Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Pradawna stolica. Cykl Odkrycia Riyrii. Tom 6 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 stycznia 2026
3872 pkt
punktów Virtualo

Pradawna stolica. Cykl Odkrycia Riyrii. Tom 6 - ebook

"Pradawna stolica" to szósty tom z cyklu "Odkrycia Riyrii", który kontynuuje epicką sagę fantasy. Po zakończeniu wojen i odnalezieniu spadkobiercy Novrona, świat Elanu staje w obliczu nowego zagrożenia ze strony nadciągającej armii elfów. Nadzieją na ocalenie jest starożytny artefakt, którego odzyskanie wymaga niebezpiecznej wyprawy do zaginionego przed wiekami miasta Percepliquis. Imperatorka Modina gromadzi specjalną grupę, by podjęła się tego śmiałego zadania i uratowała ludzkość przed zagładą.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68591-72-9
Rozmiar pliku: 2,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_Książkę dedy­kuję mojej żonie Robin Sul­li­van._

_Nie­któ­rzy pytają mnie,_
_jak to jest, że two­rzę takie silne postaci kobiece,_
_nie każąc im dzier­żyć mie­cza w ręku._
_To dzięki niej._
_Jest Ari­stą._
_Jest Thrace._
_Jest Modiną._
_Jest Ami­lią._
_I jest moją Gwen._
_Niniej­szy cykl to mój hołd dla niej._

_To Twoja książka, Robin._

_I hope you don’t mind that I put down in words_
_How won­der­ful life is while you’re in the world._
Elton John, Ber­nie Tau­pinROZDZIAŁ 1. DZIECKO

ROZ­DZIAŁ 1

DZIECKO

Miranda była pewna, że tak wła­śnie zacznie się koniec świata – nie będzie ostrze­że­nia, ale wybuch­nie pożar. Nocne niebo za nimi jarzyło się czer­wie­nią, gdy pło­mie­nie i snopy iskier buchały w górę. Pło­nął uni­wer­sy­tet w She­ri­da­nie.

Miranda, która trzy­mała rączkę Mercy, bała się, że może zgu­bić dziew­czynkę w ciem­no­ści. Ucie­kali od wielu godzin, bie­gnąc na oślep przez sosnowy las, prze­dzie­ra­jąc się mię­dzy gałę­ziami. Pod przy­gię­tymi kona­rami leżała gruba war­stwa śniegu. Miranda brnęła przez zaspy się­ga­jące jej powy­żej kolan, toru­jąc drogę dziew­czynce i sta­remu pro­fe­so­rowi.

Arca­dius, usi­łu­jąc z tru­dem za nimi nadą­żyć, zawo­łał:

– Idź dalej, nie cze­kaj na mnie!

Miranda, dźwi­ga­jąc ciężki tobo­łek i cią­gnąc za sobą dziew­czynkę, poru­szała się naj­szyb­ciej, jak potra­fiła. Za każ­dym razem, gdy sły­szała jakiś dźwięk lub myślała, że widzi poru­sza­jący się cień, siłą woli powstrzy­my­wała się, żeby nie krzyk­nąć. Nie­wiele bra­ko­wało, by wpa­dła w panikę. Śmierć dep­tała im po pię­tach, a Miran­dzie wyda­wało się, że stopy ma cięż­kie jak z oło­wiu.

Dziew­czyna żało­wała dziecka i mar­twiła się, że spra­wia Mercy ból, cią­gnąc ją za rękę. Raz szarp­nęła dziew­czynkę zbyt mocno i ta się prze­wró­ciła. Mercy krzyk­nęła, gdy upa­dła twa­rzą na śnieg, ale od razu wzięła się w garść. Już wcze­śniej prze­stała zada­wać pyta­nia, prze­stała narze­kać, że jest zmę­czona. W ogóle prze­stała się odzy­wać i podą­żała za Mirandą naj­szyb­ciej, jak mogła. Była dzielną dziew­czynką.

Dotarli do drogi i Miranda uklę­kła, żeby przyj­rzeć się Mercy. Dziew­czynce cie­kło z nosa, do rzęs przy­kle­iły jej się płatki śniegu. Miała zaczer­wie­nione policzki, a do czoła przy­warły prze­po­cone czarne włosy. Miranda odgar­nęła jej kilka kosmy­ków za uszy, pod­czas gdy pan Prą­żek bacz­nie ją obser­wo­wał. Szop pracz owi­nął się wokół szyi dziew­czynki, jakby był futrzaną etolą. Mercy nale­gała, żeby przed ucieczką wypu­ścić zwie­rzęta z kla­tek. Uwol­niony szop wdra­pał się na jej ramię i mocno się go ucze­pił. Widocz­nie pan Prą­żek też wyczuł, że dzieje się coś złego.

– Jak się czu­jesz? – spy­tała Miranda, zakła­da­jąc dziew­czynce kap­tur i spi­na­jąc jej płaszcz moc­niej klamrą.

– Zimno mi w stopy – odparła Mercy szep­tem, wpa­tru­jąc się w śnieg.

– Mnie też – odrze­kła Miranda naj­po­god­niej­szym tonem, na jaki potra­fiła się zdo­być.

– Nie­zły ubaw, co? – powie­dział stary pro­fe­sor, wspi­na­jąc się po zbo­czu, żeby do nich dołą­czyć. Gdy zdej­mo­wał torbę z ramie­nia, z jego ust wydo­by­wały się duże obłoki pary. Brodę i brwi miał zaskle­pione grubą war­stwą śniegu i lodu.

– A jak ty się czu­jesz? – spy­tała Miranda.

– Świet­nie, dosko­nale. Stary czło­wiek potrze­buje od czasu do czasu tro­chę ruchu, a także odpo­czynku. Musimy jed­nak kon­ty­nu­ować wędrówkę.

– Dokąd idziemy? – spy­tała Mercy.

– Do Aqu­esty – odparł Arca­dius. – Wiesz, co to Aqu­esta, prawda, słonko? To wła­śnie tam jest wielki pałac, z któ­rego rzą­dzi impe­ra­torka. Chcia­ła­byś ją poznać, prawda?

– Czy zdoła ich powstrzy­mać?

Miranda zoba­czyła, że dziew­czynka spo­gląda ponad ramie­niem sta­rego czło­wieka na pło­nący uni­wer­sy­tet. Miranda też spoj­rzała na jaskrawą łunę nad koro­nami drzew. Znaj­do­wali się już w odle­gło­ści wielu mil, a jed­nak świa­tło wciąż wypeł­niało hory­zont. Ponad bla­skiem ognia widać było cie­nie. Nie­które opa­dały pio­nowo, a z innych, krą­żą­cych nad pło­nącym uni­wer­sy­tetem, try­skały stru­mie­nie pło­mieni.

– Miejmy nadzieję, słonko. Miejmy nadzieję – odrzekł Arca­dius. – Tym­cza­sem ruszajmy w drogę. Wiem, że jesteś zmę­czona. Wiem, że jesteś zzięb­nięta. Ja też, ale musimy jak naj­szyb­ciej iść dalej. Musimy się stąd odda­lić.

Mercy ski­nęła głową, a może tylko wyko­nała podobny ruch, drżąc z zimna. Trudno to było oce­nić.

Miranda strzep­nęła śnieg z ple­ców i nóg dziew­czynki, żeby uchro­nić ją przed więk­szym prze­mo­cze­niem. Pan Prą­żek obser­wo­wał to z chłodną rezerwą.

– Myślisz, że wszyst­kie zwie­rzęta się wydo­stały? – zapy­tała Mercy.

– Jestem tego pewny – zapew­niał ją Arca­dius. – Prze­cież są bystre, prawda? Choć może nie aż tak, jak pan Prą­żek, bo jemu udało się zała­pać na prze­jażdżkę.

Mercy znów ski­nęła głową i dodała z nadzieją w gło­sie:

– Jestem pewna, że Fili­żance udało się uciec. Umie latać.

Miranda spraw­dziła tobo­łek dziew­czynki i wła­sny, żeby się upew­nić, że oba są zamknięte i mocno zwią­zane. Spoj­rzała na ciemną drogę.

– Dopro­wa­dzi nas przez Col­norę do samej Aqu­esty – wyja­śnił stary czar­no­księż­nik.

– Jak długo będziemy tam szli? – spy­tała Mercy.

– Kilka dni, może tydzień. Dłu­żej, jeśli utrzyma się kiep­ska pogoda.

Miranda dostrze­gła nie­za­do­wo­le­nie w oczach Mercy.

– Nie martw się. Jak będziemy tro­chę dalej, zatrzy­mamy się na odpo­czy­nek i posi­łek. Przy­go­tuję coś gorą­cego, a potem tro­chę się prze­śpimy. Na razie jed­nak musimy iść dalej. Na dro­dze będzie nam łatwiej.

Miranda chwy­ciła rękę dziew­czynki i ruszyli. Z rado­ścią stwier­dziła, że jej prze­wi­dy­wa­nia się spraw­dziły. Wędrówkę uła­twiały pozo­sta­wione przez wozy kole­iny oraz to, że scho­dzili po zbo­czu. Masze­ro­wali raź­nym kro­kiem i nie­ba­wem las za ich ple­cami prze­sło­nił ogni­stą łunę. Wkro­czyli w ciemny i cichy świat, w któ­rym towa­rzy­stwa dotrzy­my­wał im jedy­nie szum zim­nego wia­tru.

Miranda spoj­rzała na sta­rego pro­fe­sora, który szedł, powłó­cząc nogami, i przy­ci­skał płaszcz do szyi. Miał zaczer­wie­nioną i pokrytą kro­stami twarz, i z tru­dem łapał oddech.

– Na pewno dobrze się czu­jesz?

Arca­dius pod­szedł do Mirandy, zmu­sił się do uśmie­chu i szep­nął jej do ucha:

– Oba­wiam się, że może będzie­cie musiały dokoń­czyć podróż beze mnie.

– Co takiego? – zapy­tała Miranda i zer­k­nęła na dziew­czynkę. Mercy nie unio­sła głowy. – Wkrótce zro­bimy postój. Odpocz­niemy i jutro pój­dziemy wol­niej. Prze­szli­śmy dziś szmat drogi. Wezmę twoją torbę – zapro­po­no­wała i wycią­gnęła rękę.

– Nie, sam ją dalej poniosę. Wiesz, że jest bar­dzo kru­cha… i nie­bez­pieczna. Jeśli ktoś zgi­nie, nio­sąc ją, to ja chcę być tym kimś. W kwe­stii odpo­czynku… nie sądzę, żeby to coś zmie­niło. Nie mam dość sił na taką podróż. Oboje to wiemy.

– Nie możesz się pod­da­wać.

– Nie zamie­rzam. Prze­ka­zuję ci zada­nie. Dasz sobie radę.

– Ale nie wiem, co robić. Nie wyja­wi­łeś mi ni­gdy planu.

Arca­dius zachi­cho­tał.

– Bo czę­sto się zmie­nia. Mia­łem nadzieję, że regenci zaak­cep­tują Mercy jako spad­ko­bier­czy­nię Modiny, ale odmó­wili.

– Co teraz?

– Teraz Modina zasiada na tro­nie, więc mamy drugą szansę. Naj­lep­sze, co możesz zro­bić, to dotrzeć do Aqu­esty i sta­rać się o audien­cję u niej.

– Ale nie wiem, jak…

– Znaj­dziesz spo­sób. Przed­staw impe­ra­torce Mercy. To będzie pierw­szy krok w dobrym kie­runku. Wkrótce tylko ty będziesz znała prawdę. Nie podoba mi się, że obar­czam cię tym cię­ża­rem, ale nie mam wyboru.

Miranda pokrę­ciła głową.

– Nie, to matka obar­czyła mnie tym cię­ża­rem. Nie ty.

– Wyzna­nie na łożu śmierci to bar­dzo poważna sprawa. – Stary czło­wiek ski­nął głową. – Ale dzięki temu mogła odejść w spo­koju.

– Tak sądzisz? A może jej duch wciąż tu jest? Cza­sami odno­szę wra­że­nie, jakby mnie obser­wo­wała… prze­śla­do­wała. Płacę cenę za jej sła­bość, tchó­rzo­stwo.

– Twoja matka była młoda, biedna i ciemna. Widziała śmierć dzie­sią­tek ludzi oraz zabój­stwo matki i dziecka. I led­wie uszła z życiem. Żyła w cią­głym stra­chu, że pew­nego dnia ktoś odkryje, że były bliź­niaki i ona ura­to­wała jed­nego z nich.

– Ale postą­piła nie­wła­ści­wie i okrut­nie – powie­działa z gory­czą Miranda. – A naj­gor­sze jest to, że nie mogła zabrać grze­chu ze sobą do grobu. Musiała mi powie­dzieć, obar­czyć mnie odpo­wie­dzial­no­ścią za napra­wie­nie jej błę­dów. Powinna…

Mercy zatrzy­mała się gwał­tow­nie.

– Kocha­nie, musimy… – Spoj­rzała na Mirandę. W sła­bym świe­tle wcze­snego poranka zoba­czyła strach na jej twa­rzy, gdy Mercy patrzyła na miej­sce, w któ­rym droga opa­dała ku dużemu mostowi z kamie­nia.

– Przed nami świa­tło – oznaj­mił Arca­dius.

– Czy…? – spy­tała Miranda.

Stary nauczy­ciel pokrę­cił głową.

– To ogni­sko, chyba nawet kilka. Podej­rze­wam, że przy­by­wają kolejni uchodźcy. Możemy się do nich przy­łą­czyć i będzie nam się łatwiej szło. Jeśli się nie mylę, obo­zują na dru­gim brzegu Gale­wyru. Nie mia­łem poję­cia, że doj­dziemy tak daleko. Nic dziw­nego, że się zasa­pa­łem.

– Widzisz? – powie­działa Miranda do dziew­czynki, gdy znów ruszyli. – Już po naszych kło­po­tach. Może nawet mają wóz, na któ­rym będzie mógł jechać stary czło­wiek.

Arca­dius uśmiech­nął się do niej z wyż­szo­ścią, ale w duchu ucie­szył się z takiej moż­li­wo­ści.

– Wtedy nasza sytu­acja może się poprawi – powie­dział.

– Będziemy…

Dziew­czynka ści­snęła rękę Mirandy i znów przy­sta­nęła. Zbli­żali się do nich kłu­sem konni. Z noz­drzy zwie­rząt wydo­by­wała się para, gdy pry­chały, ude­rza­jąc kopy­tami o oblo­dzoną zie­mię. Opa­tu­leni ciem­nymi płasz­czami jeźdźcy mieli nacią­gnięte kap­tury i twa­rze owi­nięte czę­ściowo sza­lami, toteż ucie­ki­nie­rzy nie mogli ich roz­po­znać, ale co do jed­nego nie mieli wąt­pli­wo­ści: to byli sami męż­czyźni. Miranda nali­czyła trzech. Jechali od połu­dnia, ale nie od strony ognisk. To nie byli uchodźcy.

– Co o tym sądzisz? – spy­tała dziew­czyna. – Roz­bój­nicy?

Pro­fe­sor pokrę­cił głową.

– Co zro­bimy?

– Oby­śmy nic nie musieli robić. Przy odro­bi­nie szczę­ścia to zacni ludzie, któ­rzy przy­cho­dzą nam z pomocą. W prze­ciw­nym razie… – Pokle­pał torbę. – Dotrzyj do tych ognisk i poproś o schro­nie­nie i ochronę. A potem zapro­wadź Mercy do Aqu­esty. Uni­kaj regen­tów i spró­buj opo­wie­dzieć impe­ra­torce histo­rię dziew­czynki. Powiedz jej prawdę.

– Ale co, jeśli…

Jeźdźcy pod­je­chali i zwol­nili tempo.

– Co my tu mamy? – spy­tał jeden.

Miranda nie widziała, który się ode­zwał, ale domy­ślała się, że wysoki męż­czy­zna jadący na prze­dzie. Przy­glą­dał się sto­ją­cym nie­ru­chomo ucie­ki­nie­rom, pod­czas gdy oni słu­chali chra­pli­wego sapa­nia koni.

– Cóż za korzystny zbieg oko­licz­no­ści – dodał jeź­dziec i zsiadł z wierz­chowca. – Wła­śnie do cie­bie jecha­łem, star­cze.

Przy­wódca trzy­mał ostroż­nie rękę przy boku i poru­szał się sztywno. Spo­glą­dał na nich groź­nie spod kap­tura, a nos i usta miał zasło­nięte szkar­łat­nym sza­lem.

– Poranny spa­ce­rek w śnie­życy? – spy­tał, pod­cho­dząc do pro­fe­sora.

– By­naj­mniej – odparł Arca­dius. – Ucie­kamy.

– Nie wąt­pię. Naj­wi­docz­niej, gdy­bym zwle­kał jesz­cze choćby dzień, nie spo­tkał­bym cię i mógł­byś się wymknąć. Twoje przyj­ście do pałacu było głu­pim błę­dem. Za dużo powie­dzia­łeś. I co ci to dało? Powi­nie­neś być mądrzej­szy. Ale wraz z wie­kiem przy­cho­dzi despe­ra­cja. – Spoj­rzał na Mercy. – To ta dziew­czynka?

– Guy, She­ri­dan pło­nie – odrzekł Arca­dius. – Elfy prze­kro­czyły Nidwal­den i ruszyły do ataku!

Guy! Miranda go znała, a przy­naj­mniej jego repu­ta­cję. Arca­dius nauczył ją nazwisk wszyst­kich war­tow­ni­ków Kościoła. Z punktu widze­nia pro­fe­sora Luis Guy był naj­bar­dziej nie­bez­pieczny. Wszyst­kimi war­tow­ni­kami kie­ro­wała obse­sja, wszyst­kich wybrano ze względu na ich fana­tyczną orto­dok­syj­ność, ale Guy dostał coś w spu­ściź­nie. Jego matka, któ­rej panień­skie nazwi­sko brzmiało Evone, była pobożną dziew­czyną. Poślu­biła lorda Jar­reda Sereta, bez­po­śred­niego potomka lorda Dariusa Sereta, któ­remu patriar­cha Ven­lin zle­cił zada­nie odna­le­zie­nia spad­ko­biercy sta­rego impe­rium. Wśród poszu­ki­wa­czy spad­ko­biercy Luis Guy był naj­więk­szym fana­ty­kiem.

– Nie rób ze mnie głupca. To o tej dziew­czynce mówi­łeś Sal­du­rowi i Ethel­re­dowi, prawda? To ją chcia­łeś przy­go­to­wać jako następną impe­ra­torkę? Czemu miał­byś to robić, star­cze? Dla­czego aku­rat ta dziew­czynka? To kolejny pod­stęp? A może chcia­łeś nam ją pod­rzu­cić? Żeby odpo­ku­to­wać za swój błąd? – Guy przy­kuc­nął, żeby lepiej przyj­rzeć się twa­rzy Mercy. – Podejdź, dziecko.

– Nie! – wark­nęła Miranda, przy­cią­ga­jąc Mercy do sie­bie.

Guy powoli wstał.

– Puść ją – roz­ka­zał.

– Nie.

– War­tow­niku Guy! – krzyk­nął Arca­dius. – To zwy­kła wiej­ska dziew­czynka. Sie­rota, którą przy­gar­ną­łem.

– Czyżby? – Wyjął miecz.

– Bądź roz­sądny. Nie masz poję­cia, co robisz.

– Wręcz prze­ciw­nie. Wszy­scy tak się sku­pili na Esra­had­do­nie, że pozo­sta­wa­łeś nie­zau­wa­żony. Kto by pomy­ślał, że wska­żesz drogę do spad­ko­biercy nie raz, ale dwa razy?

– Spad­ko­biercy? Spad­ko­biercy Novrona? Osza­la­łeś? Sądzisz, że dla­tego roz­ma­wia­łem z regen­tami?

– A nie?

– Nie. – Pokrę­cił głową, uśmie­cha­jąc się z roz­ba­wie­niem. – Przy­sze­dłem, bo podej­rze­wa­łem, że nie pomy­śleli o kwe­stii suk­ce­sji, i chcia­łem pomóc w wyedu­ko­wa­niu następ­nego impe­rial­nego przy­wódcy.

– Ale upie­ra­łeś się przy tej dziew­czynce. Tylko tej dziew­czynce. Czemu miał­byś to robić, gdyby nie była praw­dziwą spad­ko­bier­czy­nią?

– To nie ma sensu. Skąd mógł­bym wie­dzieć, kto jest spad­ko­biercą? Albo nawet czy spad­ko­bierca żyje?

– Rze­czy­wi­ście, skąd? To był bra­ku­jący ele­ment. Wła­ści­wie to jesteś jedyną osobą, która mogłaby wie­dzieć. Powiedz, Arca­diu­sie Lati­me­rze, kim był twój ojciec?

– Tka­czem, ale nie rozu­miem…

– A więc jak ubogi syn tka­cza z małej wio­ski został magi­strem wie­dzy na uni­wer­sy­te­cie w She­ri­da­nie? Wąt­pię, czy twój ojciec w ogóle umiał czy­tać, a jed­nak jego syn jest jed­nym z naj­zna­mie­nit­szych uczo­nych na świe­cie? Jak to się stało?

– Doprawdy, Guy, nie sądzi­łem, że będę musiał wyja­śniać zalety ambi­cji i cięż­kiej pracy komuś takiemu jak ty.

War­tow­nik uśmiech­nął się szy­der­czo.

– Znik­ną­łeś na dzie­sięć lat, a po powro­cie mia­łeś znacz­nie bogat­szą wie­dzę.

– Zmy­ślasz.

Na twa­rzy Guya poja­wił się uśmie­szek.

– Kościół nie pozwala byle komu nauczać na swoim uni­wer­sy­te­cie. Sądzi­łeś, że nie prze­cho­wują doku­men­tów?

– Skądże. Po pro­stu nie myśla­łem, że je zoba­czysz. – Stary czło­wiek się uśmiech­nął.

– Jestem war­tow­ni­kiem, idioto! Mam dostęp do wszyst­kich archi­wów Kościoła.

– Tak, ale nie przy­pusz­cza­łem, że moje bada­nia naukowe kogo­kol­wiek zain­te­re­sują. Za młodu byłem bun­tow­ni­kiem, na doda­tek przy­stoj­nym. Czy w doku­men­tach to odno­to­wano?

– Natkną­łem się na infor­ma­cję, że zna­la­złeś gro­bo­wiec Yol­rica. Kto to był?

– A już myśla­łem, że wiesz wszystko.

– Nie mia­łem czasu na ślę­cze­nie w biblio­te­kach. Śpie­szy­łem się, żeby cię zała­pać.

– Ale dla­czego? Czemu mnie ści­gasz? Czemu wyją­łeś miecz?

– Bo spad­ko­bier­czyni Novrona musi umrzeć.

– Nie jest spad­ko­bier­czy­nią. Czemu tak uwa­żasz? Skąd mógł­bym w ogóle wie­dzieć, kim jest spad­ko­bierca?

– Bo to jedna z tajem­nic, z któ­rymi wró­ci­łeś. Odkry­łeś, jak odszu­kać spad­ko­biercę.

– Ba! Naprawdę, Guy, masz bujną wyobraź­nię.

– Natra­fi­łem na inne zapi­ski. Kościół wezwał cię na prze­słu­cha­nie. Sądzili, że może uda­łeś się do Per­ce­pli­quis, tak jak Edmund Hall. A potem, led­wie kilka dni po tam­tym spo­tka­niu, w Rati­bo­rze doszło do walki. Zabito cię­żarną matkę i jej męża. Zostali ziden­ty­fi­ko­wani jako Lini­tha i Naron Brow­no­wie i uśmier­ceni wraz z dziec­kiem przez ryce­rzy Sereta. To cie­kawe, że po stu­le­ciach poszu­ki­wań mój poprzed­nik zdo­łał odna­leźć spad­ko­biercę Novrona zaled­wie kilka dni po twoim prze­słu­cha­niu. – Guy spio­ru­no­wał pro­fe­sora wzro­kiem. – Zawar­łeś układ z Kościo­łem? Poda­łeś infor­ma­cje w zamian za wol­ność? Na pewno powie­dzieli ci, że chcą odna­leźć spad­ko­biercę, żeby posa­dzić go na kró­lew­skim tro­nie. Gdy odkry­łeś, co naprawdę zro­bili, wyobra­żam sobie, że poczu­łeś się wyko­rzy­stany. Musia­łeś mieć straszne poczu­cie winy.

Guy prze­rwał, żeby Arca­dius mógł odpo­wie­dzieć, ale pro­fe­sor mil­czał.

– Wszy­scy myśleli, że to koniec rodu, prawda? Nawet patriar­cha nie miał poję­cia, że jesz­cze żyje drugi spad­ko­bierca. A potem Esra­had­don uciekł i poszedł pro­sto do Degana Gaunta. Tyle że Degan nie jest spad­ko­biercą. Ja też dałem się nabrać i długo tkwi­łem w błę­dzie, ale wyobraź sobie wstrząs, jakiego dozna­łem, kiedy Gaunt nie prze­szedł pomyśl­nie powtór­nej próby krwi. To był bez wąt­pie­nia sku­tek tego samego elik­siru, któ­rego Esra­had­don użył na królu Amra­cie i Ari­ście, wzbu­dza­jąc podej­rze­nia Bragi co do Essen­do­nów. Gdy wra­cam do tego pamię­cią, przy­pusz­czam, że powin­ni­śmy się domy­ślić, że czar­no­księż­nik sta­rego impe­rium nie jest głup­cem i ni­gdy nie dopro­wa­dzi nas do praw­dzi­wego spad­ko­biercy. Ale była jesz­cze jedna, prawda? I odna­la­złeś ją, sto­su­jąc tę samą sztuczkę co za pierw­szym razem. – Spoj­rzał na Mercy. – Kim ona jest? Bękar­tem? Bra­ta­nicą? – Ruszył do Mirandy. – Oddaj ją.

– Nie! – krzyk­nął stary pro­fe­sor.

Jeden z żoł­nie­rzy chwy­cił Mirandę, a drugi odcią­gnął od niej dziew­czynkę.

– Ale lepiej się upew­nić. Nie popeł­nię drugi raz tego samego błędu. – Wyko­nał zwinny ruch nad­garstka i roz­ciął dłoń Mercy. Dziew­czynka wrza­snęła, a pan Prą­żek syk­nął.

– To nie­po­trzebne! – powie­dział Arca­dius.

– Pil­nuj­cie ich – roz­ka­zał Guy swoim ludziom i poszedł do wierz­chowca.

– Sza, bądź dzielną dziew­czynką – powie­działa Miranda do Mercy.

Guy poło­żył ostroż­nie miecz na ziemi, po czym wyjął z sakwy małe skó­rzane etui, a z niego zestaw trzech fio­lek. Odkor­ko­wał pierw­szą, prze­chy­lił lekko i postu­kał w nią pal­cem, aż tro­chę proszku spa­dło na pokryty krwią czu­bek mie­cza.

– Chcę już stąd odejść – pochli­py­wała Mercy, pod­czas gdy straż­nik mocno ją trzy­mał. – Pro­szę, możemy iść?

– Cie­kawe – wymam­ro­tał Guy, po czym opróż­nił następną fiolkę. W tej był płyn, który zasy­czał po zetknię­ciu się z ostrzem.

– Guy! – krzyk­nął do niego Arca­dius.

– Bar­dzo cie­kawe – cią­gnął rycerz Sereta. Odkor­ko­wał ostat­nią bute­leczkę.

– Guy, nie rób tego! – ryk­nął stary czło­wiek.

Wylał jedną kro­plę na koń­cówkę klingi.

Puk!

Roz­legł się odgłos jak przy odkor­ko­wy­wa­niu butelki wina i poja­wił się jaskrawy roz­błysk podobny do bły­ska­wicy.

War­tow­nik wstał, wpa­tru­jąc się w koniec swo­jego mie­cza, i wybuch­nął śmie­chem, który brzmiał dziw­nie i upior­nie, jak śpiew sza­leńca.

– Wresz­cie zna­la­złem spad­ko­biercę Novrona. Poszu­ki­wa­nia pro­wa­dzone przez moich przod­ków dobie­gną końca za moją sprawą.

– Mirando, sama już nic nie zro­bisz – szep­nął Arca­dius i spoj­rzał w stronę obozu uchodź­ców.

W poran­nym świe­tle Miranda zoba­czyła kilka słu­pów dymu. Moż­liwa pomoc była bole­śnie bli­sko. W odle­gło­ści naj­wy­żej kil­ku­set metrów.

– Poświę­ci­łem życie napra­wie­niu swo­jego błędu. Ale teraz do cie­bie należy zro­bie­nie tego, co konieczne – wyja­śnił stary pro­fe­sor.

Luis Guy chwy­cił dziew­czynkę i posa­dził ją na grzbie­cie swo­jego wierz­chowca.

– Zabie­rzemy ją do patriar­chy.

– A co z nimi, sir? – spy­tał jeden z zakap­tu­rzo­nych męż­czyzn.

– Bierz­cie sta­rego. Zabij­cie kobietę.

Miran­dzie serce na chwilę zamarło, gdy żoł­nierz się­gnął po miecz.

– Cze­kaj! – powie­dział Arca­dius. – A co z rogiem? – Stary pro­fe­sor cofał się, ści­ska­jąc w rękach torbę. – Patriar­cha będzie też chciał dostać róg, prawda?

Guy zer­k­nął szybko na torbę Arca­diusa.

– Masz go? – spy­tał war­tow­nik.

Arca­dius rzu­cił Miran­dzie roz­pacz­liwe spoj­rze­nie, po czym odwró­cił się i rzu­cił do ucieczki.

– Pil­nuj dziecka – roz­ka­zał Guy swo­jemu żoł­nie­rzowi.

Odwró­cił się, ski­nął na dru­giego i razem ruszyli w pogoń za Arca­diu­sem, który biegł szyb­ciej, niż Miranda mogłaby sobie wyobra­żać.

Obser­wo­wała go – swo­jego naj­bliż­szego przy­ja­ciela – jak pędzi drogą, którą przy­szli, a za ple­cami powiewa mu płaszcz. Mogłaby uznać ten widok za komiczny, ale wie­działa, co Arca­dius ma w tor­bie. Wie­działa, dla­czego ucieka, co to ozna­cza i co pro­fe­sor chce, żeby zro­biła.

Miranda się­gnęła po ukryty pod płasz­czem szty­let. Ni­gdy nikogo nie zabiła, ale jaki miała wybór? Czło­wiek sto­jący mię­dzy nią a Mercy był żoł­nie­rzem, i to praw­do­po­dob­nie ryce­rzem Sereta. Odwró­cił się do niej ple­cami, żeby lepiej chwy­cić konia Guya, sku­pia­jąc uwagę na Mercy i syczą­cym szo­pie, który kłap­nął zębami w jego stronę.

Miranda miała led­wie kilka sekund, zanim Guy i żoł­nierz dogo­nią Arca­diusa. Chciało jej się pła­kać, ponie­waż wie­działa, co się sta­nie. Razem zaszli tak daleko, tak wiele poświę­cili, i gdy już się wyda­wało, że w końcu są bli­sko celu… Zostaną powstrzy­mani w taki spo­sób… zamor­do­wani na pobo­czu drogi… „Tra­giczne” było zbyt sła­bym sło­wem na okre­śle­nie tej nie­spra­wie­dli­wo­ści. Na łzy będzie czas póź­niej. Pro­fe­sor liczył na nią i ona go nie zawie­dzie. To jedno spoj­rze­nie wszystko jej powie­działo. To było osta­teczne ryzy­kowne przed­się­wzię­cie. Gdyby udało im się zapro­wa­dzić Mercy do Modiny, wszystko mogłoby wró­cić do porządku.

Wyjęła szty­let i popę­dziła naprzód. Z całych sił wbiła nóż żoł­nie­rzowi w plecy. Męż­czy­zna nie nosił kol­czugi ani skó­rza­nej zbroi i ostra głow­nia weszła głę­boko, prze­bi­ja­jąc ubra­nie, skórę i mię­śnie.

Żoł­nierz obró­cił się na pię­cie i ude­rzył Mirandę, tra­fia­jąc ją grzbie­tem dłoni w poli­czek. Dziew­czyna zachwiała się, a następ­nie upa­dła na śnieg, wciąż trzy­ma­jąc szty­let, któ­rego rączka była śli­ska od krwi.

Mercy na koniu chwy­ciła się mocno sio­dła i wrza­snęła. Szop zaświer­go­tał, stro­sząc futerko.

Miranda wstała, gdy żoł­nierz wyj­mo­wał miecz. Męż­czy­zna był poważ­nie ranny. Miał nogawkę prze­siąk­niętą krwią. Ruszył chwiej­nie w stronę dziew­czyny. Pró­bo­wała uciec i wycią­gnęła rękę w stronę Mercy i konia, ale seret był szyb­szy. Miecz ryce­rza prze­bił jej bok w oko­li­cach talii. Poczuła, jak metal wcho­dzi w ciało. Ból był pie­kący, ale po chwili ogar­nął ją chłód. Kolana się pod nią ugięły. Zdo­łała przy­trzy­mać się sio­dła, gdy koń, prze­stra­szony gwał­tow­nymi ruchami i krzy­kami Mercy, ruszył szybko, cią­gnąc Mirandę za sobą.

Żoł­nierz, który pozo­stał za nimi, upadł na kolana, a z jego ust pocie­kła krew.

Miranda usi­ło­wała się pod­cią­gnąć, ale nie mogła sobie pomóc nogami, ponie­waż były bez­władne. Czuła, jak traci siłę w ramio­nach.

– Chwyć wodze, Mercy, i trzy­maj się mocno.

Guy i żoł­nierz dogo­nili Arca­diusa. War­tow­nik, sły­sząc wrza­ski dziew­czynki, zatrzy­mał się, ale jego towa­rzysz prze­wró­cił sta­rego pro­fe­sora na śnieg.

– Mercy, musisz jechać dalej – powie­działa Miranda. – Dotrzyj do ognisk i poproś o pomoc. Jedź.

Ostat­kiem sił ude­rzyła konia w bok. Zwie­rzę sko­czyło naprzód. Sio­dło wyśli­zgnęło się z rąk Mirandy i dziew­czyna znów upa­dła na śnieg. Leżąc na ple­cach, słu­chała tętentu kopyt, gdy koń szybko się odda­lał.

– Wsta­waj! – usły­szała krzyk Guya, ale było za późno.

Arca­dius otwo­rzył torbę.

Nawet w odle­gło­ści kil­ku­set metrów Miranda poczuła, jak zie­mia zatrzę­sła się wsku­tek wybu­chu. Chwilę póź­niej podmuch powie­trza rzu­cił jej szczy­piący śnieg w twarz, gdy w stronę poran­nego nieba unio­sła się biała chmura. Arca­dius i wal­czący z nim męż­czy­zna zgi­nęli na miej­scu. Guy zwa­lił się z nóg. Pozo­stałe konie się roz­pierz­chły.

Gdy śnieżna chmura opa­dła, Miranda spoj­rzała na niebo wsta­ją­cego świtu. Już nie czuła zimna. Wraz z nara­sta­ją­cym odrę­twie­niem w rękach i nogach słabł ból w boku. Poczuła wie­trzyk na policzku i dostrze­gła, że jej nogi i talia są mokre, a suk­nia prze­siąk­nięta. Poczuła smak żelaza na języku. Miała kło­poty z oddy­cha­niem – jakby się topiła.

Guy żył. Usły­szała, jak war­tow­nik prze­klina sta­rego pro­fe­sora i woła do koni jak do nie­po­słusz­nych psów. Dobie­gły do niej odgłosy skrzy­pie­nia śniegu, tar­cia skó­rza­nej zbroi, a potem szybko odda­la­ją­cego się tętentu kopyt.

Była sama w ciszy zim­nego zimo­wego poranka.

Pano­wał spo­kój.

– Dobry Mari­bo­rze, usłysz mnie – modliła się do roz­ja­śnia­ją­cego się nieba. – Ojcze Novrona, stwo­rzy­cielu ludzi. – Wzięła ostatni oddech i powie­działa: – Zaopie­kuj się swoją jedyną córką.

***

Alenda Lana­klin wyszła z namiotu na rześ­kie poranne powie­trze. Nosiła swoją naj­grub­szą weł­nianą suk­nię i dwie war­stwy futra, ale i tak się trzę­sła. Słońce dopiero co wsta­wało – zimna mleczna mgiełka w zupie cięż­kiego zimo­wego powie­trza. Zachmu­rze­nie utrzy­my­wało się od ponad tygo­dnia i Alenda zasta­na­wiała się, czy jesz­cze kie­dyś znów zoba­czy jasną tar­czę słońca.

Stała na udep­ta­nym śniegu i patrzyła na kil­ka­dzie­siąt namio­tów roz­bi­tych w sosno­wym lesie. Z ognisk w poczer­nia­łych dołach uno­siły się wstęgi sza­rego dymu, który zabie­rał ze sobą wiatr. Pomię­dzy nimi cho­dzili ludzie, ale trudno byłoby odróż­nić męż­czyzn od kobiet, ponie­waż wszy­scy wło­żyli kap­tury i się opa­tu­lili. W tym przy­padku jed­nak nie sta­no­wiło to pro­blemu – były tam pra­wie same kobiety. Oprócz nich w obo­zie prze­by­wały dzieci i osoby w pode­szłym wieku. Ludzie cho­dzili ze spusz­czo­nymi gło­wami, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki na ubi­tym śniegu.

W świe­tle wszystko wyda­wało się inne – ciche, spo­kojne. Poprzed­nia noc była kosz­marna – pożar, krzyki i ucieczka drogą West­field. Zatrzy­mali się jedy­nie na krótko, by poli­czyć obec­nych. Alenda była taka zmę­czona, że nie pamię­tała roz­bi­ja­nia obozu.

– Dzień dobry, pani – przy­wi­tała ją Emi­lia spod koca, który narzu­ciła na płaszcz. Tym sło­wom bra­ko­wało typo­wej dla niej weso­ło­ści. Rano słu­żąca Alendy zawsze była oży­wiona i rado­sna. Teraz stała z posępną miną, zaczer­wie­nione ręce jej drżały, a żuchwa trzę­sła się z zimna.

– Naprawdę, Emmy? – Alenda się rozej­rzała. – Skąd możesz wie­dzieć?

– Poszu­kajmy dla cie­bie śnia­da­nia. Po czymś cie­płym poczu­jesz się lepiej.

– Mój ojciec i bra­cia nie żyją – odparła Alenda. – Zbliża się koniec świata. Śnia­da­nie coś tu pomoże?

– Nie wiem, pani, ale musimy spró­bo­wać. Tego chciał twój ojciec. To zna­czy, żebyś prze­żyła. Dla­tego tam pozo­stał, prawda?

Z pół­nocy dobiegł huk podobny do grzmotu. Ludzie obró­cili głowy, żeby spoj­rzeć w dal ponad ośnie­żo­nymi polami. Na wszyst­kich twa­rzach odma­lo­wał się wyraz prze­ra­że­nia, że oto wła­śnie w końcu nad­cho­dzi kres.

Alenda, dotarł­szy na śro­dek obozu, zastała tam Belindę Pic­ke­ring, jej córkę Lenare, sta­rego Juliana – lorda szam­be­lana Melen­garu, i lorda Valina – jedy­nego obrońcę grupy. Star­szawy rycerz prze­pro­wa­dził ich przez chaos poprzed­niej nocy. Jako ostatni, któ­rzy pozo­stali w Melen­ga­rze, two­rzyli szcząt­kowy dwór kró­lew­ski. Król Alric był w Aqu­eście, udzie­la­jąc pomocy w krót­kiej woj­nie domo­wej i ratu­jąc sio­strę Ari­stę przed stra­ce­niem. Wła­śnie do niego teraz ucie­kali.

– Nie mamy pomy­słu, ale głu­potą jest dłu­żej tu pozo­sta­wać – orzekł lord Valin.

– Tak, zga­dzam się – odparła Belinda.

Lord Valin odwró­cił się do mło­dego chłopca.

– Roz­głoś, żeby budzić wszyst­kich. Natych­miast zwi­jamy obóz.

– Emmy – powie­działa Alenda, odwra­ca­jąc się do słu­żą­cej. – Spa­kuj szybko nasze rze­czy.

– Oczy­wi­ście, milady. – Emily dygnęła i poszła do ich namiotu.

– Co to był za odgłos? – spy­tała Alenda Lenare, która jedy­nie wzru­szyła ramio­nami, z wyra­zem prze­stra­chu na twa­rzy.

Lenare Pic­ke­ring jak zawsze wyglą­dała uro­czo. Pomimo okro­pieństw, ucieczki i pry­mi­tyw­nych obo­zo­wych warun­ków pro­mie­niała. Nawet zanie­dbana w pospiesz­nie narzu­co­nym na ramiona płasz­czu, z wło­sami wyle­wa­ją­cymi się spod kap­tura, wciąż była osza­ła­mia­jąco piękna, tak jak śpiące nie­mowlę jest zawsze naj­ślicz­niej­sze. Odzie­dzi­czyła to po matce. W rodzie Pic­ke­ringów męż­czyźni znani byli z umie­jęt­no­ści szer­mier­czych, kobiety zaś zwra­cały uwagę swą urodą. Matka Lenare, Belinda, wręcz z niej sły­nęła.

Wszystko to nale­żało już do prze­szło­ści. Rze­czy, które zale­d­wie dzień wcze­śniej były pewne, teraz pozo­sta­wały utra­cone za prze­pa­ścią zbyt sze­roką, by móc dostrzec coś po dru­giej stro­nie, choć nie­kiedy wyda­wało się, że Lenare pró­buje. Alenda czę­sto widziała, jak córka Pic­ke­rin­gów wpa­truje się w hory­zont na pół­nocy, z wyra­zem twa­rzy oscy­lu­ją­cym mię­dzy despe­ra­cją a żalem, szu­ka­jąc duchów.

Lenare wciąż trzy­mała w rękach legen­darny miecz ojca. Gdy hra­bia go jej wrę­czał, popro­sił, żeby dostar­czyła go bez­piecz­nie bratu, Mau­vi­nowi. Następ­nie poca­ło­wał po kolei wszyst­kich człon­ków rodziny i wró­cił do sze­regu, w któ­rym ojciec i bra­cia Alendy cze­kali wraz z resztą armii. Od tam­tej pory Lenare nie roz­sta­wała się z rapie­rem. Owi­nęła go w ciemny weł­niany koc i obwią­zała wstążką. W trak­cie kosz­mar­nej ucieczki przy­ci­skała długi paku­nek do piersi, cza­sami uży­wa­jąc go do wycie­ra­nia łez.

– Jeśli się dziś sprę­żymy, może dotrzemy do Col­nory przed zacho­dem słońca – powie­dział im lord Valin. – Przy zało­że­niu, że pogoda się poprawi. – Stary rycerz spoj­rzał groź­nie na niebo, jakby tylko ono było ich wro­giem.

– Lor­dzie Julia­nie – powie­działa Belinda. – Insy­gnia… berło i pie­częć…

– Są bez­pieczne, pani – odparł bar­dzo stary szam­be­lan. – Scho­wane na wozie. Poza samą zie­mią kró­le­stwo pozo­staje w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. – Sta­rzec spoj­rzał w kie­runku, z któ­rego dobiegł dziwny dźwięk, w stronę brze­gów rzeki Gale­wyr i mostu, który prze­kro­czyli poprzed­niej nocy.

– Pomogą nam w Col­no­rze? – spy­tała Belinda. – Mamy nie­wiele jedze­nia.

– Jeśli dotarła do nich wia­do­mość o udziale króla Alrica w uwol­nie­niu impe­ra­torki, powinni być do nas życz­li­wie nasta­wieni – stwier­dził lord Valin. – A nawet jeśli nie dotarła, Col­nora jest kupiec­kim mia­stem, a kup­com służy zysk, nie rycer­skość.

– Mam tro­chę biżu­te­rii – poin­for­mo­wała go Belinda. – W razie potrzeby możesz ją sprze­dać za… – Hra­bina urwała, gdy dostrze­gła, że Julian wciąż patrzy na most.

Nie­ba­wem pozo­stali unie­śli głowy, a na koniec Alenda spoj­rzała w tamtą stronę i zoba­czyła zbli­ża­ją­cego się jeźdźca.

– Czy to… ? – zaczęła Lenare.

– To dziecko – orze­kła Belinda.

Alenda szybko zoba­czyła, że matka Lenare ma rację.

W ich kie­runku pędziła dziew­czynka, która trzy­mała się kur­czowo grzbietu spo­co­nego konia. Kap­tur zsu­nął jej się z głowy, odsła­nia­jąc dłu­gie czarne włosy i różowe policzki. Miała około sze­ściu lat i tak jak ona trzy­mała się mocno konia, tak do niej przy­warł szop pracz. Samotni na dro­dze, sta­no­wili dziwną parę, ale Alenda przy­po­mniała sobie, że już nic nie jest nor­malne. Widok jadą­cego na kur­czaku niedź­wie­dzia w czapce z pió­rem też mógłby teraz ucho­dzić za nor­malny.

Koń wje­chał do obozu i lord Valin chwy­cił za wędzi­dło, zatrzy­mu­jąc zwie­rzę wraz z jeźdź­cem.

– Nic ci nie jest, skar­bie? – spy­tała Belinda.

– Na sio­dle jest krew – zauwa­żył lord Valin.

– Jesteś ranna? – spy­tała hra­bina dziecko. – Gdzie są twoi rodzice?

Dziew­czynka zadrżała i zamru­gała, ale nie odpo­wie­działa. Wciąż ści­skała w piąst­kach wodze.

– Jest zimna jak lód – powie­działa Belinda, doty­ka­jąc policzka dziecka. – Pomóż­cie mi ją zsa­dzić.

– Jak masz na imię? – spy­tała Alenda.

Dziew­czynka na­dal mil­czała. Gdy ode­brano jej konia, przy­tu­liła szopa.

– Kolejny jeź­dziec – oznaj­mił lord Valin.

Alenda pod­nio­sła głowę i zoba­czyła męż­czy­znę prze­jeż­dża­ją­cego przez most i pędzą­cego w ich stronę.

Przy­bysz wpadł do obozu i zrzu­cił kap­tur, uka­zu­jąc dłu­gie czarne włosy, bladą skórę i prze­ni­kliwe oczy, wąsik i krótką bródkę przy­strzy­żoną w szpic. Zmie­rzył ich pio­ru­nu­ją­cym wzro­kiem, aż dostrzegł dziew­czynkę.

– Ona! – powie­dział, wska­zu­jąc pal­cem. – Natych­miast mi ją oddaj­cie.

Dziecko wykrzyk­nęło prze­stra­szone, krę­cąc głową.

– Nie! – krzyk­nęła Belinda i pchnęła dziew­czynkę w ręce Alendy.

– Pani – powie­dział lord Valin. – Jeśli dziecko jest jego…

– To dziecko nie należy do niego – oświad­czyła hra­bina nie­na­wist­nym tonem.

– Jestem war­tow­ni­kiem Nyph­rona! – krzyk­nął męż­czy­zna, żeby wszy­scy go usły­szeli. – Żądam tego dziecka w imię Kościoła. Macie w tej chwili mi ją oddać. Kto się sprze­ciwi, zgi­nie.

– Dosko­nale wiem, kim jesteś, Luisie Guy – powie­działa kipiąca gnie­wem Belinda. – Nie dopusz­czę, żebyś zamor­do­wał wię­cej dzieci.

War­tow­nik spoj­rzał na nią.

– Hra­bina Pic­ke­ring? – Zlu­stro­wał wzro­kiem obóz z więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. – Gdzie twój mąż? Gdzie twój syn-ucie­ki­nier?

– Nie jestem ucie­ki­nie­rem – ode­zwał się Denek, wystę­pu­jąc krok naprzód. Naj­młod­szy syn Belindy nie­dawno ukoń­czył trzy­na­ście lat i urósł oraz wyszczu­plał. Upo­dab­niał się do swo­ich star­szych braci.

– Cho­dzi mu o Mau­vina – wyja­śniła Belinda. – Ten czło­wiek zamor­do­wał Fanena.

– Pytam jesz­cze raz – naci­skał Guy. – Gdzie twój mąż?

– Nie żyje, a Mau­vin jest poza twoim zasię­giem.

War­tow­nik rozej­rzał się po tłu­mie, a potem spoj­rzał na lorda Valina.

– I zosta­wił ci lichą ochronę. Oddaj dziecko.

– Nie – sprze­ci­wiła się Belinda.

Guy zsiadł z konia i pod­szedł do lorda Valina.

– Oddaj dziecko albo odbiorę je siłą.

Stary rycerz spoj­rzał na Belindę. Na twa­rzy kobiety wciąż malo­wał się wyraz nie­na­wi­ści.

– Moja pani nie życzy sobie tego i będę bro­nił jej decy­zji. – Sta­rzec wyjął miecz. – Odejdź stąd.

Alenda pod­sko­czyła, sły­sząc zgrzyt stali, gdy Guy dobył mie­cza i zro­bił wypad. Po ułamku sekundy lord Valin trzy­mał się za krwa­wiący bok i drżała mu ręka, w któ­rej trzy­mał miecz. War­tow­nik, krę­cąc głową, odbił klingę starca na bok i prze­bił mu szyję.

Guy ruszył w stronę dziew­czynki, a w jego oczach pło­nął prze­ra­ża­jący gniew. Zanim jed­nak do niej dotarł, na dro­dze sta­nęła mu Belinda.

– Nie mam w zwy­czaju zabi­jać kobiet – powie­dział do niej war­tow­nik. – Ale przed tą zdo­by­czą nic mnie nie powstrzyma.

– Po co ci ona?

– Sama powie­dzia­łaś: żeby ją zabić. Zabiorę ją do patriar­chy, a potem będzie musiała zgi­nąć, z mojej ręki.

– Prze­nigdy.

– Nie możesz mnie powstrzy­mać. Rozej­rzyj się. Masz wokół sie­bie tylko kobiety i dzieci. Nikt nie może zawal­czyć za cie­bie. Oddaj mi dziecko!

– Mamo? – powie­działa cicho Lenare. – On ma rację. Nie ma nikogo innego. Pro­szę.

– Mamo, pozwól mi – pro­sił Denek.

– Nie. Jesteś za młody. Twoja sio­stra ma rację. Nie ma nikogo innego. – Hra­bina ski­nęła głową w stronę córki.

– Miło mi widzieć kogoś, kto… – Prze­rwał, gdy wystą­piła Lenare.

Zsu­nęła płaszcz z ramion i roz­wią­zała tobo­łek, odsła­nia­jąc miecz swo­jego ojca. Wyjęła rapier i wysu­nęła go przed sie­bie. Gdy mgli­ste zimowe świa­tło padło na klingę, odbił się od niej jaskrawy pro­mień.

Zdzi­wiony Guy patrzył przez chwilę na dziew­czynę.

– Co to ma być?

– Zabi­łeś mojego brata – powie­działa Lenare.

Guy spoj­rzał na Belindę.

– To jakiś żart.

– Tylko ten jeden raz, Lenare – powie­działa Belinda do córki.

– Pozwo­lisz, żeby twoja córka zgi­nęła za to dziecko? Jeśli będę musiał zabić wszyst­kie wasze dzieci, zro­bię to.

Alenda patrzyła z prze­ra­że­niem, jak wszy­scy się cofają, two­rząc krąg wokół war­tow­nika Guya i Lenare. Pory­wi­sty wiatr szarp­nął bre­zen­to­wymi ścia­nami namio­tów i odrzu­cił złote włosy Lenare do tyłu. Sto­jąca samot­nie na śniegu dziew­czyna, ubrana w białe podróżne rze­czy i trzy­ma­jąca w ręku rapier, przy­po­mi­nała mityczne stwo­rze­nie, kró­lową wró­żek lub bogi­nię – piękną i ele­gancką.

Luis Guy zmarsz­czył brwi i zro­bił wypad. Gdy Lenare z zaska­ku­jącą szyb­ko­ścią i gra­cją odpa­ro­wała atak, rapier jej ojca zadźwię­czał melo­dyj­nie.

– Już wła­da­łaś mie­czem – stwier­dził zasko­czony Guy.

– Pocho­dzę z rodu Pic­ke­rin­gów.

Zamach­nął się na nią. Zablo­ko­wała cios. Zamie­rzył się, ale odpa­ro­wała ude­rze­nie, a następ­nie roz­cięła Guy­owi poli­czek.

– Lenare – powie­działa jej matka suro­wym tonem. – Nie baw się w gry.

Guy przy­sta­nął, przy­kła­da­jąc dłoń do krwa­wią­cej twa­rzy.

– On zabił Fanena, mamo – powie­działa dziew­czyna ozię­błym tonem. – Powi­nien cier­pieć. Powi­nien zostać uka­rany dla przy­kładu.

– Nie – sprze­ci­wiła się Belinda. – My tak nie postę­pu­jemy. Twój ojciec by tego nie pochwa­lał. Wiesz o tym. Po pro­stu zakończ sprawę.

– Co to ma zna­czyć? – dopy­ty­wał się Guy, ale w jego gło­sie sły­chać było nutę waha­nia. – Jesteś kobietą.

– Powie­dzia­łam ci: pocho­dzę z rodu Pic­ke­rin­gów, a ty zabi­łeś mojego brata.

Guy zaczął uno­sić miecz.

Lenare zro­biła krok do przodu i wyko­nała pchnię­cie. Cienki rapier prze­bił serce war­tow­nika i został wyjęty z jego ciała, zanim rycerz dokoń­czył swój cios.

Luis Guy padł mar­twy, twa­rzą na prze­siąk­nięty krwią śnieg.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij