Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Praski Golem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 stycznia 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Praski Golem - ebook

Co zrobisz, gdy poznasz prawdę straszniejszą od najmroczniejszego koszmaru? Witold sądził, że nic w życiu nie zdoła go już zaskoczyć. Jako emerytowany pięściarz oraz były członek grupy przestępczej, próbuje odkupić swoje winy. Udziela się społecznie, pomaga w akcjach dobroczynnych, skrycie liczy na odnowienie kontaktów z rodziną. Najbliższymi, którzy nie wybaczyli mu dawnych grzechów. Los bywa przewrotny. Czas, aby wyszły dawno skrywane sekrety i zbrodnie. Pora na karę i zapłatę.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 380 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Najbardziej szalone pomysły rodzą się w mojej głowie po okresie smutku. W trakcie chwili refleksji, podczas której otwieram się na świat. Początkowo to nie miała być książka. Chciałem tylko opisać co czuję, a emocji było wiele. W moim wieku zbliżała się cyfra trzy z przodu, co nieubłaganie zaczęło skłaniać mnie do rozważań. W kółko obliczałem bilans moich życiowych dokonań, analizując co mi nie wyszło, a z czego jestem dumny. Pierwsza kategoria zawierała zdecydowanie więcej punktów niż druga, co przyćmiewało moją radość z nielicznych sukcesów. Zacząłem zastanawiać się, dlaczego pomimo tego, że miałem sporo szczęścia, nie doceniam tego tak, jak powinienem.

To chyba wynika z natury człowieka. Chcemy od życia jak najwięcej, porównujemy się do innych i gonimy za potrzebami, których nawet nie jesteśmy autorem. Głód zdobywania nigdy się nie skończy, dopóki się nie sparzymy. Zacząłem odkrywać na czym mi naprawdę zależy i czego najbardziej się obawiam. Wielkie pająki i zmyślone potwory są straszne, ale czy naprawdę przerażająca nie jest szara rzeczywistość? Codzienność, w której zrezygnowaliśmy z naszych marzeń, pasji, w której jesteśmy tylko cieniem tego, co w nas płonęło za młodu? To, że jesteśmy spokojniejsi, bardziej rozważni, przydaje się, ale w obliczu nadchodzących nowych wyzwań, potrzeba nam również żaru.

Witold żaru miał aż nadto a za mało rozwagi i roztropności. Nie docenił w porę tego, co stanowiło największą wartość, a teraz jest już za późno. Nigdy więcej nie doświadczy ciepłego spojrzenia zielonych oczu, które sprawiały, że jego istnieje miało sens. Czas na refleksje minął. Poprawienie podejścia nie naprawi tego, co już się wydarzyło. Los bywa okrutny, bo tacy są ludzie. Przy zdobywaniu własnych celów przestajemy zwracać uwagę na innych. A kiedy padają pierwsze ofiary, zza horyzontu światła mrok zaczyna wszystko zalewać.

Dla Patrycji

Dobrze pamiętam wieczorny seans filmowy z moją świeżo poślubioną żoną. Siedzieliśmy na kanapie w naszym mieszkaniu, a gdy ona próbowała oglądać, ja zawzięcie komentowałem fabułę. Usłyszałem wtedy, że skoro mam tyle do powiedzenia, to powinienem sam stworzyć historię. Posłuchałem rady i nie żałuję.

Dziękuję Skarbie, że jesteś. Z Tobą wszystko jest możliwe. Życzę każdemu, aby znalazł kogoś takiego jak Ty, kogoś, przy kim nie boję się marzyć.I

Ta sala treningowa nie należała do najschludniejszych miejsc. Zapach stęchlizny pomieszanej ze smrodem potu nieprzyjemnie wdzierał się do nozdrzy. Budynek mieścił się blisko Ronda Wiatracznej. Dekady temu służył w celach przemysłowych, a za parę lat powstanie tu pewnie luksusowe osiedle apartamentów, gdzie metr kwadratowy będzie wart tyle, co kilkumiesięczna pensja zwykłego zjadacza chleba. Okolica w ostatnich latach zmieniła się drastycznie.

Klub bokserski, który wynajmował ten pustostan od miesięcy, walczył z ogłoszeniem upadłości. Prowadzili go moi dawni znajomi, dla których liczył się tylko sport i emocje. Zarówno oni, jak i ja, byliśmy już na to za starzy. Na odnajdywanie się w nowoczesnym świecie biznesu i na sparingi. Mimo wszystko, to właśnie w tego typu miejscach lub na ringach bokserskich przeżyliśmy jedne z najpiękniejszych chwil w życiu. Ucieszyłem się więc, gdy rok temu odezwali się do mnie. Zadzwonili pod pretekstem pokazania tego miejsca i powspominania starych, dobrych czasów. Liczyli jednak na więcej. Od tamtego czasu podsyłali mi co jakiś czas młodych amatorów, którzy myśleli, że szybko staną się mistrzami świata. Moi znajomi chcieli mi w ten sposób pokazać, że pasja nie musi się kończyć z wiekiem. Ja jednak początkowo odsyłałem tych wszystkich niedoszłych bokserów w diabły.

Minęły dekady, odkąd sam walczyłem na ringu. Mało kto pamiętał o praskim Golemie.

- Co ty wyprawiasz?! Nie waż mi się opuszczać gardy! Po każdym uderzeniu ręka wraca i zasłania twoją pustą głowę! – krzyknąłem do chłopaka, który sparingował z o głowę wyższym od siebie osiłkiem.

Chłopak odwrócił głowę, pewnie, żeby mi przytaknąć i od razu oberwał od dryblasa. Cofnął się zmieszany i od razu zalał rywala serią prostych, dynamicznych kombinacji uderzeń. Pokręciłem z dezaprobatą głową.

Łukasz Osiński, pierwszy i jedyny, który posłany w diabły wracał do mnie tyle razy, aż z irytacji zgodziłem się go trenować. Chłopak przeciętnego wzrostu, dobrze zbudowany, ale bez przesadnej muskulatury. Miał 22 lata, dzieciak z blokowiska i patologicznej rodziny, ale sam w sobie upierdliwie sympatyczny. Już na pierwszym treningu pomyślałem o dwóch rzeczach.

Po pierwsze, minie wieczność zanim oduczę go wszystkich złych nawyków. Łukasz był samouczkiem. Dobrze, że miał zapał, ale trenowanie z filmikami internetowych specjalistów tworzy niechciane naleciałości.

Po drugie, miał w sobie prawdziwą determinację, a jego prawy prosty był imponujący. Do tej pory jednak nie miałem okazji mu tego powiedzieć. Dużo pracy przed nim, nie ma co go chwalić, bo jeszcze zwariuje jego ego.

Skończyli sparing. Łukasz podszedł do mnie zmęczony, ale z wyszczerzonymi zębami.

- I co trenerze? Widzisz jak ten dryblas jest poobijany – puszył się.

- Widzę, że dalej masz problem z utrzymywaniem dystansu i ogólnie z całą pracą nóg. A przede wszystkim… - zacząłem wymieniać.

- Tak wiem. Z opuszczaniem gardy. Pracuję nad tym – wysapał.

- Dzisiaj popracujesz za karę nad kondycją. 10 kilometrów. A w sumie po co się ograniczać do dzisiaj. Pobiegasz sobie codziennie. Dopóki cię nie pochwalę za trzymanie łap w górze – skomentowałem ukrywając moje rozbawienie na widok jego miny.

- Przecież trener mnie nigdy nie chwali – wyjaśnił mi, jakbym nie wiedział.

- Racja, zawsze trzeba mieć plan B. Może w takim razie zostaniesz maratończykiem – zażartowałem.

Spojrzał na mnie z urażoną miną. Ewidentnie chciał to skomentować, ale ostatecznie ugryzł się w język.

- Chce trener zrobić ze mną 10 kilometrów na rowerze? – zapytał.

- Zgłupiałeś?! Jest ślisko i za zimno na rower. Poza tym moja psina czeka sama w mieszkaniu. Obiecałem jej spacer wieczorem. Powodzenia – pożegnałem się.

Styczeń tego roku nie należał do najłagodniejszych. Mroźne powietrze przenikało przez zakamarki ubrań wywołując gęsią skórkę pod warstwą ubrań. Pomimo późnej pory i bezgwiezdnej nocy, w Parku Skaryszewskim doskonale widać tętniące życie. Zapewniały to liczne lampy zarówno w parku, jak i te dające blask z ulicy. Alejkami przechadzali się stali bywalcy, najczęściej moi ciekawscy sąsiedzi. Ciemne zarośla na skraju oświetlonego pola dodawały miejscu aury tajemniczości. Znałem ten park na tyle dobrze, aby wiedzieć, że w tym cieniu, o tej godzinie harcują nietoperze. Mało kto wiedział, że teren ten był kiedyś pastwiskiem. Ziemie te przekształcono dla mieszkańców jeszcze przed I wojną światową. Wiele z tych dębów i grabów doświadczyło strasznych, ale też pięknych zdarzeń na przestrzeni historii. Tak jak ja. W pewien nie do końca pojęty dla mnie sposób jestem częścią tego miejsca.

Towarzyszył mi mój pies Garda. Psisko miało już swoje lata. Od dawna Garda stanowiła całą moją rodzinę. Mówi się, że pies stanowi odbicie swojego pana. Nie jestem zwolennikiem tej teorii. Czasem nie byłem pewien kto kogo wyprowadza na smyczy. Garda z pewnością ma swój unikalny charakter i gusta. Nie znam drugiego psa, który dostawszy pod nos mięso wybrałby na przekąskę marchewkę. Garda po prostu wiedziała czego chce od życia. Problem pojawiał się, gdy to czego chciała znajdowało się w cudzej torebce z zakupami. Jako owczarek niemiecki dosyć pokaźnych rozmiarów robiła wrażenie. Przypomniałem sobie wczorajszą scenę na Rondzie Waszyngtona. Młoda kobieta wracała ze sklepu niosąc zakupy. Wystraszyła się tak mocno pędzącego w jej stronę psa, że wszystkie produkty wysypały się na chodnik. Kwadrans pomagałem jej to zbierać, przepraszając. Jakież było moje rozbawienie i zażenowanie, gdy kobieta odkryła brak marchewek kupionych na rosół. Ktoś mógłby nazwać mojego psa terrorystą, jednak większość stałych bywalców parku dobrze nas znała. Wiedzieli, że ten pies nie skrzywdziłby muchy. Do znajomych Garda zachowywała się potulnie jak baranek.

- Dobry wieczór, Panie Witoldzie – zawołała postać wyłaniająca się z ciemnej bocznej uliczki.

- Witam Panie Marku – odpowiedziałem.

Znałem go z dzielnicowego Stowarzyszenia Historyków. Ot taki klub dla seniorów, który czasem przygotowywał plakaty upamiętniające ważne chwile i dbał o powstańców i udokumentowanie ich historii.

Pan Marek należał do tych irytujących członków, którzy poczuwali się do robienia znacznie więcej.

- Widział Pan te okropne, plastikowe okna w kamienicy za rogiem? To bezczelne niszczenie zabytków – Widziałem po jego twarzy, że przygotowuje się do dłuższego wywodu.

Szybkie trzy szarpnięcia za smycz i Garda zaczęła żałośnie skomleć.

- Proszę wybaczyć, porozmawiamy o tym na jutrzejszym zebraniu. Pies chyba zjadł coś zepsutego, muszę szybko z nim iść do domu, bo zaraz zacznie wymiotować – kończąc to mówić, już się odwracałem, oddalając się od tego starego atencjusza.

Mieliśmy to już wyćwiczone.

Szybko skręciłem w terenową dróżkę osłoniętą zaroślami, która wyprowadziła mnie akurat na polanę przed stawem. Tu nie było oświetlenia, więc liczyłem na spokój od sąsiadów szukających tylko pretekstu do rozmowy. Nie rozumiałem czemu tak chętnie mi się zwierzają. Sam nie byłem przesadnie gadatliwy, prawdę mówiąc, kiedy nie miałem nic konkretnego do powiedzenia, wolałem się nie odzywać.

Pora wracać. Dochodziła godzina 19, chciałem już wrócić na wieczorny dziennik. A trzeba jeszcze przygotować kolację. Zacząłem kierować się w stronę wyjścia z parku. Po mojej prawej pojawił się plac zabaw. Dawniej często tu przychodziłem z moim synem Danielem. Lubił to miejsce, nasz park. W słoneczne weekendy przychodziliśmy tu wszyscy, nawet Jolka, moja była żona. Siadaliśmy na polanie, na rozłożonym kocu i wyjmowaliśmy spakowany wcześniej do koszyka obiad. Kiedyś to było dla mnie zwyczajne, przeciętne chwile. Teraz te wspomnienia ceniłem bardziej niż cokolwiek. Chociaż zawsze po chwili ciepła, jakie te wspomnienie przynosiło, nadchodził też smutek. Od lat nie miałem kontaktu z synem. Nie wiedziałem co z nim się dzieje. Zawsze przechodząc tymi alejkami myślałem o nim. Czasem zastanawiałem się, co może teraz robić. Było z niego niezłe ziółko, ale zawsze był inteligentny i oczytany. Może gdzieś za granicą został jednym z tych krawaciarzy. Ma swój zespół asystentów, zebrania w salkach konferencyjnych i może jest szczęśliwy. Może kiedyś przypomni sobie te wesołe chwile ze mną, wybaczy to co zrobiłem i zadzwoni do mnie.

- Panie Witoldzie, czy Szymek może pogłaskać?

Odwróciłem się wybity z zamyślenia. Zobaczyłem matkę siedzącą na ławce przy placu zabaw i chłopca, który pędzi w naszą stronę.

- Dobry wieczór, oczywiście, przecież się znają – uśmiechnąłem się do niej.

- Muszę Panu podziękować za to jak prowadzi Pan zajęcia – kobieta szczerze się do mnie uśmiechnęła.

- Szymon ma talent, na Pani miejscu zapisałbym go do grupy juniorów.

- Na początku byłam przeciwna Pana zajęciom. Nadpobudliwe dziecko, chodzące na sztuki walki, bałam się, że po tym będzie jeszcze gorzej. Ale on się uspokoił, te zajęcia pomagają mu się wyciszyć – powiedziała lekko zawstydzona.

- Boks to nie tylko sparingi, to także trening nad swoim ciałem i umysłem, proszę na spokojnie pomyśleć o zapisach do juniorów – kiwnąłem głową na pożegnanie.

W ostatnich latach dużo się udzielałem w miejskich projektach, więc często byłem zagadywany podczas spacerów. Stowarzyszenie historyków, trenowanie dzieci w pobliskiej podstawówce w boksie, liczne wolontariaty… Cóż na emeryturze najniebezpieczniejsza jest nuda i samotność. To zabija ludzi częściej niż brak podniesionej gardy na ringu bokserskim. Coś o tym wiem jako były półzawodowy bokser wagi ciężkiej.

Oprócz Gardy warszawska Praga była moją przyszywaną rodziną. To miłe uczycie, być potrzebnym. Twarze tych dzieci na sali treningowej, kiedy mówisz im, że mogą osiągnąć wszystko, jeśli się skupią. Ich dziecięcy zapał i krzyki podczas sparingów z jedną zawiązaną ręką. Dobrze, że są jeszcze takie dzieciaki, co wybierają sport zamiast tych gier na komórkach lub konsolach.

Takie to życie emeryta, spacerki z pieskiem i życiowe przemyślenia.

Zmierzaliśmy właśnie główną, brukowaną alejką w stronę wyjścia. Była prawie pusta. Niedaleko, na ławce siedziała para nastolatków wtulona w siebie. Z tyłu za sobą słyszałem trucht, tupnięcia butów o kamienną ścieżkę. O tej porze dnia wielu zaczyna biegać korzystając z pustych chodników.

Obok mnie przebiegła młoda kobieta w żółtej, sportowej kurtce. O nie…

Mój pies poderwał się gwałtownie. To kolejna z jego specyficzności. Szczekał na każdego kto miał dużo koloru żółtego w ubiorze. Tym razem tylko biegł za dziewczyną, ciągnąc mnie za sobą. Zacząłem gwałtownie łapać powietrze.

- Co się dzieje?! – pomyślałem. Jako były sportowiec i emeryt dopiero od 3 lat, uważałem, że mam lepszą kondycję niż niejeden młodzieniec, który tylko siedzi przed komputerem. Do problemów ze złapaniem oddechu doszedł jeszcze ból w klatce piersiowej. Coś z tyłu głowy podpowiadało mi, że nie dzieje się dobrze, a będzie tylko gorzej.

Jęknąłem. Garda zatrzymała się i popatrzyła na mnie. Stałem spocony na środku chodnika. Kobieta, którą zaczął gonić pies musiała mieć założone słuchawki, bo niczego nie zauważyła, jej postać systematycznie się kurczyła w oddali. Nagle wszystko zaczęło się kręcić. Przewróciłem się. Pies podbiegł do mnie, zaczął szczekać i lizać mnie po twarzy. Chciałem się podnieść, ale nie miałem sił. Każde szczeknięcie było coraz cichsze, coraz odleglejsze. Straciłem przytomność.II

Czy wiesz, co byś zrobił ostatniego dnia swojego życia? Zastanawiasz się jak przeżyć ten dzień? Może spotkanie z najbliższą rodziną i przyjaciółmi, czułe wyznania, a może zrobienie czegoś, na co zawsze miało się ochotę. Coś z adrenaliną, jak skok ze spadochronem albo spełnienie fantazji, na którą nigdy przedtem nie było czasu. Wynajęcie najdroższego pokoju w pięciogwiazdkowym hotelu w górach i zamówienie wszystkich pyszności z menu.

Mi było szkoda czasu na zastanawianie się nad tym, czego już i tak nie zdążę zrobić. Nie byłem romantykiem i nigdy nie miałem jakichś wybujałych fantazji. Chciałem chyba od zawsze tego, co większość twardo stąpających po ziemi ludzi. Stabilności, spokoju, trochę spełnienia.

Stoję na środku salonu rodziców Jolki. Całe pomieszczenie jest manifestacją kobiecości, a dokładniej kobiety pozostawionej, przez męża. Różowe zasłony, różowy kocyk na beżowej kanapie, same odcienie różu, a tam jeszcze paskudny fioletowy wazon, pusty, bez kwiatów. Widzę Jolkę, siedzi na kanapie, twarz ma zasłoniętą dłońmi, ociera oczy.

Pamiętam tę chwilę. Dowiedziałem się właśnie, że zostanę ojcem. Byliśmy wtedy tacy młodzi, jeszcze przed maturą.

- Jesteś pewna? To znaczy, czy masz pewność, że jesteś w ciąży? – zapytał sztywno mój młodszy ja.

Odsłoniła twarz i podniosła na mnie wzrok. Mimo zaczerwienionych oczu i przyklejonych do twarzy blond kosmyków, wyglądała jak zawsze pociągająco. Jej wzrok, jak zwykle pewny, wręcz władczy, jakby chciał powiedzieć – to ja wiem lepiej.

- Co ty myślisz? Że nie umiem zrobić testu ciążowego! Zrobiłam 3 i wynik jest ten sam.

Dobrze pamiętam co wtedy czułem. Wszystko od tamtej chwili zaczęło się zmieniać i nigdy już nie będzie takie jak dawniej. Wyczuwałem, że to koniec mojego dotychczasowego życia. Czułem, że coś straciłem - resztę mojej młodości, a zyskałem rodzicielstwo, na które nie byłem gotów. Mimo to powiedziałem jej pewnym głosem:

- Nie martw się, zaopiekuję się tobą. Wszystko będzie dobrze. Wiem, że masz swoje marzenia, a ja obiecuję, że wszystkie je spełnię.

- Obiecujesz? – spytała mnie tym słodkim głosikiem, którego używała, kiedy chciała coś uzyskać.

- Słowo – odpowiedziałem jej.

Gdybym wtedy wiedział, ile ta obietnica będzie mnie kosztować. Jak często będzie mi to wypominane. Pewnie użyłbym innych słów. Bardziej przemyślanych, jak to robią zawodowi obrońcy na sali sądowej.

Moje powieki otwierają się bez mojej władzy. Zalewa je fala światła. Nie wiem co się dzieje, próbuję zebrać myśli. Chyba leżę, nie wiem na czym i gdzie. Nade mną są jakieś zamazane kształty, chyba gałęzie.

- Witold Gliński, 63 lata, zasłabł podczas wyjścia do Parku, wszystko wskazuje na zawał – usłyszałem mechaniczny głos w jakimś urządzeniu.

- Proszę Pana, proszę na mnie spojrzeć! – to chyba mówi do mnie ratownik medyczny.

- Proszę na mnie spojrzeć, może Pan mówić? Czy coś Pana boli? – pytał mnie, a jednocześnie coś robił, chyba sprawdzał mi ciśnienie.

- Moja klatka piersiowa… Moja klatka piersiowa, jakby się paliła – wróciła mi świadomość, zacząłem sapać z bólu. Moje ciało drgało. Ból był niewyobrażalny. Wszystko wokół też drgało. Oddalałem się od tego miejsca.

Nagle ból ustał. Zmierzałem gdzieś. Wszystko było rozmazane. Było ciemno, a jednocześnie jaskrawo, te kolorowe światła. Zdałem sobie sprawę, że jest głośno. Muzyka grała rytmicznie jak na jakimś koncercie. To chyba jakiś remix starego kawałka z lat 80. Lubiłem ten kawałek, ale w tym techno wydaniu nie była to już ta sama piosenka. Basy rytmicznie dudniły. Wokół mnie młodzi ludzie podrygiwali w rytm basów. Nie zwracali na mnie uwagi. Byłem spokojny i czujny, skoncentrowany wszystkimi zmysłami. Rozejrzałem się po sali klubu, w którym kiedyś pracowałem. Z drugiego końca sali szedł w moją stronę wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o ciemnej karnacji.

Stanął przede mną i spojrzał na mnie spokojnym wzrokiem.

- Witek, już czas, przyszła dostawa, chodź na zaplecze – krzyknął mi do ucha.

Obaj skierowaliśmy się w stronę korytarza, przepychając bawiących się młodych, którzy tarasowali drogę. Weszliśmy przez drzwi, zamknęliśmy je za sobą. Znajdowaliśmy się w zatłoczonym magazynie. Po drugiej stronie była otwarta brama. Było tam kilku rosłych facetów, podeszliśmy do nich. W moją stronę odwrócił się najniższy z nich, starszy. Wyglądał na oko na 50 lat, był ubrany lepiej od pozostałych. Imprezowy garnitur, błyszcząca koszula, która w słabym świetle magazynu wyglądała jak falująca tafla wody jeziora, które w ciemności skrywa coś pod powierzchnią. Wyciągnął do mnie pomarszczoną dłoń, obładowaną złotymi sygnetami. Uścisnąłem ją mocno, pewnym ruchem.

- Witek, widzę, że jak zawsze jesteś w formie. Dobrze wygląda na tobie garnitur, który ci poleciłem – wykrzywił usta w obślizgłym grymasie.

Nigdy go nie lubiłem. Enzo był typowym gangsterem, po którym nigdy nie wiesz czego się spodziewać. Poczułem to typowe napięcie, które zawsze towarzyszyło mi w jego obecności.

- Miło cię widzieć Enzo – odpowiedziałem najcieplej jak umiałem, siląc się na uśmiech.

Rozejrzałem się. Oprócz Romana, który mnie przyprowadził było jeszcze dwóch, ubranych na ciemno mężczyzn. Ochroniarze Enza, widziałem ich nieraz w jego towarzystwie. W kącie stał zgarbiony młody chłopak. Na oko był pewnie tylko 5 lat młodszy ode mnie teraz. Rozglądał się nerwowo na wszystkie strony, kiedy jego wzrok na chwilę zatrzymał się na mnie, dostrzegłem w jego oczach przerażenie.

- Opowiadałem właśnie chłopakom o tobie. Patrzcie, na mojego przyjaciela. Tak, to on, praski Golem. Niedoszły mistrz wagi ciężkiej. Człowiek, który uwielbia się napierdalać – mówiąc to cały czas się uśmiechał.

Atmosfera była gęsta, czułem, że coś jest nie tak.

- Uwielbiałem oglądać twoje walki, ludzie dookoła mnie wrzeszczeli, kiedy nie wchodziły im kupony, kiedy padałeś na deski. Ja widziałem człowieka z pasją, który wstaje i idzie po swoje, który musi zadać kolejny cios nieszczęśnikowi, który stanął mu na drodze – mówiąc to wskazał na chłopaka w kącie.

- Ten szczeniak mnie okrada. Myśli, że jestem głupi i może robić co chce.

- Panie Posner, przysięgam, nic nie ukradłem, nie ośmieliłbym się Pana okraść – chłopak ledwo to wydukał.

Goryle Enza stanęli po jego bokach, aby go przytrzymać, ale Enzo machnął tylko na nich ręką.

- Nie Panowie. Chcę, żeby tym zajął się wyłącznie Witek. Pokaż temu gówniarzowi, jak wygląda prawdziwe życie.

Wiedziałem, że teraz moja kolej. Jeśli nie zrobię tego, co chce Enzo, to zaraz znajdę się na miejscu młodego. Dobrze zarabiałem, miałem swoje wydatki, rodzinę do utrzymania, a dobra pensja wymaga zaangażowania. Zrobię to szybko, dobrze, że padło na mnie. Tamtych dwóch miałoby z tego frajdę. Mogliby nie przestać.

Podszedłem do młodego. On wyciągnął do mnie błagalnie ręce.

- Błagam, ja nic nie zrobi… - nie zdążył dokończyć.

Wyprowadziłem szybko lewy prosty, który go wyprostował i zamroczył. Od razu poprawiłem prawym sierpem, który złamał mu nos. Chłopak chwiał się na nogach osłaniając zakrwawiony nos, odsłaniając brzuch. W ogóle się nie bronił. Przygwoździłem go do ściany i wyprowadziłem mocną serię w brzuch, po której się skulił. Wtedy szybko użyłem kolana na jego szczękę. Po magazynie przetoczył się echem trzask. Chłopak leżał, bezwładnie przede mną. Cóż, po kilku miesiącach dojdzie do siebie i będzie miał nauczkę. Może znajdzie uczciwą pracę w jakimś biurze. W sumie zrobiłem mu przysługę. Rozejrzałem się po reszcie. Czarek i Marek, bo tak chyba mieli na imię goryle Enza, uśmiechali się. Widać było, że ten pokaz im się spodobał. Szef za to stał z niewzruszoną miną.

- Jak zwykle dobra technika. Dalej – jego oczy były puste i niewzruszone, jak u rekina z dokumentu National Geographic.

- Szefie, to tylko gówniaż, dostał już nauczkę – spokojnym głosem próbowałem uciąć sytuację, która zaczynała wymykać mi się spod kontroli.

- Gówniarz, który chciał mnie okraść, musi być przykładem dla innych, że nie ma miejsca na takie głupoty. Pokaż mi, że zainwestowanie w ciebie było dobrą decyzją – wskazał mi bezwładne ciało.

Przeszedł mnie zimny dreszcz. Zacząłem się pocić. Sam czułem się nieprzytomny, jakbym nie miał kontroli nad ciałem. Jakby włączył się autopilot, a ja zostałem zdegradowany wyłącznie do roli obserwatora. Podszedłem znowu do nieprzytomnego chłopaka. Wziąłem jego bezwładną rękę i założyłem dźwignię na łokieć. Trzask. Tym razem głośniejszy, odbijający się kilkukrotnym echem po całym magazynie. Zacząłem go kopać. Uda, kolano, kolejny trzask. Wszystko zaczęło wirować. Obraz rozmywał się.

Otworzyłem oczy. Już nie byłem w parku. Wieźli mnie gdzieś, wszędzie było oślepiające mnie jaskrawe światło. Naokoło białe ściany. Chciałem zapytać, gdzie jestem, ale nie mogłem. Coś mnie uwierało w gardło. Rurka? Chyba założono mi maseczkę z tlenem.

Dookoła mnie kręcili się jacyś ludzie. Nie rozumiałem co mówią. Wszystko jest takie chaotyczne. Jeden z lekarzy znajdował się w moim polu widzenia. Widziałem jego twarz z ładnie zadbaną brodą. Mimo zarostu i tak wydawał się młody. Niewiele starszy od tamtego chłopaka z magazynu. Boże, kim ja kiedyś byłem. Czy ta cała zgraja ludzi wokół mnie wie z kim ma do czynienia? Te wspomnienia mojej przeszłości były gorsze niż najmocniejsze ciosy, jakie przyjąłem w mojej bokserskiej karierze. 22 walki, 13 przegranych. Nieraz byłem zbity na kwaśne jabłko, ale zawsze chodziłem potem z podniesioną głową. Teraz chciałbym się zapaść pod ziemię.

- Jak wyglądają jego parametry? – to pytanie zadał ktoś nowy, kto dopiero przyszedł. Jakiś starszy lekarz.

- Jest ciężko, serce nie wyrabia, próbujemy go ustabilizować – powiedział ten z zarostem.

Ustabilizować? Po co? Czy warto mnie ratować? Człowiek jest tylko sumą tego, co udało mu się zdziałać. Sumą dobrych i złych uczynków. Czy ja mogłem nazwać siebie tym dobrym? Z pewnością zrobiłem w życiu wiele złego. Mając 63 lata byłem kimś innym niż ten głupiec w magazynie, który doprowadził do tego, aby połamać młodego chłopaka na zlecenie. Od lat starałem się, żyć inaczej. Płaciłem podatki, udzielałem się w akcjach charytatywnych, pomagałem potrzebującym. Czy to coś zmienia? Co mnie czeka? Jaka jest suma moich uczynków? Pomyślałem o tym przez chwilę. Nie ma co się łudzić. Jeśli piekło istniało, to z pewnością mam już tam zarezerwowany leżak do wiecznego smażenia się.

- Wieziemy Pana na salę operacyjną, jeśli mnie słyszysz, to walcz, potrzebujemy twojej pomocy, walcz – mówi ten z zarostem.

Hmm… Kiedyś uwielbiałem walczyć. Nie chodziło o naparzanie się pięściami czy wygraną. Wygrana była przyjemna, ale prawdziwym sensem było to, jak czułem się podczas samej walki. Byłem w tym dobry, chłopak z praskiej kamienicy, który odkrył swój talent. Będąc na ringu czułem, że w końcu mam kontrolę, nieważne z kim walczyłem. To ode mnie wszystko zależało. Dla chłopaka, któremu nie dawano szans na dobrą przyszłość to dużo. Teraz nie czułem tego. Nie czułem nad tym wszystkim kontroli. Jeśli moje życie miałoby być walką na ringu, to nie taką w jakiej chciałbym brać udział. Wszystko zaczynało się znowu rozmywać.

Jestem w moim mieszkaniu. Umeblowane jest inaczej niż teraz. Zarówno mieszkanie, jak i meble kupiłem z pieniędzy zarobionych u Enza. To było nasze mieszkanie, moje, Jolki i Daniela. Chwiałem się, wszystko było dalej zamazane, ale takie właśnie było to wspomnienie. Byłem pijany. Wiedziałem już co to za wspomnienie. Nie chciałem tego. Chciałem spokoju, chociażby wiecznego. Nie chcę przez to ponownie przechodzić!

- Ty parszywy pijaku! Znowu wracasz kompletnie schlany, mam dość takiego zera jakim się stałeś! – Jolka krzyczy na mnie i patrzy z nienawiścią.

- Takiego zera masz dość, ale moje pieniądze ochoczo przyjmowałaś. Zamknij się ty niewdzięczna suko – odpowiadam jej z pogardą. Chcę ją wyminąć, dojść do sypialni i walnąć się na łóżko.

Ona jednak zagradza mi drogę.

- Patrz na mnie jak do ciebie mówię! Jesteś zerem. Obiecałeś mi wszystko. I co? Kolanko ci pękło i nie możesz walczyć. Bez ringu jesteś tylko głupim, nic nieznaczącym pijaczyną. Żygać mi się chce, jak na ciebie patrzę – krzycząc to chce mnie spoliczkować.

Unosi rękę, ale jestem szybszy. Chwytam ją za nadgarstek, z całej siły pcham na ścianę. Jolka z impetem wpada tyłem na ścianę. Uderza plecami i głową. Obok niej spada obraz. Upada, ale zaraz się podnosi. Z boku głowy cieknie jej krew. Patrzę na nią, a ona na mnie. Dalej ma pogardę w oczach. Pogardę wobec mnie. Dałem jej wszystko. Wszystko oddałem dla rodziny. Harowałem jak wół, ale dla niej to było za mało. Pracowałem dla tego pojeba, żeby zapewnić jej dostatnie życie, jakiego zawsze chciała. Pół roku wcześniej pilnując porządku w klubie, kilku młodych klubowiczów napadło mnie. Ot tak. Pewnie chcieli stać się miejscową legendą, nokautując słynnego w dzielnicy niedoszłego boksera. Pech chciał, że rozwalili mi kolano. Koniec z boksem. Koniec z treningami. Od tej pory jej wymagania rosły. Na początku opowiadała tylko o naszych bogatszych znajomych z podziwem, a ja zastanawiałem się, za ile złotych by im się oddała. Może nie tak tanio, może za ładny samochód. Ciągle jej było mało. Czy zastanawiała się, skąd biorą pieniądze na takie luksusowe życie?

Pochyliłem się nad nią.

- Popatrz na siebie. I kto tu jest żałosny? – wysyczałem. Podniosłem rękę, żeby ją spoliczkować.

- Tato, proszę, nie bij mamy – wykrzyczał zapłakany Daniel.

Stał boso, w piżamie, w drzwiach od swojej sypialni. Po jego policzkach ciekły łzy. Patrzył na mnie tymi wielkimi, zielonymi oczami. Pierwszy raz w tych oczach dostrzegłem coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem u ośmioletniego syna. Coś, czego wtedy mój zaćmiony umysł nie był w stanie rozszyfrować. Teraz widziałem to wyraźnie. Mój syn bał się mnie, ale była też w tym wzroku determinacja. Zawziętość małego dziecka, które nie kalkuluje. Które nie wie co się dzieje, ale w tamtym momencie było gotowe ruszyć do przodu i bronić swojej matki.

Młodszy, zmieszany ja tylko krzyknął.

- Wracaj do swojego pokoju spać, bo inaczej zleję cię pasem tak, że popamiętasz.

Wstałem i chwiejnym krokiem poszedłem w stronę łóżka.

Wszystko znowu się rozmywało.

Leżałem na deskach. Nie od ciosów. Nie mogłem wytrzymać już tych wspomnień. Nie mogłem wytrzymać tego co ukrywałem w głowie latami, a teraz mnie bombardowało. Nie mogłem znieść tego, kim byłem.

Zapanowała ciemność. Nie mogłem otworzyć oczu. Słyszałem tylko, niby z bliska, a niby z daleka, podniesione głosy męskie, damskie i pikanie. Chaotyczne pikanie aparatury.

- Siostro, proszę podać ssak.

- Ciśnienie bardzo niskie, tracimy go.

Pik, pik.

- Szybko odessij tutaj, a ja zajmę się wyrównaniem ciśnienia.

Ciemność się rozmyła, stałem przy nich. Stałem w moich klubowych spodenkach, w których wychodziłem do walk. Krzątali się przy mnie próbując mnie uratować. Nie znałem się na operacjach, miałem tylko podstawowe umiejętności z zakresu pierwszej pomocy. Trochę większe umiejętności z zakresu radzenia sobie z ranami. Tu jednak nie trzeba było doktoratu, żeby dostrzec, że jest źle. Personel medyczny miał coraz szybsze ruchy. Chcieli mnie uratować. Jeden pacjent więcej do szpitalnych statystyk.

Pikanie przerodziło się w równomierny pisk. Moje serce stanęło. Zapanowała ciemność. Co teraz mnie czeka?

Słyszę nurt wody. Jest ciemno. Rozglądam się. To chyba rzeka, a wokół niej plaża, dalej zarośla i gęstwiny drzew. Nie znam tego miejsca, nie przypominam sobie, abym wcześniej tu był. Jest cicho. W oddali widzę ciemny zarys przecinający rzekę. To chyba most. Idę w jego kierunku. Nie pamiętam, jak się tu znalazłem. Jest zdecydowanie za cicho, za spokojnie. Jedynym oświetleniem jest księżyc w pełni, który rzuca na wszystko słaby blask. Dochodzę do mostu. Na plaży pod mostem dostrzegam zarys trzech zaparkowanych aut. Jeden ma zapalone reflektory. W ich promieniu widzę sylwetki osób. Podchodzę bliżej w ich kierunku.

Widzę przed sobą czterech mężczyzn, chyba właśnie doszło między nimi do podejrzanej transakcji. Jeden z nich kończy pakować coś do vana, drugi podszedł do pozostałych, którym przekazał dwie wypchane torby. Następnie faceci z vana wsiadają i odjeżdżają. Podchodzę do pozostałej dwójki. Jestem przy nich na wyciągniecie ręki, ale mnie nie widzą. Krzyczę, ale nie zwracają na mnie uwagi. Obchodzę ich i patrzę na tego z torbami. Wygląda znajomo. Przypatruję się jego twarzy. W tym świetle, ciężko dostrzec szczegóły. To chyba Daniel. Tak, poznaję po spojrzeniu i twarzy, jest trochę starszy niż wtedy, gdy go ostatnio widziałem. Ma dłuższe włosy i jest ewidentnie lepiej zbudowany. Po zarysie sylwetki widzę, że musiał regularnie chodzić na siłownię. Jego barki nie są tak szerokie, jak u goryli z klubów, w których miałem okazję bywać. Wygląda po prostu dobrze. Patrzę dalej chłonąc widok syna, którego nie widziałem od ponad 20 lat. Wygląda na zmęczonego. Nie garbi się, ale coś w nim jest takiego, że czuję, że jest zmęczony. Daniel odwraca się do drugiego faceta.

- Udało nam się. Pracowaliśmy na to dwa lata – słyszę radość w jego głosie pomimo wyczuwalnego zmęczenia.

Drugi mężczyzna również odwraca się w jego stronę. Pada na niego cień. Nie mogę dostrzec jego twarzy. Jest znacznie lepiej zbudowany niż Daniel i na oko kilka centymetrów wyższy.

- Tak, udało nam się. Teraz możemy, przejąć kontrolę nad granicą – nie znam tego głosu. Nie podoba mi się jego ton. Źle mi się kojarzy.

- Co ty mówisz? Ostatnie dwa lata były ryzykowne, ale teraz mamy środki, żeby w końcu usunąć się w cień. Odpocząć, żyć i cieszyć się życiem, a nie ryzykować jeszcze bardziej – Daniel mówi to spokojnie, ale znam go, słyszę w jego głosie opanowanie i ostrożność.

Widzę, że postawa nieznanego mężczyzny się zmienia. Spina ramiona i prostuje się jeszcze bardziej.

- To tak nie działa młody. Mam zobowiązania. Wielu mi źle życzy. W tym biznesie nie da się ot tak odejść, zwłaszcza z zobowiązaniami – jego ton się zmienił. Przykłada duży nacisk na każde wypowiadane słowo.

- Do tej pory pracowaliśmy razem, ale muszę się zająć swoimi sprawami. Część z tych pieniędzy jest twoja. To był mój plan, zawsze ci pomogę, ale nie mogę dłużej się narażać – Daniel klepie go po ramieniu. Bierze torby, odwraca się i odchodzi w stronę samochodu.

Mężczyzna odwraca się i podąża za nim. Idę tuż za nieznajomym.

- Plan może twój, ale beze mnie byś tego nie osiągnął. Część to dla mnie niestety za mało – mówi to prawie szeptem. Daniel tego nie słyszy.

Nieznajomy wychodzi spod mostu, poświata księżyca pada na jego sylwetkę. Widzę na jego karku tatuaż, to chyba skorpion z jakąś dziwną kreską przypominającą błyskawicę.

Coś jest nie tak. Nieznajomy sięga pod kurtkę i wyjmuje pistolet. Celuje w Daniela. Strzał rozdarł cichą noc. Z pobliskich drzew podrywają się ptaki. Daniel upada. Słyszę krzyk, który dobiega z samochodu. Siedzi tam jakaś drobna postać, z przodu po stronie pasażera. Nieznajomy podchodzi do Daniela. Drugi strzał. Potem idzie do samochodu, z którego kobieta cały czas krzyczy. Widząc to, pasażerka próbuje przesiąść się na miejsce kierowcy. Nie ma szans, nieznajomy jest za blisko. Wybija szybę i strzela do niej dwa razy. Krzyk ustaje.

Nie mogłem nic zrobić. Podchodzę do ciała mojego syna. Nie rusza się, jego twarz zastygła, a jej wyraz wskazywał ogromny szok. Nieznajomy zabiera torby do swojego samochodu, a następnie zaczyna majstrować przy samochodzie z kobietą. Pakuje jej ciało i Daniela na przód i zaczyna spychać samochód w stronę wody.

- Nie mogłem nic zrobić, żeby ją uratować. Chciałem tylko lepszego życia dla nich – słyszę głos Daniela za moimi plecami.

Chcę się odwrócić i z nim porozmawiać. Ale nie wiem co powiedzieć. Wszystko zaczyna się rozmywać. Nie! Chwila. Potrzebuję chwili z moim synem!

Krzyczę, ale to już nie ma znaczenia. Wszystko zniknęło.

Jestem gdzieś indziej. Nie wiem co się dzieje.

- Daniel?! – krzyczę.

Cisza. Rozglądam się. To jakiś przemysłowy magazyn. Nigdy wcześniej tu nie byłem. Słyszę z oddali przejeżdżający pociąg. Znowu cisza. Idę przed siebie, sam nie wiem dokąd. Jest tu ciasno, wszędzie porozstawiane są wielkie pudła, chyba z jakimiś maszynami. Na tyłach, w jakichś pomieszczeniach technicznych, pali się światło. Ruszam w tamtą stronę. Chcę wezwać pomoc. Otwieram drzwi i widzę stojącego do mnie tyłem mężczyznę z siwymi włosami. Przed nim leży skulona dziewczyna, w żółtej sportowej kurtce. Jej ciemne włosy zasłaniają twarz.

- Proszę wypuść mnie, a nikomu nie powiem. Daj mi odejść, a nikomu nic nie powiem – błaga nieznajomego leżąca dziewczyna.

- Nie po to zaprosiłem cię tutaj, żeby tak szybko wypuścić – śmieje się obleśnym głosem nieznajomy.

Dziewczyna zaczyna krzyczeć.

- Krzycz sobie do woli, nikt cię tu nie usłyszy – mówi obleśnym głosem mężczyzna.

Wyjmuje zza paska nóż i pochyla się nad nią. Pochylając się odsłania kark. Ten sam tatuaż skorpiona, choć bardziej wyblakły. To on. To zabójca mojego syna. Poczułem wściekłość. Taką, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie czułem. Muszę walczyć! Podbiegłem do niego i wziąłem zamach. Moja pięść przechodzi przez niego jak przez mgłę.

Słyszę jakiś hałas, trzask, światło gaśnie.

- Ty skurwysynie, zostaw ją – krzyk dobiega z drugiego końca korytarza.

Czuję, że się oddalam, jakbym się unosił. Ciemność jeszcze bardziej zaczyna przygasać. Wszystko zaczyna wirować.III

Justynie nie przypadła do gustu stolica. Wielu jej kolegów z kierunku, kiedy dowiadywało się, że przyjechała tu z Zielonej Góry, pytało o jej wrażenia. Przy pierwszych takich pytaniach zastanawiała się nad odpowiedzią. Z czasem nauczyła się, że odpowiedź nie ma znaczenia, bo ludzie nie słuchają. Nawet gdy chcą ją poderwać. Nie interesuje ich co mówi o sobie lub jaka jest jej opinia na jakikolwiek temat. Interesuje ich tylko odpowiedź na pytanie – wyskoczymy po zajęciach na piwo? Mają na myśli te bary, w których są zniżki dla studentów. Gdziekolwiek, by nie poszli, pewnie i tak by jej nie słuchali do momentu kluczowego pytania – u mnie czy u ciebie? Ale tego już Justyna tylko się domyślała. Odmawiała takim propozycjom, po których skończyłaby sam na sam w towarzystwie dupka z jej nowej uczelni.

Wracając do rozważań o Warszawie, czuła się tu obca. Taka mała jak mrówka. W przeciwieństwie do Zielonej Góry, gdzie odnosiła wrażenie, że wszyscy się znają i wszędzie było blisko. Jej rówieśnicy zawsze na to narzekali, nie podobało im się to plotkowanie i brak dużej aglomeracji. Jej to nie przeszkadzało, co prawda nie była typem wścibskiej plotkary. Doceniała po prostu znaczenie wspólnoty i spokój jaki odczuwała w uliczkach znajomego miasta.

Z początku dostałam łóżko w akademiku, ale to było ciężkie doświadczenie. Nawet po dzieciństwie spędzonym w domu dziecka. W sierocińcu wychowawcy trzymali nas krótko, inaczej nie poradziliby sobie z taką gromadą dzieci. Justyna przywykła do panujących tam zasad. Łóżko codziennie ścielone i sprzątane i zero kontaktów damsko-męskich. Tam wszyscy byli jak rodzina. W akademiku to bardziej przypominało orgię z filmu pornograficznego. Tylko taki słaby film, bo ciężko się podniecić przy takim bałaganie i smrodzie. Kiedy pierwszy raz weszłam do łazienki współdzielonej z trzema dziewczynami to myślałam, że się zwrócę całą zawartość mojego żołądka. Wszędzie porozwalane kosmetyki, brudne i zużyte waciki do demakijażu, które były usypane w kupkę przy zlewie.

A teraz, może nie mam luksusów, ale przynajmniej własną sypialnię i dobrą lokalizację. Rondo Waszyngtona było prawie jak centrum, wszędzie blisko, wszędzie można w miarę szybko dojechać. Tę lokalizację zawdzięczałam mojej przyszywanej ciotce Gabrysi. Była moim oficjalnym powodem przyjazdu do stolicy. Choroba mocno dawała jej się w kość. Nie miała siły już normalnie funkcjonować, leki które przyjmowała męczyły ją na tyle, że wyjście kilkaset metrów do sklepu było jak maraton. Pomagałam jej już wcześniej przynosząc zakupy, więc zgodziłam się tym bardziej u niej zamieszkać. To był dla mnie bardzo korzystny układ. Dbałam, aby w mieszkaniu był porządek i przypominałam jej o lekach, a w zamian miałam darmowy pokój. Nie byłam całkiem zadowolona, bo lubiłam niezależność i wolałam za wszystko płacić sama.

Skończyłam swoje rozmyślania. Wstałam z łóżka i jak zwykle chciałam pójść prosto do łazienki. Tym razem jednak coś mnie zaskoczyło. Wielki owczarek niemiecki wskoczył na mnie przednimi łapami i zaczął lizać.

- Garda, ty atencjuszko, zwolnij! – zaśmiałam się.

Przestała, jakby zrozumiała moje polecenie. Patrzyła się na mnie teraz swoimi, wielkimi słodkimi oczkami i machała ogonem.

- Tak nie wolno, jak mnie nie napastujesz, to chcesz zmanipulować – próbowałam udawać obrażoną.

Garda patrzyła dalej tymi swoimi słodkimi oczkami, tak uroczo się szczerząc.

- No dobra ale nikomu nie mów, że jestem taka miękka – pogroziłam jej palcem.

Poszłam do kuchni a za mną podążał pies. Wyjęłam z szafki psią karmę o smaku łososia i wsypałam jej do miski. Następnie ułamałam ręką kawałek marchewki i położyłam jej przy misce. Garda przestała jeść, spojrzała na marchewkę, a potem na miskę i znowu na marchewkę. W końcu capnęła marchewkę i zaczęła głośno przeżuwać.

- Dziwny z ciebie pies, ale o gustach się nie dyskutuje – zaśmiałam się.

- Dziwne to jest to, że ta psina tak szybko cię polubiła. Ona jest wybredna. Do mnie chyba z rok się przekonywała, żeby przestać na mnie szczekać – skomentowała Gabrysia wchodząc do kuchni.

- A czy wiadomo coś o jej właścicielu, Panu Witoldzie? – spytałam.

- Poprosiłam Beatkę z mieszkania pod nami, żeby odwiedziła Witusia i go uspokoiła, że pies jest u nas. Nie wpuścili jej do niego, ale jakiś lekarz wyszedł i powiedział, że jego stan powoli się stabilizuje – wychrypiała. Poczułam smród dymu z papierosa na jej szlafroku.

- To dobrze… Czy ja czuję fajki? – spytałam patrząc się na nią podejrzliwie.

- A ty nie w szkole? – szybko podjęła próbę zmiany tematu.

- Dzisiaj nie mam zajęć, za to wybieram się na rozmowę o pracę – powiedziałam zrezygnowana.

- Denerwujesz się dziecino? – zapytała zatroskana.

- Chcę tylko trochę dorobić, więc chyba się zbytnio nie przejmuję. Jak nie ci, to inni zatrudnią biedną studentkę – odparłam.

- Biedną może zatrudnią, ale spóźnialską już niekoniecznie – spojrzała na mnie znacząco.

Zegar w salonie pokazywał równo godzinę 8. Na 10 miałam umówione spotkanie w restauracji Czarny Eden w Śródmieściu. Musiałam przyśpieszyć tempo. Nie chciałam się spóźnić na rozmowę rekrutacyjną.

Pół godziny później już malowałam się w łazience. Nie robiłam tego za często, wolałam swoją twarz w naturalnym wydaniu. Na tym spotkaniu chciałam jednak czuć się pewniej. Moja przyjaciółka Magda studiowała kosmetologię i miała bzika na punkcie medycyny estetycznej. W Zielonej Górze często ćwiczyła na mnie makijaż, więc przy okazji podłapałam od niej parę sztuczek.

Spojrzałam w lustro na moje dzieło. Piękna, nieskazitelna cera, podkład ukrył moje piegi, których zawsze się trochę wstydziłam. Usta w czerwonej szmince przyciągały wzrok, a podkreślone oczy nadawały charakteru. Z pewnością wyglądałam na pewniejszą siebie niż byłam w rzeczywistości. Magda byłaby zadowolona z mojej pracy.

Założyłam na siebie obcisłą, czarną spódnicę, a na górę koszulę. Podeszłam do Gabrysi.

- Jak wyglądam? – spytałam.

Staruszka zbliżyła się do mnie i odpięła jeden guzik z koszuli, a następnie cofnęła się o krok, aby jeszcze raz mi się przyjrzeć.

- Nie wiem, czy można cię tak wypuścić w godzinach szczytu, pewnie dzisiaj w wiadomościach usłyszę o zdezorientowanych kierowcach w centrum i licznych wypadkach drogowych – wycharczała śmiejąc się.

Roześmiałam się razem z nią. Założyłam na siebie mój nowy płaszcz i byłam gotowa.

Wyszłam z bloku kierując się do przystanku tramwajowego na Rondzie Waszyngtona. Kątem oka widziałam, że mijający mnie po drodze mężczyźni przyglądali mi się. To było miłe, z pewnością łechtało moje ego, ale czułam się też lekko niezręcznie. Nie lubiłam skupiać na sobie dużej uwagi. Przez głowę przemknęła mi myśl, że przesadzam.

Jadąc tramwajem w stronę centrum, zawsze przejeżdżając przez Wisłę odkładałam telefon, aby popatrzeć na krajobraz. Od tej strony to wyglądało jak turystyczne miasteczko. Znajomi z uczelni często przychodzili na lewą stronę Wisły od strony Powiśla. Nazywali to miejsce po prostu Schodkami, które prowadziły prosto do rzeki.

Minęłam Muzeum Narodowe i Kruczą. Zaczynała się ta część miasta, którą lubiłam najmniej. Wysokie misterne wieżowce, masa samochodów i tłumy ludzi na chodnikach. Jak dla mnie zbyt głośno.

Wysiadłam w samym centrum i zaczęłam kierować się do Czarnego Edenu, prowadzona przez Google Maps - mojego nieodłącznego przewodnika w ostatnich tygodniach.

Stanęłam w końcu przed celem podróży. Restauracja wyglądała na drogą, na tyle, że znając stan moich finansów, pewnie nigdy nie zdecydowałabym się tu wejść i zjeść. Czarny Eden mieścił się kilka przecznic od głównych ulic centrum Warszawy, więc można nawet uznać, że jest na uboczu względem głównego gwaru. Uliczka i okoliczne kamieniczki wyglądały przepięknie, trochę tak jakby się cofnąć do okresu przed wojnami.

- Dasz radę! – ponagliłam sama siebie.

Weszłam do środka. Wnętrze lokalu emanowało elegancją. Ciemne kolory, stoły i krzesła z prawdziwego ciemnego drewna z obiciami. Przy drzwiach czekała kelnerka, z którą przywitałam się i wytłumaczyłam, że przyszłam na rozmowę rekrutacyjną. Uśmiechnęła się serdecznie, po czym zaprowadziła mnie do pokoju menadżera, który znajdował się na zapleczu.

To nie była jakaś tam kanciapa, pomieszczenie przypominało bardziej gabinet wystylizowany w starym stylu. Za biurkiem siedział przystojny, ciemnowłosy mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce. Na oko pewnie 10 lat starszy ode mnie. Jego styl trochę nie pasował do klasycznej elegancji tego miejsca, zwłaszcza złote sygnety połyskujące na jego palcach.

Spojrzał się na mnie z zaciekawieniem.

- Dzień dobry, Justyna Nowicka, przyszłam na rozmowę w sprawie stanowiska kelnerki. Pan Tomasz Wroński? – starałam się mówić spokojnie i pewnie.

- Michał Pająk, miło mi. Tomek to mój wspólnik, coś mu wypadło, dzisiaj go zastępuję. Pozwól, że zdejmę twój płaszcz – powiedział.

Obszedł biurko i pomógł mi zdjąć płaszcz, a następnie powiesił go na wieszaku. Podobały mi się jego perfumy. Wydawał się o wiele dojrzalszy niż moi rówieśnicy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij