Presja Światów - ebook
Jake McKean wie, jak projektować przestrzeń. Nie wie już jednak, w której z nich żyje naprawdę. Pod fasadą sukcesu – prestiżowej pracy i związku z Charlotte – zaczyna pękać fundament. Rzeczywistość rozwarstwia się bez ostrzeżenia, a obok znanego świata pojawia się inne miejsce: brutalne, surowe, boleśnie realne. Każdy powrót kosztuje więcej. Każda obecność po tamtej stronie zostawia ślad. Jeśli to obłęd – jest przerażająco konsekwentny. Jeśli to prawda – przeszłość nie zamierza odejść.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398008419 |
| Rozmiar pliku: | 8,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Deszcz złapał Sophie dwie przecznice od domu. Jak na tę porę roku Seattle by ło zanadto pogrążone w szarości smutnych dni, a niebo nie przestawało wylewać malutkich, zimnych łez, kt ó re opadały kobiecie na głowę i barki. Zmrużyła oczy i zacisnęła wilgotne dłonie na siatkach z zakupami.
Sophie McKean by ła starszą kobietą o anielskiej cierpliwości do swojego współlokatora, Williama, kt ó ry na co dzień był także jej męż em. Nosi ła się wesoło: wkładała żółtawe i zielonkawe sweterki, zazwyczaj rozpięte, spod których wyglądały jasne bluzki – często z niemałym dekoltem . Z wyglądu przypominała typową babcię. Pulchna, z malutkim, rzadkim afro ufarbowanym na rudo . Okulary z ciemnymi oprawkami spoczywały na jej nosie, a tego dnia szkiełka był y ca łe mokre od deszczu.
Pospiesznym krokiem dreptała w kierunku swojej posesji. Kątem przymrużonego oka dostrzegł a Williama, kt ó ry grzebał w swoich narzędziach przy otwartej bramie garażowej.
– Will, otw ó rz drzwi! – zawołała, choć brzmiało to bardziej jak rozkaz.
Mężczyzna popatrzył znad dłoni, wziął wdech przez nos, a po wypuszczeniu powietrza odłożył narzędzia, wstał i ruszył ku drzwiom frontowym.
– Zapraszam – odburkn ął, przytrzymując drzwi podeszwą buta, i odebrał od żony siatki z zakupami.
– Nie było pomidor ó w, leczo zrobię kiedy indziej. P ó jd ę do tego małego warzywniaka, może jutro, tam pewnie będą mieli świeże produkty – ciągnęł a Sophie , zdejmując przemoczony sweter. Zmieniła buty na pantofle i kontynuowała, idąc do kuchni.
– Czytałam w gazecie, że tak złej pogody nie był o na ca łym Zachodnim W ybrzeżu od kilku lat. To by się zgadzało. Pamiętasz, jak kilka lat temu chodziliśmy z kijkami na spacery?
– Ten tw ó j nordic-walking, co ? – rzucił William , wyciągając zakupy z plastikowych woreczk ó w.
– Nie m ó j, tylko nasz. Musimy do tego wr ó cić. Zamiast siedzieć ciągle w tym garażu, m ó głbyś znieść je ze strychu.
Nie odpowiedział. Spojrzał na nią z lekko podniesionymi brwiami, nie przerywając rozpakowywania zakup ó w.
– No dobra, może masz rację – powiedziała Sophie łagodnie – W taką pogodę i tak nie pochodzimy. Jestem dzisiaj jakaś rozkojarzona. Słyszałam w telewizji, jak Magdalene zapowiadała deszcze, a wychodząc, kompletnie zapomniałam o mojej przeciwdeszcz ó wce.
– Tej żół tej?
– Mhm.
– Wyglądasz w niej jak to dziecko z horror ó w Kinga – rzucił z ironią William, pierwszy raz tego dnia odsłaniając zęby.
– Żebyś ty był zawsze taki zabawny, Will!
Mężczyzna po rozładowaniu wszystkich zakup ó w złożył torebki w małe tr ó jk ąciki i ułożył wraz z kolekcją pozostałych w g ó rnej szufladzie wyspy kuchennej. Podszedł do żony, chwycił ją za ramiona i dał buziaka w policzek.
– Chcesz zagrać ? – zapytał William.
Poza poświęcaniem czasu na majsterkowanie bez większego celu mąż Sophie bardzo lubił rywalizację – zw łaszcza szachową. Pech chciał, że jego żona była albo tak samo dobra jak on, albo nawet lepsza.
William McKean by ł mężczyzną przeciętnej urody . Ubiera ł się znacznie bardziej młodzieżowo, niż wskazywały na to jego siwe włosy i gęsta broda. Miał typowo ojcowską budowę, sugerującą, że choć kiedyś lubił ćwiczyć, teraz na pewno wolał zjeść co ś tłustego. Wybierał t-s hirty, które by ł y wi ększe o dwa rozmiary, żeby zasłaniał y du ży brzuch, przypominający rozmiarem piłkę do koszyk ó wki. Nosił sneakersy i czapkę z daszkiem, nawet po domu – zupełnie jakby pr ó bował zatrzymać czas na etapie swojej nastoletniości.
***
– Ha, znowu z tobą wygrał am! – puszyła się Sophie, cho ć mogła przeczuwać, jak to się skończy.
William zacisnął mocno usta, popatrzył na planszę i nie odrywając wzroku od zamatowanego bia łego kr ó la, burkn ął:
– Rewanż.
– Dobrze, dobrze, już się tak nie bocz. Zaraz zagramy jeszcze raz, zrobię tylko kawę. Chcesz też ?
Mimo braku odpowiedzi Sophie wyciągnęła z g ó rnej szafki dwie filiżanki. Nasypała do każdej z nich po dwie czubate łyżki kawy rozpuszczalnej i wstawiła wodę w czajniku z gwizdkiem. Kobieta kompletnie ignorowała postępy w zakresie technologii i nie był a fan ką nowoczesnych sprzęt ó w. Lubiła sw ó j stary, nieco już obdrapany czajniczek w kształcie półkuli – z lejkiem zakończonym gwizdkiem. „ Ta woda smakuje mułem” – mawiała za każdym razem, gdy piła cokolwiek z wodą zagotowaną w elektrycznym czajniku.
– Ciekawe, jaką pogodę mają tam, w tym Chicago – rzucił a do Williama.
– Architekci rzadko wyglądają za okno – zripostował celnie Will.
– Nie tylko architekci tam mieszkają, nie zapominaj o nim.
Sophie zala ła kawy i przyniosła je do salonu. Gdy usiadła w fotelu, rozległ się dzwonek telefonu.
– A niech to – powiedziała, zbierając się z powrotem do kuchni, żeby odebrać.
– Wiem, że nie tylko – mruknął William pod nosem, zupełnie jakby m ó wił do siebie.
Sophie podniosła sł uchawk ę.
– Tak, sł ucham?
– Pani Sophie McKean?
– Przy telefonie, o co chodzi? – odpowiedziała zaciekawiona.
– Komisarz Rex Alison, Departament Policji Chicago – rozległ się niski głos funkcjonariusza. – Proszę wybaczyć, że dzwonię o tej porze.
– Policja? Coś się stał o? – zapytała kobieta z wyraźnym niepokojem w głosie.
– Jaka policja? Czego oni chcą ? – zainteresował się William, zerkając spod daszka swojej czapki.
Bicie serca dudniło jej w głowie, a łzy napływały do oczu, gdy m ó zg przetwarzał pojedyncze frazy: „ Dzisiejszej nocy zdarzył się wypadek…”, „ Samoch ó d wypadł z drogi…”, „ tak mi przykro…”, „…wszystko, co w naszej mocy”.
Sophie wypuściła telefon z ręki i run ęła na ziemię . Z e słuchawki ciągle dobiegał głos komisarza Alisona:
– Pani McKean? S łyszy mnie Pani?
– Sophie! – krzyknął rozpaczliwie Will i ruszył w stronę żony.ROZDZIAŁ I
W sypialni rozległ się pulsujący sygnał budzika nastawionego dokładnie na za sz ó stą czterdzieś ci pi ęć. Sprawnym – jak na zaspanego – ruchem ręki Jake wyłączył alarm. Nie miał w zwyczaju korzystać z drzemek. Regeneracja umysłowa była dla niego jednym z najwyższych priorytet ó w, zwłaszcza w tak intensywnych zawodowo tygodniach. Nie pozwalał sobie na gnicie w pozycji horyzontalnej. Od lat stosował kilka zasad związanych ze snem. Po pierwsze: nie patrzył w telefon przed zaśnięciem. Po drugie: wystarczył o, że nie m ó gł zmrużyć oka przez dziesięć minut, a wstawał z łóżka i starał się zmęczyć umysłowo na tyle, by m ó c bez trudu zapaść w sen. Do wysiłku używał różnych metod, głównie jednak czytał książki albo analizował projekty innych architekt ó w. Po trzecie – i najważniejsze – wstawał, gdy tylko zadzwonił budzik.
Usiadł na krawędzi łóżka i przeciągnął się leniwie. Poruszał głową na boki, do przodu i w tył, „strzelając” przy tym karkiem. Przetarł dł oni ą oczy i wstał. Spojrzał na zegarek monitorujący sen – jakość snu oceniona na osiemdziesiąt siedem procent. Nieźle, choć zdarzały mu się lepsze wyniki. To zapewne wynik stresu związanego z dzisiejszym spotkaniem w pracy. Ten dzień był niezwykle ważny nie tylko dla Jake ’ a, ale r ó wnież dla całej firmy.
Rutynę dnia zaczynał zawsze od przepłukania jamy ustnej ciepłą wodą oraz umycia twarzy i rąk. Dokładnie mył zęby swoją soniczną szczoteczką. Za pierwszym razem, gdy użył takiego urządzenia, łaskotki okazały się na tyle wyczuwalne, a specyficzne pulsowanie wywoływało mrowienie na tyle zabawne, że nie m ó gł przestać się śmiać. Z czasem tak się przyzwyczaił do tego uczucia, że po użyciu zwykłej szczoteczki czuł dziwny osad na zębach, choć prawdopodobnie był o to tylko wrażenie . Mia ł w sobie jednak tę dziwną manierę przywiązywania się do nawyk ó w i rzeczy. I ludzi, jak się miało wkr ó tce okazać.
Zaczesał swoje gęste, ciemne włosy do tyłu. Były już takiej długoś ci, że nie musiał używać dużej ilości pasty, by dobrze się ukł ada ły. Potarł dł oni ą dwudniowy zarost i ocenił, że mu z nim do twarzy.
Stałym punktem jego harmonogramu była kawa z ekspresu. Świeżo zmielone ziarna w towarzystwie mlecznej pianki dostarczały Jake’owi pierwszych doznań smakowych w ciągu dnia. Czasami się zastanawiał, czy nie powinien umyć zęb ó w dopiero po wypiciu kawy, żeby czuć ją jeszcze lepiej, ale przeczytał kt ó regoś razu w Internecie, że płukanie ust samą wodą nie jest wystarczające. A jak już weszło mu to w nawyk, trudno był o si ę przestawić. Druga kawa natomiast smakowała wyśmienicie.
Jake wyszedł z łazienki i skierował się do kuchni, by przygotować swoje ulubione cappuccino . Wyjął z szafki czysty kubek, podstawił pod ekspres, przelał mleko do pojemnika zamontowanego z boku urządzenia i wcisnął przycisk. W międzyczasie pomaszerował do garderoby – musiał znaleźć odpowiednie odzienie. To był ważny dzień , wi ęc i str ó j musiał być adekwatny. Nie było to problematyczne, jako że Jake nosił się dość elegancko – zwykle wybierał schludny czarny golf, beżowe chinosy i sk ó rzany pasek – zawsze pasujący kolorystycznie do but ó w. Zatrzymał się przy marynarce. „A może to ją dziś założę ? ” – zadał sobie w myślach pytanie. Pomyślał o randze spotkania. „Dobra, biorę”. Zdjął ubranie z wieszaka i przewiesił przez przedramię prawej ręki. Gdy wracał do kuchni, gdzie czekała na niego gotowa kawa, odwiesił marynarkę na oparcie krzesła. Na siedzisku spoczywał a otwarta sk ó rzana torba na długim pasku, z kt ó rej wystawały dokumenty niezbędne podczas zbliżającego się wystąpienia.
Wa żyły się losy nowej inwestycji, w kt ó rej Jake pełnił funkcję głównego architekta. Inwestor miał pewne uwagi co do wstępnych szkic ó w budynku i właśnie dzisiaj zamierzał je skonfrontować z autorem projektu.
Mężczyzna wyciągnął papiery i zaczął je przeglądać. Na marginesach niektórych kartek widniały ślady przeliczeń – system metryczny wciąż nie był dla niego intuicyjny, ale musiał nauczyć się w nim operować ze względu na przyjęte w firmie normy.
Zaczytany Jake w ostatniej chwili zdążył zabrać filiżankę spod wylewki, tuż przed tym, jak ekspres zaczął wypluwać z siebie efekty płukania wewnętrznych kanalik ó w. Wzi ął łyk kawy, obszedł wyspę i podszedł do okna, kt ó re ciągnęło się od samej podłogi do sufitu i pozostawiało tylko około dwudziestocentymetrowy margines na sklepienie ściany z sufitem, za kt ó rym ukryte było nadproże. Mieszkał na dziewiętnastym piętrze, w samym centrum Chicago, co owocowało nieziemskim widokiem na budzące się miasto. Mimo to niebotyczne wieże sąsiadujące z jego blokiem mieszkalnym nierzadko zabierały mu dostęp do słoń ca.
Na głos imitował rozmowę z inwestorem.
– Dlaczego uważa pan, że tak zaprojektowany budynek powinien reprezentować naszą firm ę ? – naśladował gł os dwa razy starszego od siebie mężczyzny.
– Państwa firma jest wystarczająco znanym brandem, by m ó c sobie pozwolić na odrobinę ekstrawagancji – odpowiedział zdecydowanie. – Pomyś leli śmy o tym, by główny trzon budynku był mocno strzelisty i zaoblony na krawędziach, połączony niezbyt długim cyplem z kwadratowym, mniejszym obszarem, w kt ó rym byłyby mniej istotne, mniej reprezentatywne pomieszczenia. Moim zdaniem łączymy nowoczesność z tradycjonalizmem. Pokazujemy nowe podejście, jednocześnie nie odcinając się od tradycji , a le właśnie do nich nawiązując .
George Davis, przełoż ony Jake ’ a, nie był fanem łączenia w ten spos ó b budynk ó w tak różnych od siebie. To zupełnie jak dwa style architektoniczne scalone w jeden tw ó r, jakby trochę na siłę. Jake miał jednak swoją wizję i postawił wszystko na jedną kartę, choć wiedział, ile ten projekt i kontrakt znaczą dla firmy. Inna kwestia, że Geo lubił go właśnie za bezkompromisowe podejście i up ó r w dążeniu do celu. Był dobry w tym co robił.
„O wilku mowa” – pomyślał mężczyzna, czytając wiadomość SMS od George ’ a.
Spotkanie będzie 30 minut później, masz więcej czasu na przygotowanie.
PS. We ź dwa pączki z Amber ’ s po drodze, proszę.
Czy te trzydzieści minut w istocie coś zmienia? Jake wstał na tyle wcześnie, że miał i tak dobrą godzinę zapasu. Spojrzał więc za okno i upewniwszy się, że warunki na zewnątrz są sprzyjające, postanowił wyruszyć od razu, by skorzystać ze świeżego, jeszcze nieskażonego spalinami powietrza . Umy ł filiżankę, wytarł ją i odłożył na półkę . Z łapał dokumenty, ułożył w r ó wny stos i wrzucił do torby. W łożył marynarkę, na wierzch zarzucił płaszcz, przewiesił torbę przez ramię i ostatni raz przejrzał się w lustrze. Podobało mu się to, co widzi, choć uważał, że jest zdecydowanie za chudy. Od dawna chodziły mu głowie plany zbudowania choćby przeciętnej masy mięśniowej. Nie potrafił tylko odpowiedzieć sobie na pytanie: kiedy?
***
Amber ’ s mimo wczesnej pory była już zatłoczona. To koszt renomy jednej ze smaczniejszych piekarenek w centrum. Dzieciaki przed szkołą kupowały tu kanapki i słodkie bułki, dorośli z kolei wpadali przed pracą na kawę i ciastko. Jake czę sto decydował się na pączki z owocowym nadzieniem i karmelową posypką. M ó gł sobie na to pozwolić dzięki długim spacerom z i do pracy.
Biuro Future Horizon Architects mie ścił o si ę na sześćdziesiątym pi ętrze jednego z nowszych drapaczy chmur w centrum Chicago. Od samego wejścia do biurowca goś ci witały logo największych firm wynajmujących powierzchnie do pracy, a symbol FHA znajdował się nad nimi wszystkimi , tym samym od razu wpadał odwiedzającym w oko. To dodawało przedsiębiorstwu jeszcze większego prestiżu. Nie było to jednak tanie posunięcie, a od trwających negocjacji mogło zależeć, czy nie trzeba będzie przenieść siedziby do nieco mniej ekskluzywnej części Chicago. Firma pr ó bowała uchodzić za nieco istotniejszą niż w rzeczywistości była, zgodnie z dewizą „mierz wysoko”.
Jazdę wind ą na sześćdziesią te pi ę tro umila ła przyjemna fortepianowa muzyka wydobywają ca si ę z małych głośniczk ó w umieszczonych tuż nad panelem z przyciskami. Podróż trwała jakiś czas ze względu na częste postoje na pośrednich piętrach, co czyniło ją jeszcze bardziej ekscytującą. A może bardziej stresującą – przynajmniej teraz, gdy Jake jechał tam walczyć o tak duże finansowanie.
– Piętro sześćdziesiąte. Drzwi otwierają się – rozległ się ciepły i łagodny kobiecy ton. Wiadome był o, że to nagranie wygenerowane sztucznie, ale jednak zrobiono je na tyle dobrze, że człowiek m ó gł odnieść wrażenie, że znalazł się pod opieką przemiłej ekspedientki pi ęciogwiazdkowego hotelu.
– McKean! – George, kt ó ry czekał przy samym wejściu, po wita ł podwładnego szeroko rozłożonymi ramionami.
– Geo! – rzucił ironicznie Jake. – Zawsze będziesz mnie witał jak przydupasa?
– No co ty , stary ! Cieszę się, że już jesteś – rzekł, wziął od Jake ’ a foremkę z pączkami, a następnie chwycił go za ramię i poprowadził w kierunku gabinetu. – Ci od APProx ju ż są. Może to wrażenie, ale wyglądają na spi ętych. Albo to ja jestem spięty i każdy mi na takiego wyglą da.
– Wyluzuj, George, mamy świetny projekt. Myślę, że będzie dobrze. Gdyby nie chcieli z nami współpracować, to czy fatygowaliby się do nas do biura, zamiast po prostu nas odrzucić ?
Jego słowa trafił y do George ’ a – wydawał y si ę logiczne.
– Zaraz się spotkamy w biurze, p ó jd ę jeszcze się odświeżyć – powiedział Jake, skr ęcając do toalety.
***
– I jest pan pewien, ż e to w łaśnie symbol nowoczesności? Przecież ten budynek wygląda jak rakieta kosmiczna przycumowana do oszklonego pudełka.
Nie na taką reakcję na prezentację i om ó wienie projektu czekał Jake. Przećwiczył wiele scenariuszy, ale nie był gotowy na takie przyparcie do muru. Prezes APProx brzmiał, jakby szkic kompletnie mu się nie podobał – a jednak przyjechali tu do biura.
– Z ca łym szacunkiem, chciałbym zauważyć… – zaczął Jake.
– Na lito ść, nie bawmy się w zbędną kurtuazję – uci ął prezes. – Jake, mogę tak do ciebie m ó wić ?
– T-tak, dobrze.
– Jake, powiedz mi: dlaczego moja firma powinna mieć taką siedzibę? Dlaczego akurat ten projekt powinienem wybrać ?
McKeana przeszły dreszcze. Lewą dłoń trzymał w kieszeni spodni, a kciuk iem nerwowo pocierał pozostałe palc e. „Niedobrze” – pomyślał. Jego nerwy wymykały się spod kontroli, m ó wił coraz mniej składnie i w coraz mniejszym stopniu trzymał się planu.
Zerkn ął na Georga, kt ó ry siedział naburmuszony z buraczanoczerwoeą twarzą – wyglądał, jakby wściekłość miała zaraz ujść mu przez uszy i nos, by uformować prawdziwą burzową chmurę .
– Okej, nie jestem marketingowcem, ani też nie chcę być. Jednak traktuję architektur ę jako coś więcej niż tylko projektowanie nudnych, bezpłciowych budynk ó w. Uważam, że identyfikacja firmy powinna być sp ó jna , a siedziba, jak by na to nie patrzeć, jest jednym z ważniejszych jej element ó w – zaczął powoli Jake, czując na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych w sali. – W APProx tworzycie świetne produkty, kt ó re często wyprzedzają konkurencję nie tylko funkcjonalnie, ale i wizualnie. Pokazujecie nową drogę obok wydeptanych już ścieżek. Młodzi ludzie szybko się adaptują, ale wy pokazujecie także tym starszym, jak można zrobić co ś lepiej. Niby jest to coś, co ju ż znają, a jednak ich zaskakujecie. I to, patrząc po giełdzie, skutecznie.
– W rzeczy samej – powiedział z uśmiechem prezes APProx.
– Idąc tym tropem, pomyś leli śmy… A w łaściwie ja pomyślałem… Cały ten projekt jest moim pomysłem i jego sukces, ale także niepowodzenie, biorę na siebie – Jake chrząknął i rzucił Geo potulne spojrzenie. – Proszę spojrzeć. Faktycznie, ta część budynku przypomina rakietę. Ale to dlatego, że celujecie wyżej, prawda? Nowoczesny design i mocno wertykalna orientacja budynku z wieloma przeszkleniami ułatwią zwr ó cenie na siebie uwagi. Widok ze środka będzie zapierał dech w piersiach. Co, jeśli opr ó cz windy pracownicy będą mieli do dyspozycji schody między kilkoma kondygnacjami: otwarte, bez klatki schodowej? Pozwoli to na większą integrację działów, ludzie będą się znali lepiej niż teraz, gdy są rozmieszczeni na tysiącu metr ó w kwadratowych płaskiej powierzchni. Druga sprawa: łącznik, ten nieszczęsny cypelek. Widzi pan, o tutaj? To bardzo twarde szkło umieszczone na podłodze pozwoli pańskim partnerom przechodzącym z budynku reprezentatywnego do magazyn ó w i pomieszczeń koncepcyjnych obserwować otoczenie dookoła w spos ó b niespotykany. Zupełnie jakby lewitowali paręnaście metr ó w nad ziemią. Możecie tam organizować także pokazy waszych samochod ó w autonomicznych – zaproponował Jake, po czym zrobił sobie przerwę na wzięcie łyka ze szklanki. Woda delikatnie wibrowała w jego trzęsących się dł oni ach . – Myślę, że ten cypelek to taka tuba czasoprzestrzenna, kt ó ra nie tylko przenosi nas z centrum dowodzenia do faktycznych wykonawczych przestrzeni, ale także pomaga nam mentalnie w zrozumieniu tego, co chcecie osiągnąć. Chcecie pokazać ludziom coś nowego w miejscach, kt ó re dobrze znają.
Cisza była aż nadto wymowna. McKean czuł krople potu spływające po plecach, a jego nogi nie przestawał y dr żeć. Letnia już wody, ogrzana ciepłem dłoni, nie pomagała na suchość w ustach. Spojrzał na George ’ a, kt ó ry wydawał się zrezygnowany. Obaj czekali w ciszy, aż prezes APProx coś powie. Cokolwiek.
Jake miał wrażenie, jakby powietrze puls owało. Bardzo wyraźne, rytmiczne dudnienie nie było jednak tętnem niewidzialnych gaz ó w – to jego układ nerwowy szalał jak opętany.
– Dlaczego zostałeś architektem? – zapytał prezes po dłuższej chwili.
– Od dziecka lubiłem szkicować, byłem niezły w planowaniu różnych rzeczy. Chciałem stworzyć co ś swojego. Do architektury per se nam ó wił mnie ojciec – odpowiadał niepewnie Jake, trochę zaskoczony pytaniem, choć z zewnątrz zupełnie nie było widać, jak bardzo uderzył y go emocje . By ć może tylko wypieki na twarzy i lewa dłoń schowana do kieszeni wskazywały, jak bardzo jest przejęty.
– Potrzebuję chwili na om ó wienie tego z zespołem. Zr ó bmy piętnaście minut przerwy – rzekł siwawy prezes APProx zupełnie bezemocjonalnym tonem.
***
– No nie wiem, czy to ich przekonał o. M ó wiłem, żebyś się przygotował – powtarzał poirytowany George.
Jake nie m ó gł znaleźć sobie miejsca. Chodził od lewej do prawej po dużym, usytuowanym narożnie biurze George ’ a. Widział z okna niemal całą zachodnią część dzielnicy – oglądany stąd zachód słońca musiał przyprawiać o ciarki.
– Zrobiłem, co mogłem – wyszeptał przygaszony. – Przynajmniej usnę z poczuciem, że nie popełniłem błędu jako takiego. Jestem po prostu za słaby do tej roboty.
– A, przestań już pieprzyć. Nie mam nikogo lepszego.
– Rzeczywiście, to świadczy o moich niezwykłych umiejętnościach – ironizował Jake, choć w rzeczywistości wiedział, co Geo miał na myś li.
– Panowie, zapraszam – powiedziała asystentka FHA. – Ludzie z APPRox są już w konferencyjnej.
Do sali wszedł Geo, a za nim Jake. Ten ostatni, winowajca całego zamieszania, długo nie podnosił wzroku. Szedł z opuszczoną głową – pogodzony z werdyktem, kt ó rego przecież nie znał. Ale wolał być przygotowany na najgorsze. Nie wiedział, czy to oznaka słabej wiary w siebie, czy raczej szczeg ó lnie realistycznego podejś cia do życia.
– Nie byłem fanem tego pomysłu od początku…
– Cholera … – syknął Jake i wypuszczając powietrze, zerkn ął porozumiewawczo na George ’ a. Opadł ciężko na oparcie fotela.
Siwawy mężczyzna w rozpiętej dwurz ędowej marynarce nieznacznie poruszył kącikami ust, sk ładając je w delikatny uśmiech. Jego palec poszybował w g ó rę.
– Ale zmieniłem zdanie. Doceniam wasz trud włożony w ten projekt. Pokazaliście, że potraficie myśleć nieszablonowo. Nie jestem fanem wszystkich rozwiązań, dlatego moja asystentka Charlotte om ó wi z panami listę poprawek do projektu i harmonogram ich wprowadzania . Wa żne jest to, żebyśmy z budową zdążyli do targ ó w technologicznych za dwa i pół roku. Będzie tu masa inwestor ó w i chciałbym m ó c przyjąć ich godnie. Zgodnie z waszą deklaracją zresztą.
– Czy to oznacza… – zaczął Jake.
– Tak, Jake. Podziękuj tacie. Miał nosa, cho ć z marketingu powinieneś się podszkolić.
– Nie pożałujecie! – krzyknął rado ś nie George.
Gdy wszyscy obecni na sali wymieniali uściski dł oni i ton ęli w radosnych small talkach, Geo podszedł do Jake ’ a.
– Zawsze w ciebie wierzył em!
McKean czuł jednoczesną rado ść z osią gni ęcia sukcesu, jak i gorycz wynikającą z dwulicowości Geo. Czego m ó gł się w sumie spodziewać ? Business is b usiness, jak to m ó wią. A może jego przełożony po prostu nie trzymał ciśnienia ?
– Charlotte, masz wszystko?
– Oczywiście, prezesie – odpowiedziała śliczna brunetka z długimi nogami.
Jake skupił wzrok na kobiecie. Zahipnotyzowały go jej du że brązowe oczy, zgrabny nosek i kształtne usta. Włosy miała upięte w wysoki kucyk, z kt ó rego wystawały dwa niesforne pasemka, swobodnie opadające na policzki. Miała gustownie dobraną biżuterię : z łoty zegarek, dwa złote pierścionki i okrągłe zł ote kolczyki. Ubrana była w przylegającą czarną sp ó dnicę i bia łą koszulę zapiętą ponad linią biust u. Nie dał o si ę ukryć, że Jake delektował się widokiem jej wysportowanego ciał a.
Charlotte ustala ła ostatnie szczegóły z prezesem, a w tym czasie Jake nieustannie ją obserwował. Dostrzegł bij ącą od kobiety pewność siebie, skrupulatność i niezwykle przyciągający uwagę uśmiech.
Co by o nim nie m ó wić, lubił piękno. Nie tylko pr ó bował je uchwycić w swoich projekta ach – lubił też za nie chwycić. Dłońmi.
– Jake, to jest Charlotte – głos prezesa wyrwał go z transu. – Ona się tob ą dalej zajmie.
– Nie będę się opierał – wyrwał o mu si ę, choć od razu tego pożałował.
– To nie jest jazda na byku, panie McKean, tylko biznes – z odpowiedzi Charlotte powiało takim chłodem, że cał e cia ło Jake ’ a przeszyły dreszcze. Momentalnie poczuł się zakłopotany, zbity z tropu, zagoniony w r ó g niczym w walce bokserskiej z Mikiem Tysonem.
– Przepraszam, oczywiście. Źle zaczęliśmy. Jake McKean, bardzo mi miło. – W yciągnął rękę w kierunku kobiety.
– Charlotte Spencer. Nie zawsze musi być miło. – Uśmiechnęła się i uścisnęł a d łoń Jake ’ a z taką siłą, że jej dominację poczuł na ca łym ramieniu.
Dostrzegł w jej oczach iskrę – wskazującą jednoznacznie na gotowość do przyjęcia wyzwania.
Jego zegarek nie przestawał sygnalizować wysokiego tętna.ROZDZIAŁ II
W ybiła dwudziesta trzecia, gdy Jake odłożył dokumenty na biurko i rozsiadł się w fotelu. Wydobył z siebie cichy jęk.
– Padam z n ó g – powiedział, przecierając zmęczone oczy.
– Daj spok ó j, mazgaju, zostało jeszcze kilka poprawek i będziemy to mieli sko ńczone – odpowiedziała z uśmiechem Charlotte siedząca po drugiej stronie dębowego stołu.
Jake zwr ó cił uwagę, że od bitych czterech godzin kobieta nawet na chwilę nie zrobiła sobie przerwy. „Naprawdę jej zależy na tym, żeby to szybko skończyć” – pomyślał. „Pewnie chce się ode mnie uwolnić”.
– Tak mi wpadł o do g łowy… – odezwał się Jake niepewnie. – Może skoczymy coś zjeść ? Aż tak bardzo nie goni nas czas. Przecież możemy dokończyć to jutro.
– O tej porze nie jem – skontrowała, nie odwracając wzroku od dokument ó w.
Po chwili ciszy spojrzała na niego i subtelnie się uśmiechnęł a.
– Ale napić się mogę – wyrzuciła z siebie, odkładając dokumenty obok reszty papier ó w.
Oparła szczękę na d ł oni , wpatrując się w zaciekawione i nieco zlęknione oczy Jake ’ a. Uśmiechnęła się, a biel jej zęb ó w oszołomiła mężczyznę .
– Nie piję, ale… – zaczął , ale Charlotte momentalnie mu przerwała.
– To nie było tematu. Wracajmy do pracy.
– Nie no, posłuchaj – pr ó bował nieust ępliwie. – Chciałbym z tobą wyjść, spędzić czas inaczej niż na ciągłym patrzeniu w dokumenty. Po prostu nie piję alkoholu, ale mogę ci potowarzyszyć.
– Myślisz, że ja się urodziłam wczoraj?
– Jeśli tak, to bardzo szybko rośniesz.
– Głupek – zachichota ła i przewr ó ciła oczami w taki spos ó b, że Jake poczuł, jak pęka niewidzialna bariera.
– Obiecuję być prawdziwym dżentelmenem i nie pozwolę, byś sama urżnęła się w trzy dupy. Porozmawiamy, ja co ś zjem. Dobrze nam zrobi przerwa od APProx Centre.
Charlotte spojrzała za okno, uśmiechnęła się i powoli oblizała usta. Przekierowała powoli wzrok na Jake ’ a, podkreślając swoją dominującą pozycję.
– Zobaczymy, ile pamiętasz z poprawek. Trzy losowe pytania. Jeśli na kt ó reś odpowiesz źle, to zjesz w domu, a jutrzejszy dzień spędzisz sam nad tymi papierzyskami.
„Wymagająca kobieta” – pomyślał.
– Zaczynaj – rzucił szybko i pochylił się do przodu, przyjmując pozycję niemal identyczną jak podczas konsolowego pojedynku graczy. Oznaczało to jedno: Jake ’ owi naprawdę zależało, żeby wypaść jak najlepiej.
– Dlaczego przenieśliśmy ł azienki?
– By ły zbyt blisko wind. Czysto technicznie to nie był problem, bo to ciąg komunikacyjny, ale zasłaniały widok na pobliski skwer. Dzięki przesunięciu łazienek kawałek dalej, bardziej w r ó g pi ęter, stworzyliśmy otwartą przestrzeń z ładnym widokiem, i to zaraz po wyjściu z windy. Obłęd.
– Co ze wzmocnieniami?
– Dodaliśmy trzy poprzeczne.
– Dlaczego? – zapytał a natychmiast Charlotte.
– Bo… bo źle obliczyłem przeciążenia – odpowiedział Jake, zupełnie jakby chciał zakamuflować swoją pomyłkę.
– System monitoringu. Co było z nim nie tak?
– Ej, ju ż były trzy! – zauważył mężczyzna i rzucił w Charlotte kawałkiem zmiętego papieru.
Zmarszczyła brwi i wstała, nie odrywając wzroku od McKeana . Przez moment zastanawiał się, czy nie przesadził z tym papierkiem – mogła to przecież odebrać jako zniewagę – ale po jej minie i zachowaniu wywnioskował, że chodzi o co ś zupełnie innego. To była jej gra, nakłaniająca go do poruszania się w ramach narzuconych zasad. Mimo że czysto teoretycznie to on miał rację, odpowiedział bowiem trzy razy, czuł, że ostatecznie zrobi tak , jak zechce towarzysząca mu pię kno ść.
Kobieta podeszła powolnym krokiem do wieszaka nieopodal drzwi wejściowych. Przy samej ziemi, oparta o ś cian ę gabinetu Jake ’ a, le żał a jej sk ó rzana torba z laptopem. Ponętnie sięgnęła po nią tak, by sp ó dniczka jeszcze bardziej opięła jej wysportowane uda i pośladki. Następnie chwyciła płaszcz i rzuciła spojrzenie Jake ’ owi.
– Myślałam, że chcesz iść ze mną.
Wiedziała, co robi. Architektowi zrobił o si ę jednocześnie gorąco i zimno. Był tak zmotywowany, by um ó wić się z Charlotte, że potencjalne złamanie reguł y nie p łaszczenia się przed kobietą przestało go obchodzić. Spędzili ze sobą dobrych kilka tygodni, a ona nawet przez chwilę nie dawała po sobie poznać, czy Jake ma u niej jakiekolwiek szanse. On z kolei coraz więcej o niej myślał. Imponowały mu jej siła, stanowczość i nieust ępliwy charakter.
Dopiero pod koniec prac nad wsp ó lnym przedsięwzięciem, z majaczącym powoli na horyzoncie terminem ko ńcowym, zaczęła przejawiać inne cechy. Zainteresowanie? Być moż e.
– Czekaj. System monitoringu… Problemy były dwa: zrobiłem za małą serwerownię, przez co rejestratory i zasilacze awaryjne nie miały miejsca na odpowiednie chłodzenie, a druga sprawa to martwe strefy w okolicy gabinet ó w zarządu.
W gabinecie panowało niemałe napięcie, kt ó rego rozładowanie miało przyprawić mężczyznę o mrowienie całego ciał a.
– Na co czekasz? Zbieraj się, chce mi się pić – rzuciła Charlotte z ostrym, zalotnym uśmiechem.
Całe sześćdziesią te pi ę tro ton ęło w mroku. Poza gasnącymi u Jake ’ a światłami jedynie lampy wskazujące wyjścia awaryjne rzucały zielonkawą poświatę na korytarz. Widoczna za oknami panorama miasta wręcz zapraszała do siebie. Nikt o tej porze nie przebywał już w gabinetach Horizonu. Budynek wyposażony był w zaawansowane systemy ochronne i jedynie osoby posiadające identyfikatory z odpowiednimi uprawnieniami mogły przebywać w biurze po określonych godzinach. Poza Jakiem i Geo niewielu projektant ó w miał o mo żliwość pracy do p óźna. Opr ó cz nich tylko Joanne i Cristine z frontdesku dysponowały odpowiednią mocą – drzemiącą w kart ach magnetycznych – by m ó c otworzyć drzwi i ruszyć wind ą na to piętro. Osoby z niższym poziomem zabezpieczeń musiały opuścić biura przed osiemnastą– w innym wypadku nie zjechałyby na dół. Jedyną opcję stanowiłoby wtedy wezwanie ochrony, a to z kolei wiązał o si ę punktami karnymi. Ich z byt wysoka liczba mogła skutkować zwolnieniem dyscyplinarnym. Takie zabezpieczenia miały chronić interes firmy i poufne informacje. Spotkania ze ściśle tajnymi klientami mogły się odbywać wieczorami, a zatrudnieni niższego szczebla nigdy by się nie dowiedzieli, z jakiego rodzaju instytucja mi negocjuje ich firma. Oczywiście były to tylko założenia, bo FHA, mimo swych wysoko postawionych ambicji, nie miała jeszcze tak dużych kontrahent ó w, kt ó rych trzeba by było ukrywać przed pracownikami na etapie dogrywania kontraktu. Ale przynajmniej firma była na to gotowa.
Oświetlone ulice Chicago sprawnie przykuwały uwagę mieszkańc ó w. Wieczorami centrum błyszcza ło niczym światła dyskoteki, a neony bar ó w i pub ó w wołały o uwagę przechodni ó w. Mieszanka wysokich biurowc ó w i apartamentowc ó w z lokalami umieszczonymi na parterze, wychodzącymi wprost na chodniki szerokich ulic, dawała jednoznaczny sygnał: życie w tym miejscu zaczyna się po zmroku.
Zgiełk płynący niemal z każdego mijanego klubu wskazywał na wielkie zainteresowanie spotkaniami towarzyskimi o tej porze.
Jake ze względu na swoje podejście do używek nie miał ulubionej miejsc ó wki , wi ęc zanim udali się na przechadzkę po nocnym labiryncie, chciał sprawdzić, kt ó ry z lokali ma najwyższą ocenę wed ł ug u żytkownik ó w.
– Co robisz w tym telefonie? – zapytał a Charlotte.
– Sprawdzam, gdzie są najlepiej oceniane drinki i przekąski.
– Ty naprawdę nie wychodzisz wieczorami, co? – zaśmiała się, delikatnie chwytają c Jake ’ a za ramię.
– O tej porze zazwyczaj śpię. Wszystkie znane mi miejsca w mie ście są o tej porze zamknięte. – Jake czuł się zmieszany. Z jednej strony właśnie ruszali na swoją pierwszą randkę (ale czy na pewno?), a z drugiej ni c mu nie przychodziło do głowy . Nie o tej porze. To wszystko dział o si ę tak szybko, że nie zdążył opracować żadnego planu.
– Wi ęc musisz mi zaufać – zachichota ł a Charlotte. – Chodź my do Sweet Martini.
Cała droga upłynęła im na rozmawianiu o mieście i komentowaniu przechodni ó w. Najbardziej bawiło ich na śladowanie rozm ó w par wychodzących przed lokale. Niekt ó re z nich wydawały się niezwykle szczęśliwe i tak też Jake z Charlotte je dubbingowali. Te żywiołowo dyskutujące z kolei przedrzeź niali , udając kłótnie zupełnie nieadekwatne do skali problemu:
– Przecież m ó wiłam ci, że miałeś użyć niebieskiego worka!
– Myślałem, że żół ty te ż będzie odpowiedni!
– Ty nawet śmieci nie potrafisz wyrzucić !
– A ty jesteś gruba po matce!
Sweet Martini okazało się przytulnym pubem, niezbyt tłocznym, z przygaszonym oświetleniem. Centralne miejsce lokalu zajmował okrągły bar z hokerami dookoła. Pod ścianami i od frontu stały wysokie stoliki z dwoma lub czterema wysokimi krzesłami. Tył był zarezerwowany dla intymniejszych miejsc, z reguły przeznaczonych dla czterech bądź sześciu os ó b. Okrągłe st oły były otulone przez sk ó rzane kanapy z wysokimi oparciami, skutecznie oddzielającymi sąsiednie stanowiska.
Przy jednym z nich usiedli Charlotte i Jake.
Chwilę później podszedł kelner i przyjął zam ó wienie na whiskey z lodem dla Charlotte oraz podw ó jnego burgera i wodę gazowaną dla Jake ’ a.
– Dlaczego jesteś asystentką Stevena? Pracujemy ze sobą już jakiś czas, uważam, że naprawdę wiele mogłabyś zdziałać na własną rękę.
– Tak jest wygodniej. Mam jasne obowiązki, zajmuję się tym, co lubię , a Steve nie ź le p ł aci . – Sięgnęła po szklankę z resztką whiskey i przechyliła ją. – Pracuję bardzo dużo, co w sumie mogłabym przełożyć na rozwinięcie czegoś swojego, ale… może kiedyś będę musiała trochę zwolnić z tym tempem. Nie wiem, choroba? Moż e ci ąż a? I wiem, że u Steve ’ a będę mogła to zrobić.
– A zajmując się czymś swoim, już takiej elastyczności byś nie miała – dokończył za nią Jake.
– Dokładnie. Mam niestety tę manierę, że nie wierzę w innych ludzi. Zazwyczaj jeś li co ś im powierzę, oni to spierdol ą. Mam poczucie, ż e dop ó ki sama czegoś nie przypilnuję, to to nie będzie dobrze zrobione.
Spojrzała subtelnie na towarzysza i dodała:
– Na przykład siedziba APProx.
– Naprawdę tak uważasz? – Oczy Jake ’ a zapłonęły mieszanką złoś ci i rozczarowania.
– No co ś ty, żartuję sobie z ciebie.
– To dlaczego tyle czasu poświęcasz na ten projekt, jeśli uważasz, że dałbym sobie radę ?
– A jak myślisz? – T warz Charlotte się zarumieniła, nie wiadomo, czy od alkoholu, czy od zawstydzenia, kt ó re do tej pory pozostawało niezauważalne. Z każdym kolejnym drinkiem kobiecie coraz bardziej rozwiązywał się język .
– Nie tyle myślę, co mam nadzieję.
– Ż e?
– Że chodzi o mnie – powiedział Jake, pocierając kciukiem wnętrze lewej dłoni, w kt ó rej odczuwał delikatne mrowienie.
– Nie tylko utalentowany, ale i bystry – rzuciła w jego stronę z uśmiechem.
Kelner przyni ó sł jeszcze jedną kolejkę whiskey i wody.
– Dlaczego właściwie nie pijesz?
– Nie powinienem pić.
– Jesteś chory? – wypaliła Charlotte bez najmniejszego zawahania. Nie był o dla niej temat ó w tabu.
– Nigdy się nie zdiagnozowałem pod tym kątem, ale jeżeli jakiejkolwiek choroby jestem świadomy, to najbliżej mi do alkoholizmu. – W zrok Jake ’ a powędrował w dół, a jego policzki się zaczerwieniły. Po chwili kontynuował: – Jak byłem na studiach, przesadzałem z używkami. Prowadziłem bardzo wyskokowe życie, do tego stopnia, że prawie mnie wylali z uczelni. W porę o garn ął mnie ojciec.
– Pogroził c i?
– M ó j ojciec nie jest taki. Po prostu powiedział, że go zawiodłem. Ż e my ślał, że ma lepszego syna.
– Czyli pasywna agresja.
– Nie wiem, czy taki był jego zamysł. Zazwyczaj m ó wił to, co myślał, a w jego oczach widziałem faktyczne rozczarowanie.
Jake si ę zamyślił – wr ó ciły wspomnienia z akademickich czas ó w.
***
– Dawaj, zostały dwa łyki!
– Chłopaki, ja się zaraz porzygam – wymamrotał Jake, pijany do b ó lu.
– Jake! Jake! – rozległ się aplauz połowy obecnych w pomieszczeniu.
Około dwudziestopię cio metrowy pok ó j był przeznaczony dla dw ó ch lokator ó w, tymczasem przebywało tam przynajmniej piętnastu nastolatk ó w. Pod oknem ustawili prowizoryczny stolik, na kt ó rym znajdowały się pełne flaszki, miski z czipsami i zbi ó r plastikowych kubeczk ó w. Puste butelki po w ó dce i whiskey trafia ły na podłogę , a następnie – w wyniku przypadkowych kopnięć – lądowały pod łóżkami czy na środku pomieszczenia, gdzie nierzadko ulegały zniszczeniu. Następnego poranka utrudniało to sprzątanie, ale jak to mawiali studenci Uniwersytetu Washington: „To problem jutrzejszego mnie”.
– Agh, ale p-paskudne – wyjęczał mł ody McKean . – Kto ma jaranie?
– Oho, Jake chce trochę przewietrzyć pł uca! – rzucił ktoś rado śnie.
Otworzyli okno i puścili w obieg skręta. Była to mieszanka marihuany z tytoniem, co niekoniecznie miało dobrze wpłynąć na ich stan.
Kilka chwil później blady Jake upadł na środku pokoju, by po czterdziestu minutach wstać jak nowo narodzony – uprzednio wymiotując przed siebie.
– Dobra p-panowie, macie jeszcze? – Jake po zmartwychwstaniu chwycił za kubek.
Impreza trwała do rana. Okoł o pi ątej w nocy niekt ó rzy z imprezowicz ó w odczuli skutki przyjmowanych trunk ó w, ale – w przeciwieństwie do Jake ’ a – żaden z nich nie dokonał rekonstrukcji cudu Jezusa.
McKean był prowodyrem niezbyt przemyślanych akcji. On i jego kumple znaleźli marker i użyli go do narysowania męskich genitali ó w na czoł ach „ zgon ó w”. Jednemu zabrali spodnie i wyrzucili za okno. Ostatniemu zaś wręczyli zabraną z pokoju dziewczyn książkę „ Kocham Justina ” i zrobili zdję cia.
Jake ’ a obudził b ó l głowy . Chłopak podni ó sł się ze swojego łóżka i rozejrzał po pokoju. „ Ja pierdol ę, jaki burdel” – pomyślał, po czym uświadomił sobie, że posprzątać będzie to musiał nie kto inny jak on sam. Jego współlokator, Pete, był leniem i brudasem jakich mał o.
Jake spojrzał na telefon: pięć nieodebranych połączeń i trzy SMS-y.
Gdzie Ty się podziewasz? Profesor napisał mi, że nie podszedłeś do egzaminu.
Egzaminu? Spojrzał na zegarek i zobaczył jedynkę oraz piątkę, kt ó re ukł ada ły się w godzinę piętnastą. Oznaczało to, że egzamin poprawkowy miał sto dwadzieścia minut temu.
Połączenie przychodzą ce: ojciec.
Jake czuł, że odebranie tego telefonu w niczym już nie pomoże, a bynajmniej nie miał w tym momencie ochoty na wysłuchiwanie kazań.
– Co ty taki wkurzony, Jake? – Gł os Pete ’ a powracającego do świadomości rozległ się w uszach chłopaka .
– A jak, kurwa, myślisz? Miałem egzamin, kt ó ry oczywiście przespałem.
– No nie gadaj… – w tonie Pete ’ a można było wyczuć skruchę. Wiedział, jak bardzo Jake ’ owi zależało na studiach. – Wybacz, stary. Tak wyszł o, że wczoraj wszyscy się zlecieli. Zanim przyszedłeś, to oni już się tu rozłożyli z w ó dką. Nie miałem jak ich wygonić.
– Dobra, już nic nie m ó w. Sam mogłem wyjść. Cholera, ojciec mnie zabije.
– Aż tak?
– Nie wiem, czy profesor dopuści mnie do kolejnej poprawki, skoro na tej nawet się nie zjawiłem bez słowa wyjaśnienia.
Połączenie przychodzące: ojciec.
– Szlag – wyszeptał Jake. Chyba tylko szacunek do rodzica odpowiadał za wciśnięcie zielonej słuchawki. – Tak, tato?
– Rozumiem, że jesteś z siebie dumny – usłyszał ton pełen dezaprobaty. – Powiedz mi tylko jedno: jesteś trzeźwy?
– Tato, wiesz, że już tyle nie piję…
– Jesteś trzeźwy?
To pytanie szumiało w uszach Jake ’ a jeszcze przez dobrych kilka minut.
***
– Wyjdźmy na zewnątrz, muszę zapalić – powiedział a Charlotte.
Jake wziął płaszcz kobiety. Stanął za nią i przytrzymał go, by mogła włożyć ręce w rękawy. Gdy naciągała na siebie palto , twarz Jake ’ a była na tyle blisko jej włos ó w, że od razu wyczuł zapach szamponu i odżywki. Charlotte, słysząc, jak mężczyzna wcią g a powietrze w nozdrza, delikatnie się cofnęła i pozwoliła jego klatce piersiowej przylgnąć do jej plec ó w. Uśmiechnęła się pod nosem.
Wyszli przed lokal. Kobieta wyciągnęła ostatniego papierosa z paczki i użyła swojej różowej zapalniczki. Paliła cienkie, mentolowe . By ła oldschoolowa, nie lubiła e-papieros ó w ani podobnych wynalazk ó w.
– Ojej, trochę mi się zakręcił o – zachichota ła i jedną ręką złapała się za głowę, a drugą szukała ramienia Jake ’ a.
– No już, trzymam cię – Jake ją objął. – Odwiozę cię do domu.
– Cieszysz się , co?
– Nie jestem taki. W tym stanie trzeba cię ululać.
– A na ruchanie przyjdzie czas kiedy indziej?
Bezpośredniość Charlotte by ła dla Jake ’ a czymś nowym. Nie spotykał się z kobietami o takiej osobowości, przez co cała jego pewność siebie topniała z każdym wypowiedzianym przez nią słowem.
– Nie wiedziałem, że chcesz – rzucił z braku laku i od razu skarcił się w myślach . Brzmiał jak totalny prawiczek.
– Kto powiedział, że chcę ?
Jej oczy powoli się zamykał y, a cia ło zmieniał o w wielką galaret ę, wręcz niemożliwą do utrzymania. Zaczęła słaniać się na nogach, zmuszają c Jake ’ a do trzymania jej mocniej i bliżej niż kiedykolwiek.
Po czterech pr ó bach wycią gni ęcia od niej adresu , Jake’owi udało się wezwa ć taks ó wkę. Odwi ó zł ją pod same drzwi. Pom ó gł wejść do środka i zdjąć płaszcz. Nie chciał przeczesywać jej domu w takim momencie, więc ułożył ją na kanapie w salonie i przykrył znalezionym obok kocem.
Następnego poranka dostał SMS-a o treści:
Dziękuję, że się mną zaopiekowałeś. PS. Pamiętaj o zbliżającym się terminie.
Jej intencje stały się mało czytelne. Czy to wszystko to był tylko alkohol, czy Jake naprawdę m ó gł się podobać Charlotte?