Prastary zegar słoneczny i różowy cadillac - ebook
Prastary zegar słoneczny i różowy cadillac - ebook
Nowa, pełna zwrotów akcji przygoda z nietypowym duetem detektywów!
Albin Larsson, ekscentryczny właściciel butiku z męską odzieżą, jest w Lund postacią dobrze rozpoznawalną. Z pewnością kojarzy go też lokalna policja. Trochę inaczej wygląda sytuacja z jego asystentem, Kjellem Nilssonem. Jednak gdy skromny i nieco tajemniczy pomocnik znika bez śladu, pan Larsson boleśnie odczuwa jego brak.
W trudnych sytuacjach Albin zwykle zwraca się o pomoc do swojego wiernego sojusznika Oskara, który sam boryka się z problemami zarówno w związku, jak i w prowadzonym przez siebie biurze podróży. Mimo to panowie rozpoczynają poszukiwania zaginionego Kjella. Po drodze trafiają na podejrzanych agentów, stary różowy Cadillac z żółtym znakiem taksówki na dachu oraz pewien starożytny sumeryjski zegar słoneczny.
A do tego wszystkiego niejaka Harriet, właścicielka antykwariatu, ginie w tajemniczych okolicznościach. Co to wszystko oznacza?
„Prastary zegar słoneczny i różowy Cadillac” to trzeci tom serii „Morderstwa w Lund” Kallego Löfqvista. Dwie pierwsze części: „Głęboko mrożony mężczyzna w żółtych spodniach” i „Odcięty palec i wścibski nos”, spotkały się z dużym uznaniem czytelników i słuchaczy!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789180765541 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Była ósma rano, Kjell właśnie się obudził. Jak w każdą środę, miał wolne. Zapalił nocną lampkę i leżał jeszcze przez chwilę. Słyszał, jak w kuchni za ścianą Larsson krząta się przy zlewie. Obaj dobrze znali tę codzienną rutynę. Za kwadrans, kiedy Larsson wyjdzie do butiku, w mieszkaniu znów zapanuje cisza. Jak zawsze, kiedy Kjell miał wolne.
Panowie zamieszkali razem na początku lat osiemdziesiątych. Zaczęło się od tego, że Kjell zatrudnił się u Larssona jako sprzedawca w butiku z odzieżą męską na Lilla Fiskaregatan. Przez pierwsze lata miał dość standardowy czas pracy – pracował od poniedziałku do soboty, w te dni, w które sklep był otwarty. Każdego ranka jeździł tam rowerem z Värpinge leżącego na zachód od Lund, gdzie znajdowało się gospodarstwo jego rodziców zastępczych.
Praca w butiku stała się dla niego sensem życia. Larsson dobrze go traktował, a elegancki sklep ‒ jego asortyment, klienci oraz wystrój ‒ dawał mu wytchnienie od życia w zaniedbanym domu, w którym mieszkał. Dzieciństwo w adopcyjnej rodzinie Nilssonów nie zawsze było łatwe. Znacznie starsze rodzeństwo Kjella, Britta i Ebbe, na ogół uprzykrzało mu życie, stale przypominając, że to oni są biologicznymi dziećmi rodziców, jego zaś wyzywali od podrzutków, a często jeszcze gorzej. Przybrani rodzice nie okazywali mu większego wsparcia, nawet po wyprowadzce Britty i Ebbego nie doświadczył z ich strony specjalnego zainteresowania. Nikt go nie pilnował: sam decydował, kiedy wychodzi i wraca, do lodówki sięgał bez pytania. Nie było mowy o wspólnych posiłkach, z wyjątkiem Bożego Narodzenia i Wielkanocy.
W dniu, w którym dostał swoją pierwszą pracę – jako kucharz w jednej z gorszych spelun w Lund – rodzice kazali mu się wyprowadzić do pokoju w budynku gospodarczym obok głównego domu mieszkalnego. Ściągali od niego czynsz, a choć nie płacił im dużo, zimą w pokoju wiało i było zimno, poza tym Kjell nie najlepiej się tam czuł. Marzył o tym, żeby zostać meteorologiem. Niestety, miał za słabe oceny w szkole średniej, by dostać się na studia. W knajpie niewiele zarabiał, a gburowaty szef kuchni całymi dniami beształ jego i pozostałych kucharzy tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Kjell szukał lepiej płatnej pracy i chciał odłożyć trochę pieniędzy na dodatkowe kursy, dzięki którym podniósłby kwalifikacje, codziennie więc przeglądał poranną prasę w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Oferta na stanowisko sprzedawcy w butiku Larssona wyglądała obiecująco. Pojechał na rozmowę ubrany w garnitur z bierzmowania i dostał tę posadę. Pan Larsson miał uwagi co do jego ubioru, ale poza tym wydawał się miły i odnosił się do niego z szacunkiem. Pozwolił Kjellowi pożyczyć kilka garniturów, koszul i krawatów z asortymentu sklepu. Larsson nazwał te eleganckie ubrania roboczymi i nigdy nie zażądał za nie należności. W życiu Kjella nastąpił przełom. Pokochał pracę w sklepie. Spokój i wyrafinowane otoczenie stanowiły wyraźny kontrast do stresu i napiętej atmosfery w restauracyjnej kuchni.
Pewnej ciemnej jesiennej nocy w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku wszystko się zmieniło. O wpół do trzeciej ostry zapach wyrwał ze snu Kjella śpiącego w swoim łóżku. Podniósł roletę i jego oczom ukazał się przerażający widok: cały budynek mieszkalny stał w płomieniach! Wciągnął spodnie i narzucił kurtkę na piżamę, po czym wybiegł na podwórze. W oddali usłyszał syreny straży pożarnej. Próbował wyważyć drzwi wejściowe, lecz były zamknięte, a rodzice nie powierzyli mu klucza. Huk ognia trawiącego dom i obraz wirujących płatów sadzy na tle nocnego nieba na zawsze wryły mu się w pamięć. O świcie stary drewniany dom był doszczętnie spalony. Pozostały jedynie murowane ściany szczytowe i komin stojące wśród zwęglonych szczątków będących niegdyś jego domem z dzieciństwa.
Dwa dni później został wyrzucony z pokoju w budynku gospodarczym. Przybrani rodzice zapisali cały majątek Britcie i Ebbemu i ci nie chcieli, żeby Kjell nadal tam mieszkał, ponieważ postanowili jak najszybciej sprzedać resztę gospodarstwa, a twierdzili, że łatwiej pozbyć się domu bez lokatora. Kjell mógł zatrzymać rower, te kilka zaś wartościowych przedmiotów, które trzymał w swoim pokoiku ‒ jakieś książki, kilka zdjęć i trochę ubrań ‒ spakował do dwóch kartonów po bananach. Tylko dokąd miał się przeprowadzić? Przymocował pudła do bagażnika i z chwiejącym się ładunkiem przeszedł pięć kilometrów, aż dotarł do Lund. Pod wieczór znalazł mały, tani, ale przytulny pokój w hotelu przy Skomakaregatan, gdzie nareszcie mógł odetchnąć.
Kiedy następnego dnia przyszedł do pracy, Larsson poczuł od niego zapach dymu i wpadł w szał na wieść o tym, że Kjell został eksmitowany w trybie natychmiastowym. Nazwał Brittę i Ebbego szujami i bandytami i natychmiast zaproponował swojemu pracownikowi, żeby zamieszkał u niego. Pokojówka Larssona właśnie złożyła wypowiedzenie i się wyprowadziła, więc służbówka stała pusta. Kjell mógł tam mieszkać przez jakiś czas, aż Larsson znajdzie nową pomoc domową. Kjell z wdzięcznością przystał na tę propozycję.
Ten „jakiś czas” trwał już czterdzieści lat. Pewnego dnia szef zapytał Kjella, czy nie podjąłby się wykonywania niektórych prac domowych, a on się zgodził i od tamtej pory pracował dla niego od rana do nocy – najpierw w butiku, a przez resztę dnia u niego w domu. W środy natomiast miał wolne i mógł robić, co tylko chciał.
W tę środę akurat nie miał zbyt wielu planów. Zdecydował, że wybierze się do miasta i odwiedzi znajomych z innych sklepów w centrum ‒ tych, z którymi przez lata pracy u Larssona nawiązał bliższe relacje. Najbardziej cieszył się na wizytę w Harriet Antiques, sklepie z antykami i interesującymi starociami, położonym przy ulicy Lilla Gråbrödersgatan. Często zaglądał do Harriet i wiedział, że właśnie to najlepszy dzień tygodnia na odwiedziny, ponieważ dziś rozpakowywała i wystawiała wszystkie nowe rzeczy, które przyszły po weekendzie. Zdarzało się, że dzwoniła do niego już na początku tygodnia, jeśli otrzymała coś wyjątkowego, co jej zdaniem mogłoby mu się spodobać. W tym tygodniu się nie odezwała, ale wizyta w sklepie ze starociami i krótka pogawędka z pogodną Harriet zawsze sprawiały mu przyjemność.
Kjell usłyszał głuchy trzask zamykających się drzwi wejściowych. Wstał z łóżka i podszedł do okna, podniósł roletę i zmrużył oczy w porannym słońcu. Z wychodzącego na wschód okna roztaczał się widok na podwórze oraz park za biblioteką miejską. Zapowiadał się piękny dzień. Między koronami drzew na tle intensywnie błękitnego nieba rysowały się delikatne smugi pierzastych chmur. Kjell interesował się meteorologią od czasów młodości. Dwa razy dziennie sprawdzał narzędzia pomiarowe i skrupulatnie zapisywał wszystkie obserwacje w tabeli. Larsson, właściciel tego okazałego secesyjnego budynku, w którym mieszkali, hojnie sfinansował instalację stacji meteorologicznej na dachu. Urządzenie mierzyło prędkość i kierunek wiatru, ciśnienie atmosferyczne i temperaturę, i przekazywało wszystkie dane cienkim kablem do odbiornika umieszczonego na parapecie w pokoju Kjella. Jedyną trudność sprawiało monitorowanie ilości opadów, deszczu i śniegu. W tym przypadku korzystał z danych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, i to musiało mu wystarczyć. Kjell stwierdził, że warunki pogodowe niewiele się zmieniły od poprzedniego dnia i że wyż prawdopodobnie się utrzyma, czyli nadal będzie słonecznie.
Ubrał się i zjadł dwie kromki chrupkiego chleba, jedną z serem, drugą z marmoladą. Tuż po wpół do dziesiątej zamknął za sobą drzwi wejściowe, po czym zbiegł w podskokach po czterech schodkach i wyszedł przez bramę. Plac Clemenstorget tętnił życiem. Odkąd linia tramwajowa miała przystanek końcowy po północnej stronie, kręciło się tu więcej ludzi niż wcześniej. Na wprost bramy, na południowym krańcu placu, kilku handlarzy rozłożyło towary w jesiennym słońcu. Większość stoisk oferowała rzeczy używane, ale sprzedawał tam również kwiaciarz i pomarszczona staruszka oferująca ciastka własnej roboty chyba przez cały rok na okrągło.
Kjell, pogwizdując, skręcił w ulicę Sankt Petri kyrkogata i szedł dalej Winstrupsgatan. Minął gmach Wydziału Prawa i wkrótce dotarł do sklepu Harriet. Przystanął na chwilę i spojrzał na wystawę. Większość przedmiotów pamiętał z poprzednich wizyt, lecz pośrodku witryny leżało coś, czego wcześniej nie widział – półokrągły kamień wielkości płyty winylowej. Z otworu w jednym boku rozchodziły się wyryte linie, które tworzyły wzór przypominający wachlarz. Piękny kamień o żółtawym odcieniu był jednak zniszczony – miał nierówne krawędzie, jakby został odłamany od większej skały.
‒ Cóż za unikatowy okaz – powiedział Kjell po cichu i chwycił za klamkę. Drzwi były otwarte, choć do dziesiątej zostało piętnaście minut. Kiedy wchodził do środka, rozległ się przyjemny dźwięk dzwonka. Rozejrzał się po sklepie, ale nikogo nie dostrzegł. Zaciekawiony podszedł do jednej z drewnianych półek i przesunął wzrokiem po fascynującej kolekcji przedmiotów. Tłoczyły się tam stare zegary stołowe i osobliwe pamiątki z różnych zakątków świata: stojak na długopisy z jadeitu z chińskimi inskrypcjami, kilka kolorowych ikon i wypchany dzięcioł na zakrzywionym patyku.
– Już idę! – rozległ się głos z piętra, dokąd prowadziły spiralne schody umiejscowione pośrodku sklepu.
– Nie spiesz się, Harriet! To tylko ja, Kjell!
– O, cześć! Czy możesz wejść na górę? Pomógłbyś mi z jedną rzeczą.
Zawahał się przez moment, zastanawiając się, czy nie powinien przekręcić zamka w drzwiach, lecz uznał, że antykwariuszka z pewnością wszystko ma pod kontrolą. W kilku szybkich krokach pokonał spiralne schody i znalazł się w ciasnym, ciemnym korytarzu. Choć wiedział, że mieszkanie Harriet znajduje się nad sklepem, jeszcze nie nadarzyła się okazja, żeby ją tam odwiedzić.
– Jestem tutaj! ‒ usłyszał głos dochodzący z sąsiedniego pomieszczenia.
Przekroczył próg i stanął w pokoju przypominającym salon. Tu również panował mrok pomimo dwóch dużych okien wychodzących na ulicę. Przez grube, bordowe aksamitne zasłony nie wpadało wiele światła, posępną atmosferę miejsca potęgował ciemny wystrój wnętrza. Na ścianach wisiały obrazy olejne w ponurych barwach, a z jednej strony pokoju ciągnął się regał zapełniony książkami i dziwnym zbiorem różnorakich przedmiotów. Gdyby nie sofa i telewizor w rogu oraz przytulna kuchnia widoczna za otwartymi drzwiami na drugim końcu pomieszczenia, można by pomyśleć, że to część sklepu i że wszystko, co się tu znajduje, jest na sprzedaż.
– Dzień dobry, Harriet – przywitał się. ‒ Jak tu ładnie!
– Cześć, Kjell. Tak myślisz? No, nie wiem. Przez lata zgromadziłam tyle tych rupieci… Zwykle siedzę sobie tutaj, na sofie, i przeglądam przedmioty, które kupiłam. Wszystkie te rzeczy są takie ładne, nie mam serca ich sprzedawać, więc po prostu lądują tutaj na półce bez żadnego pożytku. Ale cieszę się, że przyszedłeś!
– Ja też. W czym mogę ci pomóc?
– Chodzi o tę sofę. – Przyjaciółka położyła dłoń na podłokietniku brązowego mebla w stylu lat pięćdziesiątych.
Harriet wyglądała na jakieś sześćdziesiąt lat i była dość niskiego wzrostu. Jak zwykle miała na sobie jednokolorowy kombinezon z lejącego się materiału i szeroki żółty pasek w talii. Gdyby była młodsza, pół metra wyższa i trochę szczuplejsza, wyglądałaby jak agentka z pierwszych filmów o Jamesie Bondzie. Jej rudobrązowe włosy perfekcyjnie upięte w kok francuski (a może to peruka?) idealnie pasowały do tego stylu.
– Jaki jest problem z tą sofą? – spytał z ciekawością Kjell.
– Moja siostra przyjeżdża tu dziś wieczorem i zostanie na noc. Ta sofa się rozkłada i pomyślałam, że mogłaby na niej spać, tylko nie pamiętam, jak ją rozłożyć. Może ty umiesz?
– Zawsze mogę spróbować – stwierdził Kjell i pociągnął za pasek wystający między oparciem a poduszkami siedziska.
Po kilku próbach udało mu się podnieść oparcie i zwolnić blokadę, dzięki czemu siedzisko wysunęło się do przodu i sofa w mgnieniu oka zmieniła się w łóżko.
– Myślę, że tam w środku powinna być poduszka i kołdra – dodała Harriet. – Sprawdzisz, czy są?
Kjell pochylił się i oparł kolano o łóżko. W tym momencie całość na powrót się złożyła i został niemal wessany do środka.
– O matko! – Harriet zachichotała. ‒ Chyba zapomniałeś to zablokować! Pamiętam, że trzeba to zrobić, bo inaczej łóżko się składa.
Pomógł w ścieleniu posłania, a potem zeszli razem do sklepu.
– Zwróciłem uwagę na coś ciekawego na wystawie. – Wskazał dziwny kamień. ‒ Co to takiego?
– Chyba jakiś zegar słoneczny. – Harriet wzięła kamień z okna wystawowego. ‒ W ten otwór na dole wkłada się patyk, który rzuca cień na wyrzeźbione linie, kiedy świeci słońce. Właśnie przyjechał. Kupiłam go razem z całym mnóstwem innych starych przedmiotów z Bliskiego Wschodu od mężczyzny, który zaszedł do sklepu. O, tutaj z kolei jakiś wazon z tego samego pudła… Wydaje mi się, że z prawdziwego mosiądzu.
– Interesujące – stwierdził Kjell i naprawdę tak uważał. Zegar słoneczny wyglądał na bardzo stary i pasowałby do jego kolekcji wiekowych przyrządów do obserwacji pogody.
– Tak, to ładny okaz, ciekawe, ile ma lat. Mężczyzna, który mi go sprzedał, powiedział, że odziedziczył go po wuju. Chyba wspomniał, że pochodzi z Iranu czy z jakiegoś takiego kraju.
– Ten wuj?
– Nie, zegar słoneczny. A właściwie, jeśli dobrze pamiętam, to wuj również. Ten facet dużo gadał i nie wszystko pamiętam.
– Ile chcesz za ten zegar?
– No, powiedzmy… trzysta koron? Albo dostaniesz go za dwieście, pomogłeś mi przecież z sofą.
– Świetnie! ‒ ucieszył się Kjell i wyjął portfel z wewnętrznej kieszeni kurtki. Wolał płacić gotówką i nie mógł się nadziwić, jak powszechne stały się płatności kartą i zbliżeniowe. Nie przepadał jednak za banknotem dwustukoronowym. Widniał na nim portret Ingmara Bergmana, człowieka, którego niespecjalnie rozumiał.
Zadowolony z zakupu wrócił do domu. Początkowo planował dłuższy spacer po mieście, ale zegar słoneczny okazał się zbyt ciężki, a uchwyty plastikowej torby, w której go niósł, wrzynały mu się w palce. Gdy znalazł się w swoim pokoju, przesunął pelargonię, robiąc miejsce na nowy nabytek na głębokim parapecie. Przeszukał piórnik, by znaleźć coś, co mogłoby posłużyć jako patyk i pasowałoby do małego otworu. Szybko doszedł do wniosku, że najlepiej się sprawdzi czterokolorowy długopis Bic. Na powierzchni kamienia pojawił się wyraźny cień. Spojrzał na zegarek. Wpół do jedenastej. Jak właściwie ustawia się zegar słoneczny? Postanowił poczekać do pełnej godziny i dopiero wtedy oznaczyć kamień. Może mógłby starannie napisać godzinę ołówkiem przy jednej z kresek?
Z rozmyślań wyrwał go telefon od Harriet. Jej zazwyczaj pogodny głos był teraz spokojny i cichy.
– Słuchaj, chodzi o ten zegar słoneczny, który właśnie ode mnie kupiłeś… Przyszedł do sklepu pewien zdeterminowany klient z zagranicy i bardzo chciałby go kupić. Przechodził tędy wczoraj wieczorem i zauważył go na wystawie.
– Rozumiem, ale przecież to ja go kupiłem – odrzekł Kjell, lekko zdezorientowany.
– On chce za niego dać pięć tysięcy koron. Najwyraźniej wzięłam od ciebie za mało.
– Nie sprzedam go – odparł krótko Kjell.
– On nie wierzy, że go sprzedałam, myśli, że nadal go mam i gdzieś ukrywam. Jest bardzo uparty. Co mam zrobić? Nie znam za dobrze angielskiego…
Kjell nie lubił konfliktów, jednak zegar słoneczny należał do niego. Sprawiedliwość musiała zwyciężyć.
– Po prostu powiedz mu, jaka jest sytuacja. Nie może przecież kupić czegoś, co nie jest na sprzedaż.
– No tak, masz rację. Mogę dać mu twój numer telefonu, żeby się z tobą skontaktował? Być może zmienisz zdanie?
– Sam nie wiem… – odparł Kjell, czując pewien niepokój rozchodzący się po ciele. Pięć tysięcy koron to spora suma za kamień, do którego jeszcze się nie przywiązał.
– Kjell, pomocy ‒ szepnęła Harriet. ‒ Do sklepu wszedł właśnie jeszcze jeden mężczyzna, chyba znajomy tamtego. Przeszukują regały i… No, hello there! You cannot go upstairs! It is private! Muszę kończyć.
Kjell stał ze słuchawką przy uchu. Biedna Harriet. Czy mógł coś dla niej zrobić? Zadzwonił do niej, ale nie odebrała. Czy znalazła się w niebezpieczeństwie? Rany, to nie wyglądało dobrze, i to wszystko jego wina. Oczywiście, że zgodziłby się odsprzedać ten głupi zegar. Włożył kurtkę, jednak zatrzymał się w pół kroku w drzwiach. Może powinien zabrać zegar ze sobą? Nie, był zbyt ciężki. Przyjdzie po niego później, jeśli zajdzie taka potrzeba.
W sklepie nikogo nie zastał. Głośno przełknął ślinę, spoglądając w górę na spiralne schody. Nadstawiał ucha, lecz bał się zawołać. Kim właściwie byli ci mężczyźni? Przestępcami? Czy nadal znajdowali się na piętrze? Lepiej było stąd zniknąć. Zadzwoni do Harriet później, może po prostu załatwia coś na mieście. Wyszedł ze sklepu, ale zatrzymał się na schodach. Przecież drzwi były otwarte. Coś tu nie grało. Wrócił do środka. Może jednak powinien się ośmielić i zajrzeć na górę? Choć to prywatne mieszkanie Harriet… Chyba lepiej tylko po cichu zawołać, stojąc na schodach.
W końcu zebrał się na odwagę i powoli wspiął się po kilku stopniach. A potem jeszcze kilku. Wkrótce znalazł się na górze. Przeszedł ciemnym korytarzem do salonu. Rany boskie, co tu się stało? W pokoju panował ogromny bałagan. Wszystkie przedmioty z półek leżały porozrzucane na podłodze, krzesło było przewrócone.
– Harriet?! – zawołał zdławionym głosem, na próżno nasłuchując odpowiedzi.
Podszedł do rozkładanej sofy, by poprawić przekrzywioną poduchę, ale nie mógł jej włożyć na miejsce. Coś rudobrązowego sterczało między oparciem a siedziskiem. Przypominało jakąś kudłatą poduszkę. Kjell chwycił ją i pociągnął. W tym momencie dotarło do niego, co trzyma: perukę przyjaciółki!
– Harriet! – krzyknął ponownie, tym razem z lekką paniką w głosie.
Kiedy zdjął poduszkę z kanapy, fala szoku przepłynęła przez jego ciało niczym zimna lemoniada. Leżała tam antykwariuszka, wciśnięta między oparcie a metalowy stelaż. Z zadrapania na łysej głowie wypłynęła odrobina krwi. Harriet wpatrywała się w niego. Czy to wszystko jego wina?! To po prostu niemożliwe. Czy stworzył śmiertelną pułapkę z rozkładanej sofy, kiedy pomagał ją rozłożyć wcześniej tego dnia?
– Harriet! Obudź się, obudź! ‒ krzyczał Kjell coraz bardziej zestresowany. Udało mu się wyciągnąć jej rękę i złapać za nadgarstek. Brak tętna! Czy ona nie żyła?!
W tej samej chwili usłyszał, jak ktoś za nim otwiera drzwi do kuchni.Rozdział 2
Bruno Söderstjärna, przeskakując co drugi stopień, wbiegł na trzecie piętro komisariatu. Tuż przed lunchem udał się do piwnicy i wreszcie oddał swój mundur policyjny magazynierowi Gunnarowi. W świetnym nastroju wkroczył na korytarz, gdzie pracowali jego dawni koledzy. Służba w drogówce, do której został dyscyplinarnie oddelegowany za to, że trochę za daleko się posunął w trakcie śledztwa pół roku wcześniej, dobiegła końca. Po wielu długich rozmowach z trenerem rozwoju osobistego z działu kadr uznano, że Bruno może wrócić na poprzednie stanowisko ‒ śledczego w wydziale kryminalnym na komisariacie w Lund.
Starannie zaplanował powrót do pracy. Poszedł do fryzjera i ściął czuprynę na krótko, co w jego mniemaniu wyglądało bardzo męsko. Chcąc wyraźnie zaznaczyć, że nie ma wiele wspólnego ze zwykłymi policjantami w mundurach, tego dnia włożył kraciastą tweedową marynarkę i modny czarny golf. Zatrzymał się przy jednej z sal konferencyjnych i spojrzał na swoje odbicie w szybie, po czym ruszył dalej. Nie różnił się zanadto od detektywów z klasycznych amerykańskich seriali. Przypominał Huntera. Albo Kojaka. Choć oni raczej nie nosili golfów… Właściwie najbliżej mu było do Baretty. I on, i Bruno mieli trochę bardziej wyluzowany styl…
Zapukał do drzwi pokoju Vendeli, szefowej wydziału. Chociaż to ona zawiesiła go w obowiązkach służbowych pamiętnego dnia przed sześcioma miesiącami, nie stracił do niej szacunku. Najzwyczajniej w świecie wykonywała swoją pracę, a on wyraźnie czuł, że podoba jej się jego systematyczny sposób prowadzenia śledztw i prawdopodobnie dlatego tak bardzo chciała, by wrócił.
‒ O, cześć, Bruno! Witaj! ‒ przywitała się Vendela, podnosząc się zza biurka, by uścisnąć mu dłoń.
– Dziękuję, dziękuję! ‒ odparł, stojąc w progu.
– Wejdź i usiądź! Miło cię znowu widzieć. Wyglądasz jakoś inaczej. Masz nowe okulary?
– Wczoraj byłem u fryzjera, może to to.
– Nie, nie, chodzi raczej o całokształt. ‒ Vendela szeroko się uśmiechnęła. ‒ Świetny styl! Golf, marynarka i cała reszta. Przypominasz mi kogoś… chwila, tylko kogo?
– Może kogoś z telewizji? – zasugerował z zadowoleniem Bruno.
– Nie, już wiem! Wyglądasz jak taki nasz jeden lokalny polityk z Borås w latach siedemdziesiątych. Lennart coś tam… Ha, ha, jota w jotę!
– Być może… – Bruno usiłował ukryć oburzenie. ‒ Cóż, w każdym razie wróciłem. Jakie masz dla mnie ciekawe wyzwania?
– Hm, zobaczymy… Na początek to niewiele. Chciałabym, żebyś najpierw stopniowo się wdrażał, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się wiosną. Mam kilka mniejszych spraw, którymi możesz się zająć samodzielnie. Jedna to próba włamania na basen, a druga to zapytanie od irackiej policji, przy czym akurat ta sprawa wydaje się bardziej skomplikowana. Chodzi o czarny rynek irackich antyków. Podobno otrzymali informacje, że w rejonie południowej Szwecji i Danii prowadzony jest nielegalny handel tego typu. Zapoznaj się z materiałami, nie zagłębiałam się w szczegóły i nie mamy podejrzanych.
– Od razu się za to zabiorę – rzekł Bruno, próbując nie okazać rozczarowania, że przydzielono mu tak nieistotne zadania.
‒ Ach, prawie bym zapomniała. Pojawiła się nowa, większa sprawa, pomyślmy…
– Super!
‒ Mhm, w tym przypadku będziesz pracował z Kajem, jako jego pomocnik, żebyś mógł na nowo wdrożyć się w rytm pracy.
– Aha, z Kajem, to świetnie. ‒ Bruno uśmiechnął się uprzejmie.
Lubił Kaja. I choć to właśnie on pół roku wcześniej doprowadził do aresztowania Brunona jako podejrzanego w sprawie niejasnego morderstwa, trzeba mu oddać, że miał rację i podjął słuszne decyzje. W końcu znaleziono zakopane ciało w ogrodzie Brunona – to uzasadniało podejrzliwość. Kaj po prostu wykonywał swoją pracę, tak trzeba na to patrzeć.
– Kaj tu dowodzi, tak żebyś miał jasność – kontynuowała Vendela. ‒ Ma wprawdzie mniej lat stażu niż ty, ale ponieważ przez jakiś czas byłeś w drogówce, proponuję, żebyś zaczął na spokojnie. Kaj będzie zdawał mi raporty z twoich postępów i jeśli wszystko pójdzie dobrze, wkrótce wrócisz na dawną pozycję.
– Nie zawiodę cię. Na pewno uda nam się wiele osiągnąć, w końcu co dwie głowy to nie jedna.
– Raczej półtorej.
– Co masz na myśli? – Bruno uśmiechnął się nerwowo. Właściwie wiedział, o co jej chodzi, ale chciał się upewnić, że dobrze ją zrozumiał. Czy nie uważała go już za w pełni wydajnego pracownika?
– Kaj jest właśnie na odprawie z prokuratorem, który przekazuje mu informacje na temat nowej sprawy – odparła Vendela, ignorując pytanie Brunona. ‒ Tam na półce leży twój laptop i kartka z nowymi danymi do logowania. Zajmij jakieś wolne miejsce w biurze. Kaj do ciebie przyjdzie, jak skończy.
– Oczywiście. – Bruno zerwał się z krzesła, chcąc sprawić wrażenie pojętnego. ‒ Czy coś jeszcze powinienem uwzględnić w dalszych etapach pracy?
– Tak, możesz zamknąć za sobą drzwi. Powodzenia!
Bruno wyszedł tyłem z biura Vendeli, z laptopem pod pachą. No dobrze, teraz na każdym kroku będzie musiał pokazać się z jak najlepszej strony. Żaden problem! Vendela i Kaj niebawem się przekonają, jaki z niego bystry policjant. Po drodze wstąpił do pomieszczenia z artykułami biurowymi i wziął dwa duże kołonotatniki oraz kilka nowych długopisów. Zabrał też trzy zakreślacze w różnych kolorach. Praca musiała być wykonywana profesjonalnie na wszystkich poziomach.
W biurze panował spokój, większość ludzi najwyraźniej przebywała w terenie.
– Bruno! Wróciłeś! Witaj!
To była Monika, koleżanka, którą akurat najmniej lubił. Straszna gaduła, większość czasu w pracy spędzała na oglądaniu głupich filmików na YouTubie lub udostępnianiu zdjęć w mediach społecznościowych ze swoich niezliczonych wakacji w kamperze.
– Tak, teraz trzeba wcisnąć gaz do dechy – odparł, by podkreślić, że od pierwszego dnia ma wielkie ambicje.
– Gaz do dechy, ha, ha, ha, tak się pewnie mówi w drogówce, co? Łapaliście dużo piratów czy głównie ścigaliście rowerzystów jadących pod prąd?
– W wydziale ruchu drogowego wykonują naprawdę bardzo dobrą robotę. ‒ Bruno zacisnął usta.
Wybrał biurko w rzędzie przed Moniką, by siedzieć do niej plecami i w ten sposób zaznaczyć dystans oraz nie dać się wciągnąć w męczące rozmowy. Wyjął z teczki dwie ramki ze zdjęciami córek, Liny i Mai. Trzymał je tam od czasu, kiedy został przeniesiony. Czuł pewnego rodzaju triumf, ustawiając je teraz na biurku i znowu zajmując miejsce przy komputerze.
‒ À propos ruchu drogowego. Słyszałeś, co spotkało mojego męża Kennerta, jak jechał w poniedziałek kamperem i zatrzymała go policja?
– Kennert? Czy on nie ma na imię Kennet?
– To znaczy ma na imię Kennert, ale wychował się w Halmstad w regionie Halland, a w tamtym dialekcie nie wymawia się litery „r”, więc w Halmstad mówi się na niego Kennet, a kiedy jest u mnie w Skanii, nazywam go Kennert.
‒ O! Cześć, Bruno!
Wreszcie pojawił się Kaj! Wszedł sprężystym krokiem i stanął przy biurku Brunona z grubym segregatorem pod jedną pachą i laptopem pod drugą. Podobnie jak Brunon, miał na sobie golf i kraciastą marynarkę dopasowaną kolorystycznie do szarych spodni garniturowych z ostro zaprasowanymi kantami.
– Cześć, Kaj ‒ przywitał się Bruno, siląc się na swobodny i zrelaksowany ton. ‒ No i jestem…
– Cieszę się, że wróciłeś. Czy Vendela ci mówiła, że będziemy razem pracować?
– Tak jest! Czas dobrać się do skóry bandziorom! – Bruno próbował przybić piątkę, jednak Kaj w tym momencie podszedł, by go uściskać.
– Och, jak słodko! – zachichotała Monika. ‒ Czy wasze mamy postanowiły was dzisiaj ubrać tak samo? Ha, ha, ha. Cudnie razem wyglądacie, muszę wam zrobić zdjęcie!
– Aha, no tak – przyznali Bruno z Kajem, udając, że nie zauważyli tego wcześniej.
– Żadnych zdjęć, Moniko. – Kaj podniósł rękę na znak, żeby przestała. ‒ Wiesz, że nie robimy tu zdjęć ze względu na poufność.
Brunonowi podobał się taki profesjonalizm.
– Ech, ależ ty nudzisz – jęknęła Monika. Czy ty w ogóle myślisz o czymś innym niż regulamin?
– Kaj ma rację – odezwał się Bruno. ‒ Możesz nam później zrobić zdjęcie na zewnątrz, jeśli chcesz…
Przez złośliwy komentarz Moniki ich rozmowa przestała się kleić i zapadło krępujące milczenie. Bruno zastanawiał się, czy wrócić do biurka, czy może lepiej wypadnie, jeśli dalej będzie tam stał. Za wszelką cenę chciał zaznaczyć, że należy się z nim liczyć, ustępując jednak miejsca Kajowi, skoro to on przejął stery. To była sztuka zachowania równowagi.
– Czy wypiłeś już popołudniową kawę? – spytał Kaj, przerywając ciszę.
– Nie, właśnie o tym myślałem – skłamał Bruno. ‒ Możemy pójdziemy razem po kawę i przedyskutujemy sprawę?
– Och, jak miło! Czy można się przyłączyć? – Monika zerwała się z krzesła.
– Innym razem – odparł Kaj. ‒ Muszę porozmawiać z Brunonem w cztery oczy, mamy naprawdę ważny temat.
Położył rękę na ramieniu kolegi i delikatnie popchnął go w stronę drzwi. Bruno poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. On i Kaj. Gdyby się postarali, mogliby zostać najskuteczniejszym duetem śledczym w jednostce. To pewne. Uraza do Moniki wywołana jej drwinami z powodu ich jednakowych strojów niespodziewanie zgasła, a w jej miejsce pojawiło się poczucie, że to właśnie podobny ubiór ich do siebie zbliżył i dał im moc – byli trochę jak Crockett i Tubbs z serialu Policjanci z Miami. Bruno wyszedł na korytarz z podniesionym czołem, udając się w stronę pokoju socjalnego.
Z kubkami świeżo nalanej kawy weszli do jednej z mniejszych sal konferencyjnych. Bruno usiadł podekscytowany i otworzył pusty notatnik, tymczasem Kaj zamknął drzwi.
– Posłuchaj, Bruno – zaczął i otworzył segregator. ‒ Właśnie przydzielono mi zupełnie nową sprawę, którą, jak sądzę, razem możemy dość łatwo rozwiązać.
– Świetnie. – Bruno się wyprostował, by pokazać, że jest gotowy do działania.
– Podejrzenie morderstwa w centrum miasta. Wstępne śledztwo jednoznacznie wskazuje na potencjalnego sprawcę, ale potrzebujemy więcej dowodów. Dopiero wtedy będziemy mogli wezwać tę osobę na przesłuchanie.
– Ojejć! – Bruno aż się wzdrygnął.
‒ Na zdrowie ‒ rzekł Kaj, nie odrywając wzroku od segregatora.
– Dzięki – zdziwił się Bruno. Nie widział sensu wyprowadzać kolegi z błędu, że źle usłyszał. Teraz najważniejsze było, żeby się zgrali i potrafili współpracować w trakcie śledztwa.
– Ofiarą morderstwa jest Harriet Nordmark, antykwariuszka. Od ponad dwudziestu lat prowadziła sklep ze starociami przy ulicy Stora Gråbrödersgatan siedemnaście i mieszkała w tym samym budynku. Wczoraj o siedemnastej szesnaście służby ratunkowe otrzymały telefon od jej siostry, Clotilde ‒ nie wiem, jak to się wymawia – która znalazła martwą Harriet w mieszkaniu nad sklepem.
– Czy mamy pewność, że to zabójstwo?
– Sposób, w jaki ją zamordowano, jest dziwny, jednak lekarz medycyny sądowej nie ma wątpliwości.
– Czy udało się zabezpieczyć narzędzie zbrodni? – Bruno cieszył się, że podczas każdego dochodzenia w sprawie o morderstwo przestrzegano tej samej procedury, która zakładała ustalenie trzech elementów: ofiary, przyczyny śmierci, narzędzia zbrodni. To ostatnie prawdopodobnie było najważniejsze na tym wczesnym etapie postępowania. Broń wiele mówiła o profilu sprawcy, a ponadto, przy odrobinie szczęścia, gdyby udało się zdjąć odciski palców, może pasowałyby do jakichś w rejestrze.
– To rozkładana sofa.
– Słucham?
– Narzędziem zbrodni jest rozkładana sofa. Nie da się tego inaczej ująć. Z raportu wynika, że Nordmark została wepchnięta do rozkładanej sofy i złamała kark o metalowy pręt pod oparciem. Czas zgonu nie został dokładnie ustalony, ale istnieją przesłanki sugerujące, że zmarła tego samego dnia, w którym została znaleziona, między godziną jedenastą a czternastą. Przejrzyj sobie te zdjęcia. – Kaj podał kopertę.
Bruno od razu wykonał polecenie. Blada, łysa starsza kobieta patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Najwyraźniej była to Harriet Nordmark. Bruno nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zwrócił uwagę na jej sklep. Nie interesowały go antyki, wolał nowe i nowoczesne rzeczy, najlepiej niedrogie.
‒ Jak wspomniałem, mamy potencjalnego sprawcę: Kjella Nilssona. Z billingu telefonu komórkowego Harriet wynika, że rano w dniu morderstwa dwukrotnie ze sobą rozmawiali, czyli raptem kilka godzin przed jej śmiercią. Clotilde zeznała, że jej siostra znała Nilssona pobieżnie, że jest stałym klientem od wielu lat.
– To niewiele na niego mamy ‒ rzekł Bruno nieco rozczarowany. ‒ Co jeszcze wiemy o Nilssonie?
– Urodzony w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku. Nieżonaty. Adres zamieszkania: Clemenstorget dwa. Pracuje w butiku Larssona jako sprzedawca. Nie figuruje w rejestrze karnym.
– Czekaj, powiedziałeś butik Larssona? Znam ten sklep! – Bruno triumfalnie uniósł długopis.
– Tak, tak, większość ludzi go zna. Przecież od stu lat znajduje się w tym samym miejscu. Chyba że co innego masz na myśli?
– Albin Larsson, właściciel, przewijał się w kilku moich poprzednich śledztwach dotyczących morderstw.
– Czy został za coś skazany? – Kaj uniósł brwi.
– Właściwie nie, ale zawsze wydawał mi się podejrzany.
Bruno wiedział, że nie zabrzmiało to wiarygodnie. Nie można przecież opierać dochodzenia na tym, że ktoś wydaje się podejrzany.
– No cóż, w trakcie nadchodzących postępowań musisz pamiętać, żeby nie polegać jedynie na intuicji. Szczególnie biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło ostatnio. Jeśli mógłbym ci coś poradzić… Ach, zresztą rozumiesz. Pracujmy nad tym, co wiemy i co możemy udowodnić.
– Oczywiście, Kaj, trochę się zapędziłem. ‒ Bruno poczuł, że się rumieni. ‒ Wracajmy do procedur!
– Tak, choć zacznijmy jednak od sklepu Larssona. W końcu to miejsce pracy Nilssona i, jeśli dobrze zrozumiałem, Albin jest jego szefem. Przejdźmy się tam i zbierzmy informacje. To będzie pierwsze zadanie na jutro. Do tego czasu zapoznaj się ze sprawą i zaaklimatyzuj na nowym miejscu. Chyba nawet nie zdążyłeś się zalogować do komputera, prawda?
– Nie, od razu rzucili mnie na głęboką wodę. – Bruno uśmiechnął się z dumnie uniesioną głową. ‒ Ale to świetnie! Do dzieła! Cała naprzód!
Bruno wrócił do biura i z ulgą stwierdził, że Monika w końcu wyszła. Usiadł i zabrał się do przeglądania akt dotyczących zamordowanej antykwariuszki. Nie do pomyślenia, że została zamordowana za pomocą rozkładanej sofy! Czy naprawdę tak było? A może w jakiś sposób tam utknęła i po prostu umarła? Sam jako dziecko przytrzasnął sobie palec przy rozkładaniu kanapy. Choć to raczej mało prawdopodobne, żeby złamać sobie samemu kark. W takim razie dziwnym trafem Kjell Nilsson musiał być w to zamieszany. Bruno przejrzał materiały ze śledztwa. Wydawały się niekompletne. Oprócz billingu z telefonu właściwie nic nie łączyło Nilssona z ofiarą. Zamknął oczy i próbował sobie przypomnieć Kjella Nilssona – spotkał go kilkakrotnie w tym podejrzanym sklepie z odzieżą męską – jednak nie potrafił przywołać wyraźnego obrazu sprzedawcy.
– Halo, Bruno, nie spać! Ha, ha, co z ciebie za gość! Chyba powrót do pracy tutaj okazał się trudny po leniwych dniach w drogówce, co? Ho, ho! Witaj w prawdziwym świecie! ‒ wołała Monika z rękami przyłożonymi do ust jak megafon.
– Rozmyślałem nad pewną teorią – wyjaśnił kwaśno Bruno, piorunując ją wzrokiem.
– Ach tak! Ty powinieneś wiedzieć najlepiej, że nie wolno pozostawać na biegu jałowym dłużej niż minutę. Ha, ha, to było dobre, przyznaj!
– Bardzo zabawne, Moniko. – Bruno westchnął demonstracyjnie. ‒ Może dasz mi trochę popracować?
– Przepraszam. Obiecuję, że nie będę cię budzić… to znaczy nie będę ci przeszkadzać. Właściwie tylko wpadłam po kurtkę, kończę dzisiaj o piętnastej, tak że zaraz znów będziesz mógł siedzieć samodzielnie.
– Potrafię siedzieć samodzielnie, od kiedy skończyłem sześć miesięcy. – Bruno posłał jej złośliwy uśmiech.
– Co takiego?
– Chciałaś chyba powiedzieć, że będę mógł tu „siedzieć sam”.
‒ Jak zwykle nie rozumiem nic z tego, co mówisz, ale życzę ci miłej reszty dnia, kiedy mnie tu nie będzie. – Z tymi słowy Monika zniknęła w korytarzu.
Choć Bruno nie miał pewności, czy koleżanka zrozumiała różnicę między „samodzielnie” a „samemu”, był zadowolony ze swojego ciętego komentarza, który zabrzmiał jak typowa uwaga jego żony Malin, purystki językowej. Tym razem to jemu udało się dokuczyć komuś innemu.
Kiedy Monika w końcu sobie poszła, Bruno zabrał się za przeszukiwanie wszystkich baz danych, do których miał dostęp. Sprawdził kataster nieruchomości, rejestr karny oraz dane urzędu skarbowego dotyczące dochodów i długów, lecz nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy, ani w przypadku Kjella, ani ofiary morderstwa. Oboje mieli dość niskie pensje, żadne z nich nie posiadało samochodu, żadne też nie było nigdy karane. W tej sytuacji należało spojrzeć na sprawę szerzej. Zebrać informacje na temat zwyczajów Kjella i jego powiązań z innymi, potencjalnie kluczowymi osobami mogącymi mieć znaczenie dla śledztwa. Rozmowa z Albinem Larssonem, którą wraz z Kajem zaplanowali na następny dzień, mogła rzucić nowe światło na sprawę.
Spojrzał na zegarek, dochodziła szesnasta trzydzieści. Chyba powinien wracać do domu. Czy Malin nie miała wieczorem gdzieś wyjść? Sprawdził w kalendarzu – używał tradycyjnego terminarza kieszonkowego w ciemnozielonej okładce z ekoskóry. Rzeczywiście figurowało tam jakieś wydarzenie, ponadto zanotował to długopisem, czyli musiało być szczególnie ważne. Widniało tam: „Słój Malin”. Prawdopodobnie. Tusz rozmazał się na kartce. Spojrzał przed siebie, ale nie mógł sobie przypomnieć, o co chodziło. Słój? Nie, gotowanie nie należało do mocnych stron Malin. W zasadzie nie potrafiła przyrządzić nic poza paluszkami rybnymi i ziemniaczanym purée z proszku – a i to nie na pewno. Bruno zebrał papiery, uznawszy, że najlepiej będzie wrócić do domu na siedemnastą i dowiedzieć się, co takiego Malin planuje.
– Świetnie, wracasz do domu za pięć piąta – przywitała go żona w holu ich domu z wapienno-piaskowej cegły.
– Na piątą chyba coś zaplanowałaś – odparł Bruno, przyglądając się żonie w nietypowym stroju i wypatrując wskazówek, dokąd się wybiera. Miała na głowie włóczkową czapkę i była ubrana w obcisły czarny kombinezon ze spandeksu. Bruno zadrżał na jej widok. Miała figurę modelki!
– Chciałam wyjechać punkt piąta – oznajmiła Malin. ‒ Naprawdę nie można było wrócić wcześniej, żeby przed moim wyjściem dzieciaki pobyły z obojgiem rodziców? ‒ Pochyliła się, żeby zawiązać buty do biegania.
– Przepraszam, musiało mi się coś pomieszać. Jedliście już? ‒ Bruno wciągnął powietrze nosem i wyczuł zapach czegoś, co Malin przypaliła w kuchni.
– Nie, ale paluszki rybne są na patelni. Wystarczy przełożyć je na talerz.
– Dokąd się wybierasz?
– Na spotkanie z ekipą z SOJA, już ci mówiłam.
– SOJA? To jakiś sport?
– Jezu, Bruno, przecież wszystko ci tłumaczyłam w zeszłym tygodniu. SOJA to Straż Ochrony Języka Akademickiego. Założyłyśmy z Sophie, chyba pamiętasz? Podobno twoja koleżanka Sandra należy do tej grupy. Świetnie się tam bawimy. Sophie już jest! Baw się dobrze z dziewczynkami. Wrócę przed dwudziestą drugą, może wcześniej.
Bruno posłał Malin całusa, gdy ta schodziła ścieżką przez ogród do czekającego na ulicy samochodu. Niespecjalnie cieszyło go zaangażowanie Malin w grupę SOJA. Ich działania balansowały na granicy prawa, a polegały na wyszukiwaniu i poprawianiu wszelkiego rodzaju błędnie napisanych znaków. W ogóle go nie dziwiło, że do tej grupy należy Sandra. Ostatnio poprawili ponad trzydzieści tabliczek, malując myślniki między niewłaściwie rozdzielonymi słowami, które powinny być zapisane łącznie. Śledził też inne wydarzenie na ich profilu na Instagramie i widział, jak „Uprasza się o nie palenie”, „Przed zimą kup nowy swetr” czy „remament” zyskały poprawne formy. Co za głupota!
– Tato! ‒ zawołała młodsza córka Maja, która podbiegła do niego ubrana jedynie w koszulkę z nadrukiem policyjnego munduru.
– Cześć, bąbelku – przywitał się. ‒ Co u ciebie?
– Dobrze… ale dlaczego nie masz na sobie munduru, tato?
– Oddałem go. Teraz jestem takim policjantem, który nie nosi munduru – wyjaśnił Bruno i posadził Maję na dywaniku w przedpokoju.
– Twoje nowe ubrania są brzydkie – oznajmiła dziewczynka, szarpiąc ojca za marynarkę. ‒ O wiele bardziej mi się podobałeś, kiedy byłeś prawdziwym policjantem.
– Co ja poradzę… – odparł Bruno oszołomiony. ‒ Chcesz paluszki rybne?
– Tak, paluszki rybne! – wykrzyknęła Maja i pobiegła do kuchni.