Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

PRAWDA NIE MA GUI Proza życia w wersji produkcyjnej - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

PRAWDA NIE MA GUI Proza życia w wersji produkcyjnej - ebook

„PRAWDA NIE MA GUI” to proza życia w wersji produkcyjnej- bez filtra i lukru. Agata Nowak używa języka technologii, biznesu, prawa i księgowości- logów, rollbacków, SLA, KPI, bugów, kosztów utopionych i praw administratora, by opowiadać o tym, czego nie da się policzyć: miłości, stracie, ambicji, pamięci, ciele, granicach i człowieku. To nie poradnik o „najlepszej wersji siebie”, lecz książka o wersjach uruchamianych, by przetrwać, i o tej, którą wybieramy sami. O miłości, której nie naprawi patch. O sukcesie, który przestaje być zyskiem, gdy płacisz za niego sobą. O żałobie, której algorytm nie rozumie, przyjaźniach bez winnego, ciele prowadzącym księgowość i ranach, które nie muszą być lekcją. O granicach, po których słyszysz: „zmieniłaś się”, bo poprzednia wersja była wygodniejsza. Frontend może wyglądać idealnie, choć backend zgłasza błąd. Nie każdy, kto zna stare hasło, ma prawo do bieżącej sesji. Książka pyta: kim jesteś, kiedy przestajesz wykonywać cudzy kod?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Poezja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398348409
Rozmiar pliku: 12 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORKI

O TEKSTACH

Piszę prozą życia z poetyckim polotem.

Używam języka biznesu, technologii, prawa, księgowości i systemów do opowiadania o rzeczach, których żadna tabela nigdy nie potrafiła policzyć. O miłości, stracie, wstydzie, ambicji, ciele, granicach i ludziach.

Nie wiem, czy te teksty są poezją, esejem, prozą czy raportem z człowieka... i chyba dobrze. Człowiek też nigdy nie mieścił się idealnie w jednej rubryce.

Teksty mają charakter literacki i eseistyczny. Łączą osobiste doświadczenia, obserwacje i metaforę; nie są kroniką konkretnych osób, relacji ani organizacji.01 / SYSTEM

O MNIE

Najbardziej bawi mnie, gdy ktoś mówi „Znam Cię”.

To bardzo ciekawe, bo ja sama od roku poznaję siebie od nowa i czasem mam wrażenie, że zostały mi do siebie nieaktualne dane logowania i nie przeszłam jeszcze onboardingu.

Zmieniłam hasło.

Kilka przekonań, parę granic i ludzi, którzy mylili dostęp do mojego życia z prawami administratora.

Najwięcej wiedzą o nas zwykle ci, którym dawno wygasła subskrypcja.

Podobno jestem trudna.

Możliwe!

Jestem pyskata jak mikrofon zostawiony włączony po konferencji prasowej.

Nieprzewidywalna jak występ Eldo tam, gdzie ktoś zamówił łatwy refren.

Jestem jak piosenka Placebo, trochę chłodna, trochę niewygodna, ale jeśli już wejdę pod skórę, trudno mnie wyciszyć.

Trochę jak szybkie sportowe auto - no nie dla każdego, nie na każdą drogę i nie do jazdy na półsprzęgle za cudzymi oczekiwaniami.

Nie każda prędkość jest ucieczką.

Czasem po prostu wreszcie jedziesz we własnym kierunku.

Jestem również trochę jak worek bokserski.

Dużo wytrzymam, ale to, że ktoś dużo wytrzyma, nie oznacza, że został stworzony do bicia, bo wytrzymałość nie jest zgodą.

Bywam też trochę jak Harry Potter.

Mam swoje blizny, kilku dementorów oraz parę rozdziałów, których najchętniej nie ekranizowałabym nigdy, jednak czasem największym zaklęciem jest po prostu powiedzieć „Nie masz już nade mną władzy”.

Czasami bywam także jak bardzo gorzka czekolada.

Nie każdemu smakuję i... uff, całe szczęście.

Mam za dużo kakao, żeby udawać mleczną.

Za mało cukru, żeby osładzać rzeczy, które są gorzkie naprawdę.

Nie wszystko, co dobre, musi być słodkie.

Nie wszystko, co gorzkie, jest złe.

Przez lata ludzie opowiadali mi, jaka jestem, jakby dostali akredytację na konferencję prasową mojego charakteru.

Jedni pisali lead, drudzy komentarz, a trzeci sprostowanie.

Ja właśnie zmieniałam redakcję.

Największą rewolucją nie jest zmienić zdanie.

Najlepszą jest przestać być cytatem w cudzej narracji.

Od ponad roku spotykam kobietę, której chyba wcześniej nie znałam.

Ma mniej cierpliwości, ale więcej spokoju.

Mniej ludzi, ale więcej miejsca.

Mniej potrzeby tłumaczenia się, ale znacznie bogatsze słownictwo.

Dojrzałość chyba zaczyna się wtedy, kiedy przestajesz poprawiać cudzą opinię o sobie jak literówkę w ważnym tekście.

Nie poprawiam, nie autoryzuję i nie wysyłam sprostowań.

Ech, niech piszą.

Tylko że ja zrobiłam update i cóż... przykro mi, kompatybilność wsteczna nie była wymaganiem biznesowym.

Nie jestem już wersją, którą ktoś poznał pięć lat temu ani rok temu.

Momentami nawet ta z poniedziałku nie przechodzi regresji w piątek.

Więc kiedy ktoś dziś mówi „ja Ciebie znam”, uśmiecham się, myśląc: „Naprawdę?

To zazdroszczę, bo ja mam dostęp całodobowy, wersję premium, pełną historię zmian, logi błędów i nadal czasem klikam «co nowego w tej aktualizacji?»”.

Możliwe, że poznanie siebie nie polega na znalezieniu jednej definicji.

Może polega na tym, żeby wreszcie przestać pozwalać innym stawiać kropkę w zdaniu, które jeszcze piszesz.01 / SYSTEM

KOBIETA BEZ TERMINU WAŻNOŚCI

Kobietom najpierw wyznacza się termin dojrzewania, a potem termin znikania.

Pomiędzy nimi dostają kilka lat, żeby zdążyć być jednocześnie piękne, mądre, młode, dojrzałe, spełnione i niezależne, ale oczywiście nie za bardzo.

„Za bardzo” to chyba najczęściej używana jednostka miary kobiecego życia, bo zawsze można być za głośną, za ambitną, za trudną, za młodą, żeby wiedzieć, albo za starą, żeby zaczynać.

Kryteria zmieniają się szybciej, niż człowiek zdąży dostosować wersję produkcyjną, wymagania nigdy nie zostały uzgodnione, deadline pojawia się przed rozpoczęciem, a interesariusze przez cały czas twierdzą, że przecież wszystko było oczywiste.

Kobieta przychodzi na świat bez instrukcji obsługi, więc społeczeństwo natychmiast nadrabia ten błąd i przykleja etykietę: „Produkt delikatny.

Przechowywać w temperaturze cudzych oczekiwań. Nie wystawiać na zbyt silne światło własnego zdania. Zużyć przed utratą młodości, najlepiej zanim zacznie wiedzieć, czego chce”.

Kobieta, która nie wie, jest tajemnicza, a kobieta, która wie, jest wymagająca.

Ma być pewna siebie, ale nie do tego stopnia, żeby ktoś przy niej poczuł się niepewnie. Ma mieć własne zdanie, najlepiej zgodne, i stawiać granice, ale miękkie, zaokrąglone i w neutralnym kolorze, żeby przypadkiem nikogo nimi nie skaleczyć.

Może mówić „nie”, pod warunkiem że ton głosu nadal sugeruje możliwość negocjacji i oczywiście może być sobą, ale w ramach obowiązującego regulaminu.

Największy biznes świata zbudowano na kobiecie, której wmówiono, że jej własna twarz jest reklamacją, a zmarszczki są awarią systemu, nie dokumentacją tego, że przez lata śmiała się, martwiła, myślała, kochała i wychodziła rano do życia bez filtra wygładzającego rzeczywistość.

Nie mam nic przeciwko kremom, ale mam coś przeciwko temu, kiedy słoik próbuje mi wmówić, że czas jest chorobą.

Mężczyźnie czas dopisuje charakter, kobiecie przypisy, jemu siwizna dodaje autorytetu, jej przypomina się o marce osobistej, on jest doświadczony, a ona podobno już trochę za długo jest na rynku.

Stety, niestety, ja nie chcę „świetnie się trzymać”, bo życie nie jest poręczą, której z wiekiem trzeba kurczowo pilnować.

Chcę czasem puścić, śmiać się za głośno i ubierać nieodpowiednio do wieku, bo mój wiek nigdy nie przesłał mi dress code’u.

Nie interesuje mnie odmładzanie, bo wystarczająco długo pracowałam na tę wersję i nie po to przeszłam tyle aktualizacji, żeby teraz udawać wersję demo.

Mam pełną historię zmian, logi błędów, kilka awarii krytycznych i migrację danych z naiwności do doświadczenia: kilku ludzi nie udało się przenieść, kilka przekonań okazało się niekompatybilnych z dalszym życiem, ale system jest mój i nadal działa.

Nie chcę przywracać ustawień fabrycznych, bo fabryka produkowała dziewczynki, które przepraszały za miejsce, głos, apetyt, złość i sukces.

Wolę wersję po poprawkach, która ma mniej cierpliwości, więcej RAM-u do własnych spraw, lepszy firewall i blokadę numerów dzwoniących wyłącznie po darmowy support emocjonalny.

Najgorsze dzieje się jednak wtedy, kiedy zewnętrzny kontroler jakości przenosi się do środka i kobieta zaczyna sama sprawdzać, czy nie mówi za głośno, czy nie śmieje się zbyt szeroko, czy jej marzenia nie są już za młode, a ambicja nie wygląda przypadkiem jak brak kobiecości.

To chyba najtańszy system kontroli społecznej: dać kobiecie lustro i nauczyć ją, że to kamera, a po pewnym czasie sama zacznie pilnować kadru, ściszać głos i kasować zdanie, zanim ktokolwiek zdąży się z nim nie zgodzić.

„Może się mylę, ale...”, „Nie jestem ekspertką, tylko...”, „To pewnie głupie...” i zanim rozpocznie prezentację przygotowaną najlepiej ze wszystkich, zdąży już pomniejszyć samą siebie.

To nie jest skromność, tylko składka ubezpieczeniowa od cudzej niechęci, płacona regularnie własnym głosem.

Któregoś dnia znalazłam tę etykietę nie na sukience, ale gdzieś pod skórą, przeczytałam ją, roześmiałam się i odcięłam metkę.

Okazało się, że nigdy nie była częścią mnie, tylko instrukcją napisaną przez ludzi, którym zależało, żebym była łatwa w przechowywaniu.

Nie będę udawać, że czas niczego nie zabiera, bo zabiera ludzi, możliwości, bezkarność nieprzespanych nocy i przekonanie, że wszystko można jeszcze odłożyć na później.

Czas nie jest wyłącznie poetą, czasem bywa windykatorem i przychodzi po decyzje, których zbyt długo nie podejmowaliśmy, po słowa, których nie powiedzieliśmy i po ludzi, których uznaliśmy za oczywistych.

Nie zamierzam jednak przepraszać za to, że przeżycie pozostawiło dokumentację, bo moja twarz nie jest reklamacją, tylko protokołem wykonania.

Moje ciało nie jest nieudaną próbą zachowania młodości, ale miejscem, w którym wydarzyło się życie i nie musi wyglądać tak, jakby nic mu się nigdy nie przydarzyło.

Przydarzyłam mu się ja, cała, z każdą historią, którą musiało pomieścić.

Młodość ma blask początku, ale dojrzałość ma światło, które już wie, gdzie pada.

Młoda kobieta często pyta „czy mogę?”, a dojrzała coraz częściej pyta „dlaczego miałabym nie?”

Dlatego dziś nie pytam już, czy jestem na coś za stara, tylko dla kogo właściwie miałabym być za stara.

Dla miłości, która jeśli wymaga metryki, bardziej przypomina rekrutację?

Dla zmiany, która przecież nie sprawdza dowodu, czy dla czerwonej sukienki, skoro kolor nadal nie czyta PESEL-u?

Nie chcę cofać czasu, bo nie po to szłam tak długo, żeby teraz udawać, że nie było drogi.

Termin ważności mają mleko, paszport, oferta handlowa i kod rabatowy, ale człowiek ma czas, a czas nie zawsze działa przeciwko kobiecie.

Zabiera potrzebę aprobaty, uczy odróżniać samotność od świętego spokoju, zmniejsza liczbę ludzi, którym trzeba się tłumaczyć, i zwiększa liczbę rzeczy, z których nie trzeba tłumaczyć się już wcale.

Nie mam terminu ważności, mam rok produkcji, ślady użytkowania własnego życia i serce, które po licznych reklamacjach nadal nie zostało wycofane z obiegu.

Na mojej etykiecie nie ma już „Najlepiej spożyć przed”, jest za to „Najlepiej nie próbować mnie zużyć”.

Kobietom najpierw wyznacza się termin dojrzewania, a potem termin znikania, ale ja zamierzam spóźnić się na oba.

Termin ważności wygasł tylko jednej rzeczy: cudzym uprawnieniom do decydowania, kiedy mam być piękna, potrzebna, widzialna, kochana, za młoda, już za stara i do którego dnia wolno mi jeszcze żyć bez przeceny.

Nie jestem po terminie.

Jestem po cudzym regulaminie.01 / SYSTEM

AMBICJA NA KREDYT

Nie każdy awans jest ruchem w górę.

Czasem rośnie tylko rata.

Ambicja przyszła do mnie elegancko.

W białej koszuli, z prezentacją i obietnicą, że przyszłość będzie premium, jeśli zgodzę się dziś żyć w wersji próbnej.

Oferta wyglądała dobrze.

Stanowisko, wpływ i niezależność z rozwojem bez limitu.

Koszty w domniemaniu do uzgodnienia.

Podpisałam bez czytania drobnego druku.

Człowiek najczęściej czyta warunki umowy dopiero wtedy, gdy zaczyna płacić sobą.

Kapitał własny: talent, upór, kilka marzeń i niezdrowa zdolność udowadniania, że dam radę.

Zabezpieczenie to sen, zdrowie, niedziele, ludzie, którzy mieli poczekać, aż zrobi się trochę spokojniej.

Nie zrobiło się.

Spokój nie był uwzględniony w harmonogramie spłat.

Okres kredytowania: do sukcesu.

Termin nieokreślony, bo sukces ma tę irytującą właściwość, że po osiągnięciu zmienia definicję.

Pierwsza rata była niewinna.

Jedna odwołana kolacja.

Jeden weekend wysłany w załączniku.

Jedno „oddzwonię później”, które wróciło do nadawcy po kilku miesiącach.

Potem zaczęłam spłacać regularnie.

Poniedziałkami, które zaczynały się w niedzielę.

Urlopami, na których jedynym opalonym miejscem był ekran laptopa.

Rozmowami skróconymi do „Wszystko dobrze, tylko dużo pracy”.

To zdanie ma niezwykłą zdolność kredytową.

Można nim pożyczyć jeszcze kilka miesięcy życia od samej siebie.

Pensja rosła, ja malałam do zielonej kropki przy nazwisku.

Dostępna.

Dla klientów, zespołu, problemów i cudzych terminów.

Dla siebie na statusie „chwilowo poza biurem”.

W korporacyjnym języku nazywa się to ownership.

Rzeczywiście, wzięłam odpowiedzialność za wszystko oprócz własnego życia.

Nie było tego w zakresie.

Miałam cały katalog benefitów, na korzystanie z których coraz częściej brakowało czasu.

Nie brakowało opcji.

Brakowało przestrzeni, żeby z nich skorzystać.

Ach, wzruszające.

System najpierw odbiera Ci oddech, a potem wysyła powiadomienie, żebyś wzięła trzy głębokie.

Najgroźniejsze kredyty nie mają banku.

Nie widać ich w BIK, ale widać je pod oczami.

Nie obniżają scoringu, a obniżają człowieka.

Każdy kolejny sukces zwiększał moją zdolność do zaciągania następnych zobowiązań.

Skoro dałaś radę raz, dasz drugi.

Jeśli uniosłaś za dużo, widocznie można dołożyć.

To bardzo praktyczna zasada zarządzania.

Najsilniejszym daje się najwięcej ciężaru, a potem gratuluje im siły.

Organizacje lubią nazywać to odpornością.

Odporność pracownika jest najtańszym ubezpieczeniem źle zaprojektowanego systemu.

Ciało miało własny dział windykacji.

Najpierw wysyłało przypomnienia zaciśniętą szczęką, bezsennością i bólem, który pojawiał się punktualnie, choć ja od miesięcy nie pojawiałam się we własnym życiu.

Nie odpowiadałam.

Uznałam, że skoro potrafię pracować, to znaczy, że wszystko działa.

Człowiek również potrafi działać długo po tym, gdy przestaje funkcjonować.

W ocenach zawodowych „przekraczasz oczekiwania” brzmi jak komplement.

Oczekiwania także mnie przekraczały.

Najczęściej granice.

Z czasem jednak nauczyłam się bankrutować elegancko w dobrym żakiecie z wykresem powyżej planu.

Z makijażem przykrywającym kwartalną stratę i kalendarzem tak pełnym, że nie mieścił się w nim nawet upadek.

Mówiłam „Mam wszystko pod kontrolą” dokładnie w chwili, w której kontrola miała mnie, aż któregoś dnia spojrzałam na saldo.

Miałam więcej kompetencji, ale mniej rozmów.

Więcej pieniędzy, ale mniej dni, które naprawdę pamiętałam.

Mnóstwo kontaktów, ale coraz mniej ludzi, do których mogłam zadzwonić bez agendy.

Miałam kalendarz bez luk i życie pełne braków.

To wyjątkowo sprawny model operacyjny.

Nic się nie marnuje.

Poza człowiekiem, rzecz jasna.

Zrozumiałam wtedy, że nie każdy dług trzeba honorowo spłacić.

Niektóre zobowiązania wobec cudzych definicji sukcesu powinny zostać umorzone z braku podstaw.

Nie dlatego, że przestałam być ambitna.

Przestałam tylko chcieć więcej za cenę wszystkiego.

Ambicja miała finansować życie.

Nie przejmować go za niespłacone raty.

Zamknęłam więc ten rachunek bez odprawy, prezentacji końcowej i bez podsumowania lessons learned, bo nie każda lekcja musi od razu zostać szkoleniem.

Dziś nadal chcę wysoko.

Tylko już nie za wszelką cenę, bo „wszelka cena” najczęściej oznacza, że sprzedający wie, że kupujący nie przeczytał umowy.

Od dziś inwestuję inaczej.

Kapitałem jest czas, odsetkami spokój, a dywidendą zwykły dzień, którego nie muszę wpisywać do raportu, żeby miał wartość.

Sukces, po którym nie zostaje już Ciebie na własne życie, nie jest zyskiem.

To tylko bardzo dobrze zaksięgowana strata.

Ambicja na kredyt 2026
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij