-
nowość
Projekt P15 - ebook
Projekt P15 - ebook
Projekt P15 to więzienie obszarowe otoczone murem. Trafiają tam ludzie, których uznano za problem — i których dalszy los przestaje kogokolwiek interesować. Wewnątrz nie ma jednego wroga ani jednego układu sił. Każda część więzienia rządzi się własnymi zasadami, a upływ czasu tylko zwiększa zagrożenie. Grupa osadzonych musi poruszać się w świecie, w którym przeciwnicy się zmieniają, sojusze są tymczasowe, a przetrwanie zależy od szybkich decyzji i brutalnych kompromisów. Tom pierwszy to opowieść o losach grupy ludzi, których łączy starannie ukryta intryga. Łucznik, Młody, Komendant i Sara próbują odnaleźć się w rzeczywistości za murem, gdzie każdy konflikt ma swoją cenę, a każdy wybór prowadzi do nieodwracalnych konsekwencji. To opowieść o przemocy, lojalności i wytrwaniu. Projekt P15. Tom 1 to dynamiczny thriller dystopijny osadzony w realiach więzienia funkcjonującego jak zamknięty świat. Pewne ważne historie zostają domknięte, ale mur nadal stoi, a system działa dalej.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397757615 |
| Rozmiar pliku: | 705 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Droga z miejscowości Szewce w kierunku Janowa Lubelskiego prowadziła przez gęsty o tej porze roku las. Od siedmiu lat nie pokonywał jej żaden mechaniczny pojazd. Zarośnięte rowy odwadniające i leżące gęsto na drodze połamane gałęzie dopełniały obrazu zaniedbania.
Ludzie, którzy tego wrześniowego ranka podróżowali leśną drogą, też nie wyglądali dobrze. Brudne, zniszczone ubrania: w większości więzienne kombinezony z elementami innej, przypadkowej garderoby, wszyscy z jednakowymi plecakami. Uzbrojeni byli we własnoręcznie wykonaną broń, od pałek po oszczepy. Sześciu mężczyzn i cztery kobiety w różnym wieku. Przewodził im wysoki mężczyzna z widoczną blizną biegnącą od lewego oka, przez policzek aż do szyi. Szli cicho, nie rozmawiając ze sobą. Cała grupa wyglądała na zmęczoną.
Strzała, która przebiła szyję przywódcy, wyleciała z zarośli po lewej stronie drogi. Wszyscy nagle się zatrzymali, choć nie każdy rozumiał, co się właściwie stało. To sprawiło, że wprawny łucznik zdołał wysłać jeszcze dwie celne strzały. Dopiero wtedy pierwsi atakowani otrząsnęli się na tyle, aby zareagować. Wyeliminowanie przywódcy sprawiło, że nikt nie pomyślał o oporze. Ocalali starali się jak najszybciej zniknąć z drogi, uciekając w zarośla po drugiej stronie. Jeszcze jedna osoba ze strzałą w plecach padła na granicy zbawczych chaszczy. Trzask łamanych gałęzi i inne odgłosy uciekających w panice ludzi szybko ucichły w oddali. Na drodze zostali martwi i konający. Kobieta ze strzałą w plecach próbowała się czołgać, a leżący przywódca wciąż jeszcze drgał konwulsyjnie, uparcie trzymając się życia.
Po dłuższej chwili na drogę wyszło trzech ludzi. Ostrożnie podeszli do ofiar, łucznik ze strzałą na cięciwie czujnie się rozglądał, badając otoczenie. Był to średniego wzrostu, szczupły mężczyzna ubrany w stary mundur, będący mieszanką polskich i niemieckich sortów, jeszcze z lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Takie mundury były łatwo dostępne w sklepach sprzedających artykuły z demobilu. Niedbale przystrzyżona siwa broda oraz posiwiałe, sięgające do ramion włosy wskazywały, że przekroczył pięćdziesiątkę. Drugi z mężczyzn, podobnie ubrany, trzymał w ręku drzewce prymitywnej włóczni. Włosy miał poskręcane w dredy, jego przystojną twarz pokrywał kilkudniowy zarost. Był młodszy i nieco wyższy od łucznika. Zbladł i z trudem opanowywał drżenie rąk, zaciśniętych kurczowo na broni. Trzeciego mężczyznę wyróżniał osełedec¹ fantazyjnie owinięty za ucho oraz długie wąsy. Był przysadzisty i najniższy z mężczyzn, a ubrany jak pozostali. On także był uzbrojony w krótką włócznię. Spokojnie podszedł do konającego przywódcy bandy. Spojrzał na niego jakby coś sprawdzając, po czym oszczędnym ruchem wbił mu grot włóczni w serce. Towarzyszyło temu paskudne mlaśnięcie a ofiara zacharczała tylko i umilkła.
– No to chyba ten, o którym meldował Biały – mruknął w kierunku łucznika. – Blizna się zgadza.
– Młody zobacz pozostałych, czy mają znaki – krzyknął do najmłodszego towarzysza. Ten otrząsnął się już i podszedł do leżącego na środku drogi mężczyzny. Zabity leżał na brzuchu, więc wystarczyło tylko odchylić włócznią podarty kombinezon.
– Są plamy i jakieś krosty – powiedział prostując się. – Ma też jakieś zmiany na rękach i karku.
W tym samym czasie pierwszy mężczyzna podszedł do kobiety – już się nie poruszała, a chrapliwy oddech i zamglone oczy wskazywały, że zdążyła znaleźć się na granicy śmierci. Mężczyzna wbił jej włócznię w pierś, podobnie jak jego kolega zrobił to przed chwilą przywódcy grupy.
– Ta tak samo – powiedział pochylając się nad kobietą. – Założę się, że ten czwarty też ma plamy.
– Mężczyzna z włócznią wyciągnął strzałę z pleców dziewczyny, wytarł ją o jej spodnie i podał łucznikowi.
– No, no, Andrzej, nie rdzewiejesz. Czworo w ile? Minutę?… – przyznał z uznaniem.
– Widziałeś przecież, że zbaranieli. Miałem czas, a że udało się od razu herszta ustrzelić, to reszta zgłupiała – odpowiedział siwowłosy nazwany Andrzejem. – Niepokoi mnie … – dodał i zawiesił na chwilę głos przyglądając się trupowi.
– Co takiego? – dopytywał wyglądający jak kozak mężczyzna.
– Zobacz. – Wskazał na plamy i znamiona na ciele herszta grupy. – Znaki pokazują, że wszyscy oni to kanibale. Muszą się żywić ludźmi od dawna. Jak wiesz, po kilku latach takiej diety człowiek dostaje tej choroby skóry, zaczyna mocno świrować, ale wyostrzają mu się za to zmysły. Wiele razy podchodziliśmy takich skubańców, a prawie za każdym razem nas wyczuwali, pamiętasz?
– No, pamiętam – zaśmiał się zagadnięty. – Szczególnie jak mnie wziąłeś na pierwszą wyprawę i zamiast dwóch dzikusów spotkaliśmy całą bandę.
– Stare dzieje – żachnął się łucznik. – Ale ja nie o tym, wleźli na nas i nic nie wyczuli. Przecież wiesz, że poprawia im się węch, słuch. Młody sapał ze strachu tak, że któryś powinien go usłyszeć. Musieli być bardzo zmęczeni. Wniosek: uciekali przed czymś i to od dawna. A ja jeszcze nie widziałem, żeby tak liczna wataha przed kimś uciekała.
– Prawda… – zadumał się Krzysztof. Po chwili zwrócił się do chłopaka: – Młody, przejrzyj plecaki, może mają coś użytecznego. Tylko uważaj, potrafią nosić obrzydliwe niespodzianki.
– Dobrze, to co robimy? – zwrócił się znowu do łucznika. – Krótkofalówka do Siedliska² nie doniesie, chyba żeby na drzewo wejść… – zastanawiał się na głos. – Nie, nic z tego, wzgórze zasłania nas od wsi – powiedział w końcu.
– Trzeba się, Krzychu, rozdzielić – powiedział łucznik. – Ja z Młodym pójdziemy za nimi. Idą chyba w kierunku czaty Amerykańca więc pewnie ich wszystkich dostaniemy. Zajdziemy ich od tyłu i jakby coś się źle zadziało to pomożemy chłopakom.
– Dobra, to ja pójdę z powrotem, cztery kilometry stąd jest nasz pierwszy posterunek, tam się odezwę z krótkofalówki na Siedlisko, jak się da, to i do Amerykańca.
– Nie, to za duże ryzyko. Anthony nie wie, że idzie na niego sześciu dzikich. Mogą ich zaskoczyć, bierz krótkofalówkę i zasuwaj przez wzgórze, jak będziesz wysoko, melduj w pierwszej kolejności Amerykańcowi, a potem Siedlisku. Coś się niedobrego dzieje od północnego wschodu, trzeba tam dobrych ludzi posłać.
– Może się na zapas martwisz, przecież tam Biały ma posterunek, też potrafi dodać dwa
do dwóch…
– No tak, ale do głowy mu nie przyszło zameldować, że dziesięciu na nas idzie. Myślałem, że idzie dwóch, trzech zwiadowców, lub ktoś pobłądził… a to duża grupa, kto wie, czy w Siedlisku wiedzą?
– Dobra, nie ma co gadać, spadam. – Krzysztof odwrócił się w stronę lasu – No i co Młody, znalazłeś coś?
W tym samym momencie doszedł ich odgłos nagłych torsji. Młody rzygał jak kot, niemal dławiąc się i odsuwając się jak najdalej od trupów.
– Andrzej poradzisz sobie? – zapytał Krzysztof znacząco patrząc na Młodego.
– Musi się nauczyć, nowi są najbardziej narażeni, a potrzeba nam ludzi. Sam wiesz, jak tu jest – powiedział z troską w głosie łucznik.
– No dobra, to powodzenia – mężczyźni uścisnęli sobie ręce, a po chwili jeden z nich zniknął w lesie.
– No Młody dajesz, zostaw już te worki, nic tam nie ma, a nawet jakby, to obrzydzenie bierze.
– P-panie Andrzeju – jąkał się chłopak. – On tam głowę czyjąś miał… no, bez oczu i… – Paroksyzm wymiotów znowu przerwał Młodemu.
– Weź się w garść, idziemy za nimi. Tak, jak cię uczyłem, patrz pod nogi, nie zaczepiaj o gałęzie, idziesz za mną i myślisz o tym co dookoła, a nie o niebieskich migdałach, zrozumiano?
– Tak – jęknął chłopak.
Szli przez las ostrożnie, ale szybko. Andrzej nadawał tempo, jednocześnie wyszukując drogę tak, aby unikać hałasu. W głowie mężczyzny kotłowały się ponure myśli. Siedlisko było schronieniem blisko sześćdziesięciu osób, które w tym piekle zdołały dotrzeć do wioski i przetrwać. Do tej pory z różnych przyczyn pochowali trzynaście osób. Było ich wciąż zbyt mało, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jedyną przewagą nad licznymi bandami i grupami jedzących ludzkie mięso, były – przemycone jeszcze przed zamknięciem bram więzienia przez Komendanta – elementy wyposażenia, broni i zapasy. Te środki nie były nieograniczone, a o żadnym ich uzupełnieniu nie było już mowy.
Ale teraz działo się coś innego. “Więzienie na świeżym powietrzu” – jak przed laty nazwał projekt P15 jeden z polityków – okazało się prawdziwym piekłem na ziemi.
Sześć lat temu zdecydowano, że na obszarze kilku powiatów wschodniej Polski powstanie gigantyczny ośrodek odosobnienia. Trafiać tu mieli najciężsi przestępcy z całej Unii Europejskiej i krajów sąsiednich: terroryści, mordercy, gwałciciele. Jednym słowem – najgorsze męty.
Propaganda tamtego czasu zachwycała się projektem, odpierając każdą krytykę dotyczącą kosztów czy wątpliwej pojemności ośrodka. W efekcie ogrodzono murem olbrzymi teren: od Janowa Lubelskiego na zachodzie po Szczebrzeszyn i Biłgoraj na wschodzie.
Frampol znalazł się tuż przy granicy – poza więzieniem, ale zamieniony w zaplecze obsługujące zamknięty obszar. Mieszkańcom ograniczono możliwość osiedlania się i prowadzenia działalności.
Od północy linia muru biegła między Bychawą i Zakrzówkiem, a na południu kończyła się w okolicach Tarnogrodu i Łukowej. Całość obejmowała tereny słabo zaludnione, z przewagą lasów i przeciętną glebą (poza północą, gdzie ziemia była nieco lepsza). Kraj nie stracił wiele gospodarczo.
Mur wyposażono w zaawansowane zabezpieczenia – według oficjalnych zapewnień nie było żadnych szans na wydostanie się. Natomiast w środku osadzeni mieli pełną dowolność w organizowaniu sobie życia. Państwo nie ingerowało ani w strukturę społeczną, ani w zasady współistnienia.
Andrzej, jeszcze jako człowiek wolny, zastanawiał się, dlaczego nikt nie policzył, ilu ludzi jest w stanie utrzymać taki obszar. Niezależne prognozy mówiły jasno: maksymalnie sześćdziesiąt tysięcy osadzonych. Tyle mogło przeżyć na tym terenie, jeśli mieli samodzielnie zdobywać żywność i zadbać o podstawowe potrzeby.
Do dzisiaj nie wiedział, czy taki był plan od początku, czy wyniknęło to w trakcie działania więzienia. Zarządzający po prostu nie przejmowali się tym, co działo się z osadzonymi. Elektroniczna kontrola nad obiektem oraz drakońskie kary za publikowanie danych dotyczących osadzonych lub obiektu sprawiły, że do ogólnej świadomości społeczeństwa przebijał się tylko obraz kreowany przez władze. W rzeczywistości transporty więźniów przychodziły regularnie. Czynniki takie jak głód, choroby oraz oczywiście współosadzeni, sprawiały, że życie za murem na ogół było krótkie i pełne cierpienia. Kości i trupy można było znaleźć bardzo często. Drapieżniki właściwie nie musiały już polować na zwierzynę, ludzie stanowili dla nich podstawowy pokarm na obszarze więzienia. Niestety, nie tylko dla drapieżników, dla ludzi także. Już po pierwszej zimie, którą przetrwali nieliczni, powstały bandy, które żywiły się tylko innymi, złapanymi ludźmi. Nowi byli sprowadzani każdego tygodnia powiększając liczbę nieszczęśników żyjących w tym koszmarze.
Obecnie mieszkańcy Siedliska kontrolowali bezpośrednią okolicę wioski, a w rzeczywistości przysiółka składającego się z kilku małych gospodarstw oraz remizy strażackiej i pozostałości fermy świń, oraz gospodarstwa rybackiego. Ta miejscowość i przylegające do niej pola i sady, otoczone były gęstymi lasami i bagnem. Prowadziła do niej tylko jedna droga, a skrajem terenu płynęła mała rzeczka zasilająca dwa stawy rybne.
Właśnie to miejsce zwróciło uwagę Komendanta, kiedy podejmował dziwaczną decyzję o pozostaniu za murem, mimo że nie był skazańcem. Oferta wykupu majątków pod cel publiczny, jakim był projekt więzienia, była bardzo hojna a warunki przesiedlenia mieszkańców były bardzo dobre. Jeśli ktoś mimo wszystko nie chciał się wyprowadzić, używano uchwalonej specustawy i wywłaszczano siłą. A jednak Komendantowi udało się tu zostać.
Siedlisko było obecnie domem Andrzeja. Domem, o który walczył od pięciu lat. Domem, nad którym teraz zawisło jakieś nowe niebezpieczeństwo. Wyczuwał to i w środku skręcał się z niepokoju.
– Po kolei – powtarzał w myślach – najpierw trzeba dorwać tych tutaj, potem zebrać czatę Amerykańca i wracać do Siedliska. Trzeba pozbierać ludzi z wysuniętych placówek, jak się da, ostrzec też patrole – planował.
Nagle zatrzymał się, Młody niemal wpadł na niego. Chłopak zaniepokojony nie na żarty, rozglądał się dookoła, szukając przyczyny dziwnego zachowania towarzysza. Ten jednak schyliwszy się, przyglądał się leśnemu poszyciu. W tym momencie także Młody zrozumiał, w czym rzecz. Ich drogę przecinała ścieżka wyraźnie wydeptana przez dużą grupę ludzi, trawa jeszcze nie zdołała się podnieść, a liście w wielu miejscach były rozrzucone tak, jakby ktoś w nie kopnął, przechodząc.
– Panie Andrzeju, ilu ich mogło być? – zapytał starszego mężczyznę.
– Nie wiem, ale wydaje się, że więcej niż dziesięciu.
– Następna grupa?
– Nie wiem – powtórzył i zaklął. – Uważaj Młody – powiedział po chwili – teraz ostrożnie, idziemy trochę naokoło do stanowiska Amerykańca, nie wiemy co przed nami, nie wiemy, dokąd dzicy poszli i nie mamy krótkofalówki. Musimy się połączyć z chłopakami z czaty i zdecydujemy co zrobimy.
Cztery kilometry dalej, grupa Anthonego Picarda, zwanego w Siedlisku powszechnie Amerykańcem otrzymała meldunek o zbliżającej się do nich grupie sześciu kanibali. Amerykanin był potężnym czarnoskórym mężczyzną, pełniącym w Siedlisku rolę dowódcy wojskowego. Pełnił tę funkcje mimo nikłego doświadczenia, jakie nabył na dwumiesięcznym kursie w gwardii narodowej. Niestety, w Siedlisku nie było bardziej doświadczonych od niego. W tym momencie dysponował sześcioma ludźmi, którzy rozstawieni byli parami. Wartownicy nie tylko widzieli przedpole, ale także siebie nawzajem. Tym razem intruzów należało się spodziewać od strony Siedliska, co nie zdarzało się za często. Picard rozstawił swoich ludzi bliżej, ci schowali się w zasadzce i czekali. Dowódca wiedział, że za grupą nieprzyjaciół posuwa się Andrzej, więc albo intruzi wyjdą na jego zespół, albo dojdzie do nich dwójka zwiadowców, ale to by oznaczało, że przeciwnicy ominęli posterunek lasem.
Picard na swoje stanowisko wybrał poddasze wysokiego domu na wzniesieniu, za wsią, a może osadą, której nazwy nie znali, gdyż nie zachowała się żadna tablica informacyjna. Miejscowość tworzyły tylko trzy gospodarstwa, choć były to raczej domki letniskowe. Widok na drogę, pola i oddaloną linię lasu był bardzo dobry, dlatego zostawił tam chłopaka z krótkofalówką i lornetką. Drugi zestaw wziął ze sobą i wszedł na drzewo po drugiej stronie wsi, skąd spodziewał się nadejścia intruzów lub czujki³ Andrzeja. Po godzinie obserwacji zobaczył na skraju lasu ruch, po kilku minutach rozpoznał swoich. Andrzej i Młody zachowywali ostrożność idąc skrajem drogi, chowając się i nasłuchując. Powoli skradali się do skraju wioski. Nie minęło więcej niż dziesięć minut, gdy wyszli na ubezpieczenie posterunku, które cicho okrzyknęło ich o identyfikację. Picard zszedł z drzewa i przekazał lornetkę podwładnemu, który zmienił go na posterunku.
– Cześć Andrzej – powiedział dowódca czaty, ignorując Młodego – miałeś nam gości przyprowadzić... – powiedział po polsku, ale z obcym akcentem.
– Cześć cudzoziemcze – powiedział z uśmiechem łucznik. – Nie ci, to inni – skrzywił się – chyba mamy problem – zaczął – w obręb naszych posterunków weszły co najmniej dwie grupy, jedni to ludożercy a innych nie widziałem. To była spora grupa. Obie przyszły mniej więcej z kierunku Biłgoraju może Frampola, wydaje mi się, że i jednym, i drugim się spieszyło.
– Dokąd ta wędrówka ludów? – zdziwił się Amerykanin. – U nas w zasadzie spokój, choć w nocy wartownik na stanowisku głównym widział w noktowizji grupę ludzi na skraju lasu. Nie szli w naszym kierunku, to dałem im spokój.
– A w którym kierunku szli? – zapytał Andrzej.
– Cholera, tak mniej więcej kierowali się na Janów, podobnie, jak ci twoi.
– Masz łączność z Siedliskiem?
– Dzisiaj za cholerę – odpowiedział Amerykanin. – Pogoda nie daje.
– Musimy zdecydować co dalej, dostałeś meldunek od Krzyśka?
– Tak – padła krótka odpowiedź.
– To pewnie i Siedlisko wie o sprawie?
– Wie, a nawet więcej, przez Krzyśka mieliśmy kontakt z bazą i przekazali, żeby zwinąć posterunek. – tłumaczył Picard. Zawahał się przez chwilę, jakby nie wiedział, czy powinien kontynuować. – Było też o tobie, masz wziąć Młodego i sprawdzić jak sprawa na Czerwonej Polanie, potem łukiem do bazy przez Bagienko.
Andrzej doskonale wiedział, o których punktach mówił Picard. Wymienione miejsca to leśne domy służące czasami zwiadowcom z Siedliska, ale nie obsadzone na stałe. Trzeba było sprawdzić, czy tam ktoś nie obozuje.
– Rozumiem – odpowiedział Andrzej. – O której ruszacie?
– Za godzinę. Zjemy coś, chłopaki zwijają graty i idziemy. Chcę być przed zmierzchem w Siedlisku albo przynajmniej na posterunkach. – Tak mieszkańcy Siedliska nazywali stałe posterunki nie dalsze niż kilometr od samej wioski.
Popołudnie zastało Andrzeja i Młodego głęboko w lesie. Pierwszy obiekt, czyli Czerwona Polana był pusty. Podeszli do skraju lasu i dłuższy czas obserwowali piękny kiedyś domek, jakiegoś bogatego miłośnika przyrody. Odkąd ktoś go podpalił nie przedstawiał już takich walorów. Zachował się czerwony, drewniany płot i duże podwórko ze studnią, dlatego zwiadowcy z Siedliska często tu obozowali. Nazwa wzięła się oczywiście od płotu i samego miejsca położonego na polance, którą przecinała leśna droga.
– Do Bagna mamy jeszcze godzinę, odpoczniemy chwilę, naciągnij wody ze studni. Pamiętasz gdzie jest linka z wiaderkiem?
Młody był już na patrolu w tym miejscu, więc bezbłędnie znalazł skrytkę pod spalonymi deskami. Wymienili wodę w manierkach i napili się do syta. Woda w Siedlisku nadawała się do spożycia, ale raczej ją przedtem gotowano. Ta tutaj była wyjątkowo smaczna i czysta. Andrzej uzupełniał tu manierki zawsze, gdy nadarzyła się ku temu okazja.
Trzask nadepniętej gałęzi, zaalarmował Andrzeja w porę. Z lasu oddalonego o pięćdziesiąt kroków biegło na nich czterech ludzi. Krzyknął ostrzeżenie w kierunku Młodego, ale ten już biegł po pozostawioną przy ścianie włócznię. Andrzej na patrolu nie ściągał cięciwy z łuku, a przynajmniej nie podczas dnia, dlatego już w kilka sekund był gotowy do strzału. Napastnicy nie mieli broni dalszego zasięgu, ale jeden z nich rzucił kamieniem właśnie w momencie, kiedy Andrzej wypuścił pierwszą strzałę. Kamień nie trafił, ale zdekoncentrował łucznika, a ten posłał strzałę obok celu. Zaklął, ale już po chwili wypuścił kolejną strzałę. Pierwszy trafiony napastnik zatoczył się, trafiony w brzuch. Intruzi słabo zaplanowali atak, po przebiegnięciu dwudziestu kroków natknęli się na płot. Nie był on prawdziwą przeszkodą, jednak zatrzymał każdego z nich i unieruchomił na kilka sekund. Andrzej nie potrzebował więcej czasu. Przez płot przedostał się tylko ostatni z napastników. Młody z okrzykiem rzucił się w jego kierunku.
Andrzej patrzył z obawą, jak Młody podbiega do napastnika i próbuje przebić go tak, jak to ćwiczyli, jednym silnym pchnięciem włóczni. Przeciwnik jednak był szybki i zdołał odskoczyć. Sam miał w ręku pałkę, którą uderzył z boku, chcąc trafić Młodego w głowę. Chłopak miał dużo szczęścia, nietrafiony atak spowodował, że Młody stracił równowagę i poleciał dwa kroki dalej niż zamierzał. Dzięki temu jednak pałka tylko musnęła materiał na ramieniu chłopaka. Ten już bez finezji odwinął się włócznią, uderzając trochę rozpaczliwie w bok przeciwnika. Napastnik zasłonił się ręką, co sprawiło, że ta złamała się z ohydnym trzaskiem, gdy napotkała drzewce włóczni Młodego. W tym samym momencie Andrzej doskoczył do walczących i wbił długi nóż w plecy odwróconemu do niego tyłem wrogowi. Ten jęknął rozdzierająco i padł.
Walka skończyła się po trzech minutach. Mimo to Młody sapał z emocji, poziom adrenaliny spadał powoli. Andrzej podszedł do najbliższego powalonego wroga. Ten jeszcze żył próbując mówić coś w niezrozumiałym języku. Młody dotknął ramienia Andrzeja.
– Patrz to chyba nie ludożercy – powiedział wskazując na leżących przy płocie. Rzeczywiście, żaden z mężczyzn nie miał charakterystycznych plam ani krost, byli też wychudzeni, co wskazywało na dietę pozbawioną ludziny.
Wszyscy czterej nie wyglądali na Europejczyków i mieli długie brody. Przypominali Czeczeńców z filmików z wojny na Ukrainie, które kilka lat temu Andrzej często oglądał, albo bojowników słynnej kiedyś ISIS. Tym razem obaj dokładnie przeszukali trupy. Znaleźli zwykłe drobiazgi, nic co pozwalałoby odpowiedzieć na pytanie kim byli ci ludzie.
– Nie chcę cię Młody straszyć – powiedział z namysłem starszy zwiadowca – ale ci goście przyszli od strony Bagienka. Musimy tam podejść po cichu, za dużo dziwaków tu się kręci. Wejdź na drzewo, może uda ci się połączyć z kimś z naszych.
Możliwość przechwycenia przez wrogów meldunku składanego przy użyciu taniego boafenga⁴, była w obrębie więzienia niemożliwa. Z tej prostej przyczyny, że najprawdopodobniej tylko Siedlisko dysponowało możliwością naładowania baterii do krótkofalówek. Młody po kilkunastu nieudanych próbach, poddał się. Zszedł z drzewa i oddał krótkofalówkę z niemym pytaniem w oczach.
– Ruszamy na Bagienko – zarządził głośno Andrzej. “Przynajmniej będą wiedzieć, gdzie nas szukać, jakby coś źle poszło” – dodał w myślach.
Droga do kolejnego punktu prowadziła przez gęsty las. Skradali się bardzo powoli. Młodemu wydawało się, że w każdej chwili ktoś wyskoczy na niego z krzaków i nie zdąży zareagować. Jednak to on pierwszy zauważył poruszenie gałązki w odległym o kilkanaście metrów zagajniku. Syknął cicho, czym zwrócił uwagę starszego towarzysza.
– Kontakt? – wyszeptał wskazując na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą zauważył ruch.
Andrzej wpatrywał się przez chwilę w to miejsce, a potem na migi wskazał, że mają podejść z dwóch stron. Młody miał ruszyć, kiedy doliczy do stu. Przy sześćdziesięciu, z krzaków, które wydały mu się wcześniej podejrzane, wyskoczyła postać ubrana w standardowy kombinezon więzienia i zaczęła uciekać w jego kierunku. Wyskoczył zza drzewa, które go skrywało a przestraszony uciekinier upadł, poślizgnąwszy się, gdy próbował zmienić kierunek biegu. Młody szybko doskoczył z włócznią, nie zdobył się jednak na natychmiastowe uderzenie, poprzestając na przystawieniu leżącemu włóczni do piersi.
Po chwili, z drugiej strony pojawił się Andrzej.
– Za wcześnie go wypłoszyłem, nadepnąłem na jakąś gałąź – usprawiedliwiał się. Młody zapewne zwróciłby uwagę na tak mocną samokrytykę mistrza, ale był skupiony nad czymś innym. Na ziemi przed nim leżała młoda kobieta.
– No, to coś tam Młody złapał – zapytał Andrzej, kiedy już zorientował się, że chłopak zapanował nad sytuacją – no no, ładna sztuka – niemal gwizdnął siwowłosy – I na pierwszy rzut oka znaków nie ma. No ktoś ty? rozumiesz po ludzku? – zwrócił się Andrzej do dziewczyny. Wystraszona kiwnęła głową.
– Rozumiem – dodała na głos.
– No to mów, skąd tutaj? – kontynuował łucznik.
– Ja przedwczoraj… z transportu – jąkała się.
– O proszę świeże mięso – skomentował Młody uśmiechając się nerwowo – dopiero teraz zobaczył, że kombinezon dziewczyny był brudny, ale niezniszczony.
– Co tu robisz, gdzie twoja grupa z transportu? – kontynuował przesłuchanie Andrzej.
– Jak tylko helikopter opuścił kontener i wyszliśmy, no, minęło może pół godziny, napadli na nas. Nawet nie zdążyliśmy zdecydować, gdzie idziemy – tłumaczyła roztrzęsiona dziewczyna.
“Pewnie byli blisko i szli za helikopterem” – pomyślał starszy zwiadowca. “Nowe plecaki wypełnione zaopatrzeniem dawane skazańcom to skarb, za który wielu oddało życie” Zrobiło mu się markotno. Tak tu właśnie było, transport w specjalnym kontenerze dziesięć do piętnastu osób. Kontener opuszczany z helikoptera. Specjalny mechanizm daje grupie minutę na opuszczenie kontenera potem ten składa się i helikopter podnosi złożone na płasko pudełko, kto nie zdąży wysiąść, kończy zmiażdżony. Na szkoleniu przed zesłaniem uczulali na ten fakt.
– No, to spory pech, ja się od grupy odłączyłem drugiego dnia i nikogo nie spotkałem przez tydzień, a ta tu od razu na ostro – powiedział Andrzej trochę do siebie, trochę do Młodego.
– Kto was napadł? – starszy mężczyzna dalej indagował dziewczynę.
– Nie wiem kim oni są, większość miała wschodnie rysy, każdy brodaty, wyglądają na jakichś islamistów, często wzywali Allaha.
Andrzej zmarszczył brwi.
– Można się było spodziewać. Mieli pchać tutaj ludzi z Francji i Hiszpanii a tam więzienia podobno pękają w szwach od takich. No i wyjaśniło się co to byli za jedni, ci z Czerwonej Polany… – znowu mówił jakby do siebie. – To jak to było z tym napadem?
– Kiedy nas napadli – dziewczyna mówiła już składniej – dwóch z naszej grupy chciało się bronić i wyciągnęli noże, tych od razu brodaci zatłukli, a resztę związali i poprowadzili do swojego obozu. Potem rano wszystkich nas przywiązali do takiego długiego kija, no i szliśmy cały dzień prawie. Ja wczoraj w nocy uciekłam. Chyba mi źle zawiązali ręce, bo dałam radę powoli się wyswobodzić. W nocy za bardzo nas nie pilnowali, po cichu poszłam do lasu, no i zaczęłam biec. Całą noc przesiedziałam w krzakach, no i teraz was usłyszałam myślałam, że to oni…
– Może tych czterech to za nią wysłali? – wtrącił się na głos Młody.
– Ilu ich było?
– Naliczyłam dwudziestu pięciu, mieli powiązanych ludzi, kilkanaście osób. Czekali na kogoś... Po polsku nie mówili, ale ja znam angielski. Oni między sobą albo po arabsku, chyba, bo to dziwny język, albo po angielsku. Więc dowódca mówił wczoraj rano, że mają się spotkać z jakimś Muhammadem a potem wracać. Mówił, że mają za mało niewolników i ten Muhammad będzie się wściekał jak się nie postarają. Mężczyźni popatrzyli po sobie.
– Skąd przyszłaś? – zapytał łucznik.
– Wydaje mi się, że z stamtąd – wskazała kierunek ręką – ale była noc, szłam przed siebie…
– Ten obóz, to w lesie czy w wiosce jakiejś?
– Tam była taka duża szopa i bagno. Wiem, bo jeden z nich wlazł w błoto i klął strasznie jak go wyciągali.
– No to wiemy kto w Bagienku siedzi. – Sapnął Andrzej. Po chwili zdecydował: – Dobra, musimy wracać, pójdziemy przez las. Jak damy radę, to w nocy, jak nie, to po cichu przeczekamy, a potem do siebie. Mam nadzieje, że nie wyślą nikogo, żeby szukać tamtych i dziewczyny.
– A co z nią? – niepewnie zapytał Młody.
Andrzej zasępił się w duchu, generalnie każdy z tych, których tu za mur przysyłano, był bandytą. No chyba, że nie, zreflektował się. On sam i wszyscy mieszkańcy Siedliska byli tam, bo ktoś zawczasu pomyślał o schronieniu dla ludzi, którzy będą niesłusznie czy politycznie skazywani. Osoby, które trafiały do Siedliska miały na nie namiar zza muru, dysponowały też hasłem. Postanowił spróbować
– Zielony kolor, z czymś ci się kojarzy? – zapytał dziewczyny. Ta tylko otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
– N-no nie wiem... z lasem? – próbowała zgadywać o co mu chodzi.
“Dziewczyna nie jest od prokuratora” – pomyślał.
Powinien ją po prostu zabić, takie było nieformalne prawo. Zabijali każdego, kto jadł ludzkie mięso i właściwie każdego innego kto kręcił się w pobliżu siedziby grupy. Dziewczyna nie wyglądała na groźną, ale przecież nic o niej nie wiedział. Młoda, wymizerowana i przerażona. Przypominała mu trochę córkę. Zdecydował, że ma dosyć zabijania na dziś.
– Dziewczyno, masz wybór – powiedział poważnie – mogę cię puścić i możesz sobie iść, albo możemy cię wziąć ze sobą. Problem w tym, że jest duża szansa, że nasi cię nie przyjmą, a nikt kto nie jest jednym z nas, naszej miejscówki żywy nie opuszcza. Rozumiesz?
Dziewczyna patrzyła z przerażeniem to na jednego to na drugiego. Potem popatrzyła w las. Nie miała niczego, była głodna i spragniona. Wiedziała, że nie ma żadnych szans na przeżycie w tym lesie.
– Chciałabym pójść z wami – powiedziała cicho.
– Dobra – powiedział Młody, odsunął koniec włóczni od piersi dziewczyny i pomógł jej wstać.
Chciało jej się płakać, nie tak to sobie wyobrażała. Na szkoleniu przygotowawczym dobrze sobie radziła. W grupie były kobiety a nie wszyscy mężczyźni wydawali się źli. Miała nadzieję, że będzie tu jakoś żyć, ale trafiła do koszmaru, z którego nie mogła się obudzić. Młodszy z mężczyzn podał jej manierkę, wypiła łapczywie.
– Głodna jesteś? – zagadnął, pokiwała głową.
– No to trzymaj, tylko to mi zostało – powiedział podając dziewczynie jabłko.
– Młody jestem, a to pan Andrzej – przedstawił ich chłopak. – A ty? Jak masz na imię?
– Sara – odpowiedziała dziewczyna.
– No, dość marudzenia– pogonił ich łucznik. – Idziemy.
Szli szybko, znanymi sobie ścieżkami. Dziewczyna, zbyt wycieńczona nieprzespaną nocą i głodem, ledwo nadążała. Gdyby nawet chciała, nie dałaby rady znaleźć drogi jaką się poruszali. Szli prawie pięć godzin z małymi postojami na odpoczynek. Na posterunki doszli już po zmroku. Tam także nie odpoczywali, dziewczynie założyli na głowę worek, co według niej nie miało sensu, bo nie wiedziała, gdzie jest już od dawna. Jednak Andrzej uparł się i tak doszli do Siedliska. Zaprowadzili dziewczynę do budynku dawnej remizy. Była tam komórka z zamalowanymi i okratowanymi oknami. Młody zostawił dziewczynę w pomieszczeniu, wcześniej zdjął jej worek. Została sama w małym pokoiku. Wyposażenie było ubogie, stolik, krzesło i stary tapczan. Nie wiedziała co ją czeka, ale była tak zmęczona, że położyła się na łóżku i zasnęła natychmiast. Nie obudziła się nawet wtedy, gdy Młody przeniósł jej jedzenie. Chłopak pozwolił jej spać, jednak zostawił kubek z wodą i gotowane ziemniaki, gdyby obudziła się w nocy głodna.
Po zamknięciu drzwi poszedł do siebie. Mieszkał z czterema innymi mężczyznami w Domu Nowych, jak nazywano starą ruderę, która kiedyś służyła za magazyn sprzętu rybackiego. Dom był pusty. Współlokatorzy musieli być na warcie. Zwalił się na łóżko i zasnął po chwili.
Inna rola przypadła Andrzejowi. Już chwilę po zamknięciu dziewczyny, Łucznik spotkał się ze starszymi wspólnoty. Na spotkaniu obecny był Komendant i dwóch innych członków rady osady.
Według Andrzeja przywódca i założyciel Siedliska nie pasował z wyglądu ani do przezwiska, ani do roli jaką odgrywał w ich społeczności. Nie za wysoki, około pięćdziesięcioletni, czarnowłosy mężczyzna, z włosami już w znacznym stopniu przerzedzonymi. Broda podobnie jak u większości mężczyzn w Siedlisku zaniedbana i niezbyt długa. Ubrany w stary mundur, który podkreślał wyprostowaną sylwetkę i szerokie ramiona. Podobne ubrania nosili wszyscy w Siedlisku, takie właśnie stare sorty mundurowe udało się Komendantowi kupić na jakiejś licytacji, kiedy gromadził zapasy dla Siedliska. Jak wszyscy w wiosce, tak i przywódca nie grzeszył nadmiarem tuszy. Lokalna dieta nie dawała organizmowi szans na magazynowanie kalorii.
Komendanta wyróżniały oczy: zawsze jakby zaciekawione i skupione zarazem, jednocześnie zawsze życzliwe. Łucznik często myślał, że Artur, bo tak miał Komendant na imię, jest chodzącym obrazem określenia “oczy mu się śmieją”. Zazwyczaj wesoły, mądry, jednak zbyt często wahający się i niezdecydowany. Taki to był ich przywódca i założyciel osady. Jego najserdeczniejszy przyjaciel.
Pozwolili Andrzejowi zjeść, a Komendant przyniósł butelkę mętnego płynu, który był lokalnie produkowanym jak lubili żartować "odpowiednikiem alkoholu" lub “samozgonem”. Przywódca napełnił wszystkim szklanki. Komendant przepił do Andrzeja i rozpoczął zebranie.
– Picard – tu Komendant spojrzał na siedzącego przy stole Amerykanina – przedstawił mi sprawę z tymi grupami biegającymi po naszym lesie. Krzysiek zdał relację z porannej strzelaniny – dodał. – Jak tam droga na Czerwoną Polanę i Bagienko?
Andrzej westchnął ciężko i streścił wydarzenia z całego dnia. Informacja o dużej grupie uzbrojonych ludzi łapiących niewolników w okolicy Siedliska wywołała poruszenie zgromadzonych.
– Rozumiem Komendancie, że wysłaliście kogoś do Białego? – tym razem to Andrzej zapytał – Picard, zwijamy jego posterunek?
– No cóż… nie wiedziałem, że sprawa jest aż tak poważna. Zwinęliśmy najsłabsze czujki, ale Biały ma czterech ludzi... nie myślałem, że jest aż tak źle – zasępił się Amerykanin – Co radzicie?
Nikt nie wyrywał się z odpowiedzią, próbowali przetrwać za murem, ale nie byli wojskową organizacją. Codziennie musieli walczyć z ludźmi jedzącymi ludzkie mięso, ścierali się z bandami, musieli zapewniać sobie pożywienie. Kiedy dochodziło do walki wygrywali ze względu na dużą przewagę uzbrojenia. Niestety nie było wśród nich doświadczonych żołnierzy, którzy mogliby pomóc zaplanować taką akcję. Jednak trzeba było coś postanowić.
– Mamy dwa wyjścia według mnie – przerwał milczenie mężczyzna siedzący po prawej stronie Andrzeja. Ślązak, bo takie przezwisko nosił, mówił powoli, ze specyficznym akcentem, który był przyczyną powstania przydomka.
– Albo zwijamy wszystkie posterunki i siedzimy cicho w Siedlisku, a wtedy niech przyjdą, nikt tutaj nie da nam rady, jeśli nas nie zaskoczy… albo zbieramy grupę co najmniej trzydziestu osób i idziemy w kierunku Bagienka sprawdzając, co tam się aktualnie dzieje. Jeśli jeszcze tam są, po rozpoznaniu zdecydujemy o ataku. Tak czy tak, trzeba odwołać posterunek Białego.
– Ktoś ma inne pomysły? – zapytał Komendant. Kiedy odpowiedziała mu cisza sam przemówił – osobiście jestem za tym, żeby nie prowokować kłopotów, to duża grupa i nie wiemy jak liczna jest jako całość. Jestem za tym, żeby pościągać rano każdego i mocno pilnować przedpola. Jak Ślązak mówił, tutaj nic nam nie zrobią. – Zgromadzeni mężczyźni pokiwali głowami zgadzając się z dowódcą. – Picard nawiąż ze wszystkimi łączność, niech się zwijają do Siedliska. Rano wyślemy kilka osób po Białego i jego grupę. Andrzej – dowódca zwrócił się do Łucznika – prześpij się, jak ogarniemy tę sytuację będziemy musieli się zastanowić co z dziewczyną.
– Dobra, jakby co zgłaszam się na ochotnika do wyprawy po Białego.
Noc nie była w Siedlisku spokojna, obsada wartowni i bliskich posterunków była silniejsza niż zwykle i mało kto spał tej nocy. Świt zastał Andrzeja i Młodego już prawie kilometr od osady. Poprzedniego wieczoru Andrzej nie chciał się spierać z dowódcą. Zaniechanie działań zmierzających do sprawdzenia zagrożenia, jakim była grupa dziwnych łowców niewolników tak blisko ich siedziby było niemądre. Jednak teraz mieli inne zadanie i musiał się na nim skupić. Mieli krótkofalówkę i tak, jak przewidywał Andrzej, udało im się połączyć z Białym dużo wcześniej niż fizycznie doszli do jego posterunku. Dowódca wysuniętego patrolu meldował o sporym ruchu na przedpolu. Dzięki usytuowaniu na wzgórzu miał wgląd na ruch w zabudowanym terenie oddalonym od Siedliska o prawie dziesięć kilometrów. Posterunek przygotowano i zamaskowano na dachu zrujnowanego zespołu silosów zbożowych przy dużym gospodarstwie rolnym. Dzięki lornetkom mieli widok na dobre kilkanaście kilometrów. Biały widział co najmniej trzy watahy ludzi, jak podejrzewał: kanibali, przemieszczających się z północy w różnych kierunkach oraz grupę prowadzącą powiązanych ze sobą ludzi. Rozkaz opuszczenia posterunku przyjął z nieukrywaną ulgą. Tak wiele nie działo się tutaj nigdy.
Po przekazaniu rozkazów Andrzej nie zawrócił ani nie wyszedł na spotkanie powracającej czujki. Po chwili zastanowienia jeszcze raz nawiązał kontakt z Białym.
– Słuchaj biorę Młodego i idziemy dokończyć wczorajszy rekonesans, zamelduj w Siedlisku, że pójdziemy na Bagienko i jeśli jest czysto zrobimy koło aż do waszego posterunku, jeśli nie wrócimy do wieczora to niech się nie denerwują, może pójdziemy kawałek za tą grupą, o której mówiłeś.
– Andrzej, kurwa, warto tak ryzykować? Ich tam było ze dwudziestu a ludzi na powrozie mieli co najmniej tyle samo.
– Dzięki za troskę, ale wolałbym wiedzieć, jeśli mają bazę gdzieś niedaleko.
– Dobra, jak uważasz, bez odbioru.
Ruszyli w kierunku Bagienka, obaj nieco spięci, ale przez to bardziej czujni. Po dwóch godzinach nieco odetchnęli, grupa obcych zabrała się z Bagienka spory kawałek czasu przed nimi. Wskazywał na to dogasający żar w ognisku. Po sprawdzeniu tej lokalizacji, szybko ruszyli w kierunku posterunku obsadzonego do niedawna przez Białego. Droga do posterunku mocno się dłużyła. O ile Młody myślał głównie o pozostawionej w Siedlisku nieznajomej, to Andrzej analizował ich bieżące położenie.
“Czyli ta grupa, o której meldował Biały to nie ta sama co ci w Bagienku, nie zgadzał się czas ich pojawienia się” – skonstatował w myślach. “Ludzie, którzy złapali dziewczynę obozowali w Bagienku, gdy Biały widział grupę idącą dopiero w kierunku tej lokalizacji – Jeśli tamtych było dwudziestu, a dziewczyna mówiła prawdę to mamy do czynienia z dużą grupą zorganizowanych ludzi, którzy prowadzą łapanki niewolników. Być może działają nie tylko
u nas” – rozważał – “jeśli nie łapią ich do zjedzenia, to możliwe, że do pracy. To prowadzi nas do wniosku, że gdzieś na terenie naszego więzienia mamy sporą osadę, która potrafi wyżywić ludzi i dużą grupę niewolników.”
Czarne myśli towarzyszące zwiadowcy przerwał lis przebiegający im drogę. Po chwili obaj poczuli krew i smród fekaliów. Jak się okazało, w pobliskim jarze żywota dokonało dwunastu dzikusów, jak powszechnie nazywano kanibali. Wszyscy byli zatłuczeni lub pocięci.
– No to mamy odpowiedź, dlaczego te szczury tak uciekały – zauważył Młody wychodząc z trupiego dołu – nasi brodaci przyjaciele nie łapią hien, tylko całkiem słusznie, eliminują z naszego więziennego społeczeństwa – zażartował.
Zanim doszli do opuszczonego posterunku znaleźli jeszcze kilka trupów. Większość z nich była kanibalami, choć w dwu przypadkach wydawało się, że mogli to być więźniowie złapani przez grupę, którzy z jakichś przyczyn podpadli swoim nowym panom.
Do opuszczonego posterunku dotarli późnym popołudniem. Z przyzwyczajenia podchodzili ostrożnie. Nie spodziewali się spotkać swoich, bo ci odeszli już kilka godzin wcześniej. Jednak Andrzej nie zwykł tracić czujności. Miał do Białego pretensje, bo ten często wykazywał się sporą nonszalancją i niedbalstwem w pełnieniu swoich obowiązków. Ludzie, których dostawał jako podkomendnych na patrole skarżyli się czasami, ale Biały to kawał chłopa i parę razy wyjaśnił niezadowolonym za pomocą pięści, że nie warto. Łucznik wiedział, że w którymś momencie będzie musiał interweniować u Komendanta. Wczorajszy meldunek o grupie kanibali nie precyzował liczebności bandy a kontakt z posterunkiem Białego był utrudniony. To się mogło źle skończyć. Jakby dzicy nie byli zmęczeni i ich wywąchali, byłoby trzech na dziesięciu.
W końcu Łucznik opanował ponure myśli. Kiedy zdecydował, że czas już wyjść z lasu i podejść do silosów służących za punkt obserwacyjny, Młody wskazał palcem na przeciwległy kraniec lasu.
– Ruch – syknął.
Obaj zamarli wpatrując się w to miejsce. Ewidentnie coś tam było. Dziwne, bo wyglądało jakby jakieś zwierzę pełzło w wysokiej trawie, jednak bardzo powoli i z przerwami. Obaj zwiadowcy czekali, z zaciekawieniem obserwując dziwne zjawisko. Ruch, o którym świadczyły poruszające się wysokie trawy to ustawał, to zaczynał się od nowa. Zwiadowcy wiedzieli, że zaraz dostrzegą źródło dziwnego zamieszania, bo obiekt zbliżał się do szutrowej drogi, gdzie będzie widoczny. W momencie, gdy trawy rozchyliły się, Młody krzyknął cicho. Źródłem dziwnego poruszenia okazał się zakrwawiony mężczyzna próbujący czołgać się przed siebie. Andrzej od razu rozpoznał Michała, człowieka z posterunku Białego. Młody chciał od razu biec do rannego, jednak Andrzej pociągnął go do tyłu. Rzucili się razem przez las, nie ważąc się wychodzić na otwartą przestrzeń. Kiedy upewnili się, że nikogo w okolicy nie ma, Andrzej szybko podszedł do mężczyzny i pomógł mu przewrócić się na plecy. Ranny rozpoznał Łucznika.
– Co się stało, gdzie reszta? – dopytywał Andrzej.
Ranny próbował odpowiedzieć, ale choć poruszał wargami, głos nie wydobywał się z jego gardła. Andrzej wyjął manierkę i ostrożnie wlał kilka kropel w usta towarzysza. Po chwili udało się napoić rannego. Ten spojrzał jakby przytomniej.
– Napadli nas – wychrypiał – tacy brodaci – mówił cicho, z wyraźnym wysiłkiem odpoczywając po każdym słowie. – Było nas pięcioro – kontynuował. – Biały i Stopa szli z przodu a ja z dziewczynami z tyłu, bo zamarudziliśmy z pakowaniem. Biały się wkurwił i poszedł sam ze Stopą do Siedliska. Poszliśmy jakieś dziesięć minut po nim... Dopadli nas tu niedaleko. Anka od razu dostała kamieniem w głowę, a ja i Edyta nic nie zdążyliśmy zrobić. Udało mi się jednego przez łeb, ale drugi...
Ranny stracił w tym momencie przytomność.
– Młody – syknął zwiadowca – idź po śladach, zobacz, czy tam jeszcze ktoś nie leży.
Sam zaczął oglądać Michała. Bał się dotykać rany na plecach. Była głęboka i nie był pewien czy da radę zatamować krwawienie tym, co mieli pod ręką. Po dłuższej chwili Michał ocknął się, a łucznik znowu dał mu pić. Oczy rannego powoli gasły a oddech stawał się bardziej chrapliwy.
– Michał, co z dziewczynami? – dopytywał łagodnie Andrzej. – Co z nimi zrobili?
Ale ranny już nic nie powiedział, przestał oddychać zanim Młody wrócił z poszukiwań. Łucznik westchnął ciężko i wstał, poszedł śladem Młodego. Dla martwych nic już nie mógł zrobić.
****
Dziewczyna obudziła się, nie wiedząc przez chwilę, gdzie jest i co się dzieje. Dopiero po chwili wspomnienia poprzedniego wieczora wróciły. Leżała na tapczanie, ktoś przykrył ją kocem.
Na stole stał kubek z wodą i zimne ziemniaki. W jednej chwili zrozumiała jak bardzo jest głodna. Wstała i zabrała się do jedzenia. Nie wiedziała co będzie się z nią dalej działo, ale posiłek dodał jej animuszu. Próbowała wyjrzeć przez okno, ale było dokładnie zamalowane i nie pozwalało na obserwację. Z korytarza dobiegł do niej dźwięk kroków, a już po chwili zamek w drzwiach zgrzytnął i stanęła w nich kobieta w średnim wieku.
– Dzień dobry – odezwała się patrząc uważnie na dziewczynę. – Widzę, że zjadłaś kolację, Młody mówił wczoraj, że śpisz, więc nie przychodziłam. Jestem Natalia – przedstawiła się kobieta. – Mam mieć na ciebie oko, ale co dalej z tobą będzie nie wiem – uprzedziła pytania dziewczyny.
– Dzień dobry – bąknęła pod nosem Sara. – Będę tu zamknięta? – zapytała.
– Andrzej i Młody wyszli na zwiad, wrócą dziś wieczorem lub jutro. Wtedy pewnie radni będą chcieli z tobą pogadać i zdecydują co dalej. Do tego czasu jesteś pod moją opieką i tak, będziesz tu zamknięta. Ale najpierw chodźmy, pokażę ci, gdzie możesz się umyć i przebrać. Potem pójdziemy na śniadanie.
Dziewczyna posłusznie poszła za opiekunką, rozglądając się ciekawie. Wczoraj miała na głowie worek więc nic nie widziała, a teraz szła odrapanym korytarzem mijając kilka pomieszczeń. Drzwi do jednego z nich były uchylone i zobaczyła dużą salę ze stołami i krzesłami, kilkanaście osób jadło tam śniadanie.
– Chodź. – Natalia otworzyła drzwi na końcu korytarza. – Tutaj jest prysznic, niestety nie ma ciepłej wody, zachęcamy raczej do szybkiego korzystania z nich. – Puściła do niej oko i uśmiechnęła się. – Zostawiam cię tutaj, masz tu ręcznik, a tu ubranie. Kombinezon zostaw, potem dostaniesz jakieś mydło i miskę, upierzesz sobie.
Sara została sama. Woda pod prysznicem była lodowata, ale dziewczyna z radością pozbyła się brudu i smrodu z czterech dni pobytu w lesie. Niestety szczoteczki do zębów nie było w zestawie higienicznym.
“Czy ja do końca życia nie umyję zębów?” – pomyślała i zaśmiała się w duchu nerwowo. “Nie mów w złą godzinę” – skarciła się w myślach.
Natalia czekała na nią pod drzwiami, poprowadziła dziewczynę na salę, którą wcześniej mijały. Wszyscy otwarcie przyglądali się nieznajomej, wymieniając uwagi. Kobiety podeszły do kontuaru, za którym rządziła całkiem korpulentna kobieta. Zmierzyła Sarę wzrokiem.
– O Pan Andrzej sobie złapał dziewczynę w lesie, no no, niczego sobie panna. – Słowa wypowiedziane były raczej przyjaznym tonem, więc dziewczyna uśmiechnęła się tylko z zakłopotaniem, a Natalia powiedziała:
– Daj jej co tam masz na dzisiaj, ja w sumie też zjem. Jak skończę z tą panną idę na posterunek, za godzinę mam zmianę.
– Posrało się trochę, co? – odezwała się "kobieta za ladą", jak nazwała ją w myślach Sara.