Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Preparator - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 października 2026
15,00 zł
1500 pkt
punktów Virtualo

Preparator - ebook

Gdy zimowy mróz skuwa Bydgoszcz, na moście nad Brdą pojawia się dzieło, od którego stygnie krew w żyłach. Młoda kobieta nie została po prostu zamordowana – jej ciało zostało perfekcyjnie zapozowane, zaimpregnowane i zamienione w makabryczną, lodowatą rzeźbę. Dla bezwzględnego oprawcy, który w surowych piwnicach bydgoskiego Fordonu z chirurgiczną precyzją analizuje ludzkie tkanki, zbrodnia to czysta nauka. Dla niego skóra to tylko powierzchowny fałsz, który trzeba zdjąć, by odkryć „prawdziwą strukturę”. Do gry wkracza komisarz Grzech oraz niezawodna, zabójczo opanowana Ewka. Zamiast tradycyjnych śladów przemocy mają przed sobą zapach formaliny, sterylny chłód metalowego stołu i psychopatę, który traktuje miasto jak swoją salę wykładową. Czas ucieka, a kolejne ofiary czekają na swoją kolekcję. Preparator to mroczny, bezkompromisowy thriller psychologiczny osadzony w realiach bydgoskich osiedli, gdzie intelektualna gra z mordercą nie wybacza żadnych błędów.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 838 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Tom II: Preparator

Prolog: Prawdziwa struktura

W piwnicznym boksie jednego z wielkich bloków z wielkiej płyty w bydgoskim Fordonie czas płynął według zupełnie innych reguł niż w reszcie zamarzniętego miasta. Nie wyznaczały go mechaniczne, miarowe tyknięcia ściennego zegara ani pośpiech sąsiadów wracających z wieczornych zakupów, lecz cichy, miarowy i niemal nieludzki oddech kogoś, kto kontrolował tu absolutnie wszystko.

Powietrze w tym pomieszczeniu było gęste, wręcz namacalne. Zapach piwnicznej stęchlizny, wilgotnego, surowego betonu i starej, gnijącej tektury mieszał się z ostrą, chemiczną wonią formaliny, która natychmiast osadzała się na języku, pozostawiając tam mdły, metaliczny posmak. W surowym, bezlitosnym świetle pojedynczej żarówki zwisającej na czarnym, skręconym kablu lśniła idealnie gładka powierzchnia metalowego stołu warsztatowego. Obok, ułożone z wojskową, pedantyczną dokładnością, spoczywały narzędzia: niklowane kleszcze, zaciski naczyniowe, komplet chirurgicznych skalpeli o różnych rozmiarach i ciężkie, metalowe nożyce. Każdy przedmiot lśnił sterylną czystością, odbijając zimny, ostry blask.

Kilka kroków dalej, przywiązana mocnymi, skórzanymi pasami do ciężkiego, obrotowego fotela, siedziała dziewczyna.

Młoda, wysportowana, o nienagannej, harmonijnej symetrii ciała – dokładnie taka, jaką wybrał po tygodniach ukrytej, skrupulatnej obserwacji na osiedlowych uliczkach Fordonu. Teraz z tej dumy i młodzieńczej witalności został jedynie sparaliżowany, lodowaty strach. Jej usta były szczelnie zablokowane grubym, gumowym kneblem, a w szeroko rozszerzonych, nabiegłych krwawymi żyłkami i łzami oczach odbijał się każdy, najmniejszy ruch oprawcy. Oddychała szybko, płytko, a puls na jej smukłej szyi bił jak oszalały, zdradzając każdą sekundę paniki, która rozsadzała jej klatkę piersiową.

Mężczyzna odwrócił się powoli. Miał na sobie sterylne, białe rękawiczki i dopasowany, ciemny golf, który podkreślał jego szczupłą, wyprostowaną sylwetkę.

Poprawił na nosie druciane, cienkie okulary, a w jego spojrzeniu nie było ani śladu prymitywnego gniewu, zwierzęcego pożądania ani gorączkowego szaleństwa. Tylko lodowaty, akademicki spokój kogoś, kto bada fascynujący, rzadki przypadek kliniczny.

Podszedł do fotela, kucnął lekko przed dziewczyną i spojrzał jej prosto w oczy z niemal ojcowską, fałszywie ciepłą wyrozumiałością.

– Ciii… Wiem, że czujesz zimno – powiedział cichym, aksamitnym głosem, który brzmiał jak wykład w puste auli uniwersytetu. – Ale strach to tylko chemiczna reakcja organizmu. Niepotrzebne zakłócenie sygnału. Zaraz to naprawimy.

Dziewczyna zamrugała gorączkowo, a z jej gardła wyrwał się zduszony, błagalny jęk. Szarpała się w więzach z całą desperacją, choć doskonale wiedziała, że grube pasy nawet nie drgną.

Mężczyzna wstał, delikatnie musknął palcem w sterylnej rękawiczce linię jej obojczyka, a potem sięgnął po lśniący, niklowany skalpel. Ostrze lekko zasyczało w głuchej ciszy piwnicy, gdy powoli sunął nim w powietrzu, testując jego opór.

– Ludzie zatrzymują się na tym, co widzą na zewnątrz – kontynuował spokojnie, niemal czule, przesuwając zimną stal blisko jej skóry, choć jeszcze jej nie dotykał. –Na skórze, mięśniach, powierzchownej, złudnej urodzie. To wszystko jest nietrwałe.

Oszukańcze. Prawdziwe piękno wymaga stałości.

Pochylił się nad nią, a w jego szarych oczach zalśnił ten specyficzny, chory blask czystego, wyrodnego intelektu połączonego z absolutną, bezwzględną dominacją.

– Zdejmiemy tylko to, co powierzchowne – szepnął tuż obok jej ucha, a klinga skalpela lekko, niemal pieszczotliwie dotknęła skóry na jej ramieniu. – Żeby odkryć prawdziwą strukturę. Zaczynamy.

Rozdział I: Wystawa świąteczna

Grudzień w Bydgoszczy miał w sobie coś z fałszywej, taniej pocztówki. Nad Starym Rynkiem i historyczną ulicą Mostową wisiały skromne, żółtawe łańcuchy świątecznych lampek, które w szarym świetle dnia wyglądały smętnie. Ostry mróz szczypał w policzki, a z otwartych drzwi pobliskich domów handlowych dobiegały stłumione, plastikowe dźwięki kolęd. Tłumy ludzi spieszyli się w milczeniu po karpie, mandarynki i ostatnie prezenty, zostawiając za sobą w mroźnym powietrzu gęste obłoki pary.

Ta świąteczna iluzja pękła w ułamku sekundy, gdy policyjny Volkswagen Passat –sprowadzony z zachodniego demobilu, z wciąż widocznym na karoserii śladem po dawnych niemieckich napisach policyjnych – z głośnym piskiem opon zatrzymał się u wlotu na Mostową.

Komisarz Grzech wysiadł pierwszy, trzaskając z impetem drzwiami. Zaklął pod nosem, poprawiając gruby kołnierz wypłowiałego płaszcza, i ruszył pospiesznie w stronę mostu nad Brdą, gdzie lokalny patrol rozciągał już policyjną, żółto-czarną taśmę.

Za nim szła Ewka. W jej ciemnym, dopasowanym płaszczu, który idealnie podkreślał jej drobną, ale widocznie zarysowaną, atletyczną sylwetkę, z dwoma grubymi, długimi blond warkoczami spiętymi z tyłu na karku, wyglądała w tym surowym, miejskim krajobrazie jak zjawisko z zupełnie innego świata. Jej twarz zachowywała chłodny, wręcz hipnotyzujący spokój, a wyraziste niebieskie oczy uważnie, rentgenowskim wzrokiem lustrowały otoczenie. Klasyczna, intensywnie czerwona szminka na ustach ostro kontrastowała z sinym, zimowym powietrzem, podczas gdy precyzyjna, czarna kreska na powiece dodawała jej spojrzeniu drapieżnej, bezkompromisowej ostrości.

– Co mamy? – burknął Grzech do młodego krawężnika, który trząsł się z zimna przy rozciągniętej taśmie.

– Panie komisarzu… Lepiej pan sam zobacz. Centralnie na środku mostu. Ktoś zablokował przejście.

Przeszli pod taśmą. Na moście, tuż nad ciemną, częściowo zamarzniętą i skutą lodem taflą Brdy, gromadził się już nerwowy tłumek gapiów, których policja desperacko usiłowała odgonić. Ale to, co znajdowało się w samym centrum, przykuwało wzrok z magnetyczną, wręcz obrzydliwą siłą.

Na środku mostu, wkomponowana w otoczenie w taki sposób, jakby była elementem miejskiej rzeźby lub nowoczesnej, awangardowej instalacji artystycznej, stała młoda kobieta.

Grzech zatrzymał się metr od niej, a jego dłoń bezwiednie powędrowała w pobliże kabury z bronią. Ewka podeszła bliżej, a jej analityczny wzrok natychmiast wychwycił szczegóły, od których krew w żyłach zastygała szybciej niż woda w rzece.

To nie było zwykłe morderstwo ani bezwładne ciało brutalnie rzucone na bruk.

Kobieta została perfekcyjnie zapozowana w dynamicznej, niemal baletowej pozie – z lekko uniesioną, wyciągniętą prawą ręką i elegancko odchyloną w bok głową, jakby zamarzła w środku wirującego piruetu. Jej skóra nie miała naturalnego, sinego koloru zwłok; miała dziwny, nienaturalnie matowy, wręcz perłowo-woskowy odcień. Na zimnym bruku nie było ani jednej kropli krwi. Powierzchowne tkanki zostały precyzyjnie nacięte i ułożone w taki sposób, by w najbardziej wyeksponowanych miejscach – na przedramionach i łydkach – obnażać strukturę mięśniową, wiernie przypominającą plansze z klasycznego atlasu anatomiae humanae.

Jej szeroko otwarte oczy nie patrzyły w pustkę; były idealnie lśniące, zabezpieczone przed wyschnięciem specjalną substancją, która nadawała im upiornie żywy, ceramiczny połysk.

Wokół niej unosił się słaby, chemiczny zapach formaliny i syntetycznej żywicy, który całkowicie zlewał się z mroźnym powietrzem grudnia.

Grzech spojrzał na Ewkę, a w jego oczach czaił się stłumiony gniew połączony z całkowitą bezsilnością.

– Co jest, kurwa, 1,2,3? Co to do cholery jest? Jakaś chora wystawa?

Ewka nie odpowiedziała od razu. Podeszła jeszcze bliżej, o milimetry od zamrożonego w bezruchu ciała, a jej wzrok dotykał każdego centymetra tej makabrycznej kompozycji. Na jej twarzy nie było cienia szoku – była tylko lodowata kalkulacja i przerażająca jasność umysłu.

– To nie jest dzieło szaleńca, Grzech – powiedziała cicho, a jej niski głos bez trudem przebił ziąb grudniowego poranka. – To zaproszenie. Ktoś właśnie otworzył swoją galerię. I powiesił nam afisz w samym centrum miasta.

Technicy policyjni rzucili się na most jak sępy, chociaż wszyscy obecni podskórnie czuli, że sprawca nie zostawił im żadnych amatorskich potknięć. Aparaty błyskały oślepiającym, białym światłem fleszy polaroidów i starych aparatów analogowych, wyrywając z gęstego mroku zastygłą w bezruchu sylwetkę dziewczyny.

Grzech stał obok radiowozu, paląc papierosa z filtrem i wypuszczając w mroźne powietrze gęste, siwe chmury dymu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij