-
nowość
Profesor Hieronimus - ebook
Profesor Hieronimus - ebook
Klasyczny tekst w nowoczesnej formie ebooka. Pobierz go już dziś na swój podręczny czytnik i ciesz się lekturą!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Klasyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7991-609-2 |
| Rozmiar pliku: | 641 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
I
O Boże, nie — nie dawała rady — nie _dawała_ rady! Był wieczór w atelier w mocnym świetle lamp.
Pani Else Kant stała zrozpaczona przed sztalugami z płótnem zamalowanym w szarościach. Pracowała nad nim noc i dzień przez ponad rok, duszę sobie wypruwała, aby pokazać, co leży jej na sercu. Ale im dłużej to trwało, tym było gorzej. Ta postać w rogu, która miała symbolizować egzystencjalny lęk — ha, ha! Marny błazen z doklejonymi czarnymi skrzydłami — figura z maskarady.
O Boże, Boże, co miała począć? Ona, która kiedyś przecież coś potrafiła, która wzbudzała rozkoszną wściekłość wśród „eleganckiej” publiczności. Aż się skończyło. Nagle się skończyło.
Owszem, mogłaby zająć się malowaniem słodkich, sielskich obrazków z radosnymi krajobrazami i blichtrem. Ale nie _potrafiła_.
Gdyby tylko umiała odłożyć farby na półkę, nigdy więcej nie dotykać pędzla. Jaki ogarnąłby ją wtedy spokój. Wiodłaby swoje życie, zajęta powracającymi codziennie drobnymi obowiązkami, których wypełnianie powodowało zadowolenie u niej samej i jej najbliższych. Gdyby tak pozbyć się tego nieznośnego ciężaru, który zawsze, dniem i nocą, kładł się na niej jak mara. Gdyby tylko miała jeszcze to jedno — mogła oddawać się swojej pracy, nie zważając na inne kwestie. Ale kiedy nie wszystko w domu — czy chodziło o dziecko, jedzenie, porządek albo służące — układało się, jak należy, straszliwie cierpiała i to sobie zarzucała niedbałość i opieszałość.
Potężnych sił trzeba było, by zadośćuczynić tak wielu różnym obowiązkom. Świętą rację miał Paweł, zakazując kobietom publicznych wystąpień. Powinien był mówić o mężatkach, chociaż nie — te, które żonami nie _były_, mogły wszak nimi _zostać_.
Och, cóż za niedola. Patrzyła na ten okropny bohomaz, który palił jej duszę jak płomień. Wyraźnie, jako żywo widziała, jak _miał_ wyglądać, a teraz…
Walka między tym, co _chciała_ namalować i co malowała, wywoływała u niej mętlik boleści, który wgryzał się w jej umysł, wplątywał we wszystko, co słyszała i przeżywała, pozbawiał ją energii i łamał jej wolę. Czynił ją do tego nieprzystępną i trudną w obyciu. Jej biedny mąż… Taka była wytrącona z równowagi i zrozpaczona — zrozpaczona na śmierć, ponieważ musiała, _musiała_ ukończyć swą pracę, i z każdym mijającym dniem coraz straszniej, coraz bardziej bezradna.
Usiadła na pufie, pochylona, z łokciami na kolanach i twarzą schowaną w dłoniach, i kołysząc się w przód i w tył, zanosiła się stłumionym, zawodzącym szlochem, niekiedy przerywanym napadami ostrego kaszlu.
Na cóż miałoby się zdać, gdyby na jakiś czas wyjechała, o czym rozmawiała czasami z mężem. Zabrałaby przecież ze sobą swe wnętrze, swoją mękę i żałość z powodu niedokończonej pracy, swoją tęsknotę za mężem i dzieckiem — cudownym chłopczykiem, bez którego nie mogłaby spędzić choćby dnia, nie odczuwając dokuczliwego braku. Poza tym nie stać jej było na podróż, w ogóle na nic, odkąd nie udawało jej się niczego ukończyć ani sprzedać.
Nagły ból przeszył ją z tyłu głowy i gwałtownie się wyprostowała. Następnie, zaciskając powieki, przesunęła ostrożnie dłonią od karku w górę.
Nic w tym dziwnego, skoro od blisko roku tak mało spała. Przez całe lato, które spędziła z dzieckiem w Szwajcarii, nie przespała dobrze ani jednej nocy. Często nie mogła zmrużyć oka od wieczora do rana, ponieważ mały, którego ze względu na nierzetelność niańki musiała trzymać u siebie, wiercił się niespokojnie w metalowym łóżeczku, skrzypiącym przy każdym ruchu. Dlatego czytała przy świetle lampy przez całą, długą noc; a rankiem, gdy chłopczyk, wykąpany i ubrany, wychodził z niańką, znowu się kładła, żeby spróbować zasnąć, chociaż najczęściej przeszkadzały jej w tym dźwięki codziennej krzątaniny. I jeszcze ta niedająca spokoju mordęga nad wielkim obrazem, który oczywiście ze sobą przywiozła i nad którym nie udawało jej się dalej pracować, nad którym nie _potrafiła_ dalej pracować. Stale nad nim ślęczała; myśl o obrazie wisiała nad nią, gdyż nieprzerwanie ją do siebie przyciągał i ponieważ cierpienie jej duszy, wywołane przez ten bezowocny znój, tylko się powiększało, gdy uciekała od pracy. Bezsenność zaś utrzymywała się przez całą zimę w domu. Przyzwyczaiła się do braku snu, choć zawsze potrzebowała go wiele. Bez nocnego wypoczynku na dłuższą metę nikt sobie nie poradzi. Nawet najsilniejszy człowiek będzie musiał się ugiąć. Dlatego tak teraz jej było źle. O Boże, te napady bólu, rozdzierającego głowę na pół — aż czasem czuła potrzebę, żeby obwiązać ją taśmą. Nie mogła tego zmienić ani od tego uciec. Musiała żyć przybita do pala męki, którym coraz bardziej stawała się jej praca.
Wytarła twarz i siedziała bez ruchu, ze wzrokiem z frasunku utkwionym sztywno przed siebie. Wtedy wrócił napad kaszlu, długi, męczący, aż oczy zaszły jej łzami.
Takim stała się wrakiem.
A miała kiedyś odwagę występować wobec innych jako sędzia i oskarżyciel. Wobec Kirsten, którą odprawiła za kradzież i do końca życia unieszczęśliwiła, bo ta zaczęła pić, żeby zagłuszyć żal. Jej rozdzierający serce płacz, gdy dowiedziała się, że się wydało… Słyszała go i widziała białą, spiętą twarz służącej, która nie znalazła sobie innego miejsca. Co z nią teraz będzie? Oczywiście się stoczy i to z _jej_ winy. Och, biedna, biedna Kirsten… Proszę cię, wybacz mi, wybacz…
_Dokądkolwiek_ się zwracała i o _czymkolwiek_ myślała, wszystko zdawało się ciężkie i złe. Synek, którego nie mogła skłonić do jedzenia i który wieczorem leżał godzinami, nie chcąc spać. Cudze dzieci spały i jadły, lecz ona oczywiście niewłaściwie się z nim obchodziła. I tak ciągle ze wszystkim. Żadnej jasnej chwili — choćby jednej, jedynej. A było tylko coraz gorzej. Przecież nigdy nie znajdzie czasu, żeby odzyskać siły, skoro ma ten nerwowy kaszel, szczególnie dokuczliwy w nocy, męczący ją tak, że ledwie dawała radę wstawać rano. Umysł nigdy nie odpoczywał. Stale gotował się od ciągle tych samych myśli. Pozostawało jej tylko umrzeć. Zakończyć walkę. Zniknąć z życia, które było tylko boleścią i które ona czyniła boleścią także dla innych. Niemoralnym byłoby pozostać przy życiu, kiedy do niczego się nie nadawało, kiedy wiedziało się, że tylko jest się ciężarem i utrapieniem dla tych, którym chciało się dawać najwięcej, najlepiej, a poza tym wiedziało się, że nigdy nie będzie inaczej.
A jednak to dziwne, jak długo człowiek, nawet najnieszczęśliwszy i najbardziej udręczony, potrafił wahać się i zastanawiać, kiedy chodziło o zrzucenie z siebie ciężarów przez wymazanie się spośród żywych. Głęboko zakorzeniony musiał być strach przed wniknięciem w wieczny mrok unicestwienia, skoro wciąż wlokła się przez dzień i przez noc — co dzień i co noc.
No, ale ta ostatnia droga ratunku nikomu nie ucieknie.
Wstała pośpiesznie, podeszła do sztalug i zaczęła malować ze ściągniętymi brwiami i mocno zaciśniętymi wargami. Wnet musiała powstrzymać kaszel. Bolało ją w piersi, dokuczały łopatki, kolana się uginały. Ona jednak na nic nie zważała, tylko pracowała dalej.
Wtem mina jej się rozpogodziła, w oczach ukazała się żywa radość, cała twarz rozpromieniała. Dawała radę — nareszcie, nareszcie! Odłożyła paletę, cofnęła się na krok i oglądała obraz.
Nagle drgnęła. Czy to synek? Chwilę nasłuchiwała i prędko przeszła przez jadalnię do pokoju dziecięcego, w którym paliła się lampka nocna. Niańka chrapała, usta miała otwarte, a w łóżeczku pod drugą ścianą chłopczyk siedział i wymachiwał rączkami.
— Mój słodki, mały Tage. — Else pochyliła się nad nim i szybko rozbudziła pocałunkiem. — Co się stało, synku? Mam ci zaśpiewać?
— Tak, o kotku, mamo.
Else położyła chłopczyka na poduszkę i go przykryła. Następnie zaśpiewała na powolną melodię:
„Kotek chory pod piecem leży,
Narzeka raz po raz.
Główka tak bardzo go boli,
Umierać już mu czas”.
— Umierać? Co to, mamo?
— To tak jak dziadek, on umarł.
— To wtedy, jak już nie można iść do łóżka wieczorem i pić kakao rano, mamo?
— Tak, bo się umarło.
— Ci, co umarli, mają dobrze. Naprawdę, mamo.
— Nie mów już więcej, tylko szybko śpij. Pamiętaj, że jest środek nocy.
— A co to noc, mamo?
„Pora cieszyć się, myszki małe,
Na kotka przyszła śmierć.
Możecie do spiżarni pójść
I kromki chleba zjeść”.
— Zjadły z serem, mamo?
— Nie. Ale znowu mówisz.
Otworzyły się drzwi do jadalni i do środka wszedł wysoki mężczyzna o szerokich ramionach, ciemnowłosy i łysiejący.
— Tatuś! — zawołał chłopczyk i natychmiast usiadł prosto w łóżeczku. — Tage jest głodny. Dwie kromki chleba z pasztetem, jedną z pieczenią i jedną z serem!
Kant podszedł do łóżka, schylił się nad dzieckiem i powiedział pieszczotliwie:
— Głodny jesteś, kotku? Idź się połóż — zwrócił się do Else. — Że też jeszcze tu siedzisz. I nie dajesz spać chłopcu.
— Jak możesz tak mówić, Knut. Przecież taka ogarnia mnie rozpacz, gdy dziecko nie śpi.
Tage, stojąc w łóżeczku, zarzucił ojcu rączki na szyję.
— Chcę iść z tobą do jadalni — powiedział przymilnie.
— Nie rób tego — poprosiła Else.
— Może i dobrze go zmęczyć. Lepiej będzie potem spał.
Kant otulił chłopczyka kocem, wziął go na ramię i poszedł z nim do jadalni. Tam usiadł przy stole z dzieckiem na kolanach i dał mu jeść.
Else udała się za nimi i usadowiła się przy synku.
Tage był w znakomitym nastroju. Ciągnął Kanta za brodę, bez ustanku gawędząc, a czasem odgryzał kawałek kromki, który następnie wkładał ojcu do ust. Później uwolnił jedną nóżkę z koca i nagle podstawił ją pod twarz Kantowi, równie zachwyconemu jak dziecko.
Else uśmiechnęła się zmartwiona i pokręciła głową.
— Przecież widzisz, że on nic nie je — powiedziała.
Ale zaraz Tage chwycił kromkę z zapewnieniem, że jest bardzo, bardzo głodny i że wszystko zje.
— Możesz już pójść się położyć, Else? — poprosił znów Kant. — Nawet nie wiesz, jak wyglądasz.
— Pójść się położyć… Tylko na co miałoby się to zdać? Przecież i tak nie zasnę. Zwłaszcza teraz, kiedy z nim tutaj siedzisz!
— Czemu mama płacze?
— Mama jest chora. Biedna mamusia.
Else wróciła do atelier i z powrotem zaczęła malować, co chwilę odsuwając się nieco, by spojrzeć na obraz niespokojnym, pytającym wzrokiem.
„Bóg jeden wie”, myślała z powątpiewaniem, „chyba wcale nie jest lepiej”. Tak bardzo była zmęczona, że trzęsły jej się ręce. I jeszcze ten kaszel. Ale musiała pracować dalej. _Musiała_. Jutro, gdy wstanie, będzie przecież jeszcze bardziej zmęczona; i cały dzień minie tak samo…
Do tego Knut nie przychodził! Siedział teraz i czekał, aż dziecko zaśnie, zamiast spokojnie sobie pójść albo przynajmniej obudzić niańkę! O niej samej mówił, że za bardzo cacka się z dzieckiem, ale w ogóle nie był lepszy, raczej gorszy.
Och, te skurcze ust, te okropne, nieznośne skurcze ust…! Osłoniła dłonią oczy i zobaczyła, co namalowała. Wyszła jej prawdziwa maska mumii. Z pędzlem i paletą w rękach drobiła, zawodząc, tam i z powrotem. I znów malowała, głowę miała rozpaloną, a pot wystąpił jej na czoło.
— Ależ, Else… — Wszedł do niej Knut. Spojrzał na nią przerażony, zbliżył się i chciał wyjąć jej pędzel z dłoni.
— Muszę korzystać z nielicznych chwil, w których mogę pracować, czy to w nocy czy w dzień. — Wykręciła nadgarstek spomiędzy jego palców. — Tage śpi?
— Tak.
Knut przeszedł się parę razy tam i z powrotem ze spuszczoną głową. Nagle zatrzymał się za Else, która wciąż malowała. Uniósł głowę i zdawało się, że chce coś powiedzieć, ale dał za wygraną i dalej chodził tam i z powrotem.
— Jest wpół do drugiej, Else. Przecież wiesz, że ten nocny zapał zawsze przychodzi, gdy jest ci najgorzej. Przestań już, na miłość boską. Proszę cię, Else.
— Idź się już położyć i zostaw mnie samą. Zresztą wcale nie jestem chora. Dużo gorzej jest z Tagem, który nie je i nie śpi. Porozmawiasz o tym poważnie z Tvedem?
— Proszę, Else. — Knut łagodnie, lecz stanowczo zabrał jej paletę. — Wyniszczasz się i mnie także wyniszczasz — mówił cicho, a ściągnięte brwi wyrażały głęboką troskę. — Chodź już — ciągnął, kiedy Else patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem, bez odpowiedzi. — Musisz spróbować na chwilę zasnąć… Dam ci proszek.
— Och, na co zdadzą się proszki — wymamrotała Else. — Choćbyś dał mi ich sto. Porozmawiasz poważnie z Tvedem o dziecku?
Knut odwrócił się i znów zaczął chodzić po pomieszczeniu. Else powtórzyła pytanie.
— Przecież dziecku nic nie jest — powiedział zbolałym głosem.
— A więc _nie chcesz_ z nim rozmawiać?
— Nie, porozmawiam. Tylko się uspokój.
— Jutro z rana?
— Tak. Położysz się już?
Else usiadła na szezlongu.
Knut patrzył na nią przez chwilę. Następnie sam usiadł przy niej.
Nagle Else wstała i znów zaczęła malować.
Knut podniósł się i opuścił pokój. Zamierzał iść do siebie i się położyć. Nie mógł patrzeć, jak się wykańcza.
Po półgodzinie znowu się do niej zakradł w szlafroku i kapciach. Else wciąż malowała.
— Och, ale żeś mnie przestraszył — odezwała się i nagle się odwróciła. — Czy chcesz wprawić mnie w rozpacz, skoro chodzisz tak po nocach, nie chcąc, bym dała ci wypocząć?
Knut pokręcił bezradnie głową.
— Popatrz, co teraz namalowałam — dodała po chwili Else — i powiedz, co myślisz.
— Nie teraz. Żeby coś obejrzeć, muszę być przytomny, a umieram ze zmęczenia.
— Kiedy tak usilnie cię proszę. Zaraz potem pójdę odpocząć.
— Ale właśnie tego nie robisz — westchnął Knut, po czym podszedł do obrazu i przyglądał się mu, mrużąc oczy; Else czekała w napięciu.
— No, nie wiem. Mówię ci przecież, że o tej porze nocy nie mogę niczego oglądać. Na pewno namalowałaś coś dobrego.
— Na pewno… Myślisz, że cię nie znam? Miałeś wyrazić opinię. O Boże, o Boże, a więc wszystko jest i _będzie_ na marne. — Płakała, chodząc bez celu po atelier; Knut kroczył za nią, mówił i prosił, ale ona go nie słuchała.
— Pójdę odpocząć — powiedziała wreszcie i wytarła twarz. — Nie mam już więcej pracy. Ale to dobrze, że powiedziałeś, co uważasz. Dzięki ci za to.
Wyjęła z szuflady stołu małą buteleczkę.
— Po co ci to? — zapytał Knut, przyglądając się jej uważnie.
— Po nic. Zostaw mnie już.
— Nie, Else! Natychmiast oddaj mi buteleczkę. Wiem, co knujesz.
Else posłała mu chłodne spojrzenie. Stał spokojnie z wyciągniętą ręką i wzrokiem, który zdawał się przepełniony smutkiem, a przy tym zmęczony i przybity.
Dziwny mężczyzna z tego Knuta. Przecież podzielał jej zdanie na temat dopuszczalności samobójstwa. Często o tym rozmawiali. Kiedy jeden jego młody krewniak bezradnie się staczał, a ona wyraziła swoją obawę, że może w końcu się zastrzelić, Knut spokojnie odparł: „To nie byłoby jeszcze najgorsze”. Ale gdy przyszło co do czego, jak teraz w jej przypadku, zachowywał się jak zwykły policjant. Już raz kiedyś tak zareagował, gdy kilka lat temu uznała, że nie ma innego wyjścia niż śmierć.
Czy to dlatego, że tak bardzo ją kochał?
Tak, _kochał_ ją, ale nie dość, by pozwolić jej umrzeć. Nie miał też odwagi, aby być biernym widzem, gdy chodziło o ten ostatni krok. „Trzeba uciec się do koniecznych środków”, myślał pewnie teraz, „bo ani na chwilę nie zaznam spokoju!”.
Gdyby tylko te środki na coś mogły się zdać, gdyby mogła znów być jak dawniej — spać, pracować, ukończyć coś, być szczęśliwa. Ale Knut w to nie wierzył, podobnie jak ona. Nie, nie, nie! Poznawała po jego zachowaniu, że w to nie wierzy. Jednak nikczemnie postąpił, że nie zamknął oczu i uszu i nie pozwolił jej zrobić tego, co chciała.
— To podłe z twojej strony — powiedziała.
— Daj mi buteleczkę — odparł Knut z nieugiętą miną.
— Ale dlaczego? Nie pomyślałbyś sobie w duchu, kiedy już by było po wszystkim: „No cóż, trudno, że tak musiało się skończyć, ale było to jedyne i najlepsze wyjście”?
— Nie — powiedział Knut.
Else drgnęła na dźwięk tego słowa. W tonie jego głosu i w wyrazie twarzy było mnóstwo bólu, miłości i niewzruszonej pewności. Czy naprawdę nie sądził, że najlepiej byłoby, gdyby umarła? Miała wrażenie, jakby twarda klucha w jej gardle zaczęła się rozpuszczać.
— A więc nie zrobię tego — rzekła powoli. — Ale musisz okazać mi zaufanie, nie zabierając mi buteleczki.
— Nie mogę. Przypomnij sobie te _liczne_ noce, kiedy walczyłem wręcz z tobą o twoje życie. Skąd miałbym i skąd ty miałabyś wiedzieć, co teraz cię dopadnie?
— Ale _musisz_ mi wierzyć — wyrwało się z pasją Else. — Nie _wytrzymuję_ już tego, że mi nie wierzysz!
Padła plackiem na podłogę i zaniosła się głośnym szlochem.
— Już dobrze, Else. W imię boże, wierzę ci.
Else wstała i się uspokoiła. Buteleczkę odłożyła do szuflady, którą zamknęła na klucz.
— Pójdziesz teraz odpocząć?
Chciała odpowiedzieć, ale wtedy wrócił jej kaszel. Wstrząsał nią, jakby miał ją rozerwać na strzępy.
— Nie smuć się tak — odezwała się.
— Nie uważam, żeby była teraz okazja ku czemu innemu — wymamrotał Knut i potarł czoło.
— No tak, biedaczyno.
Ostatecznie Knutowi udało się skłonić ją, by się położyła. Rozbierała się z przestraszoną miną i co chwilę się rozglądała, nasłuchując z lękiem. Knut dał jej proszki i poszedł do siebie.
Ledwie jednak Else się położyła, znów dopadł ją kaszel. Siedziała wyprostowana na łóżku, na końcu zaś brzmiała, jakby łapały ją urywane, jękliwe skurcze.
Wtem na schodach i w wejściu rozległy się ciężkie uderzenia wbiegających pod górę kopyt. Rytm był szybki, miarowy. Drzwi do sypialni uchyliły się i do środka powoli wkroczyła procesja gniadych, pięknych koni, które Else często ostatnio widywała. Łby i tułowie miały sztywne i bez życia, w miejscu oczu zionęły wielkie, czarne dziury; lecz ładne, szczupłe pęciny unosiły się i wyciągały, przemieszczając stado do jadalni i atelier, a stamtąd przez sień do sypialni — miarowo, upiornie i niewzruszenie. Ciągle i znów. A Else siedziała na łóżku, kaszląc; wpatrywała się przed siebie i dziwiła, lecz się nie bała.
Nagle zjawił się Knut, a pochód koni jakby zapadł się pod ziemię.
— Powinnaś wziąć krople z opium — powiedział. — Jest ci coraz gorzej.
Ale Else nie chciała. Brała je poprzedniej nocy i obawiała się zażywać zbyt wiele.
— Nie widziałeś koni? — zapytała. — Kiedy przyszedłeś, salon był ich pełen. Smutne, że nie widzisz ich ani nie słyszysz… Idź już — ciągnęła Else, kiedy Knut nie odpowiedział. — Przywykłam tak leżeć.
— Tak, _muszę_ — odparł. — Padam ze zmęczenia, a jutro mam dużo pracy.
— Obietnica, jaką ci złożyłam, że nie skorzystam z buteleczki, dotyczy jedynie tej nocy — zawołała za nim Else. — Tylko ci mówię.
Knut jak lunatyk dotarł po omacku do swojej sypialni i się położył. Ciasno owinął się kocami, odwrócił do ściany i zaraz zapadł w drzemkę, przez którą przebijał się dźwięk kaszlu Else i kładł się ciężko na jego piersi.
Nagle podskoczył przerażony, wypadł z łóżka i otworzył drzwi do sieni. Else stała tam i wkładała swój długi płaszcz.
— Co znowu? — zapytał Knut ostro i chwycił ją za ramiona.
— Nie mogę zaznać spokoju — jęknęła Else. — Bezustannie myślę o Kirsten, którą przepędziliśmy. Chcę pójść do jej matki i o nią zapytać.
— O tej porze?
— Przecież jest środek dnia.
— Nie ma mowy. Natychmiast marsz do łóżka.
Else ciągnęła:
— Stale słyszę te słowa: „Sługo zły! Wszystek tamten dług darowałem ci, boś mnie prosił. Czy i ty nie powinieneś był…”.
Knut zdjął z niej ubranie i wreszcie skłonił ją, by się położyła.
A wtedy w końcu zasnęła.II
O godzinie dziesiątej nazajutrz rano Knut odwiedził ich lekarza domowego i przyjaciela, doktora Tvedego.
— Musisz mi powiedzieć, co robić — rzekł Knut, gdy rozmawiali już przez chwilę o stanie Else.
Doktor Tvede zrazu nie odpowiedział, tylko popatrzył na niego łagodnymi, głęboko osadzonymi oczami filozofa.
— Na razie da się zrobić tylko jedno — odezwał się następnie. — Musimy zapewnić jej spokój. Ona musi wyjechać z domu do szpitala. Gdzie indziej nie zazna takiego spokoju, jaki jest jej potrzebny.
— Do jakiejś prywatnej kliniki? — zapytał Knut żartobliwie.
— Myślisz, że twoja żona zechce mieszkać z gromadą histeryczek?
— Och, nie… Oczywiście…
— Mamy przecież profesora Hieronimusa. On jest najlepszy, a ona ma dla niego szacunek. Czytała jedną z jego rozpraw i wielokrotnie mi o nim mówiła.
— Powinna zatem trafić do szpitala, pod jego opiekę?
— Tak. Kiedy on już ją uspokoi i potrzyma u siebie z osiem, dziesięć dni, powie ci, co robić dalej. Nie mogę poradzić ci nic innego. Napiszę liścik, idź z nim do szpitala, do Hieronimusa. Zastaniesz go tam teraz. Porozmawiaj z nim, a potem z żoną. Oczywiście sama musi tego chcieć.
Knut zabrał pismo i poszedł.
Jednak była jakaś nadzieja.III
Kantowie siedzieli przy drugim śniadaniu.
— Nie będę teraz jadł, mamo — zapewnił Tage, który siedział naprzeciwko Else z wielkim śliniakiem na szyi i dłubał w jajku sadzonym i pokrojonym w drobne kawałeczki mięsie na swoim talerzu. — Jednak nie będę. Nie _będę_.
— Jeśli nie chcesz jeść, możesz odejść od stołu — powiedział Knut, wykonując ruch, jakby właśnie się obudził.
Wcisnął dzwonek na stole, a wtedy zjawiła się niańka, której wydano polecenie, żeby wyszła z Tagem na spacer.
— Rozmawiałem dziś z Tvedem — powiedział Knut. — Czy masz coś przeciwko temu, żeby pójść do szpitala do profesora Hieronimusa?
— Czy Tvede naprawdę sam na to wpadł? — zapytała Else, a jej spojrzenie nabrało nieomal wrogiego wyrazu.
— Owszem. Pytanie tylko, czy sama chcesz?
— Tak, chciałabym — odparła, a jej oczy powoli zaszły łzami. — Trzeba przemocą oderwać mnie od mojego obrazu, inaczej źle się to może skończyć. Bo nie _jestem_ przecież normalna.
— Zostań tam na kilka dni — podjął Knut. — Najwyżej półtora tygodnia. Chyba tyle dasz radę wytrzymać?
— Wszystko wytrzymam, bylebym miała spokój. Jakąś drobną pracę mogłabym chyba zawsze ze sobą wziąć. Na przykład szkice do Bożonarodzeniowej książeczki dla dzieci?
— Naturalnie. A potem wysłuchamy jego opinii, czy powinnaś wybrać się do Szwajcarii czy może trochę wypocząć na wsi.
— Dobrze będzie porozmawiać z takim człowiekiem jak Hieronimus. Dokładnie mu wyjaśnić, jak się czuję. Musisz do niego iść jeszcze dzisiaj.
— Już byłem.
Else lekko pobladła na policzkach.
— I co powiedział?
— Nie miał czasu, ale poprosił, żebym wrócił o trzeciej, z tobą. Wywarł na mnie znakomite wrażenie, był spokojny i taktowny. W swoim wytartym płaszczu przypominał świeckiego kaznodzieję. Chociaż był to pewnie jego szpitalny strój. Bądź gotowa punktualnie o wpół do trzeciej.
Else poszła do atelier i popatrzyła na swój wielki obraz. Wszystko było i pozostawało złe, niemożliwe… Skurczyła się z bólu, trawiącego ją przez własną bezradność, która stale wypełniała jej wnętrze i która, ilekroć Else stawała przed obrazem, odbierała jej siły. Był nijaki, bez życia, bez sensu. Czuła się, jakby jakaś wielka, wilgotna dłoń chwyciła jej serce, przez co z trudem łapała oddech.
Gdyby spróbowała raz jeszcze, teraz, w ostatniej chwili, kiedy wszystko już zarzuciła i miała uciec… Pomyśleć, gdyby się udało! Wydawało jej się, że czytała albo słyszała o podobnym przypadku. Może dałaby radę _cokolwiek_… Na przykład wyraz oczu? Zyskałaby wtedy nadzieję, odwagę i nowe siły.
Pośpiesznie zaczęła malować, ale niedługo potem rzuciła paletą i się odwróciła. Tak było zawsze. Ile to już razy myślała, wiedziona szaloną potrzebą, by wylać z siebie smutek i odzyskać nadzieję, że właśnie _teraz_ jest moment, kiedy spłynie na nią natchnienie — lecz zawsze jej wysiłki okazywały się próżne. Nie, musiała wyjechać, oddalić się od wszystkiego, od pracy, od wspomnienia biednej Kirsten, od widoku marniejącego Tagego. Naprawdę dobrze będzie pojechać do Hieronimusa.
Gdyby tylko przestała myśleć o obrazie, że nie będzie tam malować, i wyobrażać sobie, jaki _powinien_ być, palić się do tego, by zacząć od nowa. Chciała jednak zrobić wszystko, aby odsunąć od siebie myśli, wyspać się dla zdrowia i sił, w spokoju i ciszy, jakie tam panowały. Osiem-dziesięć przespanych nocy zdziała cuda.
Zdjęła blejtram z wielkim płótnem ze sztalug i oparła go o ścianę, tyłem na zewnątrz. Następnie weszła do pokoju dziecięcego i przeglądała ubrania Tagego. Bluzeczce, nad którą pracowała, brakowało guzików i sznureczków. Skończyła ją, zebrała bieliznę i skarpetki, które miała zacerować niańka, i wszystko ładnie ułożyła; po czym usiadła przy stole z ciężką głową podpartą na dłoniach. Oczy piekły ją od długiej bezsenności, w głowie szumiało, nagle się w niej zakręciło. Else bezwiednie spróbowała znaleźć oparcie. Wyczerpana i na śmierć niewyspana opuściła ręce na stół, a twarz na złożone dłonie.
Otaczały ją dziwne dźwięki, ciężkie westchnięcia i jednostajne zawodzenie, zmieszane z szelestem zwiędniętych liści. Chciała unieść głowę, żeby sprawdzić, co to, ale nie mogła jej oderwać, choć bardzo się starała. Wreszcie się udało. „Co to ma być?”, pomyślała. Przestrzeń wokół niej była taka rozległa, do sufitu wysoko, światło zaś było szarawo blade, niby odległy, zamglony blask księżyca. A wzdłuż ścian szeregami stały łóżka, pościelone białymi prześcieradłami i wciśniętymi w ramy kocami, pod którymi leżeli ludzie, sztywno wyciągnięci i pojękujący. Niekiedy unosili głowy i rozdzierającymi serce głosami prosili, by poluzowano te ciasne koce, ale nikt nie odpowiadał. Obok wysokich, wąskich drzwi naprzeciwko stała postać ze związanymi rękami w długim, lśniąco białym kitlu, przytwierdzona do ściany grubym, ciemnym sznurem, którym była owinięta w pasie. Oczy miała wytrzeszczone, bez źrenic, białka wyraziste, a z ust zwisał długi język w kolorze smoły. Else chciała wstać, ale nie mogła ruszyć żadną kończyną. Sztywna ze strachu wpatrywała się w drzwi. Dotrzeć do nich mogłaby w kilku susach. Ale jeśli były zamknięte na klucz, który nie tkwił w zamku… Tak, _były_ zamknięte, bez klucza, widziała wyraźnie. Wtedy poczuła, że jej ciało zmienia się w bezwładną masę, i zaczęła osuwać się z krzesła, ale w tej samej chwili drzwi otworzyły się bezgłośnie i po cichu do środka weszło czterech mężczyzn, niosąc między sobą długą, jasną trumnę z łukowatym daszkiem nad głową. Otwór pod daszkiem z przodu zasłaniała szybka, przez którą Else ujrzała ludzką głowę, przekrzywioną, z zapadniętą, apatyczną twarzą, której barwa zdawała się ołowiana na tle białej poszewki trumiennej poduszki. W tej samej chwili zrozumiała, że to Knut i że on nie żyje. Walcząc o głos, wydała z siebie krzyk, twarzą w dół padła na podłogę i się przebudziła.
Zerwała się z krzesła i pobiegła do salonu, gdzie zatrzymała się i rozglądała zdezorientowanym wzrokiem.
Drzwi jadalni cicho się otworzyły i do środka zajrzał jej mąż. Nie posiadając się z radości, z rękami w górze i z głośnym szlochem Else popędziła ku niemu, otworzyła drzwi na oścież i rzuciła mu się na szyję.
Knut z trudem ją uspokajał. Chciał, by położyła się na szezlongu w atelier — zostało jeszcze pięć kwadransów do ich wyjścia, ale Else uczepiła się go roztrzęsiona i błagała, aby ani na chwilę jej nie opuszczał. Wreszcie zdołał uspokoić ją na szezlongu, na którym leżała z szeroko otwartymi oczami, ciągle wpatrzona w senną zjawę, wokół siebie czując świat strachu i beznadziei. Często myślała, że jest najbardziej umęczonym człowiekiem na ziemi. Teraz w jej wyobraźni pojawiła się także myśl, że ludzkim dzieciom zsyła się cierpienia i męki innego, straszniejszego rodzaju aniżeli jej własne. Na każdy, najdrobniejszy dźwięk podskakiwała i przestraszona wyciągała rękę do Knuta, który siedział z książką w fotelu tuż obok.IV
Koło szpitala byli już kwadrans przed trzecią, przez co chodzili tam i z powrotem boczną uliczką, oboje zdenerwowani i podekscytowani, nie rozmawiając.
— Która godzina? — zapytała Else.
— Minęło tylko siedem minut.
— Nie może być!
Chodzili dalej, przerywając milczenie jedynie wówczas, gdy Else powtarzała swoje pytanie o godzinę. Knut odpowiadał stale to samo, że minęło tylko kilka minut.
— Nie wiedziałam, że kwadrans trwa aż tak długo — odezwała się Else. — A może twój zegarek stanął?
Knut pokręcił głową, a Else zaczęła po cichu odliczać. Ilekroć dochodziła do sześćdziesięciu, mijała minuta, a wtedy zaczynała od początku.
— Teraz już wiem, że jest trzecia — powiedziała nagle i się zatrzymała.
Zostały jeszcze cztery minuty, ale zdaniem Knuta mogli już powoli wchodzić do środka.
Przeszli przez szpitalną bramę i minęli duże, wysypane żwirem dziedzińce z odgrodzonymi klombami czarnej ziemi i brązowymi, nagimi zimową porą drzewami. Kiedy dotarli do ostatniego podwórka, Knut wskazał mniejszy, dwukondygnacyjny dom, położony nieco na uboczu od pozostałych, długich budynków, i rzekł:
— To tam.
Else rzuciła Knutowi spojrzenie, które pytało, czy nie jest jego zdaniem odważna, po czym prędko weszła po schodkach na korytarz, gdzie na drzwiach po prawej wypisano cytat biblijny, który Else pilnie studiowała.
— Zapukamy?
Knut zapukał, a kiedy nikt nie odpowiedział, otworzył drzwi i wpuścił Else przodem do środka.
Pokój był podłużny i straszny, z nagą podłogą, żółtymi ławkami wzdłuż ścian i ustawioną pośrodku dużą spluwaczką. W pomieszczeniu znajdowało się dwóch mężczyzn: chłop, który siedział pochylony, z dłońmi między kolanami i mocno opuszczoną głową, oraz młodszy jegomość, podobny do rzemieślnika albo szkolnego nauczyciela o żółtawej, chorowitej twarzy, z grzywą nieobciętych, przesuszonych włosów.
Knut i Else usiedli na ławce naprzeciwko rzemieślnika, pochłoniętego, zdaje się, gazetą, którą trzymał rozłożoną. Mężczyzna zerknął po chwili spłoszony znad czasopisma, a napotkawszy wzrok Else, która mu się przyglądała, uśmiechnął się trochę bojaźliwie, a trochę tryumfalnie, jakby chciał powiedzieć: „Chyba rozumieją państwo, że nie siedzę tutaj z własnego powodu”.
W pomieszczeniu było cicho. Jedynymi dźwiękami, jakie się w nim rozlegały, były głębokie westchnięcia pochylonego chłopa za każdym razem, gdy spluwał, a robił to często. I chociaż nie zmieniał pozycji ani nie unosił głowy, zawsze trafiał do środka spluwaczki, stojącej co najmniej łokieć od niego.
Drzwi na korytarz otworzyły się i do środka wkroczył wysoki mężczyzna w ręcznie szytym, półwełnianym płaszczu, o wąskiej, krótko ostrzyżonej głowie i w szalu na szyi. Serce Else zabiło mocniej; popatrzyła pytająco na Knuta, ale zaraz pojęła, że to nie Hieronimus. Mężczyzna stał chwilę i się rozglądał, po czym powoli oddalił się na palcach do najodleglejszego kąta i mocno wcisnął się weń plecami.
Minęło jeszcze kilka minut. Rzemieślnik czytał czasopismo, chłop wzdychał i spluwał, a mężczyzna w kącie siedział sztywny i milczący jak posąg.
Wtedy na stopniach na zewnątrz rozległy się lekkie kroki biegnącej osoby, które następnie przeniosły się do korytarza. Drzwi szybko się otworzyły i do środka weszła drobna postać — roztargniony pan o zimnej, bladej twarzy bez zarostu, z gładko zaczesanymi włosami. Mężczyzna przeszedł przez pomieszczenie, nie rozglądając się na prawo ani na lewo, w przelocie dał znak pochylonemu chłopu, który wyprostował plecy i wstał, by podążyć za roztargnionym panem do pomieszczenia obok.
— A więc _tak_ wygląda — szepnęła Else. — Moim zdaniem nie miał wytartych ubrań.
Knut uśmiechnął się i odpowiedział szeptem:
— Teraz nie.
Nieco później chłop wyszedł z pomieszczenia obok, a w progu stanął Hieronimus. Chwilę popatrzył ostro na Else, a następnie prawie niezauważalnie skinął głową do Knuta, który wstał i do niego podszedł.
Kogo przypominało Else spojrzenie Hieronimusa? Zastanawiała się nad tym, aż oczyma duszy ujrzała człowieka, zasmuconego i przemawiającego z zapałem, po chwili zaś biały krawat poniżej ostrego podbródka i lekko ulizane włosy, a wreszcie ambonę. Ambonę? Tak, już wiedziała! Młody teolog, którego poznała wiele lat temu na plebanii wuja i który raz wygłaszał za niego kazanie, gdy ten był przeziębiony. To właśnie on — ów pobożny fanatyk, którego oczy miały wyraz, jakby smucił się przez grzechy świata; ale nie tylko się smucił, bo zarazem pełen był żarliwości i gniewu w imię Pana. Często rozmawiała z nim o sprawach religii i go polubiła, gdyż był taki szczery, a jego duch taki czysty. Bogu dzięki, Hieronimus nie wyglądał jej na niesympatycznego człowieka, w ogóle nie był podobny do jej wyobrażeń. I Bogu dzięki, że ustaliła, _kogo_ jej przypominał, bo nie będzie musiała i nad tym się zastanawiać.
Knut wrócił, a następnie Else weszła do Hieronimusa. Ten siedział bokiem przy biurku, odchylony w fotelu, z jedną nogą zarzuconą na drugą, a w rękach trzymał mały przedmiot, który obracał i przekręcał. Lekkim ruchem głowy dał znać Else, żeby zajęła miejsce na krześle przy rogu biurka.
— Chyba nie czuje się pani dobrze — zaczął Hieronimus ostrym, bezbarwnym głosem i przyglądał się jej badawczo.
— Zgadza się — wydobyła z siebie z trudem.
— Dokucza pani bezsenność — ciągnął profesor, po czym na chwilę przerwał. — Jest pani bardzo przybita. — Znowu przerwa. — Według pani męża… No, krótko mówiąc, nie ma się pani dobrze. Tak?
Else chciała odpowiedzieć, ale nie mogła przez płacz; pochyliła się nad mufką, którą przycisnęła do oczu.
— Państwa lekarz domowy twierdzi, że powinna pani spędzić trochę czasu w szpitalu. Chyba nie ma pani nic przeciwko?
Ostatnie zdanie padło szybko; jednocześnie Hieronimus wyprostował się w fotelu.
Else pokręciła głową.
Profesor wstał, otworzył drzwi i machnął do Knuta.
— Pańska żona może przyjść tutaj dziś po południu. Na przykład za godzinę.
— Och, nie, najwcześniej wieczorem — poprosiła Else.
— Regulamin szpitalny nie zezwala na wpisy po godzinie szóstej.
— Ach tak, w takim razie o szóstej.
— Może zabrać ze sobą worek podróżny z niezbędnymi przyborami toaletowymi i bielizną — zwrócił się Hieronimus do Knuta. — Nic więcej. W biurze dowie się pan, jakiej wysokości kaucja należy się za opiekę o wyższym standardzie.
Else zastanawiały różne rzeczy, o których chciałaby się więcej dowiedzieć, ale Hieronimus otworzył już drzwi do poczekalni i się z nim pożegnali.
— Och — westchnął Knut, kiedy mijali dziedzińce. — Obyśmy postępowali właściwie.
— Dlaczego byśmy nie mieli? — odparła Else śmiało, lecz w tej samej chwili dziwnie zmieszała się na widok zwątpienia na twarzy męża.
— Miejmy nadzieję — powiedział Knut i znowu westchnął.
Zjedli obiad, po czym Else poszła do sypialni spakować swój worek.
Knut przyniósł parę książek.
— Starczy na początek — powiedział.
— Dziękuję. Zawsze możesz donieść więcej podczas odwiedzin… Choć na tak krótki czas…
— Najwyżej osiem do dziesięciu dni — westchnął Knut. — Gotowa?
Nieco później Else ubrała się do wyjścia. W kuchni pożegnała się ze służącymi i poprosiła, by były miłe wobec Tagego. Gdy przyszła z powrotem, posadziła sobie chłopca na kolanach i, walcząc z płaczem, obiecała niedługo wrócić, żeby opowiadać mu historie i się z nim bawić.
— Musisz już iść, Else.
Ona jednak w kółko całowała dziecko. Potem odstawiła je i szeptem się pożegnała.
Dorożka wjechała przez szpitalną bramę, minęła wielkie dziedzińce i zatrzymała się przed ostatnim podłużnym budynkiem. Zadzwonili do drzwi od ulicy, ale od kobiety, która im otworzyła, dowiedzieli się, że zabłądzili. Był to oddział męski, oni zaś musieli udać się do następnego wejścia za rogiem i wejść na górę.
Tam nie napotkali żadnych przeszkód. Drzwi od ulicy nie były zamknięte, a przestronną klatkę schodową oświetlały lampy gazowe. Na górze znajdowały się tylko jedne drzwi, do których zadzwonili. Wkrótce rozległy się kroki i dzwonienie kluczy. Knut ścisnął dłoń Else. Był nieco blady i się nie odzywał.
Klucz w zamku przekręcił się i drzwi się otworzyły. Stała w nich rosła kobieta o ładnej, bladej twarzy, w schludnym stroju pielęgniarki i z wielkim pękiem kluczy, zwisającym z szarawego, gumowego fartucha.
— Pani Kant? Proszę. Ja to wezmę — wyciągnęła rękę po worek podróżny.
— No, to do zobaczenia, Else — powiedział Knut drżącym głosem i ją pocałował.
— Nie chcę tam wchodzić. Przecież zamykają drzwi jak w więzieniu. — Else niechętnie wycofała się kilka kroków.
— Tym się nie przejmuj. Drzwi od zewnątrz muszą być zamknięte.
— Przyjdziesz jutro?
Z oporem zbliżyła się do drzwi.
— Tak, Else.
— Na pewno?
— Tak. Do zobaczenia.
— Do zobaczenia.
Posłała mężowi ostatnie spojrzenie i odwróciła się do kobiety, która stała w progu z workiem w ręku.
O Boże, nie — nie dawała rady — nie _dawała_ rady! Był wieczór w atelier w mocnym świetle lamp.
Pani Else Kant stała zrozpaczona przed sztalugami z płótnem zamalowanym w szarościach. Pracowała nad nim noc i dzień przez ponad rok, duszę sobie wypruwała, aby pokazać, co leży jej na sercu. Ale im dłużej to trwało, tym było gorzej. Ta postać w rogu, która miała symbolizować egzystencjalny lęk — ha, ha! Marny błazen z doklejonymi czarnymi skrzydłami — figura z maskarady.
O Boże, Boże, co miała począć? Ona, która kiedyś przecież coś potrafiła, która wzbudzała rozkoszną wściekłość wśród „eleganckiej” publiczności. Aż się skończyło. Nagle się skończyło.
Owszem, mogłaby zająć się malowaniem słodkich, sielskich obrazków z radosnymi krajobrazami i blichtrem. Ale nie _potrafiła_.
Gdyby tylko umiała odłożyć farby na półkę, nigdy więcej nie dotykać pędzla. Jaki ogarnąłby ją wtedy spokój. Wiodłaby swoje życie, zajęta powracającymi codziennie drobnymi obowiązkami, których wypełnianie powodowało zadowolenie u niej samej i jej najbliższych. Gdyby tak pozbyć się tego nieznośnego ciężaru, który zawsze, dniem i nocą, kładł się na niej jak mara. Gdyby tylko miała jeszcze to jedno — mogła oddawać się swojej pracy, nie zważając na inne kwestie. Ale kiedy nie wszystko w domu — czy chodziło o dziecko, jedzenie, porządek albo służące — układało się, jak należy, straszliwie cierpiała i to sobie zarzucała niedbałość i opieszałość.
Potężnych sił trzeba było, by zadośćuczynić tak wielu różnym obowiązkom. Świętą rację miał Paweł, zakazując kobietom publicznych wystąpień. Powinien był mówić o mężatkach, chociaż nie — te, które żonami nie _były_, mogły wszak nimi _zostać_.
Och, cóż za niedola. Patrzyła na ten okropny bohomaz, który palił jej duszę jak płomień. Wyraźnie, jako żywo widziała, jak _miał_ wyglądać, a teraz…
Walka między tym, co _chciała_ namalować i co malowała, wywoływała u niej mętlik boleści, który wgryzał się w jej umysł, wplątywał we wszystko, co słyszała i przeżywała, pozbawiał ją energii i łamał jej wolę. Czynił ją do tego nieprzystępną i trudną w obyciu. Jej biedny mąż… Taka była wytrącona z równowagi i zrozpaczona — zrozpaczona na śmierć, ponieważ musiała, _musiała_ ukończyć swą pracę, i z każdym mijającym dniem coraz straszniej, coraz bardziej bezradna.
Usiadła na pufie, pochylona, z łokciami na kolanach i twarzą schowaną w dłoniach, i kołysząc się w przód i w tył, zanosiła się stłumionym, zawodzącym szlochem, niekiedy przerywanym napadami ostrego kaszlu.
Na cóż miałoby się zdać, gdyby na jakiś czas wyjechała, o czym rozmawiała czasami z mężem. Zabrałaby przecież ze sobą swe wnętrze, swoją mękę i żałość z powodu niedokończonej pracy, swoją tęsknotę za mężem i dzieckiem — cudownym chłopczykiem, bez którego nie mogłaby spędzić choćby dnia, nie odczuwając dokuczliwego braku. Poza tym nie stać jej było na podróż, w ogóle na nic, odkąd nie udawało jej się niczego ukończyć ani sprzedać.
Nagły ból przeszył ją z tyłu głowy i gwałtownie się wyprostowała. Następnie, zaciskając powieki, przesunęła ostrożnie dłonią od karku w górę.
Nic w tym dziwnego, skoro od blisko roku tak mało spała. Przez całe lato, które spędziła z dzieckiem w Szwajcarii, nie przespała dobrze ani jednej nocy. Często nie mogła zmrużyć oka od wieczora do rana, ponieważ mały, którego ze względu na nierzetelność niańki musiała trzymać u siebie, wiercił się niespokojnie w metalowym łóżeczku, skrzypiącym przy każdym ruchu. Dlatego czytała przy świetle lampy przez całą, długą noc; a rankiem, gdy chłopczyk, wykąpany i ubrany, wychodził z niańką, znowu się kładła, żeby spróbować zasnąć, chociaż najczęściej przeszkadzały jej w tym dźwięki codziennej krzątaniny. I jeszcze ta niedająca spokoju mordęga nad wielkim obrazem, który oczywiście ze sobą przywiozła i nad którym nie udawało jej się dalej pracować, nad którym nie _potrafiła_ dalej pracować. Stale nad nim ślęczała; myśl o obrazie wisiała nad nią, gdyż nieprzerwanie ją do siebie przyciągał i ponieważ cierpienie jej duszy, wywołane przez ten bezowocny znój, tylko się powiększało, gdy uciekała od pracy. Bezsenność zaś utrzymywała się przez całą zimę w domu. Przyzwyczaiła się do braku snu, choć zawsze potrzebowała go wiele. Bez nocnego wypoczynku na dłuższą metę nikt sobie nie poradzi. Nawet najsilniejszy człowiek będzie musiał się ugiąć. Dlatego tak teraz jej było źle. O Boże, te napady bólu, rozdzierającego głowę na pół — aż czasem czuła potrzebę, żeby obwiązać ją taśmą. Nie mogła tego zmienić ani od tego uciec. Musiała żyć przybita do pala męki, którym coraz bardziej stawała się jej praca.
Wytarła twarz i siedziała bez ruchu, ze wzrokiem z frasunku utkwionym sztywno przed siebie. Wtedy wrócił napad kaszlu, długi, męczący, aż oczy zaszły jej łzami.
Takim stała się wrakiem.
A miała kiedyś odwagę występować wobec innych jako sędzia i oskarżyciel. Wobec Kirsten, którą odprawiła za kradzież i do końca życia unieszczęśliwiła, bo ta zaczęła pić, żeby zagłuszyć żal. Jej rozdzierający serce płacz, gdy dowiedziała się, że się wydało… Słyszała go i widziała białą, spiętą twarz służącej, która nie znalazła sobie innego miejsca. Co z nią teraz będzie? Oczywiście się stoczy i to z _jej_ winy. Och, biedna, biedna Kirsten… Proszę cię, wybacz mi, wybacz…
_Dokądkolwiek_ się zwracała i o _czymkolwiek_ myślała, wszystko zdawało się ciężkie i złe. Synek, którego nie mogła skłonić do jedzenia i który wieczorem leżał godzinami, nie chcąc spać. Cudze dzieci spały i jadły, lecz ona oczywiście niewłaściwie się z nim obchodziła. I tak ciągle ze wszystkim. Żadnej jasnej chwili — choćby jednej, jedynej. A było tylko coraz gorzej. Przecież nigdy nie znajdzie czasu, żeby odzyskać siły, skoro ma ten nerwowy kaszel, szczególnie dokuczliwy w nocy, męczący ją tak, że ledwie dawała radę wstawać rano. Umysł nigdy nie odpoczywał. Stale gotował się od ciągle tych samych myśli. Pozostawało jej tylko umrzeć. Zakończyć walkę. Zniknąć z życia, które było tylko boleścią i które ona czyniła boleścią także dla innych. Niemoralnym byłoby pozostać przy życiu, kiedy do niczego się nie nadawało, kiedy wiedziało się, że tylko jest się ciężarem i utrapieniem dla tych, którym chciało się dawać najwięcej, najlepiej, a poza tym wiedziało się, że nigdy nie będzie inaczej.
A jednak to dziwne, jak długo człowiek, nawet najnieszczęśliwszy i najbardziej udręczony, potrafił wahać się i zastanawiać, kiedy chodziło o zrzucenie z siebie ciężarów przez wymazanie się spośród żywych. Głęboko zakorzeniony musiał być strach przed wniknięciem w wieczny mrok unicestwienia, skoro wciąż wlokła się przez dzień i przez noc — co dzień i co noc.
No, ale ta ostatnia droga ratunku nikomu nie ucieknie.
Wstała pośpiesznie, podeszła do sztalug i zaczęła malować ze ściągniętymi brwiami i mocno zaciśniętymi wargami. Wnet musiała powstrzymać kaszel. Bolało ją w piersi, dokuczały łopatki, kolana się uginały. Ona jednak na nic nie zważała, tylko pracowała dalej.
Wtem mina jej się rozpogodziła, w oczach ukazała się żywa radość, cała twarz rozpromieniała. Dawała radę — nareszcie, nareszcie! Odłożyła paletę, cofnęła się na krok i oglądała obraz.
Nagle drgnęła. Czy to synek? Chwilę nasłuchiwała i prędko przeszła przez jadalnię do pokoju dziecięcego, w którym paliła się lampka nocna. Niańka chrapała, usta miała otwarte, a w łóżeczku pod drugą ścianą chłopczyk siedział i wymachiwał rączkami.
— Mój słodki, mały Tage. — Else pochyliła się nad nim i szybko rozbudziła pocałunkiem. — Co się stało, synku? Mam ci zaśpiewać?
— Tak, o kotku, mamo.
Else położyła chłopczyka na poduszkę i go przykryła. Następnie zaśpiewała na powolną melodię:
„Kotek chory pod piecem leży,
Narzeka raz po raz.
Główka tak bardzo go boli,
Umierać już mu czas”.
— Umierać? Co to, mamo?
— To tak jak dziadek, on umarł.
— To wtedy, jak już nie można iść do łóżka wieczorem i pić kakao rano, mamo?
— Tak, bo się umarło.
— Ci, co umarli, mają dobrze. Naprawdę, mamo.
— Nie mów już więcej, tylko szybko śpij. Pamiętaj, że jest środek nocy.
— A co to noc, mamo?
„Pora cieszyć się, myszki małe,
Na kotka przyszła śmierć.
Możecie do spiżarni pójść
I kromki chleba zjeść”.
— Zjadły z serem, mamo?
— Nie. Ale znowu mówisz.
Otworzyły się drzwi do jadalni i do środka wszedł wysoki mężczyzna o szerokich ramionach, ciemnowłosy i łysiejący.
— Tatuś! — zawołał chłopczyk i natychmiast usiadł prosto w łóżeczku. — Tage jest głodny. Dwie kromki chleba z pasztetem, jedną z pieczenią i jedną z serem!
Kant podszedł do łóżka, schylił się nad dzieckiem i powiedział pieszczotliwie:
— Głodny jesteś, kotku? Idź się połóż — zwrócił się do Else. — Że też jeszcze tu siedzisz. I nie dajesz spać chłopcu.
— Jak możesz tak mówić, Knut. Przecież taka ogarnia mnie rozpacz, gdy dziecko nie śpi.
Tage, stojąc w łóżeczku, zarzucił ojcu rączki na szyję.
— Chcę iść z tobą do jadalni — powiedział przymilnie.
— Nie rób tego — poprosiła Else.
— Może i dobrze go zmęczyć. Lepiej będzie potem spał.
Kant otulił chłopczyka kocem, wziął go na ramię i poszedł z nim do jadalni. Tam usiadł przy stole z dzieckiem na kolanach i dał mu jeść.
Else udała się za nimi i usadowiła się przy synku.
Tage był w znakomitym nastroju. Ciągnął Kanta za brodę, bez ustanku gawędząc, a czasem odgryzał kawałek kromki, który następnie wkładał ojcu do ust. Później uwolnił jedną nóżkę z koca i nagle podstawił ją pod twarz Kantowi, równie zachwyconemu jak dziecko.
Else uśmiechnęła się zmartwiona i pokręciła głową.
— Przecież widzisz, że on nic nie je — powiedziała.
Ale zaraz Tage chwycił kromkę z zapewnieniem, że jest bardzo, bardzo głodny i że wszystko zje.
— Możesz już pójść się położyć, Else? — poprosił znów Kant. — Nawet nie wiesz, jak wyglądasz.
— Pójść się położyć… Tylko na co miałoby się to zdać? Przecież i tak nie zasnę. Zwłaszcza teraz, kiedy z nim tutaj siedzisz!
— Czemu mama płacze?
— Mama jest chora. Biedna mamusia.
Else wróciła do atelier i z powrotem zaczęła malować, co chwilę odsuwając się nieco, by spojrzeć na obraz niespokojnym, pytającym wzrokiem.
„Bóg jeden wie”, myślała z powątpiewaniem, „chyba wcale nie jest lepiej”. Tak bardzo była zmęczona, że trzęsły jej się ręce. I jeszcze ten kaszel. Ale musiała pracować dalej. _Musiała_. Jutro, gdy wstanie, będzie przecież jeszcze bardziej zmęczona; i cały dzień minie tak samo…
Do tego Knut nie przychodził! Siedział teraz i czekał, aż dziecko zaśnie, zamiast spokojnie sobie pójść albo przynajmniej obudzić niańkę! O niej samej mówił, że za bardzo cacka się z dzieckiem, ale w ogóle nie był lepszy, raczej gorszy.
Och, te skurcze ust, te okropne, nieznośne skurcze ust…! Osłoniła dłonią oczy i zobaczyła, co namalowała. Wyszła jej prawdziwa maska mumii. Z pędzlem i paletą w rękach drobiła, zawodząc, tam i z powrotem. I znów malowała, głowę miała rozpaloną, a pot wystąpił jej na czoło.
— Ależ, Else… — Wszedł do niej Knut. Spojrzał na nią przerażony, zbliżył się i chciał wyjąć jej pędzel z dłoni.
— Muszę korzystać z nielicznych chwil, w których mogę pracować, czy to w nocy czy w dzień. — Wykręciła nadgarstek spomiędzy jego palców. — Tage śpi?
— Tak.
Knut przeszedł się parę razy tam i z powrotem ze spuszczoną głową. Nagle zatrzymał się za Else, która wciąż malowała. Uniósł głowę i zdawało się, że chce coś powiedzieć, ale dał za wygraną i dalej chodził tam i z powrotem.
— Jest wpół do drugiej, Else. Przecież wiesz, że ten nocny zapał zawsze przychodzi, gdy jest ci najgorzej. Przestań już, na miłość boską. Proszę cię, Else.
— Idź się już położyć i zostaw mnie samą. Zresztą wcale nie jestem chora. Dużo gorzej jest z Tagem, który nie je i nie śpi. Porozmawiasz o tym poważnie z Tvedem?
— Proszę, Else. — Knut łagodnie, lecz stanowczo zabrał jej paletę. — Wyniszczasz się i mnie także wyniszczasz — mówił cicho, a ściągnięte brwi wyrażały głęboką troskę. — Chodź już — ciągnął, kiedy Else patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem, bez odpowiedzi. — Musisz spróbować na chwilę zasnąć… Dam ci proszek.
— Och, na co zdadzą się proszki — wymamrotała Else. — Choćbyś dał mi ich sto. Porozmawiasz poważnie z Tvedem o dziecku?
Knut odwrócił się i znów zaczął chodzić po pomieszczeniu. Else powtórzyła pytanie.
— Przecież dziecku nic nie jest — powiedział zbolałym głosem.
— A więc _nie chcesz_ z nim rozmawiać?
— Nie, porozmawiam. Tylko się uspokój.
— Jutro z rana?
— Tak. Położysz się już?
Else usiadła na szezlongu.
Knut patrzył na nią przez chwilę. Następnie sam usiadł przy niej.
Nagle Else wstała i znów zaczęła malować.
Knut podniósł się i opuścił pokój. Zamierzał iść do siebie i się położyć. Nie mógł patrzeć, jak się wykańcza.
Po półgodzinie znowu się do niej zakradł w szlafroku i kapciach. Else wciąż malowała.
— Och, ale żeś mnie przestraszył — odezwała się i nagle się odwróciła. — Czy chcesz wprawić mnie w rozpacz, skoro chodzisz tak po nocach, nie chcąc, bym dała ci wypocząć?
Knut pokręcił bezradnie głową.
— Popatrz, co teraz namalowałam — dodała po chwili Else — i powiedz, co myślisz.
— Nie teraz. Żeby coś obejrzeć, muszę być przytomny, a umieram ze zmęczenia.
— Kiedy tak usilnie cię proszę. Zaraz potem pójdę odpocząć.
— Ale właśnie tego nie robisz — westchnął Knut, po czym podszedł do obrazu i przyglądał się mu, mrużąc oczy; Else czekała w napięciu.
— No, nie wiem. Mówię ci przecież, że o tej porze nocy nie mogę niczego oglądać. Na pewno namalowałaś coś dobrego.
— Na pewno… Myślisz, że cię nie znam? Miałeś wyrazić opinię. O Boże, o Boże, a więc wszystko jest i _będzie_ na marne. — Płakała, chodząc bez celu po atelier; Knut kroczył za nią, mówił i prosił, ale ona go nie słuchała.
— Pójdę odpocząć — powiedziała wreszcie i wytarła twarz. — Nie mam już więcej pracy. Ale to dobrze, że powiedziałeś, co uważasz. Dzięki ci za to.
Wyjęła z szuflady stołu małą buteleczkę.
— Po co ci to? — zapytał Knut, przyglądając się jej uważnie.
— Po nic. Zostaw mnie już.
— Nie, Else! Natychmiast oddaj mi buteleczkę. Wiem, co knujesz.
Else posłała mu chłodne spojrzenie. Stał spokojnie z wyciągniętą ręką i wzrokiem, który zdawał się przepełniony smutkiem, a przy tym zmęczony i przybity.
Dziwny mężczyzna z tego Knuta. Przecież podzielał jej zdanie na temat dopuszczalności samobójstwa. Często o tym rozmawiali. Kiedy jeden jego młody krewniak bezradnie się staczał, a ona wyraziła swoją obawę, że może w końcu się zastrzelić, Knut spokojnie odparł: „To nie byłoby jeszcze najgorsze”. Ale gdy przyszło co do czego, jak teraz w jej przypadku, zachowywał się jak zwykły policjant. Już raz kiedyś tak zareagował, gdy kilka lat temu uznała, że nie ma innego wyjścia niż śmierć.
Czy to dlatego, że tak bardzo ją kochał?
Tak, _kochał_ ją, ale nie dość, by pozwolić jej umrzeć. Nie miał też odwagi, aby być biernym widzem, gdy chodziło o ten ostatni krok. „Trzeba uciec się do koniecznych środków”, myślał pewnie teraz, „bo ani na chwilę nie zaznam spokoju!”.
Gdyby tylko te środki na coś mogły się zdać, gdyby mogła znów być jak dawniej — spać, pracować, ukończyć coś, być szczęśliwa. Ale Knut w to nie wierzył, podobnie jak ona. Nie, nie, nie! Poznawała po jego zachowaniu, że w to nie wierzy. Jednak nikczemnie postąpił, że nie zamknął oczu i uszu i nie pozwolił jej zrobić tego, co chciała.
— To podłe z twojej strony — powiedziała.
— Daj mi buteleczkę — odparł Knut z nieugiętą miną.
— Ale dlaczego? Nie pomyślałbyś sobie w duchu, kiedy już by było po wszystkim: „No cóż, trudno, że tak musiało się skończyć, ale było to jedyne i najlepsze wyjście”?
— Nie — powiedział Knut.
Else drgnęła na dźwięk tego słowa. W tonie jego głosu i w wyrazie twarzy było mnóstwo bólu, miłości i niewzruszonej pewności. Czy naprawdę nie sądził, że najlepiej byłoby, gdyby umarła? Miała wrażenie, jakby twarda klucha w jej gardle zaczęła się rozpuszczać.
— A więc nie zrobię tego — rzekła powoli. — Ale musisz okazać mi zaufanie, nie zabierając mi buteleczki.
— Nie mogę. Przypomnij sobie te _liczne_ noce, kiedy walczyłem wręcz z tobą o twoje życie. Skąd miałbym i skąd ty miałabyś wiedzieć, co teraz cię dopadnie?
— Ale _musisz_ mi wierzyć — wyrwało się z pasją Else. — Nie _wytrzymuję_ już tego, że mi nie wierzysz!
Padła plackiem na podłogę i zaniosła się głośnym szlochem.
— Już dobrze, Else. W imię boże, wierzę ci.
Else wstała i się uspokoiła. Buteleczkę odłożyła do szuflady, którą zamknęła na klucz.
— Pójdziesz teraz odpocząć?
Chciała odpowiedzieć, ale wtedy wrócił jej kaszel. Wstrząsał nią, jakby miał ją rozerwać na strzępy.
— Nie smuć się tak — odezwała się.
— Nie uważam, żeby była teraz okazja ku czemu innemu — wymamrotał Knut i potarł czoło.
— No tak, biedaczyno.
Ostatecznie Knutowi udało się skłonić ją, by się położyła. Rozbierała się z przestraszoną miną i co chwilę się rozglądała, nasłuchując z lękiem. Knut dał jej proszki i poszedł do siebie.
Ledwie jednak Else się położyła, znów dopadł ją kaszel. Siedziała wyprostowana na łóżku, na końcu zaś brzmiała, jakby łapały ją urywane, jękliwe skurcze.
Wtem na schodach i w wejściu rozległy się ciężkie uderzenia wbiegających pod górę kopyt. Rytm był szybki, miarowy. Drzwi do sypialni uchyliły się i do środka powoli wkroczyła procesja gniadych, pięknych koni, które Else często ostatnio widywała. Łby i tułowie miały sztywne i bez życia, w miejscu oczu zionęły wielkie, czarne dziury; lecz ładne, szczupłe pęciny unosiły się i wyciągały, przemieszczając stado do jadalni i atelier, a stamtąd przez sień do sypialni — miarowo, upiornie i niewzruszenie. Ciągle i znów. A Else siedziała na łóżku, kaszląc; wpatrywała się przed siebie i dziwiła, lecz się nie bała.
Nagle zjawił się Knut, a pochód koni jakby zapadł się pod ziemię.
— Powinnaś wziąć krople z opium — powiedział. — Jest ci coraz gorzej.
Ale Else nie chciała. Brała je poprzedniej nocy i obawiała się zażywać zbyt wiele.
— Nie widziałeś koni? — zapytała. — Kiedy przyszedłeś, salon był ich pełen. Smutne, że nie widzisz ich ani nie słyszysz… Idź już — ciągnęła Else, kiedy Knut nie odpowiedział. — Przywykłam tak leżeć.
— Tak, _muszę_ — odparł. — Padam ze zmęczenia, a jutro mam dużo pracy.
— Obietnica, jaką ci złożyłam, że nie skorzystam z buteleczki, dotyczy jedynie tej nocy — zawołała za nim Else. — Tylko ci mówię.
Knut jak lunatyk dotarł po omacku do swojej sypialni i się położył. Ciasno owinął się kocami, odwrócił do ściany i zaraz zapadł w drzemkę, przez którą przebijał się dźwięk kaszlu Else i kładł się ciężko na jego piersi.
Nagle podskoczył przerażony, wypadł z łóżka i otworzył drzwi do sieni. Else stała tam i wkładała swój długi płaszcz.
— Co znowu? — zapytał Knut ostro i chwycił ją za ramiona.
— Nie mogę zaznać spokoju — jęknęła Else. — Bezustannie myślę o Kirsten, którą przepędziliśmy. Chcę pójść do jej matki i o nią zapytać.
— O tej porze?
— Przecież jest środek dnia.
— Nie ma mowy. Natychmiast marsz do łóżka.
Else ciągnęła:
— Stale słyszę te słowa: „Sługo zły! Wszystek tamten dług darowałem ci, boś mnie prosił. Czy i ty nie powinieneś był…”.
Knut zdjął z niej ubranie i wreszcie skłonił ją, by się położyła.
A wtedy w końcu zasnęła.II
O godzinie dziesiątej nazajutrz rano Knut odwiedził ich lekarza domowego i przyjaciela, doktora Tvedego.
— Musisz mi powiedzieć, co robić — rzekł Knut, gdy rozmawiali już przez chwilę o stanie Else.
Doktor Tvede zrazu nie odpowiedział, tylko popatrzył na niego łagodnymi, głęboko osadzonymi oczami filozofa.
— Na razie da się zrobić tylko jedno — odezwał się następnie. — Musimy zapewnić jej spokój. Ona musi wyjechać z domu do szpitala. Gdzie indziej nie zazna takiego spokoju, jaki jest jej potrzebny.
— Do jakiejś prywatnej kliniki? — zapytał Knut żartobliwie.
— Myślisz, że twoja żona zechce mieszkać z gromadą histeryczek?
— Och, nie… Oczywiście…
— Mamy przecież profesora Hieronimusa. On jest najlepszy, a ona ma dla niego szacunek. Czytała jedną z jego rozpraw i wielokrotnie mi o nim mówiła.
— Powinna zatem trafić do szpitala, pod jego opiekę?
— Tak. Kiedy on już ją uspokoi i potrzyma u siebie z osiem, dziesięć dni, powie ci, co robić dalej. Nie mogę poradzić ci nic innego. Napiszę liścik, idź z nim do szpitala, do Hieronimusa. Zastaniesz go tam teraz. Porozmawiaj z nim, a potem z żoną. Oczywiście sama musi tego chcieć.
Knut zabrał pismo i poszedł.
Jednak była jakaś nadzieja.III
Kantowie siedzieli przy drugim śniadaniu.
— Nie będę teraz jadł, mamo — zapewnił Tage, który siedział naprzeciwko Else z wielkim śliniakiem na szyi i dłubał w jajku sadzonym i pokrojonym w drobne kawałeczki mięsie na swoim talerzu. — Jednak nie będę. Nie _będę_.
— Jeśli nie chcesz jeść, możesz odejść od stołu — powiedział Knut, wykonując ruch, jakby właśnie się obudził.
Wcisnął dzwonek na stole, a wtedy zjawiła się niańka, której wydano polecenie, żeby wyszła z Tagem na spacer.
— Rozmawiałem dziś z Tvedem — powiedział Knut. — Czy masz coś przeciwko temu, żeby pójść do szpitala do profesora Hieronimusa?
— Czy Tvede naprawdę sam na to wpadł? — zapytała Else, a jej spojrzenie nabrało nieomal wrogiego wyrazu.
— Owszem. Pytanie tylko, czy sama chcesz?
— Tak, chciałabym — odparła, a jej oczy powoli zaszły łzami. — Trzeba przemocą oderwać mnie od mojego obrazu, inaczej źle się to może skończyć. Bo nie _jestem_ przecież normalna.
— Zostań tam na kilka dni — podjął Knut. — Najwyżej półtora tygodnia. Chyba tyle dasz radę wytrzymać?
— Wszystko wytrzymam, bylebym miała spokój. Jakąś drobną pracę mogłabym chyba zawsze ze sobą wziąć. Na przykład szkice do Bożonarodzeniowej książeczki dla dzieci?
— Naturalnie. A potem wysłuchamy jego opinii, czy powinnaś wybrać się do Szwajcarii czy może trochę wypocząć na wsi.
— Dobrze będzie porozmawiać z takim człowiekiem jak Hieronimus. Dokładnie mu wyjaśnić, jak się czuję. Musisz do niego iść jeszcze dzisiaj.
— Już byłem.
Else lekko pobladła na policzkach.
— I co powiedział?
— Nie miał czasu, ale poprosił, żebym wrócił o trzeciej, z tobą. Wywarł na mnie znakomite wrażenie, był spokojny i taktowny. W swoim wytartym płaszczu przypominał świeckiego kaznodzieję. Chociaż był to pewnie jego szpitalny strój. Bądź gotowa punktualnie o wpół do trzeciej.
Else poszła do atelier i popatrzyła na swój wielki obraz. Wszystko było i pozostawało złe, niemożliwe… Skurczyła się z bólu, trawiącego ją przez własną bezradność, która stale wypełniała jej wnętrze i która, ilekroć Else stawała przed obrazem, odbierała jej siły. Był nijaki, bez życia, bez sensu. Czuła się, jakby jakaś wielka, wilgotna dłoń chwyciła jej serce, przez co z trudem łapała oddech.
Gdyby spróbowała raz jeszcze, teraz, w ostatniej chwili, kiedy wszystko już zarzuciła i miała uciec… Pomyśleć, gdyby się udało! Wydawało jej się, że czytała albo słyszała o podobnym przypadku. Może dałaby radę _cokolwiek_… Na przykład wyraz oczu? Zyskałaby wtedy nadzieję, odwagę i nowe siły.
Pośpiesznie zaczęła malować, ale niedługo potem rzuciła paletą i się odwróciła. Tak było zawsze. Ile to już razy myślała, wiedziona szaloną potrzebą, by wylać z siebie smutek i odzyskać nadzieję, że właśnie _teraz_ jest moment, kiedy spłynie na nią natchnienie — lecz zawsze jej wysiłki okazywały się próżne. Nie, musiała wyjechać, oddalić się od wszystkiego, od pracy, od wspomnienia biednej Kirsten, od widoku marniejącego Tagego. Naprawdę dobrze będzie pojechać do Hieronimusa.
Gdyby tylko przestała myśleć o obrazie, że nie będzie tam malować, i wyobrażać sobie, jaki _powinien_ być, palić się do tego, by zacząć od nowa. Chciała jednak zrobić wszystko, aby odsunąć od siebie myśli, wyspać się dla zdrowia i sił, w spokoju i ciszy, jakie tam panowały. Osiem-dziesięć przespanych nocy zdziała cuda.
Zdjęła blejtram z wielkim płótnem ze sztalug i oparła go o ścianę, tyłem na zewnątrz. Następnie weszła do pokoju dziecięcego i przeglądała ubrania Tagego. Bluzeczce, nad którą pracowała, brakowało guzików i sznureczków. Skończyła ją, zebrała bieliznę i skarpetki, które miała zacerować niańka, i wszystko ładnie ułożyła; po czym usiadła przy stole z ciężką głową podpartą na dłoniach. Oczy piekły ją od długiej bezsenności, w głowie szumiało, nagle się w niej zakręciło. Else bezwiednie spróbowała znaleźć oparcie. Wyczerpana i na śmierć niewyspana opuściła ręce na stół, a twarz na złożone dłonie.
Otaczały ją dziwne dźwięki, ciężkie westchnięcia i jednostajne zawodzenie, zmieszane z szelestem zwiędniętych liści. Chciała unieść głowę, żeby sprawdzić, co to, ale nie mogła jej oderwać, choć bardzo się starała. Wreszcie się udało. „Co to ma być?”, pomyślała. Przestrzeń wokół niej była taka rozległa, do sufitu wysoko, światło zaś było szarawo blade, niby odległy, zamglony blask księżyca. A wzdłuż ścian szeregami stały łóżka, pościelone białymi prześcieradłami i wciśniętymi w ramy kocami, pod którymi leżeli ludzie, sztywno wyciągnięci i pojękujący. Niekiedy unosili głowy i rozdzierającymi serce głosami prosili, by poluzowano te ciasne koce, ale nikt nie odpowiadał. Obok wysokich, wąskich drzwi naprzeciwko stała postać ze związanymi rękami w długim, lśniąco białym kitlu, przytwierdzona do ściany grubym, ciemnym sznurem, którym była owinięta w pasie. Oczy miała wytrzeszczone, bez źrenic, białka wyraziste, a z ust zwisał długi język w kolorze smoły. Else chciała wstać, ale nie mogła ruszyć żadną kończyną. Sztywna ze strachu wpatrywała się w drzwi. Dotrzeć do nich mogłaby w kilku susach. Ale jeśli były zamknięte na klucz, który nie tkwił w zamku… Tak, _były_ zamknięte, bez klucza, widziała wyraźnie. Wtedy poczuła, że jej ciało zmienia się w bezwładną masę, i zaczęła osuwać się z krzesła, ale w tej samej chwili drzwi otworzyły się bezgłośnie i po cichu do środka weszło czterech mężczyzn, niosąc między sobą długą, jasną trumnę z łukowatym daszkiem nad głową. Otwór pod daszkiem z przodu zasłaniała szybka, przez którą Else ujrzała ludzką głowę, przekrzywioną, z zapadniętą, apatyczną twarzą, której barwa zdawała się ołowiana na tle białej poszewki trumiennej poduszki. W tej samej chwili zrozumiała, że to Knut i że on nie żyje. Walcząc o głos, wydała z siebie krzyk, twarzą w dół padła na podłogę i się przebudziła.
Zerwała się z krzesła i pobiegła do salonu, gdzie zatrzymała się i rozglądała zdezorientowanym wzrokiem.
Drzwi jadalni cicho się otworzyły i do środka zajrzał jej mąż. Nie posiadając się z radości, z rękami w górze i z głośnym szlochem Else popędziła ku niemu, otworzyła drzwi na oścież i rzuciła mu się na szyję.
Knut z trudem ją uspokajał. Chciał, by położyła się na szezlongu w atelier — zostało jeszcze pięć kwadransów do ich wyjścia, ale Else uczepiła się go roztrzęsiona i błagała, aby ani na chwilę jej nie opuszczał. Wreszcie zdołał uspokoić ją na szezlongu, na którym leżała z szeroko otwartymi oczami, ciągle wpatrzona w senną zjawę, wokół siebie czując świat strachu i beznadziei. Często myślała, że jest najbardziej umęczonym człowiekiem na ziemi. Teraz w jej wyobraźni pojawiła się także myśl, że ludzkim dzieciom zsyła się cierpienia i męki innego, straszniejszego rodzaju aniżeli jej własne. Na każdy, najdrobniejszy dźwięk podskakiwała i przestraszona wyciągała rękę do Knuta, który siedział z książką w fotelu tuż obok.IV
Koło szpitala byli już kwadrans przed trzecią, przez co chodzili tam i z powrotem boczną uliczką, oboje zdenerwowani i podekscytowani, nie rozmawiając.
— Która godzina? — zapytała Else.
— Minęło tylko siedem minut.
— Nie może być!
Chodzili dalej, przerywając milczenie jedynie wówczas, gdy Else powtarzała swoje pytanie o godzinę. Knut odpowiadał stale to samo, że minęło tylko kilka minut.
— Nie wiedziałam, że kwadrans trwa aż tak długo — odezwała się Else. — A może twój zegarek stanął?
Knut pokręcił głową, a Else zaczęła po cichu odliczać. Ilekroć dochodziła do sześćdziesięciu, mijała minuta, a wtedy zaczynała od początku.
— Teraz już wiem, że jest trzecia — powiedziała nagle i się zatrzymała.
Zostały jeszcze cztery minuty, ale zdaniem Knuta mogli już powoli wchodzić do środka.
Przeszli przez szpitalną bramę i minęli duże, wysypane żwirem dziedzińce z odgrodzonymi klombami czarnej ziemi i brązowymi, nagimi zimową porą drzewami. Kiedy dotarli do ostatniego podwórka, Knut wskazał mniejszy, dwukondygnacyjny dom, położony nieco na uboczu od pozostałych, długich budynków, i rzekł:
— To tam.
Else rzuciła Knutowi spojrzenie, które pytało, czy nie jest jego zdaniem odważna, po czym prędko weszła po schodkach na korytarz, gdzie na drzwiach po prawej wypisano cytat biblijny, który Else pilnie studiowała.
— Zapukamy?
Knut zapukał, a kiedy nikt nie odpowiedział, otworzył drzwi i wpuścił Else przodem do środka.
Pokój był podłużny i straszny, z nagą podłogą, żółtymi ławkami wzdłuż ścian i ustawioną pośrodku dużą spluwaczką. W pomieszczeniu znajdowało się dwóch mężczyzn: chłop, który siedział pochylony, z dłońmi między kolanami i mocno opuszczoną głową, oraz młodszy jegomość, podobny do rzemieślnika albo szkolnego nauczyciela o żółtawej, chorowitej twarzy, z grzywą nieobciętych, przesuszonych włosów.
Knut i Else usiedli na ławce naprzeciwko rzemieślnika, pochłoniętego, zdaje się, gazetą, którą trzymał rozłożoną. Mężczyzna zerknął po chwili spłoszony znad czasopisma, a napotkawszy wzrok Else, która mu się przyglądała, uśmiechnął się trochę bojaźliwie, a trochę tryumfalnie, jakby chciał powiedzieć: „Chyba rozumieją państwo, że nie siedzę tutaj z własnego powodu”.
W pomieszczeniu było cicho. Jedynymi dźwiękami, jakie się w nim rozlegały, były głębokie westchnięcia pochylonego chłopa za każdym razem, gdy spluwał, a robił to często. I chociaż nie zmieniał pozycji ani nie unosił głowy, zawsze trafiał do środka spluwaczki, stojącej co najmniej łokieć od niego.
Drzwi na korytarz otworzyły się i do środka wkroczył wysoki mężczyzna w ręcznie szytym, półwełnianym płaszczu, o wąskiej, krótko ostrzyżonej głowie i w szalu na szyi. Serce Else zabiło mocniej; popatrzyła pytająco na Knuta, ale zaraz pojęła, że to nie Hieronimus. Mężczyzna stał chwilę i się rozglądał, po czym powoli oddalił się na palcach do najodleglejszego kąta i mocno wcisnął się weń plecami.
Minęło jeszcze kilka minut. Rzemieślnik czytał czasopismo, chłop wzdychał i spluwał, a mężczyzna w kącie siedział sztywny i milczący jak posąg.
Wtedy na stopniach na zewnątrz rozległy się lekkie kroki biegnącej osoby, które następnie przeniosły się do korytarza. Drzwi szybko się otworzyły i do środka weszła drobna postać — roztargniony pan o zimnej, bladej twarzy bez zarostu, z gładko zaczesanymi włosami. Mężczyzna przeszedł przez pomieszczenie, nie rozglądając się na prawo ani na lewo, w przelocie dał znak pochylonemu chłopu, który wyprostował plecy i wstał, by podążyć za roztargnionym panem do pomieszczenia obok.
— A więc _tak_ wygląda — szepnęła Else. — Moim zdaniem nie miał wytartych ubrań.
Knut uśmiechnął się i odpowiedział szeptem:
— Teraz nie.
Nieco później chłop wyszedł z pomieszczenia obok, a w progu stanął Hieronimus. Chwilę popatrzył ostro na Else, a następnie prawie niezauważalnie skinął głową do Knuta, który wstał i do niego podszedł.
Kogo przypominało Else spojrzenie Hieronimusa? Zastanawiała się nad tym, aż oczyma duszy ujrzała człowieka, zasmuconego i przemawiającego z zapałem, po chwili zaś biały krawat poniżej ostrego podbródka i lekko ulizane włosy, a wreszcie ambonę. Ambonę? Tak, już wiedziała! Młody teolog, którego poznała wiele lat temu na plebanii wuja i który raz wygłaszał za niego kazanie, gdy ten był przeziębiony. To właśnie on — ów pobożny fanatyk, którego oczy miały wyraz, jakby smucił się przez grzechy świata; ale nie tylko się smucił, bo zarazem pełen był żarliwości i gniewu w imię Pana. Często rozmawiała z nim o sprawach religii i go polubiła, gdyż był taki szczery, a jego duch taki czysty. Bogu dzięki, Hieronimus nie wyglądał jej na niesympatycznego człowieka, w ogóle nie był podobny do jej wyobrażeń. I Bogu dzięki, że ustaliła, _kogo_ jej przypominał, bo nie będzie musiała i nad tym się zastanawiać.
Knut wrócił, a następnie Else weszła do Hieronimusa. Ten siedział bokiem przy biurku, odchylony w fotelu, z jedną nogą zarzuconą na drugą, a w rękach trzymał mały przedmiot, który obracał i przekręcał. Lekkim ruchem głowy dał znać Else, żeby zajęła miejsce na krześle przy rogu biurka.
— Chyba nie czuje się pani dobrze — zaczął Hieronimus ostrym, bezbarwnym głosem i przyglądał się jej badawczo.
— Zgadza się — wydobyła z siebie z trudem.
— Dokucza pani bezsenność — ciągnął profesor, po czym na chwilę przerwał. — Jest pani bardzo przybita. — Znowu przerwa. — Według pani męża… No, krótko mówiąc, nie ma się pani dobrze. Tak?
Else chciała odpowiedzieć, ale nie mogła przez płacz; pochyliła się nad mufką, którą przycisnęła do oczu.
— Państwa lekarz domowy twierdzi, że powinna pani spędzić trochę czasu w szpitalu. Chyba nie ma pani nic przeciwko?
Ostatnie zdanie padło szybko; jednocześnie Hieronimus wyprostował się w fotelu.
Else pokręciła głową.
Profesor wstał, otworzył drzwi i machnął do Knuta.
— Pańska żona może przyjść tutaj dziś po południu. Na przykład za godzinę.
— Och, nie, najwcześniej wieczorem — poprosiła Else.
— Regulamin szpitalny nie zezwala na wpisy po godzinie szóstej.
— Ach tak, w takim razie o szóstej.
— Może zabrać ze sobą worek podróżny z niezbędnymi przyborami toaletowymi i bielizną — zwrócił się Hieronimus do Knuta. — Nic więcej. W biurze dowie się pan, jakiej wysokości kaucja należy się za opiekę o wyższym standardzie.
Else zastanawiały różne rzeczy, o których chciałaby się więcej dowiedzieć, ale Hieronimus otworzył już drzwi do poczekalni i się z nim pożegnali.
— Och — westchnął Knut, kiedy mijali dziedzińce. — Obyśmy postępowali właściwie.
— Dlaczego byśmy nie mieli? — odparła Else śmiało, lecz w tej samej chwili dziwnie zmieszała się na widok zwątpienia na twarzy męża.
— Miejmy nadzieję — powiedział Knut i znowu westchnął.
Zjedli obiad, po czym Else poszła do sypialni spakować swój worek.
Knut przyniósł parę książek.
— Starczy na początek — powiedział.
— Dziękuję. Zawsze możesz donieść więcej podczas odwiedzin… Choć na tak krótki czas…
— Najwyżej osiem do dziesięciu dni — westchnął Knut. — Gotowa?
Nieco później Else ubrała się do wyjścia. W kuchni pożegnała się ze służącymi i poprosiła, by były miłe wobec Tagego. Gdy przyszła z powrotem, posadziła sobie chłopca na kolanach i, walcząc z płaczem, obiecała niedługo wrócić, żeby opowiadać mu historie i się z nim bawić.
— Musisz już iść, Else.
Ona jednak w kółko całowała dziecko. Potem odstawiła je i szeptem się pożegnała.
Dorożka wjechała przez szpitalną bramę, minęła wielkie dziedzińce i zatrzymała się przed ostatnim podłużnym budynkiem. Zadzwonili do drzwi od ulicy, ale od kobiety, która im otworzyła, dowiedzieli się, że zabłądzili. Był to oddział męski, oni zaś musieli udać się do następnego wejścia za rogiem i wejść na górę.
Tam nie napotkali żadnych przeszkód. Drzwi od ulicy nie były zamknięte, a przestronną klatkę schodową oświetlały lampy gazowe. Na górze znajdowały się tylko jedne drzwi, do których zadzwonili. Wkrótce rozległy się kroki i dzwonienie kluczy. Knut ścisnął dłoń Else. Był nieco blady i się nie odzywał.
Klucz w zamku przekręcił się i drzwi się otworzyły. Stała w nich rosła kobieta o ładnej, bladej twarzy, w schludnym stroju pielęgniarki i z wielkim pękiem kluczy, zwisającym z szarawego, gumowego fartucha.
— Pani Kant? Proszę. Ja to wezmę — wyciągnęła rękę po worek podróżny.
— No, to do zobaczenia, Else — powiedział Knut drżącym głosem i ją pocałował.
— Nie chcę tam wchodzić. Przecież zamykają drzwi jak w więzieniu. — Else niechętnie wycofała się kilka kroków.
— Tym się nie przejmuj. Drzwi od zewnątrz muszą być zamknięte.
— Przyjdziesz jutro?
Z oporem zbliżyła się do drzwi.
— Tak, Else.
— Na pewno?
— Tak. Do zobaczenia.
— Do zobaczenia.
Posłała mężowi ostatnie spojrzenie i odwróciła się do kobiety, która stała w progu z workiem w ręku.
więcej..