżej rany. Merida syknęła z bólu.
– Wybacz. – Boudika ujęła w dłoń jej policzek. – Musimy zatrzymać krwawienie. Teraz się połóż. – Potem zwróciła się do Bardei: – Pilnuj, żeby opaska się nie poluzowała.
– Tak, matko.
Podnosząc się, Boudika właśnie miała wydać rozkaz woźnicy, by ruszyli dalej, gdy zauważyła krew na swoich dłoniach. Krew swej córki. Pobladła ze zgrozy, a potem wytarła ręce o płaszcz.
– Zabierz nas stąd. W drogę!
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------