Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Prawo pożądania - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 lipca 2026
15,99
1599 pkt
punktów Virtualo

Prawo pożądania - ebook

W kancelarii cisza trwa do momentu, gdy ktoś ją przerwie. Blanka jest sekretarką. Aleksander jest mecenasem. Między nimi jest biurko, garnitur, pierścionek z białego złota i seks na wiśniowej kanapie, o którym nikt nie wie. Życie jest proste. Sprawy rozwodowe, domofon, klienci z matowymi oczami. Rutyna, która smakuje kawą i bezpieczeństwem. Potem przychodzą dwie kobiety. Aśka przynosi ze sobą kubek z tajemniczym napisem, śmiech, który wypełnia pokoje, i piątkowe wyjazdy. Przynosi też opowieści - gorące, mokre, niebezpieczne - które wchodzą Blance w głowę i które nie chcą wyjść. Anna Stec przynosi ze sobą zemstę. Zimną, prawniczą, precyzyjną. Zemstę kobiety, która przegrała mężczyznę i która zamierza wygrać wojnę. Między Aśką a Anną - między ogniem a lodem - stoi Blanka. Z ciałem, które reaguje na opowieści. Trzeci tom serii „Pożądanie." Gorętszy niż pierwszy. Ciemniejszy niż drugi. Książka zawiera odważne sceny erotyczne i jest przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich 18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 373 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1 ROZDZIAŁ 1. APLIKANTKA

Kancelaria Aleksandra na Grochowskiej. Październik. Rano.

Blanka siedziała za biurkiem i myślała o Krakowie.

Nie o Wawelu, nie o Sukiennicach, nie o obwarzankach, które jadła na szkolnej wycieczce w drugiej klasie liceum i które smakowały jak obwarzanki, czyli jak nic specjalnego.

Myślała o Klarze. O Hamdanie do którego pojechała na romantyczny weekend. Myślała o tym, że Kraków jest trzysta kilometrów od Grochowskiej, i że trzysta kilometrów to jest za daleko, żeby przytulić Klarę, i że telefon nie zastąpi łóżka naprzeciwko, i że „kocham cię, laseczka” przez słuchawkę nie jest tym samym co „kocham cię, laseczka” z odległości metra, z kieliszkiem, z kolanami stykającymi się pośrodku.

Drzwi do kancelarii otworzyły się.

Blanka usłyszała kroki na korytarzu. Dwa pary - jedne znane, drugie nie. Jedne - Aleksandra: równe, pewne, z obcasami, które stukały o drewnianą podłogę z dźwiękiem, który Blanka rozpoznałaby z zamkniętymi oczami, z zatyczkami w uszach, z dna studni. Drugie - inne. Lżejsze. Szybsze. Na płaskiej podeszwie.

Wstała zza biurka.

W tym momencie Aleksander otworzył drzwi do jej pokoju. Szeroko - z gestem, który był zaproszeniem, nie wtargnięciem, z ręką na klamce, z twarzą, na której było to, co Blanka znała i co kochała - spokój, pewność, ciepło. W garniturze - granatowym, dwurzędowym, z krawatem, z mankietami, które lśniły w porannym świetle. Przystrzyżona broda. Oczy piwne z bursztynowymi plamkami. Aleksander Morawski, mecenas, o ósmej trzydzieści rano, we własnej kancelarii, we własnym żywiole.

Jako pierwsza weszła dziewczyna.

Blanka zobaczyła ją i zarejestrowała - automatycznie, odruchowo . Szybko. Precyzyjnie. Od góry do dołu.

Wysoka. Prawie jak Aleksander - sto osiemdziesiąt centymetrów, może więcej w butach, ale buty były płaskie, więc sto osiemdziesiąt było jej. Wysoka w sposób, który zajmował przestrzeń - nie chował się, nie kurczył, nie przepraszał za centymetry. Włosy czarne - za ramiona, gęste, proste, z połyskiem, który mógł być od szamponu albo od genetyki, i który Blanka zauważyła, bo Blanka zauważała włosy, bo jej własne włosy były jasne i cienkie, i bo kontrast jest pierwszą rzeczą, którą widzi kobieta, gdy patrzy na inną kobietę. Twarz biała - blada, nie opalona, z cerą, która nie widziała słońca od miesięcy albo nie widziała go nigdy. Nos duży - wyraźny, z garbkiem, który nie był defektem, lecz charakterem, i który nadawał twarzy coś oryginalnego. Oczy wielkie - ciemne, z rzęsami, które mogły być naturalne albo dorobione, i które robiły z oczu coś, co przyciągało wzrok jak latarnia przyciąga ćmy. Usta duże - pełne, z konturem wyraźnym, z kolorem, który był naturalny albo tak dobrze pomalowany, że wyglądał na naturalny.

Blanka spojrzała niżej. Odruchowo - bo ciało rejestrowało ciało, bo kobieta patrzy na kobietę całą, nie połowicznie, bo Blanka była kobietą i patrzyła.

Biodra. Szerokie - bardzo szerokie, z kształtem, który spodnie nie ukrywały, lecz obejmowały, z linią, która szła od talii na boki jak krzywa na wykresie, który idzie w górę i nie zamierza zawracać. Brzuch - z lekką nadwagą, z zaokrągleniem, które garsonka maskowała, ale nie eliminowała, i które Blanka zobaczyła, bo Blanka miała płaski brzuch, i bo płaski brzuch widzi zaokrąglony tak, jak wysoki widzi niskiego. Piersi - duże. Duże w sposób, który przebijał się przez materiał niebieskiej garsonki z siłą, której garsonka nie była w stanie zatrzymać. Pod szyją - biała bluzka, zapięta do ostatniego guzika, bez dekoltu, bez wycięcia, bez niczego, co odsłaniałoby cokolwiek. Czarne spodnie. Płaskie buty.

Dziewczyna wyciągnęła rękę. Pierwsza - zanim Blanka zdążyła wyciągnąć swoją, zanim Blanka zdążyła otworzyć usta, zanim Blanka zdążyła cokolwiek. Z gestem, który nie był nieuprzejmy - był szybki. Pewny siebie. Z energią kogoś, kto wchodzi do pokoju i kto nie czeka, aż pokój się przyzwyczai.

- Cześć, jestem Aśka.

Nie „dzień dobry.” „Cześć.” I „Aśka.” Na ty. Od razu. W kancelarii mecenasa, o ósmej trzydzieści rano, przy pierwszym spotkaniu.

Blanka podała rękę. Uścisk - krótki, z naciskiem, który był stanowczy po obu stronach.

- Blanka.

Aleksander stał w drzwiach. Z ręką na klamce, z postawą kogoś, kto prezentuje i kto obserwuje reakcje.

- Pani Blanko - powiedział tonem, który był formalny i ciepły jednocześnie, który był Aleksandrem-w-kancelarii, nie Aleksandrem-w-łóżku - pani Joanna Hensel jest moją aplikantką pierwszego roku przydzieloną mi przez izbę. Będzie w kancelarii w każdy poniedziałek i czasem w piątek.

Pani Joanna. Nie Aśka - pani Joanna. Aleksander mówił „pani Joanna,” a pani Joanna mówiła „Aśka.” I ta różnica - te dwa imiona dla tej samej osoby, formalne i nieformalne, jak dwa buty na dwie różne nogi - ta różnica powiedziała Blance coś. Coś małego. Coś, co siedziało w żołądku jak kamyk.

- Pani Joanno, zapraszam do mnie - powiedział Aleksander. Z gestem - ręka w stronę swojego gabinetu, z uśmiechem, z uprzejmością, która była profesjonalna i której Blanka nie miała powodu kwestionować, i której mimo to - mimo wszystko - kwestionować zaczęła.

Aśka odwróciła się do Blanki.

Uśmiechnęła się. Szeroko - z zębami, z oczami, z całą twarzą, która rozjaśniła się jak latarnia, gdy ktoś ją włącza. Uśmiech, który był ciepły i który był za dużo na pierwsze spotkanie, i który Blanka odebrała ciałem, nie głową.

I - Blanka dałaby sobie uciąć rękę - powieka Aśki drgnęła.

Lekko. Ledwo zauważalnie. Ruch, który mógł być tikiem, mógł być zmęczeniem, mógł być kurzem we oku. Ale który wyglądał - bo Blanka patrzyła, bo Blanka rejestrowała, bo Blanka widziała - który wyglądał jak oczko. Puszczone oczko. Szybkie, konspiracyjne, z tym samym ruchem powieki, z jakim pani Ewa puszczała oczko w portierni akademika, z jakim Klara puszczała oczko przy winie, z jakim ludzie puszczają oczko, gdy mówią: wiem coś, czego nie mówię.

Aśka odwróciła się i poszła za Aleksandrem. Drzwi gabinetu zamknęły się za nimi - z kliknięciem, z dźwiękiem, który był cichy i który był głośny, i który zostawił Blankę samą w sekretariacie z pytaniem, które nie padło, i z odpowiedzią, której nie znała.

Blanka usiadła za biurkiem.

Patrzyła na zamknięte drzwi gabinetu. Na drewno - ciemne, z klamką, z szczeliną u dołu, przez którą nie było nic widać i przez którą nie było nic słychać, bo Aleksander miał dobre drzwi, bo Aleksander miał dobre wszystko.

I myślała. O „cześć, jestem Aśka.” O powiece, która drgnęła. O piersiach, które przebijały się przez garsonkę. O biodrach szerokich jak Grochowska. O oczach wielkich jak okna. I o tym, że Aleksander powiedział „pani Joanna,” a Joanna powiedziała „Aśka,” i że „Aśka” w kancelarii mecenasa o ósmej trzydzieści rano jest albo bezczelnością, albo pewnością siebie, i że Blanka nie wiedziała, które jest gorsze.

I o Annie Stec.

Myśl przyszła znikąd . Anna Stec. Mecenas. Blond włosy. Szpilki. Perfumy. Kobieta, która była przed Blanką - w łóżku Aleksandra, w kancelarii Aleksandra, w życiu Aleksandra. Kobieta, która patrzyła na Blankę z wyższością kogoś, kto był tu pierwszy.

Blanka zamknęła oczy. Na sekundę. Na chwilę, w której ciemność pod powiekami była jedynym spokojnym miejscem.

„Nie bądź głupia,” powiedziała sobie. Głos w głowie - ostry, trzeźwy, brzmiący jak Klara po trzecim kieliszku wina. „To jest aplikantka. Ma dwadzieścia pięć lat i garsonkę z wyprzedaży. Nie bądź głupia.”

Otworzyła oczy.

Ale kamyk w żołądku nie zniknął.

***

Drzwi za Aleksandrem i Aśką zamknęły się, i w tej samej sekundzie - jakby ktoś nacisnął przycisk, jakby kancelaria miała timer, jakby świat działał na zasadzie wahadła, w którym jedno się kończy i drugie zaczyna - zadzwonił domofon.

Brzęczyk. Krótki. Ostry. Z głośnika przy drzwiach - tego małego, szarego głośnika, przez który Blanka rozmawiała z klientami od dwóch lat.

- Dzień dobry - głos męski, z oddechem, z nerwowością, która przeszła przez głośnik jak prąd przez kabel. - Ja do pana mecenasa.

Blanka nie odpowiedziała.

Nacisnęła przycisk - ten sam, bez słowa, bez „proszę wejść,” bez niczego. Tak jak robiła Krystyna . Blanka naciskała przycisk i otwierała drzwi klatki, i nie mówiła nic, bo milczenie przez domofon jest profesjonalne, i bo Krystyna nauczyła ją jednej rzeczy, zanim zniknęła: w kancelarii mówi się jak najmniej.

Kroki na klatce schodowej. Blanka wstała. Podeszła do drzwi - otworzyła, z gestem, który był odruchem, z uśmiechem, który był profesjonalny, z postawą kogoś, kto wita klientów od dwóch lat i kto robi to tak, jak oddycha.

- Zapraszam.

Mężczyzna wszedł.

Około czterdziestu lat. Szczupły - za szczupły, z twarzą, która była koścista i wklęsła w policzkach, z ciałem, które wyglądało, jakby jadło za mało albo stresowało się za dużo, albo jedno i drugie. Łysy - nie ogolony, łysy, z głową, która lśniła w świetle jarzeniówki, z resztkami włosów nad uszami, krótkimi, siwiejącymi. Mała broda - przycięta, ciemna, z siwymi nitkami, z kształtem, który mógł być zamierzony albo który był wynikiem trzech dni bez golenia i jednego dnia z maszynką.

Blanka spojrzała w jego oczy.

Matowe. To było pierwsze słowo, które przyszło jej do głowy - matowe. Nie błyszczące, nie żywe, nie te oczy, które Blanka widziała u Aleksandra (ciepłe, bursztynowe), u Klary (jasne, błyskotliwe), u Hamdana (ciemne, głębokie). Matowe. Jak szkło, które ktoś szlifował zbyt długo. Jak powierzchnia, z której zeszedł połysk. Oczy kogoś, kto nie spał, kto się martwił, kto jechał do kancelarii z teczką w ręce i z nadzieją, która nie mieściła się w oczach.

Mężczyzna podał rękę.

- Jakub Klosicki.

Uścisk - słaby, wilgotny, z dłonią, która była zimna i która drżała lekko, z drżeniem, które Blanka poczuła pod palcami jak puls na granicy wyczuwalności. Dłoń kogoś, kto się boi.

- Blanka Nowicka. Zapraszam.

Blanka zaprosiła go do swojego pokoju. Mężczyzna usiadł - na krześle przy biurku, na tym samym krześle, na którym siadali wszyscy klienci, i które pamiętało setki pośladków, setki historii, setki rozwodów, setki wyroków.

- Poproszę dowód osobisty.

Rutyna. Blanka wzięła dowód - plastikowy, z twarzą, która na zdjęciu wyglądała młodziej niż na żywo, z danymi, które Blanka przepisała do systemu z prędkością kogoś, kto przepisuje dane z dowodów osobistych tak, jak inni przepisują przepisy kulinarne. Imię. Nazwisko. PESEL. Adres.

Mężczyzna podał jej teczkę. Brązową - z gumką, z dokumentami, z papierami, które wystawały na krawędziach jak języki z ust zmęczonych ludzi. Blanka otworzyła. Zaczęła skanować - dokument po dokumencie, kartkę po kartce, z ruchami, które były odruchowe, z maszyną, która buczała cicho.

Jakub Klosicki nie potrafił siedzieć w ciszy.

Zaczął się wiercić - na krześle, z rękami, które nie wiedziały, gdzie się położyć, z nogami, które krzyżowały się i rozkrzyżowywały, z ciałem, które nie mogło znaleźć pozycji, w której byłoby spokojne. Wiercił się jak dziecko na lekcji, jak oskarżony na ławce, jak każdy człowiek, który siedzi w kancelarii z teczką dokumentów i z życiem, które się rozpadło.

A potem wypalił.

- Wie pani, ta sprawa mnie wykończy. Po co mi to było. Po co to małżeństwo?

Blanka podniosła głowę znad skanera. Uśmiechnęła się - ciepło, profesjonalnie, z tym uśmiechem, który nosiła w kancelarii jak Aleksander nosił garnitur. Uśmiechem, który mówi: słucham, rozumiem, jestem tu.

- Rozwód to traumatyczne przeżycie - powiedziała.

Jakub pochylił się do przodu. Z łokciami na kolanach, z rękami splecionymi, z oczami - tymi matowymi, szklistymi oczami - wbitymi w Blankę.

- Żeby tylko rozwód. - Głos mu się załamał. Nie ze smutku - z gniewu, który próbował być smutkiem, i który nie umiał. - Wie pani co ona zrobiła, ta małpa?

Blanka nie zdążyła odpowiedzieć. Nie zdążyła powiedzieć - „proszę się uspokoić,” nie zdążyła powiedzieć „mecenas zaraz pana wysłucha,” nie zdążyła powiedzieć nic, bo Jakub Klosicki wpadł w słowotok jak tramwaj w zakręt - z impetem, z hałasem, z rozpędem, którego nic nie mogło zatrzymać.

- Wyrzuciła mnie z domu. Poszła na policję wczoraj wieczorem i powiedziała, że groziłem jej nożem. Ja. Jej. Groziłem. Nożem.

Powtórzył to - trzy razy, z pauzami między słowami, z intonacją, która szła w górę przy każdym słowie, jak schody, które prowadzą na piętro, na którym jest absurd.

Blanka skanowała kolejne dokumenty. Jeden po drugim - z buczeniem maszyny, z ruchem ręki, z odruchem, który nie wymagał uwagi, bo uwaga była na Jakubie.

Spojrzała na dokument, który miała w ręku.

Nakaz natychmiastowego opuszczenia wspólnie zajmowanego mieszkania i zakaz zbliżania się do niego. Data - wczorajsza. Podpis - policjant, nieczytelny, z pieczątką jednostki. Podstawa prawna - artykuł 15aa ustawy o Policji. Blanka znała ten artykuł. Znała go z kancelarii, z akt, z rozmów z Aleksandrem, z nocy, w których czytała kodeksy zamiast spać, bo Aleksander czytał kodeksy zamiast spać, bo miłość do prawnika oznacza miłość do prawa.

Położyła nakaz na skanerze. Maszyna zabrzęczała. Światło przesunęło się pod szybą.

- Przyszła dwójka policjantów - mówił Jakub. Szybko - z oddechem, który był krótki, z rękami, które gestykulowały, z ciałem, które nie potrafiło być nieruchome, bo nieruchomość wymagała spokoju, a spokoju nie było. - Taka młoda siksa i trochę starszy facet.

- Przedmuchali mnie. Na szczęście jeszcze nie otworzyłem tego wieczoru piwa.

Pauza. Jakub wziął oddech - głęboki, z dna klatki piersiowej, z miejsca, w którym trzymał resztę historii.

- A wie pani. Ona specjalnie nie wracała długo do domu. Ona wie. Ona dokładnie wie, że wtedy nosi mnie. Że otwieram piwo. Jedno. Później drugie. A na końcu trzecie i idę spać.

Blanka wzięła kolejny dokument. Położyła na skanerze. Brzęk. Światło. Skan.

- Wczoraj czuwała nade mną opatrzność i nie piłem. No i na alkomacie jak mnie przedmuchali - wyszło 0,00 promila. Czyli nic. Wie pani?

- Ta siksa, to znaczy ta młoda policjantka - Jakub pochylił się bliżej, z oczami, które nabrały blasku, jakby wspomnienie dodało im połysku, którego brakowało - niech mi pani wybaczy moje słownictwo, ale ja normalnie tak nie mówię. Jestem zdenerwowany.

Przełknął. Z ruchem gardła, który był widoczny, który był głośny w ciszy pokoju.

- Wie pani, że ja mam doktorat? Że jestem inżynierem produkcji w takiej firmie? Wafelki produkujemy. No, nieważne.

Blanka uśmiechnęła się. Lekko - z kącikiem ust, z ciepłem, które było szczere, bo Jakub Klosicki z doktoratem i z wafelkami, z „małpą” i z „siksą,” z matowymi oczami i z trzęsącymi się rękami - Jakub Klosicki był człowiekiem, i Blanka widziała ludzi, nie klientów.

- Może chciałby pan kawę? - zapytała.

- Nie, dziękuję. Jest pani bardzo miła, ale bez tego mnie już telepie.

Pauza. Krótka. Z oddechem.

- No i wie pani, dobrze, że był ten policjant. Ten starszy. Spojrzał na mnie i wie pani - Jakub pochylił się jeszcze bliżej, z głosem, który zszedł do szeptu, jakby mówił o sekrecie, jakby policjant mógł go usłyszeć przez ściany kancelarii, przez ulicę, przez Grochowską - ja widziałem w jego oczach, że on jej nie wierzy. Tej mojej małpie. Ale wypisali ten nakaz i mieszkam w hotelu.

Blanka słuchała. Z twarzą spokojną - z tą twarzą, którą nosiła na sali sądowej, którą nosiła w kancelarii, którą nosiła wszędzie, gdzie ludzie mówili rzeczy, które były trudne do słuchania.

- Wie pani, na szczęście miałem dokumenty w samochodzie, bo policja nic mi nie pozwoliła zabrać. Wie pani - głos Jakuba zmienił się, z gniewnego na cichszy, z cichszego na coś, co było blisko płaczu, ale co nie było płaczem, bo mężczyźni z doktoratami nie płaczą w kancelariach prawniczych, albo tak im się wydaje - wie pani, ja czułem, że coś się kroi. Laptop miałem w pracy. Nawet sobie garnitur zapasowy do pracy zaniosłem.

Przełknął. Znowu. Z tym samym ruchem gardła, z tym samym dźwiękiem.

- Wierzy mi pani? - Spojrzał na Blankę. Prosto. Z oczami, które nie były już matowe - były błagalne. - Że ja jej nic nie zrobiłem? Że ona kłamie?

Blanka patrzyła na niego. Na Jakuba Klosickiego, czterdzieści lat, inżyniera produkcji, doktora nauk technicznych, mężczyznę z nakazem opuszczenia mieszkania w kieszeni i z matowymi oczami, które teraz błyszczały - nie od radości, od desperacji.

Blanka nie odpowiedziała na pytanie.

W tym momencie - w ciszy, w której „wierzy mi pani” wisiało w powietrzu jak dym z papierosa, gorzkie i gęste - drzwi gabinetu się otworzyły.

Aleksander wyszedł. W garniturze - tym samym, granatowym, dwurzędowym, z mankietami, z bródką. Za nim - Aśka. W garsonce - tej samej, niebieskiej, z białą bluzką pod szyją, z włosami czarnymi na ramionach, z oczami, które natychmiast znalazły Blankę.

Blanka zobaczyła coś.

Na twarzy Aśki - na tej twarzy z dużym nosem, z wielkimi oczami, z dużymi ustami - na tej twarzy, która była nowa i która była obca - Blanka zobaczyła uśmiech. Nie ten sam co wcześniej - inny. Mniejszy. Cichszy. Z kącikiem ust, który unosił się o milimetr, z oczami, które patrzyły na Blankę z wyrazem kogoś, kto właśnie spędził trzydzieści minut w gabinecie z Aleksandrem Morawskim i kto jest z tego zadowolony. Nie zawodowo zadowolony - inaczej zadowolony.

Albo Blanka to sobie wyobrażała.

Albo nie.

Aleksander spojrzał na Jakuba. Na mężczyznę na krześle - na matowe oczy, na trzęsące się ręce, na teczkę, na nakaz. Spojrzał i zobaczył - bo Aleksander widział ludzi tak, jak chirurg widzi ciała, w jednym spojrzeniu, z diagnozą, z planem.

- Pan Klosicki? - zapytał.

Jakub wstał. Szybko - z krzesła, z nerwowością, z ruchem kogoś, kto wstaje przed nauczycielem, przed sędzią, przed kimś ważnym. Podał rękę.

- Zapraszam do gabinetu - powiedział Aleksander. Z uśmiechem - profesjonalnym, ciepłym, z tym uśmiechem, który klienci kancelarii Aleksandra Morawskiego dostawali jak wizytówkę.2 ROZDZIAŁ 2. KAWA

Jakub Klosicki wszedł do gabinetu Aleksandra, a drzwi zamknęły się za nimi z kliknięciem - cichym, definitywnym, z dźwiękiem drewna o framugę, który zostawił korytarz pusty, a sekretariat - nie.

Bo w sekretariacie stała Aśka.

Stała w drzwiach - w tych samych drzwiach, przez które wyszedł Jakub ze swoimi matowymi oczami i z trzęsącymi się rękami - i patrzyła na Blankę z uśmiechem, który był szeroki i otwarty, z zębami, z oczami, z całą twarzą.

- Mogę tu usiąść?

Nie czekając na odpowiedź - usiadła. Na tym samym krześle, na którym pięć minut wcześniej siedział mężczyzna z nakazem opuszczenia mieszkania i z doktoratem , na krześle, które było jeszcze ciepłe.

Usiadła i rozłożyła się. Nogi skrzyżowane, łokcie na podłokietnikach, ciało, które zajęło krzesło całe - od oparcia do krawędzi - z postawą kogoś, kto siada i kto nie zamierza wstać szybko.

Blanka patrzyła na nią zza biurka. Z twarzą spokojną - profesjonalnie spokojną, kancelaryjnie spokojną, spokojną jak biurko, na którym leżały akta, i jak ekspres, który stał w kącie, i jak wszystko w tym pokoju, co było na swoim miejscu.

Kamyk w żołądku leżał na swoim miejscu też.

- Chcesz kawę? - zapytała Blanka.

- Jasne.

Aśka wstała. Nie powiedziała „poproszę,” nie powiedziała „byłoby miło,” nie powiedziała nic, co zawierałoby uprzejmość w formie zdania - powiedziała „jasne” i wstała, i podeszła do ekspresu sama, z krokami, które były szybkie, z ruchami, które były pewne, z energią kogoś, kto wchodzi do cudzej kuchni i kto otwiera cudzą lodówkę, i kto nie uważa, żeby to wymagało pozwolenia.

Kliknęła przycisk. Ekspres zabrzęczał - z wibracją, która przeszła przez blat, z bulgotaniem, które zaczęło się cicho i które rosło, z zapachem kawy, który zaczął wypełniać pokój jak ciepło wypełnia wannę.

- Dasz mi kubek?

Blanka sięgnęła do szafki. Wyjęła filiżankę - białą, z logo kancelarii, o pojemności stu pięćdziesięciu mililitrów, z uszkiem delikatnym, z kształtem, który był elegancki i który był standardem, bo w kancelarii mecenasa Morawskiego piło się kawę z filiżanek, nie z kubków, bo filiżanki były profesjonalne.

Podała Aśce.

Aśka wzięła filiżankę. Obróciła ją w dłoniach - z ruchem, który był teatralny, z miną, która była teatralna, z całym ciałem, które przez sekundę było teatrem jednego aktora.

- Taką kapką to się nie napiję.

I zaśmiała się. Głośno - z dźwiękiem, który szedł z brzucha, nie z gardła, z dźwiękiem, który wypełnił pokój tak, jak zapach kawy wypełniał pokój, z siłą, której Blanka nie spodziewała się po pierwszym spotkaniu, bo pierwsze spotkania są ciche, bo pierwsze spotkania są ostrożne.

Zwykle.

Blanka otworzyła dolną szafkę. Tę, w której trzymała rzeczy nieoficjalne - kubki, które nie miały loga, łyżeczki, które nie pasowały do filiżanek, cukier w worku zamiast w cukiernicy. Wyjęła kubek. Duży - trzysta mililitrów, biały, z napisem „UW” na boku, z odpryskiem na uszku. Kubek, który był jej własny, który przywiozła z akademika, z którego piła, gdy Aleksander był na rozprawach i gdy kancelaria była pusta, i gdy mogła zdjąć filiżankę i założyć kubek, jak zdejmuje się garnitur i zakłada dres.

- No, ten jest dobry - powiedziała Aśka. Wzięła kubek z ręki Blanki z gestem, który nie miał w sobie ceremonii, który miał w sobie „daj.” - Jutro przyniosę swój.

Jutro. Nie „kiedyś.” Nie „może.” Jutro. Z pewnością, która zakładała jutro, i kolejne jutro, i kolejne, z pewnością kogoś, kto właśnie postanowił, że tu będzie.

Aśka nalała kawę do kubka. Wróciła na krzesło. Usiadła.

Pociągnęła łyk. Duży - z dźwiękiem, który nie był dyskretny, który był siorbnięciem, i który w kancelarii mecenasa Morawskiego brzmiał jak rękawica rzucona na posadzkę.

- Długo tu pracujesz?

- Cztery miesiące - powiedziała Blanka.

Kolejne siorbnięcie.

- Chcesz mleko? - zapytała Blanka.

- Nie. Jestem na diecie keto. Żadnej laktozy. - Aśka otworzyła oczy. - Zresztą lubię czarną i gorzką.

Pauza. Krótka. Z kącikiem ust, który drgnął.

- Kawę - dodała.

I zaśmiała się. Z tym samym śmiechem , otwartym, głośnym. I z tym samym oczkiem - lekkim, szybkim, z tą samą powieką, która drgnęła jak wcześniej. Blanka zobaczyła je wyraźnie - nie jak za pierwszym razem, nie jak może-tik, może-kurz, może-zmęczenie. Wyraźnie. Celowo. Z intencją, która nie ukrywała się za przypadkiem.

Aśka odstawiła kubek na biurko. Z ruchem solidnym - ceramika o drewno, z dźwiękiem, który był cichy i który był pewny.

- Jak sama widzisz - powiedziała, z ręką, która zrobiła gest w dół, wzdłuż swojego ciała, wzdłuż garsonki, wzdłuż bioder, wzdłuż brzucha - ja ciągle jestem na diecie.

Blanka otworzyła usta.

- Daj spokój - powiedziała. I usłyszała, że powiedziała to ciepło. Szczerze. Z tonem, który zaskoczył ją samą, bo piętnaście minut temu myślała o kamyku w żołądku, a teraz mówiła „daj spokój” z ciepłem, jakby znała Aśkę od lat.

Ciało przed głową. Jak zawsze.

- Miła jesteś - powiedziała Aśka. Z uśmiechem, który był mniejszy niż poprzednie, cichszy, który miał w sobie coś, co nie było śmiechem. - Ale ja lustro w mieszkaniu mam.

Śmiech. Ale inny - krótszy.

Blanka zmieniła temat.

- Jesteś z Warszawy?

- Ze Śląska. - Aśka wyprostowała się na krześle z miną, która była dumna, teatralnie dumna, z brodą uniesioną, z oczami przymrużonymi. - Jestem typowa baba śląska.

Śmiech.

- Mieszkam w Warszawie od studiów na uniwerku. Piąty rok tu siedzę, znaczy w Warszawie, nie na tym krześle. - Siorbnięcie. - Chociaż na tym krześle mogłabym siedzieć, jest wygodne.

- Ja też studiuję na UW - powiedziała Blanka.

- Który rok?

- Trzeci.

- To z górki już.

Aśka pociągnęła łyk kawy. Spojrzała na Blankę - z tymi wielkimi oczami, ciemnymi, z rzęsami, z wyrazem, który był ciepły i badawczy jednocześnie, jak oczy kogoś, kto patrzy i kto lubi to, co widzi, i kto nie zamierza przestać.

- Czuję, że się zaprzyjaźnimy - powiedziała. - Dobrze ci z oczu patrzy.

Blanka nie wiedziała, co powiedzieć. Bo co się mówi, gdy ktoś obcy, kogo znasz od dwudziestu minut, mówi „zaprzyjaźnimy się, dobrze ci z oczu patrzy”? Nie „tobie też” - bo to brzmi jak odwzajemnienie, którego Blanka nie czuła, albo które czuła, ale którego nie chciała czuć. Nie „dziękuję” - bo to brzmi jak odprawa. Nie „zobaczymy” - bo to brzmi jak groźba. Blanka nie wiedziała, więc zrobiła to, co robiła, gdy nie wiedziała - uśmiechnęła się. Z kącikiem ust. Z ciepłem, które było odruchem, nie decyzją.

Aśka nie zauważyła wahania. Albo zauważyła i nie dała po sobie poznać - co, jak Blanka zdążyła się nauczyć, było u Aśki tym samym.

Pauza.

- Jaki jest twój szef?

Twój. Aśka zaakcentowała to słowo - twój - z naciskiem, który był lekki i ciężki jednocześnie, który był jak palec, który dotyka blatu i który zostawia odcisk, i który udaje, że nic nie dotknął.

Blanka zaczerwieniła się.

Poczuła to - gorąco na policzkach, na szyi, na uszach, gorąco, które przyszło zanim myśl zdążyła przyjść, zanim Blanka zdążyła zamknąć twarz, zanim zdążyła zaciągnąć rolety na twarzy, które zaciągała w sądzie, w kancelarii, wszędzie, gdzie trzeba było mieć twarz kamienną. Gorąco przyszło pierwsze. Ciało przed głową. Jak zawsze. Jak zawsze, kurwa, jak zawsze.

Aśka zaśmiała się. Cicho z kącika ust, z oczu, które patrzyły na rumieniec Blanki z wyrazem kogoś, kto zadał pytanie i kto dostał odpowiedź, i kto nie potrzebuje drugiej.

Blanka wiedziała, że Aśka wie.

Nie dlatego, że Aśka powiedziała - Aśka nie powiedziała nic. Dlatego, że „twój” nie znaczy „twój szef.” „Twój” znaczy „twój.” I dlatego, że Aśka zaśmiała się po rumieniu Blanki tak, jak ludzie śmieją się, gdy widzą potwierdzenie tego, co podejrzewali wcześniej.

- Jest w porządku - powiedziała Blanka. Głosem, który był równy. Profesjonalny. Opanowany. Głosem, za którym stał rumieniec, który właśnie sprzedał wszystko, co głos próbował ukryć.

- To przecież widzę - powiedziała Aśka. Odstawiła kubek. Pochyliła się do przodu - z łokciami na kolanach, z twarzą bliżej Blanki, z oczami, które błyszczały z tym blaskiem, który mają oczy ludzi, gdy mówią coś, co ich bawi i co wiedzą, że nie powinni mówić, i co mówią mimo to. - Ten tyłeczek. Te oczy. Ten zapach. Ciasteczko jakich mało.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij