Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Projekt: (Nie)odpowiedni facet - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 sierpnia 2026
5090 pkt
punktów Virtualo

Projekt: (Nie)odpowiedni facet - ebook

Nina Harrington to kobieta o dwóch twarzach. Za dnia ceniona i uznana pani architekt, nocą „Mścicielka z TikToka”, która ocenia i analizuje randki swoich obserwatorek. Odhaczyła już tyle red flagów, że Pentagon mógłby z niej zrobić system wczesnego rozpoznawania. Kobiety ją kochają, a mężczyźni nienawidzą, bo rozszyfrowuje ich szybciej, niż zdążą się przedstawić.

Wszystko się zmienia, gdy Nina postanawia wyjść zza ekranu telefonu i podjąć się zlecenia specjalnego. Na prośbę jednej ze swoich fanek zgadza się przetestować mężczyznę, który wydaje się zbyt idealny, by mógł być prawdziwy. ​Tylko jak realizować tak ryzykowny projekt na terytorium wroga, bez mapy i planu ewakuacji? Zwłaszcza gdy obiekt badań okazuje się genialnym graczem, serce Niny zaczyna przejmować kontrolę, a wszystkie jej niezawodne dotąd systemy ostrzegawcze nagle milkną…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68837-23-0
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Nina

PRZE­SZŁO­ŚĆ

Rzęsi­sty deszcz prze­si­ąka przez dach na­sze­go pro­wi­zo­rycz­ne­go sza­ła­su, zbu­do­wa­ne­go z pa­ty­ków, li­ści i mchu. Sie­dzę w środ­ku z dzie­cia­ka­mi z sąsiedz­twa, a na na­sze wy­ma­za­ne bło­tem twa­rze spa­da­ją drob­ne kro­ple, roz­my­wa­jąc wo­jen­ne ma­ski.

Na­gle do na­szych uszu do­cie­ra dźwi­ęk ła­ma­nych ga­łązek, in­for­mu­jący, że nasz wróg, czy­li ban­da ło­bu­zów z dru­gie­go osie­dla się zbli­ża. Te wstręt­ne rze­zi­miesz­ki rosz­czą so­bie pra­wo do toru prze­szkód, któ­ry zro­bi­li­śmy ty­dzień temu. Mało, że ba­wią się tam bez na­sze­go po­zwo­le­nia, to jesz­cze go psu­ją. Po ich ostat­niej wi­zy­cie sta­ran­nie uło­żo­ne opo­ny były po­przew­ra­ca­ne, a wszyst­kie de­ski po­ła­ma­ne. Nie mó­wi­ąc już o pu­stych pusz­kach po na­po­jach i in­nych śmie­ciach, któ­re po so­bie zo­sta­wi­li. Ni­g­dy wi­ęcej nie po­zwo­li­my im tam we­jść!

– Ray, masz pa­ty­ki? – py­tam chło­pa­ka sie­dzące­go na­prze­ciw­ko mnie.

– Mam.

– Wia­dra z bło­tem go­to­we?

– Tak jest! – od­po­wia­da ci­cho Noah.

– Szysz­ki?

– Tak! – Te­raz wszy­scy udzie­la­ją od­po­wie­dzi chó­rem.

– Ka­wa­łki kory?

– Tu­taj!

A więc wszyst­ko go­to­we na osta­tecz­ne star­cie!

– Tek­tur­ka? – szep­cze jesz­cze Ray. Tę ksyw­kę zy­ska­łam po tym, jak kie­dyś za po­mo­cą zna­le­zio­nych w ga­ra­żu sta­rych kar­to­nów zbu­do­wa­łam wiel­ki fort i w do­dat­ku urządzi­łam go jak kró­lew­ski za­mek. – Tyl­ko nie bierz na sie­bie Pul­pe­ta.

– Dla­cze­go? – dzi­wię się.

– Na przy­kład dla­te­go, że masz tyl­ko dzie­wi­ęć lat, a on je­de­na­ście.

– Pul­pet to mi­ęczak. Po­ra­dzę so­bie z nim – od­po­wia­dam dziar­sko i nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że tak wła­śnie będzie. Tata od za­wsze mi po­wta­rza, że je­stem naj­sil­niej­szą i naj­mądrzej­szą dziew­czyn­ką na świe­cie, więc je­że­li kie­dy­kol­wiek za­brak­nie mi siły fi­zycz­nej, mogę użyć mocy in­te­lek­tu!

– Wiem, że ty so­bie po­ra­dzisz, ale nasz sza­łas? Prze­cież jak on za­cznie do cie­bie biec, może spo­wo­do­wać trzęsie­nie zie­mi. A tego na­sza bu­dow­la może już nie prze­trwać…

Ten ko­men­tarz wy­wo­łu­je w nas śmiech, ale szyb­ko za­mie­ra nam na ustach, gdy na­gle sły­szy­my na­wo­ły­wa­nie mo­jej mamy.

– Nina?! Nino, gdzie je­steś?!

– Mama? – Marsz­czę brwi i wy­chy­lam gło­wę zza sza­ła­su.

– Nina, skar­bie – Moja ro­dzi­ciel­ka na­tych­miast pod­bie­ga do mnie z pa­ra­sol­ką i bie­rze za rękę. A więc to ona się zbli­ża­ła, nie nasi wro­go­wie… – Mu­si­my iść.

Mój brzuch ści­ska się nie­przy­jem­nie.

– Ale gdzie? Coś się sta­ło?

Mama jest zde­ner­wo­wa­na. Czu­ję, jak jej pal­ce drżą, a cia­ło jest nie­na­tu­ral­nie sztyw­ne.

– Wy­je­żdża­my. I to te­raz, za­raz.

– Jak to wy­je­żdża­my? Gdzie? Dla­cze­go!?

Nie od­po­wia­da, tyl­ko ci­ągnie mnie nie­stru­dze­nie w stro­nę domu. Dro­ga jest nie­rów­na i śli­ska; co chwi­lę się po­ty­ka­my.

– Mamo, gdzie je­dzie­my? – pró­bu­ję uzy­skać od­po­wie­dź, ale za­miast od­po­wie­dzi sły­szę szloch, któ­ry na­pe­łnia mnie praw­dzi­wym prze­ra­że­niem. Ona ni­g­dy się tak nie za­cho­wu­je.

– Nie martw się, po­ra­dzi­my so­bie. Wszyst­ko będzie do­brze, ko­cha­nie – mówi drżącym, gru­bym gło­sem. – Wszyst­ko będzie do­brze.

– Nie! – Za­trzy­mu­ję się gwa­łtow­nie i wy­ry­wam dłoń z jej uści­sku. Nie po­sta­wię ani jed­ne­go kro­ku wi­ęcej, póki się nie do­wiem, co się dzie­je. – Gdzie je­dzie­my? I gdzie jest tata?

W tej sa­mej chwi­li, zza drzew na skra­ju par­ku, gdzie wła­śnie sto­imy, do­strze­gam go wy­cho­dzące­go z domu.

– Twój oj­ciec… – Gło­wa mamy opa­da, jak­by nie mia­ła siły utrzy­mać jej w pio­nie. Albo jak­by sta­ra­ła się ukryć łzy… – On…

Moje ser­ce za­czy­na się tłuc w pier­si co­raz moc­niej. Co chwi­la zer­kam na mężczy­znę w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, któ­ry po­ja­wił się w moim ży­ciu, gdy mia­łam dwa lata i z miej­sca stał się moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, ry­ce­rzem w lśni­ącej zbroi i pierw­szym go­ściem na her­bat­ko­wych przy­jęciach.

– On od­cho­dzi – wy­pły­wa z ust mamy, a w moim gar­dle za­czy­na ro­snąć wiel­ka, bo­le­sna gula.

Na­gle na­bra­nie po­wie­trza nie wy­da­je się już tak ła­twe. Prze­no­szę wzrok na tatę, ob­ser­wu­jąc, jak otwie­ra ba­ga­żnik sa­mo­cho­du i coś do nie­go wrzu­ca.

– Gdzie od­cho­dzi? – Uda­je mi się ja­koś wy­krztu­sić, pod­czas gdy moje oczy wci­ąż śle­dzą ka­żdy jego ruch.

Mama pod­cho­dzi do mnie, od­kła­da pa­ra­sol­kę i chwy­ta mnie za ra­mio­na.

– Od nas, skar­bie… – Kuca i uj­mu­je moją bro­dę, zmu­sza­jąc, bym na nią spoj­rza­ła. Do­strze­gam, jak bar­dzo ma czer­wo­ne oczy, i to prze­ra­ża mnie jesz­cze moc­niej. – Cza­sem dzie­je się tak, że do­ro­śli się roz­sta­ją i…

– Ale ja nie je­stem do­ro­sła i nie chcę się z nim roz­sta­wać! – opo­nu­ję wście­kle, nie da­jąc jej do­ko­ńczyć.

– Wiem, ko­cha­nie. – Milk­nie, a ja w tym cza­sie znów spo­glądam na wsia­da­jące­go do sa­mo­cho­du ojca. – Ale cza­sem trze­ba po­że­gnać się z lu­dźmi, na­wet je­śli bar­dzo tego nie chce­my. Spa­ku­je­my naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i jesz­cze dziś wy­je­dzie­my.

– Ale dla­cze­go? Tata już mnie nie chce? Zro­bi­łam coś złe­go? – Do oczu pod­cho­dzą mi łzy, a na języ­ku po­ja­wia się gorz­ki, okrop­ny po­smak. Chcę prze­łk­nąć, ale mam ca­łkiem su­cho w ustach.

– Nic, kot­ku! – Mama na­tych­miast za­my­ka mnie w ob­jęciach i za­czy­na gło­śno szlo­chać. – To nie jest two­ja wina. Ty je­steś wspa­nia­ła. Naj­lep­sza. Ide­al­na.

To samo sły­sza­łam od taty, a te­raz pa­trzę, jak wy­je­żdża…

– Ja­koś so­bie po­ra­dzi­my. Przy­si­ęgam – za­pew­nia gor­li­wie, nie prze­sta­jąc mnie gła­skać po gło­wie.

Ale ja nie chcę so­bie ra­dzić. Nie chcę się wy­pro­wa­dzać ani roz­sta­wać z tatą!

Gdy do mo­ich uszu do­bie­ga dźwi­ęk od­pa­la­ne­go sil­ni­ka, nie­wie­le my­śląc, wy­ry­wam się z ob­jęć mamy i ru­szam pędem w stro­nę pod­jaz­du. Łzy ciek­ną mi po po­licz­kach, klat­ka pier­sio­wa boli, jak­by usia­dł na niej słoń, a na­si­la­jący się deszcz sma­ga mnie bru­tal­nie po twa­rzy.

– Tato! – krzy­czę, usi­łu­jąc za­głu­szyć ule­wę oraz od­głos pra­cu­jące­go sil­ni­ka, ale mi się nie uda­je. On nie sły­szy. – Tato, za­cze­kaj!!

Puls dud­ni mi w uszach, pa­ni­ka wy­pe­łnia ser­ce, a nogi plączą się o sie­bie bez­rad­nie. Mimo to bie­gnę, bo ka­żdy krok mnie do nie­go przy­bli­ża. Je­śli dam z sie­bie wszyst­ko, może uda mi się go za­trzy­mać. Prze­cież nie może tak po pro­stu wy­je­chać! Bez roz­mo­wy, wy­ja­śnień, bez po­że­gna­nia…

– Nino, stój! – sły­szę za sobą wo­ła­nie mamy, ale je igno­ru­ję.

Nie pa­trzę wstecz, tyl­ko przed sie­bie, gdzie czer­wo­ny Che­vro­let opusz­cza wła­śnie pod­jazd.

– Tato!! – wrzesz­czę w pa­ni­ce jesz­cze gło­śniej, ale mężczy­zna pro­wa­dzący auto mnie nie wi­dzi.

Za­czy­nam ma­chać obłąka­ńczo ręka­mi. Je­stem już pra­wie przy dro­dze.

– Tato, za­cze­kaj, pro­szę! Za­cze­kaj na mnie!

Wbie­gam na uli­cę i gnam za zo­sta­wia­jącym za sobą gęste obło­ki spa­lin au­tem.

– Tato! – Płu­ca palą mnie od wy­si­łku, sto­py śli­zga­ją się w mo­krych tramp­kach, a ser­ce obi­ja się bo­le­śnie o że­bra.

Z mo­je­go gar­dła wy­ry­wa się szloch, bo sa­mo­chód od­da­la się ode mnie nie­ubła­ga­nie. Z ka­żdą ko­lej­ną se­kun­dą, po­mi­mo mo­je­go wiel­kie­go wy­si­łku, ma­le­je mi w oczach i sta­je się co­raz bar­dziej nie­osi­ągal­ny.

– Tato! – Wy­ci­ągam rękę, jak­bym mia­ła moc go za­trzy­mać, ale tak się nie dzie­je. Auto skręca na naj­bli­ższym skrzy­żo­wa­niu i po chwi­li zni­ka mi ca­łko­wi­cie z oczu.

– Ta­tu­siu… – Zwal­niam, moje nogi w ko­ńcu od­ma­wia­ją wspó­łpra­cy, a wola wal­ki zni­ka. – Nie zo­sta­wiaj mnie…

W ko­ńcu się za­trzy­mu­ję, tak jak cały świat wo­kół. Już nie czu­ję desz­czu, bólu mi­ęśni ani zim­na. Jest tyl­ko to okrop­ne, rwące uczu­cie w mo­jej klat­ce. Zu­pe­łnie tak, jak­by ser­ce nie zga­dza­ło się z no­ga­mi, tyl­ko wci­ąż bie­gło za tym, cze­go tak bar­dzo nie chce stra­cić.

– Nina! Skar­bie, zej­dź z dro­gi! – sły­szę za ple­ca­mi głos mamy, a po­tem gło­śny klak­son sa­mo­cho­du.

Nie re­agu­ję, gdy ktoś mnie mija i z wnętrza pusz­cza mi ostrą wi­ązan­kę. Trwam w za­wie­sze­niu, gdy pod­bie­ga do mnie mama, ła­pie mnie za rękę i szarp­ni­ęciem od­ci­ąga na chod­nik. Igno­ru­ję świat ze­wnętrz­ny, bo to on za­brał mi ojca i te­raz moje ży­cie ni­g­dy już nie będzie ta­kie samo.

– Ko­cha­nie, tak mi przy­kro – Szloch mamy, jej szyb­ki nie­rów­ny od­dech i ner­wo­we gła­ska­nie mo­jej twa­rzy od­blo­ko­wu­ją wiel­ką po­wó­dź emo­cji, któ­re do­tąd sta­ra­łam się trzy­mać w ry­zach. – Twój tata ma ko­goś in­ne­go, ale pa­mi­ętaj, że to nie two­ja wina, tyl­ko jego wy­bór. To on oka­zał się kłam­cą i czło­wie­kiem nie­god­nym two­jej mi­ło­ści. Nie na od­wrót, ro­zu­miesz mnie?

Ki­wam po­słusz­nie gło­wą, ale tak na­praw­dę wca­le tego nie ro­zu­miem.

Nie mogę po­jąć, że jesz­cze dziś rano, jak co­dzien­nie, zro­bił mi śnia­da­nie nie­spo­dzian­kę, ra­zem my­li­śmy zęby i ści­ga­li­śmy się do sa­lo­nu, a te­raz tak po pro­stu od­sze­dł… Nie umiem się po­go­dzić z tym, że ni­g­dy nie będzie już spał ze mną w na­mio­cie w sy­pial­ni, nie opo­wie mi śmiesz­nej baj­ki, nie zro­bi ze mną psi­ku­sa ma­mie ani nie za­bie­rze na rajd za mia­sto. Nie mie­ści mi się w gło­wie, że już mnie nie przy­tu­li, nie po­cie­szy, gdy roz­bi­ję ko­la­no, ani nie od­wró­ci uwa­gi w chwi­lach smut­ku.

– Po­ra­dzi­my so­bie bez nie­go, skar­bie.

Gdy sły­szę te sło­wa, wy­bu­cha we mnie ogrom­ny gniew. Ści­ągam ze­ga­rek z Dorą, któ­ry tata po­da­ro­wał mi na pi­ąte uro­dzi­ny, rzu­cam go na be­ton, a po­tem za­czy­nam po nim z wście­kło­ścią dep­tać. Zgnia­tam go na mia­zgę i do­pie­ro wi­dok znisz­czo­ne­go do­szczęt­nie ga­dże­tu zmie­nia moje emo­cje o sto osiem­dzie­si­ąt stop­ni. Uświa­da­miam so­bie bo­wiem, że to na­praw­dę ko­niec.

Nie je­stem przy­go­to­wa­na na wiel­ką, nie­po­skro­mio­ną falę roz­pa­czy, któ­ra mnie za­le­wa. Po­wie­trze, za­miast na­tle­niać, za­czy­na mnie du­sić, a spły­wa­jące po po­licz­kach łzy mie­sza­ją się ze stru­ga­mi desz­czu. Ko­lej­ne ob­ra­zy z prze­szło­ści ata­ku­ją moją gło­wę, przy­po­mi­na­jąc bru­tal­nie, że żad­na z tych chwil już ni­g­dy wi­ęcej się nie po­wtó­rzy. Wszyst­ko, co ko­cha­łam, znik­nęło za za­krętem wraz z czło­wie­kiem, któ­ry de­kla­ro­wał, że będzie mnie ko­chał do ko­ńca ży­cia, i tej obiet­ni­cy nie do­trzy­mał.ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nina

TE­RA­ŹNIEJ­SZO­ŚĆ

Cza­sem już na po­cząt­ku dnia wiesz, jak on się sko­ńczy. Czu­jesz w ko­ściach, gdy tyl­ko otwo­rzysz po­wie­ki. Gdy twój bu­dzik nie za­dzwo­ni, ulu­bio­na ma­ska­ra do­ko­na ży­wo­ta tego po­ran­ka, a eks­pres obry­zga cię go­rącą wodą.

Wiesz to, kie­dy two­ja naj­lep­sza ele­ganc­ka spód­ni­ca na­gle oka­zu­je się za cia­sna, na bro­dzie po­ja­wia się wiel­ki pryszcz, a po­tem do­sta­jesz te­le­fon z wia­do­mo­ścią, że za­mó­wio­ny we Wło­szech mar­mur do­trze do­pie­ro w przy­szłym ty­go­dniu, co ruj­nu­je cały har­mo­no­gram prac w pen­tho­usie klien­ta. Spó­źnie­nie się na spo­tka­nie z pro­jek­tan­tem dro­gie­go sto­li­ka z ży­wi­cy i brązu jesz­cze to po­twier­dza, a kel­ner wy­le­wa­jący lat­te na twój szkic no­wo­cze­snej lam­py in­spi­ro­wa­nej skrzy­dłem mo­ty­la jest ni­czym gwó­źdź do trum­ny.

Mimo że w tym mo­men­cie mam ocho­tę rzu­cić wszyst­ko, przy­wdziać ha­bit i za­szyć się w ja­kie­jś świ­ąty­ni w Ty­be­cie, to na­praw­dę ko­cham swo­ją pra­cę. Mało tego, uwa­żam, że je­stem w niej za­je­bi­ście do­bra.

Na myśl o pro­jek­to­wa­niu ukła­du prze­strze­ni, oma­wia­niu sty­li­sty­ki wnętrza, se­lek­cjo­no­wa­niu ma­te­ria­łów lub za­mó­wie­niu sztu­ki na ścia­ny w moim brzu­chu za­czy­na­ją trze­po­tać nie­to­pe­rze z ADHD!

Uwa­żam, że do­bra pro­jek­tant­ka to wi­zjo­ner­ka, któ­ra do­strze­ga go­to­wą kon­cep­cję po­mi­ędzy su­ro­wy­mi ścia­na­mi be­to­nu. Ona nie do­ra­dza, co jest te­raz na to­pie, tyl­ko pro­jek­tu­je prze­strzeń tak, by była przedłu­że­niem oso­bo­wo­ści klien­ta. Do­sko­na­le wie, jak za po­mo­cą z po­zo­ru nie­wi­docz­nych de­ta­li nadać ka­żde­mu miej­scu du­szę oraz spra­wić, by inni z miej­sca na­zwa­li je swo­im do­mem.

Po­dob­no już jako dziec­ko mia­łam smy­ka­łkę do tej pro­fe­sji. Od za­wsze wo­la­łam się ba­wić dom­kiem Bar­bie niż samą lal­ką. Mama była za­chwy­co­na, gdy za­mie­ni­łam ró­żo­wą tan­det­ną za­baw­kę z mar­ke­tu w twier­dzę no­wo­cze­snej ko­bie­ty suk­ce­su, po­zby­wa­jąc się pla­sti­ku, bro­ka­tu i wszech­obec­ne­go chła­mu. Już wte­dy wie­dzia­łam, że to do­dat­ki na­da­ją wnętrzu kla­sy – je­dwab­na po­ściel w sy­pial­ni, lu­stra od­bi­ja­jące świa­tło lub ręcz­nie tka­ny dy­wan na podło­dze. Wszyst­ko, co z po­zo­ru nie­istot­ne, li­czy się naj­bar­dziej. Ot, taki pa­ra­doks.

A sko­ro już o pa­ra­dok­sach mowa…

Zmęczo­na kosz­mar­nym dniem i kłót­nią z klien­tem na Park Ave­nue, któ­ry upa­rł się na ki­czo­wa­ty krysz­ta­ło­wy ży­ran­dol (jak­by­śmy pro­jek­to­wa­li wnętrze ka­sy­na albo pie­przo­ne­go pa­ła­cu w Mo­na­ko!), ku­pu­ję su­shi, a do tego bu­tel­kę Mo­eta, i jadę do swo­je­go fa­ce­ta, Do­no­va­na.

Choć na uli­cach nie leży już śnieg, stycz­nio­we po­wie­trze jest ostre jak brzy­twa. Wbi­jam się w ko­lum­nę ja­dących w kor­ku aut i wci­skam ak­tyw­ny tem­po­mat. Nie włączam ra­dia, po­nie­waż Man­hat­tan ma swój wła­sny so­und­track; krót­kie klak­so­ny tak­só­wek, śmiech do­bie­ga­jący z chod­ni­ka i sy­re­ny po­li­cyj­ne. Dziś nie po­trze­bu­ję wi­ęcej. No, może z wy­jąt­kiem za­pew­nie­nia, że je­stem dziel­na, mądra i ten du­reń z Park Ave­nue w ko­ńcu od­szcze­ka swo­je sło­wa, że ład­niej­sze pro­jek­ty oglądał na Pin­te­re­ście.

Gdy par­ku­ję na Per­ry Stre­et, jest już dwu­dzie­sta. Uśmie­cham się pod no­sem, bo oprócz su­shi i al­ko­ho­lu mam dla Do­no­va­na pro­po­zy­cję wy­jaz­du do Hamp­tons, gdzie za­re­zer­wo­wa­łam wil­lę z bia­ły­mi okien­ni­ca­mi i wi­do­kiem na oce­an. Po na­szej ostat­niej, głębo­kiej roz­mo­wie o za­ufa­niu oraz swo­bo­dzie w by­ciu sobą, czu­ję, że na­sza re­la­cja osi­ągnęła ko­lej­ny po­ziom. Kto wie, może Do­no­van oka­że się tym je­dy­nym, z któ­rym w ko­ńcu zde­cy­du­ję się za­miesz­kać!

Wcho­dzę do win­dy, roz­pi­nam płaszcz, wci­skam gu­zik trze­cie­go pi­ętra i przy­glądam się po­sta­ci od­bi­ja­jącej się w wiel­kim lu­strze. Czar­ne wy­smu­kla­jące spodnie z le­jące­go się je­dwa­biu w po­łącze­niu z bia­łą, o dwa roz­mia­ry za dużą bluz­ką zsu­ni­ętą z jed­ne­go ra­mie­nia, są po­łącze­niem ele­gan­cji i wy­go­dy, czy­li tego, co ko­cham naj­bar­dziej. Wędru­ję wzro­kiem po sub­tel­nym na­szyj­ni­ku od mamy i pa­su­jących do nie­go kol­czy­kach, by po chwi­li za­trzy­mać go na wło­sach. Lek­ko się krzy­wię, po­nie­waż ide­al­ny kie­dyś bob stra­cił swo­je ostre kon­tu­ry i wło­sy za­częły się cha­otycz­nie fa­lo­wać. Przy­bli­żam się do lu­stra i z za­do­wo­le­niem stwier­dzam, że ma­ki­jaż utrzy­mał się ide­al­nie. Będę mu­sia­ła po­dzi­ęko­wać Har­per za po­le­ce­nie tego re­we­la­cyj­ne­go pod­kła­du, któ­ry tak ko­cha­ją gwiaz­dy!

Gdy do­cie­ram na od­po­wied­nie pi­ętro, drzwi win­dy się otwie­ra­ją, a ja ru­szam do miesz­ka­nia swo­je­go fa­ce­ta, ma­rząc o tym, by się na­je­ść, upić i za­li­czyć wspól­ną kąpiel w jego sze­ro­kiej wan­nie z hy­dro­ma­sa­żem.

Pu­kam, ale mi nie otwie­ra. Po chwi­li na­ci­skam klam­kę i wcho­dzę do środ­ka, gdzie pa­nu­je pó­łm­rok, w tle sączy się mu­zy­ka z ro­dza­ju „sexy chill”, a w po­wie­trzu czuć za­pach ka­dzi­deł i al­ko­ho­lu. W gło­wie od razu za­czy­na mi wyć sy­re­na alar­mo­wa, bo już kie­dyś to prze­ra­bia­łam… Ste­ven, mój po­przed­ni fa­cet, zdra­dził mnie z ko­bie­tą, któ­ra re­gu­lar­nie wy­pro­wa­dza­ła mu psa.

Fala cie­pła ude­rza mnie w twarz, a w krta­ni za­wi­ązu­je się bo­le­sna gula. Nie chcę zno­wu tego prze­cho­dzić. Mdli mnie na samą myśl, że zo­ba­czę Do­no­va­na ro­bi­ące­go do­brze usta­mi ja­kie­jś ob­cej ko­bie­cie, ale z dru­giej stro­ny taki wi­dok za­pew­ni mi od­ko­cha­nie się w go­ściu w prze­ci­ągu mi­li­se­kun­dy.

Do­bra, miej­my to z gło­wy!

Po­ły­kam żółć, któ­ra pali mnie w gar­dle, i wkra­czam do sa­lo­nu, gdzie za­sta­ję mo­je­go chło­pa­ka – sto­jące­go do mnie ple­ca­mi i usta­wia­jące­go te­le­fon na sta­ty­wie. Ści­ągam brwi, bo jest zu­pe­łnie sam. Dla pew­no­ści zer­kam w pra­wo i lewo, ale nie do­strze­gam żad­nych śla­dów ko­bie­cej obec­no­ści. Nie ma kie­lisz­ków po wi­nie, ani po­jem­ni­ków po chi­ńsz­czy­źnie, jak to mia­ło miej­sce w przy­pad­ku Ste­ve­na. Re­je­stru­ję je­dy­nie otwar­tą bu­tel­kę ulu­bio­nej szkoc­kiej mo­je­go fa­ce­ta.

_Co się tu, do li­cha, od­wa­la?_

Po­now­nie sku­piam się na głów­nej po­sta­ci tej sce­ny i do­pie­ro te­raz do­strze­gam, że Don nie ma na so­bie ubrań, a je­dy­nie…

_Za­raz, czy to moje figi?!_

Prze­chy­lam z nie­do­wie­rza­niem gło­wę, a w tym sa­mym cza­sie od­zy­wa się ktoś po dru­giej stro­nie te­le­fo­nu.

– Go­to­wy, ko­cia­ku? Bo ja cze­ka­łem na to cały ty­dzień.

Mo­ment… Ja znam tego go­ścia! Czy to nie War­ren, prze­ło­żo­ny z pra­cy Do­no­va­na, z któ­rym kie­dyś by­li­śmy na wspól­nej ko­la­cji?!

– Zwar­ty i go­to­wy na two­je roz­ka­zy, pa­nie – od­po­wia­da mu pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem Don, a po­tem od­su­wa się od sta­ty­wu.

_Pa­nie?!_ Krzy­wię się w my­ślach przy tym sło­wie. Czy to ja­kaś po­pie­przo­na, per­wer­syj­na wer­sja Greya?!

– Ob­róć się. – Ni­ski głos War­re­na zdra­dza jego pod­nie­ce­nie. Pa­trzę, jak Do­no­van wy­ko­nu­je po­le­ce­nie, ob­ra­ca­jąc się wo­kół wła­snej osi jak ba­let­ni­ca. – To naj­sek­sow­niej­sze majt­ki, ja­kie wi­dzia­łem. Skąd je masz?

– Na­le­żą do Niny.

– No­si­ła je?

– Tak.

Co to za cho­ra sy­tu­acja?! Z jed­nej stro­ny je­stem wstrząśni­ęta, z dru­giej zaś nie­zdro­wo cie­ka­wa, co tu się za chwi­lę od­pier­do­li!

– Bar­dzo do­brze – chwa­li go War­ren, mru­cząc osten­ta­cyj­nie z apro­ba­tą. – Chcę, żeby po dzi­siej­szej nocy, gdy wy­try­śniesz w nie z moim imie­niem na ustach, wró­ci­ły do jej szu­fla­dy i to­wa­rzy­szy­ły wam przy naj­bli­ższym sto­sun­ku.

_Że co, kur­wa?!_

– Chcę, że­byś pie­prząc swo­ją ko­bie­tę, wy­obra­żał so­bie mnie.

– Więc ty też mi się po­każ w sa­mej bie­li­źnie – skam­le ża­ło­śnie Don, a mnie zbie­ra się na wy­mio­ty.

– Nie – oznaj­mia sta­now­czo se­kret­ny ko­cha­nek. – Za­po­mnia­łeś, że to ja wy­da­ję tu roz­ka­zy?

– Chcia­łbym zo­ba­czyć, czy ty też je­steś pod­nie­co­ny. – Don nie od­pusz­cza, a jego roz­mów­ca kła­dzie pa­lec na ustach, ka­żąc mu za­milk­nąć.

– Do­tknij swo­je­go kro­cza i zo­bacz, jak twój ku­tas się dla mnie uno­si. Ciesz się tym spo­tka­niem, na­szą małą grzesz­ną ta­jem­ni­cą, o któ­rej nikt nie ma po­jęcia. Po­my­śl, że te majt­ki na to­bie wy­gląda­ją sto razy le­piej niż na two­jej dziew­czy­nie i że za chwi­lę dzi­ęki ich ta­niej, dra­żni­ącej fak­tu­rze osi­ągniesz naj­lep­szy or­gazm w swo­im ży­ciu.

_O nie. Tego już za wie­le!_

– Wy­pra­szam so­bie! – wcho­dzę z im­pe­tem w tę in­tym­ną i za­ra­zem obrzy­dli­wą sce­nę dzi­wacz­nej sek­skon­fe­ren­cji, a na­kry­ci ko­chan­ko­wie wy­trzesz­cza­ją oczy na mój wi­dok. – Może i moje majt­ki wy­gląda­ją le­piej na ty­łku Do­no­va­na, ale na pew­no nie są wy­ko­na­ne z tan­det­nej ko­ron­ki, tyl­ko czy­ste­go je­dwa­biu. To luk­su­so­wa bie­li­zna hau­te co­utu­re, de­li­kat­na, bar­dzo cien­ka, chłod­na w do­ty­ku, prze­wiew­na, dro­ga i naj­bar­dziej fi­ne­zyj­na jak to tyl­ko mo­żli­we!

Nie wiem, cze­mu tak się ucze­pi­łam tych maj­tek. Fa­cet wła­śnie zdra­dza mnie ze swo­im prze­ło­żo­nym, a ja pro­wa­dzę wy­kład na te­mat skła­du bie­li­zny za pi­ęćset do­lców.

– Ko­cha­nie, to nie tak jak my­ślisz. – Do­no­van za­sła­nia dło­ńmi ku­ta­sa we wzwo­dzie i po­sta­na­wia po­le­cieć kla­sy­kiem. – To tyl­ko taki… żart.

– Żart? Tak jak po­ziom two­jej kre­atyw­no­ści czy może nasz zwi­ązek? – py­tam, bo na­praw­dę je­stem cie­ka­wa.

– Ko­cha­nie, nie wy­ci­ągaj po­chop­nych wnio­sków. Po­roz­ma­wiaj­my.

– Ja­sne, a tym ra­zem zdo­będziesz się na szcze­ro­ść, czy po­de­słać ci li­stę ko­lej­nych go­to­wych cy­ta­tów na ta­kie sy­tu­acje?

– Nina, pro­szę cię, nie zło­ść się. – Robi krok w moim kie­run­ku i wy­ci­ąga rękę, jak­by chciał mnie za­trzy­mać.

– Nie złosz­czę się. W tej chwi­li nie czu­ję do cie­bie nic prócz wspó­łczu­cia.

To go chy­ba za­bo­la­ło, bo za­trzy­mu­je się, a jego oczy wy­pe­łnia żal.

– Po­wie­dzia­łaś, że ak­cep­tu­jesz mnie ta­kim, ja­kim je­stem na­praw­dę – mówi z wy­rzu­tem w gło­sie. – Że przy to­bie nie mu­szę ni­cze­go uda­wać.

– Bo nie sądzi­łam, że uda­jesz swo­ją orien­ta­cję! – ob­ru­szam się, bo to już szczyt wszyst­kie­go!

Gdy przy­po­mi­na­ją mi się sce­ny na­szych zbli­żeń, mam ocho­tę otwo­rzyć pie­przo­ne­go Mo­eta, wy­ze­ro­wać go tu i te­raz, a po­tem biec do Vi­vien­ne i prze­ba­dać się pod kątem cho­rób we­ne­rycz­nych!

– Ni­cze­go nie uda­wa­łem, a to, co wi­dzia­łaś… – w bez­rad­nym ge­ście wska­zu­je ka­mer­kę, za któ­rą nie ma już War­re­na – …to był wła­śnie wy­raz mo­je­go al­ter ego, któ­re­go ba­łem się do­pu­ścić do gło­su. Do­pie­ro ty da­łaś mi siłę do uwol­nie­nia tej części mo­jej oso­bo­wo­ści i za­ak­cep­to­wa­nia jej. Od­wa­ży­łem się do tego po tam­tej roz­mo­wie…

Mdło­ści za­czy­na­ją pa­lić mnie w prze­łyk, a ci­śnie­nie ska­cze pod sam su­fit.

– Od­wa­ży­łeś się też ukra­ść moje naj­lep­sze majt­ki – za­uwa­żam kąśli­wie, bo moje opa­no­wa­nie wisi na wło­sku.– Na­praw­dę mia­łeś za­miar zwró­cić je po tym, cze­go się tu do­pu­ści­łeś?!

– Oczy­wi­ście, że nie! To był tyl­ko ele­ment gry wstęp­nej. Ni­g­dy nie zro­bi­łbym ci ta­kie­go świ­ństwa! – prze­ko­nu­je żar­li­wie, a ja rzu­cam mu w od­po­wie­dzi pe­łne po­li­to­wa­nia spoj­rze­nie.

– Na­praw­dę? Bo upra­wia­nie sek­ste­le­fo­nu z fa­ce­tem nim nie było?

– Nino, pro­szę cię, po­sta­raj się mnie zro­zu­mieć…

– Och, ro­zu­miem do­sko­na­le. Je­steś obrzy­dli­wym kłam­cą – wy­plu­wam z sie­bie ze wzgar­dą. – Ale cie­szę się, że po­ka­za­łeś swo­ją praw­dzi­wą twarz, za­nim stra­ci­łam wi­ęcej cza­su i co gor­sza… bie­li­zny – do­da­ję zgry­źli­wie, bo w tym mo­men­cie moja odzież in­tym­na jest war­ta wi­ęcej niż ka­żda mi­nu­ta roz­mo­wy z tym zdraj­cą.

– To był tyl­ko głu­pi eks­pe­ry­ment, przy­si­ęgam!

Uno­szę z po­wąt­pie­wa­niem brew.

– Two­je przy­si­ęgi są war­te tyle, co czek bez pod­pi­su. Nie mamy już o czym roz­ma­wiać. – Od­wra­cam się z za­mia­rem ode­jścia.

– Ko­cha­nie, nie zo­sta­wiaj­my tak tego. To był błąd i wi­ęcej się nie po­wtó­rzy! – woła de­spe­rac­ko do mo­ich ple­ców.

Za­trzy­mu­ję się, zwra­cam w jego kie­run­ku i wbi­jam wzrok w wy­brzu­sze­nie na jego kro­czu, bez­li­to­śnie roz­py­cha­jącym moje pi­ęk­ne majt­ki.

– Coś mi mówi, że twój pusz­czal­ski ku­tas ma inne zda­nie na ten te­mat.

– On się nie li­czy!

– Cóż… przy­naj­mniej w tej kwe­stii po­zo­sta­je­my zgod­ni. Że­gnaj, Don – rzu­cam na od­chod­nym, po czym od­wra­cam się i opusz­czam miesz­ka­nie.

Je­śli mam być szcze­ra, nie pa­mi­ętam dro­gi do domu. Świat znów za­czy­na się kręcić do­pie­ro wte­dy, gdy prze­kra­czam próg swo­je­go apar­ta­men­tu, ści­ągam szpil­ki i zwra­cam za­war­to­ść żo­łąd­ka do to­a­le­ty. Tam też za­uwa­żam, że wła­śnie za­częła mi się mie­si­ącz­ka. A więc spra­wa prysz­cza na bro­dzie, wi­ęk­sze­go ob­wo­du brzu­cha i po­sęp­ne­go hu­mo­ru od rana roz­wi­ąza­na! Hura! Trze­ba to uczcić! Płu­czę usta mi­ęto­wym pły­nem do hi­gie­ny jamy ust­nej, zbie­ram z szaf­ki przy drzwiach Mo­eta, otwie­ram go i wy­cho­dzę na ta­ras, gdzie chłód zi­mo­we­go wie­czo­ru ide­al­nie stu­dzi moje roz­grza­ne cia­ło. Po­ci­ągam pierw­szy łyk i cze­kam, aż sza­le­jący we mnie cy­klon emo­cji ucich­nie.

Wpa­tru­ję się w świa­tła bu­dyn­ków mia­sta wy­gląda­jące jak roz­pro­szo­na kon­ste­la­cja gwiazd i nie mogę uwie­rzyć w iro­nicz­no­ść ca­łej tej sy­tu­acji; zdra­da z co­ming outem w jed­nym – no prze­cież to jak go­to­wy sce­na­riusz na fil­mo­wy hit!

Od­wra­cam się od me­ta­lo­wej ba­rier­ki i opa­dam w nie­zgrab­nym ru­chu na le­żak. Za­my­kam oczy, ale jest jesz­cze go­rzej. Pod po­wie­ka­mi wy­bu­cha­ją mi ob­le­śne ob­ra­zy ty­łka Do­no­va­na, któ­ry z taką ra­do­ścią cze­kał, aż War­ren prze­le­ci go wer­bal­nie. Nie wy­trzy­mam, je­śli nie wy­rzu­cę z sie­bie wkur­wu i roz­cza­ro­wa­nia, ja­kie za­fun­do­wał mi ten fa­łszy­wy szma­ciarz! Si­ęgam po ko­mór­kę i wy­bie­ram nu­mer Vi­vien­ne, mo­jej ser­decz­nej przy­ja­ció­łki, któ­rej chłod­ny prag­ma­tyzm jest mi te­raz po­trzeb­ny jak tlen.

– Halo? – od­bie­ra po szó­stym sy­gna­le.

– Viv, nie uwie­rzysz, co się sta­ło…

– Tyl­ko mi nie mów, że test po­ka­zał ci dwie kre­ski.

Po kręgo­słu­pie prze­la­tu­je mi dreszcz gro­zy.

– Jezu. Nie!

– Albo że za­uwa­ży­łaś u sie­bie opryszcz­kę na­rządów płcio­wych. – Ta su­ge­stia pada nie­mal przy ka­żdym na­szym spo­tka­niu, a to dla­te­go, że Vi­vien­ne jest gi­ne­ko­lo­giem i ma ob­se­sję na punk­cie cho­rób we­ne­rycz­nych.

– Jesz­cze nie, ale ry­zy­ko jej po­ja­wie­nia się wła­śnie gwa­łtow­nie wzro­sło.

– Po­szłaś na ca­ło­ść z tam­tym roz­wie­dzio­nym mul­ti­mi­lio­ne­rem, któ­ry pa­trzył na cie­bie, jak­byś była grze­chem, za któ­ry war­to od­sie­dzieć do­ży­wo­cie?! – En­tu­zjazm, z ja­kim to mówi, to dla mnie obe­lga.

– Wow. To nie­by­wa­le po­krze­pia­jące. Moja przy­ja­ció­łka wła­śnie uzna­ła, że to aku­rat ja do­pu­ści­łam się zdra­dy… – sar­kam z nie­do­wie­rza­niem, nie kry­jąc ura­zy.

– No chy­ba nie Do­no­van, sko­ro on wy­da­je się nie za­uwa­żać in­nych ko­biet – stwier­dza z taką pew­no­ścią, z jaką dia­gno­zu­je chla­my­dio­zę.

Za­ska­ku­je mnie brzdęk na­rzędzi i czy­jś stłu­mio­ny głos.

– Po pierw­sze: nie mo­gła­byś się bar­dziej my­lić. A po dru­gie: czy te­raz obok cie­bie ktoś jest?

– Tyl­ko pa­cjent­ka i mój nowy sta­ży­sta. Mu­sia­łam dziś zo­stać po go­dzi­nach, ale daj mi chwil­kę… – Sły­szę kro­ki, a po­tem skrzyp­ni­ęcie fo­te­la, stąd wiem, że prze­szła w bar­dziej ustron­ne miej­sce. – Chcesz po­wie­dzieć, że Do­no­van cię zdra­dził?!

– Viv, je­steś w pra­cy, nie będę ci te­raz za­wra­cać gło­wy.

– O nie, moja pan­no. Chcę wie­dzieć, kto był na tyle sek­sow­ny, że sku­sił pana cno­tli­we­go bar­dziej niż mój za­je­bi­sty biust – od­no­si się do sy­tu­acji, gdy kie­dyś wy­szła naga z ła­zien­ki, nie wie­dząc, że sie­dzę w jej sa­lo­nie z Do­no­va­nem, a on nie ura­czył jej do­rod­ne­go bu­fe­tu na­wet prze­lot­nym spoj­rze­niem. Ja by­łam dum­na i prze­szczęśli­wa, na­to­miast Vi­vien­ne szcze­rze ob­ra­żo­na.

– Zdra­dzę ci tyl­ko tyle, że był to ktoś, kto ma zu­pe­łnie pła­ską kla­tę – na­pro­wa­dzam ją na wła­ści­wą od­po­wie­dź.

– Ale że tak zu­pe­łnie? Jak na przy­kład Ke­ira Kni­gh­tley albo Na­ta­lie Port­man?

– Go­rzej. I, tak na mar­gi­ne­sie, uwiel­biam te ak­tor­ki.

– Go­rzej? – dzi­wi się i za­czy­na stu­kać ołów­kiem w pa­pier. Robi tak za­wsze, gdy ma do roz­gry­zie­nia ja­kąś za­gwozd­kę. – To może Zen­daya albo…

– Zim­no, Viv. Po­wie­dzia­ła­bym, że prze­ciw­le­gły bie­gun.

– Prze­ciw­le­gły? – Na­stępu­je chwi­la ci­szy, a po­tem gwa­łtow­ne na­bra­nie po­wie­rza. – Chcesz po­wie­dzieć, że… za­raz, co? – zwra­ca się do ko­goś przy­tłu­mio­nym gło­sem, jak­by prze­sło­ni­ła gło­śnik dło­nią. – Jak to wspó­łży­ła w ci­ągu ostat­nich dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin? Prze­cież mó­wi­łam, że nie jest to wska­za­ne przed ba­da­niem cy­to­lo­gicz­nym. – Męski głos coś jej od­po­wia­da, a Vi­vien­ne wzdy­cha ci­ężko i je­stem pew­na, że ła­pie się te­raz za na­sa­dę nosa. – Umów ją na ko­lej­ną wi­zy­tę, tyl­ko niech spraw­dzi ka­len­darz men­stru­acyj­ny. – W na­sta­jącej po­tem ci­szy do­bie­ga mnie od­głos od­da­la­jących się kro­ków. – Okej, je­stem, to na czym my… A tak, zdra­da.

– Vi­vien­ne, on przy­gru­chał so­bie fa­ce­ta, a na ko­ńcu stwier­dził, że to dzi­ęki mnie – wy­rzu­cam z sie­bie i prze­pi­jam bąbel­ka­mi gorz­ki smak tych okrut­nych słów. – Ukra­dł mi ga­cie, a po­tem po­ka­zy­wał się w dam­skiej bie­li­źnie swo­je­mu prze­ło­żo­ne­mu!

– Jezu, Nina. Tyl­ko to­bie mo­gło się przy­tra­fić coś ta­kie­go – stwier­dza z mie­szan­ką roz­ba­wie­nia i szcze­re­go za­tro­ska­nia.

– Co nie?! I to się dzie­je za ka­żdym ra­zem, gdy re­la­cja wcho­dzi na wy­ższy po­ziom. Czy nade mną wisi ja­kaś za­sra­na klątwa?!

– Nie wiem, ale war­to to zba­dać. Zna­jo­ma ma taką jed­ną ta­ro­cist­kę, któ­ra… Mo­ment, że co zna­la­złeś? – Prze­ry­wa na­gle, znów zwra­ca­jąc się do swo­je­go sta­ży­sty. – Chry­ste na nie­bie i wszy­scy świ­ęci. Po­cze­kaj, już idę. Nina, prze­pra­szam, ale mu­szę iść do pa­cjent­ki. Oka­zu­je się, że w jej dro­gach rod­nych od nie wia­do­mo kie­dy tkwi tam­pon, któ­re­mu naj­wi­docz­niej spier­do­lił się GPS.

– Ja­sne, leć! – Za­mu­ro­wu­je mnie. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny… – W su­mie to na­wet po­cie­sza­jące, że ja­kaś ko­bie­ta zszo­ko­wa­ła cię dziś bar­dziej niż ja.

– Wierz mi, znaj­dy­wa­łam znacz­nie dziw­niej­sze przed­mio­ty w po­chwach pa­cjen­tek.

– My­ślę, że nie po­pro­szę o szcze­gó­ły.

– Ca­łkiem roz­trop­nie. A te­raz na­praw­dę mu­szę le­cieć. Prze­pra­szam cię, skar­bie. Za­dzwoń do Har­per! – rzu­ca jesz­cze, a po­tem się roz­łącza.

Wdy­cham ci­ężko i wy­bie­ram nu­mer mo­jej dru­giej przy­ja­ció­łki.

– Halo? – Gdy jej głos roz­brzmie­wa mi w uchu, na mo­ich ustach od razu po­ja­wia się uśmiech.

Z Har­per po­zna­łam się pra­wie osiem lat temu na za­jęciach jogi o wscho­dzie sło­ńca, or­ga­ni­zo­wa­nej na da­chu jed­ne­go z wie­żow­ców na Man­hat­ta­nie. Ona przy­cho­dzi­ła wy­łącz­nie dla przy­stoj­ne­go in­struk­to­ra, mnie na­to­miast za­chwy­ci­ła per­spek­ty­wa ćwi­czeń na tle ma­low­ni­cze­go Em­pi­re Sta­te.

Bar­dziej od cu­dow­ne­go kra­jo­bra­zu i pro­wa­dzące­go, któ­ry osta­tecz­nie oka­zał się obrzy­dli­wym fe­ty­szy­stą stóp, in­te­re­so­wa­ły nas jed­nak roz­mo­wy o ostat­nim ka­wa­łku Lany Del Rey, naj­faj­niej­szych skle­pach z bu­ta­mi na Pi­ątej Alei i kla­cie Bra­dleya Co­ope­ra. To ona przed­sta­wi­ła mnie Vi­vien­ne, z któ­rą przy­ja­źni­ła się od dziec­ka. Oka­za­ło się, że wszyst­kie trzy mamy po­dob­ne po­czu­cie hu­mo­ru, sła­bo­ść do błysz­czy­ków i kiep­ski gust do fa­ce­tów. I tak oto zro­dzi­ło się na­sze trio, któ­re­mu nada­ły­śmy wdzi­ęcz­ną na­zwę „Żmij­ki z Man­hat­ta­nu”.

– Cze­ść, Shar­ky – zwra­cam się do przy­ja­ció­łki ksyw­ką zwi­ąza­ną z jej za­wo­dem, po­nie­waż jako ma­na­ger­ka gwiazd po­tra­fi wy­czuć krew z od­le­gło­ści na­wet ki­lo­me­tra. Obec­nie wzi­ęła pod skrzy­dła ze­spół roc­ko­wy, któ­re­go wo­ka­li­sta za­chwy­cił ją swo­ją bar­wą, gdy śpie­wał w jed­nym z pod­rzęd­nych pu­bów, i po­sta­no­wi­ła zro­bić z nie­go ido­la na ska­lę świa­to­wą. – Co tam po­ra­biasz?

– Pró­bu­ję ga­sić ogień wy­wo­ła­ny przez tego kre­ty­na, któ­ry wy­sze­dł w środ­ku wy­wia­du pro­wa­dzo­ne­go na żywo!

– Upsik. Może jed­nak się my­li­łaś i nie po­wtó­rzysz suk­ce­su Jane, któ­ra na­uczy­ła Tar­za­na uży­wać sztu­ćców oraz za­przy­ja­źni­ła go z od­wiecz­nym wro­giem, czy­li grze­bie­niem?

– Temu go­ścio­wi bar­dziej się przy­da za­zna­jo­mie­nie z moim dzie­si­ęcio­cen­ty­me­tro­wym ob­ca­sem – rzu­ca za­sa­pa­na i wście­kła jak wszy­scy dia­bli. – Mam jed­nak oba­wy, że idio­cie mo­gło­by się to spodo­bać.

Gdy wy­czu­wam w jej to­nie dziw­ną, nie­po­ko­jącą nutę, z miej­sca ro­bię się po­dejrz­li­wa.

– Har­per, czy ty cza­sem na nie­go nie le­cisz?

– Bła­gam cię, ko­leś ma wi­ęcej wło­sów na kla­cie niż mój dy­wan typu shag­gy!

– Nie będę py­tać, skąd to wiesz…

– I bar­dzo do­brze. Le­piej po­wiedz, z czym dzwo­nisz.

No i wra­ca­my na zie­mię, gdzie gość mó­wi­ący, że chce być bli­żej mnie, ma na my­śli no­sze­nie wspól­nych maj­tek.

– Rzu­ci­łam Do­no­va­na po tym, jak przy­ła­pa­łam go w swo­jej bie­li­źnie, gdy ro­bił ero­tycz­ną pre­zen­ta­cję dla swo­je­go sze­fa.

– O kur­wa… – Sły­szę kaszl­ni­ęcie, jak­by Har­per za­dła­wi­ła się śli­ną. – Moje li­bi­do wła­śnie po­pe­łni­ło ha­ra­ki­ri.

– Two­je? Ja by­łam na­ocz­nym świad­kiem tej sa­ty­ry! I już sama nie wiem, co jest gor­sze… Że wy­glądał w mo­ich je­dwab­nych fi­gach le­piej niż ja po ca­łym mie­si­ącu de­tok­su z se­le­ra czy to, że naj­praw­do­po­dob­niej upie­rze moją fran­cu­ską ko­ron­kę z ręcz­ni­ka­mi, nisz­cząc jej de­li­kat­ny ma­te­riał.

– Nina, tak mi przy­kro… – Har­per zna mnie na tyle do­brze, by wy­czuć smu­tek ukry­ty pod ma­ską iro­nii. Wie, że gdy­by była szan­sa na po­wo­dze­nie, wo­la­ła­bym ra­to­wać zwi­ązek niż bie­li­znę. – Cho­ciaż… w su­mie mo­gło być go­rzej.

– Niby ja­kim cu­dem?

– Mógł ci zwi­nąć te nowe Lo­ubo­ti­ny z czer­wo­ną po­de­szwą i wci­snąć je na swo­je­go plat­fu­sa – rzu­ca, nie­co mnie roz­ba­wia­jąc. – Z tymi krzy­wy­mi no­ga­mi do­sta­łby bana na­wet do klu­bu drag qu­een.

Oby­dwie par­ska­my śmie­chem, ale po­tem za­pa­da pe­łna trud­nych i nie­wy­po­wie­dzia­nych słów ci­sza. Wcho­dzę z po­wro­tem do miesz­ka­nia, bo robi mi się zim­no.

– Trzy­masz się ja­koś?

– Ja­koś… Moet mi po­ma­ga. – Uno­szę trzy­ma­ne­go cały czas w dru­giej dło­ni szam­pa­na i uśmie­cham się bla­do. – Harp, chy­ba mam dość – wy­ja­wiam po chwi­li, gdy do­pa­da mnie po­tężne zmęcze­nie. – Nie znio­sę wi­ęcej roz­cza­ro­wań.

– Ko­cha­nie, nie wszy­scy fa­ce­ci są źli.

– Ale z ja­kie­goś po­wo­du tyl­ko ta­kich przy­ci­ągam. Być może mam na twa­rzy ja­kiś wiel­ki neon z na­pi­sem „Czer­wo­ne Fla­gi za­pra­szam ser­decz­nie!”.

– Nina, je­dy­ne, co masz na twa­rzy, to za­je­bi­ste pi­ęk­no – ri­po­stu­je moja przy­ja­ció­łka, wy­ra­źnie nie­za­do­wo­lo­na z kie­run­ku, w ja­kim podąża­ją moje my­śli. – Wiesz, że od­da­ła­bym ner­kę za tę cu­dow­ną mie­szan­kę ame­ry­ka­ńskich i ko­re­ańskich ge­nów!

Mój uśmiech sta­je się jesz­cze smut­niej­szy, gdy wspo­mi­na mo­je­go bio­lo­gicz­ne­go ojca, któ­ry zwiał za­raz po tym, jak mama oznaj­mi­ła mu, że jest ze mną w ci­ąży. Ni­g­dy nie po­zna­łam jego imie­nia, nie otrzy­ma­łam jego na­zwi­ska, nie mam po­jęcia, kim jest ani jak wy­gląda. Wiem o nim tyl­ko tyle, że to pierw­szy fa­cet, któ­ry mnie po­rzu­cił.

– A ja za two­je pi­ęk­ne gęste wło­sy – od­wdzi­ęczam się jej po­dob­nym kom­ple­men­tem, by nie za­tra­cić się w po­sęp­nych re­flek­sjach. A to dla­te­go, że od my­śle­nia o bio­lo­gicz­nym ojcu pro­sta dro­ga do wspo­mnień mężczy­zny, któ­ry jako dru­gi roz­trza­skał moje ser­ce na mi­lion ka­wa­łków.

– Może po­czu­jesz się le­piej, gdy przy­ja­dę i od­pra­wi­my temu zwi­ąz­ko­wi po­grzeb z praw­dzi­we­go zda­rze­nia? – rzu­ca nie­spo­dzie­wa­nie Har­per.

Ko­cham ją za te sza­lo­ne po­my­sły.

– Na po­grze­bach się pła­cze, a ja nie umiem opła­ki­wać dup­ków. – Do ostat­nie­go, któ­re­mu po­da­ro­wa­łam praw­dzi­we łzy, mó­wi­łam „tato”, i znik­nął z mo­je­go ży­cia bez sło­wa, ła­mi­ąc obiet­ni­cę, że ni­g­dy mnie nie opu­ści.

– To może na­pi­sze­my list po­że­gnal­ny na ka­ro­se­rii jego auta? – ser­wu­je ko­lej­ny po­my­sł, a kącik mo­ich ust drga.

– Ty wiesz, jak ci­ężko jest na­pi­sać obłą li­te­rę na la­kie­rze sa­mo­cho­du? To by­ła­by wi­ęk­sza kara dla mnie niż dla nie­go.

– Ra­cja, Lord Chu­jing­ton ma wi­ęcej aut niż kle­pek w ro­zu­mie – ri­po­stu­je, a w tle sły­chać trza­śni­ęcie drzwia­mi. – O, jed­nak zmie­ni­łeś zda­nie? – zwra­ca się do ko­goś w iro­nicz­nym to­nie.

– Za­po­mnia­łem gi­ta­ry – daje się sły­szeć ni­ski ba­ry­ton. To chy­ba ten fa­cet od ka­pe­li roc­ko­wej, któ­rą wzi­ęła pod skrzy­dła Har­per.

– Ja­sne, leży tam, obok two­jej zmar­no­wa­nej szan­sy na wiel­ką ka­rie­rę!

– Chy­ba two­jej. Ja ni­g­dy nie ma­rzy­łem o sła­wie ani ży­ciu w bla­sku fle­szy.

– Ja­sne, że nie, bo je­steś ego­istą, któ­ry do­stał od Boga tak cu­dow­ny głos i chce go za­trzy­mać tyl­ko dla sie­bie! – robi mu wy­rzu­ty, a ja z ro­snącym za­cie­ka­wie­niem przy­słu­chu­ję się tej pe­łnej ognia wy­mia­nie zdań.

– Dla sie­bie chcę za­trzy­mać przede wszyst­kim pry­wat­no­ść, a tego pa­ja­ca w gar­ni­tu­rze in­te­re­so­wa­ły je­dy­nie rze­czy, któ­re nie po­win­ny! Wiesz, że nie za­dał ani jed­ne­go py­ta­nia do­ty­czące­go mo­ich utwo­rów?

– Ca­leb…– W tym miej­scu Har­per po­win­na stra­cić cier­pli­wo­ść, a tym­cza­sem jej głos ła­god­nie­je, jak­by tłu­ma­czy­ła ma­łe­mu chłop­cu, jak dzia­ła świat i dla­cze­go nie za­wsze jest spra­wie­dli­wy. – Wszy­scy zna­ją two­je pio­sen­ki, a cie­bie pra­wie w ogó­le. To nor­mal­ne, że fan­ki, któ­re wy­obra­ża­ją so­bie cie­bie w swo­im łó­żku, chcia­ły­by wie­dzieć, czy ko­goś masz.

Na­stępu­je chwi­la ci­szy, pod­czas któ­rej na­wet ja wstrzy­mu­ję od­dech.

– A je­śli im po­wiem, że jest ktoś, o kim nie mogę prze­stać my­śleć, choć ona nie ma o tym po­jęcia… – O Boże, ten su­ge­styw­ny ton!! – …to wszyst­kie te two­je fan­ki będą za­do­wo­lo­ne?

– Eeee… – Har­per za­ty­ka. Pie­kło wła­śnie za­ma­rzło, a sło­ńce wsta­ło na za­cho­dzie. – One nie są moje, tyl­ko two­je.

_No, nie! Ty tak se­rio, Har­per?!_ Nie mogę uwie­rzyć, że w taki spo­sób za­re­ago­wa­ła na wy­zna­nie.

– Jak wi­dać, dla cie­bie li­czą się dużo bar­dziej niż dla mnie.

– Ale po­cze­kaj! Na­praw­dę tam nie wró­cisz? – wy­krzy­ku­je z nutą nie­po­ko­ju, co su­ge­ru­je, że Ca­leb uwa­ża roz­mo­wę za za­ko­ńczo­ną.

– Je­śli ktoś nie jest go­to­wy na praw­dę, nie po­wi­nien o nią pro­sić – od­po­wia­da tym ni­skim, dud­ni­ącym gło­sem i sądząc po skrzyp­ni­ęciu drzwi, wy­cho­dzi.

– Przy­si­ęgam, że ten fa­cet mnie kie­dyś wy­ko­ńczy. – Głos mo­jej przy­ja­ció­łki jest nie­na­tu­ral­nie wy­so­ki. Jak­by pró­bo­wa­ła grać nie­wzru­szo­ną, ale jej nie wy­cho­dzi­ło.

– Prędzej ty jego – za­uwa­żam, ukry­wa­jąc uśmiech.

– To zna­czy?

– Harp, prze­cież wiesz, że mó­wił wte­dy o to­bie – wy­wa­lam kawę na ławę, choć nie mam wąt­pli­wo­ści, że ona ta­kże za­ła­pa­ła. – To cie­bie pra­gnie, nie tych two­ich fa­nek – cy­tu­ję go, opo­wia­da­jąc się tym sa­mym po jego stro­nie.

– Do cza­su – od­po­wia­da zga­szo­nym to­nem. – Zbyt do­brze znam me­cha­nizm dzia­ła­nia show-biz­ne­su, żeby się pa­ko­wać w taką re­la­cję.

Przy­po­mi­nam so­bie Roba, głów­ne­go ak­to­ra po­pu­lar­ne­go se­ria­lu, z któ­rym się spo­ty­ka­ła i któ­ry wci­ągnął ją z pre­me­dy­ta­cją w afe­rę nar­ko­ty­ko­wą. Typ od po­cząt­ku mi się nie po­do­bał.

– Czy wszy­scy fa­ce­ci za­czy­na­ją jak ksi­ążęta, a ko­ńczą jak wie­prze? – fi­lo­zo­fu­ję, do­strze­ga­jąc wiel­ką głębię tego gorz­kie­go py­ta­nia.

– Tak. A jak się ich za dłu­go przy­trzy­ma, czło­wiek za­czy­na śmier­dzieć ra­zem z nimi!

– Świat by­łby pi­ęk­niej­szy bez za­faj­da­nych red fla­gów – wzdy­cham, sia­da­jąc po tu­rec­ku na ka­na­pie w sa­lo­nie. – Gdy­by mo­żna ich było wy­mie­niać na na­gro­dy, mia­ła­bym już pry­wat­ną wy­spę.

– I wła­sny pro­gram au­tor­ski: „Pro­jekt: Nie­od­po­wied­ni Fa­cet”!

– Czu­ję, że bez pro­ble­mu obro­ni­ła­bym z tego dok­to­rat – śmie­ję się, choć jest w tym stwier­dze­niu sto pro­cent praw­dy.

– Mó­wię se­rio, Nina. Zrób to. – Na­gle moja przy­ja­ció­łka przy­bie­ra po­wa­żny ton. – Prze­cież to ty pierw­sza ostrze­ga­łaś mnie przed Ro­bem. Vi­vien­ne też ura­to­wa­łaś dupę przed tam­tym re­pro­duk­to­rem z si­łow­ni. Przej­rza­łaś też Nic­ka, tego faj­fu­sa z kom­plek­sem Edy­pa!

Co fakt, to fakt. Go­ściu był prze­źro­czy­sty ni­czym pla­stik w ta­nich oku­la­rach.

– No do­bra, ale co kon­kret­nie mia­ła­bym zro­bić?

– Pod­cast, blo­ga, Tik­To­ka, co­kol­wiek!

– Mam Tik­To­ka, ale fir­mo­we­go…

– To za­łóż dru­gie kon­to! Tym ra­zem z mi­sją ra­to­wa­nia ko­biet przed sko­ńczo­ny­mi ku­ta­fo­na­mi.

Za­gry­zam war­gę, a sza­le­jące we krwi pro­cen­ty spra­wia­ją, że ten po­my­sł wy­da­je się in­te­re­su­jący. Ja, ni­czym su­per­bo­ha­ter­ka w asy­me­trycz­nym, pod­kre­śla­jącym kszta­łty kom­bi­ne­zo­nie z wy­so­kim ko­łnie­rzem i od­sło­ni­ętym ra­mie­niem, ra­tu­jąca nie­świa­do­me za­gro­że­nia ko­bie­ty.

– To chy­ba nie dla mnie – mó­wię w ko­ńcu, po­nie­waż ste­ry przej­mu­je ra­cjo­nal­na część mo­je­go mó­zgu.

– Ależ jak naj­bar­dziej, po­nie­waż ta­kie fil­mi­ki mo­gły­by być dla cie­bie for­mą pa­mi­ęt­ni­ka i te­ra­pii w jed­nym! – Ści­ągam brwi, bo ude­rza to w ja­kąś czu­łą stru­nę w moim ser­cu. – Wi­dzia­łam la­skę, któ­ra roz­sta­ła się z fa­ce­tem po dzie­si­ęciu la­tach zwi­ąz­ku, i na oczach swo­ich ob­ser­wa­to­rek za­czy­na­ła nowe ży­cie. Z fil­mi­ków wrzu­ca­nych na so­cial me­dia zro­bi­ła swe­go ro­dza­ju mi­ni­se­rial, któ­ry osi­ągnął mi­lio­no­we wy­świe­tle­nia w bar­dzo krót­kim cza­sie. Albo inna, któ­ra rzu­ci­ła pra­cę w kor­po, to­tal­nie nie ma­jąc po­jęcia, co da­lej, a fol­lo­wer­si ogrom­nie jej ki­bi­co­wa­li w po­szu­ki­wa­niu no­we­go celu.

Cie­pło oka­la­jące moje ser­ce sta­je się in­ten­syw­niej­sze. Wy­obra­żam so­bie gro­no skrzyw­dzo­nych przez fa­ce­tów ko­biet, któ­re wspie­ra­ją się na­wza­jem i czer­pią z do­świad­cze­nia ko­le­ża­nek. Taka bab­ska mi­ni­spo­łecz­no­ść mo­gła­by uchro­nić nie­któ­re z nich przed nie­wła­ści­wym ulo­ko­wa­niem uczuć i po­zwo­li­ła oszczędzić kasę na psy­cho­te­ra­pii! Mo­gła­by też ob­na­żać tok­sycz­ne za­cho­wa­nia dup­ków, co­uchów pod­ry­wu i in­nych tego typu wy­ko­le­je­ńców, któ­rzy za­bie­ra­ją ko­bie­tom wia­rę w mi­ło­ść.

– I? – do­py­tu­je Har­per, gdy moje mil­cze­nie się przedłu­ża. – Co o tym sądzisz?!

– Jesz­cze nie wiem – wy­zna­ję, po­nie­waż mimo wszyst­kich za­let to dość sza­lo­ny i to­tal­nie nie w moim sty­lu po­my­sł.

– Ro­zu­miem, ale prze­my­śl to, pro­szę. Cza­sem war­to wy­jść ze stre­fy kom­for­tu i zo­ba­czyć sie­bie w no­wej roli. Na­wet nie wiesz, ja­kie skar­by mo­żna od­na­le­źć tam, gdzie ni­g­dy nie po­sta­wi­li­śmy sto­py…

– Ja­sne – rzu­cam w od­po­wie­dzi, a w mo­jej gło­wie, chcę tego czy nie, już ry­su­je się po­my­sł na pierw­szy fil­mik.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij