Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Promień światła w królestwie mroku - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Promień światła w królestwie mroku - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 254 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Krót­ko przed po­ja­wie­niem się na sce­nie „Bu­rzy” ana­li­zo­wa­li­śmy bar­dzo szcze­gó­ło­wo wszyst­kie utwo­ry Ostrow­skie­go. Pra­gnąc scha­rak­te­ry­zo­wać ta­lent au­to­ra zwró­ci­li­śmy wte­dy uwa­gę na przed­sta­wio­ne w jego sztu­kach zja­wi­ska z ży­cia ro­syj­skie­go, sta­ra­li­śmy się uchwy­cić ich ogól­ny cha­rak­ter i do­ciec, czy sens tych zja­wisk jest w rze­czy­wi­sto­ści taki, jaki im nadał nasz dra­ma­turg w swo­ich dzie­łach. Jak czy­tel­ni­cy za­pew­ne pa­mię­ta­ją, wy­snu­li­śmy wte­dy wnio­sek, że Ostrow­ski wy­ka­zu­je głę­bo­kie zro­zu­mie­nie rze­czy­wi­sto­ści ro­syj­skiej i dużą umie­jęt­ność przed­sta­wia­nia jej naj­istot­niej­szych stron w spo­sób pla­stycz­ny i żywy . „Bu­rza” oka­za­ła się nie­ba­wem no­wym po­twier­dze­niem na­sze­go wnio­sku. Za­mie­rza­li­śmy po­mó­wić o niej już wte­dy, ale trze­ba by było po­wtó­rzyć przy tym wie­le z na­szych po­przed­nich wy­wo­dów; po­sta­no­wi­li­śmy więc „Bu­rzę” prze­mil­czeć, po­zo­sta­wia­jąc za­in­te­re­so­wa­nym na­szy­mi wy­wo­da­mi czy­tel­ni­kom spraw­dze­nie na tej sztu­ce ogól­nych uwag, któ­re wy­po­wie­dzie­li­śmy o Ostrow­skim kil­ka mie­się­cy przed jej uka­za­niem się. Utwier­dzi­li­śmy się w na­szej de­cy­zji jesz­cze bar­dziej, za­uwa­żyw­szy, że w związ­ku z „Bu­rzą” uka­zu­je się we wszyst­kich cza­so­pi­smach i ga­ze­tach wie­le ob­szer­nych i mniej­szych re­cen­zji, uj­mu­ją­cych spra­wę z naj­róż­no­rod­niej­szych punk­tów wi­dze­nia. Mnie­ma­li­śmy, że w tej ma­sie ar­ty­ku­li­ków znaj­dzie się wresz­cie o Ostrow­skim i zna­cze­niu jego sztuk coś nie­coś wię­cej niż to, co już zo­sta­ło po­wie­dzia­ne w kry­ty­kach, wspo­mnia­nych na po­cząt­ku na­sze­go pierw­sze­go ar­ty­ku­łu o „Kró­le­stwie mro­ku”. W tej na­dziei i w prze­ko­na­niu, że na­sze wła­sne zda­nie o zna­cze­niu i cha­rak­te­rze utwo­rów Ostrow­skie­go wy­po­wie­dzie­li­śmy już w spo­sób do­sta­tecz­nie okre­ślo­ny, uzna­li­śmy za sto­sow­ne zre­zy­gno­wać z ana­li­zy „Bu­rzy”.

Ale te­raz, kie­dy sztu­ka Ostrow­skie­go wy­szła znów w od­dzie­lo­nym wy­da­niu, przy­po­mi­na­my so­bie wszyst­ko, co o niej na­pi­sa­no, i zda­je się nam, że nie bę­dzie wca­le zbęd­ne, je­że­li po­wie­my o niej jesz­cze parę słów. Po­zwo­li to nam do­dać coś nie­coś do na­szych uwag o „kró­le­stwie mro­ku”, roz­wi­nąć sze­rzej nie­któ­re z wy­po­wie­dzia­nych przez nas wte­dy my­śli i – roz­pra­wić się przy spo­sob­no­ści – po­krót­ce z nie­któ­ry­mi kry­ty­ka­mi, jacy nas bez­po­śred­nio lub po­śred­nio za­szczy­ci­li wy­my­sła­mi.

Na­le­ży od­dać nie­któ­rym kry­ty­kom spra­wie­dli­wość: zdo­ła­li po­jąć róż­ni­cę, któ­ra nas od nich dzie­li. Za­rzu­ca­ją nam, że ob­ra­li­śmy złą me­to­dę – że roz­pa­tru­je­my utwór, a na­stęp­nie w wy­ni­ku ana­li­zy mó­wi­my o tym, co za­wie­ra i jaka jest treść. Oni sto­su­ją zu­peł­nie inną me­to­dę: po­cząt­ko­wo mó­wią o tym, co utwór za­wie­rać po­wi­nien (ich zda­niem, na­tu­ral­nie) i czy wszyst­ko, co za­wie­rać po­wi­nien, istot­nie się w nim znaj­du­je (znów ich zda­niem). Zro­zu­mia­łe, że wo­bec ta­kiej róż­ni­cy po­glą­dów pa­trzą z obu­rze­niem na na­sze ana­li­zy, któ­re je­den z nich na­zy­wa „wy­szu­ki­wa­niem mo­ra­łu w baj­ce”. Je­ste­śmy bar­dzo ra­dzi, że róż­ni­cę wresz­cie spo­strze­żo­no, i go­to­wi­śmy wy­trzy­mać wszel­kie po­rów­na­nia. Tak, je­śli ła­ska, nasz spo­sób kry­ty­ki przy­po­mi­na rów­nież wy­szu­ki­wa­nie mo­ra­łów w baj­ce. Je­śli cho­dzi o kry­ty­kę ko­me­dii Ostrow­skie­go, róż­ni­ca bę­dzie też je­dy­nie taka, jak mię­dzy ko­me­dią a baj­ką, że przed­sta­wio­ne w ko­me­diach ży­cie ludz­kie jest dla nas waż­niej­sze i bliż­sze niż ży­cie osłów, li­sów i in­nych po­sta­ci wy­stę­pu­ją­cych w baj­kach. W każ­dym ra­zie zda­niem na­szym znacz­nie le­piej pod­dać ana­li­zie baj­kę i po­wie­dzieć: „za­wie­ra ona taki oto mo­rał i mo­rał ten wy­da­je się nam do­bry lub zły z ta­kich oto przy­czyn” – ani­że­li de­cy­do­wać z góry: w baj­ce tej po­wi­nien być taki oto mo­rał (np. sza­cu­nek dla ro­dzi­ców) i na­le­ży go w taki oto spo­sób wy­ra­zić (bę­dzie na przy­kład mowa o pi­sklę­ciu, któ­re nie po­słu­cha­ło mat­ki i wy­pa­dło z gniazd­ka); ale wa­run­ki te nie zo­sta­ły za­cho­wa­ne, mo­rał jest inny (np. za­nie­dba­nie dzie­ci przez ro­dzi­ców) lub wy­ra­żo­ny zo­stał in­a­czej (mowa np. o ku­kuł­ce pod­rzu­ca­ją­cej swo­je jaj­ka w cu­dzym gnieź­dzie) – a za­tem baj­ka jest do ni­cze­go. Ten spo­sób kry­ty­ki sto­so­wa­no nie­raz wo­bec Ostrow­skie­go, cho­ciaż, na­tu­ral­nie, nikt się nie ze­chce do tego przy­znać i znaj­dą się jesz­cze tacy, któ­rzy w do­dat­ku wła­śnie na… nas, z wła­sne­go grzbie­tu na cu­dzy, zwa­lą oskar­że­nie o to, że za­bie­ra­my się do ana­li­zy utwo­rów li­te­rac­kich z za­wcza­su ob­my­ślo­ny­mi kon­cep­cja­mi i po­stu­la­ta­mi. Tym­cza­sem cóż może być ja­śniej­sze – czyż sło­wia­no­fi­le nie ma­wia­li: na­le­ży przed­sta­wiać Ro­sja­ni­na jako czło­wie­ka cno­tli­we­go i do­wo­dzić, że źró­dłem wszel­kie­go do­bra jest ży­cie we­dle sta­rych tra­dy­cji. W pierw­szych swo­ich sztu­kach Ostrow­ski nie trzy­mał się tej za­sa­dy i dla­te­go „Ob­raz szczę­ścia ro­dzin­ne­go” i „Swoi lu­dzie” to nie­god­ne jego ta­len­tu sztu­ki i mo­że­my je tyl­ko tym wy­tłu­ma­czyć, że na­śla­do­wał jesz­cze wte­dy Go­go­la. A zwo­len­ni­cy za­cho­du czyż nie krzy­cze­li: na­le­ży w ko­me­dii na­uczać, że za­bo­bon jest szko­dli­wy, a Ostrow­ski dzwo­nem cer­kiew­nym ra­tu­je od zgu­by jed­ne­go ze swo­ich bo­ha­te­rów; na­le­ży wszyst­kich uświa­da­miać, że praw­dzi­wym do­brem jest oświe­ce­nie, a Ostrow­ski w ko­me­dii swo­jej za­wsty­dza wy­kształ­co­ne­go Wi­cho­rie­wa przed nie­ukiem Bo­rod­ki­nem. Ja­sne, że ko­me­die „Do cu­dzych sań nie sia­daj” i „Nie tak żyj, jak­by się chcia­ło” – to sztu­ki złe. A wiel­bi­cie­le ar­ty­zmu czyż nie gło­si­li: sztu­ka słu­żyć po­win­na wiecz­nym i po­wszech­nym po­stu­la­tom es­te­ty­ki, a Ostrow­ski w „In­trat­nej po­sa­dzie” uczy­nił ze sztu­ki służ­kę mar­nych in­te­re­sów chwi­li; dla­te­go „In­trat­na, po­sa­da” nie za­słu­gu­je na mia­no dzie­ła sztu­ki i na­le­ży ją za­li­czyć do li­te­ra­tu­ry kry­ty­ku­ją­cej na­sze oby­cza­je!… P. Nie­kra­sow z Mo­skwy – czyż nie do­wo­dził: Bol­szow nie po­wi­nien w nas bu­dzić współ­czu­cia, a tym­cza­sem 4 akt „Swo­ich lu­dzi” na­pi­sa­ny jest po to, żeby w nas współ­czu­cie dla Bol­szo­wa wzbu­dzić; a za­tem 4 akt jest zbęd­ny!… A p. Paw­łow (M. F.) czy nie krę­cił ka­żąc do­my­ślać się ta­kich tez: ży­cie ludu ro­syj­skie­go może do­star­czyć ma­te­ria­łu tyl­ko jar­marcz­nym te­atrzy­kom; nie ma w nim ele­men­tów, z któ­rych by moż­na stwo­rzyć coś od­po­wia­da­ją­ce­go „wiecz­nym” po­stu­la­tom sztu­ki; jest za­tem oczy­wi­ste, że Ostrow­ski, któ­ry czer­pie te­ma­ty z ży­cia ludu, jest po pro­stu jar­marcz­nym pi­sma­kiem… Jesz­cze je­den kry­tyk mo­skiew­ski – wy­snu­wa ta­kie oto wnio­ski: dra­mat po­wi­nien przed­sta­wić bo­ha­te­ra prze­ję­te­go szczyt­ny­mi ide­ami; bo­ha­ter­ka „Bu­rzy” na­to­miast tchnie cała mi­sty­cy­zmem, nie na­da­je się wo­bec tego do dra­ma­tu, al­bo­wiem nie może bu­dzić w nas współ­czu­cia; „Bu­rza” jest więc tyl­ko sa­ty­rą i to nie naj­lep­szą itp., itp.

Kto in­te­re­so­wał się tym, co pi­sa­no u nas na te­mat „Bu­rzy”, przy­po­mni so­bie z ła­two­ścią jesz­cze kil­ka in­nych tego ro­dza­ju kry­tyk. Nie moż­na twier­dzić, ja­ko­by pi­sa­li je lu­dzie cał­kiem pod wzglę­dem umy­sło­wym ogra­ni­cze­ni; jak­że tedy wy­tłu­ma­czyć fakt, że wszy­scy oni nie umie­ją pa­trzeć na rze­czy po pro­stu, co tak zdu­mie­wa obiek­tyw­ne­go czy­tel­ni­ka? Na­le­ży to bez wąt­pie­nia przy­pi­sać sta­rej ru­ty­nie kry­tycz­nej, któ­rą krze­wi­ła w wie­lu umy­słach es­te­tycz­na scho­la­sty­ka, roz­wi­ja­na w cy­klach wy­kła­dów Ko­szań­skie­go, Iwa­na Da­wy­do­wa, Czy­stia­ko­wa i Zie­le­niec­kie­go. Wia­do­mo, że zda­niem tych sza­cow­nych teo­re­ty­ków kry­ty­ka jest za­sto­so­wa­niem wy­kła­da­nych przez nich ogól­nych praw do dzie­ła li­te­rac­kie­go. Je­że­li zga­dza się ono z tymi pra­wa­mi – do­sko­na­le; je­że­li nie zga­dza się – źle. Jak wi­dzi­cie, nie­źle to wy­my­śli­li dla stru­pie­sza­łych star­ców: póki w kry­ty­ce utrzy­mu­je się taka za­sa­da, mogą być pew­ni, że bez wzglę­du na to, co się bę­dzie dzia­ło w dzie­dzi­nie li­te­ra­tu­ry, nie bę­dzie się ich uwa­ża­ło za cał­kiem za­co­fa­nych. Prze­cież w swo­ich pod­ręcz­ni­kach usta­li­li so­bie wspa­nia­le pra­wa na pod­sta­wie tych utwo­rów, w któ­rych pięk­no wie­rzą; póki wszyst­ko, co nowe, są­dzić się bę­dzie we­dług usta­lo­nych przez nich praw, do­pó­ty za pięk­ne uwa­żać się bę­dzie tyl­ko to, co się z tymi pra­wa­mi zga­dza, i nic z tego, co nowe, nie od­wa­ży się do­po­mi­nać o swo­je pra­wa; star­cy będą mie­li słusz­ność wie­rząc w Ka­ram­zi­na i nie uzna­jąc Go­go­la, jak słusz­ność mie­li w swo­im mnie­ma­niu i ci czci­god­ni lu­dzie, któ­rzy za­chwy­ca­li się na­śla­dow­ca­mi Ra­ci­ne'a i w ślad za Wol­te­rem prze­zy­wa­li Szek­spi­ra pi­ja­nym dzi­ku­sem lub skła­da­li hołd „Me­sja­dzie”, na tej pod­sta­wie po­tę­pia­jąc „Fau­sta”. Za­skle­pie­ni w ru­ty­nie au­to­rzy, cho­ciaż­by naj­bar­dziej na­wet nie­udol­ni, nie mają po­wo­du oba­wiać się kry­ty­ki, któ­ra jest bier­nym rzecz­ni­kiem skost­nia­łych, usta­lo­nych przez tę­pych scho­la­sty­ków za­sad; a rów­no­cze­śnie naj­bar­dziej uta­len­to­wa­ni pi­sa­rze nie mogą się po niej ni­cze­go spo­dzie­wać, je­śli wno­szą do sztu­ki coś no­we­go i ory­gi­nal­ne­go. Po­win­ni po­stę­po­wać wbrew wszyst­kim za­rzu­tom „wła­ści­wej” kry­ty­ki, jej na złość wy­ro­bić so­bie imię, jej na złość za­ło­żyć szko­łę i do­piąć tego, aby się na nich oparł ja­kiś nowy teo­re­tyk przy opra­co­wa­niu no­we­go ko­dek­su sztu­ki. Wte­dy i kry­ty­ka uzna po­kor­nie ich wa­lo­ry; do tej zaś chwi­li po­win­na się ona za­cho­wy­wać jak nie­szczę­śni ne­apo­li­tań­czy­cy z po­cząt­kiem bie­żą­ce­go mie­sią­ca wrze­śnia, któ­rzy cho­ciaż i wie­dzą, że dziś – ju­tro przyj­dzie do nich Ga­ri­bal­di, mu­szą mimo wszyst­ko uzna­wać Fran­cisz­ka za swe­go kró­la, póki jego kró­lew­ska mość nie ra­czy opu­ścić swo­jej sto­li­cy.

Dziw­ne, że sza­nu­ją­cy się lu­dzie prze­zna­cza­ją kry­ty­ce taką mar­ną, taką upo­ka­rza­ją­cą rolę. Prze­cież ogra­ni­cza­jąc ją do sto­so­wa­nia „wiecz­nych i po­wszech­nych” praw sztu­ki do po­szcze­gól­nych, przej­ścio­wych zja­wisk ska­zu­ją tym sa­mym sztu­kę na mar­two­tę, a kry­ty­ce na­da­ją cał­ko­wi­cie urzę­do­we i po­li­cyj­ne zna­cze­nie. Wie­lu z nich robi to w do­brej wie­rze! Je­den z au­to­rów, któ­re­mu uchy­bi­li­śmy nie­co mó­wiąc o nim bez zbyt­nie­go sza­cun­ku, przy­po­mniał nam, że je­śli sę­dzia uchy­bia pod­sąd­ne­mu – jest to prze­stęp­stwo. Cóż za na­iw­ny au­tor! Jak­że prze­jął się teo­ria­mi Ko­szań­skie­go i Da­wy­do­wa! Bie­rze zu­peł­nie se­rio ba­nal­ną me­ta­fo­rę, że kry­ty­ka jest try­bu­na­łem, przed któ­rym au­to­rzy sta­ją w cha­rak­te­rze pod­sąd­nych! Bie­rze za­pew­ne za do­brą mo­ne­tę tak­że i to, że złe wier­sze to grzech wo­bec Apol­li­na i że złych pi­sa­rzy topi się za karę w rze­ce Le­cie!…. W prze­ciw­nym ra­zie – czy nie wi­dział­by róż­ni­cy mię­dzy kry­ty­kiem a sę­dzią? Przed są­dem od­po­wia­da­ją lu­dzie po­dej­rza­ni o wy­kro­cze­nia lub prze­stęp­stwa i sę­dzia ma roz­strzy­gnąć, czy oskar­żo­ny jest wi­nien, czy nie. Czyż oskar­ża się o coś pi­sa­rza, kie­dy pod­da­je się go kry­ty­ce? Daw­no już, zda­je się, mi­nę­ły te cza­sy, kie­dy pra­cę nad książ­ką uwa­ża­no za he­re­zję i prze­stęp­stwo. Kry­tyk wy­po­wia­da swo­je zda­nie o tym, czy mu się rzecz po­do­ba, czy też nie; a po­nie­waż jest to przy­pusz­czal­nie nie fra­ze­so­wicz, ale czło­wiek roz­sąd­ny, sta­ra się przed­sta­wić ra­cje, na pod­sta­wie któ­rych uwa­ża jed­no za do­bre, a dru­gie za złe. Nie uwa­ża on swe­go zda­nia za osta­tecz­ny i wszyst­kich obo­wią­zu­ją­cy wy­rok, Je­że­li już się­gnąć po po­rów­na­nie z dzie­dzi­ny pra­wa – jest ra­czej ad­wo­ka­tem niż sę­dzią. Ob­raw­szy pe­wien punkt wi­dze­nia, któ­ry wy­da­je mu się naj­słusz­niej­szy, wy­łusz­cza czy­tel­ni­kom szcze­gó­ły spra­wy tak, jak je sam ro­zu­mie, i sta­ra się im za­su­ge­ro­wać swo­je prze­ko­na­nie prze­ma­wia­jąc za albo prze­ciw­ko ana­li­zo­wa­ne­mu au­to­ro­wi. Ro­zu­mie się samo przez się, że może przy tym uży­wać wszyst­kich środ­ków, ja­kie uzna za sto­sow­ne, byle tyl­ko nie wy­pa­cza­ły one isto­ty spra­wy: może bu­dzić w nas gro­zę lub roz­czu­le­nie, śmiech albo łzy, może zmu­sić au­to­ra do nie­ko­rzyst­nych dla nie­go wy­znań lub unie­moż­li­wić mu wszel­ką od­po­wiedź. Tego ro­dza­ju kry­ty­ka osią­gnąć może taki oto sku­tek: zaj­rzaw­szy do swo­ich pod­ręcz­ni­ków teo­re­ty­cy będą mo­gli mimo wszyst­ko stwier­dzić, czy ana­li­zo­wa­ny utwór zgod­ny jest z ich nie­za­chwia­ny­mi za­sa­da­mi, i wy­stę­pu­jąc w roli sę­dziów orzek­ną, czy au­tor jest wi­nien, czy nie. Wia­do­mo jed­nak, że przy jaw­nym po­stę­po­wa­niu są­do­wym zda­rza się nie­raz, iż obec­ni na roz­pra­wie nie apro­bu­ją by­najm­niej wy­ro­ku, jaki wy­da­je sę­dzia zgod­nie z ta­ki­mi a ta­ki­mi pa­ra­gra­fa­mi ko­dek­su: su­mie­nie spo­łecz­ne wy­ka­zu­je w tych wy­pad­kach cał­ko­wi­tą roz­bież­ność z pa­ra­gra­fa­mi ustaw. To sama może się zda­rzyć jesz­cze czę­ściej przy roz­pa­try­wa­niu utwo­rów li­te­rac­kich: kie­dy kry­tyk-ad­wo­kat uj­mie spra­wę wła­ści­wie, ugru­pu­je fak­ty i uka­że je w świe­tle pew­ne­go sądu – opi­nia pu­blicz­na… nie zwra­ca­jąc uwa­gi na za­sa­dy po­ety­ki bę­dzie wie­dzia­ła, cze­go się ma trzy­mać.

Je­śli roz­wa­ży­my okre­śle­nie kry­ty­ki jako „sądu” nad au­to­ra­mi, stwier­dzi­my, że przy­po­mi­na ono bar­dzo po­ję­cie, ja­kie łą­czą ze sło­wem kry­ty­ka na­sze pro­win­cjo­nal­ne pa­nie i pa­nien­ki i z któ­re­go tak dow­cip­nie wy­śmie­wa­li się nie­raz nasi po­wie­ścio­pi­sa­rze. I te­raz jesz­cze sty­ka­my się czę­sto z ro­dzi­na­mi, któ­re pa­trzą z pew­nym stra­chem na pi­sa­rza, bo może „na­pi­sać na nich kry­ty­kę”. Nie­szczę­śni pro­win­cju­sze, któ­rzy wbi­li so­bie raz taką myśl do gło­wy, wy­glą­da­ją rze­czy­wi­ście jak bied­ni pod­sąd­ni, któ­rych los za­le­ży od jed­ne­go po­cią­gnię­cia pió­ra w ręku li­te­ra­ta. Pa­trzą mu w oczy, kon­fun­du­ją się, uspra­wie­dli­wia­ją i tłu­ma­czą, jak gdy­by byli istot­nie wi­no­waj­ca­mi ocze­ku­ją­cy­mi stra­ce­nia lub uła­ska­wie­nia. Na­le­ży jed­nak stwier­dzić, że tacy na­iw­ni lu­dzie za­czy­na­ją te­raz wy­mie­rać na­wet w naj­dal­szych za­ka­mar­kach kra­ju. Rów­no­cze­śnie z tym, jak pra­wo „ośmie­lam się mieć swo­je zda­nie” prze­sta­je być przy­wi­le­jem pew­nej tyl­ko ran­gi lub sta­nu, a za­czy­na przy­słu­gi­wać wszyst­kim, w ży­ciu pry­wat­nym moż­na za­uwa­żyć wię­cej po­wa­gi, sa­mo­dziel­no­ści i mniej obaw przed czy­jąś opi­nią. Te­raz wy­po­wia­da się już swo­je zda­nie po pro­stu dla­te­go, że le­piej je wy­po­wie­dzieć ani­że­li ukry­wać, wy­po­wia­da się je w prze­ko­na­niu, że wy­mia­na my­śli jest po­ży­tecz­na, przy­zna­je się każ­de­mu pra­wo do wy­ra­ża­nia po­glą­dów i żą­dań i uwa­ża się na­wet, że każ­dy ma obo­wią­zek uczest­ni­czyć w ogól­nym ru­chu i dzie­lić się ob­ser­wa­cja­mi i my­śla­mi, na ja­kie go stać. Da­le­ko stąd jesz­cze do roli sę­dzie­go. Je­że­li wam po­wiem, że zgu­bi­li­ście na uli­cy chu­s­tecz­kę, lub że idzie­cie nie w tę stro­nę, w któ­rą iść po­win­ni­ście itp. – nie zna­czy to jesz­cze, że je­ste­ście mo­imi pod­sąd­ny­mi. Po­dob­nie i ja nie będę wa­szym pod­sąd­nym, kie­dy bę­dzie­cie mnie opi­sy­wa­li, chcąc aby wasi zna­jo­mi wy­obra­zi­li so­bie, jak wy­glą­dam. Kie­dy je­stem po raz pierw­szy w no­wym to­wa­rzy­stwie, wiem bar­dzo do­brze, że mnie tam ob­ser­wu­ją i wy­da­ją o mnie opi­nie; ale czy mam so­bie wo­bec tego wy­obra­żać, że sto­ję przed ja­kimś are­opa­giem i za­wcza­su drżeć ocze­ku­jąc wy­ro­ku? Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że nie obej­dzie się bez uwag o mnie. Je­den za­uwa­ży, że mam duży nos, dru­gi – że mam rudą bro­dę, trze­ci – że mój kra­wat jest źle za­wią­za­ny, czwar­ty – że je­stem po­nu­ry itd. Pro­szę bar­dzo, niech się dzie­lą uwa­ga­mi, co mnie to ob­cho­dzi? Prze­cież moja ruda bro­da to nie zbrod­nia i nikt nie może mnie za­py­tać, jak śmiem mieć taki duży nos. A za­tem nie ma się nad czym za­sta­na­wiać: po­do­bam się czy nie – to rzecz gu­stu i ni­ko­mu nie mogę za­bro­nić, by się w tej spra­wie wy­po­wie­dział; z dru­giej stro­ny nic mi nie ubę­dzie, je­śli ktoś za­uwa­ży, że nie je­stem roz­mow­ny, sko­ro jest tak w isto­cie. A za­tem – pierw­sza, pra­ca kry­tycz­na (w na­szym tego sło­wa zro­zu­mie­niu) – ob­ser­wo­wa­nie i stwier­dza­nie fak­tów – ma zu­peł­nie swo­bod­ny i nie­win­ny prze­bieg. Dru­ga pra­ca – są­dze­nie na pod­sta­wie fak­tów – po­zo­sta­wia nadal ta­kie same szan­se i temu, kto są­dzi, i temu, kogo się są­dzi. Wy­snu­wa­jąc bo­wiem swój wnio­sek z ja­kichś prze­sła­nek czło­wiek sam się rów­nież na­ra­ża za­wsze na to, iż inni osą­dzą i spraw­dzą słusz­ność i uza­sad­nie­nie jego są­dów. Na przy­kład, je­że­li, na pod­sta­wie tego, że kra­wat mój jest nie­zbyt ele­ganc­ko za­wią­za­ny, ktoś na­zwie mnie źle wy­cho­wa­nym, to taki sę­dzia ry­zy­ku­je, iż inni na­bio­rą nie naj­lep­sze­go prze­ko­na­nia o jego lo­gi­ce. Po­dob­nie, je­śli któ­ryś z kry­ty­ków za­rzu­ca Ostrow­skie­mu, że Ka­ta­rzy­na w „Bu­rzy” jest po­sta­cią od­ra­ża­ją­cą i nie­mo­ral­ną, nie bu­dzi on spe­cjal­ne­go za­ufa­nia do swe­go wła­sne­go po­czu­cia mo­ral­no­ści. A za­tem, póki kry­tyk wska­zu­je na fak­ty, ana­li­zu­je je i wy­su­wa swo­je wnio­ski, au­to­ro­wi i jego utwo­ro­wi nic nie gro­zi. Moż­na tu mieć pre­ten­sje tyl­ko wte­dy, gdy kry­tyk fak­ty wy­pa­cza, gdy kła­mie. Ale je­śli przed­sta­wia spra­wę praw­dzi­wie, to bez wzglę­du na to, ja­kim mówi to­nem i ja­kie wy­snu­wa wnio­ski – kry­ty­ka jego, jak każ­de swo­bod­ne i po­par­te fak­ta­mi ro­zu­mo­wa­nie, przy­nie­sie za­wsze wię­cej po­żyt­ku niż szko­dy – sa­me­mu au­to­ro­wi, je­że­li to do­bry au­tor, a w każ­dym ra­zie li­te­ra­tu­rze – je­że­li na­wet… au­tor oka­że się zły. Kry­ty­ka – nie sę­dziow­ska, ale zwy­kła, jak my ją ro­zu­mie­my – war­to­ścio­wa jest choć­by dla­te­go, że lu­dziom nie­przy­zwy­cza­jo­nym do kon­cen­tro­wa­nia swo­ich my­śli na li­te­ra­tu­rze daje, je­śli moż­na się tak wy­ra­zić, eks­trakt pi­sa­rza i uła­twia im zro­zu­mie­nie cha­rak­te­ru i zna­cze­nia jego dzieł. A sko­ro pi­sarz zo­stał wła­ści­wie zro­zu­mia­ny, opi­nia pu­blicz­na nie omiesz­ka o nim wy­dać sądu i odda mu spra­wie­dli­wość nie py­ta­jąc czci­god­nych ko­dy­fi­ka­to­rów sztu­ki o po­zwo­le­nie.

Co praw­da, oma­wia­jąc cha­rak­ter pew­ne­go au­to­ra lub utwo­ru kry­tyk zna­leźć może w utwo­rze to, cze­go w nim w ogó­le nie ma. Ale w tych wy­pad­kach kry­tyk za­wsze sam się zdra­dza. Je­śli ze­chce przy­pi­sać ana­li­zo­wa­ne­mu utwo­ro­wi myśl żyw­szą i szer­szą ani­że­li ta, jaką w isto­cie au­tor wziął za pod­sta­wę, oczy­wi­ście nie bę­dzie mógł do­sta­tecz­nie umo­ty­wo­wać swe­go sądu za po­mo­cą ar­gu­men­tów za­czerp­nię­tych z sa­me­go utwo­ru. Tym sa­mym kry­ty­ka mó­wiąc o tym, czym mógł­by być ana­li­zo­wa­ny utwór, uwy­pu­kla jesz­cze bar­dziej, jak cia­sna jest jego kon­cep­cja i nie­do­sko­na­łe wy­ko­na­nie. Za przy­kład tego ro­dza­ju kry­ty­ki po­słu­żyć może Bie­liń­ski i jego ana­li­za „Ta­ran­ta­sa”, na­pi­sa­na z istot­nie zło­śli­wą i sub­tel­ną iro­nią. Wie­lu czy­tel­ni­ków wzię­ło tę ana­li­zę za do­brą mo­ne­tę, ale i ci stwier­dzi­li, że sens, jaki Bie­liń­ski nadał „Ta­ran­ta­so­wi, zo­stał do­sko­na­le wy­łusz­czo­ny w jego kry­ty­ce, ale z utwo­rem hra­bie­go Soł­ło­gu­ba w nie­naj­lep­szej jest zgo­dzie. Tego ro­dza­ju kry­tycz­ne hy­per­bo­le spo­ty­ka­my zresz­tą bar­dzo rzad­ko. Znacz­nie częst­szy jest inny wy­pa­dek – kie­dy kry­tyk w isto­cie nie ro­zu­mie ana­li­zo­wa­ne­go przez się au­to­ra i wy­snu­wa z jego utwo­ru fał­szy­we wnio­ski. Ale i to nie­wiel­kie nie­szczę­ście: ze spo­so­bu, w jaki kry­tyk ro­zu­mu­je, czy­tel­nik za­raz się zo­rien­tu­je, z kim ma tu­taj do czy­nie­nia, i je­śli tyl­ko kry­ty­ka ope­ru­je fak­ta­mi – błęd­ne opi­nie nie wy­wio­dą czy­tel­ni­ka w póle. Na przy­kład nie­ja­ki p. P-i ana­li­zu­jąc „Bu­rzę” po­sta­no­wił użyć tej sa­mej me­to­dy, jaką sto­so­wa­li­śmy w ar­ty­ku­łach o „kró­le­stwie mro­ku”, i stre­ściw­szy sztu­kę przy­stą­pił do wy­snu­wa­nia wnio­sków. Oka­za­ło się z tych wy­wo­dów, że Ostrow­ski w swo­jej „Bu­rzy” ośmie­szył Ka­ta­rzy­nę – pra­gnąc w po­sta­ci tej znie­sła­wić ro­syj­ski mi­sty­cyzm. Prze­czy­taw­szy ta­kie wy­wo­dy, na­tu­ral­nie, na­tych­miast wi­dzi­my, do ja­kiej ka­te­go­rii umy­słów na­le­ży p. P-i i czy moż­na po­le­gać na jego zda­niu. Kry­ty­ka taka ni­ko­go nie zdez­o­rien­tu­je, dla ni – kogo nie jest nie­bez­piecz­na…

Zu­peł­nie co in­ne­go – to kry­ty­ka, któ­ra przy­stę­pu­je do au­to­rów z for­mal­ną miar­ką jak do przy­pro­wa­dzo­nych na punkt po­bo­ro­wy chło­pów i krzy­czy „zdat­ny!” lub „nie­zdat­ny!” za­leż­nie od tego, czy miar­ka pa­su­je do re­kru­ta, czy też nie. Roz­pra­wa jest tu krót­ka i zde­cy­do­wa­na. Je­śli wie­rzy­cie w wiecz­ne, wy­dru­ko­wa­ne w pod­ręcz­ni­kach pra­wa sztu­ki, to się od ta­kiej kry­ty­ki nie wy­mi­ga­cie. Udo­wod­ni wam ona jak dwa a dwa – czte­ry, że to, czym się za­chwy­ca­cie, jest do ni­cze­go, a to, co was przy­pra­wia o drzem­kę, zie­wa­nie lub mi­gre­nę, to jest wła­śnie praw­dzi­wy skarb. Weź­cie na przy­kład „Bu­rzę”: Cóż to ta­kie­go? Zu­chwa­ła ob­ra­za sztu­ki, nic wię­cej – udo­wod­nić to moż­na z ła­two­ścią. Otwórz­cie „Czy­tan­ki fi­lo­lo­gicz­ne” za­słu­żo­ne­go pro­fe­so­ra i aka­de­mi­ka Iwa­na Da­wy­do­wa, któ­ry opra­co­wał je z po­mo­cą tłu­ma­cze­nia wy­kła­dów Bla­ira, lub zaj­rzyj­cie cho­ciaż­by do.

ka­dec­kie­go cy­klu wy­kła­dów z li­te­ra­tu­ry pana Płak­si­na – ce­chy wzo­ro­we­go dra­ma­tu zo­sta­ły tam ści­śle okre­ślo­ne. Przed­mio­tem dra­ma­tu po­win­no być sta­now­czo wy­da­rze­nie, w któ­rym wi­dzi­my wal­kę na­mięt­no­ści i obo­wiąz­ku – z nie­szczę­śli­wy­mi na­stęp­stwa­mi, kie­dy zwy­cię­ża­ją na­mięt­no­ści, lub ze szczę­śli­wy­mi, kie­dy zwy­cię­ża obo­wią­zek. W roz­wo­ju ak­cji dra­ma­tycz­nej win­na być za­cho­wa­na ści­sła jed­ność i kon­se­kwen­cja; roz­wią­za­nie po­win­no w spo­sób na­tu­ral­ny i bez­wa­run­ko­wo wy­ni­kać z za­wią­za­nia; każ­da sce­na musi sta­now­czo po­su­wać ak­cję na­przód i zbli­żać ją do roz­wią­za­nia; w sztu­ce nie może być wo­bec tego ani jed­nej po­sta­ci, któ­ra by bez­po­śred­nio i bez­wa­run­ko­wo nie uczest­ni­czy­ła w roz­wo­ju dra­ma­tu, nie może… być ani jed­nej roz­mo­wy, któ­ra by nie do­ty­czy­ła isto­ty sztu­ki. Cha­rak­te­ry wy­stę­pu­ją­cych w dra­ma­cie osób win­ny się żywo uwy­dat­niać i au­tor musi je bez­względ­nie od­sła­niać stop­nio­wo, w mia­rę roz­wo­ju ak­cji. Ję­zyk ma być do­sto­so­wa­ny do sta­nu, do któ­re­go po­szcze­gól­ne oso­by na­le­żą, nie może jed­nak od­bie­gać od li­te­rac­kiej czy­sto­ści i prze­cho­dzić w wul­gar­ność.

Oto, zda­je się, wszyst­kie głów­ne re­gu­ły dra­ma­tycz­ne. Za­sto­suj­my je do „Bu­rzy”.

Przed­mio­tem dra­ma­tu jest istot­nie wal­ka, jaka to­czy się w Ka­ta­rzy­nie mię­dzy obo­wiąz­kiem do­trzy­ma­nia wier­no­ści mał­żeń­skiej a na­mięt­ną mi­ło­ścią do mło­de­go Bo­ry­sa Gri­gor­je­wi­cza. A za­tem pierw­sze­mu po­stu­la­to­wi sta­ło się za­dość. Ale po­cząw­szy od tego po­stu­la­tu wszyst­kie inne re­gu­ły wzo­ro­we­go dra­ma­tu zo­sta­ły w „Bu­rzy” w naj­strasz­niej­szy spo­sób po­gwał­co­ne.

Po pierw­sze – „Bu­rza” nie czy­ni za­dość naj­istot­niej­sze­mu we­wnętrz­ne­mu ce­lo­wi dra­ma­tu, zgod­nie z któ­rym wi­nien on bu­dzić po­sza­no­wa­nie obo­wiąz­ku mo­ral­ne­go i wska­zy­wać zgub­ne na­stęp­stwa na­mięt­no­ści. Ka­ta­rzy­na, ta nie­mo­ral­na i bez­wstyd­na (jak się traf­nie wy­ra­ził M. Paw­łow) ko­bie­ta, któ­ra wy­bie­gła nocą do ko­chan­ka, jak tyl­ko mąż wy­je­chał z domu, ta prze­stęp­czy­ni wy­stę­pu­je w dra­ma­cie nie tyl­ko że w nie­dość ciem­nych bar­wach, ale na­wet z ja­kąś au­re­olą mę­czeń­stwa na czo­le. Mówi tak pięk­nie, cier­pi tak wzru­sza­ją­co, wszyst­ko do­ko­ła niej jest tak złe, że nie obu­rza­cie się na nią, ale współ­czu­je­cie jej i usto­sun­ko­wu­je­cie się wro­go do gnę­bi­cie­li i tym sa­mym uspra­wie­dli­wia­cie w jej oso­bie grzech. A za­tem dra­mat nie peł­ni swe­go szczyt­ne­go po­słan­nic­twa i oka­zu­je się tyl­ko szko­dli­wym przy­kła­dem lub w każ­dym ra­zie czczą roz­ryw­ką.

Da­lej, z czy­sto ar­ty­stycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia stwier­dza­my rów­nież bar­dzo po­waż­ne bra­ki. Roz­wój na­mięt­no­ści nie zo­stał do­sta­tecz­nie uwy­dat­nio­ny: nie wi­dzi­my, jak się za­czę­ła i po­tę­go­wa­ła mi­łość Ka­ta­rzy­ny do Bo­ry­sa i czym była wła­ści­wie umo­ty­wo­wa­na; dla­te­go tak­że sama wal­ka na­mięt­no­ści i obo­wiąz­ku nie jest dla nas zu­peł­nie ja­sna i prze­ko­ny­wa­ją­ca.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: