-
promocja
Pradawna stolica. Cykl Odkrycia Riyrii. Tom 6 - ebook
Pradawna stolica. Cykl Odkrycia Riyrii. Tom 6 - ebook
"Pradawna stolica" to szósty tom z cyklu "Odkrycia Riyrii", który kontynuuje epicką sagę fantasy. Po zakończeniu wojen i odnalezieniu spadkobiercy Novrona, świat Elanu staje w obliczu nowego zagrożenia ze strony nadciągającej armii elfów. Nadzieją na ocalenie jest starożytny artefakt, którego odzyskanie wymaga niebezpiecznej wyprawy do zaginionego przed wiekami miasta Percepliquis. Imperatorka Modina gromadzi specjalną grupę, by podjęła się tego śmiałego zadania i uratowała ludzkość przed zagładą.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68591-72-9 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Niektórzy pytają mnie,_
_jak to jest, że tworzę takie silne postaci kobiece,_
_nie każąc im dzierżyć miecza w ręku._
_To dzięki niej._
_Jest Aristą._
_Jest Thrace._
_Jest Modiną._
_Jest Amilią._
_I jest moją Gwen._
_Niniejszy cykl to mój hołd dla niej._
_To Twoja książka, Robin._
_I hope you don’t mind that I put down in words_
_How wonderful life is while you’re in the world._
Elton John, Bernie TaupinROZDZIAŁ 1. DZIECKO
ROZDZIAŁ 1
DZIECKO
Miranda była pewna, że tak właśnie zacznie się koniec świata – nie będzie ostrzeżenia, ale wybuchnie pożar. Nocne niebo za nimi jarzyło się czerwienią, gdy płomienie i snopy iskier buchały w górę. Płonął uniwersytet w Sheridanie.
Miranda, która trzymała rączkę Mercy, bała się, że może zgubić dziewczynkę w ciemności. Uciekali od wielu godzin, biegnąc na oślep przez sosnowy las, przedzierając się między gałęziami. Pod przygiętymi konarami leżała gruba warstwa śniegu. Miranda brnęła przez zaspy sięgające jej powyżej kolan, torując drogę dziewczynce i staremu profesorowi.
Arcadius, usiłując z trudem za nimi nadążyć, zawołał:
– Idź dalej, nie czekaj na mnie!
Miranda, dźwigając ciężki tobołek i ciągnąc za sobą dziewczynkę, poruszała się najszybciej, jak potrafiła. Za każdym razem, gdy słyszała jakiś dźwięk lub myślała, że widzi poruszający się cień, siłą woli powstrzymywała się, żeby nie krzyknąć. Niewiele brakowało, by wpadła w panikę. Śmierć deptała im po piętach, a Mirandzie wydawało się, że stopy ma ciężkie jak z ołowiu.
Dziewczyna żałowała dziecka i martwiła się, że sprawia Mercy ból, ciągnąc ją za rękę. Raz szarpnęła dziewczynkę zbyt mocno i ta się przewróciła. Mercy krzyknęła, gdy upadła twarzą na śnieg, ale od razu wzięła się w garść. Już wcześniej przestała zadawać pytania, przestała narzekać, że jest zmęczona. W ogóle przestała się odzywać i podążała za Mirandą najszybciej, jak mogła. Była dzielną dziewczynką.
Dotarli do drogi i Miranda uklękła, żeby przyjrzeć się Mercy. Dziewczynce ciekło z nosa, do rzęs przykleiły jej się płatki śniegu. Miała zaczerwienione policzki, a do czoła przywarły przepocone czarne włosy. Miranda odgarnęła jej kilka kosmyków za uszy, podczas gdy pan Prążek bacznie ją obserwował. Szop pracz owinął się wokół szyi dziewczynki, jakby był futrzaną etolą. Mercy nalegała, żeby przed ucieczką wypuścić zwierzęta z klatek. Uwolniony szop wdrapał się na jej ramię i mocno się go uczepił. Widocznie pan Prążek też wyczuł, że dzieje się coś złego.
– Jak się czujesz? – spytała Miranda, zakładając dziewczynce kaptur i spinając jej płaszcz mocniej klamrą.
– Zimno mi w stopy – odparła Mercy szeptem, wpatrując się w śnieg.
– Mnie też – odrzekła Miranda najpogodniejszym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć.
– Niezły ubaw, co? – powiedział stary profesor, wspinając się po zboczu, żeby do nich dołączyć. Gdy zdejmował torbę z ramienia, z jego ust wydobywały się duże obłoki pary. Brodę i brwi miał zasklepione grubą warstwą śniegu i lodu.
– A jak ty się czujesz? – spytała Miranda.
– Świetnie, doskonale. Stary człowiek potrzebuje od czasu do czasu trochę ruchu, a także odpoczynku. Musimy jednak kontynuować wędrówkę.
– Dokąd idziemy? – spytała Mercy.
– Do Aquesty – odparł Arcadius. – Wiesz, co to Aquesta, prawda, słonko? To właśnie tam jest wielki pałac, z którego rządzi imperatorka. Chciałabyś ją poznać, prawda?
– Czy zdoła ich powstrzymać?
Miranda zobaczyła, że dziewczynka spogląda ponad ramieniem starego człowieka na płonący uniwersytet. Miranda też spojrzała na jaskrawą łunę nad koronami drzew. Znajdowali się już w odległości wielu mil, a jednak światło wciąż wypełniało horyzont. Ponad blaskiem ognia widać było cienie. Niektóre opadały pionowo, a z innych, krążących nad płonącym uniwersytetem, tryskały strumienie płomieni.
– Miejmy nadzieję, słonko. Miejmy nadzieję – odrzekł Arcadius. – Tymczasem ruszajmy w drogę. Wiem, że jesteś zmęczona. Wiem, że jesteś zziębnięta. Ja też, ale musimy jak najszybciej iść dalej. Musimy się stąd oddalić.
Mercy skinęła głową, a może tylko wykonała podobny ruch, drżąc z zimna. Trudno to było ocenić.
Miranda strzepnęła śnieg z pleców i nóg dziewczynki, żeby uchronić ją przed większym przemoczeniem. Pan Prążek obserwował to z chłodną rezerwą.
– Myślisz, że wszystkie zwierzęta się wydostały? – zapytała Mercy.
– Jestem tego pewny – zapewniał ją Arcadius. – Przecież są bystre, prawda? Choć może nie aż tak, jak pan Prążek, bo jemu udało się załapać na przejażdżkę.
Mercy znów skinęła głową i dodała z nadzieją w głosie:
– Jestem pewna, że Filiżance udało się uciec. Umie latać.
Miranda sprawdziła tobołek dziewczynki i własny, żeby się upewnić, że oba są zamknięte i mocno związane. Spojrzała na ciemną drogę.
– Doprowadzi nas przez Colnorę do samej Aquesty – wyjaśnił stary czarnoksiężnik.
– Jak długo będziemy tam szli? – spytała Mercy.
– Kilka dni, może tydzień. Dłużej, jeśli utrzyma się kiepska pogoda.
Miranda dostrzegła niezadowolenie w oczach Mercy.
– Nie martw się. Jak będziemy trochę dalej, zatrzymamy się na odpoczynek i posiłek. Przygotuję coś gorącego, a potem trochę się prześpimy. Na razie jednak musimy iść dalej. Na drodze będzie nam łatwiej.
Miranda chwyciła rękę dziewczynki i ruszyli. Z radością stwierdziła, że jej przewidywania się sprawdziły. Wędrówkę ułatwiały pozostawione przez wozy koleiny oraz to, że schodzili po zboczu. Maszerowali raźnym krokiem i niebawem las za ich plecami przesłonił ognistą łunę. Wkroczyli w ciemny i cichy świat, w którym towarzystwa dotrzymywał im jedynie szum zimnego wiatru.
Miranda spojrzała na starego profesora, który szedł, powłócząc nogami, i przyciskał płaszcz do szyi. Miał zaczerwienioną i pokrytą krostami twarz, i z trudem łapał oddech.
– Na pewno dobrze się czujesz?
Arcadius podszedł do Mirandy, zmusił się do uśmiechu i szepnął jej do ucha:
– Obawiam się, że może będziecie musiały dokończyć podróż beze mnie.
– Co takiego? – zapytała Miranda i zerknęła na dziewczynkę. Mercy nie uniosła głowy. – Wkrótce zrobimy postój. Odpoczniemy i jutro pójdziemy wolniej. Przeszliśmy dziś szmat drogi. Wezmę twoją torbę – zaproponowała i wyciągnęła rękę.
– Nie, sam ją dalej poniosę. Wiesz, że jest bardzo krucha… i niebezpieczna. Jeśli ktoś zginie, niosąc ją, to ja chcę być tym kimś. W kwestii odpoczynku… nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Nie mam dość sił na taką podróż. Oboje to wiemy.
– Nie możesz się poddawać.
– Nie zamierzam. Przekazuję ci zadanie. Dasz sobie radę.
– Ale nie wiem, co robić. Nie wyjawiłeś mi nigdy planu.
Arcadius zachichotał.
– Bo często się zmienia. Miałem nadzieję, że regenci zaakceptują Mercy jako spadkobierczynię Modiny, ale odmówili.
– Co teraz?
– Teraz Modina zasiada na tronie, więc mamy drugą szansę. Najlepsze, co możesz zrobić, to dotrzeć do Aquesty i starać się o audiencję u niej.
– Ale nie wiem, jak…
– Znajdziesz sposób. Przedstaw imperatorce Mercy. To będzie pierwszy krok w dobrym kierunku. Wkrótce tylko ty będziesz znała prawdę. Nie podoba mi się, że obarczam cię tym ciężarem, ale nie mam wyboru.
Miranda pokręciła głową.
– Nie, to matka obarczyła mnie tym ciężarem. Nie ty.
– Wyznanie na łożu śmierci to bardzo poważna sprawa. – Stary człowiek skinął głową. – Ale dzięki temu mogła odejść w spokoju.
– Tak sądzisz? A może jej duch wciąż tu jest? Czasami odnoszę wrażenie, jakby mnie obserwowała… prześladowała. Płacę cenę za jej słabość, tchórzostwo.
– Twoja matka była młoda, biedna i ciemna. Widziała śmierć dziesiątek ludzi oraz zabójstwo matki i dziecka. I ledwie uszła z życiem. Żyła w ciągłym strachu, że pewnego dnia ktoś odkryje, że były bliźniaki i ona uratowała jednego z nich.
– Ale postąpiła niewłaściwie i okrutnie – powiedziała z goryczą Miranda. – A najgorsze jest to, że nie mogła zabrać grzechu ze sobą do grobu. Musiała mi powiedzieć, obarczyć mnie odpowiedzialnością za naprawienie jej błędów. Powinna…
Mercy zatrzymała się gwałtownie.
– Kochanie, musimy… – Spojrzała na Mirandę. W słabym świetle wczesnego poranka zobaczyła strach na jej twarzy, gdy Mercy patrzyła na miejsce, w którym droga opadała ku dużemu mostowi z kamienia.
– Przed nami światło – oznajmił Arcadius.
– Czy…? – spytała Miranda.
Stary nauczyciel pokręcił głową.
– To ognisko, chyba nawet kilka. Podejrzewam, że przybywają kolejni uchodźcy. Możemy się do nich przyłączyć i będzie nam się łatwiej szło. Jeśli się nie mylę, obozują na drugim brzegu Galewyru. Nie miałem pojęcia, że dojdziemy tak daleko. Nic dziwnego, że się zasapałem.
– Widzisz? – powiedziała Miranda do dziewczynki, gdy znów ruszyli. – Już po naszych kłopotach. Może nawet mają wóz, na którym będzie mógł jechać stary człowiek.
Arcadius uśmiechnął się do niej z wyższością, ale w duchu ucieszył się z takiej możliwości.
– Wtedy nasza sytuacja może się poprawi – powiedział.
– Będziemy…
Dziewczynka ścisnęła rękę Mirandy i znów przystanęła. Zbliżali się do nich kłusem konni. Z nozdrzy zwierząt wydobywała się para, gdy prychały, uderzając kopytami o oblodzoną ziemię. Opatuleni ciemnymi płaszczami jeźdźcy mieli naciągnięte kaptury i twarze owinięte częściowo szalami, toteż uciekinierzy nie mogli ich rozpoznać, ale co do jednego nie mieli wątpliwości: to byli sami mężczyźni. Miranda naliczyła trzech. Jechali od południa, ale nie od strony ognisk. To nie byli uchodźcy.
– Co o tym sądzisz? – spytała dziewczyna. – Rozbójnicy?
Profesor pokręcił głową.
– Co zrobimy?
– Obyśmy nic nie musieli robić. Przy odrobinie szczęścia to zacni ludzie, którzy przychodzą nam z pomocą. W przeciwnym razie… – Poklepał torbę. – Dotrzyj do tych ognisk i poproś o schronienie i ochronę. A potem zaprowadź Mercy do Aquesty. Unikaj regentów i spróbuj opowiedzieć imperatorce historię dziewczynki. Powiedz jej prawdę.
– Ale co, jeśli…
Jeźdźcy podjechali i zwolnili tempo.
– Co my tu mamy? – spytał jeden.
Miranda nie widziała, który się odezwał, ale domyślała się, że wysoki mężczyzna jadący na przedzie. Przyglądał się stojącym nieruchomo uciekinierom, podczas gdy oni słuchali chrapliwego sapania koni.
– Cóż za korzystny zbieg okoliczności – dodał jeździec i zsiadł z wierzchowca. – Właśnie do ciebie jechałem, starcze.
Przywódca trzymał ostrożnie rękę przy boku i poruszał się sztywno. Spoglądał na nich groźnie spod kaptura, a nos i usta miał zasłonięte szkarłatnym szalem.
– Poranny spacerek w śnieżycy? – spytał, podchodząc do profesora.
– Bynajmniej – odparł Arcadius. – Uciekamy.
– Nie wątpię. Najwidoczniej, gdybym zwlekał jeszcze choćby dzień, nie spotkałbym cię i mógłbyś się wymknąć. Twoje przyjście do pałacu było głupim błędem. Za dużo powiedziałeś. I co ci to dało? Powinieneś być mądrzejszy. Ale wraz z wiekiem przychodzi desperacja. – Spojrzał na Mercy. – To ta dziewczynka?
– Guy, Sheridan płonie – odrzekł Arcadius. – Elfy przekroczyły Nidwalden i ruszyły do ataku!
Guy! Miranda go znała, a przynajmniej jego reputację. Arcadius nauczył ją nazwisk wszystkich wartowników Kościoła. Z punktu widzenia profesora Luis Guy był najbardziej niebezpieczny. Wszystkimi wartownikami kierowała obsesja, wszystkich wybrano ze względu na ich fanatyczną ortodoksyjność, ale Guy dostał coś w spuściźnie. Jego matka, której panieńskie nazwisko brzmiało Evone, była pobożną dziewczyną. Poślubiła lorda Jarreda Sereta, bezpośredniego potomka lorda Dariusa Sereta, któremu patriarcha Venlin zlecił zadanie odnalezienia spadkobiercy starego imperium. Wśród poszukiwaczy spadkobiercy Luis Guy był największym fanatykiem.
– Nie rób ze mnie głupca. To o tej dziewczynce mówiłeś Saldurowi i Ethelredowi, prawda? To ją chciałeś przygotować jako następną imperatorkę? Czemu miałbyś to robić, starcze? Dlaczego akurat ta dziewczynka? To kolejny podstęp? A może chciałeś nam ją podrzucić? Żeby odpokutować za swój błąd? – Guy przykucnął, żeby lepiej przyjrzeć się twarzy Mercy. – Podejdź, dziecko.
– Nie! – warknęła Miranda, przyciągając Mercy do siebie.
Guy powoli wstał.
– Puść ją – rozkazał.
– Nie.
– Wartowniku Guy! – krzyknął Arcadius. – To zwykła wiejska dziewczynka. Sierota, którą przygarnąłem.
– Czyżby? – Wyjął miecz.
– Bądź rozsądny. Nie masz pojęcia, co robisz.
– Wręcz przeciwnie. Wszyscy tak się skupili na Esrahaddonie, że pozostawałeś niezauważony. Kto by pomyślał, że wskażesz drogę do spadkobiercy nie raz, ale dwa razy?
– Spadkobiercy? Spadkobiercy Novrona? Oszalałeś? Sądzisz, że dlatego rozmawiałem z regentami?
– A nie?
– Nie. – Pokręcił głową, uśmiechając się z rozbawieniem. – Przyszedłem, bo podejrzewałem, że nie pomyśleli o kwestii sukcesji, i chciałem pomóc w wyedukowaniu następnego imperialnego przywódcy.
– Ale upierałeś się przy tej dziewczynce. Tylko tej dziewczynce. Czemu miałbyś to robić, gdyby nie była prawdziwą spadkobierczynią?
– To nie ma sensu. Skąd mógłbym wiedzieć, kto jest spadkobiercą? Albo nawet czy spadkobierca żyje?
– Rzeczywiście, skąd? To był brakujący element. Właściwie to jesteś jedyną osobą, która mogłaby wiedzieć. Powiedz, Arcadiusie Latimerze, kim był twój ojciec?
– Tkaczem, ale nie rozumiem…
– A więc jak ubogi syn tkacza z małej wioski został magistrem wiedzy na uniwersytecie w Sheridanie? Wątpię, czy twój ojciec w ogóle umiał czytać, a jednak jego syn jest jednym z najznamienitszych uczonych na świecie? Jak to się stało?
– Doprawdy, Guy, nie sądziłem, że będę musiał wyjaśniać zalety ambicji i ciężkiej pracy komuś takiemu jak ty.
Wartownik uśmiechnął się szyderczo.
– Zniknąłeś na dziesięć lat, a po powrocie miałeś znacznie bogatszą wiedzę.
– Zmyślasz.
Na twarzy Guya pojawił się uśmieszek.
– Kościół nie pozwala byle komu nauczać na swoim uniwersytecie. Sądziłeś, że nie przechowują dokumentów?
– Skądże. Po prostu nie myślałem, że je zobaczysz. – Stary człowiek się uśmiechnął.
– Jestem wartownikiem, idioto! Mam dostęp do wszystkich archiwów Kościoła.
– Tak, ale nie przypuszczałem, że moje badania naukowe kogokolwiek zainteresują. Za młodu byłem buntownikiem, na dodatek przystojnym. Czy w dokumentach to odnotowano?
– Natknąłem się na informację, że znalazłeś grobowiec Yolrica. Kto to był?
– A już myślałem, że wiesz wszystko.
– Nie miałem czasu na ślęczenie w bibliotekach. Śpieszyłem się, żeby cię załapać.
– Ale dlaczego? Czemu mnie ścigasz? Czemu wyjąłeś miecz?
– Bo spadkobierczyni Novrona musi umrzeć.
– Nie jest spadkobierczynią. Czemu tak uważasz? Skąd mógłbym w ogóle wiedzieć, kim jest spadkobierca?
– Bo to jedna z tajemnic, z którymi wróciłeś. Odkryłeś, jak odszukać spadkobiercę.
– Ba! Naprawdę, Guy, masz bujną wyobraźnię.
– Natrafiłem na inne zapiski. Kościół wezwał cię na przesłuchanie. Sądzili, że może udałeś się do Percepliquis, tak jak Edmund Hall. A potem, ledwie kilka dni po tamtym spotkaniu, w Ratiborze doszło do walki. Zabito ciężarną matkę i jej męża. Zostali zidentyfikowani jako Linitha i Naron Brownowie i uśmierceni wraz z dzieckiem przez rycerzy Sereta. To ciekawe, że po stuleciach poszukiwań mój poprzednik zdołał odnaleźć spadkobiercę Novrona zaledwie kilka dni po twoim przesłuchaniu. – Guy spiorunował profesora wzrokiem. – Zawarłeś układ z Kościołem? Podałeś informacje w zamian za wolność? Na pewno powiedzieli ci, że chcą odnaleźć spadkobiercę, żeby posadzić go na królewskim tronie. Gdy odkryłeś, co naprawdę zrobili, wyobrażam sobie, że poczułeś się wykorzystany. Musiałeś mieć straszne poczucie winy.
Guy przerwał, żeby Arcadius mógł odpowiedzieć, ale profesor milczał.
– Wszyscy myśleli, że to koniec rodu, prawda? Nawet patriarcha nie miał pojęcia, że jeszcze żyje drugi spadkobierca. A potem Esrahaddon uciekł i poszedł prosto do Degana Gaunta. Tyle że Degan nie jest spadkobiercą. Ja też dałem się nabrać i długo tkwiłem w błędzie, ale wyobraź sobie wstrząs, jakiego doznałem, kiedy Gaunt nie przeszedł pomyślnie powtórnej próby krwi. To był bez wątpienia skutek tego samego eliksiru, którego Esrahaddon użył na królu Amracie i Ariście, wzbudzając podejrzenia Bragi co do Essendonów. Gdy wracam do tego pamięcią, przypuszczam, że powinniśmy się domyślić, że czarnoksiężnik starego imperium nie jest głupcem i nigdy nie doprowadzi nas do prawdziwego spadkobiercy. Ale była jeszcze jedna, prawda? I odnalazłeś ją, stosując tę samą sztuczkę co za pierwszym razem. – Spojrzał na Mercy. – Kim ona jest? Bękartem? Bratanicą? – Ruszył do Mirandy. – Oddaj ją.
– Nie! – krzyknął stary profesor.
Jeden z żołnierzy chwycił Mirandę, a drugi odciągnął od niej dziewczynkę.
– Ale lepiej się upewnić. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu. – Wykonał zwinny ruch nadgarstka i rozciął dłoń Mercy. Dziewczynka wrzasnęła, a pan Prążek syknął.
– To niepotrzebne! – powiedział Arcadius.
– Pilnujcie ich – rozkazał Guy swoim ludziom i poszedł do wierzchowca.
– Sza, bądź dzielną dziewczynką – powiedziała Miranda do Mercy.
Guy położył ostrożnie miecz na ziemi, po czym wyjął z sakwy małe skórzane etui, a z niego zestaw trzech fiolek. Odkorkował pierwszą, przechylił lekko i postukał w nią palcem, aż trochę proszku spadło na pokryty krwią czubek miecza.
– Chcę już stąd odejść – pochlipywała Mercy, podczas gdy strażnik mocno ją trzymał. – Proszę, możemy iść?
– Ciekawe – wymamrotał Guy, po czym opróżnił następną fiolkę. W tej był płyn, który zasyczał po zetknięciu się z ostrzem.
– Guy! – krzyknął do niego Arcadius.
– Bardzo ciekawe – ciągnął rycerz Sereta. Odkorkował ostatnią buteleczkę.
– Guy, nie rób tego! – ryknął stary człowiek.
Wylał jedną kroplę na końcówkę klingi.
Puk!
Rozległ się odgłos jak przy odkorkowywaniu butelki wina i pojawił się jaskrawy rozbłysk podobny do błyskawicy.
Wartownik wstał, wpatrując się w koniec swojego miecza, i wybuchnął śmiechem, który brzmiał dziwnie i upiornie, jak śpiew szaleńca.
– Wreszcie znalazłem spadkobiercę Novrona. Poszukiwania prowadzone przez moich przodków dobiegną końca za moją sprawą.
– Mirando, sama już nic nie zrobisz – szepnął Arcadius i spojrzał w stronę obozu uchodźców.
W porannym świetle Miranda zobaczyła kilka słupów dymu. Możliwa pomoc była boleśnie blisko. W odległości najwyżej kilkuset metrów.
– Poświęciłem życie naprawieniu swojego błędu. Ale teraz do ciebie należy zrobienie tego, co konieczne – wyjaśnił stary profesor.
Luis Guy chwycił dziewczynkę i posadził ją na grzbiecie swojego wierzchowca.
– Zabierzemy ją do patriarchy.
– A co z nimi, sir? – spytał jeden z zakapturzonych mężczyzn.
– Bierzcie starego. Zabijcie kobietę.
Mirandzie serce na chwilę zamarło, gdy żołnierz sięgnął po miecz.
– Czekaj! – powiedział Arcadius. – A co z rogiem? – Stary profesor cofał się, ściskając w rękach torbę. – Patriarcha będzie też chciał dostać róg, prawda?
Guy zerknął szybko na torbę Arcadiusa.
– Masz go? – spytał wartownik.
Arcadius rzucił Mirandzie rozpaczliwe spojrzenie, po czym odwrócił się i rzucił do ucieczki.
– Pilnuj dziecka – rozkazał Guy swojemu żołnierzowi.
Odwrócił się, skinął na drugiego i razem ruszyli w pogoń za Arcadiusem, który biegł szybciej, niż Miranda mogłaby sobie wyobrażać.
Obserwowała go – swojego najbliższego przyjaciela – jak pędzi drogą, którą przyszli, a za plecami powiewa mu płaszcz. Mogłaby uznać ten widok za komiczny, ale wiedziała, co Arcadius ma w torbie. Wiedziała, dlaczego ucieka, co to oznacza i co profesor chce, żeby zrobiła.
Miranda sięgnęła po ukryty pod płaszczem sztylet. Nigdy nikogo nie zabiła, ale jaki miała wybór? Człowiek stojący między nią a Mercy był żołnierzem, i to prawdopodobnie rycerzem Sereta. Odwrócił się do niej plecami, żeby lepiej chwycić konia Guya, skupiając uwagę na Mercy i syczącym szopie, który kłapnął zębami w jego stronę.
Miranda miała ledwie kilka sekund, zanim Guy i żołnierz dogonią Arcadiusa. Chciało jej się płakać, ponieważ wiedziała, co się stanie. Razem zaszli tak daleko, tak wiele poświęcili, i gdy już się wydawało, że w końcu są blisko celu… Zostaną powstrzymani w taki sposób… zamordowani na poboczu drogi… „Tragiczne” było zbyt słabym słowem na określenie tej niesprawiedliwości. Na łzy będzie czas później. Profesor liczył na nią i ona go nie zawiedzie. To jedno spojrzenie wszystko jej powiedziało. To było ostateczne ryzykowne przedsięwzięcie. Gdyby udało im się zaprowadzić Mercy do Modiny, wszystko mogłoby wrócić do porządku.
Wyjęła sztylet i popędziła naprzód. Z całych sił wbiła nóż żołnierzowi w plecy. Mężczyzna nie nosił kolczugi ani skórzanej zbroi i ostra głownia weszła głęboko, przebijając ubranie, skórę i mięśnie.
Żołnierz obrócił się na pięcie i uderzył Mirandę, trafiając ją grzbietem dłoni w policzek. Dziewczyna zachwiała się, a następnie upadła na śnieg, wciąż trzymając sztylet, którego rączka była śliska od krwi.
Mercy na koniu chwyciła się mocno siodła i wrzasnęła. Szop zaświergotał, strosząc futerko.
Miranda wstała, gdy żołnierz wyjmował miecz. Mężczyzna był poważnie ranny. Miał nogawkę przesiąkniętą krwią. Ruszył chwiejnie w stronę dziewczyny. Próbowała uciec i wyciągnęła rękę w stronę Mercy i konia, ale seret był szybszy. Miecz rycerza przebił jej bok w okolicach talii. Poczuła, jak metal wchodzi w ciało. Ból był piekący, ale po chwili ogarnął ją chłód. Kolana się pod nią ugięły. Zdołała przytrzymać się siodła, gdy koń, przestraszony gwałtownymi ruchami i krzykami Mercy, ruszył szybko, ciągnąc Mirandę za sobą.
Żołnierz, który pozostał za nimi, upadł na kolana, a z jego ust pociekła krew.
Miranda usiłowała się podciągnąć, ale nie mogła sobie pomóc nogami, ponieważ były bezwładne. Czuła, jak traci siłę w ramionach.
– Chwyć wodze, Mercy, i trzymaj się mocno.
Guy i żołnierz dogonili Arcadiusa. Wartownik, słysząc wrzaski dziewczynki, zatrzymał się, ale jego towarzysz przewrócił starego profesora na śnieg.
– Mercy, musisz jechać dalej – powiedziała Miranda. – Dotrzyj do ognisk i poproś o pomoc. Jedź.
Ostatkiem sił uderzyła konia w bok. Zwierzę skoczyło naprzód. Siodło wyślizgnęło się z rąk Mirandy i dziewczyna znów upadła na śnieg. Leżąc na plecach, słuchała tętentu kopyt, gdy koń szybko się oddalał.
– Wstawaj! – usłyszała krzyk Guya, ale było za późno.
Arcadius otworzył torbę.
Nawet w odległości kilkuset metrów Miranda poczuła, jak ziemia zatrzęsła się wskutek wybuchu. Chwilę później podmuch powietrza rzucił jej szczypiący śnieg w twarz, gdy w stronę porannego nieba uniosła się biała chmura. Arcadius i walczący z nim mężczyzna zginęli na miejscu. Guy zwalił się z nóg. Pozostałe konie się rozpierzchły.
Gdy śnieżna chmura opadła, Miranda spojrzała na niebo wstającego świtu. Już nie czuła zimna. Wraz z narastającym odrętwieniem w rękach i nogach słabł ból w boku. Poczuła wietrzyk na policzku i dostrzegła, że jej nogi i talia są mokre, a suknia przesiąknięta. Poczuła smak żelaza na języku. Miała kłopoty z oddychaniem – jakby się topiła.
Guy żył. Usłyszała, jak wartownik przeklina starego profesora i woła do koni jak do nieposłusznych psów. Dobiegły do niej odgłosy skrzypienia śniegu, tarcia skórzanej zbroi, a potem szybko oddalającego się tętentu kopyt.
Była sama w ciszy zimnego zimowego poranka.
Panował spokój.
– Dobry Mariborze, usłysz mnie – modliła się do rozjaśniającego się nieba. – Ojcze Novrona, stworzycielu ludzi. – Wzięła ostatni oddech i powiedziała: – Zaopiekuj się swoją jedyną córką.
***
Alenda Lanaklin wyszła z namiotu na rześkie poranne powietrze. Nosiła swoją najgrubszą wełnianą suknię i dwie warstwy futra, ale i tak się trzęsła. Słońce dopiero co wstawało – zimna mleczna mgiełka w zupie ciężkiego zimowego powietrza. Zachmurzenie utrzymywało się od ponad tygodnia i Alenda zastanawiała się, czy jeszcze kiedyś znów zobaczy jasną tarczę słońca.
Stała na udeptanym śniegu i patrzyła na kilkadziesiąt namiotów rozbitych w sosnowym lesie. Z ognisk w poczerniałych dołach unosiły się wstęgi szarego dymu, który zabierał ze sobą wiatr. Pomiędzy nimi chodzili ludzie, ale trudno byłoby odróżnić mężczyzn od kobiet, ponieważ wszyscy włożyli kaptury i się opatulili. W tym przypadku jednak nie stanowiło to problemu – były tam prawie same kobiety. Oprócz nich w obozie przebywały dzieci i osoby w podeszłym wieku. Ludzie chodzili ze spuszczonymi głowami, ostrożnie stawiając kroki na ubitym śniegu.
W świetle wszystko wydawało się inne – ciche, spokojne. Poprzednia noc była koszmarna – pożar, krzyki i ucieczka drogą Westfield. Zatrzymali się jedynie na krótko, by policzyć obecnych. Alenda była taka zmęczona, że nie pamiętała rozbijania obozu.
– Dzień dobry, pani – przywitała ją Emilia spod koca, który narzuciła na płaszcz. Tym słowom brakowało typowej dla niej wesołości. Rano służąca Alendy zawsze była ożywiona i radosna. Teraz stała z posępną miną, zaczerwienione ręce jej drżały, a żuchwa trzęsła się z zimna.
– Naprawdę, Emmy? – Alenda się rozejrzała. – Skąd możesz wiedzieć?
– Poszukajmy dla ciebie śniadania. Po czymś ciepłym poczujesz się lepiej.
– Mój ojciec i bracia nie żyją – odparła Alenda. – Zbliża się koniec świata. Śniadanie coś tu pomoże?
– Nie wiem, pani, ale musimy spróbować. Tego chciał twój ojciec. To znaczy, żebyś przeżyła. Dlatego tam pozostał, prawda?
Z północy dobiegł huk podobny do grzmotu. Ludzie obrócili głowy, żeby spojrzeć w dal ponad ośnieżonymi polami. Na wszystkich twarzach odmalował się wyraz przerażenia, że oto właśnie w końcu nadchodzi kres.
Alenda, dotarłszy na środek obozu, zastała tam Belindę Pickering, jej córkę Lenare, starego Juliana – lorda szambelana Melengaru, i lorda Valina – jedynego obrońcę grupy. Starszawy rycerz przeprowadził ich przez chaos poprzedniej nocy. Jako ostatni, którzy pozostali w Melengarze, tworzyli szczątkowy dwór królewski. Król Alric był w Aqueście, udzielając pomocy w krótkiej wojnie domowej i ratując siostrę Aristę przed straceniem. Właśnie do niego teraz uciekali.
– Nie mamy pomysłu, ale głupotą jest dłużej tu pozostawać – orzekł lord Valin.
– Tak, zgadzam się – odparła Belinda.
Lord Valin odwrócił się do młodego chłopca.
– Rozgłoś, żeby budzić wszystkich. Natychmiast zwijamy obóz.
– Emmy – powiedziała Alenda, odwracając się do służącej. – Spakuj szybko nasze rzeczy.
– Oczywiście, milady. – Emily dygnęła i poszła do ich namiotu.
– Co to był za odgłos? – spytała Alenda Lenare, która jedynie wzruszyła ramionami, z wyrazem przestrachu na twarzy.
Lenare Pickering jak zawsze wyglądała uroczo. Pomimo okropieństw, ucieczki i prymitywnych obozowych warunków promieniała. Nawet zaniedbana w pospiesznie narzuconym na ramiona płaszczu, z włosami wylewającymi się spod kaptura, wciąż była oszałamiająco piękna, tak jak śpiące niemowlę jest zawsze najśliczniejsze. Odziedziczyła to po matce. W rodzie Pickeringów mężczyźni znani byli z umiejętności szermierczych, kobiety zaś zwracały uwagę swą urodą. Matka Lenare, Belinda, wręcz z niej słynęła.
Wszystko to należało już do przeszłości. Rzeczy, które zaledwie dzień wcześniej były pewne, teraz pozostawały utracone za przepaścią zbyt szeroką, by móc dostrzec coś po drugiej stronie, choć niekiedy wydawało się, że Lenare próbuje. Alenda często widziała, jak córka Pickeringów wpatruje się w horyzont na północy, z wyrazem twarzy oscylującym między desperacją a żalem, szukając duchów.
Lenare wciąż trzymała w rękach legendarny miecz ojca. Gdy hrabia go jej wręczał, poprosił, żeby dostarczyła go bezpiecznie bratu, Mauvinowi. Następnie pocałował po kolei wszystkich członków rodziny i wrócił do szeregu, w którym ojciec i bracia Alendy czekali wraz z resztą armii. Od tamtej pory Lenare nie rozstawała się z rapierem. Owinęła go w ciemny wełniany koc i obwiązała wstążką. W trakcie koszmarnej ucieczki przyciskała długi pakunek do piersi, czasami używając go do wycierania łez.
– Jeśli się dziś sprężymy, może dotrzemy do Colnory przed zachodem słońca – powiedział im lord Valin. – Przy założeniu, że pogoda się poprawi. – Stary rycerz spojrzał groźnie na niebo, jakby tylko ono było ich wrogiem.
– Lordzie Julianie – powiedziała Belinda. – Insygnia… berło i pieczęć…
– Są bezpieczne, pani – odparł bardzo stary szambelan. – Schowane na wozie. Poza samą ziemią królestwo pozostaje w nienaruszonym stanie. – Starzec spojrzał w kierunku, z którego dobiegł dziwny dźwięk, w stronę brzegów rzeki Galewyr i mostu, który przekroczyli poprzedniej nocy.
– Pomogą nam w Colnorze? – spytała Belinda. – Mamy niewiele jedzenia.
– Jeśli dotarła do nich wiadomość o udziale króla Alrica w uwolnieniu imperatorki, powinni być do nas życzliwie nastawieni – stwierdził lord Valin. – A nawet jeśli nie dotarła, Colnora jest kupieckim miastem, a kupcom służy zysk, nie rycerskość.
– Mam trochę biżuterii – poinformowała go Belinda. – W razie potrzeby możesz ją sprzedać za… – Hrabina urwała, gdy dostrzegła, że Julian wciąż patrzy na most.
Niebawem pozostali unieśli głowy, a na koniec Alenda spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła zbliżającego się jeźdźca.
– Czy to… ? – zaczęła Lenare.
– To dziecko – orzekła Belinda.
Alenda szybko zobaczyła, że matka Lenare ma rację.
W ich kierunku pędziła dziewczynka, która trzymała się kurczowo grzbietu spoconego konia. Kaptur zsunął jej się z głowy, odsłaniając długie czarne włosy i różowe policzki. Miała około sześciu lat i tak jak ona trzymała się mocno konia, tak do niej przywarł szop pracz. Samotni na drodze, stanowili dziwną parę, ale Alenda przypomniała sobie, że już nic nie jest normalne. Widok jadącego na kurczaku niedźwiedzia w czapce z piórem też mógłby teraz uchodzić za normalny.
Koń wjechał do obozu i lord Valin chwycił za wędzidło, zatrzymując zwierzę wraz z jeźdźcem.
– Nic ci nie jest, skarbie? – spytała Belinda.
– Na siodle jest krew – zauważył lord Valin.
– Jesteś ranna? – spytała hrabina dziecko. – Gdzie są twoi rodzice?
Dziewczynka zadrżała i zamrugała, ale nie odpowiedziała. Wciąż ściskała w piąstkach wodze.
– Jest zimna jak lód – powiedziała Belinda, dotykając policzka dziecka. – Pomóżcie mi ją zsadzić.
– Jak masz na imię? – spytała Alenda.
Dziewczynka nadal milczała. Gdy odebrano jej konia, przytuliła szopa.
– Kolejny jeździec – oznajmił lord Valin.
Alenda podniosła głowę i zobaczyła mężczyznę przejeżdżającego przez most i pędzącego w ich stronę.
Przybysz wpadł do obozu i zrzucił kaptur, ukazując długie czarne włosy, bladą skórę i przenikliwe oczy, wąsik i krótką bródkę przystrzyżoną w szpic. Zmierzył ich piorunującym wzrokiem, aż dostrzegł dziewczynkę.
– Ona! – powiedział, wskazując palcem. – Natychmiast mi ją oddajcie.
Dziecko wykrzyknęło przestraszone, kręcąc głową.
– Nie! – krzyknęła Belinda i pchnęła dziewczynkę w ręce Alendy.
– Pani – powiedział lord Valin. – Jeśli dziecko jest jego…
– To dziecko nie należy do niego – oświadczyła hrabina nienawistnym tonem.
– Jestem wartownikiem Nyphrona! – krzyknął mężczyzna, żeby wszyscy go usłyszeli. – Żądam tego dziecka w imię Kościoła. Macie w tej chwili mi ją oddać. Kto się sprzeciwi, zginie.
– Doskonale wiem, kim jesteś, Luisie Guy – powiedziała kipiąca gniewem Belinda. – Nie dopuszczę, żebyś zamordował więcej dzieci.
Wartownik spojrzał na nią.
– Hrabina Pickering? – Zlustrował wzrokiem obóz z większym zainteresowaniem. – Gdzie twój mąż? Gdzie twój syn-uciekinier?
– Nie jestem uciekinierem – odezwał się Denek, występując krok naprzód. Najmłodszy syn Belindy niedawno ukończył trzynaście lat i urósł oraz wyszczuplał. Upodabniał się do swoich starszych braci.
– Chodzi mu o Mauvina – wyjaśniła Belinda. – Ten człowiek zamordował Fanena.
– Pytam jeszcze raz – naciskał Guy. – Gdzie twój mąż?
– Nie żyje, a Mauvin jest poza twoim zasięgiem.
Wartownik rozejrzał się po tłumie, a potem spojrzał na lorda Valina.
– I zostawił ci lichą ochronę. Oddaj dziecko.
– Nie – sprzeciwiła się Belinda.
Guy zsiadł z konia i podszedł do lorda Valina.
– Oddaj dziecko albo odbiorę je siłą.
Stary rycerz spojrzał na Belindę. Na twarzy kobiety wciąż malował się wyraz nienawiści.
– Moja pani nie życzy sobie tego i będę bronił jej decyzji. – Starzec wyjął miecz. – Odejdź stąd.
Alenda podskoczyła, słysząc zgrzyt stali, gdy Guy dobył miecza i zrobił wypad. Po ułamku sekundy lord Valin trzymał się za krwawiący bok i drżała mu ręka, w której trzymał miecz. Wartownik, kręcąc głową, odbił klingę starca na bok i przebił mu szyję.
Guy ruszył w stronę dziewczynki, a w jego oczach płonął przerażający gniew. Zanim jednak do niej dotarł, na drodze stanęła mu Belinda.
– Nie mam w zwyczaju zabijać kobiet – powiedział do niej wartownik. – Ale przed tą zdobyczą nic mnie nie powstrzyma.
– Po co ci ona?
– Sama powiedziałaś: żeby ją zabić. Zabiorę ją do patriarchy, a potem będzie musiała zginąć, z mojej ręki.
– Przenigdy.
– Nie możesz mnie powstrzymać. Rozejrzyj się. Masz wokół siebie tylko kobiety i dzieci. Nikt nie może zawalczyć za ciebie. Oddaj mi dziecko!
– Mamo? – powiedziała cicho Lenare. – On ma rację. Nie ma nikogo innego. Proszę.
– Mamo, pozwól mi – prosił Denek.
– Nie. Jesteś za młody. Twoja siostra ma rację. Nie ma nikogo innego. – Hrabina skinęła głową w stronę córki.
– Miło mi widzieć kogoś, kto… – Przerwał, gdy wystąpiła Lenare.
Zsunęła płaszcz z ramion i rozwiązała tobołek, odsłaniając miecz swojego ojca. Wyjęła rapier i wysunęła go przed siebie. Gdy mgliste zimowe światło padło na klingę, odbił się od niej jaskrawy promień.
Zdziwiony Guy patrzył przez chwilę na dziewczynę.
– Co to ma być?
– Zabiłeś mojego brata – powiedziała Lenare.
Guy spojrzał na Belindę.
– To jakiś żart.
– Tylko ten jeden raz, Lenare – powiedziała Belinda do córki.
– Pozwolisz, żeby twoja córka zginęła za to dziecko? Jeśli będę musiał zabić wszystkie wasze dzieci, zrobię to.
Alenda patrzyła z przerażeniem, jak wszyscy się cofają, tworząc krąg wokół wartownika Guya i Lenare. Porywisty wiatr szarpnął brezentowymi ścianami namiotów i odrzucił złote włosy Lenare do tyłu. Stojąca samotnie na śniegu dziewczyna, ubrana w białe podróżne rzeczy i trzymająca w ręku rapier, przypominała mityczne stworzenie, królową wróżek lub boginię – piękną i elegancką.
Luis Guy zmarszczył brwi i zrobił wypad. Gdy Lenare z zaskakującą szybkością i gracją odparowała atak, rapier jej ojca zadźwięczał melodyjnie.
– Już władałaś mieczem – stwierdził zaskoczony Guy.
– Pochodzę z rodu Pickeringów.
Zamachnął się na nią. Zablokowała cios. Zamierzył się, ale odparowała uderzenie, a następnie rozcięła Guyowi policzek.
– Lenare – powiedziała jej matka surowym tonem. – Nie baw się w gry.
Guy przystanął, przykładając dłoń do krwawiącej twarzy.
– On zabił Fanena, mamo – powiedziała dziewczyna oziębłym tonem. – Powinien cierpieć. Powinien zostać ukarany dla przykładu.
– Nie – sprzeciwiła się Belinda. – My tak nie postępujemy. Twój ojciec by tego nie pochwalał. Wiesz o tym. Po prostu zakończ sprawę.
– Co to ma znaczyć? – dopytywał się Guy, ale w jego głosie słychać było nutę wahania. – Jesteś kobietą.
– Powiedziałam ci: pochodzę z rodu Pickeringów, a ty zabiłeś mojego brata.
Guy zaczął unosić miecz.
Lenare zrobiła krok do przodu i wykonała pchnięcie. Cienki rapier przebił serce wartownika i został wyjęty z jego ciała, zanim rycerz dokończył swój cios.
Luis Guy padł martwy, twarzą na przesiąknięty krwią śnieg.