-
nowość
Prawdziwa podróż - ebook
Prawdziwa podróż - ebook
Czasem trzeba zostawić wszystko, by odnaleźć to, co naprawdę ważne.
„Prawdziwa podróż” to poruszająca opowieść o odwadze, rezygnacji z wygodnego życia i wyruszeniu w niezwykłą drogę – nie tylko przez Rosję, Mongolię, Chiny, Tybet, Singapur i Australię, ale przede wszystkim w głąb własnego serca.
Autor zabiera czytelnika w autobiograficzną podróż pełną spotkań, kulturowych odkryć i zachwytu nad światem, łącząc barwny reportaż z głęboką refleksją duchową. To historia o zmaganiu się z lękiem, przebaczeniu, odkrywaniu sensu i odnajdywaniu Boga tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy.
| Kategoria: | Podróże |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68177-84-8 |
| Rozmiar pliku: | 8,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Każda decyzja wiąże się z niewytłumaczalnym napięciem. Boimy się. Tkwi w nas coś takiego, co powstrzymuje przed jej podjęciem. Czego się boimy? Straconej szansy? Pomyłki? Bólu? Zawodu? Cokolwiek jest powodem, chwila podejmowania decyzji zawsze wydaje się trudna. Często nie wiemy, co będzie konsekwencją danego wyboru, a odpowiedzialność spada na nas w pełni.
Zaryzykowałem. Podjąłem decyzję i wyruszyłem w świat. Moja prawdziwa podróż zaczęła się dużo wcześniej niż ta rzeczywista, po świecie, opisana w tej książce. Wszystko zapoczątkowały pytania o sens życia, zaś wyjazdy do Rosji, Mongolii, Chin, Tybetu, Singapuru i Australii były już następstwem tamtych rozważań. Dlatego oprócz opisów zakamarków świata znajdziesz tutaj także ważne refleksje dotyczące naszej egzystencji. Nie zawsze powstawały wtedy, gdy znajdowałem się w danym miejscu, lecz moment przebywania często był potwierdzeniem słuszności mojego myślenia. Podczas wojaży, a potem w trakcie pisania książki dojrzewałem jako człowiek, dlatego część moich refleksji może się wydać na początku kontrowersyjna. Zdecydowałem się jednak zostawić je w takiej formie, aby za wszelką cenę zachować autentyczność, gdyż uważam, że ta książka stanowi niejako wstęp do poznawania prawdy. Chcę zachęcić Cię do tego, abyś spróbował spojrzeć na świat inaczej. Może własne koncepcje myślowe wzbogacisz o nowe spojrzenie – zbudowane na podstawie moich rozważań. Dodatkowo pragnę, aby ta książka prowokowała do stawiania sobie pytań o sens życia i o to, czy istnieje jedna prawda, prawda przez duże „P”.
Mam nadzieję, że to, co znajdziesz w tej książce, pomoże Ci w podróży w głąb swojego serca, gdzie ukrywa się prawda o szczęściu.1. WSTĘP: Decyzja – początek każdej podróży
DECYZJA – POCZĄTEK KAŻDEJ PODRÓŻY
Podejmowanie decyzji nigdy nie było moją mocną stroną. Najczęściej miesiącami rozważałem, co dla mnie lepsze, a co gorsze. Często stres i obawy zjadały każdą nową myśl. Pojawiające się napięcie ściskało gardło. W brzuchu wszystko przewracało się od nerwów. Tak też było w przypadku planowanej podróży po świecie. Wahałem się ponad rok.
Wszystko odbywało się w momencie, gdy rozkwitała moja kariera zawodowa. Miałem dochodową pracę w korporacji, doceniano mnie i mogłem spokojnie wyczekiwać awansu. Decyzja o wyjeździe nie wynikała więc z frustracji, jak to nieraz bywa, a z wewnętrznego roztargnienia. Odczuwałem coś, co nazwałem wołaniem serca – delikatnym głosem, który swoim dźwiękiem przypominał mi, że nie poszedłem za powołaniem. Tak zrodziło się pragnienie odnalezienia siebie i odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”. Ten głos, w połączeniu z obowiązkami zawodowymi, powodował wielkie rozdarcie pomiędzy tym, co zewnętrzne (praca), a tym, co wewnętrzne (nawoływanie). Długo uciekałem, aby nic nie robić z takim stanem ducha, jednak nie dało się go zagłuszyć. Podjąłem decyzję, że znajdę odpowiedź: dowiem się, kim jestem! Jedną z konsekwencji tegoż był właśnie wyjazd.
To pragnienie odnalezienia siebie towarzyszyło mi od dawna. Już jako młody chłopak zastanawiałem się nad sobą. Proza życia często zagłuszała głos serca, lecz on odzywał się ze wzmożoną siłą w przełomowych momentach: przed wyborem szkoły, po maturze, w trakcie studiów. Kierunek, na jaki zdecydowałem się pójść – a ta decyzja była wynikiem rozmyślań, kalkulacji korzyści, podparta licznymi konsultacjami – był najlepszy z możliwych, jednak nie przyniósł upragnionej ulgi. Głos dawał o sobie znać. Lekkie ukłucie w sercu jakby przypominało mi, że istnieje coś, za czym powinienem pójść. Jak niektórzy, początkowo podążyłem za „głosem świata”. Uwierzyłem w marzenie o karierze, a co za tym idzie – o dużych pieniądzach. Wydawało mi się, że wprowadzą one do mojego życia szczęście, a także rozstanie z cierpieniem.
Dlaczego „rozstanie z cierpieniem”? Aby to zrozumieć, musimy na chwilę przenieść się do moich dziecięcych lat. W tamtym okresie liczne upokorzenia i odrzucenia były na porządku dziennym. Bieda oraz alkohol obecne w rodzinnym domu spowodowały, że sam włożyłem sobie na ramię niewidoczną opaskę z napisem: „gorszy”. Dzieci z podwórka szybko wychwyciły słabość i w sposób bezwzględny, poprzez liczne docinki, spotęgowały moje wewnętrzne poczucie odrzucenia. Gdy wpatrywałem się w dzieci z bogatych domów i widziałem, jaką admiracją są przez dorosłych otaczane, szybko w dziecięcej głowie postawiłem znak równości pomiędzy uznaniem a pieniędzmi. Zaś uznanie – jako przeciwwaga do odrzucenia – stało się dla mnie nowym celem życia. Wziąłem się do ciężkiej pracy.
Niestety szybko przyszło mi doświadczyć brutalności dorosłego życia. Nikogo nie interesowało moje poświęcenie; dobre oceny przeszły bez echa, a pracowitość w pierwszych firmach już na pewno nie była zapowiedzią majętności. Trafiałem raczej w miejsca, gdzie spotykały się wyzysk z wykorzystaniem. To wszystko w połączeniu z niezrozumiałą przeze mnie pogardą bijącą od ludzi spotykanych w Warszawie powodowało, że pętla niesprawiedliwości zacisnęła się mocno i przestawałem oddychać – dusiłem się w sobie.
Musiałem znaleźć coś, co dałoby mi wreszcie poczucie uznania i szacunku. Uciekłem w imprezy. Z ofiary szybko zostałem katem i sam stałem się uciążliwy dla innych. Zabawa wydawała się dobrym sposobem na odreagowanie upokorzeń, jednak nie udawało mi się zaleczyć nią ran, a tym bardziej zaspokoić pustki, w której nawoływał ten głos. Im bardziej próbowałem uciec od cierpienia, tym bardziej cierpiałem. Prędzej czy później zawsze natykałem się na kogoś, kto precyzyjnie wbijał mi sztylet w miejsce już istniejącej rany: wciąż i wciąż oszustwa i bolesne odrzucenia. Poszukiwanie szczęścia na oślep często kończyło się tym, że raniłem innych, a przez to wpadałem w gigantyczne poczucie winy. Miałem wrażenie, że potężne imadło – składające się z bólu opuszczenia i poczucia winy – zaciska się na moim sercu. Ledwo dawałem radę.
W takiej chwili wydarzyła się wielka dla mnie tragedia – śmierć mamy.
Życie nauczyło mnie walki, więc przez cztery kolejne lata jakoś funkcjonowałem, ale w końcu pociąg od dawna poruszający się po niewłaściwych torach zderzył się ze ścianą i się roztrzaskał. Przeżyłem załamanie. Moje serce rozpadło się na kawałki. Po podłodze życia rozlała się cała zmagazynowana we mnie żółć. Porozrywane serce cierpiało, a ja wyłem niemą rozpaczą. To był najgorszy moment mojego życia, a jak się później okazało – zarazem najważniejszy.
Gdy któregoś dnia przechodziłem obok kościoła, w akcie desperacji upadłem na kolana i wykrzyczałem przez łzy pretensje, jakie miałem do Boga. Nakrzyczałem na Niego za moje beznadziejne – jak wtedy uważałem – życie. Na koniec, przez zapłakane gardło, poprosiłem o pomoc. Choć w tamtym momencie nic się nie stało, pomoc przyszła, i to w najmniej oczekiwanym momencie, wiele miesięcy później.
Dzięki spotkanej wtedy osobie znalazłem samego Boga! Niczym tonący brzytwy, uchwyciłem się nadziei, jaka zrodziła się w moim sercu. Zacząłem na nowo walkę o siebie. Spowiedź z całego życia pozwoliła mi zobaczyć zakłamanie, w jakim żyłem, skutki błędów swoich i moich najbliższych, ale też skutki fałszywych dogmatów, w jakich dałem się zamknąć – idei kariery. Zabrałem się do pracy nad sobą. Było to doświadczenie „ziemskiego czyśćca” – z czym wiązało się sporo cierpienia – lecz dzięki temu wreszcie mogłem zobaczyć świat dobra i zrozumieć cel życia.
Uczucie towarzyszące oswobadzającemu się sercu jest nie do opisania. Wielkie wyzwolenie i poczucie wolności nie przesłoniły jednak prozy życia. Wstawałem rano. Chodziłem do pracy. Wykonywałem powierzone mi zadania. Ludzie, których spotykałem na co dzień, nadal oszukiwali, chociaż – co było moim nowym odkryciem – potrafili również pomóc. Stałem się jakiś inny. Wewnętrzna wolność rozświetlała moją codzienność. Odkryłem, że na świecie oprócz zła istnieje też dobro, nawet jest go sporo. Wystarczyło tylko odpowiednio popatrzeć, bo jeśli cały czas patrzysz w dół, nie widzisz całego obrazu. Dopiero widok z wysoka, z szerszej perspektywy pozwala dostrzec całość. Zdrowy dystans do wszystkiego przychodzi wraz z otwartym sercem. Dla mnie nagle otworzyła się zupełnie nowa rzeczywistość. Zauważyłem, że wcześniej toczący się we mnie jad nienawiści zmienia się w tryskający strumień radości, a ten uderzał raz po raz w moją duszę. Z wnętrza mnie wydobywał się wtedy głos wołający: „Jesteś dobry!”. Odtąd już nic nie było takie jak wcześniej. Została we mnie otwarta komnata ogromnej wrażliwości. Nie tylko zacząłem dostrzegać dobro w ludzkich zachowaniach, ale też wreszcie zobaczyłem dobro w ludziach i w sobie.
Choć blask zdrowiejącego serca zaczął już oświecać innych i pomagałem ludziom, to nie czułem się jeszcze gotowy na pełne poświęcenie się. Musiałem najpierw odpracować to, co straciłem. To był moment, w którym rozpocząłem swoją podróż, czyli nową życiową wędrówkę do niezrealizowanego marzenia. Moment decyzji był niczym skok w przepaść. Rozważając nieznane, widziałem tylko zimną otchłań, która uderzała w twarz lękiem. Bardzo się bałem, ale z ciemności wydobywał się łagodny śpiew. Moje oswobodzone serce zabiło mocniej, a ja poczułem w nim ukłucia – jakby dziecko kopało nóżkami. Byłem przerażony, a jednocześnie zachęcony, aby pójść dalej, za głosem pieśni. Miałem wrażenie, że anioły na harfach wygrywają melodię pod tytułem Pójdź za mną. Wiedziałem, że przecież nie muszę podążać w tamtym kierunku. Nic mnie nie zniewalało. Byłem wolny. Samodzielnie zdecydowałem, by pójść i dowiedzieć się, kto jest dyrygentem tej zasłyszanej melodii.
Zostawiłem dotychczasową pracę – nie dlatego, że mi się nagle przestała podobać, a dlatego, że trzeba czasem podejmować radykalne decyzje. Idziesz w jedną albo w drugą stronę. Nie da się iść dwiema drogami naraz. Skoczyłem. Nie upadłem. Nie roztrzaskałem się. Żyję i mam się dobrze. A podróż? Właśnie się zaczęła.2. Rosja: Odwiedziny Moskwy/Refleksja: Pokonać lęk
ODWIEDZINY MOSKWY
Pełen ekscytacji, ale i obaw o to, jak będzie przebiegała moja życiowa podróż, wylądowałem na moskiewskim lotnisku Szeremietiew. Nic nie zapowiadało nadzwyczajnych wydarzeń. Typowe lotnisko z typową obsługą pasażerską, podobne do wielu innych portów lotniczych na świecie. Ani trochę mnie nie fascynowało. Tak szybko jak wylądowałem, tak też prędko opuściłem to miejsce.
Nocleg znalazłem kilka metrów od Placu Czerwonego. Pomimo dobrej lokalizacji, było mi bardzo ciężko znaleźć adres. Żadnych oznakowań ani reklam, do jakich się przyzwyczaiłem w Polsce. Wejście do hostelu znajdowało się przy wąskiej uliczce rozdzielającej ciąg zabudowy mieszkalnej od budynków rządowych. Udało mi się odnaleźć budynek dzięki telefonicznej aplikacji. Hostel należał do tych tańszych, zastałem w nim rzeczywiście skromne, adekwatne do ceny warunki. Pani z recepcji posługiwała się prostym językiem angielskim, a że przy tym mówiła dość niewyraźnie, niewiele zrozumiałem. Stanowczym ruchem ręki wskazała mi pokój i na tym się skończyła nasza komunikacja.
Numerek na kluczu pomógł w odnalezieniu łóżka – 7B oznaczało siódme na górze. Nigdy nie przepadałem za łóżkami piętrowymi i górną część zawsze uważałem za tę gorszą. To nic, pomyślałem, pocieszając się faktem, że w ogóle mam lokum. Znalezienie czegoś w centrum Moskwy w przystępnej cenie graniczyło z cudem.
Po rozpakowaniu się od razu wyszedłem z budynku. W niskobudżetowych noclegowniach zazwyczaj i tak nie ma co robić, oglądanie ścian to jedyna rozrywka. Czasami dodatkowa atrakcja to poznawanie innych mieszkańców, tym razem nie miałem takiej możliwości. Wszyscy posługiwali się jedynie językiem rosyjskim. Zresztą byłem przede wszystkim spragniony wrażeń i pragnąłem zobaczyć miasto.
Jestem w wielkiej i znanej Moskwie, pomyślałem i od razu w duchu dodałem z przekąsem: którą moi rodacy najechali dwa razy. W sumie nie wiem, czemu sięgnąłem myślami do wydarzeń z historii, ale ta pseudopatriotyczna myśl napełniła mnie dziwnym poczuciem wyższości, jakie towarzyszyło mi w pierwszych momentach zwiedzania miasta. Z taką buńczuczną postawą wyszedłem na ulice Moskwy.
Jak to często bywa – to, co wygląda wspaniale na zdjęciach, w rzeczywistości okazuje się dużo skromniejsze. Tak też było i wtedy. Mury Placu Czerwonego, sam plac oraz jego znany cerkiewny kościół, owszem, robiły wrażenie, jednak nie spektakularne. Jakoś na zdjęciach i w telewizji wszystko wyglądało lepiej. Wprawdzie plac był ogromny, ale mury oraz fasada kościoła nie odbiegały wyglądem od tego, co można zobaczyć w wielu stolicach europejskich – czerwona cegła i tyle.
Za to wrażenie wywarły na mnie długie kolejki do McDonalda znajdującego się nieopodal. To mnie zawsze fascynowało – fenomen tego miejsca. Po pierwsze, Lenin przewraca się pewnie w grobie, wiedząc, że amerykański imperializm wkroczył na Plac Czerwony. Symbol amerykańskiego konsumpcjonizmu u bram stolicy komunizmu. Świat się zmienia, a McDonald w takim miejscu był dla mnie tego znakiem.
W restauracji napisy w cyrylicy informowały o różnych zestawach z hamburgerami. Od razu pomyślałem, że w Polsce wiele rzeczy opisano po angielsku, a tutaj Rosjanie potrafią zadbać o swój język. Biznes zawsze się dostosuje, byle tylko sprzedać. Ponieważ nie znałem cyrylicy, tylko dzięki zdjęciom burgerów byłem w stanie wybrać, co chcę zamówić. Wskazałem właściwy obrazek i zestaw. Pod pretekstem zjadania posiłku przyglądałem się moskwianom, jednocześnie w myślach zadawałem sobie pytania. Czy to typowi Rosjanie? Czy tak wygląda rosyjska klasa średnia? Jakie są ich zwyczaje? Dostrzegłem zachowania znane mi z Polski. Było więc rzucanie się na jedzenie, przepychanie, głośne przekrzykiwanie. Jedyne może, co wyglądało trochę inaczej, to swoista sztywność, jaka, moim zdaniem, panowała w całej Moskwie. Ludzie nie okazywali sobie życzliwości. Wszyscy chodzili jacyś tacy pochłonięci sobą, z morowymi minami spoglądali jedni na drugich. Mało widziałem uśmiechów, dużo za to groźnych min. Odniosłem wrażenie, że rozbiegane, nieobecne oczy sugerowały wewnętrzny smutek. Poczułem wtedy żal i współczucie. Coś przeszyło moje serce i zacząłem sobie uświadamiać, że skoro oni są tacy sami jak my, muszą przecież dostrzegać rażącą niesprawiedliwość i postępujące zniewolenie ich kraju. Pomyślałem równocześnie, że może ich serca rozrywa miłość do ojczyzny i świadomość trudnej rzeczywistości, w jakiej żyją, może stąd ten smutek w oczach i miny pełne agresji. Byłem tym autentycznie poruszony.
Kiedy wyszedłem z restauracji, próbowałem dalej zwiedzać miasto, jednak nie potrafiłem się już na tym skupić. Myślami tkwiłem w McDonaldzie, a przed oczami miałem to, co tam zobaczyłem. Przez to wszystko straciłem zainteresowanie, szybko się znudziłem nawet najbardziej reprezentacyjnymi zabytkami Moskwy.
Wróciłem do hostelu. Dopiero tam opuściły mnie czarne myśli i dotarło do mnie, jaki naprawdę jestem zmęczony i głodny. McDonald zaspokoił głód na krótko. Niestety, nie mogłem już wtedy nic zjeść, bo nie było gdzie, a ja nie zabrałem żadnych przekąsek. Głodny, ale i poruszony położyłem się spać.
POKONAĆ LĘK
Wielokrotnie skopany pies wydaje się nieświadomemu przechodniowi psem dzikim i niebezpiecznym. Obie strony są wtedy w błędzie. Pies myśli, że oto podchodzi kolejny oprawca, zaś przechodzień – że oto leży pies, który może go ugryźć. Tak łatwo ulec uprzedzeniom, pójść drogą stereotypowego myślenia. Dlaczego tak robimy? Powodem jest strach. Nasz mózg podąża za lękiem i zaczyna kreować iluzoryczne wizje groźnych psów, na przykład morderczych Rosjan, którzy czyhają na szlachecką duszę Polaka. Któż się wtedy nie boi? Strach to naturalny element naszego życia. Niełatwo go pokonać i wyjść naprzeciw temu potworowi. Zebrać w sobie siły i spojrzeć mu w oczy. Zatrzymać spojrzenie, gdy bestia parska złowieszczo w naszą stronę. A na koniec przemóc się, wyciągnąć miecz odwagi i pokonać monstrum. Każdy kiedyś zetknął się z procesem pokonywania wewnętrznego lęku.
Jest w nas coś takiego, co nie należy do nas, nie wiąże się z naszym Ja, a co czasem podszeptuje kłamstwa karmiące strach. Wiara w podstępne słowa sprawia, że oddajemy się w niewolę bestii. Ona staje na drodze pomiędzy Ja a duszą – esencją naszego człowieczeństwa, miejscem spotkania z Bogiem, wewnętrzną intuicją. Podszepty oddalają nas od nas samych i od innych ludzi. Następuje powolny, konsekwentny proces rozdzielania Ja od prawdy. Na tej drodze rozkłada się leniwie bestia – strach.
Można z takiego podziału wrócić i złączyć się w całość. Można dokonać harmonizacji swego wnętrza, lecz potrzeba do tego siły z zewnątrz, która zainicjuje proces i nada mu tempo. Taką siłą jest Duch Święty.
Jako ludzie, czyli stworzenia zbudowane z materii, jesteśmy z natury osadzeni w prawach fizyki i dlatego rządzą nami takie zjawiska jak praca i siła. Życiowe perpetuum mobile (obalone w pierwszej zasadzie termodynamiki) nie istnieje, a więc nic samo w życiu się nie dzieje. Zbudowanie domu wymaga pracy, której jakość zależy od siły, jaką na to poświęcimy. Inaczej jest jednak w naszym wewnętrznym świecie. Tam wszystko dzieje się za sprawą Ducha Świętego, ale zakres Jego działania zależy od naszej zgody na wnikanie w poszczególne sfery. Bóg nie przekracza nadanego człowiekowi prawa wolności. Jednocześnie, aby wyrazić ową zgodę, musimy wiedzieć, na co się zgadzamy – gdzie wpuszczamy Ducha Świętego.
Człowiek rodzi się rozharmonizowany i przez to jest osadzony w chaosie, a nasza dusza (miejsce spotkania z Bogiem) jest nienapełniona, to znaczy tęskni za harmonią, za połączeniem tego, co ziemskie (Ja), z tym, co duchowe (Bóg). Najczęściej odbieramy to jako bliżej nieokreślony brak, którego nie da się zaspokoić – ani pieniędzmi, ani słodyczami, ani przytulaniem.
Harmonizacja rozszczepionego wnętrza jest możliwa za sprawą Ducha Świętego, ale pomimo Jego samosprawczej siły my musimy wykonać wysiłek poznawania siebie, co jest procesem trudnym i bolesnym. Niezwykle jednak ważnym, bo pozwala na zdobycie świadomości o naszych ułomnościach (rozszczepieniach Ja). Nasze „tak” jest zgodą na penetrowanie przez Ducha Świętego odkrytych warstw naszego wnętrza (duszy) i łączenie ich w całość.
Poznawanie siebie to droga od wyjścia z cienia egoistycznego Ja, przez czas nauki i nabierania siły, aż do spotkania z własnym chaosem, częstokroć zakrytym wielkim lękiem – podsycanym przez osobowe zło tj. szatana. Spotkanie z tą bestią to wielka
duchowa konfrontacja. Na szczęście i droga, i bestia już raz zostały pokonane przez Jezusa. Dlatego też przerażającą bestię w naszym życiu możemy pokonać mocą z wysoka. Choć wywołuje ona paraliżujące lęki, to w przekroczeniu ich pomaga wiara. Kościół przez całe nasze życie uczy tej wiary – zaufania do Jezusa – i dzięki otrzymywanej od Niego łasce jesteśmy zdolni do takiej walki. W ostatecznej próbie, czyli konfrontacji z lękiem przed śmiercią, budowany z Jezusem mięsień wiary pomaga nam przejść próbę i wejść do wyczekiwanej krainy szczęścia jako wygrany.
Gdyby przełożyć proces pokonywania lęków na drogę pojednania Polski z Rosją, można zobaczyć wiele podobieństw. Rosjanie okradali i zabijali Polaków. Ogrom wyrządzonych przez nich krzywd jest nie do opisania. Każde ich pojawienie się na naszych ziemiach zostawiło ból i cierpienie na lata. Bestia wzajemnej nienawiści urosła do potężnych rozmiarów i nieustająco się odradza. Stosunek Polaków do Rosjan to może taki potwór usprawiedliwionej trudnymi wydarzeniami niechęci, ciągle karmiony nienawiścią. Nieufność zagradza wąską drogę do pojednania.
A jednak jest coś w Rosjanach, co ich z nami łączy: wspólny rodowód. Rosja to nasza słowiańska siostra. Mamy te same korzenie. Może postrzegamy ją jak czarną owcę Europy, bo przypomina, że jesteśmy pod wieloma względami tacy sami. Najbardziej bolą rany zadane przez najbliższych. Gdyby na chwilę zrobić z Rosji siostrę z rodziny Słowian, a z Polski starszego brata i przełożyć relacje narodowe na relacje w rodzinie, to można dostrzec w Rosji syndrom odrzuconego dziecka. Starszy brat odrzucił młodszą siostrę, która nie miała ochoty się podporządkować. Grać, jak jej zagrają. Sama chciała o sobie stanowić. Odrzucona siostra po latach stała się silniejsza i potężna. Zadała ciosy, zraniła i tym samym zwiększyła dystans do brata.
Czy jest szansa, aby ci dwoje się pojednali? Może trzeba uświadomić sobie nawzajem, że jesteśmy z tej samej rodziny i spróbować przebaczyć. Oczywiście proces przebaczenia powinien się zacząć od przeprosin tych, którzy zranili. Jednak bywa, że to niemożliwe, ponieważ zacietrzewienie drugiej strony stało się tak ogromne. Czasami trzeba skorzystać z siły z góry, aby wyciągnąć rękę i mocą miłości pokonywać drzemiące bestie nieufności. Jeśli nie my, to kto?