Prawie zupełnie nikt - ebook
Prawie zupełnie nikt - ebook
Piętnastoletni Sam nie jest znanym blogerem, jego poczynania nie stały się viralem w internetowym świecie, nie ma ambicji, by zostać Wydarzeniem Roku. To, o czym marzy i z czego jest naprawdę dumny, to bycie normalsem i przeciętniakiem. Sam chce wieść spokojny żywot zagorzałego kibica piłki nożnej. Wszystko wskazywało na to, że spełnienie marzenia i wizja sielskiej przyszłości są bliskie realizacji, ale któregoś dnia okazało się, że jego rodzina jest bogata. Wypadki potoczyły się szybko i z angielskiej wsi całą piątką (Sam, młodsza siostra, starszy brat, rodzice) przeprowadzają się do Londynu. Ambitna matka Sama kieruje chłopaka wprost do Akademii dla Wybitnie Zdolnej Młodzieży w północnym Londynie. Właściwie od pierwszego dnia wiadomo, że normals Sam nigdy nie stanie się członkiem społeczności, której plany nie wykraczają poza dominację Hollywood czy grę w podbijającym muzyczny rynek psychodelicznym bandzie.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-280-7899-4 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Na dół! Wszyscy na dół! Narada rodzinna!
W sumie ciekawiło mnie, czemu tata wrócił tak wcześnie z pracy i co miała oznaczać owa „narada rodzinna”, ale mimo to nie ruszyłem się z pokoju.
– Pizza! – dodał tata. – Kto ostatni na dole, ten je hawajską!
Gdzieś trzasnęły drzwi, a na schodach zadudniły kroki. Zerwałem się i pognałem za resztą. W drzwiach kuchni wdałem się z Ethanem w krótką przepychankę, którą wykorzystała Freya, aby przecisnąć się między naszymi nogami i porwać pierwszy kawałek pizzy, po czym wszyscy zgromadziliśmy się wokół stołu. Jedliśmy pizzę prosto z pudełek rozłożonych na stertach rysunków, niedokończonych zadań domowych, nieotwartych listów i nieprzeczytanych czasopism.
Ethan, który ma już siedemnaście lat, a od trzech ubiera się wyłącznie na czarno, oznajmił między jednym kęsem a drugim:
– Jest mi obojętne, kto przejmie opiekę, ale swojego pokoju nie oddam.
– Jaką opiekę? – spytała mama.
– Nigdzie nie wyjeżdżam i nie ma mowy o wizytach na weekend u któregoś z was.
– Na szczęście nie w tym rzecz, skarbie. Nie rozwodzimy się.
– Nie? – zdziwił się Ethan. – To o co chodzi z tą naradą rodzinną?
Freya, która na ogół rzadko opuszcza świat siedmiolatki zamieszkały wyłącznie przez elfy, jednorożce i koty, na moment dostroiła się do rzeczywistości i zaczęła płakać.
– Rozwodzicie się?
Mama zerwała się z krzesła, obiegła stół i przytuliła ją.
– Nie, wcale nie! Nie ma się czym przejmować.
– Ale Ethan tak powiedział!
– Pomylił się.
– Skąd mam wiedzieć, że to ty mówisz prawdę? – szlochała Freya. – Skąd mam wiedzieć, że nie mówisz tego, aby nie było mi smutno?
– No i co narobiłeś, Ethan? – warknęła mama. – Powiedz teraz siostrze, że to zmyśliłeś!
– Niczego nie zmyśliłem.
– A właśnie że tak. Nikt nie mówił nic o rozwodzie, dopóki ty się nie odezwałeś.
– Bo sam to rozpracowałem.
– Ale błędnie! My się nie rozwodzimy!
– Czemu nie? – spytał Ethan.
– Słucham? – odparła mama. – Czy ty naprawdę pytasz mnie o to, dlaczego się nie rozwodzimy?
– Skoro nie jesteś w stanie wymyślić żadnej odpowiedzi, to może jednak powinniśmy zacząć się martwić – rzekł Ethan.
– Dość tego – wtrącił się tata. – Spokój. Wracamy do początku. Nie ma żadnego rozwodu. Wezwałem was na naradę, bo mam wam coś do przekazania.
– Próbna separacja? – dociekał Ethan.
– Nie. To dobre wieści.
Te słowa sprawiły, że wszyscy nagle zamilkli, bo nikomu nawet nie przyszło do głowy, że wieści mogą być dobre.
– Sprzedałem swoją firmę – oznajmił tata, rozparł się wygodnie na krześle i uśmiechnął się szeroko.
Ethan, Freya i ja wpatrywaliśmy się w niego bez emocji.
– To ty masz firmę? – spytałem.
– Tak! Oczywiście, że tak. A jak myślisz, co robiłem każdego dnia przez ostatnie sześć lat?
Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi.
– Cóż – podjął tata. – Ściślej mówiąc, miałem firmę do końca ubiegłego tygodnia. Ale teraz ją sprzedałem! – Uśmiechał się szeroko, promieniał wręcz i wyraźnie czekał na naszą reakcję.
Żadne z nas nie miało jednak pojęcia, o czym on mówi i dlaczego robi takie przedstawienie z przekazania nam niebywale nudnej informacji. Freya, która straciła już zainteresowanie rozmową, wyciągnęła notes z kieszeni i zaczęła rysować.
– Za mnóstwo pieniędzy – dodał tata.
Ethan uniósł głowę znad pizzy.
– Mnóstwo, tak? Czy to oznacza…
– Jesteśmy bogaci! – zawołała mama, poderwała Freyę z krzesła i zaczęła z nią tańczyć po kuchni. – Bogaci! Bogaci! Żegnaj, Stevenage! Żegnaj, ciasny, malutki domku! Rozpoczynamy zupełnie nowe życie! Nikt nie wierzył w to, że waszemu tacie się uda, ale dopiął swego! Udało mu się! Jesteśmy bogaci!
– Jak bardzo bogaci? – spytał Ethan.
– Bezpiecznie bogaci – odparł tata.
– Obrzydliwie bogaci! – wtrąciła mama.
– Wcale nie obrzydliwie – sprostował tata. – Umiarkowanie paskudnie.
– A kupicie mi nowy telefon? – spytał Ethan.
Jedyną wskazówką, że zanosiło się na coś takiego, była praca taty. A raczej jej brak. Gdy Freya była malutka, tata przestał robić to, co robił wcześniej – nie mam pojęcia, co to było, ale wiązało się z noszeniem krawata i powrotami do domu, gdy leżałem już w łóżku – po czym wprowadził się do szopy na tyłach ogrodu. Spędzał tam całe miesiące ubrany tak, jakby właśnie wypełzł ze śmietnika (co zresztą często mu się przytrafiało). Gdy ludzie pytali, z czego się utrzymuje, przedstawiał się jako „przedsiębiorca”. Kiedy chciał kogoś zainteresować, mawiał, że jest „wynalazcą”.
Ciągle przenosił kawałki jakichś urządzeń wte i wewte. Czasem się zdarzało, że pojawiał się w kuchni w garniturze, na co wszyscy wołali: „Hej, kim jesteś i jak się dostałeś do tego domu?”. Robiliśmy sobie jaja z tego, że wreszcie wygląda jak dorosły, którego ktoś miałby ochotę zatrudnić, ale nikt później nie pamiętał, aby zapytać, dokąd właściwie się wybiera.
Jedno z owych spotkań musiało zaowocować sporym zastrzykiem gotówki, bo w pewnym momencie tata przestał już grzebać w szopie, zamienił łachy nurka śmietnikowego na drelich stałego bywalca wyprzedaży i ruszył do pracy w jakimś magazynie. A może to było biuro? Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby go zapytać. Był moim tatą i wychodził do pracy jak wszyscy inni ojcowie, a to, co tam właściwie robił, nie wydawało mi się szczególnie interesujące. Dopóki pojawiał się w domu na śniadaniu i w weekendy, dopóki zawoził mnie tam, gdzie sobie tego życzyłem, nie wpadłem nawet na to, aby zapytać, co porabiał całymi dniami.
Potem poleciał do Ameryki z całkiem nową walizką i pokrowcem na garnitur, którego wcześniej nie widziałem. Tym razem zapytałem, co go tam ciągnie, ale powiedział jedynie, że spotkania. Gdy wychodził z domu, mama życzyła mu powodzenia, ale jakoś tak inaczej, jakby naprawdę jej na tym zależało. Kilka minut później o wszystkim zapomniałem.
Niedługo po powrocie z Ameryki zwołał naszą pierwszą naradę rodzinną.
– Zaraz, zaraz – odezwałem się, przerywając mamie taniec zwycięstwa. – Co to miało znaczyć? Jak to „Żegnaj, Stevenage”?
– Nie sądzisz chyba, że tu zostaniemy? – spytała mama. – Stevenage to nie miejsce dla bogatych ludzi! Tacy mieszkają w Londynie! Tata sprzedał firmę, ja złożyłam wypowiedzenie w pracy, więc możemy wreszcie wynieść się z tej dziury i przeprowadzić do Londynu!
– Ale mnie się podoba w Stevenage – zaprotestowałem.
– Tylko ludziom, którzy nigdy nie wyściubili nosa poza Stevenage, może się tu podobać – stwierdził Ethan.
– Odwiedziłem te same miejsca co ty.
– Nie, wcale nie. Poza tym nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek przeczytał jakąś książkę. Dla ciebie kręgle to szczyt kultury.
– A jaki to ma związek z tym, że podoba mi się w Stevenage?
– Ha! Sam widzisz, jakim jesteś ignorantem.
Spojrzałem na mamę, licząc na wsparcie. Miałem nadzieję, że stanie po mojej stronie, ale wyglądało na to, że w ogóle nie słyszała naszej sprzeczki. Gdy patrzyłem na jej twarz, przypomniały mi się kreskówki, na których w oczach postaci pojawiał się symbol dolara.
– Czyli się przeprowadzamy? – spytałem.
– Tak! – zawołała mama. – I to najszybciej, jak się da! Przenosimy się do miejsca, o którym marzyłam przez całe życie. Jest tam mnóstwo pięknych domów z epoki wiktoriańskiej, a nieopodal rozciąga się ogromny park. I choć jest tam drogo, wszędzie roi się od artystów, muzyków, wydawców i innych twórców. A to miejsce zwie się – mama wymówiła te słowa szeptem pełnym nabożnego podziwu – Hampstead.
– To tam będziemy teraz mieszkać? – spytał Ethan.
– Tak! Jest tam też niesamowita szkoła, do której wszyscy ci artyści, muzycy i wydawcy posyłają swoje dzieci: Londyńska Akademia dla Zdolnych i Utalentowanych. Już się z nimi skontaktowałam i mają tam miejsce dla całej waszej trójki. Freya, będziesz mogła malować do upadłego, a twoimi nauczycielami będą prawdziwi artyści. Ethan, ty będziesz miał okazję skupić się na muzyce i może założysz zespół. A ty, Sam, cóż… Spędzisz tam świetne chwile i poznasz wielu fajnych przyjaciół!
– Ale ja nie potrzebuję nowych przyjaciół. Lubię tych, których mam tutaj! – upierałem się.
– Tak, twoi przyjaciele są bardzo mili, dobrze o tym wiem, ale świat poza Stevenage jest o wiele bardziej ekscytujący. Na pewno ci się spodoba.
– Chcesz przez to powiedzieć, że moi przyjaciele są nudni?
– Nie, to kochane dzieciaki!
– Kochane dzieciaki? Ja mam piętnaście lat, a nie pięć!
– A ja mówię o tym, że utknęliśmy w tej dziurze na dobre! To Stevenage jest nudne, a nie twoi przyjaciele. Londyn to światowa metropolia! Cały świat się tam spotyka! To będzie niezwykłe przeżycie!
– Zawsze mówiłaś, że Londyn to brudne, zanieczyszczone miasto.
– Ja?
– Tak! A do tego, że jest zatłoczone!
– Cóż, przyzwyczaimy się. Rodowici londyńczycy nie zwracają na takie rzeczy uwagi.
– A poza tym co to właściwie za akademia dla zdolnych i w ogóle? Nie możemy pójść do normalnej szkoły?
– Pokażę ci ich stronę. To holistyczne środowisko twórcze, w którym podopieczni mogą rozwijać swoją kreatywność i pielęgnować talenty.
– Dla mnie to brzmi jak koszmar – oznajmiłem.
Mama wyciągnęła rękę i ujęła moją dłoń.
– Otwórz swój umysł, Sam. Powszechna edukacja ogranicza horyzonty i wpaja schematy myślowe, a do tego skupia się na bezsensownych celach i testach. Macie niezwykłą szansę wyrwać się z tej pułapki i pozwolić, aby ktoś wydobył z was prawdziwe talenty! Nawet jeśli nie spodoba ci się tam od razu, z czasem odkryjesz w sobie głębię, z której istnienia nie zdawałeś sobie sprawy!
– Nie chcę szukać żadnych nowych głębi. Podobają mi się te, które już mam.
– To nie głębie, a płycizny – rzekł Ethan.
– Noszenie czarnych ubrań, oglądanie nudnych filmów i granie na gitarze wcale nie czyni cię kimś głębokim, Ethan.
– Właśnie że tak – odparł mój brat.
Przewróciłem oczami, ale w głębi serca zadałem sobie pytanie, czy on przypadkiem nie ma racji.
Ethan zwrócił się do taty:
– Czyli już nie ma odwołania, tak? – Nigdy w życiu nie słyszałem, żeby był tak podekscytowany. – Wyjeżdżamy stąd?
– Tak – odparł tata.
– Na pewno?
– Tak!
Twarz Ethana rozciągnęła się w szerokim uśmiechu. Rozparł się na krześle i wydał z siebie długie ekstatyczne westchnienie.
– Nie mogę w to uwierzyć. Czuję się, jakby mnie wypuszczano z więzienia w połowie odsiadki!
– Jeśli to szkoła dla zdolnych i utalentowanych – odezwałem się – to czy nie powinni zrobić na początku jakichś testów, aby sprawdzić, czy rzeczywiście jesteśmy zdolni? No bo ja na pewno nikim takim nie jestem.
– Ależ oczywiście, że jesteś – odrzekła mama. – Tylko jeszcze nie odnalazłeś swego daru.
– Poza tym już dokonaliśmy wpłaty na czesne – dodał tata.
– A skąd wiecie, że inni nie dostają się do tej szkoły w ten sposób? – spytałem.
– Nie bądź taki cyniczny – powiedziała mama. – Obserwuję was od lat i widzę, że ten system szkolnictwa nie wyzwala w was niczego dobrego. Macie zbyt wiele sprawdzianów i zżera was stres, dlatego chcę to zmienić. Odzyskacie wolność i odkryjecie, kim naprawdę jesteście! Nie chcę, aby zrobiono z was kolejne trzy trybiki w machinie kapitalistycznej. Chcę, żebyście byli wyjątkowi, odmienni od pozostałych i pełni odwagi!
– Ha, ha! – zawołał triumfalnie Ethan. – Mama rządzi!
– Przecież tata jest trybikiem w machinie kapitalistycznej – stwierdziłem. – I mam wrażenie, że to mu się podoba. Tobie zresztą też.
– Już nie – odpowiedziała. – Już nigdy więcej nie spojrzę na kolejny arkusz kalkulacyjny! Ta praca zżerała mnie od środka. Teraz na szczęście mam to już z głowy i mogę dołożyć wszelkich starań, aby być przy was.
– Znaczy się gdzie? – spytał Ethan.
– No tam, gdzie będziecie mnie potrzebować.
– Wszyscy poczujemy się o wiele szczęśliwsi – dodał tata.
Nie byłem przekonany, czy wzmocniony nadzór rodzicielski to naprawdę dobra wiadomość. Wyraz twarzy Ethana sugerował, że przyszła mu do głowy podobna myśl.
– A gdy będziecie w szkole, spróbuję rozwijać własne zainteresowania – ciągnęła mama. – Chcę kupić koło garncarskie i zająć się wytwarzaniem naczyń.
Tym całkowicie nas zaskoczyła.
– Będzie super – uzupełnił tata. – Nie mam na myśli jedynie garncarstwa, ale całą tę przygodę. Choć garncarstwo również. Będzie naprawdę ekstra. Nasze własne garnki!
Freya uniosła rysunek przedstawiający szczeniaka, jednorożca i małego kotka siedzących na chmurce pod podwójną tęczą.
– Tak będzie wyglądać to Hampstead?
– Mniej więcej – rzekł tata.
– Czy mogę już iść? Skończyliśmy tę naradę? – spytał Ethan, po czym ruszył ku drzwiom, pisząc coś na telefonie.
Mama, pogrążona w marzeniach o nowym życiu, wpatrywała się przez okno w miejsce, gdzie powinien ciągnąć się horyzont, gdyby Stevenage miało coś takiego.
– Tato, czy my naprawdę musimy się wyprowadzać? – spytałem.
– Pracowałem nad tym przez całe moje życie – odparł. – Od tej pory wszystko będzie o wiele lepsze i łatwiejsze.
– Ale tu mieszkają wszyscy moi przyjaciele. Dlaczego musimy wyjeżdżać do Londynu?
– Ponieważ możemy. Londyn to niezwykłe miasto. Znajdziesz tam wszystko, czym się interesujesz.
– Wszystko, czym się interesuję, jest tu, w Stevenage.
– Dlaczego jesteś tak źle nastawiony?
– A czemu wy posyłacie mnie do szkoły dla czubków?
– To nie jest szkoła dla czubków. To miejsce, w którym naszym zdaniem będziesz się dobrze czuł. Próbujemy ci zapewnić wszystko, co najlepsze. Po raz pierwszy w życiu dorobiłem się prawdziwych pieniędzy, a one właśnie do tego służą. Zarabiamy je po to, aby chronić nasze dzieci.
– Przed czym? Przed rzeczywistością?
– Pokażę ci stronę szkoły. Robi niesamowite wrażenie.
– Dla Frei i Ethana.
– Dla was wszystkich! Na pewną ją polubicie.
– Tak myślisz?
– Tak! Będzie wam tam dobrze. Musicie się tylko przyzwyczaić.
Nie wydało mi się to przekonujące.
– Będziemy tam tacy szczęśliwi! – Mama najwyraźniej wyrwała się ze snu na jawie, ale błysk w jej oku sugerował, że nadal znajdowała się daleko, daleko stąd, jakby nasza ciasna kuchnia, dom o cienkich ścianach oraz całe miasteczko już przestały istnieć.