-
nowość
Prawo do szczęścia - ebook
Prawo do szczęścia - ebook
Saint Stafford żyje w rytmie terminów, aktów prawnych i umów, dążąc wyłącznie do osiągnięcia sukcesu i zysku. Jego świat skonstruowany jest na solidnych fundamentach prawa i sprawiedliwości, a reputacja nieustraszonego adwokata przynosi mu szacunek i uznanie. Jednak pewnego dnia los wplątuje go w sprawę pro bono, która rzuca cień wątpliwości na wszystko, w co dotąd wierzył. Kiedy podejmuje się obrony Saoirse Reyes, kobiety skazanej za morderstwo swojego partnera, nie spodziewa się, że ta decyzja wplącze go w labirynt zawiłych intryg. Saoirse już dawno straciła wiarę w lepsze jutro. Uwięziona w mrocznym świecie więzienia, jest przekonana, że nikt nie zdoła jej już pomóc. Czy Saint, znany ze swojej nieugiętej postawy, będzie w stanie zainspirować Saoirse do walki o sprawiedliwość i przywrócić wiarę w siebie, której tak bardzo jej brakuje?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397807303 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
EpilogProlog
Nienawidziłem przegrywać. W pewnym momencie życia nawet nie dopuszczałem do siebie myśli o porażce. Wyrzuciłem to słowo ze swojego słownika. Liczyła się wyłącznie wygrana. Nic więcej. Pracowałem jak automat, brałem sprawę za sprawą i za wszelką cenę dążyłem do zwycięstwa. A najbardziej zwracałem uwagę na pieniądze, które mogłem zarobić. Przestałem też cieszyć się życiem. Większość dnia spędzałem w pracy, a gdy wracałem do pustego mieszkania, przeważnie od razu pisałem do jakiejś dziewczyny, żeby wpadła do mnie na godzinę.
Kobiety… Kobiety w moim łóżku zmieniały się tak szybko jak sprawy sądowe, które przyjmowałem. Chyba nawet szybciej… Do żadnej nigdy nie czułem nic ponad pożądanie. Liczył się tylko seks. One po wszystkim wychodziły, ja zostawałem sam ze swoimi myślami, a żeby nie myśleć – pracowałem. To było błędne koło.
Obudził mnie dźwięk cholernego budzika, który nie przestawał dzwonić. Wyciągnąłem rękę po telefon i przypadkiem strąciłem na podłogę szklankę, w której była jeszcze resztka whisky. Już nawet zasnąć nie mogłem bez chociaż kilku łyków mocnego trunku. Wyłączyłem w końcu to wyjące ustrojstwo, przeciągnąłem się i podniosłem z łóżka. Wcisnąłem przycisk na pilocie, żeby rozsunąć rolety i wpuścić do środka trochę światła.
W kuchni leżały moje okulary, które od razu założyłem, a następnie podstawiłem filiżankę pod dozownik ekspresu i włączyłem go. Oparłem się o wyspę kuchenną i przeleciałem wzrokiem po salonie. Duża czarna kanapa stanowiła centralny punkt minimalistycznego wnętrza. Towarzyszył jej mały stolik kawowy, a naprzeciw okna stała biblioteczka i kilka szafek. Nawet nie miałem telewizora, bo i tak niczego nie oglądałem. Pozbierałem ubrania, które leżały porozrzucane na kanapie i zaniosłem je do łazienki.
Pół godziny później byłem już pod kancelarią. Spojrzałem na wysoki budynek i wszedłem pewnym krokiem do środka. Ludzie zaczęli się ze mną witać, ale ja się nie zatrzymywałem. W odpowiedzi tylko kiwałem głową. Wszedłem do pustej windy i wcisnąłem piętnastkę. Byłem przygotowany na gniew ojca za zwyzywanie jego przyjaciela, który był też naszym klientem. Myślał, że kancelaria, w której ma znajomości, pomoże mu w każdej sytuacji. Niezależnie od tego, co złego zrobi. Marzyłem o tym, żeby ojciec wreszcie przeszedł na emeryturę. Od kilku dobrych lat nie mieliśmy zbyt dobrych relacji. Nasze rozmowy dotyczyły głównie tematów służbowych. Szanowałem go jako adwokata, jednak od wielu lat zachowywał się bardziej jak mój szef, a nie ojciec. I może ja też traktowałem go bardziej jak szefa? No chyba że przychodził i pytał o wnuki...
– Saint Everett Kayden Stafford! – Z korytarza rozległ się surowy głos, kiedy drzwi od windy tylko się rozsunęły. Ciekawiło mnie, czy ojciec ma w swoim komputerze jakiś podgląd na kamery, skoro że zawsze wie, kiedy przyjeżdżam.
– Dzień dobry, ojcze.
– Do mojego gabinetu. Natychmiast!
Spojrzałem na przerażonych ludzi, którzy na mnie zerkali.
– Do roboty – rzuciłem i ruszyłem za ojcem do jego biura. Wszedłem do środka i od razu usiadłem w fotelu, czekając na kazanie, które musiał w końcu wygłosić.
– Nawet własna żona cię nie kocha – zacytował, gdy zamknął za mną drzwi. – Tak mu powiedziałeś, prawda?
– Wybrałeś najłagodniejszy cytat. Mówiłem gorsze rzeczy.
– Saint!
– Nie mam dwudziestu lat, daj mi spokój. Nie będzie pogrążał kancelarii na moich oczach, rozumiesz? Już dawno powinien iść do kogoś innego. Co mnie to obchodzi, że się przyjaźnicie? Ile razy moi przyjaciele tutaj przychodzili i błagali o pomoc? Ani razu. Chociaż doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zawsze bym im pomógł i wygrałbym każdą sprawę. Naprawdę tylko po to mnie tu ściągnąłeś? Mam mnóstwo innych spraw na głowie.
Spojrzałem na niego, gdy bez słowa sięgnął po jakąś teczkę. Patrzył na nią przez chwilę i w końcu przeniósł swój wzrok na mnie, zanim mi ją podał. Chwyciłem dokumenty bez wahania, licząc na jakąś ciekawą sprawę. Ale tak szybko, jak je otworzyłem, tak szybko zamknąłem i odłożyłem na biurko.
– Nie.
– Tak – powiedział i usiadł na swoim fotelu.
– Nie biorę pro bono.
– Saint, nie tylko pieniądze się liczą, wiesz?
– Nie za bardzo. Wydaje mi się, że to właśnie one się liczą. Nie wezmę tej sprawy, nie ma takiej opcji.
– Przeczytaj więcej niż pierwszy akapit.
Wiedziałem, że nie da mi spokoju, dlatego ponownie otworzyłem teczkę i przeleciałem wzrokiem po aktach.
– SMS-y, nagrania z monitoringu, zeznania, brak alibi, odciski palców na broni… Sąd ją skazał. Zabiła go. Koniec sprawy – wzruszyłem ramionami, odkładając papiery na biurko. – Tyle. Nie biorę przegranych spraw. Podejmuję się tylko tych, które wiem, że wygram. Czemu po prostu nie odsiedzi wyroku?
– Ona się do nas nie zgłosiła. Rozmawiałem na temat tej sprawy ze Steve’em. Pewnie go kojarzysz. Pracuje w więzieniu, w którym ta kobieta odsiaduje wyrok. A ty możesz ją stamtąd wyciągnąć…
– Nie – przerwałem mu. – Zamordowała go.
– Nie wydaje mi się, Saint. Chociaż przeczytaj te akta. Jeśli dokładnie je przeanalizujesz, a potem przyjdziesz do mnie i powiesz, że go zabiła, to wtedy dam ci spokój. Ale musisz nad nimi posiedzieć. Ona mogła zostać skazana za niewinność…
– Albo chcesz wyciągnąć z pierdla laskę, która faktycznie z premedytacją zamordowała swojego partnera.Rozdział 1
Przez trzy następne dni teczka leżała w moim mieszkaniu, ale ani razu nawet do niej nie zajrzałem. Liczyłem na to, że ojciec w końcu zapomni o sprawie, a jeśli nie, to przynajmniej będę mógł udawać, że przez ten czas ją analizowałem. Nie zamierzałem jej brać i przegrać procesu. Jeśli tak bardzo chciał pomóc tej kobiecie, to sam mógł się nią zająć i wyciągnąć ją z więzienia. Nie musiał przychodzić z tym do mnie. Nie byłem przecież jedynym adwokatem w kancelarii.
Mijały kolejne dni, a jednak za każdym razem, kiedy przechodziłem obok orzechowego biurka w sypialni, mój wzrok lądował na tej teczce. Nawet w najmniej odpowiednim momencie… Wysunąłem się z kobiety, która pode mną leżała i podszedłem do blatu. Otworzyłem szufladę i wrzuciłem teczkę do środka. Nie mogłem się przez to skupić.
– Kayden? – odezwała się blondynka.
Spojrzałem na jej nagie ciało, gdy obróciła się w moją stronę i podparła głowę na ręce. Była piękną kobietą i podobała mi się, ale nie czułem się tego dnia odpowiednio skoncentrowany. Nie miałem nawet ochoty, żeby została na dłużej. Chciałem pobyć sam. Nie wiedziałem też, czemu podawałem im moje trzecie imię… Nie miałem na to żadnego dobrego wyjaśnienia. Nie znały mnie. Nie wiedziały, kim jestem i to mi odpowiadało. – Może chcesz spróbować czegoś innego?
– Lepiej będzie, jak już pójdziesz – rzuciłem, spoglądając na jej zaskoczoną twarz.
Ja też się tego nie spodziewałem…
– Słucham? No chyba sobie ze mnie żartujesz… Mówisz serio?
– Muszę popracować. Ubierz się i zatrzaśnij za sobą drzwi, jak będziesz wychodziła.
Wyrzuciłem gumkę do kosza i owinąłem się czarnym szlafrokiem. Usiadłem przy biurku i od razu nalałem sobie do szklanki whisky. Wiedziałem, że alkohol mi się przyda. Otworzyłem z powrotem szufladę i wziąłem do rąk teczkę. Musiałem to chociaż raz przeczytać. Inaczej nie da mi to spokoju. Czułem, że powinienem to zrobić.
A ja przeważnie słuchałem swojej intuicji.
– Czemu ludzie dają swoim dzieciom takie trudne imiona? – zapytałem sam siebie, patrząc na jej dane osobowe. – Jak ja, do cholery, mam to w ogóle wymówić?
Ledwo zdążyłem zadać sobie to pytanie, gdy usłyszałem trzaśnięcie drzwiami. Miałem pewność, że mogę już usunąć jej numer z telefonu, bo na pewno ponownie do mnie nie przyjedzie.
Saoirse Reyes. Miała dwadzieścia dziewięć lat i była w więzieniu już prawie od trzech… Została skazana na dziesięć lat za zamordowanie swojego partnera, Lane’a Eldera. Jego ojciec był właścicielem jednego z największych holdingów inwestycyjnych w naszym regionie. Kojarzyłem go. Po śmierci syna chodził od gazety do gazety. Udzielał wywiadów wszędzie, gdzie tylko się dało. Irytowało mnie to i nigdy nie zagłębiałem się w tamtą sprawę.
Z tego, co wyczytałem, w dniu morderstwa dostała od swojego partnera SMS-a, że muszą się rozstać. Do akt były też dołączone stenogramy ich wcześniejszych rozmów telefonicznych. Faktycznie dość często się kłócili. Sąsiedzi Lane’a także zeznali, że regularnie było słychać z domu krzyki. No i te odciski palców na broni… Najgorsze było to, że skazana nie miała żadnego świadka, który potwierdziłby, że tego nie zrobiła i zabił ktoś inny. No i policja złapała ją w domu mężczyzny, tuż obok jego ciała. Wszystko wskazywało na jej winę, więc nie byłem zdziwiony, że adwokatowi nie udało się jej obronić. Wiedziałem jednak, że dokumentacja była o wiele bogatsza i nie dostaniemy jej, dopóki klientka nie podpisze pełnomocnictw, dzięki którym nasza kancelaria mogłaby na nowo otworzyć jej sprawę.
– Jason Turner – szepnąłem, gdy dostrzegłem to imię i nazwisko w dokumentacji. – Skąd ja go znam? – Stukałem szybko palcem o biurko, próbując go sobie przypomnieć. Mogła to być też zbieżność nazwisk… Od razu wybrałem numer mojego asystenta. Domyślałem się, że on może go pamiętać.
– Tak, szefie? – Odebrał już po drugim sygnale.
– Jason Turner. Skąd go znamy?
– Jason Turner?
– Tak. Składał mnóstwo zeznań w pewnej sprawie, którą aktualnie przeglądam.
– Aha, a to nie jest ten sam facet, który składał fałszywe zeznania w sprawie Alexa Clarka? Kojarzy szef? Tego nastolatka, który był oskarżony o handel narkotykami.
– Już pamiętam. Sprawdzę, czy dane się zgadzają. Dzięki.
– Do jutra.
To faktycznie był on. Wtedy wpadłem na myśl, że tym razem też mógł kłamać, jednak nie miałem takiej pewności. Po tamtej historii pewnie uważał na każde słowo, stracił przecież na wiarygodności… Mimo wszystko sędziowie powinni traktować jego zeznania z przymrużeniem oka. Na pewno nie były one najważniejsze w całej tej sprawie.
Kolejną osobą, do której zadzwoniłem, był mój ojciec.
– Saint, wiesz, która jest w ogóle godzina? Oszalałeś już do reszty?
– Umów mnie na spotkanie z tą kobietą. Musi się odbyć jutro. Załatw to albo sam się martw o tę sprawę, a ja rezygnuję. – Rozłączyłem się, nie czekając nawet na jego odpowiedź. Chciałem się z nią spotkać w cztery oczy. Byłem ciekawy, czy podczas rozmowy się przyzna, ponieważ wyczytałem, że ani razu tego nie zrobiła. Zawsze powtarzała, że ona go nie zamordowała.
Punkt dziewiąta pojawiłem się w więzieniu. Zostawiłem w schowku wszystkie potencjalnie niebezpieczne rzeczy i zaprowadzono mnie do sali, w której miałem spotkać się z osadzoną. Czekała już, gdy tam wszedłem. Była bardzo wychudzona i blada… Siedziała skurczona na krześle i nawet na chwilę nie podniosła wzroku. Poruszyła się lekko, kiedy usiadłem. Zamiast powitania usłyszałem tylko dźwięk jej kajdanek. Dziwne, że ich nie zdjęli. Tak, jakby tą swoją chudą ręką miała zrobić mi krzywdę.
– Proszę ją rozkuć – zwróciłem się do strażnika.
– Ale…
– Proszę zdjąć jej te kajdanki – odparłem stanowczo, a on w końcu to zrobił i zostawił nas samych. – Pani Reyes… Nazywam się Saint Stafford. Jestem adwokatem.
Dopiero wtedy brunetka podniosła wzrok. Miała najsmutniejsze oczy, jakie w życiu widziałem. A spotkałem ich wiele… Przełknąłem ślinę i spojrzałem na papiery, które ze sobą przywiozłem.
– Zapoznałem się z pani sprawą. Tutaj ma pani wszystkie dokumenty, które musi pani przejrzeć i podpisać, żebym mógł panią reprezentować. Zaraz je wspólnie omówimy i wyjaśnię pani, jak będzie wyglądała nasza współpraca. Siedziałem nad tym wczoraj i czegoś mi jednak brakuje w tej sprawie… Może pani mi powie czego? Pani wie więcej niż ja.
– Niech się pan nie kłopocze – odezwała się tak cicho, że ledwo ją usłyszałem. Miała bardzo delikatny głos. – I tak mnie na pana nie stać. Teraz to nie stać mnie na nikogo.
– Moje usługi prawne w ramach tej sprawy byłyby świadczone pro bono. Nie ma potrzeby, aby ponosiła pani koszty związane z moją pracą jako adwokata. Mogę mówić pani po imieniu? Tylko musi je pani pierwsza wymówić, bo nie chciałbym się czasem pomylić.
– Sir-sza – wypowiedziała powoli, zerkając na dokumenty, które przesunąłem w jej stronę. Chwyciła je niepewnie.
– Sir-sza – powtórzyłem po niej, na co lekko skinęła głową. – Mogę ci pomóc. Może mnie nie znasz, ale lepiej trafić nie mogłaś. Musisz mi tylko szczerze odpowiedzieć na jedno pytanie. Naprawdę szczerze. Jeśli czegoś nienawidzę we współpracy z klientami, to są to kłamstwa.
– Mnie się już nie da pomóc, proszę pana.
– Saoirse, masz dwadzieścia dziewięć lat. – Spojrzałem jeszcze raz w jej dane, żeby się upewnić. – Całe życie przed tobą… I ja mogę ci pomóc, jeśli będziesz tego chciała.
– Moje życie już dawno się skończyło – wyszeptała, ale jednak bardzo szybko chwyciła długopis i podpisała wszystkie pliki dokumentów. Nawet ich nie przeczytała. – Lepiej będzie, jak już pan pójdzie, wie pan? Może pan czegoś poszukać, ale pewnie niczego pan nie znajdzie… – odparła, podnosząc się z krzesła.
– Zaczekaj… – Chciałem ją zatrzymać, ale zawołała strażnika. – Zrobiłaś to w ogóle? Gdy usłyszała moje pytanie, zatrzymała się w progu. Jednak się nie odwróciła.
I wyszła.
A jeszcze nikt nigdy nie wyszedł ze spotkania ze mną tak po prostu.
Godzinę później byłem już w kancelarii. Od razu podszedłem do biurka mojego asystenta – Harry’ego, który zerknął zdziwiony na zegarek. Tak, ja też nie spodziewałem się siebie tak wcześnie.
– Miał pan być na…
– Byłem – odpowiedziałem mu, nie odrywając wzroku od telefonu, na który przyszło kilka powiadomień. – Znajdź mi wszystko na tego Turnera. Wszystko. Z kim się spotyka, z kim jest spokrewniony, jakie miał problemy z prawem. Dowiedz się dosłownie wszystkiego. Nawet tego, jaką kawę pije, rozumiesz? Chcę znać każdy jeden pierdolony szczegół. Chcę to mieć jeszcze dzisiaj na moim biurku.
– Oczywiście. Wszystkim się zajmę, panie Stafford. Zaraz przyniosę kawę.
– Dzięki.
Wszedłem do gabinetu i od razu zdjąłem marynarkę. Gdy tylko włączyłem laptopa, drzwi pomieszczenia otworzyły się i dostrzegłem w nich ojca. W ciszy usiadł w fotelu po drugiej stronie biurka. Nie miałem czasu na rozmowy z nim, ale wiedziałem, że jest ciekawy…
– Byłeś u niej?
– Tak. Rozmawialiśmy. Niewiele niestety…
– Saint…
– To nie moja wina. To ona nie chciała rozmawiać. Zapytałem, czy go zabiła, ale mi nie odpowiedziała. Więc albo sam do tego dojdę, albo będę codziennie do niej przychodził. W końcu mi powie. Nie będzie miała wyjścia – odparłem, zerkając na ojca przelotnie. – Wyciągnę to z niej. Tego akurat jestem pewny. Chociaż nie wydaje mi się, że byłaby w stanie to zrobić. Tak, możesz się już cieszyć. Zajmę się jej sprawą. Wszystko dzisiaj podpisała.
– Nie bądź dla niej zbyt surowy, Saint. Jeszcze bardziej się przez to zamknie.
– Nie ucz mnie teraz, jak zachowywać się wobec klientów i jak się do nich odzywać. Idź już, bo próbuję się skupić. Siedzisz tu, jakbyś nie miał swojej roboty, którą musisz skończyć.
Wiedział, że nie warto się ze mną kłócić na ten temat, dlatego bez słowa wyszedł z gabinetu. Otworzyłem na laptopie mapę i wyszukałem adres, pod którym mieszkał zamordowany mężczyzna. Brakowało mi zeznań najbliższych sąsiadów. Nie wiedziałem, czy to dlatego, że po prostu ich nie dostałem i przyjdą one z resztą akt, czy żadnych nie składali…
– Może nie było ich w domu, kiedy się to stało?
Wyszedłem z gabinetu i ruszyłem prosto do windy, nie zwracając na nic uwagi. Zjechałem na parking, wsiadłem do auta i wpisałem adres do nawigacji, żeby mnie pokierowała. Chciałem tam pojechać i się rozejrzeć.
Zaparkowałem po drugiej stronie ulicy i od dłuższego czasu przyglądałem się domowi ofiary, gdy nagle otworzyły się drzwi. Na werandę wybiegła trójka dzieci, a za nimi wyszli kobieta i mężczyzna. Rodzina Elderów musiała sprzedać dom po jego śmierci. Nowi lokatorzy wsiedli do samochodu czekającego na podjeździe. Zapinanie dzieci w fotelikach zajęło im chwilę, ale dość szybko odjechali spod budynku. Mój wzrok przeniósł się na sąsiedni dom i starszą kobietę, która robiła coś w ogródku. Od razu wysiadłem z samochodu i wolnym krokiem ruszyłem w jej stronę, próbując złapać z nią kontakt wzrokowy. Musiałem to dobrze rozegrać. Nie chciałem jej wystraszyć. Mieszkała obok niego, nie wierzę, że niczego nie słyszała i nie widziała…
– Dzień dobry – odezwałem się, gdy podszedłem do ogrodzenia.
– Dzień dobry. – Starsza pani wyprostowała się nad rabatą.
– Szukam pewnej kobiety, może pani mi pomoże… Nazywa się Saoirse Reyes. Słyszałem, że nieraz bywała w tej okolicy.
– Pan z policji? Z policją nie gadam.
– Nie, nie jestem z policji. Chciałbym ją znaleźć i chwilę z nią porozmawiać – powiedziałem miło, rozglądając się.
– Dziennikarz?
– Nie.
– No tak. Dziennikarze słyszeli o tym, że jest w więzieniu. Biedna dziewczyna…
– Co się stało?
– Ponoć zamordowała swojego chłopaka, ale ja w to nie wierzę – odparła nieco ciszej.
– Mieszkał obok pani?
– Tak. Później ktoś sprzedał dom. Ja to bym nie chciała mieszkać w takim domu, wie pan?
– Ja też nie. Była pani wtedy w domu?
– Jest pan z policji. – Cofnęła się nieco.
– Jestem adwokatem – wyznałem.
– Chce ją pan jeszcze bardziej pogrążyć – wymierzyła w moją stronę palec – a to cudowna dziewczyna jest. Nic panu nie powiem. Proszę stąd iść i więcej tu nie przychodzić.
– Chcę jej pomóc.
– Nie wierzę panu. Proszę stąd iść albo zadzwonię na policję.
– Jak zamierza pani to zrobić, skoro nie rozmawia z policją? Niech mnie pani posłucha… Jestem…
Przerwał nam dźwięk mojego telefonu. Od razu na niego zerknąłem, a kobieta wykorzystała sytuację i uciekła do domu. Nieznany numer okazał się telefonem z więzienia. Zapomniałem o staruszce, gdy tylko usłyszałem, że niedługo po mojej wizycie Saoirse Reyes straciła na dłuższy czas przytomność. Nie spodziewałem się takich wieści już pierwszego dnia. Musiałem porozmawiać z lekarzem, więc natychmiast wróciłem do samochodu.Rozdział 2
Lekarz nie powiedział mi zbyt wiele podczas naszej rozmowy. Dowiedziałem się tylko, że mało jadła, ale tego akurat sam się domyśliłem… Podejrzewał też, że miała anemię, ale musiał poczekać na wyniki badań. Obiecał mi, że niedługo będą one dostępne i wtedy porozmawiamy.
Wszedłem powoli do pomieszczenia, w którym kobieta odpoczywała. Na szczęście nikogo poza nią tam nie było. Nie przebywała zwykłej celi, ani nawet w szpitalnej, więc domyślałem się, że chcieli ją w niej zatrzymać do momentu odebrania wyników badań i wtedy zdecydować, co robić dalej. Miejsce wydawało się niemal pozbawione życia. Nie było tu nawet okna, a jedyne światło zapewniała jakaś stara, zwisająca z sufitu, zardzewiała lampa. Saoirse leżała owinięta w szary, przetarty koc. Zbliżyłem się cicho, ale brunetka musiała mnie usłyszeć, bo od razu otworzyła oczy i skuliła się na niewielkim łóżku, obejmując swoje kolana. Ciężko się na nią patrzyło. Była wyprana ze wszystkich pozytywnych emocji, a na jej twarzy malowały się smutek, żal i rozgoryczenie. Jej spojrzenie odbijało traumę, która ją dotknęła. Przez to jeszcze bardziej chciałem odkryć prawdę i pomóc jej, jeśli faktycznie była taka możliwość. Zależało mi na tym, by dostrzec w jej oczach chociaż odrobinę wiary.
– Spokojnie, to tylko ja – powiedziałem łagodnie. – Zadzwonił do mnie lekarz i powiedział, że straciłaś przytomność. To był pierwszy raz? – zapytałem, zajmując miejsce na krześle.
Pokręciła przecząco głową.
– Zdarzało się to już? Często?
– Tylko jak nie jadłam – szepnęła, obejmując mocniej swoje nogi.
– Czemu nie jesz? Musisz jeść.
– Nieważne. Nie musi się pan tym przejmować. I tak odsiedzę cały wyrok.
Wypuściłem ciężko powietrze. Byłem pewny, że nie będzie łatwo przekonać ją do walki… Zastanawiałem się też, czy dziewczyna odmawia przyjmowania posiłków, czy ich nie dostaje.
– Saoirse. Nie zabiłaś go, prawda? – drążyłem.
Zerknęła na mnie niepewnie, ale się nie odezwała.
– Czy to był tylko wypadek? Może to on tobie groził bronią, a ty chciałaś się obronić i przypadkiem dostał? Tak było?
Była wystraszona. Musiałem trochę odpuścić.
– Chwila… Ale lekarz nic nie wspominał, żebyś trafiała do niego po wcześniejszych omdleniach.
– Nie trafiałam.
Uniosłem brew, a ona od razu odwróciła wzrok. Wiedziałem, że współpraca z nią może być trudna.
Musiała mi zaufać.
– Przyniosę ci coś do jedzenia. – Podniosłem się powoli.
Byłem pewny, że mnie zatrzyma i powie, żebym tego nie robił, ale się nie odezwała. Musiała być naprawdę głodna. Wyszedłem z sali i wybrałem od razu numer Steve’a, który dobrze znał się z moim ojcem. Chciałem zamienić z nim kilka słów. Najlepiej osobiście.
– Saint? – odebrał w końcu, gdy miałem się już rozłączyć.
– Jesteś u siebie? Wpadłbym za chwilę do twojego gabinetu. Nie zajmę ci zbyt dużo czasu.
– Chodź, zapraszam.
Jeden ze strażników prowadził mnie do gabinetu Steve’a długim szarym korytarzem. Stukot moich butów roznosił się echem po części budynku, w której się znajdowałem. Słyszałem dużo historii o tym więzieniu, chociaż rzadko bywałem w jednostkach dla kobiet. Przeważnie moimi klientami byli mężczyźni. Wiedziałem o niezliczonych próbach ucieczek z tego zakładu, ale krążyły wokół niego także plotki o agresywnych i bezwzględnych strażnikach, którzy traktowali więźniarki z brutalnością. Nie miałem pewności, czy Saoirse kiedykolwiek mi powie, czy strażnicy przekroczyli wobec niej swoje uprawnienia.
W końcu stanęliśmy pod drzwiami do gabinetu przyjaciela mojego ojca, więc bez zbędnych ceregieli otworzyłem je i wszedłem do środka. Spojrzałem na starszego mężczyznę siedzącego za biurkiem. Odłożył długopis, gdy tylko mnie zobaczył. Miejsce pracy Steve’a przypominało pomieszczenie, w którym leżała Saoirse Reyes. Tutaj także brakowało okien. Jedyne źródło światła stanowiła żarówka, która świeciła na żółto, tworząc we wnętrzu przytłaczającą atmosferę.
– Saint, miło cię widzieć. Usiądź sobie.
– Nie, dziękuję. Przejdę do rzeczy. Saoirse Reyes to moja klientka. Wiem, że to nie był pierwszy raz, gdy straciła przytomność. Nie wiem, dlaczego wcześniej lekarz jej nie przebadał, gdy zemdlała, ale teraz ma być powiadamiany o każdym takim incydencie, rozumiesz? – zapytałem mężczyzny, wpatrując się w jego twarz, która pozostawała niewzruszona. Od wielu lat pracował w więzieniu, żadne groźby już raczej na niego nie działały. – Informowanie mnie o stanie zdrowia mojej klientki również należy od teraz do obowiązków zakładu. I dowiem się, dlaczego zdarza się, że nie je. I niech przekażą strażnikom, że to ja jestem jej adwokatem i jeśli któryś z nich położy na tej dziewczynie swoje łapy, to dopilnuję, żeby pożegnał się z tą robotą, rozumiesz?
– Saint, czy ty mi grozisz?
– Nie, nie. Ja was tylko ostrzegam. Bardzo miło się gawędziło. Do zobaczenia.
Na szczęście w budynku był mały sklepik, w którym odwiedzający mogli kupić osadzonym kilka rzeczy. Wziąłem jej trochę jedzenia i różne napoje, bo nie miałem pojęcia, co może lubić...
Wszedłem z powrotem do pomieszczenia, w którym leżała, i spojrzałem na rozmawiającego z nią lekarza. Momentalnie przeniosła na mnie swój wzrok. Wyglądała też na nieco zdziwioną moją obecnością, chociaż poinformowałem ją przecież, że skoczę tylko po coś do jedzenia dla niej.
– Myślałam, że już pan nie wróci.
– Czemu? Teraz nie pozbędziesz się mnie tak łatwo… I jak, doktorze? Ma anemię? Widać po niej – powiedziałem, a on od razu na nią spojrzał.
– Ma. I to sporą. Dostanie za chwilę kroplówkę. Będę monitorował sytuację i czekam na resztę wyników badań. Prawdopodobnie będzie musiała przyjmować codziennie żelazo, żeby je trochę unormować. Przepraszam na chwilę. Muszę coś załatwić. Chyba że ma pani jeszcze jakieś pytania?
– Nie, dziękuję.
Lekarz zostawił nas samych, a ja położyłem torbę na szafce i zacząłem wyciągać z niej jedzenie. Wyjąłem też wizytówkę, żeby miała mój numer, i podałem jej.
– Możesz dzwonić o każdej porze – odparłem, gdy wzięła ją do rąk i spojrzała na moje imię i nazwisko. – W nocy i tak przeważnie nie śpię. W sumie to mogłem zapytać, czy czegoś nie potrzebujesz, tobym to kupił. Mogę się przejść jeszcze raz, jeśli…
– Nie trzeba.
– Wiem, że nie lubisz odpowiadać na moje pytania, ale muszę zapytać. Czy kiedykolwiek strażnik dotknął cię w sposób, w jaki nie powinien? Pokiwaj chociaż głową.
– Nie. Nie dotknął mnie. Żaden z nich. Naprawdę…
– W porządku. To dobrze. Muszę teraz jechać do sądu – powiedziałem, gdy spojrzałem na zegarek i zorientowałem się, że jeszcze trochę i będę spóźniony. – W dalszym ciągu analizuję twoją sprawę. Czy jest coś, co chcesz mi powiedzieć? Teraz nie będę cię męczył, bo źle się czujesz, ale następnym razem wszystko z ciebie wyciągnę. Zrobiłaś to? – zapytałem ponownie, a ona w końcu lekko pokręciła głową. To był bardzo dobry znak.
Spojrzałem głęboko w jej ciemne oczy, a ona nawet na chwilę nie odwróciła wzroku.
Tylko nie wiedziałem, czy mogłem jej wierzyć.
***
Była dwudziesta pierwsza, gdy w mieszkaniu niespodziewanie rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Podszedłem do nich powoli, wkładając przez głowę koszulkę, i je otworzyłem. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem za nimi mojego najlepszego przyjaciela. Nie przychodził bez zapowiedzi. Nigdy. Nie był to też zbyt dobry czas na odwiedziny, ponieważ akurat wtedy byłem głęboko wciągnięty w analizę informacji, które zdobyliśmy razem z Harrym na temat Turnera.
– Jesteś sam? Wieczorem? Saint, nie poznaję cię – powiedział, gdy wszedł do środka i rozejrzał się po wnętrzu w poszukiwaniu jakiejś kobiety. – Co to za celibat, co?
– Pijesz czy prowadzisz?
– Piję. Co robisz? Pracujesz? – Spojrzał na dokumenty, które miałem rozwalone w salonie. – Oczywiście, że pracujesz. Wiesz, że ty masz już czterdzieści lat, nie? Czterdzieści!
– Co w związku z tym? – zapytałem, nalewając mu whisky. – Ty też i co?
– Ale ja mam już żonę i dziecko. A ty tylko pracujesz.
– Nie tylko. Ja mam wiele kobiet, nie zamykam się tylko na jedną.
– W końcu ci odpierdoli na punkcie jakiejś laski. Prędzej czy później to się wydarzy, a ja z chęcią będę cię wtedy obserwował. To może być zabawne. Będę musiał przygotować sobie popcorn – zaśmiał się, na co tylko przewróciłem oczami i podałem mu szklankę z alkoholem.
– Już? Pośmiałeś się?
– Jeszcze nie.
Z Mattem przyjaźnimy się od siedmiu lat, a poznaliśmy się jeszcze na studiach. Nawet pracowaliśmy razem, tylko on zajmował się rozwodami. Urzędował też na innym piętrze, więc w kancelarii często po prostu się mijaliśmy, poświęcając uwagę własnym obowiązkom. Jego szczęście w życiu osobistym było godnym pozazdroszczenia. Miał cudowną żonę, zarówno piękną, jak i inteligentną. Nie istniały dla niej tematy tabu. Matt zdecydowanie trafił w totka. Byli idealnie dopasowani.
Usiadłem na kanapie i ponownie skierowałem spojrzenie na dokumentację, którą udało nam się zebrać. Wszystko to, co miałem na stole, wydawało się niezbyt obiecujące. Musieliśmy znaleźć coś naprawdę mocnego, co rzuci cień wątpliwości na tego Jasona albo przynajmniej udowodni, że wcale nie było go w domu, gdy doszło do morderstwa. W końcu zeznał, że słyszał tylko strzał. Mógł tak tylko powiedzieć. Nie musiała to być prawda. Nie miał też pewności, że strzelała właśnie moja klientka. Szukanie tropu, za którym można by pójść, było trochę jak szukanie igły w stogu siana…
– Już nic nie wiem... Kompletnie nic – wyszeptałem cicho.
– Gadasz sam do siebie? Jest już z tobą źle, stary.
– Każdy czasem powie coś do siebie. Ty też tak robisz. Moja klientka potwierdziła, że nie zabiła swojego partnera. W sumie to nie potwierdziła, lecz pokręciła głową. Ale ten facet – wskazałem na zdjęcie – składał już wcześniej fałszywe zeznania… Teraz też mógł kłamać. Wszystkie dowody jednak wskazują na to, że ona to zrobiła…
– Więc może to zrobiła?
– Nie wydaje mi się. Liczę na to, że zacznie ze mną rozmawiać i faktycznie usłyszę jej wersję wydarzeń. Wtedy mogłoby być łatwiej. Chyba pogadam jeszcze z jej poprzednim prawnikiem, Andrew Royem. Nie mieli praktycznie żadnej linii obrony, jakim cudem? Nawet jeśli jemu by się przyznała, co jest niemożliwe, to i tak próbowałby ją wybronić. Na pierwszy rzut oka z papierów wynika, jakby po prostu się poddali i bezczynnie czekali na wyrok.
– Może ktoś go zastraszył? Albo mu zapłacił? – zapytał Matt, zajmując miejsce na kanapie.
– Też o tym myślałem. Ojciec ofiary jest bogaty w chuj. Nawet jeśli naprawdę wierzył w to, że to ona zabiła jego syna, i postanowił zapłacić prawnikowi, to on i tak się nie przyzna. No nie ma takiej opcji. Wiesz, jakie miałby później problemy? Tylko pytanie, czy przyszły teść naprawdę aż tak jej nie lubił, że chciał wsadzić niewinną dziewczynę do więzienia? Był pewny, że to ona go zabiła? Czy myślał, że innego podejrzanego nie będzie i nikt nie pójdzie siedzieć za zamordowanie jego syna, więc z tej desperacji chciał, żeby poszedł ktokolwiek? Ludzie robią różne rzeczy w takich sytuacjach. Niektórzy biorą winę na siebie, chociaż nic złego nie zrobili, a niektórzy wrabiają kogoś innego… Na początek mógłbym jakoś podejść tego prawnika…
– Może spróbuj się z nim zakolegować?
– Nienawidzę ludzi – mruknąłem, biorąc łyk trunku. – Ale mógłbym spróbować… Może po alkoholu by się wysypał.
– Jesteś cenionym adwokatem, wszyscy chcą z tobą chociaż trochę pogadać. Na pewno on też. Wykorzystaj to. I spróbuj z niej coś wydusić. Już nieraz wyciągałeś z ludzi informacje.
– Wiem, ale nie chcę jej na razie męczyć. Dzisiaj straciła przytomność, słabo wygląda… Może jutro mi coś więcej powie.
– Tym bardziej powinna gadać, jeśli źle się czuje, bo ty możesz jej pomóc wyjść z tego więzienia. – Wzruszył ramionami. Miał rację, ale to nie było takie łatwe. – No nieważne, kiedy przychodzisz do nas na jakąś kolację? Daniel już pytał o swojego ulubionego wujka.
– Może w niedzielę?
– Jasne. Przekażę żonie. W ogóle Daniel ma nowego przyjaciela. I jego mama wychowuje go sama… Nie ma nikogo.
– Nie – powiedziałem od razu, bo wiedziałem, do czego to zmierzało. – Nawet tego nie próbuj.
– Mógłbym ją zaprosić na tę kolację razem z synem.
– Nie zrobisz tego. Jakbym kogoś szukał, to robiłbym to sam. Nie potrzebuję w tym niczyjej pomocy. A na takiej kolacji każdy będzie czuł się niekomfortowo. I ja, i ona. Poza tym nie mam czasu na randki. Ani nawet na jakikolwiek związek. Później bym tylko słuchał narzekania, że całe dnie spędzam w pracy. A ona ma dziecko… Tym bardziej by się czepiała, że nie mam na nic czasu. Szkoda babki, i dziecka też.
Obudziłem się nad ranem z głową na biurku i okropnym bólem pleców. W sumie to z bólem całego ciała. Do drugiej w nocy analizowałem wszystkie zeznania Turnera, starając się coś znaleźć. Nie pasowało mi to, że czasem plątał się w wyjaśnieniach. Wziąłem zimny prysznic, chcąc się trochę ocucić. Gdy sięgałem po ręcznik, zadzwonił telefon.
– Słucham?
– Pan Stafford? – rozbrzmiał cichy kobiecy głos.
– Przy telefonie. Saoirse? Coś się stało?
– Przyjedzie pan dzisiaj? Chciałabym porozmawiać.
– Tak, już ogarnąłem nasze spotkanie. Będę koło dziesiątej. Wszystko w porządku? – zapytałem, żeby się upewnić. – Saoirse?
– Wszystko w porządku. Do zobaczenia.
Rozłączyła się. Odłożyłem telefon i udałem się do sypialni, żeby wybrać odpowiedni strój. Włożyłem granatowy garnitur. Ta kobieta nawet na chwilę nie zniknęła z moich myśli. Miałem nadzieję, że otworzy się przede mną i o wszystkim mi opowie. A także że nie zmieni zdania ani nie zrezygnuje z naszej współpracy.
Wszystkiego mogłem się spodziewać.
Nałożyłem na włosy trochę żelu i spojrzałem w lustrze w swoje niebieskie oczy. Liczyłem na to, że Matt nie zapomniał o naszej wieczornej rozmowie i naprawdę nie zaprosi na kolację tamtej kobiety, o której mi opowiadał, a tym bardziej jej dziecka. To był fatalny pomysł i nie powinien był nawet wpaść mu do głowy.Rozdział 3
Tym razem to ja musiałem czekać, aż przyprowadzą do sali tę kobietę. Co chwilę spoglądałem na zegarek i zniecierpliwiony ruszałem nogą, próbując zachować spokój, chociaż wewnątrz mnie pulsowało napięcie. W międzyczasie zdążyłem zdjąć marynarkę i kilka razy przejść się po pustym pomieszczeniu jak lew w klatce. W końcu drzwi otworzyły się i strażnik wprowadził za sobą brunetkę. Na jej twarzy malował się stres. Bez zbędnych słów kiwnąłem głową w stronę kajdanek, sygnalizując, żeby mężczyzna natychmiast je rozpiął. Potarła nadgarstek, gdy klawisz zostawił nas samych, i spojrzała na mnie niepewnie.
– Dzień dobry – odezwałem się pierwszy i wystawiłem w jej stronę dłoń, której przyglądała się krótką chwilę, zanim podała mi swoją. – Lepiej się dzisiaj czujesz?
– Dzień dobry. Tak, lepiej. Dziękuję.
Usiadła na starym, skrzypiącym krześle i spojrzała na teczkę leżącą na stoliku, która trochę zeszczuplała, bo zabrałem ze sobą tylko najpotrzebniejsze papiery. Resztę akt sprawy zostawiłem Harry’emu, z pewnością przeglądał je od samego rana. Zająłem miejsce naprzeciwko mojej nowej klientki i zerknąłem w jej oczy, które uważnie mi się przyglądały. Jej spojrzenie było pełne napięcia i niepewności.
– Zacznę od tego, że jestem tutaj, żeby ci pomóc, Saoirse. A nie pomogę, jeśli ty nie będziesz chciała tej pomocy i jeśli nie będziesz chciała trochę pomóc mnie. Ty też musisz mieć w sobie siłę. Chociaż trochę… Musisz zawalczyć. I przede wszystkim być ze mną szczera. Coś mi nie pasuje w tej sprawie i dlatego chcę usłyszeć twoją wersję wydarzeń. Tylko powiedz mi, czy to zrobiłaś. Nikt cię nie słyszy. Jesteśmy tutaj sami. Potrzebuję to od ciebie usłyszeć. Bez kręcenia głową. Zrobiłaś to?
– Nie.
– To dobry początek. Znasz Jasona Turnera?
– To przyjaciel Lane’a. Mieszkał praktycznie obok niego. To znaczy po drugiej stronie ulicy. Nigdy mnie nie lubił – powiedziała cicho. – Mogę usiąść na podłodze?
– Usiądź, gdziekolwiek chcesz. Ważne, żebyś ty dobrze się czuła.
Usiadła na podłodze i oparła się o zimną, surową ścianę. Rzuciłem okiem na brudną posadzkę i na moje czyste spodnie…
Za jakie grzechy?
Chwyciłem w końcu teczkę, długopis i usiadłem naprzeciwko dziewczyny. Była trochę zaskoczona tym, że postanowiłem do niej dołączyć. Wiedziałem jednak, że to pomoże nam w rozmowie.
– Jego ojciec nigdy nie pozwoli na to, żebym stąd wyszła – szepnęła. – Nigdy…
– Jeśli udowodnimy, że jesteś niewinna, to nie będzie miał nic do gadania – zapewniłem ją, choć wydawało mi się, że wcale jej to nie uspokoiło.
– Widział pan nasze SMS-y?
– Tak – odpowiedziałem od razu.
– Relacje między nami nie były tak złe, jak z nich wynikało. Czasem się kłóciliśmy, ale my się kochaliśmy. I to bardzo. Planowaliśmy wspólną przyszłość, ślub, dzieci… O dziecko staraliśmy się na długo przed tym, co się wydarzyło. Czasem po prostu o coś się sprzeczaliśmy i bywało tak, że myślałam, że temat jest skończony, a on nagle wysyłał mi nieprzyjemne wiadomości, gdy byłam w pracy.
– O co się sprzeczaliście?
– Często się kłóciliśmy o kredyt. On jeden miał, ale potrzebował drugiego i chciał, żebym wzięła go na siebie. Tylko to nie był taki kredyt w banku. Bardziej pożyczka, rozumie pan. Taka szybka chwilówka. A ja nie lubię takich niepewnych źródeł finansowania. Nie chciałam później żadnych problemów, gdyby on nie oddał mi tych pieniędzy. Sama nie zarabiałam wtedy za dużo i po prostu miałam pewne obawy, że mogłabym się sama wplątać w jakieś tarapaty, bo wszystko byłoby w końcu na moje nazwisko, a nie na jego. Twierdził, że mu nie ufam. Sugerowałam, żeby poszedł do ojca, ale on nie chciał tego zrobić. Nie chciał, żeby ojciec zauważył, że jego firma traci płynność. A pewnie by mu pomógł, gdyby tylko wiedział o tych problemach. Męskie ego… – westchnęła cicho, kończąc wypowiedź.
Zerknąłem na kartkę z wykazem SMS-ów, które do siebie wysyłali, i faktycznie ich treść pasowała do tego, co opowiadała.
– W sumie przez tę jego firmę tak często się kłóciliśmy. Chciał też, żebym zrezygnowała z pracy. A ja nie chciałam. Stąd kolejne kłótnie. Nie wiem… Po tych kilku latach tutaj wyraźniej dostrzegam, że czasem ten związek był toksyczny. Ale ja naprawdę go kochałam. On też mnie kochał. Wiem to… – Starła z policzka łzę.
Od razu podałem jej chusteczkę.
– Dziękuję. Gdybym wiedziała, że zostało nam tak mało czasu, nie powiedziałabym mu tylu przykrych słów. Żałuję wielu rzeczy. Mogłam być wtedy w domu. To mogłam być ja. Wolałabym, żeby to mnie zabili, a nie jego…
– Tamtego dnia, niedługo przed tym, co się wydarzyło, wysłał ci wiadomość, w której oświadczył, że z tobą zerwał.
– To nie był on.
– Słucham?
– To była jedna, wyjątkowo długa wiadomość. Nie pisał w ten sposób wcześniej. Proszę zerknąć na jego styl w poprzednich konwersacjach – powiedziała, a ja natychmiast spełniłem jej prośbę. – W jednym SMSie znajdowało się zazwyczaj jedno zdanie, a czasami tylko pojedyncze słowo. Zamiast zbudować dłuższą wypowiedź, wysyłał kilka krótkich z rzędu. A ostatnia wiadomość była sporym blokiem tekstu. I były w niej kropki i przecinki, choć on praktycznie ich nie używał. Wiedziałam, że coś jest nie tak, dlatego pojechałam do domu. Kiedy weszłam do środka, on już nie żył – wyznała. – Próbowałam go reanimować, ale to nic nie dawało. Leżał w kuchni w kałuży krwi, a tuż obok niego była broń.
– Sam się zabił? Nie było żadnych śladów włamania.
– Wiele osób miało klucz od jego domu.
– Pamiętasz może kto?
– Jego mama, jego ojciec, asystent, Jason i… taki jego przyjaciel… Kurczę, nie pamiętam imienia… I babcia na pewno, ale ona mieszka daleko i tylko raz go odwiedziła, zresztą to było dawno. W sumie to nie wiem, czy ona jeszcze żyje, bo ciężko chorowała.
Wypisałem sobie na kartce wszystkie te osoby i spojrzałem ponownie na kobietę.
– Twój prawnik o tym wiedział? Czemu tego nie ma w aktach? Wiedział, że go nie zabiłaś?
– Mówiłam mu, ale chyba mi nie wierzył. Powiedział, żebym nie wspominała o tym kluczu.
– Ja pierdolę… Przepraszam. Interesuje mnie jeszcze jedna kwestia. Na broni były twoje odciski, dlaczego?
– Wydawało mi się, że słyszałam w domu kroki. Chwyciłam ją odruchowo, bo bałam się, że mnie też będzie chciał zabić. Może mi pan nie wierzyć. Wiem, jak to brzmi… – odpowiedziała z nerwowym drżeniem w głosie.
– Dość sensownie. – Wzruszyłem lekko ramionami. – Jego morderca wciąż jest na wolności. Uporządkujmy jednak fakty. Odebrałaś niepokojącą wiadomość, przyjechałaś do domu, on już leżał martwy. Zgadza się? Reanimowałaś go, obok niego była broń, którą chwyciłaś, gdy usłyszałaś dźwięki w domu. Co było później? Przyjechała policja?
– Policja przyjechała dość szybko. Nie mam pojęcia, skąd wiedzieli. Ja nie dzwoniłam.
– Mógł zadzwonić do nich ten, kto go zabił. Sprawdzę to. Ten Jason Turner był bardzo chaotyczny podczas składania zeznań na rozprawie, prawda? Raz mówił, że bawił się z dziećmi, gdy usłyszał strzał, a po chwili, że jedli wtedy obiad.
– Mówił, że jest roztrzęsiony, bo Lane był jego najlepszym przyjacielem i jest w szoku. Byłam tym naprawdę zmęczona. Straciłam człowieka, którego kochałam, rodzina się ode mnie odwróciła, przyjaciele też… Nikt mi nie wierzył, że naprawdę tego nie zrobiłam… – Głos jej się załamał, a w oczach gromadziło się coraz więcej łez. – Nikt, nawet jedna osoba nie trzymała ze mną. Nie miałam siły walczyć… Chyba nawet prawnik mi nie wierzył. Oskarżyciel powiedział, że jestem niestabilna emocjonalnie. A jaka miałam być, jak ktoś zabił osobę, z którą chciałam spędzić życie? Płakałam, bo co mi zostało? Byłam tym wszystkim po prostu zmęczona. Co miałam niby robić?
– Saoirse, spokojnie… Wyciągnę cię z tego.
– Pan pewnie też mi nie wierzy, co?
– Koniec widzenia! – przerwano nam nagle.
– Jeszcze nie skończyliśmy.
Chciałem zatrzymać strażnika, ale od razu założył jej kajdanki i wyciągnął ją z pomieszczenia. Byłem pewny, że Steve maczał w tym palce i to on kazał zakończyć nasze spotkanie. Irytował mnie, bo to w końcu on rozmawiał z moim ojcem o Saoirse. Najwyraźniej nie spodobała mu się nasza miła rozmowa o strażnikach. Na szczęście dowiedziałem się wystarczająco dużo jak na jedno spotkanie z nią. Miałem nadzieję, że przypomni sobie imię tego mężczyzny, który miał klucz od domu Eldera i mienił się jego przyjacielem. To mogło się nam przydać.
Przyjechałem do kancelarii i od razu poprosiłem Harry’ego, żeby poszedł za mną do gabinetu.
– Powiedziała coś? Zrobiła to? – zapytał, gdy szedłem do mojego biurka.
– Powiedziała, że nie zrobiła.
Opowiedziałem mu o naszej rozmowie, a on cały czas coś notował.
– Czyli podejrzani są: ojciec, matka, babcia i Jason Turner. No i ona wciąż mogła to zrobić, ale kłamie. Najgorsze jest to, że to nie jest świeża sprawa, tylko sprzed trzech lat… Byłoby łatwiej jej bronić, jakby to było świeże, nie?
– Wierzysz w to, że babcia by go zabiła? – zapytałem, ignorując resztę jego wypowiedzi. – Podobno chorowała w ostatnich latach przed śmiercią Lane’a. Trzeba sprawdzić, czy w ogóle jeszcze żyje. Nie mieszka nawet w mieście. Jason Turner to na razie mój główny podejrzany – odparłem, spoglądając przez okno na panoramę miasta. – Nie lubił jej.
– Ale to był przyjaciel ofiary, czemu to właśnie on miałby zabić?
– Może miał jakiś motyw. Nie wiemy tego… Poza tym nie wydaje mi się, żeby własna rodzina mogła go zabić. Może jednak udało mu się pożyczyć od kogoś te pieniądze i nie miał jak ich oddać? I ci ludzie, którym był dłużny, wkurzyli się i go załatwili? Ale czy to możliwe, żeby oni znali Reyes? Żeby napisać do niej wiadomość i ją w to wrobić? Chyba że był to ktoś z ich bliskiego otoczenia… Ktoś, kto ich bardzo dobrze znał… Znajomy? Ktoś z pracy? Mamy wiele opcji. Rozmawiałeś z moim ojcem na temat tego nowego klienta, który miał przyjść dzisiaj na pierwsze spotkanie? Przejął go?
– Tak. Nie był zadowolony.
– To już nie mój problem. Poszukaj informacji o tej babci. Tylko nie wiem, czy ona jest od strony ojca czy matki. Znajdź informacje o jednej i o drugiej.
– Oczywiście. Dowiedziałem się też, że jej poprzedni prawnik wybiera się dzisiaj do kasyna – poinformował mnie Harry, zerkając w swoje notatki.
– Do którego?
– Do Aurory.
– Cudownie. Dzięki.
Od razu napisałem do Matta, czy ma ochotę pójść ze mną na zwiad do kasyna i nie zdziwiłem się, gdy odpisał, że pójdzie, tylko jeśli będziemy grać. I to moimi pieniędzmi. A ja oczywiście się zgodziłem. Jak w ogóle mógłbym mu odmówić? Sam potrzebowałem takiego wyjścia, ale musiałem pamiętać, po co tak naprawdę się tam wybieram. Musiałem coś wyciągnąć z tego gościa.
W południe poszedłem na stek i w trakcie jedzenia odłożyłem nagle sztućce, gdy do głowy przyszło mi pytanie, czy Saoirse cokolwiek tego dnia zjadła. Nie mogła tak po prostu pojawiać się w moich myślach nieproszona… Odchrząknąłem cicho, kręcąc się na krześle, i spojrzałem na kobietę, która siedziała przy stoliku naprzeciwko mnie. Uśmiechnęła się, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Nie znałem jej. Nigdy nie widziałem jej w tej restauracji, a byłem tu stałym bywalcem. Obiady zawsze jadałem sam. Co innego kolacje, na które zdarzało mi się chodzić z innymi, ale kiedy ostatni raz jadłem z kimś obiad, to nawet nie pamiętałem.
Zaskoczyło mnie, gdy nagle przysiadła się do mojego stolika. Była piękna. Wysoka, szczupła, na dodatek blondynka z niebieskimi oczami… Powinienem chcieć poznać ją bliżej, tylko akurat nie miałem ochoty na towarzystwo.
– Dzień dobry – zagaiła, uśmiechając się szeroko. – Jesteś tu sam?
– Jak widać… W zasadzie to już wychodziłem.
– Och…
– Ale mogę zadzwonić, jeśli dasz mi swój numer. Dzisiaj nie mam czasu, ale może jutro? – zapytałem, a ona od razu położyła na stoliku swoją wizytówkę.
– Będę czekać.
– Na pewno się odezwę.