Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Prawo zła - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 lipca 2026
3399 pkt
punktów Virtualo

Prawo zła - ebook

Zło nie rodzi się z wejścia w mrok. Staje się nim wtedy, gdy zaczyna pasować ci jego wystrój.

Konrad, brutalny i charyzmatyczny lider młodocianej bandy, nie potrafi zaakceptować porażki. Igor i Marcin, bliźniacy, z którymi dorastał w domu dziecka, odebrali mu wszystko – wpływy i pozycję, na jaką pracował przez lata. Teraz, z pomocą Prosiaka, ostatniego kompana, planuje dotkliwą zemstę.

W tym samym czasie Karolina mierzy się z konsekwencjami przeszłości. Nowe środowisko zamiast ulgi przynosi presję, a brak wsparcia sprawia, że coraz bardziej zamyka się w sobie. Jej jedyną nadzieją staje się kontakt przez internet z osobą podającą się za Igora. Karolina nie wie jednak, że to początek gry, której zasad nie zna.

Gdy drogi Konrada i Karoliny przecinają się ponownie, wszystko wymyka się spod kontroli. Plan ustępuje miejsca obsesji, a gniew i strach splatają się w mrocznym tańcu, z którego nikt nie wyjdzie bez strat.

Kontynuacja „Prawa braci” – brutalna opowieść o władzy, zależności i nieodwracalnych wyborach.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-612-3
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dro­gi czy­tel­ni­ku, w mo­jej książ­ce znaj­du­je się po­kaź­na li­sta utwo­rów, któ­re nie zo­sta­ły tam umiesz­czo­ne przy­pad­ko­wo. Bar­dzo za­le­ża­ło mi na tym, by dzię­ki skru­pu­lat­nej se­lek­cji mu­zy­ki, prze­ka­zać Wam peł­nie tego, jaki na­strój prze­ży­wał dany bo­ha­ter w kon­kret­nej sy­tu­acji. Je­śli in­try­gu­je Cię, jak wi­dzia­łem to w swo­jej gło­wie, to za­pra­szam do od­słu­cha­nia w od­po­wied­nim mo­men­cie wspo­mnia­nej w tek­ście pio­sen­ki. Play­li­sta znaj­du­je się na ostat­niej stro­nie.PRO­LOG

Wrza­ski do­bie­ga­ją­ce z ze­wnątrz były nie do wy­trzy­ma­nia. Pró­bo­wał je za­głu­szyć, moc­no przy­ci­ska­jąc dło­nie do uszu, ale nie­wie­le to po­mo­gło. Brak peł­ne­go i spo­koj­ne­go snu moc­no da­wał mu się we zna­ki. Był prze­mę­czo­ny i wście­kły, a złość była tym więk­sza, że aku­rat dziś przy­śnił mu się po­ra­nek, w któ­rym za­miast awan­tu­ry bu­dził go za­pach na­le­śni­ków z cze­ko­la­dą. Roz­ża­lo­ny agre­syw­nie prze­rzu­cił się na dru­gą stro­nę ma­lut­kiej ka­na­py, nie­for­tun­nie ude­rza­jąc gło­wą w sto­lik. Miał ocho­tę wy­krzy­czeć swo­ją złość świa­tu, ale nie mógł. Wie­dział, że jego mama nie­na­wi­dzi­ła, kie­dy pod­no­sił głos, a bar­dzo nie chciał, by była na nie­go zła. Za­ci­ska­jąc z ca­łej siły zęby, wy­tarł na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy sta­rym śmier­dzą­cym ko­cem, któ­rym na­stęp­nie na­krył się aż po czu­bek gło­wy. Zda­wał so­bie spra­wę, że już nie za­śnie, dla­te­go prze­stał pró­bo­wać.

Zrzu­cił z sie­bie dziu­ra­wą ka­po­tę i ostroż­nie po­sta­wił sto­py na pod­ło­dze. Uni­ka­jąc zu­ży­tych pre­zer­wa­tyw oraz strzy­ka­wek, ostroż­nym kro­kiem udał się do to­a­le­ty. Jej smród już daw­no prze­stał ro­bić na nim ja­kie­kol­wiek wra­że­nie. Za­pach siar­ko­wo­do­ru, amo­nia­ku i ple­śni był wy­czu­wal­ny na­wet po­mi­mo za­ty­ka­nia nosa pal­ca­mi, dla­te­go po pro­stu nie zwra­cał na nie­go uwa­gi. Kłót­nia, któ­ra prze­rwa­ła mu naj­przy­jem­niej­szy sen ostat­nich mie­się­cy prze­nio­sła się pod ma­lut­kie ła­zien­ko­we okien­ko. Sta­jąc na de­sce klo­ze­to­wej, pró­bo­wał do­strzec, z kim spo­tka­ła się jego mama, choć ton roz­mo­wy mógł wska­zy­wać tyl­ko jed­ną oso­bę.

Ro­man – jej ko­cha­nek – ostat­nio zja­wiał się u nich co­raz czę­ściej. To wła­śnie on od­po­wia­dał za to, że prak­tycz­nie każ­dy po­ra­nek wy­glą­dał tak samo. Jed­nak dziś było ina­czej. Był bar­dziej po­bu­dzo­ny i agre­syw­niej­szy niż zwy­kle, co mo­gło zwia­sto­wać tyl­ko jed­no – kło­po­ty. Po­mi­mo traf­ne­go roz­po­zna­nia hu­mo­ru aman­ta mat­ki, tego, co wy­da­rzy­ło się chwi­lę póź­niej, na­wet nie brał pod uwa­gę.

Ro­mek chwy­cił ją za gar­dło, po­pchnął na ścia­nę kam­pe­ra, a na­stęp­nie z ca­łej siły ude­rzył pię­ścią w twarz. Nie­wie­le my­śląc, wy­biegł z po­jaz­du i w obro­nie swo­jej ro­dzi­ciel­ki rzu­cił się na kon­ku­ben­ta.

Gdy­by to była sce­na w re­ży­se­ro­wa­nej ko­me­dii, wszy­scy pę­ka­li­by ze śmie­chu. Ale to nie był film.

Bosy ośmio­let­ni chło­piec, w sa­mych majt­kach z mo­ty­wem Żół­wi Nin­ja, wła­śnie bez­na­dziej­nie sta­rał się za­dać choć­by je­den cios po­staw­ne­mu do­ro­słe­mu męż­czyź­nie. Ro­man, wi­dząc za­cie­kłość i pło­ną­ce nie­na­wi­ścią oczy, po pro­stu wy­buch­nął śmie­chem. Zła­pał ma­lu­cha jed­ną ręką za gło­wę i z im­pe­tem ode­pchnął go na bok ni­czym wa­dzą­cy śmieć. Ośmio­la­tek wy­wra­ca­jąc się na uli­cę, zdra­pał so­bie część skó­ry ple­ców. To jed­nak nie po­wstrzy­ma­ło go przed dal­szy­mi pró­ba­mi. Chło­piec szyb­ko pod­niósł się na nogi i ru­szył w stro­nę ko­chan­ka mat­ki, któ­ry szar­pał ko­bie­tę za wło­sy. Uni­ka­jąc mę­skiej ręki i wy­mie­rzo­ne­go na od­lew cio­su, z ca­łej siły ude­rzył Ro­ma­na w kro­cze. Efekt był pio­ru­nu­ją­cy, a zwi­ja­ją­cy się z bólu męż­czy­zna prze­stał zwra­cać na nich uwa­gę.

Nie­wie­le my­śląc, pod­biegł do mamy. Pró­bo­wał pod­nieść ją z zie­mi, ale na próż­no. Przez spły­wa­ją­cą z brwi krew ko­bie­ta nie mo­gła otwo­rzyć oczu, a chwiej­ność jej kro­ków świad­czy­ła tyl­ko o jed­nym – po­ran­ną daw­kę nar­ko­ty­ków mia­ła już za sobą. Czuł złość i bez­na­dziej­ną bez­rad­ność, ale po­wstrzy­mał łzy. Wal­cząc z wiot­kim cia­łem mat­ki, z ca­łych sił sta­rał się utrzy­mać rów­no­wa­gę. Gdy uda­ło mu się za­rzu­cić ją so­bie na bark, ja­kaś ma­gicz­na siła znów po­sła­ła go na ło­pat­ki.

Wście­kłość Ro­ma­na była wręcz na­ma­cal­na. Przy­spie­szo­ny, cuch­ną­cy al­ko­ho­lem od­dech, nie­na­tu­ral­nie wiel­kie źre­ni­ce oraz ogrza twarz wzbu­dza­ły strach. Chciał wstać, ale prze­ra­że­nie było sil­niej­sze. Przy­gwoż­dżo­ny do zie­mi mógł tyl­ko ob­ser­wo­wać, jak ko­cha­nek mat­ki wła­śnie ko­pie ją po gło­wie i brzu­chu. Za­nim zdą­żył otwo­rzyć usta, by we­zwać po­moc, zo­stał bru­tal­nie pod­nie­sio­ny za szy­ję i rzu­co­ny w przy­cze­pę. Ból po­ty­li­cy bar­dzo szyb­ko roz­cho­dził się po ca­łej gło­wie, a rwa­nie krę­go­słu­pa pro­mie­nio­wa­ło aż do czub­ków pal­ców. Nie­po­trzeb­nie pró­bo­wał otwo­rzyć oczy. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy gdy­by za­ci­snął po­wie­ki, to bo­la­ło­by tak samo. Za­raz jed­nak prze­stał się za­sta­na­wiać. Stra­cił przy­tom­ność po trze­cim cio­sie.

Ock­nął się, gdy jego rana na gło­wie za­pie­kła ży­wym ogniem. Pró­bo­wał wstać, ale po­wstrzy­ma­ła go dam­ska dłoń przy­ci­ska­ją­ca jego cia­ło do ka­na­py.

– Leż spo­koj­nie, skar­bie, mu­szę prze­myć roz­cię­cie.

– Czy on da­lej tu jest? – spy­tał, se­ple­niąc przez spuch­nię­tą war­gę, ale nie usły­szał od­po­wie­dzi.

Po chwi­li do­strzegł, że po­mi­mo prób opa­trze­nia jego ran, sama nie zdą­ży­ła jesz­cze do­kład­nie po­zbyć się krwi z wła­snej twa­rzy. Nie mu­sia­ła od­po­wia­dać. Za­pach ta­nich pa­pie­ro­sów do­cho­dzą­cy z ze­wnątrz ja­sno wska­zy­wał, że Ro­man wy­szedł tyl­ko za­pa­lić.

Kil­ka mi­nut póź­niej obo­je aż pod­sko­czy­li. Ko­cha­nek mat­ki jak opa­rzo­ny wbiegł do środ­ka, sza­leń­czo omia­ta­jąc wzro­kiem wnę­trze kam­pe­ra. Za­uwa­żył, że na jego twa­rzy ry­su­je się pa­nicz­ny strach, a czo­ło ubar­wiał per­li­sty pot.

– Je­śli któ­reś z was choć pi­śnie im sło­wo, to za­je­bię jak psa – wark­nął, cho­wa­jąc się w to­a­le­cie, czym wzbu­dził w nich prze­peł­nio­ną oba­wą kon­ster­na­cję.

Do­pie­ro po chwi­li usły­sze­li dźwięk strze­la­ją­ce­go spod kół żwi­ru. Ktoś pod­je­chał pod ich przy­cze­pę.

– Na­kryj się i bądź ci­cho – po­wie­dzia­ła pra­wie szep­tem ko­bie­ta i wy­szła na ze­wnątrz.

Po­mi­mo ogrom­ne­go stra­chu, któ­ry go ogar­niał, nie mógł po­zwo­lić, by ktoś znów skrzyw­dził jego mat­kę. Za­nim zrzu­cił z sie­bie koc, do­szedł do nie­go jej pod­nie­sio­ny ton. To go spa­ra­li­żo­wa­ło.

– Nie ma go tu! – wark­nę­ła ro­dzi­ciel­ka.

– Wi­dzę, że się do­ga­du­je­cie – oznaj­mił zim­ny głos, po któ­rym na­stą­pi­ła sal­wa mę­skie­go śmie­chu.

– Po chuj go kry­jesz? Wi­dzia­łaś się w lu­strze? Chy­ba, że sama so­bie to zro­bi­łaś – ode­zwał się ktoś dru­gi, młod­szy.

– Gów­no cię to ob­cho­dzi – od­py­sk­nę­ła ko­bie­ta.

– Ostat­ni raz spy­tam, bo nie mam cza­su. Gdzie on jest? – Każ­de­go z trzech fa­ce­tów, któ­rych usły­szał ce­cho­wa­ły chłód i opa­no­wa­nie.

– W du­pie! Nie ma go…

Nie zdą­ży­ła do­koń­czyć. Na­uczył się roz­po­zna­wać dźwięk ude­rze­nia w twarz już daw­no temu. Roz­pę­dził się, by jej po­móc, ale gdy był w pół dro­gi do drzwi, we­szli oni.

Było ich czte­rech, każ­dy ubra­ny na czar­no. Dwóch roz­glą­da­ło się w środ­ku, a dwaj po­zo­sta­li cze­ka­li na ze­wnątrz. Wy­glą­da­li jak gra­ba­rze. Przed rzu­ce­niem się im do gar­dła po­wstrzy­mał go re­fleks świa­tła, któ­ry od­bi­ła przy­cze­pio­na do pa­ska broń. Wi­dząc ją, sta­nął jak wry­ty. Od­wró­ci­li się w jego stro­nę, ale nie wzbu­dza­li obrzy­dze­nia, tak, jak Ro­man. Byli zu­peł­nie inni. Opa­no­wa­ni i uśmiech­nię­ci, ale na pew­no nie sła­bi. Biła od nich nie­spo­ty­ka­na pew­ność sie­bie, któ­ra przy­cią­ga­ła ni­czym ma­gnes. Jed­nak świa­do­mość pod­po­wia­da­ła, by trzy­mać się od nich z da­le­ka. Nie mu­sie­li sta­rać się wy­glą­dać groź­nie, by wzbu­dzać sza­cu­nek. Wprost prze­ciw­nie do ko­chan­ka mat­ki.

– Cześć, mały – rzu­cił je­den z nich, na­chy­la­jąc się nad nim. – Nie chce­my być tu dłu­żej, niż mu­si­my. Po­wiedz nam, gdzie jest ten, któ­ry… – prze­rwał, ła­piąc go za pod­bró­dek i ob­ra­ca­jąc gło­wę – …wam to zro­bił – do­koń­czył z gry­ma­sem.

Nie wie­dział dla­cze­go, ale był im wdzięcz­ny. Coś we­wnętrz­nie pod­po­wia­da­ło mu, że przy­szli z po­mo­cą, ale nie byli to ry­ce­rze na bia­łych ko­niach. Przy­po­mi­na­li bar­dziej szwa­dron śmier­ci i de­mo­ny na szkie­le­tach ogie­rów. A bio­rąc pod uwa­gę to, jaką oso­bą był Ro­man, to wła­śnie ta­kiej po­mo­cy by ocze­ki­wał, gdy­by się po nią zgło­sił.

– W to­a­le­cie – od­parł, czu­jąc się jak pęk­nię­ty ba­lon, z któ­re­go na­gle wy­le­cia­ło całe po­wie­trze.

– Zuch chło­pak – od­po­wie­dział z uśmie­chem męż­czy­zna, w dal­szym cią­gu na­chy­la­jąc się nad nim. Po chwi­li za­pro­sił do środ­ka swo­je­go ko­le­gę, któ­ry wy­pro­wa­dził chłop­ca, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Gdy chło­pak po­biegł przy­tu­lić mat­kę, ta ode­pchnę­ła go od sie­bie.

– Coś ty na­ro­bił… – rzu­ci­ła za­ła­ma­na, za­glą­da­jąc przez okno w po­szu­ki­wa­niu uko­cha­ne­go.

Z prze­bie­gu spo­tka­nia szwa­dro­nu śmier­ci i Rom­ka wy­wnio­sko­wał, że było ono ostat­nim przy­po­mnie­niem o za­cią­gnię­tym dłu­gu i koń­czą­cym się ter­mi­nie spła­ty. Sły­sząc do­cho­dzą­ce z to­a­le­ty wrza­ski, płacz i szlo­cha­nie aman­ta mat­ki, za­sta­na­wiał się, co mo­gli mu ro­bić. Chciał być na ich miej­scu lub im po­móc, bo wy­cie Ro­ma­na dzia­ła­ło na nie­go ko­ją­co.

Zu­peł­nie inne emo­cje to­wa­rzy­szy­ły jego mat­ce, któ­ra bła­ga­ła, by prze­sta­li. Był im wdzięcz­ny, że jej nie po­słu­cha­li.

Spo­tka­nie w ła­zien­ce trwa­ło ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut, po któ­rych cała czwór­ka opu­ści­ła te­ren, od­jeż­dża­jąc w stro­nę mia­sta. Gdy ko­bie­ta po­bie­gła spraw­dzić stan zdro­wia kon­ku­ben­ta, chło­pak jesz­cze dłu­go wpa­try­wał się w nik­ną­cy za ho­ry­zon­tem po­jazd. Dziś ży­cie zmu­si­ło go, by po raz pierw­szy wy­brać, co jest waż­niej­sze – trzy­mać się mat­ki czy prze­stać być bez­sil­nym. Jesz­cze parę dni temu zro­bił­by dla niej wszyst­ko, ale te­raz stra­cił tę pew­ność. Do tego prze­grał wal­kę o jej uwa­gę z fa­ce­tem, któ­ry ją bił i po­ni­żał. To bo­la­ło bar­dziej niż zdar­te ple­cy i roz­bi­ta gło­wa. A może to była jego wina? Bo był mały i sła­by?

Dzi­siej­sza lek­cja po­zo­sta­nie już z nim na za­wsze. Wie­dział, że słab­si za­wsze prze­gry­wa­ją, a on nie chciał być sła­by.

Za­fa­scy­no­wa­ny ludź­mi, któ­rzy do nich przy­je­cha­li, bar­dzo dłu­go wpa­try­wał się w uno­szą­cy za nimi kurz. Roz­pa­mię­ty­wał i po­dzi­wiał ich po­sta­wę, sta­now­czość oraz pew­ność sie­bie. Zro­zu­miał, że Ro­mek nie jest nie­znisz­czal­ny, a po­ko­nać go moż­na, bę­dąc sil­niej­szym. Chciał być tak sil­ny jak męż­czyź­ni z czar­ne­go Mer­ce­de­sa. Czuł, że nie byli do­brzy, ale je­śli zło mia­ło zo­stać po­ko­na­ne przez więk­sze zło, to chciał być jak oni. Za­uwa­żył też, że w gru­pie ma się ogrom­ną prze­wa­gę, dla­te­go chciał stwo­rzyć taką samą. Pra­gnął kie­dyś po­ko­nać Ro­ma­na.

Przez mo­ment za­sta­na­wiał się nad tym, czy nie po­biec za au­tem, by od­je­chać ra­zem z nimi, ale po­sta­no­wił zo­stać. Nie­ste­ty nie­da­ne mu było dłuż­sze ana­li­zo­wa­nie swo­je­go losu, bo myśl o ewen­tu­al­nej przy­szło­ści skoń­czy­ła się szyb­ciej, niż zdą­ży­ła uło­żyć. Po­now­nie bru­tal­nie prze­ko­nał się o tym, kto rzą­dzi świa­tem i dla­cze­go.

– Za­bi­ję tego je­ba­ne­go gno­ja – usły­szał zza ple­ców.

Chwi­lę póź­niej po­czuł jak grunt osu­wa mu się spod nóg. Nie­przy­jem­ny chłód roz­cho­dził się wzdłuż krę­go­słu­pa, a świa­tło słoń­ca za­czę­ło nie­bez­piecz­nie szyb­ko ga­snąć. Nie wi­dział swo­je­go upad­ku twa­rzą w piach, ale usły­szał upusz­czo­ny obok gło­wy me­ta­lo­wy pręt.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij