Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Projekt Lux - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Projekt Lux - ebook

Miała pięć lat, kiedy ludzie zeszli pod ziemię: do piwnic, metra, kanałów, do nielicznych bunkrów lub schronili się w ciemnościach domów przekształconych w fortece. Niewiele pamiętała z tamtych czasów. Przypominała sobie duży dom obok starego dębu oraz samochód, którym ojciec wyjeżdżał do pracy. W wyniku uwolnienia tajemniczego wirusa Apokalipsa już się wydarzyła. Ocaleli tylko nieliczni, którym udało się schronić w podziemnych koloniach na różnych kontynentach. Próbują wieść życie podobne do tego sprzed katastrofy. W kolonii C19 mieszka jedyna osoba odporna na działanie wirusa. Gdy zaczyna odkrywać w sobie moc wymykającą się zarówno nauce, jak i religii, staje się zagrożeniem dla istot ze światła, które dążą do całkowitej zagłady ludzkości. Czy Apokalipsa naprawdę była dziełem przypadku? Czasem koniec świata to dopiero początek.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398129817
Rozmiar pliku: 904 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Nocne niebo roiło się od aniołów, które przybierały różnorodne formy – od pięknych i wielkich, po brzydkie i małe. Ich skrzydła trzepotały na wietrze, a one wpatrywały się w dal, w ciemną noc, w okna.

Zbliżał się koniec świata. W wielu miejscach stawał się coraz bardziej odczuwalny: wojny, powodzie, susze. Nawet ludzie, którzy dotąd się nad tym nie zastanawiali, zaczęli dostrzegać, że może nadejść szybciej, niż się spodziewali.

Jeden z aniołów, wyjątkowo piękny, siedział na konarze wielkiego, starego dębu i obserwował jeden z pospolitych domów przy zwykłej ulicy średniej wielkości miasta w dużym państwie. W tym domu mieszkała osoba, która budziła jego niepokój. To ona mogła zachwiać planem Boga, planem zniszczenia tego świata lub jego odrodzenia jako nowej ziemi po tych wszystkich ludzkich podłościach.

Ludzkość – jak stwierdził Bóg – nie zasługiwała już na ­żadną szansę.

Niestety, narodziny nowego Mesjasza mogły zniweczyć Jego plan oraz ich zejście na ziemię. Na szczęście ta osoba o niczym nie wiedziała, a anioł był świadomy, że tak powinno pozostać. Gdyby odkryła swoje moce, boski plan ległby w gruzach, a tego nie chciały ani anioły, ani demony, które po raz pierwszy od stuleci były ze sobą solidarne.

Apokalipsa to nie jeźdźcy, rydwany ani boski czy piekielny ogień. To byłoby zbyt banalne… Bóg miał inny, dostosowany do współczesnych czasów plan: ludzkość zniszczy siebie sama, tak jak niszczyła daną sobie planetę.

Nauka nie wyklucza Boga, a Bóg nauki.

Stworzony ostatnio bakteriofag T430 – szczyt techniki w terapii fagowej – połączył się z jednym z nieznanych dotąd mikrobów uwolnionych z topniejących lodowców Wyżyny Tybetańskiej. Sam demon Asmodeusz, poprzez niespodziewany sojusz z niebem, pomógł wydostać się obu patogenom ze ściśle strzeżonego chińskiego laboratorium. Powstała hybryda i, ku uciesze Boga, zaczęła działać.

Nowy mutant atakował komórki ludzkiej skóry, wywołując ciężką reakcję zapalną. Układ immunologiczny oszalał u wszystkich. Dodatkowo skóra płonęła pod wpływem światła, a ludzie umierali z bólu.

Aby przeżyć, schronili się w ciemności, zeszli do podziemi, jak szczury w kanałach.

Tylko jedna osoba wydawała się odporna.

Siedząc na starym dębie, Archanioł Michał w skupieniu obserwował ciemny dom.

Ona tam jest. Kiedy odkryje swoje moce – znajdą lekarstwo.

A drugiej szansy nie będzie.ROZDZIAŁ 1

Dwadzieścia lat po Apokalipsie, podziemia

Siedziała cicho, w dziecięcym pokoju, owinięta kawałkiem materiału, który kiedyś był kocem. Pozostały na nim skrawki jakiegoś dziwnego stworzenia z żółtą rączką i czymś, co wyglądało na spodenki.

Miała pięć lat, kiedy ludzie zeszli pod ziemię: do piwnic, metra, kanałów, do nielicznych bunkrów lub schronili się w ciemnościach domów, które przekształcili w fortece.

Niewiele pamiętała z tamtych czasów. Przypominała sobie duży dom obok starego dębu, samochód, którym ojciec – profesor medycyny na jednym z lokalnych uniwersytetów – wyjeżdżał do pracy. Miała starszego brata Roberta, który zawsze ściągał jej czapkę lub zabierał plecak spakowany przez mamę do przedszkola.

Robert miał szesnaście lat, kiedy to się zaczęło. Rzucił szkołę i wstąpił do samozwańczych bojówek, które wałęsały się po okolicy i polowały na anioły. Jedne przyglądały im się z góry, inne miały to nieszczęście, że dotknęły ziemi. Na początku były bezbronne, ale potem nauczyły się walczyć tak samo, jak ludzie.

Robert pewnego dnia nie wrócił. Zniknął. Tak po prostu. Zachowała w pamięci obraz brata jako przystojnego chłopaka z bujną czupryną ciemnych włosów.

Minęło dwadzieścia lat, a ona nigdy więcej go nie zobaczyła. A nawet jeśli, to nigdy już go nie rozpoznała. Ojciec też nie doczekał jego powrotu.

Do piwnicy zeszła z Betti, a niedługo potem dowiedziała się, że jej oszalała z rozpaczy matka wyszła szukać Roberta. Ona też nigdy nie wróciła – tak przynajmniej powiedziała jej Betti. Po latach nie była jednak pewna, ile z tego naprawdę pamięta, a ile dopowiedziała sobie później.

Została sama bez rodziny.

A potem na chwilę zniknęły anioły i demony. Zniknęło wszystko. Zostali tylko ludzie pogrążeni w ciemności i w nocnym życiu. Miasta urodziły się od nowa, ale w innej, mrocznej scenerii.

Bez dostępu do światła szczególnie dzieci zaczęły chorować, w ciemności narodziły się lęk, nierząd i nowy porządek. Prawo siły i walki o swoje.

Betti prowadzała ją do podziemnej szkoły i sama ją tam uczyła. Była lekarką jak tata.

Nad ranem ludzie zamykali okna, schodzili głębiej, kładli się spać, zostawali w podziemiu. I tylko ona wychodziła wtedy po cichu na słońce. Promienie jej nie zabijały. Wydawało się, że od dwudziestu lat to ona jedna ogląda błękitne niebo i wschody słońca.

DWADZIEŚCIA LAT PO APOKALIPSIE, POWIERZCHNIA ZIEMI

Słońce wschodziło powoli niepewne, czy powinno.

Stała na skraju zarośniętego ogrodu. Dawniej rosły tu róże. Ojciec przycinał je z przesadną dokładnością, a matka narzekała, że kolce niszczą jej rękawiczki. Teraz kolce oplatały zardzewiałą furtkę, a krzewy wystrzeliły wysoko, jakby próbowały dosięgnąć nieba, którego nikt już nie oglądał.

Światło padało na jej policzek. Nie odczuła bólu. Nigdy go nie doświadczyła. Przez chwilę stała nieruchomo, pozwalając, by promienie przesuwały się po jej skórze. Ciepło było prawdziwe, czyste, niegroźne. Od dwudziestu lat zastanawiała się, czy to słońce jest inne dla niej, czy to ona jest inna dla słońca.

Zamknęła powieki. Wtedy coś się zmieniło. Nie był to ból ani ciepło. Jakby powietrze zgęstniało, jakby świat, który od dwudziestu lat milczał, nagle wstrzymał oddech. Obecność. Otworzyła oczy. Na skraju ogrodu, pod starym dębem, stał mężczyzna. Nie widziała go wcześniej. Był wysoki, ubrany w coś, co przypominało długi, ciemny płaszcz. Jego włosy poruszały się lekko, choć nie wiał wiatr. Twarz miał spokojną, niemal doskonałą, jakby wyciosaną z jasnego kamienia. Patrzył na nią tak, jakby na coś czekał.

– Wiedziałem, że dziś wyjdziesz – powiedział.

Nie mówił głośno, a jednak jego głos rozchodził się wszędzie. Serce zabiło jej szybciej. Od dwudziestu lat była sama w świetle dnia.

– Kim jesteś? – zapytała cicho.

Mężczyzna uniósł wzrok ku niebu, jakby sprawdzał coś, czego ona nie mogła dostrzec.

– Kimś, kto miał już nigdy nie wracać.

Przez moment w jego oczach coś pociemniało. Żal? Wahanie?

– Oni myśleli, że jeśli znikną, przestaniesz być potrzebna.

– Oni? – powtórzyła.

Wtedy to zobaczyła. Cień za jego plecami nie pochodził od drzewa. Rozwinął się powoli, jakby ktoś rozsuwał zasłonę. Ogromne, ciemne skrzydła rozpostarły się na tle bladego poranka. Nie były czarne. Były nadpalone.

– Wiedziałem, że w końcu wyjdziesz – powtórzył.

Nie cofnęła się. Znała strach, ale ten był inny.

– Dlaczego słońce mnie nie zabija? – zapytała zamiast odpowiedzi.

Przez ułamek sekundy w jego oczach coś drgnęło.

– To nie jest pytanie, które powinnaś zadawać.

– A jednak ci je zadaję.

Światło przesuwało się po jego twarzy, lecz jakby nie docierało do niego, jakby należał do innej warstwy rzeczywistości.

– Świat został osądzony – powiedział spokojnie. – To, co się dzieje, nie jest przypadkiem. To jest końcowa korekta.

– Korekta? – Jej głos stwardniał. – Miliony ludzi gniją w kanałach, setki tysięcy nigdy w życiu nie widziało nieba.

– Ludzkość dostała wszystko – odparł – i zniszczyła to własnymi rękami. Teraz własnymi rękami się unicestwi.

Zrobił krok w jej stronę. Trawa pod jego stopą się nie ugięła.

– Ty jesteś anomalią. – Ostatnie słowo zawisło między nimi jak wyrok. – Błędem w równaniu. Odporność nie była przewidziana. Jednostkowa mutacja. Statystycznie pomijalna.

– Więc przyszedłeś mnie… naprawić?

Cisza. W oddali rozległ się metaliczny huk zamykanych krat. Miasto budziło się ze snu.

– Przyszedłem upewnić się, że jeszcze nie odkryłaś, czym jesteś – powiedział w końcu. – Jeśli to zrobisz, znajdziesz sposób, by zatrzymać proces.

– Jaki proces? To choroba.

– To Jego narzędzie.

Tym razem to ona zrobiła krok do przodu. Światło padło pełniej na jej twarz.

– O czym ty mówisz, być może jestem anomalią, odmieńcem czymkolwiek, ale nie prosiłam się o to!

– Nie masz wyboru.

– Każdy ma wybór.

Przez moment coś zadrżało w powietrzu. Światło zagęściło się wokół niej, jakby reagowało na jej słowa, na nią samą. Michał to zobaczył. I po raz pierwszy jego spokój zniknął.

– Nie wychodź już więcej – powiedział ciszej. – Jeśli inni się dowiedzą… – Przerwał i po chwili dodał: – Nie będę mógł cię ochronić.

– Myślałam, że masz mnie zniszczyć.

– Mam dopilnować planu.

– A plan mówi, żebym umarła?

Nie odpowiedział. Plan mówił coś gorszego: jeśli zacznie się budzić – zginie. Ona i jej brat.ROZDZIAŁ 2

Dzień Apokalipsy, dom profesora Wysockiego

Pierwsze, co zapamiętał, to zapach. Nie krwi i nie dymu. Ozonu. Powietrze pachniało jak przed burzą, choć niebo było czyste. Zbyt czyste.

Słońce wisiało wysoko, a ludzie na ulicy zaczynali krzyczeć. Miał szesnaście lat i uważał, że świat może kończyć się jedynie na ekranie telewizji, a nie na jego osiedlu.

– Robert, wracaj do domu! – zawołał ojciec z podjazdu.

Nie posłuchał.

Na niebie pojawiły się sylwetki. Najpierw wyglądały jak ptaki, potem jak spadające liście, następnie jak coś, czego nie powinno się widzieć w pełnym świetle dnia.

Skrzydła.

Ktoś ukląkł obok niego, ktoś inny rzucił kamieniem – nie doleciał. Jedna z postaci opadła na dach pobliskiego bloku. Uderzenie było ciche. Zbyt ciche jak na coś tak dużego.

Robert poczuł coś, czego wcześniej nie znał. Wściekłość.

– To przez nich – syknął ktoś obok. – To oni przynieśli to świństwo.

Media donosiły o pierwszych przypadkach. Skóra ludzi czerwieniła się i pękała, jakby paliła się od środka. W szpitalach panował chaos. Jego ojciec rano zamknął się w gabinecie i do południa z niego nie wychodził.

Potem się zaczęło.

Ludzie w panice wybiegali na ulice, szukali pomocy. Ci, którzy zostali na słońcu zbyt długo, krzyczeli. Ich skóra dymiła, oczy łzawiły krwią.

Miasto ogarnęła histeria. Tydzień później szkoły przestały istnieć. Dwa tygodnie później dotychczasowe prawo już nie obowiązywało.

KILKA DNI PO APOKALIPSIE, MAGAZYNY

Robert stał razem z grupą chłopaków niewiele starszych od siebie. W rękach trzymali swoje zdobycze: metalowe pręty, noże, jedną starą strzelbę.

– One nie są nietykalne – mówił łysy młody mężczyzna z blizną na twarzy. – Spadają. Krwawią. Można je zranić.

– A po co? – zapytał ktoś inny.

Ten z blizną splunął na beton.

– Bo to ich wojna.

Robert wtedy nie wierzył jeszcze w wojnę. Wierzył w coś ­innego: w to, że jeśli nic nie zrobi, jego rodzina zginie.

Pierwszego anioła z bliska zobaczył trzy dni później. Leżał w ruinach supermarketu. Skrzydło miał wykręcone pod nienaturalnym kątem. Twarz miał… ludzką. Zbyt spokojną jak na kogoś, kto przed chwilą został zrzucony z nieba.

Robert podszedł pierwszy.

– Nie podchodź – ostrzegł ktoś.

Anioł otworzył oczy. Nie było w nich nienawiści ani strachu. Było zmęczenie.

– To nie my – powiedział cicho.

Robert nie zapytał, co to znaczy. Uderzył. Metalowy pręt spotkał się z kością. Tego dźwięku nie zapomniał już nigdy. To był moment, w którym przestał być chłopcem. Do domu wrócił po zmroku. Ojciec siedział przy stole, twarz miał zapadniętą.

– Gdzie jest mama? – zapytał Robert.

Ojciec milczał zbyt długo.

– Wyszła.

– Po co?

– Szukać cię.

Wtedy po raz pierwszy poczuł strach. Nie o świat. O to, że już nic nie kontroluje.

Przez trzy dni ludzie chowali się w piwnicach. Okna zabijali deskami. Ojciec sprowadził ich do podziemia domu.

– To przejdzie – powtarzał.

Nie przeszło, ale Robert nie zachorował.

Najpierw myślał, że to kwestia czasu. Dni mijały, skóra innych pękała, a jego pozostawała nienaruszona. Pewnego ranka wyszedł na zewnątrz. Słońce uderzyło go prosto w twarz. Nic się nie stało. Spojrzał na swoje dłonie – drżały, ale nie z bólu, z czegoś innego, z dziwnej mocy.

Kilka dni później, nocą, ich dom został zaatakowany. Nie przez anioły, tylko przez ludzi. Szukali jedzenia, leków, informacji. W chaosie ktoś wrzucił koktajl Mołotowa. Ogień objął parter. Ktoś krzyknął, żeby zabrał siostrę na stałe do piwnicy, ale kiedy wszedł do środka, już jej tam nie było. Ani jej, ani matki, ani Betti.

Następnego dnia, ostatni raz spojrzał na coś, co było dla niego najdroższe w życiu, jego dom, a potem wyszedł w pełne światło dnia. Ludzie zobaczyli, że słońce nie jest dla niego groźne.

– On jest jednym z nich – powiedział ktoś.

To był moment, w którym stracił dom i zyskał legendę.ROZDZIAŁ 3

Dzień przed Apokalipsą, Uniwersytet Thinghua, Chiny

Aula biologii molekularnej na Uniwersytecie Tsinghua była wypełniona po brzegi. Na ekranie za plecami profesora widniało zdjęcie rdzenia lodowego – biało-niebieska kolumna z wyraźnymi warstwami historii Ziemi.

Profesor Zhang Wei mówił spokojnie, niemal z dumą.

– Wyżyna Tybetańska jest archiwum biologicznym planety. W warstwach wiecznej zmarzliny znajdujemy mikroorganizmy uśpione przez tysiące lat. Bakterie, cząstki wirusopodobne, fragmenty RNA, które pamiętają epokę, w której człowiek jeszcze nie istniał.

Slajd się zmienił. Teraz widoczna była struktura bakteriofaga.

– W naszym instytucie prowadzimy projekt „T430”. To modyfikowany bakteriofag nowej generacji. Zaprojektowany tak, by selektywnie infekować bakterie oporne na antybiotyki i przenosić precyzyjnie wybrane sekwencje genetyczne. Terapia fagowa przyszłości.

Na kolejnym slajdzie pojawił się schemat: bakteria, fag, wymiana materiału genetycznego.

– Zjawisko transdukcji – wyjaśnił. – Fagi mogą przenosić fragmenty DNA między bakteriami. W kontrolowanych warunkach wykorzystujemy to jako narzędzie.

Studentka z pierwszego rzędu uniosła rękę.

– Profesorze, a jeśli pradawne sekwencje z rdzeni lodowych weszłyby w interakcję z modyfikowanym fagiem, czy mogłoby dojść rekombinacji i powstania nowej jednostki wirusowej zdolnej infekować różne organizmy?

W sali zapadła cisza.

Zhang Wei uśmiechnął się z wyraźną satysfakcją.

– Teoretycznie biologia zna zjawisko rekombinacji. Jednak aby cząstka wirusowa była zdolne do infekowania komórek ssaczych, potrzebne są trzy elementy: kompatybilność receptorowa, stabilność środowiskowa oraz zdolność do ekspresji w komórce gospodarza. To niezwykle złożone warunki – odpowiedział profesor. – Nasze laboratoria pracują w standardzie najwyższego poziomu bezpieczeństwa. Mamy hermetyczne komory, wielostopniowe filtry i system ujemnego ciśnienia. Nie ma fizycznej możliwości, by cokolwiek wydostało się na zewnątrz.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie kompleksu badawczego na obrzeżach Pekinu.

– Nauka wymaga odwagi, ale kontrolowanej – oznajmił.

Tego samego dnia wieczorem Zhang Wei wrócił do laboratorium.

Próbka 47B z rdzenia lodowego Wyżyny Tybetańskiej była w fazie zaawansowanych testów interakcyjnych z bakteriofagiem T430. W komorze kriogenicznej rozmrażano fragment z warstwy datowanej wstępnie na czternaście tysięcy lat. W próbce wykryto bakterie przetrwalnikowe, nieznane wcześniej sekwencje RNA i cząstki wirusopodobne o nietypowej budowie kapsydu.

Zhang obserwował na monitorze wykresy replikacji. Krzywa była wyższa, niż przewidywał model.

– Adaptacja do środowiska hodowli – mruknął.

W systemie zamkniętym bakteriofag T430 infekował bakterie z próbki 47B, dochodziło do przenoszenia fragmentów materiału genetycznego.

Po siedemdziesięciu dwóch godzinach automatyczny sekwencjonator DNA zarejestrował coś nowego – mozaikową ­strukturę genomu. Cząstka nie była już klasycznym fagiem. Nie była też znanym wirusem RNA. Wykazywała ekspresję białka, które w testach in vitro wiązało się z receptorem obecnym w komórkach nabłonka ssaków.

– To niemożliwe – szepnęła techniczka Mei Lin.

Zhang milczał. Analizował obraz mikroskopowy, który pokazywał cząstki o podwójnej naturze. Struktura przypominała kapsyd bakteriofaga z powierzchniowymi wypustkami charakterystycznymi dla wirusów zdolnych do interakcji z komórkami eukariotycznymi.

– Zamrozić próbkę – polecił. – Natychmiast.

System rozpoczął procedurę. Alarm różnicy ciśnień w module inkubacyjnym uruchomił się o szóstej siedemnaście rano następnego dnia. Krótki, ledwie zauważalny. Filtry działały, hermetyczne drzwi były zamknięte, jednak podczas chwilowej destabilizacji gaz z komory przedostał się do wtórnego obiegu powietrza w strefie technicznej. Liczba cząstek była znikoma, ale wystarczająca.

Trzy dni później Mei Lin zgłosiła podrażnienie skóry. Zaczerwienienie. Świąd. Nie powiązano tego z incydentem.

Czwartego dnia wyszła na dziedziniec instytutu. Słońce było łagodne. Jej krzyk było słychać przez zamknięte okna. Jej skóra w świetle UV zareagowała gwałtowną reakcją zapalną. Komórki naskórka, zakażone nową jednostką, produkowały białka fotoreaktywne. Układ immunologiczny odpowiedział burzą cytokin. Tkanki zaczęły ulegać autodestrukcji. Nie słońce ją paliło, lecz jej własne ciało.

Wewnętrzny raport oznaczono najwyższą klauzulą tajności.

Oficjalnie zapisano: „Nie stwierdzono naruszenia procedur bezpieczeństwa. Prawdopodobna spontaniczna rekombinacja materiału genetycznego”.

Zhang Wei siedział sam w gabinecie. Patrzył na sekwencję nowej jednostki. Coś było w niej niepokojąco… zoptymalizowane. Fragmenty RNA zdawały się układać z matematyczną precyzją, jakby proces ich selekcji przyspieszył nienaturalnie, jakby ewolucja dostała impuls.

Tydzień później odnotowano pierwszy przypadek poza instytutem, dwa tygodnie później – na lotnisku w Pekinie. Miesiąc później cały świat chował się przed słońcem.ROZDZIAŁ 4

Rok po Apokalipsie, siedziba WHO, Szwajcaria

Siedziba Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) była pogrążona w półmroku, mimo że był środek dnia. Rolety opuszczono rutynowo – bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Na ekranie konferencyjnym pojawiło się połączenie z Centrami Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) w Atlancie.

– Słyszycie nas w Genewie? – zapytała doktor Elena Morales, dyrektor CDC.

– Tak. Możemy zaczynać – odpowiedział dyrektor Sekcji Chorób Zakaźnych WHO.

Na stole leżały raporty z ostatnich dwunastu miesięcy. Wykresy nie pozostawiały złudzeń. Populacja świata zmniejszyła się o jedną trzecią.

Doktor Morales przełączyła slajd.

– Patogen, który klasyfikujemy jako rekombinowaną jednostkę RNA, wykazuje dwufazowy mechanizm infekcji.

Na ekranie pojawił się schemat skóry.

– W pierwszej fazie kolonizuje mikrobiom skóry. Infekuje bakterie żyjące naturalnie na naskórku, tam się namnaża, ale przez kilka dni, czasem tydzień, nie daje objawów.

– To tłumaczy globalne rozprzestrzenienie – wtrącił epidemiolog z WHO. – Zanim pojawiły się pierwsze ciężkie ­przypadki, wirus był już na wszystkich kontynentach.

Morales skinęła głową.

– W drugiej fazie przechodzi do komórek ludzkich. Wykorzystuje receptor obecny na keratynocytach, czyli komórkach naskórka. Receptor ten jest wysoce konserwatywny ewolucyjnie i niemal identyczny u wszystkich ludzi.

– Czyli brak naturalnej odporności populacyjnej – podsumował ktoś z Genewy.

– Właśnie.

Kolejny slajd pokazał reakcję komórkową.

– Po wniknięciu do komórek skóry wirus uruchamia ekspresję białek fotoreaktywnych. Same w sobie nie są destrukcyjne. Problem zaczyna się pod wpływem promieniowania UV – kontynuowała, wyświetlając na ekranie symulację. – Promieniowanie UV je aktywuje. Dochodzi do gwałtownej reakcji zapalnej. Układ immunologiczny odpowiada nadprodukcją cytokin i występuje klasyczna burza cytokinowa. Tkanki ulegają autodestrukcji.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

– Czyli to nie słońce pali ludzi – podsumował ktoś cicho.

– Nie – potwierdziła Morales. – To układ odpornościowy niszczy ciało w reakcji na światło.

Doktor Chen z WHO zabrał głos:

– Potwierdziliśmy transmisję drogą aerozolową. Mikrocząsteczki wirusa są stabilne w powietrzu w niskiej temperaturze i przy niskiej wilgotności.

– Dodatkowo przenosi się przez kontakt skóra do skóry oraz w zamkniętych przestrzeniach poprzez gaz – wtrąciła Morales. – Mamy również dowody na obecność materiału wirusowego w wodzie ściekowej w pierwszych tygodniach pandemii.

– Czyli wszędzie – westchnął ktoś z Genewy. – Powietrze, dotyk, środowisko.

– Tak. A faza bezobjawowa umożliwiła swobodne podróże lotnicze przez pierwsze tygodnie.

Na ekranie pojawiła się mapa świata sprzed roku. Czerwone punkty rozlewały się jak krew.

– Aktualna liczba potwierdzonych zgonów – kontynuował Chen – to dwa miliardy sto milionów. Kolejne osiemset milionów żyje w permanentnym ukryciu, unikając ekspozycji na światło dzienne.

– Wskaźnik urodzeń spadł o sześćdziesiąt procent – dodała Morales. – Dzieci urodzone w warunkach chronicznego niedoboru światła wykazują zaburzenia rozwoju układu kostnego i odpornościowego.

– Mamy jakieś przypadki odporności? – padło pytanie.

Morales się zawahała.

– Pojedyncze raporty. Niepotwierdzone. Statystycznie nieistotne.

Na stole leżały projekty rekomendacji dla rządów: globalne zaciemnienie miast – konstrukcje osłonowe nad dzielnicami mieszkalnymi; zmiana trybu funkcjonowania społeczeństwa – aktywność nocna; filtry UV w przestrzeni publicznej; próby modulacji odpowiedzi immunologicznej – leki hamujące burzę cytokinową oraz badania nad blokowaniem receptorów keratynocytów.

– Problem w tym – powiedział dyrektor WHO – że blokując receptory, ryzykujemy poważne zaburzenia funkcji skóry. To nie są zbędne białka. To podstawowe elementy jej budowy.

– Próby szczepionki? – znów zapytał ktoś z Genewy.

– Trwają – odpowiedziała Morales – ale wirus wykazuje wysoką zmienność. Szybko się adaptuje.

– Jakby był… – mruknął ktoś – …zoptymalizowany.

Nikt nie podjął tego wątku. Cisza była bardzo wymowna.

– Rok temu mówiliśmy tylko o epidemii – powiedział dyrektor WHO. – Dziś mówimy o nowej rzeczywistości.

Za oknami Atlanty wstawało słońce, w budynku CDC rolety opadły automatycznie.

– Jeśli nie znajdziemy sposobu na zahamowanie reakcji fotoreaktywnej ludzkość przestanie być gatunkiem dziennym – podsumowała Morales i zakończyła połączenie.

Na świecie zaczynał się właśnie kolejny dzień, którego po raz kolejny większość ludzi nie zobaczy.

ROK PO APOKALIPSIE, BIAŁY DOM, WASZYNGTON, DYSTRYKT KOLUMBII, 23.40 CZASU LOKALNEGO

Podziemna aula Białego Domu była oświetlona chłodnym, sztucznym światłem. Na ścianie wisiał ekran z mapą świata. Czerwone strefy obejmowały niemal wszystkie kontynenty.

Przy stole siedzieli przedstawiciele rządu USA, wojska oraz nauki. Obecni byli dyrektor CDC, doradcy epidemiologiczni oraz przedstawiciel Departamentu Obrony. Połączenie z Genewą i sztabem kryzysowym WHO było aktywne.

Prezydent milczał od kilku minut, w końcu powiedział:

– Proszę podsumować.

Sekretarz zdrowia przesunął dokumenty i powiedział:

– Potwierdzamy mechanizm reakcji fotoreaktywnej. Wirus replikuje się w komórkach naskórka. Pod wpływem promieniowania UV dochodzi do nadprodukcji cytokin. Uszkodzenia przypominają oparzenia czwartego stopnia, ale są wynikiem odpowiedzi immunologicznej, a nie bezpośredniego działania promienio­wania.

– Dlaczego wszyscy? – zapytał ktoś z końca stołu. – Dlaczego nie mamy odporności?

Dyrektor CDC doktor Elena Morales bez wahania odpowiedziała:

– Wirus wykorzystuje receptor obecny u wszystkich ludzi. Nie obserwujemy znaczących różnic w populacji, dlatego naturalna odporność jest praktycznie zerowa.

Generał z Departamentu Obrony nachylił się nad stołem i podsumował informacje:

– Czyli mamy patogen, który przenosi się drogą powietrzną, przez kontakt skóra do skóry i potencjalnie przez wodę, z okresem bezobjawowym i globalnym zasięgiem.

– Tak – potwierdziła dyrektor CDC.

– Ilu zmarło?

– Sześćset czterdzieści milionów w USA i Ameryce Północnej, globalnie ponad dwa miliardy.

Zapadła ciężka cisza.

Po długiej chwili sekretarz obrony przełączył slajd.

– Projekt Noctis zakłada przebudowę infrastruktury państwowej pod funkcjonowanie nocne, zbudowanie zadaszenia nad kluczowymi miastami, stworzenie sieci filtrów UV oraz ograniczenie aktywności dziennej do zera.

– To oznacza upadek gospodarki dziennej – zauważył doradca ekonomiczny.

– Ona już nie istnieje – odparł chłodno generał.

– Druga kwestia: nadzór wojskowy nad badaniami. Wojsko będzie miało pełną kontrolę nad laboratoriami czwartego poziomu bezpieczeństwa – kontynuował sekretarz.

– To nie jest broń biologiczna – zaprotestowała doktor Morales.

– Jeszcze nie.

– Sugeruje pan wykorzystanie go ofensywnie?

– Sugeruję, że jeśli ktoś zrozumie mechanizm, dostanie narzędzie o skali, której nie potrafimy przewidzieć.

Prezydent podniósł wzrok.

– Nie użyjemy tego jako broni.

Generał nie odpowiedział wprost.

– Zamierzamy zrozumieć wszystko, co może dać nam przewagę.

– Otrzymaliśmy kilka niezweryfikowanych raportów o osobach niewykazujących reakcji fototoksycznej – powiedział analityk wywiadu.

– Ile?

– Pojedyncze. Rozproszone. Brak danych genetycznych.

– Znajdźcie ich – powiedział prezydent spokojnie. – Natychmiast.

Dyrektor CDC spojrzała na niego uważnie i powiedziała:

– Jeśli istnieją osoby odporne, ich organizmy mogą zawierać klucz do zahamowania reakcji immunologicznej.

– Albo coś więcej – dodał cicho generał.

– Ogłaszamy stan nadzwyczajny na czas nieokreślony, całkowite przejście na tryb nocny, federalne wsparcie dla budowy osłon UV oraz wojskowy nadzór nad badaniami. Was obowiązuje absolutna tajność informacji o potencjalnej odporności – podsumował prezydent.

– Ludzie potrzebują nadziei – zauważył ktoś.

– Nadzieja bez kontroli to chaos – odpowiedział generał.

Za ścianą auli noc była gęsta i cicha.

Na powierzchni świata, miasta zaczynały przypominać podziemne organizmy – żyjące tylko po zmroku, chowające się przed światłem.

Gdzieś daleko dwoje ludzi jeszcze nie wiedziało, że właśnie stali się najcenniejszym zasobem tej planety.ROZDZIAŁ 5

Pięć lat po Apokalipsie, Watykan, Włochy

Noc nad Watykanem była nienaturalnie cicha. Plac św. Piotra tonął w mroku. Reflektory wyłączono, gdy światło stało się zagro­żeniem.

W podziemiach Pałacu Apostolskiego, w sali, do której dostęp mieli tylko nieliczni, trwała narada. Przy długim stole siedzieli kardynałowie, Prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kilku teologów oraz papież.

Obecny był też młody mężczyzna w czarnej sutannie, około dwudziestopięcioletni, spokojny, z twarzą człowieka, który widział za dużo – Matteo Arduini, kleryk świeżo po wstąpieniu do seminarium. Był jednym z nielicznych, którzy przeżyli ekspozycję na pełne światło słoneczne bez oparzeń, bez reakcji immunologicznej, bez śladów choroby – był odporny.

Na stole leżały dokumenty opatrzone pieczęcią Archiwum Apostolskiego. Kardynał Borgia przesunął jeden z pergaminów w stronę papieża.

– Dokument datowany na rok tysiąc trzysta czterdziesty ósmy. Czas Czarnej Śmierci. Wzmiankuje o „Istotach Światła, które zejdą, gdy ludzkość zatraci równowagę”.

– To metafora – wtrącił inny kardynał i kontynuował: – Symboliczne ujęcie kary Bożej.

– A jeśli nie? – zapytał cicho Matteo.

Zapadła cisza.

W dokumentach pojawiały się opisy: „światło, które nie daje życia, lecz obnaża”; „ludzie spalani nie przez ogień, lecz przez własne ciało”; „znak na skórze jak po dotknięciu słońca, lecz bez płomienia”.

Teksty były ukrywane. Opatrzone notą: Non divulgandum. Panicorum causa – „Nie ujawniać. Grozi paniką”.

– Mówimy o pandemii, nie o aniołach – powiedział kardynał Rossi. – Wirus, reakcja immunologiczna, białka fotoreaktywne. Nauka to wyjaśniła.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij