Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Primum non nocere - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 września 2018
32,00 zł
3200 pkt
punktów Virtualo

Primum non nocere - ebook

Trzecia po „Naznaczonych na zawsze” i „Białym tropie” powieść kryminalna szwedzkiej autorki, której książki są regularnie nagradzane i jak dotąd zostały przetłumaczone na 29 języków. Główna bohaterka, Jana Berzelius, „prokurator poza granicami prawa”, której mroczna przeszłość kładzie się cieniem na całe jej życie, musi zmierzyć się z serią bestialskich zbrodni. Ktoś okalecza swoje ofiary. Czy robi w akcie szaleństwa, czy też kryje się za tym coś innego?

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8008-456-8
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ŚRODA

1

Philip Engström oparł się obiema rękoma o czarny blat w kuchni dla pracowników pogotowia ratunkowego w Norrköping. Jedno z okien było otwarte i do środka wpadało chłodne wiosenne powietrze. Wziął z automatu kubek kawy, objął go rękoma, delektując się ciepłem. Potem przeszedł przez kuchnię i usiadł na jednej ze stojących tam kanap.

Wiedział, że nie powinien, lecz z drugiej strony musiał nabrać sił po stresujących wydarzeniach ubiegłej nocy, zwiesił więc głowę i przysnął. Zaczął mu się śnić pieniący się, szumiący wodospad.

Wówczas usłyszał dochodzące z daleka wołanie i drgnął, gwałtownie poruszył leżącymi na stole rękoma i niechcący wylał kawę.

– Ależ Philipie!

– Cześć, Sandro – powiedział rozbudzony.

Sandra Gustafsson stała dwa metry od niego, podpierając się w talii jedną ręką. Miała blond włosy i zielone oczy, tak samo zielone jak jej robocze ubrania. Była ratowniczką medyczną, jedną z ostatnio przyjętych do pogotowia. Posiadała szeroką wiedzę, angażowała się w pracę, a do tego wykazywała zainteresowanie samopoczuciem kolegów.

– Nadal zmęczony? – spytała.

– Ni w cholerę – odpowiedział Philip, wstając. Wytarł rozlaną na stole kawę zbyt dużą ilością papieru i znów usiadł na kanapie.

Sandra spojrzała na niego, widziała, jak próbuje ukryć ziewnięcie, a potem podeszła do automatu i napełniła kawą dwa kubki. Gdy podała mu jeden z nich, Philip nie potrafił powstrzymać uśmiechu.

Wziął szybki łyk i zerknął na zegarek.

– Wkrótce czas do domu – powiedziała Sandra.

– Tak – odpowiedział.

– Nie chcesz najpierw porozmawiać?

Usiadła w fotelu naprzeciw. Miała krępe, dobrze wytrenowane ciało.

– O czym?

– O zmarłej pacjentce.

– Nie, a dlaczego miałbym chcieć? – odpowiedział pytaniem, upijając jeszcze jeden łyk kawy. Nie opuszczało go uczucie senności, pomyślał, że jak najszybciej musi odzyskać kontrolę nad zdrowiem. Przez pracę spał za mało i zdawał sobie sprawę, że powinien sypiać bardziej regularnie, a nie co jakiś czas po godzince

– Sytuacja była dość dziwna – powiedziała.

– Zwyczajny zawał serca, co, do cholery, można tu więcej powiedzieć?

– Pacjentka mogła przeżyć.

– Ale tego nie zrobiła, okej?

Philip wsłuchiwał się w brzęczenie automatu do kawy. Pomyślał o pacjentce i poczuł, jak drżą mu ręce.

– Zastanawiam się tylko, co czujesz w takiej sytuacji – odezwała się.

– Sandro – powiedział, odstawiając kubek z kawą na stół. – Wiem, że jesteś wsparciem dla kolegów z pracy, ale taka psychologiczna gadanina na mnie nie działa.

– Więc nie chcesz rozmawiać?

– Nie, już ci przecież mówiłem.

– Myślałam tylko...

– Co myślałaś? Że usiądziemy w kółeczku i będziemy się przytulać? Może mamy też założyć flanelowe piżamy?

– Według zasad...

– Przestań. Pracuję jako pielęgniarz w pogotowiu od pięciu lat i wiem dokładnie, jakie tu mamy zasady.

– Więc pewnie też wiesz, że nie można spać podczas wyjazdu.

W pomieszczeniu na dłuższą chwilę zapadła cisza.

– Pomyśl, co się stanie, jeśli ktoś się dowie – wyszeptała.

– Nikt się nie dowie – odpowiedział. – To tajemnica służbowa.

– Co?

Philip rozejrzał się, sprawdził, że nikogo nie ma w zasięgu słuchu.

– Słyszałaś, co powiedziałem.

– Ale tak, do cholery, nie możemy przecież robić – stwierdziła.

Philip napotkał jej wzrok.

– Dlaczego nie?

– Chyba zwariowałeś – powiedziała. – Jesteś zupełnie...

– Rozumiem, że to może brzmieć trochę dziwnie.

– Dziwnie? To zupełne szaleństwo.

Philip spojrzał na drzwi i pomyślał, że najchętniej opuściłby kuchnię, teraz, od razu. Chciał spokoju, ciszy, a przede wszystkim chciał się znaleźć z dala od Sandry.

– Przykro mi, Philipie, ale nie mogę. To ty zawaliłeś, a nie ja.

– Ja nigdy nie zawalam, zapamiętaj to sobie. I to nie dlatego umarła.

– Chyba sam w to nie wierzysz.

Philip utwił w niej wzrok, przeczesał dłonią włosy i wziął głęboki wdech, próbując się uspokoić.

– Okej – powiedział po chwili. – Zrobimy w ten sposób. Jeśli ktoś kiedykolwiek i wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu dowiedziałby się, że zasnąłem podczas wyjazdu, obiecuję, że sam się zgłoszę.

– A ja?

– Ty zwalisz wszystko na mnie i powiesz, że się bałaś mnie wydać, jako że jesteś nowa w pracy i takie tam. Wymyśl jakąś chwytającą za serce historyjkę.

Spojrzała na niego.

– Umowa stoi? – spytał.

– Tak – odpowiedziała cicho. – Ale powinieneś coś z tym zrobić, jeszcze jedna wpadka i cię zgłoszę.

– Dziękuję – powiedział, kładąc jej rękę na ramieniu.

– Mówię poważnie – podkreśliła.

– Wiem – odpowiedział i podniósł się z kanapy.

Prokurator Jana Berzelius siedziała przed studiem nagraniowym, założywszy nogę na nogę. Czekała na swoją kolej, by zająć miejsce obok Richarda Hansena, gospodarza porannej audycji czwartego programu Szwedzkiego Radia w regionie Östergötland.

Na znak Hansena bezszelestnie weszła do studia i usiadła na wskazanym miejscu. Nałożyła słuchawki i usłyszała, jak prowadzący zmieniał temat i zapowiadał kolejny punkt audycji dotyczący gangów przestępczych.

– Wymuszenia, rozboje i napady przy użyciu młotków, noży i broni automatycznej. Przemocy związanej z działalnością gangów jest coraz więcej. Pani Berzelius, od wielu lat pracuje pani jako prowadzący śledztwo w sprawach dotyczących poważnej i zorganizowanej przestępczości, tu, w Norrköping. Co jest, pani zdaniem, przyczyną narastania przemocy?

Jana odchrząknęła.

– Po pierwsze, musimy pamiętać, że mówimy o liczbie zgłoszonych przestępstw. To, że przestępczość wzrasta w statystykach, nie musi oznaczać, że wzrasta ona w rzeczywistości, lecz...

– Więc twierdzi pani, że statystyki kłamią?

– Możemy wywnioskować, że przemoc związana z gangami nasiliła się w całej Szwecji, a jednocześnie maleje przemoc w społeczeństwie.

– A od czego zależy wzrastająca przestępczość zorganizowana?

– Jest na to wiele wyjaśnień.

Jana się pochyliła.

– W zapowiedzi audycji wymienił pan najważniejsze i nie mogę się z panem nie zgodzić, że łatwiejszy dostęp do broni palnej wraz z pogłębiającym się podziałem ekonomicznym i społecznym są czynnikami potęgującymi tę sytuację.

– Jak pani wie, nasza redakcja przygotowała zestawienie grup przestępczych w Norrköping – kontynuował Hansen, spoglądając jednocześnie w papiery, które trzymał przed sobą. – Nasze reportaże o poczynaniach gangów związanych z handlem bronią, narkotykami i ludźmi spotkały się z wielkim zainteresowaniem. Od pierwszego reportażu minął już rok, lecz w tej dziedzinie niewiele się zmieniło. Rzadko zapadają wyroki, mało spraw trafia do sądu i coraz więcej osób uważa, że system prawny Szwecji nie działa dobrze. Czy mamy powody do niepokoju?

– Zawsze istnieje ryzyko popełnienia błędów w procesie prawnym, które w najgorszym wypadku mogą prowadzić do błędnych wyroków lub umorzonych śledztw.

– Czy stronniczy prokurator może stanowić takie ryzyko?

– Tak, podobnie jak zmanipulowane dochodzenie policji, wprowadzające w błąd opinie biegłych i fałszywe zeznania. Wszystko to stanowi poważne ryzyko, które czasem może skutkować błędnym wyrokiem, temu nikt nie może zaprzeczyć, nawet ja, choć jestem prokuratorem.

– A co pani sądzi o głosach domagających się podniesienia kary na przykład za przestępstwa związane z użyciem przemocy?

– Nie ma dowodów na to, że surowsze kary wpływają na zmniejszenie liczby przestępstw, za to...

– Zaostrzenie kar w USA doprowadziło to tego, że...

– Ale teraz mówimy o Szwecji i o Norrköping – podkreśliła Jana.

Hansen ponownie spojrzał w swoje papiery.

– Według opozycji zaostrzenie kar jest ważnym posunięciem w polityce prawnej. Czy może to pani skomentować?

– Politycy zajmujący się tematyką przestępczości powinni skupiać się przede wszystkim na działaniach prewencyjnych.

Hansen spojrzał na Janę i powiedział:

– W tak zwanej aferze policyjnej wysoko postawieni szefowie policji i biznesmeni zostali oskarżeni o łapówkarstwo i przemyt narkotyków i wszystko wskazuje na to, że zostaną skazani na długie kary więzienia.

– Zgadza się.

– Z tego, co rozumiem, sprawa jest zarówno skomplikowana, jak i wyjątkowa. Poza wątkami przemocy ze szczególnym okrucieństwem mamy również do czynienia z zatrudnionymi w państwowych instytucjach wysoko postawionymi funkcjonariuszami, którzy nadużyli władzy w znacznym stopniu.

– Mówi pan o szefie policji Andersie Westerze – stwierdziła Jana. – Ale nadal nie mamy pełnego obrazu, nie przesłuchano jeszcze wszystkich podejrzanych...

– To prawda, nasuwa się jednak myśl, że w tym wyjątkowym wypadku należałoby zastosować surowsze kary, by pokazać, że w naszym kraju nie ma pobłażania dla tego typu działań przestępczych, prawda? Poza tym w grę wchodzi również zaufanie do policji.

– Nie mogę tego komentować, nie prowadzę tej sprawy.

– Ale czy nie zgadza się pani ze stwierdzeniem, że wymiar kar i środków karnych jest dla społeczeństwa sygnałem, w jakim stopniu potępia się różne typy przestępstw i wykroczeń?

– Tak, zgadzam się, lecz, jak już mówiłam, nie ma żadnych dowodów na to, że surowsze kary bezpośrednio prowadzą do zmniejszenia liczby przestępstw.

– Więc jeśli dobrze panią rozumiem, powinniśmy skupić się bardziej na działaniach prewencyjnych. Według pani to jest jedyna droga do mniejszej liczby przestępstw?

– Tak, bez wątpienia.

– Na czym opiera pani swoją teorię?

Jana spojrzała mu prosto w oczy.

– Na doświadczeniu.

Pielęgniarz Mattias Bohed szedł razem ze swoją koleżanką z pracy Sofią Olsson przez oddział numer jedenaście szpitala Vrinnevisjukhuset. Przed salą numer trzydzieści osiem siedział strażnik Andreas Hedberg z wyprostowanymi plecami i splecionymi dłońmi. Nieśmiało uśmiechnął się do Sofii, gdy zbliżali się w jego stronę, następnie wstał i otworzył im kluczem drzwi.

Gdy weszli do środka, Hedberg starannie zamknął za nimi drzwi i przekręcił klucz.

W tej pilnie strzeżonej sali od trzech miesięcy leżał podejrzany o morderstwo Danilo Peña. Mattias nie wiedział za dużo o pacjencie, tylko tyle, ile wyczytał w Internecie. Peña był zamieszany w tak zwaną aferę policyjną, został oskarżony o wiele morderstw, a jego ofiarami były w większości młode Tajlandki. Ci, którzy zostali wybrani do opieki nad nim, dostali ścisłe instrukcje postępowania, między innymi taką, że nikt nie może przebywać z nim w sali sam na sam.

– Zapomniałeś wyłączyć światło? – spytała Sofia, gdy zobaczyła zapaloną przy łóżku lampę.

– Nie – odpowiedział. – Nie sądzę.

– W każdym razie musisz pamiętać o tym, by nie zostawiać zapalonych lamp, gdy wychodzimy.

– Przepraszam – powiedział, choć wiedział, że nie był winny.

Sala była niewielka i oprócz sprzętów medycznych mieściło się w niej łóżko, stolik nocny i krzesło.

Sofia wyjęła małą szklaną ampułkę i ostrożnie nią potrząsnęła, zanim wciągnęła zawartość do strzykawki.

– A tak poza tym, słyszałeś, że wczoraj się przebudził? – spytała.

– Żartujesz?

– Tak. – Uśmiechnęła się.

– Próbujesz mnie nastraszyć?

– Nie, chcę tylko, byś był staranny. I nie zapomniał wyłączyć światła, gdy będziemy wychodzić.

Pacjent leżał w łóżku spokojnie i nieruchomo, ale widać było poruszającą się przy oddychaniu klatkę piersiową. Leżał na plecach, z zamkniętymi oczami i z rękoma pod kocem.

Mattias stał w pewnym oddaleniu, choć wiedział, że pacjent głęboko śpi.

– Co z tobą? To był tylko żart – powiedziała Sofia, która zauważyła jego podenerwowanie. – Dotąd nic nie wskazywało na to, że chce się przebudzić. Prawie w ogóle się nie porusza, tylko tak tu leży za każdym razem, gdy przychodzimy.

– Ale kiedyś w końcu nadejdzie dzień, że się przebudzi, no nie?

– Ach, lepiej wrzuć na luz – westchnęła.

– Ale tak poważnie, to co się stanie, jak się obudzi?

– Nie obudzi się.

Podeszła do łóżka i cichym głosem powiedziała do pacjenta, że nadszedł czas na zastrzyk.

– Dlaczego z nim rozmawiasz, jeśli i tak cię nie słyszy?

– Nie wiem, może z przyzwyczajenia?

Przełożyła strzykawkę do lewej ręki i podwinęła koc prawą.

– Pomożesz mi? – spytała.

Podszedł do łóżka, stanął obok niej i przemył skórę spirytusem. Przeciągał wacik w tę i z powrotem po zwiotczałej ręce. Danilo Peña sprawia wrażenie wątłego, pomyślał. Prawdopodobnie stracił część masy mięśniowej przez ten czas, kiedy leżał w szpitalu.

Mattias obszedł łóżko, wyrzucił wacik do kosza na śmieci i przyglądał się Sofii zbliżającej się ze strzykawką do ręki Danila.

– Śpij słodko – powiedziała.

W tym samym momencie Danilowi drgnęła ręka. Sofia od razu zrobiła krok w tył i niechcący upuściła strzykawkę na podłogę, która wtoczyła się pod łóżko.

– Obudził się? – spytał Mattias, cofając się daleko w stronę drzwi.

– Nie. Jego oczy są niewyraźne, wzrok rozproszony. Nadal śpi. Tylko nie byłam przygotowana, że... to znaczy, zaskoczyło mnie to.

Pochyliła się, by podnieść strzykawkę. Wyciągnęła rękę, ale nie mogła dosięgnąć strzykawki pod łóżkiem.

– Leży bliżej ciebie, mógłbyś ją podnieść, a ja w tym czasie przygotuję nową?

Mattias spojrzał na pacjenta niespokojnym wzrokiem, a potem ukląkł koło łóżka. Po drugiej stronie widział nogi Sofii.

Strzykawka leżała przy samej ścianie, tabliczka z imieniem i długopisy wbijały mu się w ciało, gdy czołgał się w stronę strzykawki.

Wówczas usłyszał nad sobą uderzenie. Zaczął szukać wzrokiem, ale nigdzie nie widział nóg Sofii.

– Sofia? – powiedział, wstając i kurczowo ściskając w ręku strzykawkę.

Gdy zobaczył, że kołdra jest odwinięta, a łóżko puste, błyskawicznie podskoczyła mu adrenalina.

Na krześle obok dostrzegł Sofię w pozycji półleżącej.

Jej ramiona zwisały bezwładnie, oczy miała zamknięte.

Wpatrywał się w nią, a serce biło mu tak mocno, że czuł pulsowanie w uszach. Dopiero teraz pomyślał, że powinien nacisnąć przycisk alarmowy i zadzwonić po pomoc lub zawołać strażnika, ale ciało odmawiało mu posłuszeństwa.

Zrobił dwa kroki w tył, pomału się odwrócił i zobaczył pacjenta, który stał dwa metry od niego, zupełnie nieruchomo, z zaciśniętymi pięściami i mrocznym spojrzeniem.

Mattias mocniej objął strzykawkę i powoli ją podniósł, jakby się chciał w ten sposób bronić.

– Nawet o tym nie myśl – powiedział głucho Danilo, podchodząc.

Mattias zamachnął się, lecz jego ruch był zbyt oczywisty i powolny. Danilo złapał go za ramię i wykręcił. Strasznie zabolało.

– Czego chcesz? – pisnął Mattias. – Powiedz tylko, czego chcesz, a ja ci pomogę...

Ból w ramieniu sprawił, że ucichł. Nie mógł już wytrzymać, strzykawka wysunęła mu się z rąk i upadła na podłogę.

– Rozbieraj się.

– Co?

– Rozbieraj się.

– Okej, okej – powiedział Mattias, lecz nadal stał nieruchomo. Ciało było jak sparaliżowane, nie mógł się poruszyć.

Dopiero gdy Danilo powtórzył rozkaz, ocknął się z odrętwienia i ściągnął białą koszulę przez głowę. Jeden z długopisów upadł na podłogę.

– Spodnie też.

Mattias spojrzał na drzwi.

– Masz problemy ze słuchem? Nie ma czasu.

Uderzenie nadeszło tak szybko, że nie zdążył zareagować. Lekko dotknął ręką ust i poczuł na palcach ciepłą krew.

Danilo pochylił się i podniósł strzykawkę.

– Proszę – powiedział Mattias. – Zrobię, co tylko chcesz...

– Spodnie.

Mattias szybko rozpiął białe spodnie i ściągnął je do kolan. Chciał wyjąć nogę, ale biały sportowy but utkwił w nogawce. Stracił równowagę i przewrócił się na bok, na podłogę. Poczuł ból w biodrze, lecz nie przestawał szarpać się z nogawką.

W końcu udało mu się zdjąć buty i spodnie. Poczuł, że wystąpiła mu gęsia skórka. Pomyślał o swoim synu Vincencie, który zwykł się guzdrać przy rozbieraniu. O tym, że zawsze musiał go napominać, gdy miał się kąpać albo pójść do łóżka. Obiecał sobie, że nigdy więcej nie będzie go popędzał. Nigdy więcej, pomyślał ze ściśniętym od płaczu gardłem.

– Zapomniałeś o skarpetach. No, dalej, już!

Mattias przełknął ślinę, ściągnął skarpety i odwrócił się do Danila.

– Mam rodzinę, syna...

– Wstań – powiedział Danilo. – Idź do łóżka.

Mattias poruszał się bezładnie, nie kontrolował własnego ciała, ledwo trzymał się na nogach. Ciężko oddychał i cały drżał.

– A teraz?

– Połóż się – wysyczał Danilo.

– Do łóżka?

– Do łóżka.

Prześcieradło było jeszcze ciepłe, gdy Mattias położył głowę na poduszce. Było mu niewygodnie, ale nie miał odwagi zmienić pozycji.

Danilo się pochylił, podniósł koszulę z ziemi i szybko wciągnął ją przez głowę. Spodnie luźno wisiały mu w pasie. Potem zwrócił się w stronę Mattiasa. Odkrył prześcieradło i zatrzymał strzykawkę nad jego nagą piersią, centymetr nad sercem.

– Czas na zastrzyk – powiedział z uśmiechem.

Mattias widział ostrą jak brzytwa igłę. Potem wszystko potoczyło się tak szybko, że nie zdążył zareagować. Poczuł ukłucie w piersi, jakby użądlił go owad, a potem rozchodzący się z krwią zimny strumień.

Z rany po ukłuciu zaczęła wypływać krew i zabarwiać na czerwono białe prześcieradło.

Powinien się bać, ale nic nie czuł, mógł jedynie obserwować i rejestrować, co się działo.

Danilo coś powiedział, ale słowa brzmiały, jakby dochodziły z tunelu. Mattias widział, jak Danilo poprawia białą koszulę, jak podnosi z podłogi długopis, wkłada go do kieszeni i przegląda się w lustrze. Na koniec przeciągnął obiema rękoma przez ciemne włosy, po czym zwrócił się do Mattiasa.

– Śpij słodko – powiedział.

Potem podszedł do drzwi. Mattias słyszał przekręcanie zamka, słyszał, jak drzwi się otworzyły i zamknęły.

To się nie dzieje naprawdę, pomyślał. Była to jego ostatnia myśl.

A potem poczuł, jak nadchodzi. Cisza.

I zimno. Najpierw w stopach i dłoniach, przesuwające się pomału do nóg, ramion, głowy i serca.

Na koniec nadeszła ciemność.2

Zastrzeżony numer.

Jana Berzelius westchnęła, odrzuciła rozmowę i odwróciła komórkę wyświetlaczem do biurka. Rzadko, właściwie prawie nigdy, odpowiadała na zastrzeżone numery i teraz też nie chciała, by jej przeszkadzano.

Piechotą opuściła siedzibę Szwedzkiego Radia, zeszła w dół zbocza, przeszła przez most Järnbron, wzięła aktówkę z mieszkania i pojechała samochodem do prokuratury.

Podwinęła rękaw marynarki na lewej ręce, spojrzała na komputer, a palce szybko zaczęły poruszać się po klawiaturze.

Telefon znów zaczął dzwonić.

Wzięła go do ręki i spojrzała na wyświetlacz, lecz i tym razem ktoś dzwonił z zastrzeżonego numeru.

Jednocześnie rozległo się pukanie do przeszklonych drzwi biura. Podniosła wzrok i zobaczyła stojącego za nimi z szerokim uśmiechem kolegę z prokuratury, Pera Åströma. Pomachał do niej.

Jana dobrze się czuła w jego towarzystwie i od czasu do czasu wychodzili razem na kolację. Per był tak naprawdę jedyną osobą, z którą się spotykała. Jana nie lubiła towarzystwa i nie czuła potrzeby spotykania się bez powodu. Rozmowa była dla niej niemal wyłącznie narzędziem pracy. W sali sądowej nie miała problemów z wygłaszaniem długich przemów, by wyłożyć wszystkie fakty, ale prowadzenie prywatnych rozmów było dla niej dużym wyzwaniem. Wyzwaniem, którego nie miała zamiaru podejmować, nie była tym zainteresowana. Sprawy prywatne chciała zachowywać tylko dla siebie.

Per zapukał ponownie. Zapytał na migi: mogę wejść?

Spojrzała na dzwoniącą komórkę, na stojącego przed drzwiami Pera. Jeśli go wpuści, straci wiele cennych minut, a przecież już cały ranek zszedł jej w studiu radiowym. Poza tym Per rzadko kiedy się nie rozgadywał, i nawet jeśli zerkałaby na zegarek, nie zrozumiałby aluzji, że ma lepsze rzeczy do roboty niż wysłuchiwanie jego gadaniny.

Dlatego wybór był prosty.

Podniosła wzrok i potrząsnęła głową w stronę Pera, co go chyba zdziwiło. Potem przekręciła się na krześle o pół obrotu, przyłożyła telefon do ucha i odebrała.

– Dzień dobry, tu Alexander Eliasson, jestem lekarzem ze szpitala Vrinnevi. – Jego głos był nadzwyczaj miękki. – Przeszkadzam?

Zmarszczyła czoło.

– O co chodzi? – spytała.

– Przykro mi, że to wszystko tak przez telefon, ale... chciałbym, by przyjechała pani do szpitala.

– Dlaczego?

– Tej nocy została wezwana karetka do domu pani rodziców w Lindö i...

– Jak on się czuje?

– Obawiam się, że...

– Mój ojciec, jak on się czuje?

– To nie dotyczy pani ojca.

– Przepraszam, myślałam, że...

Jana wzięła głęboki wdech.

– Próbowałem skontaktować się z nim dziś rano – powiedział lekarz. – Od wielu lat jesteśmy przyjaciółmi, rozumie pani.

– Ojcu niełatwo jest teraz rozmawiać – powiedziała.

– Tak, wiem i jestem bardzo zmartwiony tym, co mu się przydarzyło.

– Sam jest sobie winien.

Wyjrzała przez okno i zauważyła wzlatujące ponad dachy ptaki.

– Więc w jakiej sprawie pan dzwoni? – spytała.

– Obawiam się, że karetka nie zdążyła na czas.

Minęło kilka sekund, zanim Janie udało się uporządkować myśli.

– Mówi pan o mojej matce – powiedziała cicho.

– Tak – potwierdził lekarz. – Bardzo mi przykro, ale... Margaretha nie żyje.

Słońce przedarło się przez grubą zasłonę chmur, nagie drzewa rzucały na asfalt wąskie cienie. Komisarz policji kryminalnej Henrik Levin skręcił w jedno z miejsc parkingowych, obok stojącego tam volvo, i znieruchomiał z ręką na kierownicy. Widział samochody policyjne i zrozumiał, że technicy są już na miejscu.

Policja przeszukała okolicę i zebrała wszystkie nagrania ze znajdujących się w pobliżu kamer rejestrujących ruch uliczny. Poszukiwania Danila Peñy były w pełnym toku.

– Halo! Będziesz tu tak siedział cały dzień, czy co?

Mia Bolander otworzyła drzwi pasażera i obrzuciła go zmęczonym spojrzeniem. Henrik wyjął kluczyk ze stacyjki, wysiadł z samochodu i poszedł za Mią w stronę głównego wejścia.

Cały czas się rozglądał. Nie patrzył na ludzi, którzy odprowadzali ich ciekawym wzrokiem, ani na ostre niebieskie światło odbijające się od fasady szpitala, ani na umundurowanych policjantów stojących w rozkroku po obu stronach obrotowych drzwi, lecz skierował wzrok na duży parking oraz niewielki zagajnik, między drzewa i kamienie, jakby próbował dostrzec jakiś ruch między budynkami szpitala.

– Z pewnością jest już daleko stąd – powiedziała Mia, śledząc jego wzrok. – Ale trzeba mieć cholernie zimną krew, by tak po prostu wyjść sobie przez główne drzwi szpitala.

– Jeśli tak właśnie zrobił – powiedział Henrik. –Teren szpitala opuściły dwa autobusy, cztery taksówki, ponad dwadzieścia prywatnych samochodów i jedna karetka, lecz nikt go nie widział.

– Zamknęliśmy drogi wyjazdowe? – spytała.

– Za późno na to – odpowiedział.

– A autobusy?

– Skontaktowaliśmy się z kierowcami, ale to nic nie dało.

– Transport dla pacjentów?

– Tam też nic.

– A taxi?

– Sprawdziliśmy wszystkie, Taxikurir, Taxi Norrköping, Vikboland taxi... ale... nic.

– Więc jak go złapiemy? – spytała z uśmiechem.

– W całej policji ogłoszono alarm. Ale równie dobrze może nadal znajdować się na terenie szpitala.

– To mało prawdopodobne – powiedziała Mia, marszcząc nos. – A strażnik?

– Nadal nic o nim nie wiadomo. Najprawdopodobniej uprowadzony przez Danila.

Henrik z wprawą podniósł taśmę oddzielającą, poczekał, aż przejdzie też Mia i skierował się ciężkim krokiem w stronę oddziału numer jedenaście.

Zmrużył oczy z powodu ostrego światła wydostającego się z otwartych drzwi sali numer trzydzieści osiem i zobaczył kucającą w środku pomieszczenia Anneli Lindgren, technik kryminalistyki. Gdy się podniosła, zaszeleścił jej biały kombinezon jednorazowy. Zdjęła maskę ochronną i skinęła im głową.

Henrik wszedł do sali, Mia weszła za nim i oboje rozejrzeli się dookoła. W pomieszczeniu było ciepło, a na ziemi widać było jaskrawoczerwony ślad ręki.

– Zaznaczyliśmy też odciski stóp Danila Peñy. Tu schodzi z łóżka... – Anneli wskazała na prawą stronę łóżka – ...napada na pielęgniarkę i bije ją do nieprzytomności. Ona pada na krzesło i tak też ją znaleziono.

– A pielęgniarz? – spytała Mia.

– Leżał w łóżku.

– W łóżku?

Anneli skinęła głową.

– Był nagi – dodała.

Henrik włożył ręce do kieszeni i odwrócił się w stronę drzwi.

– Więc Danilo Peña zmusza Mattiasa Boheda do rozebrania się i położenia do łóżka, a potem ubiera się w jego rzeczy i opuszcza salę.

Henrik pomału podszedł do drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Zauważył personel szpitalny poruszający się za szklanymi drzwiami w końcu korytarza i napotkał ich pytające spojrzenia.

Od czasu do czasu się zdarza, że policja odgradza szpital. Przed ośmioma miesiącami miało to miejsce przed Vrinnevi, gdy przed nowo otwartą restauracją w Norrköping postrzelono mężczyznę w nogę. Policja od razu odcięła dostęp do pogotowia, by personel mógł pracować w spokoju. Na miejscu były dwa radiowozy z ośmioma policjantami, co w takich wypadkach jest rutynowym postępowaniem.

Ale odcięcie całego oddziału nie było działaniem rutynowym.

– Więc Peña opuszcza salę... – powtórzył Henrik, wychodząc na korytarz – ...napada na strażnika, ale nie zostawia go na miejscu.

– Gdyż najprawdopodobniej wziął go jako zakładnika – powiedziała Anneli. – Lecz nikt ich nie widział, przynajmniej na razie.

Henrik spojrzał na sufit i przeciągnął ręką po brodzie.

– Więc wydostaje się z oddziału przy pomocy strażnika, ale nie przez wyjście...

– Nie, najprawdopodobniej zszedł tamtędy, po schodach przeciwpożarowych – powiedziała Anneli, wskazując koniec korytarza.

– Pokaż mi.

Przeszli przez oddział, minęli wiele sal i stanęli przed jednymi z drzwi.

– Jeszcze nie zdążyliśmy sprawdzić wind – powiedziała Anneli – ale spójrz tutaj.

Wskazała na futrynę drzwi, na której widniały wyraźne krwawe odciski palców.

– Muszę wracać – powiedziała potem.

– Okej – odpowiedział Henrik. Słuchał oddalających się kroków, uważnie przyglądając się śladom palców.

Ostrożnie otworzył drzwi, powoli zszedł schodami na niższe piętro i stanął przed kolejnymi drzwiami, którym też dokładnie się przyjrzał.

Tam dostrzegł jeszcze jeden krwawy odcisk.

Pomału wszedł na oddział dziewiąty.

W głębi korytarza ktoś oglądał program o urządzaniu domu. Słychać było muzykę i z rzadka komentarz prowadzącego, który najwyraźniej właśnie konstruował drabinę. Gdy Henrik przeszedł obok, zauważył siedzącą na tapczanie starszą kobietę w kwiecistych spodniach, z wzrokiem utkwionym w telewizor.

Minął wiele pomieszczeń, drzwi do wszystkich były pozamykane.

W głębi korytarza odkrył uchylone drzwi do komórki.

Rozejrzał się i spróbował się zastanowić, ilu pacjentów i pracowników szpitala mogło znajdować się w pobliżu, lecz zdążył pomyśleć jedynie o kobiecie w kwiecistych spodniach, gdy z komórki dobiegł jęk.

Henrik wyciągnął broń i wstrzymał oddech. Potem lewą ręką otworzył drzwi i cofnął się kilka kroków z bronią skierowaną w ciemność.

– Policja! – zawołał, ale po chwili z bijącym sercem ją opuścił.

W komórce nie było Danila Peñy.

Tylko strażnik.

Jana Berzelius nie zatrzymała się na czerwonym świetle, przecięła Albrektsvägen i z dużą prędkością wjechała na Gamla Övägen.

Cały czas myślała o rozmowie z lekarzem Alexandrem Eliassonem, o tym, że matka nie żyje.

Ogarnęło ją uczucie nierzeczywistości i była coraz bardziej zdziwiona swoją reakcją. Matka należała do nielicznych osób, z którymi w jakikolwiek sposób była związana.

Lecz czy ją kochała?

Nie, chyba nie.

Gdy otrzymała wiadomość o śmierci matki, miała ochotę jakoś to odreagować, wykrzyczeć się albo coś skopać, rozwalić. Lecz jedynie stała w swoim biurze, milcząca i nieruchoma, jakby nie chciała dopuścić do siebie bólu, jakby nie było w niej na ten ból miejsca. Następnie, nie mówiąc nikomu ani słowa, opuściła prokuraturę, wciągnęła głęboko w płuca wiosenne powietrze i usiadła w samochodzie.

Będąc już na miejscu przy szpitalu Vrinnevi, zauważyła przy głównym wejściu mnóstwo kręcących się tam policjantów, ale nie zastanawiała się nad tym zbytnio, lecz skierowała kroki prosto do pogotowia.

Mężczyzna z wysokim czołem i siwą brodą wyciągnął rękę i uprzejmie ją powitał.

– Dzień dobry, jestem Alexander Eliasson. Rozmawialiśmy przez telefon.

Przedstawiła się.

– Chciałabym poznać przyczynę zgonu – powiedziała.

– Tak, rozumiem – odpowiedział przyjaźnie Alexander. – Margaretha zmarła na zawał serca. I mimo że karetka szybko dotarła na miejsce, jej życia nie udało się uratować. Jak pani z pewnością wie, zawał serca należy do najczęstszych przyczyn zgonów w Szwecji.

Jana skinęła głową.

– Czy chce pani pójść... do niej?

Jana znów skinęła głową.

Ruszyli korytarzem. Nie spieszyła się do tego, co ją czekało, ale jednocześnie chciała już mieć to za sobą. Szła za lekarzem, w sporym oddaleniu. Odwracał się on co jakiś czas i próbował się do niej uśmiechać, ale nie odwzajemniała spojrzenia.

– Wiem, że to nie jest łatwe – powiedział. – Ale jednocześnie to ważna część żałoby. Słyszałem od wielu osób, że zobaczenie zmarłego przyniosło im coś w rodzaju oswobodzenia, ulgi.

Nie odpowiedziała.

– Ale oczywiście każdy może czuć, myśleć i reagować w różny sposób przed spotkaniem z tym, co czeka nas wszystkich. Szczególnie gdy chodzi o rodzica. Czy byłyście sobie bliskie, pani i pani mama?

Jeszcze raz spróbował zagadnąć, ale po chwili się poddał, gdy zrozumiał, że Jana nie jest zainteresowana tego typu rozmową.

Skoncentrowała się na swoich krokach. Patrzyła na unoszące się w powietrzu drobinki kurzu, które pomału tańczyły w tę i z powrotem na pustym korytarzu, i myślała, że każdy krok wysyłał do ciała małe, niemal niewyczuwalne fale.

– Czy widziała już pani kiedyś zmarłą osobę? – spytał lekarz, gdy stanęli przed salą.

Jana milczała, a lekarz wymamrotał coś niezrozumiałego, wyciągnął rękę i nacisnął klamkę.

Drzwi do tego niewielkiego pomieszczenia otworzyły się powoli. Pozwolił jej wejść pierwszej, czuła na sobie jego badawczy wzrok. Czego szukał? Płaczu i podenerwowania? Czy może chciał zobaczyć panikę, rozpacz i błaganie?

Nawet na niego nie spojrzała, stanęła pośrodku pomieszczenia bez mrugnięcia okiem.

Cała sala była żółta. Linoleum, ściany, kratka wentylacyjna. Pośrodku stały stół i dwa krzesła, na ścianie wisiał obraz przedstawiający niebieskie niebo ponad zieloną doliną.

Sala dla śmierci.

Margaretha Berzelius leżała na szpitalnym łóżku nakryta białym prześcieradłem. Przy jej biodrze spoczywała wątła, biała dłoń. Pod skórą odznaczały się ścięgna. Brakowało okularów w cienkich oprawkach. Oczy miała zamknięte, broda zwisała.

– Jest mi bardzo, bardzo przykro – powiedział lekarz, podsuwając krzesło, ale Jana pokręciła głową.

– Skończyliśmy? – spytała.

– Nie ma pośpiechu – odpowiedział lekarz – proszę dać sobie czas.

Jana poczuła, jak napinają jej się mięśnie szczęk.

– Dziękuję – powiedziała. – Ale zobaczyłam już to, co chciałam zobaczyć. Chcę już iść.

Philip Engström włożył klucz do zamka drzwi swojego domu w Skarphagen i przekręcił go. Wszedł do środka, zapalił światło i przystanął. Drzwi zatrzasnęły się za nim z hałasem.

Z ciszy wnioskował, że Liny nie ma w domu. Może miała wykład? Albo była w bibliotece i pisała pracę? Pewnie mu mówiła, ale nie pamiętał.

Pomału wypuścił nosem powietrze i poczuł znajome zapachy. Postawił torbę na podłogę. Po pracy zaliczył siłownię, ciężary i kilka kilometrów na bieżni. W pewnej chwili poczuł jednak, że nie ma na nic siły, poddał się więc, zszedł z taśmy i pojechał do domu.

Szeroko ziewnął, zdejmując buty i kurtkę. Poszedł dalej, do łazienki, wycisnął z listka jedną tabletkę Sobrilu^() i ją przełknął, popijając łykiem wody. Potem wycisnął tabletkę Imovane^(), umieścił z tyłu języka, by nie czuć smaku, i też połknął.

Miał problemy ze spaniem od ponad dziesięciu lat, ale jakoś funkcjonował dzięki tabletkom. Co prawda jego sen był sztuczny i płytki, może nawet nie dawał prawdziwego wypoczynku. No ale jakoś sypiał.

Gdy wytarł dłonie o ręcznik, zauważył, że czegoś brakuje mu na palcu serdecznym. Podniósł rękę, spojrzał na palec i stwierdził, że nie ma na nim obrączki. Kiedy miał ją ostatni raz? W sypialni personelu? W karetce? W przebieralni? Nie mógł sobie przypomnieć.

Do diabła!

Wszedł do sypialni, wsunął się pod kołdrę i zamknął oczy.

Trzy próby odprężenia się.

Cztery, pięć, sześć.

Lecz nie dawał rady. Wiercił się i kręcił w łóżku, skopywał z siebie kołdrę, a po chwili z powrotem się nią otulał.

Cholera!

Rozmowa z Sandrą nie podziałała na niego uspokajająco. Wiedział, że chciała dobrze, ale gdyby nie to, że była bliską przyjaciółką jego Liny, nigdy nie pozwoliłby jej na tę przeklętą gadkę.

Pewnie, są sprawy, które dobrze z kimś przegadać. Ale czy w tym przypadku jest o czym mówić? Nie ma.

Ani z Sandrą, ani z Liną.

Jeśli prawda wyszłaby na jaw, istniała tylko jedna osoba, z którą tak naprawdę mógłby porozmawiać. Oczywiście nie o uczuciach, ale o wszystkim innym. Tą osobą była Katarina Vinston, koleżanka z pracy, nie tylko niezwykle sympatyczna, ale również świetna jako ratowniczka medyczna.

On i Katarina spędzili ze sobą wiele godzin, przeprowadzili wiele długich rozmów w karetce, a w przerwach między wezwaniami razem jedli i ćwiczyli. Ich współpraca zawodowa przekształciła się w coś w rodzaju przyjaźni.

Philip wziął do ręki leżące na podłodze spodnie i, mimo że tabletki mogły zacząć działać w każdej sekundzie, wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił do niej przez Facetime. Gdy odebrała, na jego czole od razu pojawiła się pionowa zmarszczka. Nie miał przed sobą ładnej kobiety z ciemnymi włosami, tylko osobę o pobladłej twarzy i zapadniętych policzkach.

– Długo się nie widzieliśmy – powiedział.

– Tydzień – odpowiedziała miękko. – Nie aż tak długo.

– Jesteś brzydsza, niż cię zapamiętałem, ale i tak się cieszę, że cię widzę.

Zaśmiała się głośno.

– Przypuszczam, że powinienem zapytać, jak się czujesz – powiedział.

– Lepiej – odrzekła.

– Lepiej, to znaczy zdrowa?

– Tak, jutro przyjdę na nasz dyżur.

– Szczęściara z ciebie.

Znów się zaśmiała, tym razem głośniej, i Philip zauważył, że zabłysły jej oczy.

– Ale chętnie zostałabym w domu jeszcze trochę – powiedziała.

– Dlaczego tak mówisz?

– Wiesz przecież, mam dość tej pracy. A ty nie?

– Nie, ja mógłbym pracować bez przerwy, dopóki praca jest interesująca.

– A uważasz, że jest?

– Tak, tak uważam. Znam wszystkich kolegów, a oni znają mnie. Dobrze się z nimi czuję, a oni... cóż...

– Dobrze czują się z tobą?

– Tak.

– I to jest ważne?

– Co mogę powiedzieć? Potrzebują mnie – powiedział Philip z powagą i odwzajemnił jej pełne namysłu spojrzenie. – Beze mnie nie poradziliby sobie.

– A Richard Nilsson? – spytała nagle.

– Co z nim?

– Dostałam propozycję wzięcia jego dyżuru, ale odmówiłam. Czy on też jest chory?

– Nie mam pojęcia. Albo się przeziębił, albo siedzi w domu ze starą i dzieciakami i gapi się w telewizor.

– Więc to ty wziąłeś jego dyżur?

– Yes, dziś wieczorem znów idę na ósmą.

– Więc będziesz mieć dyżur dwudziestoczterogodzinny?

– To nie jest zabronione.

Długo patrzyła na niego jasnoniebieskimi oczami, aż w końcu powiedziała:

– Nie wiem, jak dajesz radę.

– To żaden problem – powiedział i tym razem to on się uśmiechnął. Uśmiechał się szeroko, ale nie dość przekonująco, bo Katarina potrząsnęła głową.

– Dla ciebie nigdy nic nie jest problemem, co?

– Nie.

– Ale ja będę mieć jutro problem z tobą, jeśli zaraz nie pójdziesz spać.

– Co masz na myśli?

– Chciałabym jutro o ósmej rano mieć w pracy wypoczętego kolegę. A już w ogóle, jeśli masz pracować tej nocy. Idź już spać.

– Trudno jest zasnąć, gdy na dworze jest jasno.

– Spróbuj.

– Tak, tak – odpowiedział. – Do zobaczenia jutro.

I zniknęła. Philip położył telefon na brzuchu i poczuł ogarniające ciało otępienie. Spojrzał na stojący w oknie kwiat i dostrzegł, jak jego liście lekko się kołyszą. Zrozumiał, że tabletki zaczęły działać.

Jana Berzelius wiele razy widziała śmierć z bliska. Ale blade ciało matki na szpitalnej kozetce – to było coś innego. Nie była na to przygotowana.

Nie obchodziło ją, że zawał serca stanowił w Szwecji najczęstszą przyczynę śmierci. Myślała jedynie o smutku, który czuła z powodu tego, że matka odeszła – na zawsze. I ten smutek ją zdziwił.

Oparła łokieć o wewnętrzną stronę drzwi i stwierdziła, że czekanie na odpowiedni moment nie ma sensu. Matka nie żyje i najlepiej od razu go o tym poinformować. Ojciec musi się dowiedzieć.

Wyprzedziła małą ciężarówkę, skręciła na rondo i wjechała na Lindövägen. Przycisnęła pedał gazu do oporu, by zdążyć przed wyjeżdżającym z zatoczki autobusem miejskim z wymalowanymi pomarańczowymi i czerwonymi kręgami. Mocno na nią zatrąbił, wielokrotnie.

Gdy stanęła przed dużym białym domem w Lindö, poczuła, że ma spocone dłonie. Klucze zadzwoniły przy przekręcaniu zamka.

W korytarzu powitał ją przyprawiający o mdłości zaduch. Przez moment poczuła narastającą w piersi panikę, nie chciała tu być, nie chciała czuć tego słodkawego odoru zgnilizny.

Ale nie miała wyboru.

Musiała mu to powiedzieć.

Spotniałymi dłońmi rozdpięła płaszcz i powiesiła go na miedzianym haku.

Zerknęła w stronę rzędu pokojów i ruszyła do kuchni. Dom był ciemny, ale promienie słoneczne wdzierały się przez zasłony i odbijały się na suficie.

Nagle z jednego z pomieszczeń dało się słyszeć dziwny dźwięk, jakieś pukanie.

Przystanęła i zaczęła się wsłuchiwać.

Znów coś usłyszała. Ciężki, posuwisty dźwięk. Nie brzmiało to jak kroki, tylko raczej jak szuranie, jakby ktoś pomału przesuwał stopy po podłodze.

Weszła do kuchni. Stanęła ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i na dłuższą chwilę zatrzymała wzrok na wózku inwalidzkim.

Siedział tam.

Żałosny, postarzały.

– Witaj, ojcze – powiedziała.

Szef grupy śledczej Gunnar Öhrn otworzył puszkę coca-coli i zaczął ją pospiesznie pić, jakby się bał, że ulecą mu wszystkie bąbelki. Henrik i Mia zajęli miejsca obok niego, przy ścianie z oknem. Było popołudnie i oprócz nich w policyjnej stołówce nie było nikogo.

– Niech to cholera, że znów musimy ścigać Danila Peñę – powiedziała Mia, siorbiąc kawę.

– A hangar na łodzie, w którym go zatrzymałaś? Może tam wrócił? – spytał Henrik.

– Nie sądzę – odpowiedziała Mia. – To prawda, ma cholernie nierówno pod sufitem, ale nie jest aż taki głupi. Myślę, że Arkösund jest ostatnim miejscem, które by wybrał.

Gunnar westchnął.

– Ale jak to możliwe, że przez trzy miesiące leżał w śpiączce i nagle się podniósł? Szpital Vrinnevi musiał się pomylić co do oceny jego stanu – stwierdził. – Dlaczego tak długo się tam znajdował?

– Rozmawiałem z jednym z lekarzy – powiedział Henrik. – Po operacji, którą przebył z powodu odniesionych ran, powstały komplikacje spowodowane wyciekiem z zespolenia.

– Co? – spytał Gunnar. – Z jakim wyciekiem?

– Jeśli dobrze zrozumiałem lekarza, jelito zaczęło przeciekać w miejscu zszycia – powiedział Henrik. – Danilowi podawano między innymi Stesolid, środek zwiotczający mięśnie i uspokajający...

– Który zafundował spokojny sen Mattiasowi – wtrąciła Mia.

– Tak, Stesolid powoduje otępienie. A gdy wstrzykuje się go w klatkę piersiową, istnieje ryzyko, że trafi się w serce lub w płuca. Można od tego umrzeć, jeśli pomoc nie przyjdzie na czas.

– Więc możemy stwierdzić, że Mattias Bohed miał szczęście – stwierdził Gunnar. – Co powiedział strażnik?

– Nic, co ma jakieś znaczenie – odparł Henrik.

Anneli Lindgren weszła do stołówki i ze zdziwieniem uniosła brwi.

– Mamy tu spotkanie? – spytała.

– Nieformalne – odpowiedział Henrik.

Wyjęła kubek z szafki kuchennej i zaczęła nalewać do niego gorącą wodę. Gunnar próbował ignorować Anneli, udawał, że nie widzi swojej jeszcze do niedawna konkubiny.

– Nazywał się Anders, prawda? – spytał.

– Andreas – poprawił Henrik.

– Przepraszam, muszę tylko...

Gunnar upił powoli trzy duże łyki coca-coli. Czekał, aż Anneli opuści pomieszczenie ze swoją filiżanką herbaty.

– No dobrze. Na czym stanęliśmy? – powiedział, gdy jej kroki ucichły w końcu korytarza.

– Strażnik nazywa się Andreas Hedberg i ma czterdzieści cztery lata – powiedział Henrik. – Niewielkie doświadczenie, wygląda na to, że pracował jako strażnik dopiero od około roku.

– I myślę, że na tym epizodzie zakończy się jego kariera – stwierdziła Mia.

– Dlaczego mieliśmy przed drzwiami żółtodzioba? – spytał Gunnar. – Czy go sprawdziliśmy? Może współpracował z Peñą?

– I w podziękowaniu został pobity, tak? – spytała Mia.

– Najprawdopodobniej nie byli wspólnikami – oznajmił Henrik. – Ale przesłuchamy go po południu.

– Czy powinniśmy podać ucieczkę Peñy do publicznej wiadomości? – spytał Gunnar. – Przypuszczam, że media już wywęszyły temat. Odgrodzenie Vrinnevi nie mogło ujść ich uwadze.

Henrik ściągnął brwi.

– Co masz na myśli? – spytał.

– Chodzi mi o to, że Danilo jest niebezpieczny...

– Ale już raz ogłaszaliśmy jego poszukiwanie w związku z aferą policyjną – powiedział Henrik i zacisnął szczęki. – Czy nie ośmieszymy się, ponownie publikując jego nazwisko i zdjęcie?

– Pewnie tak, ale czy mamy jakieś wyjście? – spytała Mia. – Czy długo możemy ukrywać, że to Danilo Peña uciekł ze strzeżonej sali szpitalnej, jak sądzisz? A jeśli coś się stanie podczas jego tak zwanej przepustki, będziemy mieć cholernie przesrane. Czy już teraz nie mamy dość problemów?

– I tu masz rację, Mia – zgodził się Gunnar, odstawiając pustą puszkę na stół. – Ale podobnie jak Henrik uważam, że jeszcze przez jakiś czas lepiej jest pracować w tajemnicy.

– To dobrze – powiedział Henrik. – Musimy go znaleźć, zanim media zdążą się zorientować, że uciekł, i w ten sposób pokazać, że nowa organizacja policji naprawdę działa.

Gunnar krzywo się uśmiechnął.

– No dobra – oznajmił. – Zbierzcie wszystkie informacje o Danilu.

– Co chciałbyś wiedzieć? – spytał Henrik.

– Wszystko. Jeszcze raz.

------------------------------------------------------------------------

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij