Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Projekt Everett - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 sierpnia 2026
19,89
1989 pkt
punktów Virtualo

Projekt Everett - ebook

Wrzesień 1939 roku miał być dla Polski wyrokiem. W tej historii jest planem. Do Drugiej Rzeczypospolitej trafia troje Przybyszów z innej rzeczywistości kwantowej i przynosi ze sobą wiedzę, która przyspiesza rozwój kraju o całe dekady. Szybko okazuje się jednak, że technologia to dopiero początek. Prawdziwym wyzwaniem staje się zdobycie surowców, ukrycie operacji i utrzymanie tajemnicy, od której zależy los milionów ludzi. Tajemnicy, której jednak nie da się strzec bez ofiar. Rzeczypospolita dokonuje eksperymentu, który zmienia globalny układ sił. Świat jednak niczego nie podejrzewa, a wrogowie Polski dalej brną ku wojnie. Pozostaje jednak wciąż najtrudniejsze pytanie: ile wolno poświęcić, by ocalić kraj? Alternatywna historia z wyraźnym napięciem sensacyjnym i techniczną wiarygodnością: od morskiej logistyki przez bojowe operacje na oceanie po laboratoria. Od szkolenia pilotów po wybory podejmowane tam, gdzie papier i cisza bywają równie groźne jak broń.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398142519
Rozmiar pliku: 3,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NOTA AUTORA

Akcja tej powieści nie rozgrywa się w historii, którą znamy.

To alternatywna rzeczywistość – jedna z możliwych gałęzi „wielu światów”, o których mówi interpretacja Everetta mechaniki kwantowej.

Postacie historyczne, wydarzenia i realia zostały tu przedstawione w wersji fikcyjnej, odmiennej od dziejów naszego świata.

Również bohaterowie z XXI wieku nie muszą należeć do tego uniwersum, które znamy. Mogą pochodzić z innej gałęzi rzeczywistości, równie realnej jak ta, w której żyjemy.1. SPOTKANIE

Robert po raz kolejny z niecierpliwością spojrzał na zegarek i z rezygnacją pokręcił głową. Dochodziła dwudziesta i minęła już prawie godzina od pory, na którą umówił się z Elżbietą.

_Teraz nie przyjdzie już na pewno_ – pomyślał smutno.

Zresztą można było to przewidzieć. Cóż piękna, młoda dziewczyna z bogatej, ustosunkowanej rodziny mogła spodziewać się po świeżo upieczonym poruczniku? Nawet jeśli był to porucznik marynarki wojennej, która tu w Warszawie była jeszcze bardzo egzotyczną formacją. Ona, a już na pewno jej familia, celowała gdzieś od pułkownika czy też pełnego komandora wzwyż. Co z tego, że zaprosił ją na dancing do Adrii. Łatwo było się dowiedzieć, ile zarabia porucznik marynarki, nawet taki jak on – pracujący w wywiadzie – i że lokale jak Adria i jej podobne były właściwie poza jego zasięgiem.

Podejrzewał zresztą, że gdyby nie wyjściowy mundur to w ogóle by go nie wpuścili. Siedział tu, gdyż kierownik sali zapewne nie do końca rozpoznawał marynarskie stopnie, a jego czarny uniform ze złotymi dodatkami, uzupełniony śnieżnobiałą koszulą, krawatem, czapką z białym denkiem, akselbantem i kordzikiem, wyglądał niesamowicie szykownie. Nawet mundur generała wojsk lądowych się do niego nie umywał. Gdzieżby tam.

Robert rozejrzał się po sali, co prawda, żadnego generała nie spostrzegł, jednak w zasięgu jego wzroku siedziało kilku majorów i pułkowników. Do tego oczywiście cała masa ludzi znanych z pierwszych stron gazet, plakatów teatralnych czy filmowych. Co on tu właściwie robi w tym towarzystwie?

Jego niewesołe rozmyślania przerwał głos kelnera:

– Czy pan oficer czegoś sobie jeszcze życzy?

Robert spojrzał na swój opróżniony kieliszek po winie, po czym ponownie na zegarek, była dwudziesta dziesięć.

_A niech tam_ – pomyślał.

– Setkę żytniówki Baczewskiego i wędzonego węgorza, poproszę. Tylko wódka niech będzie dobrze schłodzona.

– Oczywiście, proszę pana, natychmiast podaję. Wódeczka będzie zmrożona.

Kelner zgiął się w ukłonie i bezszelestnie zniknął.

_Panie oficerze –_ przemknęło Robertowi przez głowę, gdy przypomniał sobie, jak odezwał się do niego kelner. _Miałem rację, nie rozpoznawali stopni marynarki wojennej. To dobre_ – __ uśmiechnął się do siebie.

Rozejrzał się po sali, na obrotowym parkiecie tańczyło zaledwie kilka par, ale nic dziwnego, było jeszcze bardzo wcześnie. Zabawa zacznie się pewnie gdzieś o dwudziestej drugiej. Na razie wszyscy mniej lub bardziej kulturalnie raczyli się alkoholem albo zajadali zamówione pyszności. Z niektórych stolików dobiegały głośne toasty i dźwięczne śmiechy kobiet. Do jego nosa dochodził zapach dymu markowych cygar i wykwintnych perfum.

Kelner właśnie przyniósł jego zamówienie. Wódka naprawdę była zmrożona, tak że aż szklaneczka pokryła się szronem. Węgorz zaś wyglądał na świeżo uwędzonego i pachniał apetycznie. Wprawiło go to w dobry nastrój, pomimo że jak zaraz szybko przeliczył w głowie, jego rachunek już w tej chwili wynosił ponad dziesięć złotych. Uszczknął trochę wędzonej ryby i popił odrobiną wódki. Naprawdę świetne, węgorz zupełnie jak na Helu, musieli go pewnie dzisiaj przywieźć. Cóż w końcu Adria to Adria, co by tu nie mówić. Za coś w przecież biorą pieniądze, ale to nie dla niego, zje, wypije i przeniesie się w jakieś bardziej przystępne miejsce. Nie ma się jednak co spieszyć, można przez chwilę poobserwować wielki świat. Wychylił połowę szklaneczki, po ciele rozlało się przyjemne ciepło wprawiające go w błogie zadowolenie. Przeniósł wzrok z powrotem na salę.

Przy stoliku obok zajmowało właśnie miejsce jakieś towarzystwo: dwie kobiety i mężczyzna. Robert zarejestrował ich mimochodem i już miał przenieść wzrok dalej, ale zatrzymał go jakiś drobiazg, może sposób, w jaki weszli, może to, że przez moment wszyscy troje poruszali się jak zgodny mechanizm, jakby mieli wcześniej ustalony układ.

Spojrzał więc jeszcze raz.

Kobiety były w różnym wieku – dzieliło je pięć, może dziesięć lat. Obie były dość wysokie, lecz zupełnie do siebie niepodobne. Starsza: blondynka o niebieskich oczach, owalnej twarzy i długich włosach spadających na plecy. Młodsza: ciemne włosy do ramion, trójkątna buzia i czarne oczy, jakby lekko przymrużone, co nadawało jej delikatnie dalekowschodni wygląd. Obie bardzo piękne…

_Niewątpliwie ładniejsze od cholernej Elżbiety, która wystawiła go do wiatru_ – przemknęło mu przez myśl.

I właśnie to go tknęło: nie sama uroda, tylko kontrast. Dwie damy, wyglądające jakby wyszły z różnych światów, a jednak siedziały przy jednym stoliku, z tym samym spokojem w ruchach i tym samym pewnym siebie milczeniem. Robert poczuł krótkie ukłucie ciekawości – sam nie potrafiłby powiedzieć dlaczego. Jeśli kobiety były wysokie, to ich towarzysz był prawdziwym gigantem – jak nic miał ze dwa metry wzrostu. Robert chyba nigdy nie widział nikogo tak wysokiego. _Ten to ma szczęście_ – pomyślał z zazdrością, patrząc na jego towarzyszki. Ponownie skubnął trochę węgorza i popił wódką, to właśnie było mu teraz potrzebne.

Z zaciekawieniem wodził wzrokiem po sali. Było tu już mnóstwo ludzi i nie brakowało pięknych pań, a jednak żadna – zdawało mu się – nie dorównywała tym, które właśnie przyszły. Tamte dwie przykuwały jego uwagę w sposób niemal nieprzyzwoity, ich towarzysz zresztą również.

Mógł przyglądać się im bez skrępowania, bo całe towarzystwo przy tamtym stoliku siedziało do niego nieco bokiem. Obie panie miały na sobie suknie bez wątpienia eleganckie, lecz inne niż u reszty. Nie odsłaniały wiele – w górnej części nawet mniej niż u pozostałych kobiet – za to układały się inaczej, były bardziej przyległe, jakby skrojone bliżej ciała. A jednocześnie, jak zdążył zauważyć, gdy podchodziły do stolika, u dołu wydawały się krótsze, niż nakazywał obyczaj i moda.

Także włosy blondynki nie wyglądały zwyczajnie. Niby jasne, lecz jakby przeplatane ciemniejszymi pasemkami – pierwszy raz widział coś podobnego.

Mężczyzny nie mógł ocenić równie dobrze, bo siedział prawie tyłem, lecz fotograficzna pamięć Roberta podsunęła mu obraz z chwili, gdy tamten dopiero zajmował miejsce. Jegomość miał marynarkę ze srebrnymi guzikami, bardziej podobną do munduru niż do garniturów innych gości i – o ile Robert dobrze zauważył – nie nosił ani muszki, ani krawata. Spodnie zaś były wyraźnie jaśniejsze od marynarki – rzecz osobliwa jak na elegancki lokal.

_Może to jakieś zagraniczne towarzystwo?_ – przyszło mu na myśl. W końcu nie znał się na najnowszych trendach mody w Paryżu czy w Londynie.

W tym momencie kelner przyniósł im trzy kieliszki wina i jakieś drobne zakąski. Tajemniczy mężczyzna przez kilka chwil coś mówił do niego, w końcu tamten pokiwał głową i odszedł. Wszyscy oni zaś podnieśli kieliszki z winem i wznieśli toast.

Wtedy wysoki gość wstał i poprosił blondynkę do tańca. Na twarzy czarnowłosej pojawił się lekki wyraz niezadowolenia, też chciała wstać, ale blondynka szepnęła jej coś do ucha i dziewczyna usiadła z powrotem. Siadając, przez ułamek sekundy złowiła oczami spojrzenie Roberta, który przecież od dłuższej chwili niezbyt grzecznie się w nią wgapiał.

_Ale cholerne faux-pas –_ przemknęło Robertowi przez głowę.

Brunetka usiadła i sięgnęła po swój kieliszek, wychyliła od razu dobrą jego połowę, po czym ponownie zwróciła wzrok ku Robertowi. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, a na jej twarzy błąkał się lekko zalotny uśmieszek. Po chwili spuściła wzrok i odwróciła głowę.

Roberta niemalże zamurowało, jeszcze nigdy żadna kobieta, a w tym wypadku właściwie dziewczyna, nie patrzyła na niego, jakby był jakimś łakomym kąskiem.

Prawie bez udziału świadomości dopił resztkę ciepławej już wódki, wstał, poprawił marynarkę, odruchowo sprawdził, czy kordzik leży prawidłowo, i skierował się w stronę stolika, przy którym siedziała czarnowłosa piękność. W głowie kotłowały mu się pytania:

_Co będzie, jeśli po prostu dostanę po pysku? A jeśli opiekunom Czarnulki –_ bo tak w myślach nazywał jej towarzyszy __ – _nie będzie się to podobać?_

Robert nie był ułomkiem, ale wyglądało, że ten jej opiekun, mógłby go wyrzucić przez okno jedną ręką.

Miał też tysiące innych myśli, choć droga do miejsca, gdzie siedziała, nie była dłuższa niż dziesięć metrów.

Może lepiej minąć jej stolik, znaleźć kelnera, zapłacić rachunek i zniknąć z Adrii.

W tym momencie Czarnulka znów spojrzała na niego, uśmiechając się nieznacznie spod przymrużonych powiek.

Teraz już nie było wyjścia, kiedy zmierzał prosto w jej kierunku. W końcu przecież poproszenie kobiety, nawet obcej, do tańca nie jest niczym nagannym.

Zatrzymał się przy jej stoliku, skłonił lekko, tak jak to zalecała mundurowa etykieta, i powiedział:

– Czy mógłbym piękną panią poprosić do tańca?

– _With great pleasure, Lieutenant. I would be delighted to_¹ __ – odpowiedziała nieznajoma po angielsku.

Roberta prawie zatkało z wrażenia, ale zaraz pomyślał, że przecież właściwie się tego spodziewał. Tylko jak rozpoznała jego stopień, no i jak w ogóle zrozumiała, co do niej powiedział?

No tak to Angielka zaś Anglia to przecież Royal Navy, największa flota wojenna świata – wytłumaczył sobie zaraz. Może ma krewnego marynarza i stąd jej znajomość stopni. No a co do niej powiedział, mogła się przecież po prostu domyśleć.

Z tego wszystkiego nie podał dziewczynie ręki, ona jednak wcale nie speszona już stała obok niego. Poprowadził ją na parkiet, ale nie ten obrotowy tylko zwyczajny. Orkiestra akurat zaczynała grać tango. Podał więc swojej partnerce rękę, objął w pasie i ruszyli w tany.

Robert był dość dobrym tancerzem, ale jego partnerka okazała się po prostu dzikim żywiołem, nie spotkał jeszcze nikogo, kto by tańczył z taką pasją. Dawała się łatwo prowadzić, ale cały czas wydawało się, że lada chwila wyrwie mu się spod kontroli i odleci gdzieś w siną dal, zostawiając go samego na środku parkietu. Przez delikatną tkaninę jej sukienki, palcami wyczuwał pracujące mięśnie, które naprężały się jak u pantery szykującej się do skoku. Dobrze, że parkiet był prawie pusty, gdyż tańczyli bardzo dynamicznie, więc – mimo że nie było wielkiego tłoku – inne pary starały się schodzić im z drogi. Robert ubrany w grubą mundurową marynarkę czuł, że pot zaczyna występować mu na czoło, na szczęście tango właśnie się skończyło. Już chciał podziękować partnerce za taniec i odprowadzić do stolika, kiedy ona popatrzyła na niego z figlarnym uśmiechem i odezwała się jak poprzednio po angielsku:

– Jeszcze jeden taniec poruczniku?

Roberta znów prawie zwaliło z nóg i z trudem zdołał odpowiedzieć:

– Oczywiście, taniec z tobą, _ma’am_, to czysta przyjemność.

Orkiestra zaczynała akurat grać powolnego bluesa. Robert chciał ująć partnerkę tak jak poprzednio, lecz ona pierwsza zarzuciła mu ręce na szyję i lekko się do niego przytuliła. Będąc cały czas w lekkim szoku, Robert musiał położyć dłonie na jej biodrach – i zaczęli tańczyć, wolno, niemal w miejscu.

Czuł silną woń perfum, jakich używała przytulona do niego dziewczyna, lecz nie był to żaden zapach, który kojarzył mu się z damskimi pachnidłami. Nie było w nim nic z ostrych, chemicznych aromatów, jakie znał. Wyraźnie czuł owocowe nuty: porzeczki, gruszki, może jeszcze pomarańczy. Ta kompozycja bardzo mu się podobała.

Mimo to nie mógł dojść do siebie, bo jego partnerka zachowywała się – w jego odczuciu – co najmniej nietypowo. Oczywiście nie mógł powiedzieć, że mu się to nie podobało, ale nie było powszechnie przyjęte, żeby świeżo poznana kobieta sama proponowała kolejny taniec i od razu tak się do partnera przytulała.

W dodatku przypomniał sobie, że w Royal Navy trzy złote paski na rękawie marynarki oznaczają stopień _Commander_, a nie _Lieutenant_, czyli porucznik.

_Może po prostu źle odczytała dystynkcje…_ – skonstatował w duchu.

W tym momencie burzę jego myśli przerwało pytanie partnerki:

– Czy porucznik ma jakieś imię?

_Cholera, jaki ze mnie cham…_ – zbeształ się w myślach Robert i natychmiast odpowiedział:

– Jestem Robert. A ty, _ma’am_?

– Mam na imię Satoko i chciałabym, żebyś tak mnie nazywał. Może być też po prostu Sato, jeśli pełne imię byłoby za długie. Mam nadzieję, że ja też będę mogła mówić do ciebie „Robert”?

– Oczywiście, będzie mi bardzo miło. Masz piękne imię, ale chyba nie jest angielskie.

– Nie jestem Angielką.

– Amerykanką?

– Też nie.

– Skąd więc jesteś?

– To dość skomplikowane. Płynie we mnie trochę krwi japońskiej, stąd imię, trochę latynoskiej, dlatego tak lubię tańczyć, oraz trochę polskiej. Sama dokładnie nie wiem jakiej jeszcze. Widzisz więc, że odpowiedź jest trudna.

– A gdzie mieszkasz?

– Można powiedzieć, że ostatnio w Polsce…, ale to też jest skomplikowane.

– Skomplikowane… miejsce zamieszkania?

– Wyjaśnię ci to niedługo, ale teraz powiedz coś o sobie. Czym się zajmujesz, kiedy nie pływasz na okrętach?

– Och, niestety mało pływałem. Zajmuję się raczej pracą administracyjną.

_Tak chyba można nazwać pracę w wywiadzie marynarki_ – dopowiedział już sobie w myślach Robert.

– Niestety, ktoś też musi to robić. A czym się zajmujesz, kiedy nie pracujesz?

– Lubię żeglować, kiedy jestem nad morzem, chodzić po górach, jeździć na nartach… czytam dużo książek.

– Ciekawe zainteresowania. Co najchętniej czytasz?

– Tylko się nie śmiej, Satoko, proszę. Uwielbiam tak zwaną fantastykę.

– Czemu mam się śmiać? Sama czytałam Wellsa: _Wehikuł czasu_, _Pierwsi ludzie na Księżycu_, _Niewidzialny człowiek_. Bardzo mi się podobały.

– Niesamowite… to moje ulubione tytuły! W dodatku lubię też książki, które napisał Karel Čapek.

Orkiestra przestała grać i oboje zatrzymali się na parkiecie. Satoko znów uśmiechnęła się do Roberta i zaproponowała:

– Może przysiądziesz się do naszego stolika? Dokończymy rozmowę o fantastyce.

– Z największą przyjemnością – zgodził się Robert.

Satoko przedstawiła go swoim znajomym, wysoka blondynka miała na imię Natasha, pisane przez „sh”, co wyraźnie podkreśliła, jednak można się było do niej zwracać Nati, ich towarzysz zaś nazywał się Gerard. Zawołali kelnera i zamówili jeszcze po kieliszku wina. Satoko zaczęła rozmowę:

– Rozmawialiśmy na parkiecie z Robertem o literaturze science fiction, on też ją bardzo lubi, podobnie jak my wszyscy. Czy myślicie, że to, co opisuje Wells, będzie kiedyś możliwe? Podróże w czasie, wyprawa na księżyc?

_Fantastyka naukowa?_ – zdziwił się Robert w myślach, nigdy nie słyszał takiej nazwy. Fantastyka oczywiście, ale czemu zaraz naukowa?

Wtedy odezwał się Gerard:

– Podróże na księżyc czy w ogóle poza Ziemię już kilkanaście lat temu rozwiązał niejaki Ciołkowski. Oczywiście nie da się nikogo wystrzelić z działa, a nie wierzę też w materiał, który stanowi barierę dla grawitacji jak u Wellsa, za to wyprawa w przestrzeń pozaziemską przy pomocy rakiet wydaje się jak najbardziej możliwa. Już za dziesięć lat niemieckie rakiety osiągną granicę kosmosu.

– Czemu akurat niemieckie? – zapytał Robert, zauważając kątem oka jak obie kobiety ostro, niemalże z naganą spojrzały na Gerarda.

– Niemieckie, gdyż to kraj z wielkim potencjałem. Któż inny mógłby, tego dokonać? No może Amerykanie. Przecież nie Rosjanie ani nie Polacy, choć Polska w odpowiednich warunkach mogłaby coś tam osiągnąć.

Dziewczyny znów dziwnie popatrzyły na Gerarda, on zaś się uśmiechnął, zwrócił ku nim swoje spojrzenie i powiedział:

– Nati, teraz ty wyłóż swoją teorię na temat podróży w czasie.

– Przecież to nie żadna moja teoria, zresztą wy wszyscy wiecie, o co chodzi. Dobrze, mimo to wytłumaczę Robertowi – zaczęła Natasha.

– Jak wiecie, Ogólna Teoria Względności mówi nam, że czas jest plastyczny jak guma, może zwalniać i przyspieszać praktycznie dowolnie i dla każdego płynie inaczej zależnie od jego prędkości, przyspieszenia i zakrzywienia przestrzeni, czyli mówiąc prościej grawitacji. Niektóre jej rozwiązania dopuszczają też istnienie zamkniętych krzywych czasowych, czyli po prostu podróży w czasie, są zresztą nawet pomysły jak taki wehikuł zbudować. Na przykład długi, pusty, ciężki cylinder, ciężki to znaczy o masie kilku czy kilkunastu miliardów mas Słońca i obracający się z prędkością bliską świetlnej wlókłby za sobą czasoprzestrzeń i powinien umożliwić podróż w czasie. Drugi pomysł to dwie kabiny połączone mostem E–R. Obie budujemy na przykład u siebie w ogródku. Kiedy już sprawdzimy, że most E–R działa, to znaczy wchodząc do jednej, wychodzimy natychmiast w drugiej, wtedy jedną z nich ładujemy na statek kosmiczny podróżujący z prędkością bliską świetlnej, drugą zostawiamy tam, gdzie była. Wtedy czasy tych kabin rozjadą się diametralnie. Ta na statku kosmicznym będzie w przeszłości w porównaniu z tą, co została na Ziemi, gdyż tam czas zwolni ze względu na większą prędkość. Na koniec tę ze statku możemy z powrotem postawić w ogródku obok tej, co tam została. Jeśli dalej będą połączone mostem E–R to, jak wejdziemy do jednej, wyłonimy się w drugiej, ale w innym czasie. Z tym że, abstrahując od możliwości zbudowania jednego czy drugiego, cały czas istnieje jeden poważny problem tak zwany paradoks dziadka. Dlatego też myślę, że albo nie rozumiemy jeszcze dokładnie natury czasu, albo takie podróże są z jakichś nieznanych nam względów po prostu niemożliwe. Zresztą nie powstała jeszcze teoria łącząca mechanikę kwantową z teorią względności, może to ona będzie mogła dać na to odpowiedź.

– Natasha! Skąd ty wiesz o takich rzeczach? To brzmiało jak wykład jakiegoś profesora! – prawie wykrzyknął Robert. – No i co to jest ten most E–R?

Przez głowę przebiegała mu burza myśli: _Cóż to za dziwne towarzystwo? Jeden nazywa Związek Sowiecki Rosją i bredzi coś o niemieckich wyprawach w kosmos, kiedy Niemcy to przecież zacofane państwo. Druga daje uniwersytecki wykład przy stoliku w Adrii, jakby dla niej był to chleb powszedni._

Jego czujność pracownika wywiadu została zaalarmowana. Miał nadzieję, że to dziwne angielskojęzyczne towarzystwo w nic go nie wplącze i nie zepsuje sobotniego wieczoru. Inna sprawa, że o ile obie panie mówiły perfekcyjną angielszczyzną może z jakimś dziwnym akcentem, to na pewno ten język nie był ojczystą mową Gerarda. Jedna jedyna Satoko jego urocza partnerka z parkietu nie odzywała się jak dotąd, uśmiechając się tajemniczo. W końcu jednak i ona przemówiła:

– Trafne spostrzeżenie, Natasha jest właśnie profesorem fizyki.

– Nie fizyki, tylko astrofizyki – sprostowała wymieniona i dodała z uśmiechem: – Skromna Satoko jest zaś moją asystentką. Natomiast jeśli chodzi o most E–R, jest to teoretyczna możliwość podróżowania szybciej niż światło, zaproponowana przez Einsteina i Rossena, która wykorzystuje dziury w zakrzywionej czasoprzestrzeni.

Robert był w szoku, Polska to owszem kraj tolerancyjny, jednak kobieta z zagranicy jako profesor na jakimś uniwersytecie byłaby równie znana jak Maria Curie-Skłodowska i musiałby o tym słyszeć. I to profesor mająca za asystentkę także kobietę, dla gazet byłaby to sensacja.

– Gdzie? Na jakim uniwersytecie? – zapytał.

– Na uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku – odpowiedziała Satoko.

Robert odetchnął z ulgą i pomyślał, że to wszystko tłumaczy: _co innego Polska, a co innego przecież Stany Zjednoczone._ Mimo to wyraz niedowierzania nie zniknął z jego twarzy, więc Natasha odezwała się tonem wyraźnie ostrzejszym, jakby kończyła temat, który od początku ją nużył.

– Widać, że nam nie wierzysz, a ja mam już dość tej jałowej wymiany zdań. Czas ucieka i musimy zabrać się za to, po co tu przybyliśmy.

Sięgnęła do torebki, położyła coś na stole i popchnęła w kierunku Roberta.

– Mam nadzieję, że to cię przekona. Weź, obejrzyj sobie. Dobrze obejrzyj.

Przed porucznikiem leżał kolorowy przedmiot, trochę większy od biletu wizytowego, ale na pewno nie grubszy. Przypięta do niego była niebieska tasiemka o długości kilkudziesięciu centymetrów. Robert wziął go do ręki. To nie był kartonik jak wizytówka; w dotyku przypominał raczej celuloid. Spoglądała z niego uśmiechnięta twarz Natashy, obok zaś widniało jej imię i nazwisko, nazwa uniwersytetu, jego godło oraz wydział: astrofizyka. Druga strona, jak zdążył zauważyć, była cała zadrukowana drobnymi literkami – jakimiś pouczeniami, regulaminami i tym podobnymi rzeczami. Na dole przez całą długość przedmiotu przebiegał brązowy pasek, a nad nim znajdował się rysunek jakby literki X ułożonej poziomo. Choć nie był to rysunek: obszar wokół X był nieco wypukły – minimalnie – a mimo to dawał się wyczuć palcami. Przedmiot był giętki i elastyczny jak stal sprężynowa. W dodatku przyczepiona do niego tasiemka okazała się bardzo mocna; pewnie nie byłby w stanie jej zerwać.

– Wierzę, wierzę. Zresztą nigdy nie kwestionowałem tego, co mówicie. Wybaczcie… Tu, w Polsce, rzadko można spotkać kobietę profesora.

– Nie wątpię – odpowiedziała z krzywym uśmiechem Natasha. Nie zwróciłeś jednak uwagi na najważniejszą rzecz: datę wystawienia i datę ważności.

Robert spojrzał jeszcze raz na tajemniczy przedmiot i zdębiał, obie daty leżały w dalekiej przyszłości.

– Nie chcecie chyba mi powiedzieć, że jesteście podróżnikami w czasie? – I zanim ktokolwiek zdążył coś odpowiedzieć, dodał: – Podejrzewam zresztą, że dobry fałszerz mógłby coś takiego bez problemu podrobić.

– Po pierwsze, po co mielibyśmy oszukiwać oficera PMW², nawet jeśli pracuje w wydziale drugim, czyli w wywiadzie? – odpowiedział Gerard.

– Skąd wiecie, czym się zajmuje? – zapytał zdenerwowany już porządnie Robert.

– Wiemy o tobie całkiem sporo, na przykład, że miałeś się tu spotkać z Elżbietą Kosecką, córką Edwarda fabrykanta mebli, która, szczęśliwie dla nas, nie przyszła.

– Tego już za wiele – rzucił Robert. Jednak, kiedy chciał wstać od stołu Satoko położyła swoją drobną dłoń na jego ręce.

– Robert, wysłuchaj nas, proszę – powiedziała z uśmiechem dziewczyna.

– To dla nas bardzo ważne, ważne dla wszystkich. Nie jesteśmy dla ciebie żadnym zagrożeniem, nie pracujemy dla obcego wywiadu, Natasha i Gerard są zresztą Polakami, rozmawiamy po angielsku, żeby nikt nas za bardzo nie rozumiał, gdyż obecnie raczej mało kto zna ten język w Warszawie. No i ja akurat znam mowę Szekspira lepiej niż polski, bo długi czas przebywałam w Stanach. Spokojnie, proszę, daj nam kilka minut. Jeśli to, co mamy ci do przekazania uznasz za nieinteresujące, rozstaniemy się i nigdy o nas więcej nie usłyszysz.

Satoko miała taki łagodny tembr głosu, mówiła tak cicho i spokojnie, że całe zdenerwowanie Roberta powoli ustąpiło. Zresztą czym tu było się denerwować. To, że pracuje w wydziale drugim, nie było żadną wielką tajemnicą. Elżbietę zapraszał na dancing w cukierni Bliklego, więc mógł to ktoś usłyszeć, nawet jedno z nich mogło się tam znajdować, gdyż był tak wpatrzony w swoją wybrankę, że nie zważał w ogóle, co się wokół niego dzieje.

– Dobrze, słucham, co macie do powiedzenia – odpowiedział nieco oschłym głosem.

Pierwszy odezwał się Gerard.

– Mówiłeś, że taką kartę identyfikacyjną mógłby ktoś u was podrobić. Być może, choć w gruncie rzeczy bardzo w to wątpię. Takiego plastiku jeszcze długo nie uda się u was wyprodukować, nie mówiąc już o tym, żeby dało się nanieść na jakiś celuloid zdjęcie Natashy i wszystkie szczegóły. Ale niech będzie. Tyle że TEGO na pewno nie da się tutaj zrobić.

Gerard zdjął z lewej ręki swój zegarek i położył go na stole przed Robertem. Ten spojrzał na czasomierz. Nie przypominał niczego, co widział do tej pory. Był sporych rozmiarów, a bransoletę miał zrobioną z jakiegoś szarego metalu, który nie kojarzył mu się z niczym znanym. Co najdziwniejsze, jego tarcza była jednolicie czarna.

– Weź go do ręki – zachęcił Gerard.

Robert zrobił, jak mu powiedziano. Kiedy tylko przechylił tarczę w swoją stronę, ta rozświetliła się, ukazując jakby cyferblat, jednak wskazówki wyglądały jak namalowane. Pomimo to, sekundnik poruszał się wokół tarczy. Dodatkowo po lewej stronie czas był wyświetlany cyframi: 21:17. Odruchowo spojrzał na swój zegarek i porównał. Godzina się zgadzała. Patrzył zafascynowany, na cyferblacie widniały też jakieś małe rysuneczki, coś jakby budzik, serduszko i jeszcze coś innego, również ze wskazówkami. Nagle wszystko zgasło i cyferblat znów zrobił się jednolicie czarny.

– Wyłącza się automatycznie, żeby oszczędzać baterię – wyjaśniła Satoko. – Dotknij przycisku po prawej – podpowiedziała.

Cyferblat znów się rozświetlił.

– Tu w środku jest jakaś bateria? – zapytał Robert i wyobraził sobie, jak próbuje upchnąć wewnątrz zegarka baterię, jakiej używał w latarce. Nie wydawało mu się to możliwe.

– Oczywiście, przesuń palcem po ekranie, powiedzmy po cyferblacie z góry na dół, to zobaczysz jej stan naładowania.

Robert zrobił to i ujrzał schematyczny rysunek baterii zamalowany w trzech czwartych na jasny kolor oraz napis „74%” do tego zaś całe mnóstwo innych dziwnych symboli, których znaczenia nie pojmował.

– Za dużo byłoby mówić, do czego to wszystko służy, zresztą większość i tak nie będzie tutaj działać. Przesuń cyferblat z powrotem – powiedziała Sato.

Znów ukazały się wskazówki i godzina wyświetlana cyframi.

– Naciśnij teraz ten mały zegareczek, delikatnie.

Robert zobaczył same zera i żółty trójkąt.

– Teraz naciśnij strzałkę.

Robert domyślił się, że chodzi właśnie o trójkąt, i musnął go palcem.

Cyfry zaczęły się zmieniać: te po prawej w szalonym tempie, po lewej wolniej albo wcale.

Zegarek zaczął też wydawać cichy dźwięk: trrrrrrrrrrrrrr.

– To oczywiście stoper – poinformował go Gerard.

Robert patrzył zafascynowany na zmieniające się sekundy. Nie, czegoś takiego na pewno nie udałoby się zrobić nigdzie na świecie, nawet w Szwajcarii.

– I co, jesteś już przekonany? – zapytała Natasha. – Ten zegarek potrafi dużo, dużo więcej, jednak, jak powiedział Gerard, większość funkcji jest u was niedostępna. Może służyć do rozmów telefonicznych, płacenia w sklepie za towary. Możemy ci zademonstrować pomiar ciśnienia czy odtwarzacz muzyki, ale moim zdaniem szkoda czasu.

Robert się zawahał. Chciał już odpowiedzieć, że to rzeczywiście nie jest konieczne, jednak nie zdążył. Natasha, widząc jego wahanie, zwróciła się do Gerarda:

– Masz może słuchawki?

Mężczyzna sięgnął do kieszeni i dobył z niej małe owalne pudełeczko, po czym wyjął z niego dwa przedmioty przypominające niewielkie kulki z jakąś stożkową wypustką otoczoną gumą. Nacisnął chyba coś na jednej z nich i wtedy na obu przedmiotach pojawiły się maluteńkie niebieskie punkty światła.

– Włóż je do uszu – powiedział i podał Robertowi.

Jemu absolutnie nie kojarzyło się to z żadnymi słuchawkami. Wielkie pałąki, jakie nosili na głowach radiotelegrafiści w centrum nasłuchu, wydawały się czymś zupełnie innym. Domyślił się, że końcówka otoczona gumką powinna wejść do ucha. Kiedy próbował ją tam umieścić, usłyszał:

– Odwrotnie, inaczej nie będą się trzymać.

Spróbował ponownie i po chwili udało mu się włożyć jedną słuchawkę do ucha, z drugą poszło już łatwo.

– No dobra Gerard, puść jakąś muzę, tylko nie za głośno. I może coś normalnego nie ten twój metal – powiedziała Nati.

_Jakiż to „metal” można puścić przez słuchawki, nawet tak dziwne, jak te?_ – zastanowił się Robert.

Gerard zaczął manipulować przy swoim zegarku i po chwili Robert usłyszał pierwsze takty muzyki. Rozpoznał ją od razu, to była uwertura do _Wilhelma Tella_ Rossiniego. Dźwięk był tak czysty, jakby siedział w najdroższym miejscu najlepszej sali koncertowej w Europie.

Pomimo że czuł w uszach te malutkie słuchawki, dźwięk rozlegał się pośrodku jego głowy. Nie przeszkadzało to w każdym uchu słyszeć osobno poszczególnych instrumentów: w lewym brzmiały skrzypce i fortepiany w prawym kontrabasy i bębny, pośrodku zaś instrumenty dęte.

Robert miał dobry słuch muzyczny i często chodził na różne koncerty. To było równie dobre jak filharmonia, jeśli nie lepsze.

Powoli wyjął słuchaweczki z uszu, Gerard zaś nacisnął coś na swoim zegarku i urządzenie natychmiast ucichło.

– Jesteście więc podróżnikami w czasie – stwierdził Robert, choć sam do końca nie był w stanie w to uwierzyć. – A przecież Nati mówiła, że według niej to niemożliwe.

Natasza roześmiała się dźwięcznie i odpowiedziała:

– Tak, oczywiście, cały czas podtrzymuję swoją tezę. W gruncie rzeczy jesteś blisko prawdy. Nasza wyprawa jest nieco podobna do podróży temporalnej, tyle że z punktu widzenia fizyki to zupełnie co innego. To jednak nie miejsce i pora, żeby o tym mówić i to wyjaśniać. Chcielibyśmy się teraz przenieść gdzieś, gdzie jest nieco spokojniej, i porozmawiać na poważne tematy, gdyż tu się nie da prowadzić żadnej konwersacji. Jest coraz głośniej, a kiedy zaczniemy się przekrzykiwać, to może ktoś w końcu zrozumieć, o czym mówimy, i nas po prostu zamkną w psychiatryku. Poza tym chcielibyśmy pokazać ci jeszcze kilka gadżetów.

– Co to są gadżety?

– Różne użyteczne wynalazki, takie jak choćby ten zegarek Gerarda czy słuchawki, a także te, których nie mogliśmy tu przynieść. Obiecuję, że po drodze wytłumaczę ci, skąd jesteśmy.

– A gdybym nie zdecydował się z wami nigdzie iść?

Natasza błyskawicznie rozpięła swoją torebkę, dobyła z niej niewielki pistolet i wycelowała w Roberta, nie unosząc broni ponad stół.

– Zawsze pozostaje argument ostateczny – powiedziała jak zwykle z promiennym uśmiechem na twarzy. – Niech cię nie zmyli, że jest taki mały. To Glock 26 na naboje Parabellum. Dziesięć w magazynku, więc nie jest to zabawka.

– Tak tylko zapytałem z przekory, Nati, chętnie z wami pójdę.

– Super. Gerard, zawołaj kelnera i zapłać za nas oraz za Roberta, a my wychodzimy.

Wstała od stołu.

Ruszyli w kierunku szatni. Robert odebrał swoją czapkę, a następnie pomógł kobietom założyć ich wierzchnie okrycia, po czym wyszli na zewnątrz, żeby poczekać na Gerarda.

Natasha zapytała Roberta:

– Co wiesz o kwantach, a w zasadzie o mechanice kwantowej?

– Wiem, że kwant to najmniejsza cząstka energii, jednak obawiam się, że o ich mechanice nie mam zielonego pojęcia.

– Tak myślałam. Istnieje jej kilka interpretacji. U was obowiązuje tak zwana interpretacja kopenhaska, której głównym autorem jest Niels Bohr. W mechanice kwantowej nie opisujemy zdarzeń wprost, lecz funkcję falową układu. Równanie Schrödingera mówi, jak ta funkcja się zmienia, a z niej oblicza się prawdopodobieństwa możliwych wyników. Wyobraź sobie, że zamykasz kota w pudełku. Razem z nim jest tam małe urządzenie, które wypuści truciznę, jeśli rozpadnie się jeden atom substancji promieniotwórczej. Dopóki pudełka nie otworzysz, nie wiesz, czy kot żyje, czy już nie. Mechanika kwantowa opisuje taki układ funkcją falową, w której oba te wyniki istnieją jednocześnie jako możliwości. Dlatego mówi się, trochę prowokacyjnie, że kot jest zarazem żywy i martwy. Dopiero otwarcie pudełka zmusza naturę, by pokazała nam jeden wynik. Żywy albo martwy. Rozumiesz mniej więcej, o co chodzi?

Widząc zdziwione spojrzenie Roberta, Nati dodała z uśmiechem:

– Oczywiście to tylko obrazowy eksperyment myślowy, nie przepis na znęcanie się nad kotami.

– Chcesz powiedzieć, że dopóki człowiek nie zajrzy, kot ma jednocześnie dwa losy. A kiedy zajrzy, dopiero wtedy los się rozstrzyga. Dobra… sens łapię, choć brzmi to jak drwina z rozsądku.

– Dobrze załapałeś i masz dużo racji, że to kpina z naszego rozumu, ale taka jest właśnie fizyka kwantowa.

– Wydaje mi się więc, że pojmuję. Czytałem kiedyś popularny artykuł o kwantach i o tym, że w mikroskali rządzi prawdopodobieństwo, a nie pewność, a ten przykład z kotem… mocny.

– No to jesteśmy w domu – powiedziała wyraźnie zadowolona Natasha. – To właśnie eksperyment myślowy Schrödingera, który miał dowieść, że zjawiska kwantowe mają wpływ nie tylko na cząstki elementarne, ale także na całkiem duże obiekty, jak koty czy ludzie. Taka interpretacja jest u was obowiązująca, gdyż nie wymyślono jeszcze nic innego.

Z Adrii wyszedł właśnie Gerard i zawołał:

– Dobra, moi drodzy, za rogiem zostawiłem samochód. No i może skończymy w końcu z tym angielskim, bo mi język kołowacieje.

– Gerard! Przecież wiesz, że ja ledwie mówię po polsku – odpowiedziała Satoko, wyraźnie się krzywiąc.

– Może nie mówisz, ale rozumiesz doskonale. Jak chcesz, możesz zresztą odzywać się po angielsku, wszyscy cię zrozumieją. Poza tym zawsze dobrze jest potrenować.

– _Fuck you_. Piepsić cię, Gerard, trenerł mi się znalasł – odpowiedziała Satoko ze skwaszoną miną.

– Dobra, idziemy do samochodu. Dojdziecie tam dziewczyny w tych swoich pięknych szpilkach? – zapytał już po polsku Gerard.

– Ja dojdę bez problemu, a Nati ma buty na zmianę w torbie.

Natasha właśnie siedziała na podstawie jednej z kolumn okalających wejście do Adrii i zmieniała swoje wysokie czółenka na dziwne buty przypominające obuwie baletnic. Po chwili wstała i oznajmiła:

– Jestem gotowa.

Gerard podał ramię Satoko i ruszyli przodem. Natasha zaś wzięła pod rękę Roberta i podążyli za nimi.

Do samochodu nie było nawet pięciu minut drogi, więc Natasha stwierdziła, że nie ma co zaczynać rozmowy o kwantach i podróżach w czasie. Robert spytał ją tylko o jej dziwne buty. Dowiedział się, że w świecie Natashy nazywają się „balerinki”. Z baletem łączy je jednak tylko nazwa i wygląd. Tam, skąd pochodzi cała trójka, są to bardzo popularne damskie buty na co dzień.

Kiedy minęli kolejny róg ulicy, ukazał się za nim Fiat tajemniczej trójki. Od razu zobaczyli, że jakiś typ manipuluje przy jego zamku. Pierwsza zareagowała Satoko. Błyskawicznie zrzuciła wysokie szpilki i puściła się biegiem w kierunku samochodu, krzycząc:

– Zostaff to auto skurłysynu!

Robert chciał rzucić się za nią, jednak Natasha przytrzymała go za rękę.

– I tak nie zdążysz nic zrobić, zresztą Satoko poradzi sobie bez problemu – stwierdziła, po czym schyliła się i podniosła z ulicy jej buty.

Faktycznie, Sato biła chyba rekord świata w sprincie. Momentalnie znalazła się przy samochodzie. Drab zdążył się już wyprostować i sięgał po coś do kieszeni, kiedy dziewczyna, będąc ze dwa metry od niego, wyskoczyła w powietrze, wyrzucając prawą nogę do przodu. Robert z odległości dwudziestu metrów usłyszał trzask łamanych kości, kiedy jej pięta trafiła nieszczęśnika dokładnie w szczękę. Poleciał do tyłu, ale nie upadł. Kiedy Sato wylądowała na ziemi, zrobiła krok do przodu i kopnęła go najpierw pomiędzy nogi, a potem kolanem w twarz. W tym momencie za plecami dziewczyny pojawił się drugi złodziej z nożem w ręku. Satoko albo musiała go zauważyć kątem oka, albo też była na tyle doświadczona, że wiedziała, co może się zdarzyć. Obróciła się i opadła plecami na ulicę. Jedną stopą zahaczyła o piętę napastnika, a drugą kopnęła go w kolano. Tym razem chrzęst wyłamywanego stawu był znacznie głośniejszy. Po pierwsze, byli już bliżej, po drugie, kolano jest trochę twardsze niż nos czy nawet szczęka.

Wszystko to trwało sekundy i było dla Roberta niemalże na granicy jego percepcji.

Dwóch niedoszłych złodziei leżało na ziemi, wijąc się z bólu, a nad nimi stała bosa dziewczyna w wieczorowej sukience. Co prawda była prawie taka wysoka jak Robert, jednak wydawała się drobna w porównaniu z pokonanymi osiłkami.

Delikatne pończochy miała całkowicie podarte i Robert dostrzegł, że jej paznokcie u nóg były pomalowane na ogniście czerwony kolor. Znów przeżył lekki szok.

Kiedy doszli na miejsce, Natasha trzymała już w ręku swój pistolet.

– Wszystko w porządku, Sato?

– Bułka z masłem. Jeden ma złamane kolano, drugi pewnie będzie chodził miesiąc z zadrutowaną szczęką – odpowiedziała Satoko i wyjęła z rąk koleżanki swoje pantofle.

– Co z nimi zrobimy? – spytała Nati, zatrzymując się nad zbirem ze złamanym kolanem.

Stanęła niestety za blisko i zbir chwycił ją za kostkę, cedząc w bólu:

– Masz ładne majteczki, paniusiu.

Satoko kopnęła go w szyję, bardziej od niechcenia niż po to, żeby mu cokolwiek zrobić, po czym drugą stopą zgniotła nadgarstek ręki, która chwyciła koleżankę. Tym razem zrobiła to z takim impetem, że Robert po raz trzeci w ciągu minuty usłyszał trzask pękających kości.

– Co za debil! – wysyczała. – Nie wystarczyło mu złamane kolano, to teraz jeszcze dłoń. A ty, Nati, nigdy nie stawaj tak blisko przeciwnika, nawet jeśli wydaje się pokonany. Mało razy ci mówiłam? Co byś mu zrobiła, zastrzeliłabyś go?

– Zwijamy się stąd, ale już – powiedział rozkazującym tonem Gerard, otwierając drzwi kierowcy. – Zaraz się ktoś przyplącze i będziemy musieli się gęsto tłumaczyć. A tych baranków zostawimy, na pewno był z nimi ktoś jeszcze na świecy, to im pomoże. Zresztą sami są sobie winni.

Natasha ze skwaszoną miną schowała pistolet do torebki i podała Sato kluczyki.

– Otwórz z drugiej strony i wpuść Roberta. Ja siądę z nim z tyłu i jeszcze pomęczę go kwantami.

Po chwili wszyscy znaleźli się w samochodzie i Gerard ruszył, mówiąc:

– Na Służewiec mamy kawałek drogi, więc chyba zdążysz wyłożyć Robertowi teorię Everetta?

– No właśnie, Hugh Everett trzeci… – zaczęła Natasha. – Wspominałam ci już, że istnieje wiele interpretacji mechaniki kwantowej. Oprócz kopenhaskiej, zwanej też klasyczną, istnieje także interpretacja Everetta zwana również, i tu zaczyna się robić ciekawie, interpretacją wielu światów. Nie znasz jej, gdyż powstała w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku. Choć oczywiście teoretycznie jest możliwe, ale mało prawdopodobne, że u was pojawiła się wcześniej. Wyobraź sobie jeszcze raz kota zamkniętego w pudełku razem z tym morderczym mechanizmem. Tylko że w teorii Everetta kot nie jest w żadnym stanie superpozycji, jest albo żywy, albo martwy. Bardzo jednoznacznie. W momencie, kiedy cząstka trafia w czujnik, który ma uwolnić gaz, żeby otruć kociaka, wszechświat dzieli się na dwa światy potomne. W jednym gaz rzeczywiście się uwalnia i zabija kota, w drugim w ogóle nie ma cząstki, która trafia na czujnik, i kotek sobie żyje. Sytuacja się powtarza, kiedy na czujnik ma paść następna cząstka. I następna, i następna. Każde zjawisko kwantowe powoduje rozdzielenie się uniwersum na kolejne światy potomne. Ogarniasz do tej pory?

– Znaczy się, czy rozumiem?

– No tak, „ogarniać” to w tym przypadku rozumieć, dokładnie ogarniać umysłem.

– Rozumiem, co mówisz, ale w głowie mi się to nie mieści. Przecież takich światów potomnych musi być nieskończona liczba.

– Nie do końca. Liczba jest oczywiście gigantyczna, jednak nie nieskończenie wielka. To, że ci się w głowie nie mieści, jest zrozumiałe. Naszym fizykom też się nie mieściło i dalej nie mieści, lecz najlepszym dowodem na to, że to właśnie Everett miał rację, jest to, że siedzę tu z tobą i ci o tym opowiadam.

– Jesteście więc z jednego z takich potomnych wszechświatów?

– Dokładnie tak – odpowiedziała Natasha. – Nazywamy to inną rzeczywistością kwantową albo po prostu wszechświatem równoległym.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij