Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Prosty sposób na bezpamięć. Świątynia pustych słów. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 stycznia 2026
3200 pkt
punktów Virtualo

Prosty sposób na bezpamięć. Świątynia pustych słów. Tom 3 - ebook

Świat mrocznej magii i czworo przyjaciół, którzy próbują w nim przetrwać.

Młodzi czarodzieje, z pomocą stowarzyszenia Incendium, kontynuują podróż, która ma rozwiązać to, co wydaje się nierozwiązywalne. Czy uda im się unicestwić dziwną moc, która zawładnęła dziewczyną? Jak ocalić Azela, schwytanego przez wrogich magów? Każde kolejne spotkanie z napotykanymi po drodze czarownikami coraz bardziej uświadamia przyjaciołom, że reguły wpojone im przez mentorów z kowenu Półksiężyc mają niewiele wspólnego z tym, jak wygląda prawdziwy świat. Aurora, Azel, Ezra i Oliver będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, kim chcą być – i na jakich zasadach.

Finałowy tom trylogii autorstwa znanej bookstagramerki Karoliny Barbrich (@tostyikawa)

Okładka utrzymana jest w mrocznej, stonowanej kolorystyce – dominują odcienie fioletu, różu, zieleni, z subtelnymi akcentami światła. Na pierwszym planie widoczne są dwie męskie postacie stojące na skalistej powierzchni, odwrócone do siebie plecami. Postać po lewej stronie ma blond włosy i jasną karnację. Mężczyzna po prawej stronie ma dłuższe i ciemniejsze włosy, ciemniejszą karnację i biały symbol na czole. W oddali znajduje się monumentalna budowla przypominająca świątynię lub zamek, osadzona na skalistym wzniesieniu. W tle rozciąga się dramatyczne, burzowe niebo, co potęguje atmosferę tajemnicy. Typografia tytułu jest wyrazista – jasne litery kontrastują z ciemnym tłem, a ich styl podkreśla powagę i mistyczny klimat okładki.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-872-9
Rozmiar pliku: 5,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WZROKIEM RÓŻY

Skonasz, synu wytwórcy, na twą śmierć spoglądać będą wieczność, pani chaosu i gwiazdy. Widzę w snach, jak po kolana brodzisz w błocie, jak się trudzisz, próbując dobrnąć do brzegu. A z każdym krokiem jest ci coraz ciężej.

Próbuję powstrzymać śmiech, który rośnie mi w gardle, powinnam zacisnąć wargi, tak żeby nie pozwolić mu się wydostać, wiem jednak, że nie dam rady. To takie śmieszne, że na zgubę skazał cię twój własny ojciec. Łzy ciekną mi z oczu, a brzuch boli mnie od gwałtownych skurczów.

Tak bardzo bawi mnie twoja niedola.OCZY NA RAMIENIU I SERCE W BRZUCHU

O tym, że coś poszło straszliwie nie tak, Aurora przekonała się dopiero wtedy, gdy ujrzała krew. Co prawda dostrzegła chwilę wcześniej zaniepokojone spojrzenie Ezry, który gapił się na jej prawy bark, ale ostatnio napotykała je częściej niż własne odbicie w lustrze, więc je zignorowała.

– Będziesz żyć – zapewnił mężczyzna przyciskający ją do blatu swoim ciałem, gdy zauważył niepokój wymalowany na jej twarzy.

Ponownie przeanalizowała wszystkie jego tatuaże, te, których nie zasłaniał czarny podkoszulek, i odwróciła głowę, by porównać je z tym, co właśnie tworzył na jej skórze. Nie dostrzegła jednak wiele, ich pozycja była, delikatnie mówiąc, niewygodna.

– Spokojnie – dodał tatuażysta i zacmokał karcąco, zmuszając ją, by znowu się położyła. – Jak będziesz się ruszać, to wyjdzie krzywo.

– Lepsze to niż jakieś zakażenie – westchnęła. – Przecież nie powinnam krwawić.

Nie odpowiedział, a ona skarciła się w myślach za to, że pozwoliła mu wykonać na sobie wzór, który miesiące temu stworzył dla niej Azel. Spojrzała na kamienną ścianę przed sobą. Wyryto na niej rozmaite rysunki – koślawe samochody, konie i bryczki, a także coś, co przypomniało Big Bena. To była rozrywka dla tutejszych dzieci – w podziemiu trudno było o coś, co prawdziwie by odprężało, jak zdążyła się już przekonać.

– Zwykle tatuażami zajmuje się ktoś inny – pożalił się. – Wyszedłem z wprawy, ale naprawdę nic ci nie będzie.

Jeśli miała być szczera, od początku nie była do tego przekonana. To Ezra zamęczał ją o to od prawie tygodnia, a że widywała go teraz rzadziej – bo przyjaciel więcej czasu spędzał z Oliverem – postanowiła przystać na propozycję. Ostatecznie przekonał ją fakt, że nowomagia, odkrywszy w jej organizmie zalążek niebezpiecznych bakterii, wybiłaby je w mgnieniu oka. Zdążyła już zaobserwować, że kiedy jej przyjaciół bez przerwy atakowały drobne przeziębienia, ona pozostawała niewzruszona – przez wszystkie tygodnie ciężkiej drogi choroba nie zmogła jej ani razu. Kończyło się na objawach, które na następny dzień znikały bez śladu.

Wracając jednak do czasu spędzanego wspólnie z Ezrą, który w ostatnich dniach stał się rzadkością – on i Oliver próbowali ukrywać swoją relację dosyć nieudolnie. Co prawda co jakiś czas znikali, kryjąc się w trudno dostępnych korytarzach, ale wpadała na nich niemal za każdym razem, gdy w towarzystwie członków Incendium podążała w stronę powierzchni.

– Gotowe. – Z rozmyślań wyrwał ją głos mężczyzny. – Chyba.

Jasnowidz rzucił jej się na pomoc, gdy chciała podnieść się z blatu, ale przystanął w półkroku, gdy przypomniał sobie, jak bardzo jej to zawsze przeszkadzało. Od czasu ich niezdarnej ucieczki ze Starry Night minęły trzy tygodnie i chociaż czuła się lepiej, jej dłoń nadal spowijał opatrunek. W nocy wciąż jeszcze wybudzał ją ból ręki. Zaklęcie, którym potraktowała członków Półksiężyca, pozbawiło ją palców, małego i serdecznego, w związku z czym musiała wysłuchiwać marudzeń Ezry, że nie będzie mogła założyć pierścionka zaręczynowego na odpowiedni palec.

– Zobaczmy – wymamrotała teraz pod nosem, zbliżając się do ustawionego w rogu pokoju lustra. W podziemiu było dużo zwierciadeł, nic dziwnego, w końcu to tych niepozornych przedmiotów czarodzieje z całego Londynu używali, by jakoś zaznaczyć swoje czarostwo. Magowie podziemia do tuneli metra sprowadzali je chyba głównie z sentymentu.

Aurora odrzuciła włosy, które na chwilę zasłoniły jej łopatkę. Przyjrzała się swojemu odbiciu, zlustrowała wychudzone policzki i spierzchnięte usta, po czym spojrzała na tatuaż. Na jej skórze czarnym tuszem odznaczało się czworo oczu. Każde wyglądało inaczej i reprezentowało jednego z jej przyjaciół: Azela, Ezrę i Maravis, oraz ją samą. Wytwórca nie zdążył narysować oczu Olivera, bo gdy tworzył wzór, dopiero się poznawali.

Czarownica lekko skinęła głową i jedno oko mrugnęło. Minęła sekunda, a drugie odrobinę zalotnie zatrzepotało rzęsami.

– Nawet nie muszę się zastanawiać, które jest twoje – rzuciła do Ezry, a ten w odpowiedzi parsknął śmiechem.

– Jest w porządku, dziękuję – dodała, odwracając się do mężczyzny, który przyglądał się jej w napięciu. – Chyba że jednak czymś mnie zaraziłeś, wtedy do bani.

Z oka, które należało do Azela, spływała jej po plecach strużka krwi. Wyglądała jak łza.

– Igła była czysta – zapewnił pośpiesznie mężczyzna. Wyraz twarzy miał taki, jakby trochę obawiał się, że Aurora zaraz na niego nakrzyczy. To z kolei niezmiernie ją bawiło, bo był barczysty, z pewnością silniejszy od niej fizycznie, a jednak uginał się przed bijącą od niej magią, której nie potrafił zidentyfikować. – Przeczyść to sobie jakimś zaklęciem.

Znali się już całkiem długo, ale ona wciąż nie wiedziała, czy się jej bał, czy po prostu należał do osób introwertycznych, bo niewiele przy niej mówił. Tak naprawdę wydał jej się pierwszą prawdziwie przyjazną duszą w podziemiu. Rose przedstawiła jej go kiedyś tymi słowami:

– Finley jest tu od piętnastu lat, dzięki niemu większość nowo przybyłych decyduje się zostać w podziemiu na dłużej. Tylko on nie jest tu ani osobliwy, ani odstraszający. Poza tym wiem tylko, że jest z okolic Newport.

Ta informacja zapoczątkowała zainteresowanie Aurory mężczyzną. Mieścina, o której wspomniała jasnowidzka, znajdowała się bowiem zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od jej rodzimego Newbridge. W mowie Finleya można było usłyszeć naleciałości tamtejszego dialektu. Coś w jego wypowiedziach wskazywało również na to, że w rodzinie miał jakichś Irlandczyków. Aurora długo rozważała, czy warto spróbować wypytać go o kowen, z którego tu przybył, ale on – poznawszy miejsce jej pochodzenia – nie kwapił się do rozmowy o Walii. Swoją ciekawość odłożyła więc na później.

– Nie chcę was poganiać, dzieciaki – przemówił Finley. – Ale chciałbym jeszcze zjeść przed odprawą, a kolacja już się kończy.

– Jasne, jasne. – Ezra skinął głową w jej kierunku. – Nie musisz nam powtarzać dwa razy, po tym obiedzie wciąż jestem głodny. Poza tym nasi i tak pewnie czekają. – Miał na myśli Rose i Olivera, choć z pewnością nie wiedział, gdzie byli.

Oliver po przyjeździe każdą chwilę z dala od Ezry poświęcał na praktyczne ćwiczenia zaklęć. Towarzyszyła mu dwójka tutejszych magów – Finley i pewien pulchny młodziak o imieniu Alex. Aurora natychmiast rozpoznała w nim kogoś, kto kowen opuścił niedawno i z ogromną niechęcią. Podobnie jak oni Alex ciągle wypytywał o to, kiedy nadejdzie czas na zbieranie magii, a Oliverowi zalecał głównie ćwiczenia znane z najpopularniejszych podręczników do czarostwa. Poza tym na jego ramionach stale pobrzękiwał imponujący zestaw srebrnych bransolet, które jego zdaniem miały pomagać mu w czarach. Była to zapewne tradycja wyniesiona z jego poprzedniej organizacji. Na takie rzeczy w Incendium spoglądano co najwyżej z pobłażaniem.

Rose, która sprowadziła ich do tego miejsca, całe dnie spędzała w towarzystwie tutejszych magów. Aurora do tej pory nie była pewna, czy jasnowidzkę łączy z nimi głęboka przyjaźń, czy ledwie się znają. Dziewczyna przysiadała się do grupek formujących się w trakcie posiłków i dołączała do magów pracujących nad oczyszczaniem peronu. Witali ją uśmiechami, znacznie bardziej życzliwymi niż te, którymi obdarzano Aurorę i chłopców. Czarodzieje Incendium poklepywali Rose po plecach, przytulali ją jak zaginioną siostrę, która po latach znowu trafiła do domu. To wszystko po to, by wdać się z nią w najbardziej płytką konwersację, jaką Aurora kiedykolwiek słyszała – żadnych pytań o rodzinę, pracę, samopoczucie ani co najważniejsze: o przeszłość. Jej towarzysze zdawali się osobliwie niezainteresowani tym, że ich przyjaciółka wparowała tu z podkręconym magią zwyczajnym, jego jasnowidzącym chłopakiem i magicznym huraganem, który w ich oczach stanowiła Aurora. Bardzo interesowały ich za to zaklęte wisiorki, o których Rose opowiadała z ogromnym zaangażowaniem.

– Gdzie idziemy? – zapytała Ezrę, gdy opuścili pomieszczenie, w którym ją tatuowano. Kiedyś musiało służyć za biuro obsługi stacji metra, na której się znajdowali. Były tam wielkie drewniane biurko, na którym przed chwilą leżała, stosy papierów, kamizelki konduktorskie oraz niedziałający interkom. Gdy chwilę temu patrzyła na to wszystko, pomyślała sobie, że być może zwyczajni opuścili je w pośpiechu, pozostawiając mnóstwo rzeczy. Być może Incendium rzeczywiście ich stąd wypłoszyło, sama nie wiedziała.

– W stronę pysznego kleiku bananowego, moja kochana. – Ezra podskakiwał obok niej.

– Naprawdę chcemy siedzieć na kolacji? – Uniosła brew.

– Naprawdę chcemy głodować? – odpowiedział, naśladując jej ton.

– Chcemy wymknąć się do supermarketu i zjeść coś, co nie smakuje jak karton nasiąknięty deszczówką – westchnęła.

Wszystkie posiłki były do siebie podobne i nie dawały człowiekowi ani energii, ani przyjemności. Nie miała o to do nikogo pretensji, w końcu członkowie Incendium musieli wykarmić całe mnóstwo osób, ale jej wykończony organizm z każdym dniem coraz bardziej domagał się czegoś bardziej odżywczego.

– Proszę, nie przypominaj mi, że jest na świecie coś innego niż ta owsianka. – W głosie Ezry było naprawdę dużo rozpaczy. – Toleruję ją tylko dlatego, że nie ma innych opcji.

I naprawdę nie było. Mieszkający tu ludzie często wychodzili do sklepów, była pewna, że bogatsi wybierali się do restauracji. Im jednak nie wolno było nawet myśleć o opuszczaniu metra. To było zbyt ryzykowne. Aurora parokrotnie znalazła się blisko powierzchni, raz nawet stanęła przy schodach wyjściowych, by przez chwilę powdychać chłodne powietrze, ale nie odważyła się wyjść. Nie chodziło nawet o to, że ktoś zakazał im opuszczania tuneli – po prostu się bała i wiedziała, że jej przyjaciel czuł to samo.

Korytarz rozszerzył się i ujrzeli główną stację. W miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się bramki do metra, wydawano teraz jedzenie. Właśnie tam się skierowali. Obie strony tunelu, którym poruszały się pociągi, zagrodzono ciężkimi głazami, choć to chyba nie była zasługa tutejszych magów, a pracowników kolei, którzy pracowali nad zabezpieczeniem opuszczonej stacji. Na chodniku, po którym jeszcze parę lat temu pędzili śpieszący się do pracy Londyńczycy, siedzieli teraz czarodzieje. Parę osób przysiadło po turecku, inni pochylali się nad swoimi kleikami, próbując uczynić z nich coś lepszego. Ta banda nowicjuszowi wydałaby się zbiorem dziwaków, bo prawie każdy miał tu specyficzną fryzurę oraz tatuaże, które tak rzadko widywało się u starszych osób, ale Aurora zdążyła się już do tego wszystkiego przyzwyczaić. Bez dłuższego zastanowienia mogła więc przyjąć swój fenomenalny posiłek i podążyć głębiej, wzdłuż peronu, ku miejscu, gdzie rzeczywiście siedzieli już Rose i Oliver.

– Czy masz już więcej par oczu niż wcześniej? – zagadnął ten drugi, gdy usiedli z Ezrą.

– Tak, ale jakim kosztem – westchnęła i natychmiast zaczęła opowiadać im o procesie tworzenia tatuażu.

Mimo że ludzi nie było na stacji wcale tak dużo, panował ogromny gwar. Co chwila ktoś zrywał się z miejsca, by zwrócić się do większej grupy lub nawet do wszystkich zgromadzonych, ludzie śpiewali, a garstka tutejszych dzieciaków zapewniała absolutny brak spokoju.

– Nic ci nie będzie. – Rose wzruszyła ramionami na wzmiankę o jej skaleczeniu. – Chaos zadba, żeby nic ci się nie stało.

– Ten sam chaos, który wypalił mi rękę? – zapytała, co spowodowało, że jej rozmówczyni zacisnęła usta. Aurora wierzyła, że nowomagia wypaliłaby z jej organizmu wszelkie zarazki, ale była również przekonana, że wcześniej czy później przyjdzie jej zapłacić za tę pozorną ochronę.

Bez Azela trudno im było zinterpretować to, co wyrządziła jej nowomagia. W końcu podzieliła się z towarzyszami informacją o czarnych siniakach, które pojawiały się na jej ciele, ale żadnemu z nich nie udało się znaleźć przyczyny. One, podobnie jak wiele anomalii, których doświadczała, odkąd tu przybyli, pozostawały wciąż tajemnicą.

– Ciesz się, że nie musiałaś płacić – wtrącił Oliver. – Zawsze chciałem coś sobie zrobić, ale nigdy nie było mnie na to stać.

– Może teraz jest twoja szansa? – zauważył Ezra entuzjastycznie. – Przecież jeśli poprosisz Finleya, na pewno się zgodzi.

– Powinieneś trzymać się z daleka od magicznych tatuaży, jeśli chcesz jeszcze kiedyś wrócić do domu – odparła natychmiast Aurora. – Chyba że wiesz, jak wyjaśnić rodzicom, że coś rusza się na twojej skórze.

To spowodowało, że Oliver spoważniał, wbijając wzrok w owsiankę. Napięcie, które panowało między nimi od pobytu w Lavenham, utrzymywało się i Aurora nawet z tym nie walczyła, choć wiedziała, że przeszkadza ono zarówno Oliverowi, jak i Ezrze.

– Nie musisz robić niczego magicznego – przypomniał Ezra. – Mam całkiem sporo nieruchomych projektów w rzeczach Azela, które zgarnęliśmy z hotelu. Na pewno nie obrazi się, jeśli jeden sobie pożyczysz.

Na dźwięk imienia przyjaciela kęs kleiku uwiązł jej w gardle. Czasami tak właśnie zamierała, gdy ktoś wypowiadał jego imię. To wystarczyło. Aurora z dnia jego porwania nie pamiętała niczego, poza bólem rozdzierającym jej ciało. O tym, że Azel rzucił się, by odwrócić uwagę napastników, dowiedziała się później. Teraz bardzo się tego wstydziła, ale pierwszą emocją, którą poczuła, gdy zorientowała się, do czego doszło, był gniew. Nie żal ani nie strach o życie przyjaciela, tylko jątrząca złość. Zachował się tak bezmyślnie! Po wszystkich rozmowach o tym, że nie zamierzają ryzykować życia dla siebie nawzajem, on jednak to zrobił. Nie obchodziły jej zapewnienia Rose, że nie było innego wyjścia. Azel Halfaway, strateg, wytwórca, myśliciel, postąpił impulsywnie i teraz już go nie było.

Obawiała się, że nie żyje. Wszystko wskazywało na to, że Półksiężyc do tej pory nie wpadł na ich ślad, więc przesłuchujący Azela czarodziej musiał użyć wymyślnych metod służących do tego, by wyciągnąć z niego informacje, a z takich przesłuchań nie wychodziło się żywym.

Tym razem Ezra bardzo szybko zauważył jej dyskomfort, bo odchrząknął i dosyć niezręcznie spróbował zmienić temat, nawiązując do duchoty, która panowała w tunelu. Chyba wszyscy zwrócili już na to uwagę, w metrze powinno być w końcu zimno. Tym razem nie zdążyli jednak poświęcić temu więcej uwagi, bo głowy ich towarzyszy, tych znajdujących się bliżej wydawalni, jak na rozkaz zwróciły się w kierunku jednego z korytarzy.

Aurora nie musiała nawet podnosić wzroku, by wiedzieć, kto właśnie się pojawił. Czuła energię u nieobdarowanego czarodzieja, jedną z najsilniejszych, jakie przyszło jej czuć, rozchodzącą się po całym pomieszczeniu. W obecności przybyszki wszyscy zamierali w podziwie i lęku. Aurora przyzwyczaiła się, że nowomagia uodporniła ją na wszelkie onieśmielenie, zatem była teraz zdziwiona swoją reakcją.

Przez pierwsze dni w tunelach nie miała pojęcia, gdzie jest ani jacy ludzie ją otaczają. Co kilka godzin wybudzała się z niespokojnego snu, ale po chwili wracała do niego dzięki zaklęciom tutejszych magów albo przez zmęczenie. Gdy mogła już przynajmniej samodzielnie oprzeć się o poduszkę, Ezra przez kilka dni zabraniał komukolwiek ją widywać. Twierdził, że jeśli nie dadzą jej spokoju, nigdy nie poznają odpowiedzi na pytania, które z pewnością ich męczyły.

– Nie wiem, jak nowomagia zareaguje na nieznajomych, Aura – mamrotał do niej po nocach, choć nie miał pewności, że go słyszy. – W sklepie z gwiazdami nie miałaś już żadnej kontroli, boję się, że znowu ją stracisz, jeśli wejdziesz w kontakt z obcą magią. To niebezpieczne, zwłaszcza że teraz jesteś słaba.

W końcu ustąpił, bo jego opowieści o tym, że Aurora nie może samodzielnie utrzymać się na nogach, stawały się z każdym dniem coraz mniej wiarygodnie. To właśnie wtedy poinformowano ją, że czeka ją spotkanie z najważniejszymi członkami tego tajemniczego stowarzyszenia, do którego ich przyprowadzono. Do tej pory wiedziała tylko to, że w nieczynnej części londyńskiego metra zgromadziła się całkiem spora grupa samotników z całych Wysp Brytyjskich. Nie miała pewności, że nieznajomi nie zrobią jej krzywdy. Niezrzeszonych magów na świecie było bardzo dużo, nigdy wcześniej nie słyszała jednak o tym, by się jednoczyli.

W drodze na spotkanie podpierała się o ramię swojego przyjaciela. Ku jej zdziwieniu wyhamował on jednak tuż przed metalowymi drzwiami prowadzącymi do pomieszczenia, w którym dwa tygodnie później wykonano jej tatuaż.

– Dalej idziesz z Rose – oznajmił. – Mnie nie zaproszono.

– Jak to? A to niby dlaczego?

– Nie mam pojęcia, Aura – przyznał, już się wycofując. – Podejrzewam, że dzisiaj dowiesz się o tym miejscu więcej niż ja przez cały tydzień.

– I nie omieszkam się tym podzielić – zapewniła go. – Nie mam przed tobą sekretów.

– Ty jedyna – westchnął i zniknął w ciemnym przejściu.

Musiała wesprzeć się o ramę drzwi, by dostać się do pomieszczenia. Spodziewała się przynajmniej tuzina osób, w końcu słyszała już, że magów jest tu dużo, ale powitały ją tylko trzy osoby, spoglądające na nią teraz chłodno.

Pierwszą była oczywiście Rose – kiwnęła głową, wskazując jej drewnianą ławę, na której rozłożono szary koc. Aurora pokuśtykała w stronę mebla i dopiero gdy udało jej się usiąść, zwróciła się w kierunku pozostałych zgromadzonych.

To właśnie wtedy ujrzała tę onieśmielającą kobietę po raz pierwszy. Czerwone włosy okalały jej twarz, a światło umieszczonych w pomieszczeniu świec odbijało się od jej czarnych oczu tak, że można by pomyśleć, że w jej spojrzeniu rzeczywiście tli się płomień. Karnację miała ciemniejszą, oliwkową, podobną, a może nawet ciemniejszą od skóry Ezry. Skomplikowane tatuaże pokrywały każdą widoczną część jej ciała z wyjątkiem twarzy. Tusz na skórze układał się w labirynty, po których bez przerwy poruszały się smoki, węże i jaskółki. Posmak jej magii był niezwykle wyraźny. Na ogół chaos dosyć skutecznie blokował możliwość odczuwania cech charakterystycznych innych magów. Tym razem specyficzny posmak kardamonu i kminku rozniósł się po języku Aurory od razu, gdy nieznajoma wkroczyła do pomieszczenia. Kobieta nosiła w sobie energię dostojną, której należało spodziewać się raczej po dygnitarzach uczęszczających na audiencje Wielkiej Rady niż po samotniczce mieszkającej w londyńskich tunelach. Aurora zwróciła też uwagę na to, że osoba ta miała ostre rysy, ostry smak, ostre spojrzenie. Nigdy wcześniej nie spotkała kogoś, kto byłby w tym aspekcie tak zbliżony do niej, pomijając oczywiście jej własną matkę. To wszystko składało się na obraz piękny, hipnotyzujący, taki, od którego nie dało się odwrócić wzroku. Portret kobiety w ogniu.

– Masz nam wiele do opowiedzenia – mruknęła dama, a wzrok Aurory szybko podążył w kierunku ostatniego nieznajomego. Był nim Finley, choć wtedy jeszcze oczywiście go nie znała. Spojrzała na niego chyba jedynie z szacunku, bo obok czarownicy wyglądał po prostu poczciwie. Zwróciła uwagę, że jego twarz przecina kilka nieregularnych blizn, i szybko zanotowała w głowie, że nie wyglądają, jakby wyrządzono je zaklęciem.

– Gdzie moje maniery? – przemówiła teatralnym głosem Rose. – Auroro, to Raja i Finley, są naczelnikami londyńskiego oddziału Incendium, czyli jak już wspomniałam, niezależnej od Wielkiej Rady organizacji zrzeszającej samotników.

– Słucham? – wypaliła, zanim zdążyła się dłużej zastanowić. – Nie ma organizacji magicznych niezależnych od Rady, a powiedzenie, że ktoś jest zrzeszonym samotnikiem, nie ma sensu.

– Jesteś dokładnie taka, jak się spodziewałam – skwitowała Raja. – Chyba nie sądzisz, że wszyscy porzuceni przez koweny ludzie są w stanie odnaleźć się w świecie bez wsparcia. Mamy tu grono nastolatków i całkiem sporo samotnych rodziców z dziećmi. Tacy ludzie potrzebują jakiejś społeczności.

– Incendium nie jest oficjalnie akceptowane przez wiecznych – wyjaśniała dalej Rose, której głos w porównaniu z głosem Rai zdawał się wręcz łagodny. – Rada bez wątpienia wie o istnieniu organizacji, w ubiegłym wieku wielokrotnie próbowano ukrócić jej działanie.

– Łagodnie powiedziane – prychnął Finley. – Przeprowadzano zamachy na naszych ludzi.

– Wieczni nie zabijają czarodziejów – żachnęła się szybko, ale to wywołało jedynie rozbawienie na twarzach słuchaczy.

– Może nie własnymi rękami – mówiła Raja. – W końcu oni niczego nie robią samodzielnie. Nasyłano na nas wychowanków tamtejszych mentorów. Jeszcze dekadę temu przeciwko Incendium nastawiano wszystkich zrzeszonych magów.

– Parę lat temu dali nam spokój – wszedł jej w słowo Finley. – Ale na pewno nie na długo. Wobec istnienia naszego stowarzyszenia upada cała idea społeczności czarodziejów. Samotność ma być karą, od której gorsza jest jedynie śmierć, nie ma mowy o uniknięciu jej, jeśli nie udowodni się swojej wartości dla magów.

– Rozumiem. – Aurora pokiwała głową. Należało podchodzić do nich z szacunkiem, nawet jeśli nie stanowili dla niej zagrożenia. Nie miała ochoty na kolejny wybuch chaosu. – Nie chcę, abyście źle zrozumieli moje intencje. To, czy wieczni was akceptują, czy nie, jest dla mnie nieistotne.

– Niespodzianka – wymamrotała Raja.

– Aurora pochodzi z kowenu Półksiężyca. – Rose pragnęła zmienić temat. – Opuściła ich na początku roku.

– Jesteś córką Vacreenów.

Na te słowa wszyscy zamilkli, Finley, do tej pory najbardziej życzliwy ze wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu, teraz mierzył ją spojrzeniem równie ciężkim co nieprzyjaznym. Aurora natychmiast poczuła się zmieszana, nie musiała znać historii tego człowieka, by wiedzieć, że zetknął się już z jej rodem i zapewne nie spotkało go z jego strony nic przyjemnego.

– Niestety – przyznała.

– Ze swojego kowenu uciekła z informacjami, które mogą zmienić podejście Wielkiej Rady, zarówno do samego Półksiężyca, jak i do całej społeczności magicznej – kontynuowała Rose, nie zwracając uwagi na miny Finleya.

– I ty, Rosie, postawiłaś sobie za cel doprowadzenie jej do Edynburga? – zapytała Raja nieco kąśliwie. – Cóż za szlachetny plan, nie wiedziałam, że tak bardzo zależy ci na tym, by przysłużyć się swoim ukochanym wiecznym, choć można było się tego spodziewać.

– Zupełnie nie o to chodzi – obruszyła się dziewczyna. – Wiedza, którą Aurora ma ze sobą, jest niebezpieczna, nieprzekazanie jej Radzie byłoby w najlepszym przypadku nierozsądne, a w najgorszym doprowadziłoby do upadku całej społeczności.

W oczach Rai rozbłysło zrozumienie. Mogła nie znać prawdy na temat chaosu, mogła nie zdawać sobie sprawy, w jak ogromnym niebezpieczeństwie się znajdowała, po prostu stojąc obok Aurory, ale słowa Rose wystarczyły, by naprowadzić ją na właściwy szlak.

– Robisz to wszystko w imieniu przepowiedni swoich ludzi – stwierdziła, postępując o kilka kroków do przodu. – Sądzisz, że ta dziewczyna ma coś wspólnego z przepowiednią o Genius Loci.

– To nie jest twoja sprawa – ucięła jasnowidzka.

– Wręcz przeciwnie, Rosie. – Czarownica nie ustępowała. – Który to już raz twój kowen podnosi taki fałszywy alarm? Tylko w zeszłym roku dwa razy informowaliście, że świat skończy się w ciągu tygodnia.

O tym Aurora nie miała zielonego pojęcia. Do tej pory była przekonana, że członkowie Genius Loci byli w stanie przewidzieć jej nadejście nawet nieomylnie. Spojrzała na Rose pytająco, ale ona nie wydawała się tym oskarżeniem jakoś szczególnie zmieszana.

– Nie odpowiadam za pochopne czyny moich magów.

– Nawet jeśli stoją za nimi twoi rodzice?

– Zdaje się, że rzadko najważniejsi czarodzieje kowenu konsultują swoje decyzje z dziećmi – zauważyła Rose. – Nie interesuje mnie, czy wierzysz w moje wizje, jeśli się pomyliłam, to odpowiem za to przed Radą.

– Zrobisz to niezależnie od tego, czy się pomyliłaś, czy nie – zauważył Finley. – Rada konsultuje się z widzącymi jedynie, gdy nie ma już absolutnie innego wyjścia, nie uwierzy w jakąś historyjkę o końcu świata, zwłaszcza że słyszeli ją już tysiące razy.

– Uwierzą mi, gdy wysłuchają, co ma do powiedzenia Aurora. Poza tym dowiedzieliśmy się, że najmłodszy wieczny należał kiedyś do mojego kowenu. Może przemówić do rozsądku pozostałym, na pewno pamięta jeszcze, jak poważną sprawą była przepowiednia.

– Skąd o tym wiecie? – zapytała sceptycznie Raja. – Wiedza o pochodzeniu członków Rady jest utajniona.

– Odwiedziliśmy archiwum magów.

– Jedno z tych należących do kowenów? – wykrzyknęli jednocześnie.

– Tak, i to dzięki temu mamy niezbite dowody na pochodzenie wiecznego. Mogę wam wszystko pokazać.

Aurora zupełnie nie dziwiła się zdumieniu słuchaczy. Pomimo że na własne uszy słyszała wiadomość zamkniętą w cegle, którą jej towarzysze wynieśli z archiwum, nadal trudno było jej uwierzyć, że jeden z członków Rady – ludzi przynajmniej na pozór rozważnych – wywodził się z kowenu, w którym magię zbierano co trzy dni w kręgu złożonym z martwych ciał.

– To o tym wspominał nam Andrew. – Finley westchnął, zwracając się do Rai. – Pamiętasz? Mówił, że ludzie Uhty i Ofermod zaczęli latać po mieście jak oparzeni. Dziwiłaś się, że zamiast patrolować centrum udali się na obrzeża miasta.

– Cholera, Rosie. – Kobieta uniosła brew. – To był niezły cyrk. Postawiliście na nogi całe miasto.

– Uwierz mi, wiemy – rzuciła jasnowidzka. – Mieliśmy przez to przyjemne spotkanie w archiwum, ale nikomu nic się nie stało.

– Gratulacje. – Finley wzruszył ramionami. – Nawet jeśli Rada wysłucha twoich pomysłów i uszanuje drogę, jaką przebyłyście, żeby dostarczyć tę istotną wiedzę, to co dalej? Doskonale wiesz, że po prostu was odprawią, może nawet narażą na dodatkowe niebezpieczeństwo i rozgłoszą wieść o waszym przybyciu. Jeśli ona – kiwnął podbródkiem w stronę Aurory – naprawdę jest poszukiwana przez Vacreenów, wizyta w Edynburgu na pewno jej nie pomoże.

O tym nie pomyślała, w sumie nie analizowała żadnego aspektu swojej przyszłości po pozbyciu się nowomagii. Skupiała się wyłącznie na niej, podskórnie czuła, że kończy jej się czas.

– W tym momencie najważniejsze dla mnie jest porozmawianie z wiecznymi – oznajmiła natychmiast Rose, na co Raja parsknęła śmiechem i wyrzuciła z siebie:

– No tak, dlaczego miałoby obchodzić cię życie koleżanki? Ważne jest spełnienie przeznaczenia, na które twoi ukochani rodzice czekają od dziesiątek lat.

– Nie wiesz, o czym mówisz – żachnęła się jasnowidzka.

Choć wydawało się to niewiarygodne, niezachwiana pewność siebie Rose została złamana przez kogoś silniejszego.

– Lubię cię, Rosie – westchnęła kobieta. – Jakimś cudem mimo przebywania w tej sekcie od urodzenia nie masz całkowicie wypranego mózgu, ale nie myśl, że jesteś całkowicie wolna od ich wpływów.

– Doskonale wiem, że Wielka Rada po wysłuchaniu historii Aurory udzieli nam azylu.

Na to odpowiedziały jej już nie ciche prychnięcia, a salwa śmiechu. Finley nawet zgiął się wpół, by chwycić się za brzuch.

– Wieczni nie zrobią dla ciebie ani dla żadnego zwykłego maga niczego, jeśli nie dostrzegą w tym jakiegoś interesu – wykrztusiła w końcu Raja. – Myślałam, że to wiesz. Działają dla siebie, całe społeczeństwo magiczne jest wymyślone tak, aby wszystko, co najlepsze, trafiało się właśnie im. Wysyłają swoich ludzi na wizytacje w kowenach, żeby wcześniej wyciągnąć stamtąd najbardziej obiecujących uczniów i zrobić sobie z nich sługi, a wmawiają im, że to zaszczyt. Konsultują dziesiątki jasnowidzów rocznie, bez żadnego wynagrodzenia, kontrolują wytwórców, żeby zachowywać wybrane czary dla siebie…

– Rada zataja projekty zaklęć? – przerwała jej Aurora. O tym procederze słyszała kilkukrotnie, ale był on powszechnie uważany za teorię spiskową.

Raja uniosła się z miejsca, by postąpić o kilka kroków do przodu. Im bardziej zbliżała się do Aurory, tym bardziej ta czuła się bezsilna. Gdy dzielił je metr, Aura była przekonana, że zaraz ugną się pod nią kolana.

– Jesteś tym, kim jesteś, tylko dzięki Radzie – syknęła. – Dopóki należysz do kowenu i jesteś czynną uczestniczką naszej społeczności, nie masz własnych ambicji. Wszystko, co kiedyś chciałaś osiągnąć, zostało ci podyktowane przez Radę.

– To, co stanie się z nami po dniu audiencji, nie leży już w waszym interesie – weszła jej w słowo Rose. – Proszę tylko o pomoc w doprowadzeniu nas do Szkocji.

– Nie wjedziemy do wiecznego miasta – wtrącił Finley, również starając się ostudzić atmosferę. – To, że nie jesteśmy obecnie aktywnie poszukiwani, nie znaczy, że możemy po prostu wkroczyć na ich ziemię.

– O to was nie proszę – zauważyła dziewczyna. – Zależy nam jedynie na tym, byście okazali nam gościnność, jaką oferujecie każdemu, kto pojawia się w Incendium. Ja mam dokąd wrócić, ale Aurorę potraktowano dokładnie tak jak was wszystkich.

– Gościnność możemy okazywać, przebywając w Londynie – podkreśliła kobieta. – Doskonale wiesz, że mamy powody, by nie zabierać ze sobą w drogę ludzi, którzy jeszcze nie przyrzekli nam lojalności.

Aurora zmarszczyła brwi. Była pewna, że ci czarodzieje wcale nie przyjęliby jej lojalności z otwartymi ramionami, gdyby wiedzieli o wszystkim, czego dopuściła się w ciągu ostatnich miesięcy.

– Proszę was więc o przysługę – spróbowała znów jasnowidzka. W takiej wersji Aurora jeszcze nigdy jej nie widziała. – Wszechświat wielokrotnie podszeptywał mi rzeczy, które pomogły zapewnić Incendium bezpieczeństwo. Działałam z wami nawet wtedy, gdy nie było mi to na rękę. Nieraz narażałam się na gniew moich własnych ludzi, by upewnić się, że ani Uhta, ani Ofermod nie wpadną na wasz trop. Chyba pora się odwdzięczyć.

Raja pokręciła głową. Ewidentnie nie podobał się jej lekko szantażujący ton jasnowidzki. Z całą pewnością nie należała też do osób, które łatwo ulegałyby podobnym naciskom.

– W porządku. Ale jeśli zamierzacie z nami zostać, obowiązują was te same zasady co wszystkich. I macie nie opuszczać tuneli aż do dnia wyjazdu. Skoro ta wiedza jest tak niebezpieczna, nie będziemy ryzykować, że zostanie jakoś z nami powiązana.

– Dziękuję. – W głosie Rose wybrzmiewała wyraźna ulga, ale kobieta nie zaszczyciła jej już nawet spojrzeniem, dając swojemu towarzyszowi znak, żeby opuścili pomieszczenie.

– Po to jesteśmy – rzuciła jeszcze. – Żeby pokazać, że da się żyć po tym, jak zawiedzie wszystko, w co tak gorąco wierzysz.

Potem Aurora i Rose zostały same. Przez chwilę Rose się nie odzywała. Wyraz głębokiej zadumy na jej twarzy sugerował, że naprawdę wzięła sobie te słowa do serca, co również było zaskakujące. Z osób, które tu przybyły, tylko ona nie została jeszcze brutalnie zdradzona przez kowen. Wierzyła w swoich ludzi i zamierzała do nich wrócić.

– Co myślisz o Rai? – zapytała w końcu.

– Jest taka… – Aurora zamilkła na moment w poszukiwaniu odpowiedniego określenia. – Elektryzująca.

Rose uśmiechnęła się pod nosem. Teraz wyłamywała sobie palce. Kości głośno strzelały, jedna po drugiej.

– Nawet nie masz pojęcia – westchnęła.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij