-
nowość
-
promocja
Projekt: (Nie)odpowiedni facet - ebook
Projekt: (Nie)odpowiedni facet - ebook
Nina Harrington to kobieta o dwóch twarzach. Za dnia ceniona i uznana pani architekt, nocą „Mścicielka z TikToka”, która ocenia i analizuje randki swoich obserwatorek. Odhaczyła już tyle red flagów, że Pentagon mógłby z niej zrobić system wczesnego rozpoznawania. Kobiety ją kochają, a mężczyźni nienawidzą, bo rozszyfrowuje ich szybciej, niż zdążą się przedstawić.
Wszystko się zmienia, gdy Nina postanawia wyjść zza ekranu telefonu i podjąć się zlecenia specjalnego. Na prośbę jednej ze swoich fanek zgadza się przetestować mężczyznę, który wydaje się zbyt idealny, by mógł być prawdziwy. Tylko jak realizować tak ryzykowny projekt na terytorium wroga, bez mapy i planu ewakuacji? Zwłaszcza gdy obiekt badań okazuje się genialnym graczem, serce Niny zaczyna przejmować kontrolę, a wszystkie jej niezawodne dotąd systemy ostrzegawcze nagle milkną…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68837-23-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nina
PRZESZŁOŚĆ
Rzęsisty deszcz przesiąka przez dach naszego prowizorycznego szałasu, zbudowanego z patyków, liści i mchu. Siedzę w środku z dzieciakami z sąsiedztwa, a na nasze wymazane błotem twarze spadają drobne krople, rozmywając wojenne maski.
Nagle do naszych uszu dociera dźwięk łamanych gałązek, informujący, że nasz wróg, czyli banda łobuzów z drugiego osiedla się zbliża. Te wstrętne rzezimieszki roszczą sobie prawo do toru przeszkód, który zrobiliśmy tydzień temu. Mało, że bawią się tam bez naszego pozwolenia, to jeszcze go psują. Po ich ostatniej wizycie starannie ułożone opony były poprzewracane, a wszystkie deski połamane. Nie mówiąc już o pustych puszkach po napojach i innych śmieciach, które po sobie zostawili. Nigdy więcej nie pozwolimy im tam wejść!
– Ray, masz patyki? – pytam chłopaka siedzącego naprzeciwko mnie.
– Mam.
– Wiadra z błotem gotowe?
– Tak jest! – odpowiada cicho Noah.
– Szyszki?
– Tak! – Teraz wszyscy udzielają odpowiedzi chórem.
– Kawałki kory?
– Tutaj!
A więc wszystko gotowe na ostateczne starcie!
– Tekturka? – szepcze jeszcze Ray. Tę ksywkę zyskałam po tym, jak kiedyś za pomocą znalezionych w garażu starych kartonów zbudowałam wielki fort i w dodatku urządziłam go jak królewski zamek. – Tylko nie bierz na siebie Pulpeta.
– Dlaczego? – dziwię się.
– Na przykład dlatego, że masz tylko dziewięć lat, a on jedenaście.
– Pulpet to mięczak. Poradzę sobie z nim – odpowiadam dziarsko i nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak właśnie będzie. Tata od zawsze mi powtarza, że jestem najsilniejszą i najmądrzejszą dziewczynką na świecie, więc jeżeli kiedykolwiek zabraknie mi siły fizycznej, mogę użyć mocy intelektu!
– Wiem, że ty sobie poradzisz, ale nasz szałas? Przecież jak on zacznie do ciebie biec, może spowodować trzęsienie ziemi. A tego nasza budowla może już nie przetrwać…
Ten komentarz wywołuje w nas śmiech, ale szybko zamiera nam na ustach, gdy nagle słyszymy nawoływanie mojej mamy.
– Nina?! Nino, gdzie jesteś?!
– Mama? – Marszczę brwi i wychylam głowę zza szałasu.
– Nina, skarbie – Moja rodzicielka natychmiast podbiega do mnie z parasolką i bierze za rękę. A więc to ona się zbliżała, nie nasi wrogowie… – Musimy iść.
Mój brzuch ściska się nieprzyjemnie.
– Ale gdzie? Coś się stało?
Mama jest zdenerwowana. Czuję, jak jej palce drżą, a ciało jest nienaturalnie sztywne.
– Wyjeżdżamy. I to teraz, zaraz.
– Jak to wyjeżdżamy? Gdzie? Dlaczego!?
Nie odpowiada, tylko ciągnie mnie niestrudzenie w stronę domu. Droga jest nierówna i śliska; co chwilę się potykamy.
– Mamo, gdzie jedziemy? – próbuję uzyskać odpowiedź, ale zamiast odpowiedzi słyszę szloch, który napełnia mnie prawdziwym przerażeniem. Ona nigdy się tak nie zachowuje.
– Nie martw się, poradzimy sobie. Wszystko będzie dobrze, kochanie – mówi drżącym, grubym głosem. – Wszystko będzie dobrze.
– Nie! – Zatrzymuję się gwałtownie i wyrywam dłoń z jej uścisku. Nie postawię ani jednego kroku więcej, póki się nie dowiem, co się dzieje. – Gdzie jedziemy? I gdzie jest tata?
W tej samej chwili, zza drzew na skraju parku, gdzie właśnie stoimy, dostrzegam go wychodzącego z domu.
– Twój ojciec… – Głowa mamy opada, jakby nie miała siły utrzymać jej w pionie. Albo jakby starała się ukryć łzy… – On…
Moje serce zaczyna się tłuc w piersi coraz mocniej. Co chwila zerkam na mężczyznę w eleganckim garniturze, który pojawił się w moim życiu, gdy miałam dwa lata i z miejsca stał się moim najlepszym przyjacielem, rycerzem w lśniącej zbroi i pierwszym gościem na herbatkowych przyjęciach.
– On odchodzi – wypływa z ust mamy, a w moim gardle zaczyna rosnąć wielka, bolesna gula.
Nagle nabranie powietrza nie wydaje się już tak łatwe. Przenoszę wzrok na tatę, obserwując, jak otwiera bagażnik samochodu i coś do niego wrzuca.
– Gdzie odchodzi? – Udaje mi się jakoś wykrztusić, podczas gdy moje oczy wciąż śledzą każdy jego ruch.
Mama podchodzi do mnie, odkłada parasolkę i chwyta mnie za ramiona.
– Od nas, skarbie… – Kuca i ujmuje moją brodę, zmuszając, bym na nią spojrzała. Dostrzegam, jak bardzo ma czerwone oczy, i to przeraża mnie jeszcze mocniej. – Czasem dzieje się tak, że dorośli się rozstają i…
– Ale ja nie jestem dorosła i nie chcę się z nim rozstawać! – oponuję wściekle, nie dając jej dokończyć.
– Wiem, kochanie. – Milknie, a ja w tym czasie znów spoglądam na wsiadającego do samochodu ojca. – Ale czasem trzeba pożegnać się z ludźmi, nawet jeśli bardzo tego nie chcemy. Spakujemy najpotrzebniejsze rzeczy i jeszcze dziś wyjedziemy.
– Ale dlaczego? Tata już mnie nie chce? Zrobiłam coś złego? – Do oczu podchodzą mi łzy, a na języku pojawia się gorzki, okropny posmak. Chcę przełknąć, ale mam całkiem sucho w ustach.
– Nic, kotku! – Mama natychmiast zamyka mnie w objęciach i zaczyna głośno szlochać. – To nie jest twoja wina. Ty jesteś wspaniała. Najlepsza. Idealna.
To samo słyszałam od taty, a teraz patrzę, jak wyjeżdża…
– Jakoś sobie poradzimy. Przysięgam – zapewnia gorliwie, nie przestając mnie głaskać po głowie.
Ale ja nie chcę sobie radzić. Nie chcę się wyprowadzać ani rozstawać z tatą!
Gdy do moich uszu dobiega dźwięk odpalanego silnika, niewiele myśląc, wyrywam się z objęć mamy i ruszam pędem w stronę podjazdu. Łzy ciekną mi po policzkach, klatka piersiowa boli, jakby usiadł na niej słoń, a nasilający się deszcz smaga mnie brutalnie po twarzy.
– Tato! – krzyczę, usiłując zagłuszyć ulewę oraz odgłos pracującego silnika, ale mi się nie udaje. On nie słyszy. – Tato, zaczekaj!!
Puls dudni mi w uszach, panika wypełnia serce, a nogi plączą się o siebie bezradnie. Mimo to biegnę, bo każdy krok mnie do niego przybliża. Jeśli dam z siebie wszystko, może uda mi się go zatrzymać. Przecież nie może tak po prostu wyjechać! Bez rozmowy, wyjaśnień, bez pożegnania…
– Nino, stój! – słyszę za sobą wołanie mamy, ale je ignoruję.
Nie patrzę wstecz, tylko przed siebie, gdzie czerwony Chevrolet opuszcza właśnie podjazd.
– Tato!! – wrzeszczę w panice jeszcze głośniej, ale mężczyzna prowadzący auto mnie nie widzi.
Zaczynam machać obłąkańczo rękami. Jestem już prawie przy drodze.
– Tato, zaczekaj, proszę! Zaczekaj na mnie!
Wbiegam na ulicę i gnam za zostawiającym za sobą gęste obłoki spalin autem.
– Tato! – Płuca palą mnie od wysiłku, stopy ślizgają się w mokrych trampkach, a serce obija się boleśnie o żebra.
Z mojego gardła wyrywa się szloch, bo samochód oddala się ode mnie nieubłaganie. Z każdą kolejną sekundą, pomimo mojego wielkiego wysiłku, maleje mi w oczach i staje się coraz bardziej nieosiągalny.
– Tato! – Wyciągam rękę, jakbym miała moc go zatrzymać, ale tak się nie dzieje. Auto skręca na najbliższym skrzyżowaniu i po chwili znika mi całkowicie z oczu.
– Tatusiu… – Zwalniam, moje nogi w końcu odmawiają współpracy, a wola walki znika. – Nie zostawiaj mnie…
W końcu się zatrzymuję, tak jak cały świat wokół. Już nie czuję deszczu, bólu mięśni ani zimna. Jest tylko to okropne, rwące uczucie w mojej klatce. Zupełnie tak, jakby serce nie zgadzało się z nogami, tylko wciąż biegło za tym, czego tak bardzo nie chce stracić.
– Nina! Skarbie, zejdź z drogi! – słyszę za plecami głos mamy, a potem głośny klakson samochodu.
Nie reaguję, gdy ktoś mnie mija i z wnętrza puszcza mi ostrą wiązankę. Trwam w zawieszeniu, gdy podbiega do mnie mama, łapie mnie za rękę i szarpnięciem odciąga na chodnik. Ignoruję świat zewnętrzny, bo to on zabrał mi ojca i teraz moje życie nigdy już nie będzie takie samo.
– Kochanie, tak mi przykro – Szloch mamy, jej szybki nierówny oddech i nerwowe głaskanie mojej twarzy odblokowują wielką powódź emocji, które dotąd starałam się trzymać w ryzach. – Twój tata ma kogoś innego, ale pamiętaj, że to nie twoja wina, tylko jego wybór. To on okazał się kłamcą i człowiekiem niegodnym twojej miłości. Nie na odwrót, rozumiesz mnie?
Kiwam posłusznie głową, ale tak naprawdę wcale tego nie rozumiem.
Nie mogę pojąć, że jeszcze dziś rano, jak codziennie, zrobił mi śniadanie niespodziankę, razem myliśmy zęby i ścigaliśmy się do salonu, a teraz tak po prostu odszedł… Nie umiem się pogodzić z tym, że nigdy nie będzie już spał ze mną w namiocie w sypialni, nie opowie mi śmiesznej bajki, nie zrobi ze mną psikusa mamie ani nie zabierze na rajd za miasto. Nie mieści mi się w głowie, że już mnie nie przytuli, nie pocieszy, gdy rozbiję kolano, ani nie odwróci uwagi w chwilach smutku.
– Poradzimy sobie bez niego, skarbie.
Gdy słyszę te słowa, wybucha we mnie ogromny gniew. Ściągam zegarek z Dorą, który tata podarował mi na piąte urodziny, rzucam go na beton, a potem zaczynam po nim z wściekłością deptać. Zgniatam go na miazgę i dopiero widok zniszczonego doszczętnie gadżetu zmienia moje emocje o sto osiemdziesiąt stopni. Uświadamiam sobie bowiem, że to naprawdę koniec.
Nie jestem przygotowana na wielką, nieposkromioną falę rozpaczy, która mnie zalewa. Powietrze, zamiast natleniać, zaczyna mnie dusić, a spływające po policzkach łzy mieszają się ze strugami deszczu. Kolejne obrazy z przeszłości atakują moją głowę, przypominając brutalnie, że żadna z tych chwil już nigdy więcej się nie powtórzy. Wszystko, co kochałam, zniknęło za zakrętem wraz z człowiekiem, który deklarował, że będzie mnie kochał do końca życia, i tej obietnicy nie dotrzymał.ROZDZIAŁ PIERWSZY
Nina
TERAŹNIEJSZOŚĆ
Czasem już na początku dnia wiesz, jak on się skończy. Czujesz w kościach, gdy tylko otworzysz powieki. Gdy twój budzik nie zadzwoni, ulubiona maskara dokona żywota tego poranka, a ekspres obryzga cię gorącą wodą.
Wiesz to, kiedy twoja najlepsza elegancka spódnica nagle okazuje się za ciasna, na brodzie pojawia się wielki pryszcz, a potem dostajesz telefon z wiadomością, że zamówiony we Włoszech marmur dotrze dopiero w przyszłym tygodniu, co rujnuje cały harmonogram prac w penthousie klienta. Spóźnienie się na spotkanie z projektantem drogiego stolika z żywicy i brązu jeszcze to potwierdza, a kelner wylewający latte na twój szkic nowoczesnej lampy inspirowanej skrzydłem motyla jest niczym gwóźdź do trumny.
Mimo że w tym momencie mam ochotę rzucić wszystko, przywdziać habit i zaszyć się w jakiejś świątyni w Tybecie, to naprawdę kocham swoją pracę. Mało tego, uważam, że jestem w niej zajebiście dobra.
Na myśl o projektowaniu układu przestrzeni, omawianiu stylistyki wnętrza, selekcjonowaniu materiałów lub zamówieniu sztuki na ściany w moim brzuchu zaczynają trzepotać nietoperze z ADHD!
Uważam, że dobra projektantka to wizjonerka, która dostrzega gotową koncepcję pomiędzy surowymi ścianami betonu. Ona nie doradza, co jest teraz na topie, tylko projektuje przestrzeń tak, by była przedłużeniem osobowości klienta. Doskonale wie, jak za pomocą z pozoru niewidocznych detali nadać każdemu miejscu duszę oraz sprawić, by inni z miejsca nazwali je swoim domem.
Podobno już jako dziecko miałam smykałkę do tej profesji. Od zawsze wolałam się bawić domkiem Barbie niż samą lalką. Mama była zachwycona, gdy zamieniłam różową tandetną zabawkę z marketu w twierdzę nowoczesnej kobiety sukcesu, pozbywając się plastiku, brokatu i wszechobecnego chłamu. Już wtedy wiedziałam, że to dodatki nadają wnętrzu klasy – jedwabna pościel w sypialni, lustra odbijające światło lub ręcznie tkany dywan na podłodze. Wszystko, co z pozoru nieistotne, liczy się najbardziej. Ot, taki paradoks.
A skoro już o paradoksach mowa…
Zmęczona koszmarnym dniem i kłótnią z klientem na Park Avenue, który uparł się na kiczowaty kryształowy żyrandol (jakbyśmy projektowali wnętrze kasyna albo pieprzonego pałacu w Monako!), kupuję sushi, a do tego butelkę Moeta, i jadę do swojego faceta, Donovana.
Choć na ulicach nie leży już śnieg, styczniowe powietrze jest ostre jak brzytwa. Wbijam się w kolumnę jadących w korku aut i wciskam aktywny tempomat. Nie włączam radia, ponieważ Manhattan ma swój własny soundtrack; krótkie klaksony taksówek, śmiech dobiegający z chodnika i syreny policyjne. Dziś nie potrzebuję więcej. No, może z wyjątkiem zapewnienia, że jestem dzielna, mądra i ten dureń z Park Avenue w końcu odszczeka swoje słowa, że ładniejsze projekty oglądał na Pintereście.
Gdy parkuję na Perry Street, jest już dwudziesta. Uśmiecham się pod nosem, bo oprócz sushi i alkoholu mam dla Donovana propozycję wyjazdu do Hamptons, gdzie zarezerwowałam willę z białymi okiennicami i widokiem na ocean. Po naszej ostatniej, głębokiej rozmowie o zaufaniu oraz swobodzie w byciu sobą, czuję, że nasza relacja osiągnęła kolejny poziom. Kto wie, może Donovan okaże się tym jedynym, z którym w końcu zdecyduję się zamieszkać!
Wchodzę do windy, rozpinam płaszcz, wciskam guzik trzeciego piętra i przyglądam się postaci odbijającej się w wielkim lustrze. Czarne wysmuklające spodnie z lejącego się jedwabiu w połączeniu z białą, o dwa rozmiary za dużą bluzką zsuniętą z jednego ramienia, są połączeniem elegancji i wygody, czyli tego, co kocham najbardziej. Wędruję wzrokiem po subtelnym naszyjniku od mamy i pasujących do niego kolczykach, by po chwili zatrzymać go na włosach. Lekko się krzywię, ponieważ idealny kiedyś bob stracił swoje ostre kontury i włosy zaczęły się chaotycznie falować. Przybliżam się do lustra i z zadowoleniem stwierdzam, że makijaż utrzymał się idealnie. Będę musiała podziękować Harper za polecenie tego rewelacyjnego podkładu, który tak kochają gwiazdy!
Gdy docieram na odpowiednie piętro, drzwi windy się otwierają, a ja ruszam do mieszkania swojego faceta, marząc o tym, by się najeść, upić i zaliczyć wspólną kąpiel w jego szerokiej wannie z hydromasażem.
Pukam, ale mi nie otwiera. Po chwili naciskam klamkę i wchodzę do środka, gdzie panuje półmrok, w tle sączy się muzyka z rodzaju „sexy chill”, a w powietrzu czuć zapach kadzideł i alkoholu. W głowie od razu zaczyna mi wyć syrena alarmowa, bo już kiedyś to przerabiałam… Steven, mój poprzedni facet, zdradził mnie z kobietą, która regularnie wyprowadzała mu psa.
Fala ciepła uderza mnie w twarz, a w krtani zawiązuje się bolesna gula. Nie chcę znowu tego przechodzić. Mdli mnie na samą myśl, że zobaczę Donovana robiącego dobrze ustami jakiejś obcej kobiecie, ale z drugiej strony taki widok zapewni mi odkochanie się w gościu w przeciągu milisekundy.
Dobra, miejmy to z głowy!
Połykam żółć, która pali mnie w gardle, i wkraczam do salonu, gdzie zastaję mojego chłopaka – stojącego do mnie plecami i ustawiającego telefon na statywie. Ściągam brwi, bo jest zupełnie sam. Dla pewności zerkam w prawo i lewo, ale nie dostrzegam żadnych śladów kobiecej obecności. Nie ma kieliszków po winie, ani pojemników po chińszczyźnie, jak to miało miejsce w przypadku Stevena. Rejestruję jedynie otwartą butelkę ulubionej szkockiej mojego faceta.
_Co się tu, do licha, odwala?_
Ponownie skupiam się na głównej postaci tej sceny i dopiero teraz dostrzegam, że Don nie ma na sobie ubrań, a jedynie…
_Zaraz, czy to moje figi?!_
Przechylam z niedowierzaniem głowę, a w tym samym czasie odzywa się ktoś po drugiej stronie telefonu.
– Gotowy, kociaku? Bo ja czekałem na to cały tydzień.
Moment… Ja znam tego gościa! Czy to nie Warren, przełożony z pracy Donovana, z którym kiedyś byliśmy na wspólnej kolacji?!
– Zwarty i gotowy na twoje rozkazy, panie – odpowiada mu podekscytowanym głosem Don, a potem odsuwa się od statywu.
_Panie?!_ Krzywię się w myślach przy tym słowie. Czy to jakaś popieprzona, perwersyjna wersja Greya?!
– Obróć się. – Niski głos Warrena zdradza jego podniecenie. Patrzę, jak Donovan wykonuje polecenie, obracając się wokół własnej osi jak baletnica. – To najseksowniejsze majtki, jakie widziałem. Skąd je masz?
– Należą do Niny.
– Nosiła je?
– Tak.
Co to za chora sytuacja?! Z jednej strony jestem wstrząśnięta, z drugiej zaś niezdrowo ciekawa, co tu się za chwilę odpierdoli!
– Bardzo dobrze – chwali go Warren, mrucząc ostentacyjnie z aprobatą. – Chcę, żeby po dzisiejszej nocy, gdy wytryśniesz w nie z moim imieniem na ustach, wróciły do jej szuflady i towarzyszyły wam przy najbliższym stosunku.
_Że co, kurwa?!_
– Chcę, żebyś pieprząc swoją kobietę, wyobrażał sobie mnie.
– Więc ty też mi się pokaż w samej bieliźnie – skamle żałośnie Don, a mnie zbiera się na wymioty.
– Nie – oznajmia stanowczo sekretny kochanek. – Zapomniałeś, że to ja wydaję tu rozkazy?
– Chciałbym zobaczyć, czy ty też jesteś podniecony. – Don nie odpuszcza, a jego rozmówca kładzie palec na ustach, każąc mu zamilknąć.
– Dotknij swojego krocza i zobacz, jak twój kutas się dla mnie unosi. Ciesz się tym spotkaniem, naszą małą grzeszną tajemnicą, o której nikt nie ma pojęcia. Pomyśl, że te majtki na tobie wyglądają sto razy lepiej niż na twojej dziewczynie i że za chwilę dzięki ich taniej, drażniącej fakturze osiągniesz najlepszy orgazm w swoim życiu.
_O nie. Tego już za wiele!_
– Wypraszam sobie! – wchodzę z impetem w tę intymną i zarazem obrzydliwą scenę dziwacznej sekskonferencji, a nakryci kochankowie wytrzeszczają oczy na mój widok. – Może i moje majtki wyglądają lepiej na tyłku Donovana, ale na pewno nie są wykonane z tandetnej koronki, tylko czystego jedwabiu. To luksusowa bielizna haute couture, delikatna, bardzo cienka, chłodna w dotyku, przewiewna, droga i najbardziej finezyjna jak to tylko możliwe!
Nie wiem, czemu tak się uczepiłam tych majtek. Facet właśnie zdradza mnie ze swoim przełożonym, a ja prowadzę wykład na temat składu bielizny za pięćset dolców.
– Kochanie, to nie tak jak myślisz. – Donovan zasłania dłońmi kutasa we wzwodzie i postanawia polecieć klasykiem. – To tylko taki… żart.
– Żart? Tak jak poziom twojej kreatywności czy może nasz związek? – pytam, bo naprawdę jestem ciekawa.
– Kochanie, nie wyciągaj pochopnych wniosków. Porozmawiajmy.
– Jasne, a tym razem zdobędziesz się na szczerość, czy podesłać ci listę kolejnych gotowych cytatów na takie sytuacje?
– Nina, proszę cię, nie złość się. – Robi krok w moim kierunku i wyciąga rękę, jakby chciał mnie zatrzymać.
– Nie złoszczę się. W tej chwili nie czuję do ciebie nic prócz współczucia.
To go chyba zabolało, bo zatrzymuje się, a jego oczy wypełnia żal.
– Powiedziałaś, że akceptujesz mnie takim, jakim jestem naprawdę – mówi z wyrzutem w głosie. – Że przy tobie nie muszę niczego udawać.
– Bo nie sądziłam, że udajesz swoją orientację! – obruszam się, bo to już szczyt wszystkiego!
Gdy przypominają mi się sceny naszych zbliżeń, mam ochotę otworzyć pieprzonego Moeta, wyzerować go tu i teraz, a potem biec do Vivienne i przebadać się pod kątem chorób wenerycznych!
– Niczego nie udawałem, a to, co widziałaś… – w bezradnym geście wskazuje kamerkę, za którą nie ma już Warrena – …to był właśnie wyraz mojego alter ego, którego bałem się dopuścić do głosu. Dopiero ty dałaś mi siłę do uwolnienia tej części mojej osobowości i zaakceptowania jej. Odważyłem się do tego po tamtej rozmowie…
Mdłości zaczynają palić mnie w przełyk, a ciśnienie skacze pod sam sufit.
– Odważyłeś się też ukraść moje najlepsze majtki – zauważam kąśliwie, bo moje opanowanie wisi na włosku.– Naprawdę miałeś zamiar zwrócić je po tym, czego się tu dopuściłeś?!
– Oczywiście, że nie! To był tylko element gry wstępnej. Nigdy nie zrobiłbym ci takiego świństwa! – przekonuje żarliwie, a ja rzucam mu w odpowiedzi pełne politowania spojrzenie.
– Naprawdę? Bo uprawianie sekstelefonu z facetem nim nie było?
– Nino, proszę cię, postaraj się mnie zrozumieć…
– Och, rozumiem doskonale. Jesteś obrzydliwym kłamcą – wypluwam z siebie ze wzgardą. – Ale cieszę się, że pokazałeś swoją prawdziwą twarz, zanim straciłam więcej czasu i co gorsza… bielizny – dodaję zgryźliwie, bo w tym momencie moja odzież intymna jest warta więcej niż każda minuta rozmowy z tym zdrajcą.
– To był tylko głupi eksperyment, przysięgam!
Unoszę z powątpiewaniem brew.
– Twoje przysięgi są warte tyle, co czek bez podpisu. Nie mamy już o czym rozmawiać. – Odwracam się z zamiarem odejścia.
– Kochanie, nie zostawiajmy tak tego. To był błąd i więcej się nie powtórzy! – woła desperacko do moich pleców.
Zatrzymuję się, zwracam w jego kierunku i wbijam wzrok w wybrzuszenie na jego kroczu, bezlitośnie rozpychającym moje piękne majtki.
– Coś mi mówi, że twój puszczalski kutas ma inne zdanie na ten temat.
– On się nie liczy!
– Cóż… przynajmniej w tej kwestii pozostajemy zgodni. Żegnaj, Don – rzucam na odchodnym, po czym odwracam się i opuszczam mieszkanie.
Jeśli mam być szczera, nie pamiętam drogi do domu. Świat znów zaczyna się kręcić dopiero wtedy, gdy przekraczam próg swojego apartamentu, ściągam szpilki i zwracam zawartość żołądka do toalety. Tam też zauważam, że właśnie zaczęła mi się miesiączka. A więc sprawa pryszcza na brodzie, większego obwodu brzucha i posępnego humoru od rana rozwiązana! Hura! Trzeba to uczcić! Płuczę usta miętowym płynem do higieny jamy ustnej, zbieram z szafki przy drzwiach Moeta, otwieram go i wychodzę na taras, gdzie chłód zimowego wieczoru idealnie studzi moje rozgrzane ciało. Pociągam pierwszy łyk i czekam, aż szalejący we mnie cyklon emocji ucichnie.
Wpatruję się w światła budynków miasta wyglądające jak rozproszona konstelacja gwiazd i nie mogę uwierzyć w ironiczność całej tej sytuacji; zdrada z coming outem w jednym – no przecież to jak gotowy scenariusz na filmowy hit!
Odwracam się od metalowej barierki i opadam w niezgrabnym ruchu na leżak. Zamykam oczy, ale jest jeszcze gorzej. Pod powiekami wybuchają mi obleśne obrazy tyłka Donovana, który z taką radością czekał, aż Warren przeleci go werbalnie. Nie wytrzymam, jeśli nie wyrzucę z siebie wkurwu i rozczarowania, jakie zafundował mi ten fałszywy szmaciarz! Sięgam po komórkę i wybieram numer Vivienne, mojej serdecznej przyjaciółki, której chłodny pragmatyzm jest mi teraz potrzebny jak tlen.
– Halo? – odbiera po szóstym sygnale.
– Viv, nie uwierzysz, co się stało…
– Tylko mi nie mów, że test pokazał ci dwie kreski.
Po kręgosłupie przelatuje mi dreszcz grozy.
– Jezu. Nie!
– Albo że zauważyłaś u siebie opryszczkę narządów płciowych. – Ta sugestia pada niemal przy każdym naszym spotkaniu, a to dlatego, że Vivienne jest ginekologiem i ma obsesję na punkcie chorób wenerycznych.
– Jeszcze nie, ale ryzyko jej pojawienia się właśnie gwałtownie wzrosło.
– Poszłaś na całość z tamtym rozwiedzionym multimilionerem, który patrzył na ciebie, jakbyś była grzechem, za który warto odsiedzieć dożywocie?! – Entuzjazm, z jakim to mówi, to dla mnie obelga.
– Wow. To niebywale pokrzepiające. Moja przyjaciółka właśnie uznała, że to akurat ja dopuściłam się zdrady… – sarkam z niedowierzaniem, nie kryjąc urazy.
– No chyba nie Donovan, skoro on wydaje się nie zauważać innych kobiet – stwierdza z taką pewnością, z jaką diagnozuje chlamydiozę.
Zaskakuje mnie brzdęk narzędzi i czyjś stłumiony głos.
– Po pierwsze: nie mogłabyś się bardziej mylić. A po drugie: czy teraz obok ciebie ktoś jest?
– Tylko pacjentka i mój nowy stażysta. Musiałam dziś zostać po godzinach, ale daj mi chwilkę… – Słyszę kroki, a potem skrzypnięcie fotela, stąd wiem, że przeszła w bardziej ustronne miejsce. – Chcesz powiedzieć, że Donovan cię zdradził?!
– Viv, jesteś w pracy, nie będę ci teraz zawracać głowy.
– O nie, moja panno. Chcę wiedzieć, kto był na tyle seksowny, że skusił pana cnotliwego bardziej niż mój zajebisty biust – odnosi się do sytuacji, gdy kiedyś wyszła naga z łazienki, nie wiedząc, że siedzę w jej salonie z Donovanem, a on nie uraczył jej dorodnego bufetu nawet przelotnym spojrzeniem. Ja byłam dumna i przeszczęśliwa, natomiast Vivienne szczerze obrażona.
– Zdradzę ci tylko tyle, że był to ktoś, kto ma zupełnie płaską klatę – naprowadzam ją na właściwą odpowiedź.
– Ale że tak zupełnie? Jak na przykład Keira Knightley albo Natalie Portman?
– Gorzej. I, tak na marginesie, uwielbiam te aktorki.
– Gorzej? – dziwi się i zaczyna stukać ołówkiem w papier. Robi tak zawsze, gdy ma do rozgryzienia jakąś zagwozdkę. – To może Zendaya albo…
– Zimno, Viv. Powiedziałabym, że przeciwległy biegun.
– Przeciwległy? – Następuje chwila ciszy, a potem gwałtowne nabranie powierza. – Chcesz powiedzieć, że… zaraz, co? – zwraca się do kogoś przytłumionym głosem, jakby przesłoniła głośnik dłonią. – Jak to współżyła w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin? Przecież mówiłam, że nie jest to wskazane przed badaniem cytologicznym. – Męski głos coś jej odpowiada, a Vivienne wzdycha ciężko i jestem pewna, że łapie się teraz za nasadę nosa. – Umów ją na kolejną wizytę, tylko niech sprawdzi kalendarz menstruacyjny. – W nastającej potem ciszy dobiega mnie odgłos oddalających się kroków. – Okej, jestem, to na czym my… A tak, zdrada.
– Vivienne, on przygruchał sobie faceta, a na końcu stwierdził, że to dzięki mnie – wyrzucam z siebie i przepijam bąbelkami gorzki smak tych okrutnych słów. – Ukradł mi gacie, a potem pokazywał się w damskiej bieliźnie swojemu przełożonemu!
– Jezu, Nina. Tylko tobie mogło się przytrafić coś takiego – stwierdza z mieszanką rozbawienia i szczerego zatroskania.
– Co nie?! I to się dzieje za każdym razem, gdy relacja wchodzi na wyższy poziom. Czy nade mną wisi jakaś zasrana klątwa?!
– Nie wiem, ale warto to zbadać. Znajoma ma taką jedną tarocistkę, która… Moment, że co znalazłeś? – Przerywa nagle, znów zwracając się do swojego stażysty. – Chryste na niebie i wszyscy święci. Poczekaj, już idę. Nina, przepraszam, ale muszę iść do pacjentki. Okazuje się, że w jej drogach rodnych od nie wiadomo kiedy tkwi tampon, któremu najwidoczniej spierdolił się GPS.
– Jasne, leć! – Zamurowuje mnie. Chociaż z drugiej strony… – W sumie to nawet pocieszające, że jakaś kobieta zszokowała cię dziś bardziej niż ja.
– Wierz mi, znajdywałam znacznie dziwniejsze przedmioty w pochwach pacjentek.
– Myślę, że nie poproszę o szczegóły.
– Całkiem roztropnie. A teraz naprawdę muszę lecieć. Przepraszam cię, skarbie. Zadzwoń do Harper! – rzuca jeszcze, a potem się rozłącza.
Wdycham ciężko i wybieram numer mojej drugiej przyjaciółki.
– Halo? – Gdy jej głos rozbrzmiewa mi w uchu, na moich ustach od razu pojawia się uśmiech.
Z Harper poznałam się prawie osiem lat temu na zajęciach jogi o wschodzie słońca, organizowanej na dachu jednego z wieżowców na Manhattanie. Ona przychodziła wyłącznie dla przystojnego instruktora, mnie natomiast zachwyciła perspektywa ćwiczeń na tle malowniczego Empire State.
Bardziej od cudownego krajobrazu i prowadzącego, który ostatecznie okazał się obrzydliwym fetyszystą stóp, interesowały nas jednak rozmowy o ostatnim kawałku Lany Del Rey, najfajniejszych sklepach z butami na Piątej Alei i klacie Bradleya Coopera. To ona przedstawiła mnie Vivienne, z którą przyjaźniła się od dziecka. Okazało się, że wszystkie trzy mamy podobne poczucie humoru, słabość do błyszczyków i kiepski gust do facetów. I tak oto zrodziło się nasze trio, któremu nadałyśmy wdzięczną nazwę „Żmijki z Manhattanu”.
– Cześć, Sharky – zwracam się do przyjaciółki ksywką związaną z jej zawodem, ponieważ jako managerka gwiazd potrafi wyczuć krew z odległości nawet kilometra. Obecnie wzięła pod skrzydła zespół rockowy, którego wokalista zachwycił ją swoją barwą, gdy śpiewał w jednym z podrzędnych pubów, i postanowiła zrobić z niego idola na skalę światową. – Co tam porabiasz?
– Próbuję gasić ogień wywołany przez tego kretyna, który wyszedł w środku wywiadu prowadzonego na żywo!
– Upsik. Może jednak się myliłaś i nie powtórzysz sukcesu Jane, która nauczyła Tarzana używać sztućców oraz zaprzyjaźniła go z odwiecznym wrogiem, czyli grzebieniem?
– Temu gościowi bardziej się przyda zaznajomienie z moim dziesięciocentymetrowym obcasem – rzuca zasapana i wściekła jak wszyscy diabli. – Mam jednak obawy, że idiocie mogłoby się to spodobać.
Gdy wyczuwam w jej tonie dziwną, niepokojącą nutę, z miejsca robię się podejrzliwa.
– Harper, czy ty czasem na niego nie lecisz?
– Błagam cię, koleś ma więcej włosów na klacie niż mój dywan typu shaggy!
– Nie będę pytać, skąd to wiesz…
– I bardzo dobrze. Lepiej powiedz, z czym dzwonisz.
No i wracamy na ziemię, gdzie gość mówiący, że chce być bliżej mnie, ma na myśli noszenie wspólnych majtek.
– Rzuciłam Donovana po tym, jak przyłapałam go w swojej bieliźnie, gdy robił erotyczną prezentację dla swojego szefa.
– O kurwa… – Słyszę kaszlnięcie, jakby Harper zadławiła się śliną. – Moje libido właśnie popełniło harakiri.
– Twoje? Ja byłam naocznym świadkiem tej satyry! I już sama nie wiem, co jest gorsze… Że wyglądał w moich jedwabnych figach lepiej niż ja po całym miesiącu detoksu z selera czy to, że najprawdopodobniej upierze moją francuską koronkę z ręcznikami, niszcząc jej delikatny materiał.
– Nina, tak mi przykro… – Harper zna mnie na tyle dobrze, by wyczuć smutek ukryty pod maską ironii. Wie, że gdyby była szansa na powodzenie, wolałabym ratować związek niż bieliznę. – Chociaż… w sumie mogło być gorzej.
– Niby jakim cudem?
– Mógł ci zwinąć te nowe Loubotiny z czerwoną podeszwą i wcisnąć je na swojego platfusa – rzuca, nieco mnie rozbawiając. – Z tymi krzywymi nogami dostałby bana nawet do klubu drag queen.
Obydwie parskamy śmiechem, ale potem zapada pełna trudnych i niewypowiedzianych słów cisza. Wchodzę z powrotem do mieszkania, bo robi mi się zimno.
– Trzymasz się jakoś?
– Jakoś… Moet mi pomaga. – Unoszę trzymanego cały czas w drugiej dłoni szampana i uśmiecham się blado. – Harp, chyba mam dość – wyjawiam po chwili, gdy dopada mnie potężne zmęczenie. – Nie zniosę więcej rozczarowań.
– Kochanie, nie wszyscy faceci są źli.
– Ale z jakiegoś powodu tylko takich przyciągam. Być może mam na twarzy jakiś wielki neon z napisem „Czerwone Flagi zapraszam serdecznie!”.
– Nina, jedyne, co masz na twarzy, to zajebiste piękno – ripostuje moja przyjaciółka, wyraźnie niezadowolona z kierunku, w jakim podążają moje myśli. – Wiesz, że oddałabym nerkę za tę cudowną mieszankę amerykańskich i koreańskich genów!
Mój uśmiech staje się jeszcze smutniejszy, gdy wspomina mojego biologicznego ojca, który zwiał zaraz po tym, jak mama oznajmiła mu, że jest ze mną w ciąży. Nigdy nie poznałam jego imienia, nie otrzymałam jego nazwiska, nie mam pojęcia, kim jest ani jak wygląda. Wiem o nim tylko tyle, że to pierwszy facet, który mnie porzucił.
– A ja za twoje piękne gęste włosy – odwdzięczam się jej podobnym komplementem, by nie zatracić się w posępnych refleksjach. A to dlatego, że od myślenia o biologicznym ojcu prosta droga do wspomnień mężczyzny, który jako drugi roztrzaskał moje serce na milion kawałków.
– Może poczujesz się lepiej, gdy przyjadę i odprawimy temu związkowi pogrzeb z prawdziwego zdarzenia? – rzuca niespodziewanie Harper.
Kocham ją za te szalone pomysły.
– Na pogrzebach się płacze, a ja nie umiem opłakiwać dupków. – Do ostatniego, któremu podarowałam prawdziwe łzy, mówiłam „tato”, i zniknął z mojego życia bez słowa, łamiąc obietnicę, że nigdy mnie nie opuści.
– To może napiszemy list pożegnalny na karoserii jego auta? – serwuje kolejny pomysł, a kącik moich ust drga.
– Ty wiesz, jak ciężko jest napisać obłą literę na lakierze samochodu? To byłaby większa kara dla mnie niż dla niego.
– Racja, Lord Chujington ma więcej aut niż klepek w rozumie – ripostuje, a w tle słychać trzaśnięcie drzwiami. – O, jednak zmieniłeś zdanie? – zwraca się do kogoś w ironicznym tonie.
– Zapomniałem gitary – daje się słyszeć niski baryton. To chyba ten facet od kapeli rockowej, którą wzięła pod skrzydła Harper.
– Jasne, leży tam, obok twojej zmarnowanej szansy na wielką karierę!
– Chyba twojej. Ja nigdy nie marzyłem o sławie ani życiu w blasku fleszy.
– Jasne, że nie, bo jesteś egoistą, który dostał od Boga tak cudowny głos i chce go zatrzymać tylko dla siebie! – robi mu wyrzuty, a ja z rosnącym zaciekawieniem przysłuchuję się tej pełnej ognia wymianie zdań.
– Dla siebie chcę zatrzymać przede wszystkim prywatność, a tego pajaca w garniturze interesowały jedynie rzeczy, które nie powinny! Wiesz, że nie zadał ani jednego pytania dotyczącego moich utworów?
– Caleb…– W tym miejscu Harper powinna stracić cierpliwość, a tymczasem jej głos łagodnieje, jakby tłumaczyła małemu chłopcu, jak działa świat i dlaczego nie zawsze jest sprawiedliwy. – Wszyscy znają twoje piosenki, a ciebie prawie w ogóle. To normalne, że fanki, które wyobrażają sobie ciebie w swoim łóżku, chciałyby wiedzieć, czy kogoś masz.
Następuje chwila ciszy, podczas której nawet ja wstrzymuję oddech.
– A jeśli im powiem, że jest ktoś, o kim nie mogę przestać myśleć, choć ona nie ma o tym pojęcia… – O Boże, ten sugestywny ton!! – …to wszystkie te twoje fanki będą zadowolone?
– Eeee… – Harper zatyka. Piekło właśnie zamarzło, a słońce wstało na zachodzie. – One nie są moje, tylko twoje.
_No, nie! Ty tak serio, Harper?!_ Nie mogę uwierzyć, że w taki sposób zareagowała na wyznanie.
– Jak widać, dla ciebie liczą się dużo bardziej niż dla mnie.
– Ale poczekaj! Naprawdę tam nie wrócisz? – wykrzykuje z nutą niepokoju, co sugeruje, że Caleb uważa rozmowę za zakończoną.
– Jeśli ktoś nie jest gotowy na prawdę, nie powinien o nią prosić – odpowiada tym niskim, dudniącym głosem i sądząc po skrzypnięciu drzwi, wychodzi.
– Przysięgam, że ten facet mnie kiedyś wykończy. – Głos mojej przyjaciółki jest nienaturalnie wysoki. Jakby próbowała grać niewzruszoną, ale jej nie wychodziło.
– Prędzej ty jego – zauważam, ukrywając uśmiech.
– To znaczy?
– Harp, przecież wiesz, że mówił wtedy o tobie – wywalam kawę na ławę, choć nie mam wątpliwości, że ona także załapała. – To ciebie pragnie, nie tych twoich fanek – cytuję go, opowiadając się tym samym po jego stronie.
– Do czasu – odpowiada zgaszonym tonem. – Zbyt dobrze znam mechanizm działania show-biznesu, żeby się pakować w taką relację.
Przypominam sobie Roba, głównego aktora popularnego serialu, z którym się spotykała i który wciągnął ją z premedytacją w aferę narkotykową. Typ od początku mi się nie podobał.
– Czy wszyscy faceci zaczynają jak książęta, a kończą jak wieprze? – filozofuję, dostrzegając wielką głębię tego gorzkiego pytania.
– Tak. A jak się ich za długo przytrzyma, człowiek zaczyna śmierdzieć razem z nimi!
– Świat byłby piękniejszy bez zafajdanych red flagów – wzdycham, siadając po turecku na kanapie w salonie. – Gdyby można ich było wymieniać na nagrody, miałabym już prywatną wyspę.
– I własny program autorski: „Projekt: Nieodpowiedni Facet”!
– Czuję, że bez problemu obroniłabym z tego doktorat – śmieję się, choć jest w tym stwierdzeniu sto procent prawdy.
– Mówię serio, Nina. Zrób to. – Nagle moja przyjaciółka przybiera poważny ton. – Przecież to ty pierwsza ostrzegałaś mnie przed Robem. Vivienne też uratowałaś dupę przed tamtym reproduktorem z siłowni. Przejrzałaś też Nicka, tego fajfusa z kompleksem Edypa!
Co fakt, to fakt. Gościu był przeźroczysty niczym plastik w tanich okularach.
– No dobra, ale co konkretnie miałabym zrobić?
– Podcast, bloga, TikToka, cokolwiek!
– Mam TikToka, ale firmowego…
– To załóż drugie konto! Tym razem z misją ratowania kobiet przed skończonymi kutafonami.
Zagryzam wargę, a szalejące we krwi procenty sprawiają, że ten pomysł wydaje się interesujący. Ja, niczym superbohaterka w asymetrycznym, podkreślającym kształty kombinezonie z wysokim kołnierzem i odsłoniętym ramieniem, ratująca nieświadome zagrożenia kobiety.
– To chyba nie dla mnie – mówię w końcu, ponieważ stery przejmuje racjonalna część mojego mózgu.
– Ależ jak najbardziej, ponieważ takie filmiki mogłyby być dla ciebie formą pamiętnika i terapii w jednym! – Ściągam brwi, bo uderza to w jakąś czułą strunę w moim sercu. – Widziałam laskę, która rozstała się z facetem po dziesięciu latach związku, i na oczach swoich obserwatorek zaczynała nowe życie. Z filmików wrzucanych na social media zrobiła swego rodzaju miniserial, który osiągnął milionowe wyświetlenia w bardzo krótkim czasie. Albo inna, która rzuciła pracę w korpo, totalnie nie mając pojęcia, co dalej, a followersi ogromnie jej kibicowali w poszukiwaniu nowego celu.
Ciepło okalające moje serce staje się intensywniejsze. Wyobrażam sobie grono skrzywdzonych przez facetów kobiet, które wspierają się nawzajem i czerpią z doświadczenia koleżanek. Taka babska minispołeczność mogłaby uchronić niektóre z nich przed niewłaściwym ulokowaniem uczuć i pozwoliła oszczędzić kasę na psychoterapii! Mogłaby też obnażać toksyczne zachowania dupków, couchów podrywu i innych tego typu wykolejeńców, którzy zabierają kobietom wiarę w miłość.
– I? – dopytuje Harper, gdy moje milczenie się przedłuża. – Co o tym sądzisz?!
– Jeszcze nie wiem – wyznaję, ponieważ mimo wszystkich zalet to dość szalony i totalnie nie w moim stylu pomysł.
– Rozumiem, ale przemyśl to, proszę. Czasem warto wyjść ze strefy komfortu i zobaczyć siebie w nowej roli. Nawet nie wiesz, jakie skarby można odnaleźć tam, gdzie nigdy nie postawiliśmy stopy…
– Jasne – rzucam w odpowiedzi, a w mojej głowie, chcę tego czy nie, już rysuje się pomysł na pierwszy filmik.