Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Protector. St. Elmo's Fire - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 marca 2026
3689 pkt
punktów Virtualo

Protector. St. Elmo's Fire - ebook

Była córką fortuny. Stała się więźniem własnego nazwiska.

Po wypadku ojca osiemnastoletnia Maria del Cielo Monvivalle wraca z matką do Włoch. Do świata pełnego intryg i wymagań, w którym jej przyszłość została starannie zaplanowana.
Salvatore Monvivalle, właściciel sieci luksusowych hoteli, pokrywa wysokie koszty leczenia jej ojca, a w zamian oczekuje, że Maria podporządkuje się jego zasadom. Dyktuje jej, gdzie ma chodzić do szkoły, w jaki sposób zarabiać pieniądze… i kogo poślubić.

Dziewczyna pragnie czegoś innego, ale wydaje się jej, że dla dobra rodziny jest gotowa na poświęcenia. Do czasu, aż poznaje Leonarda – szefa ochrony z mroczną przeszłością i duszą naznaczoną bliznami.

Na początku między nimi dochodzi jedynie do tarć, ale one w końcu wywołują iskrę.

To Maria pierwsza przekracza granicę, która nigdy nie powinna zostać naruszona. Daje się pochłonąć gorącym pragnieniom, rozpalającym jej umysł i serce. Nie zdaje sobie sprawy, że wywołany przez nią i Leonardo płomień ma szansę przerodzić się w zachłanną pożogę.

A ta może odebrać jej wszystko, co miało zapewnić bezpieczną przyszłość.

W tym rodzinne imperium.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-441-9
Rozmiar pliku: 830 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Sa­ma ce­re­mo­nia ślub­na by­ła krót­ka. Po­wie­dzie­li­śmy so­bie „tak”, a ja my­śla­łem wte­dy o tym, że nie miał­bym nic prze­ciw­ko, gdy­by to wy­da­rzy­ło się na­praw­dę. Po­ca­łu­nek przy wszyst­kich nie wy­da­wał się nie na miej­scu, wręcz prze­ciw­nie, czu­łem, że tak wła­śnie po­win­no być.

Uczta we­sel­na trwa­ła krót­ko ze wzglę­du na stan zdro­wia ma­my. Ta­ta mu­siał od­wieźć ją do kli­ni­ki, gdzie po­da­wa­li jej le­ki, któ­rych nie mo­gła za­żyć w do­mu. Na po­że­gna­nie wrę­czy­ła swo­jej sy­no­wej na­szą ro­dzin­ną szka­tuł­kę.

– Ko­cha­nie, to dla cie­bie i na­szej przy­szłej wnucz­ki. Dasz jej to kie­dyś i po­wiesz, że pa­trzę na nią z nie­ba. Wiem, że wy­cho­wa­cie ją na wspa­nia­łą dziew­czy­nę. Ża­łu­ję tyl­ko, że nie bę­dzie mnie znać, ale opo­wiesz jej o mnie, praw­da? Za­wsze chcia­łam mieć cór­kę i na­zwać ją La­ra… Mo­że wam się uda… Za­mó­wi­łam dla niej te anioł­ki.

Wy­ję­ła ze szka­tuł­ki jed­ne z naj­bar­dziej do­pra­co­wa­nych oka­zów złot­nic­twa – pier­ścio­nek z aniel­ski­mi skrzy­dła­mi i za­wiesz­kę do łań­cusz­ka z tym sa­mym mo­ty­wem.

Nie wiem, kie­dy to za­mó­wi­ła, ale na pew­no nie by­ła to bi­żu­te­ria, któ­rą moż­na do­stać od rę­ki u ju­bi­le­ra.

Mo­ja ko­bie­ta, od te­raz już żo­na, przy­tu­la­ła mo­ją ma­mę, a łzy pły­nę­ły jej po twa­rzy.

– My­ślę, że bę­dzie­cie mieć par­kę, dziew­czyn­kę i chłop­ca – cią­gnę­ła ma­ma. – Naj­pięk­niej­sze dzie­ci, ja­kie wi­dział świat. Dla wnu­ka mam nasz ro­dzin­ny sy­gnet z wy­tło­czo­nym na­zwi­skiem. I nie smuć­cie się, za­ka­zu­ję wam te­go. Chcę was wi­dzieć po­tem z gó­ry szczę­śli­wych, a nie roz­pa­cza­ją­cych. Ja już się po­go­dzi­łam z lo­sem. Prze­ży­łam sie­dem­dzie­siąt je­den lat i wiem jed­no: ży­je­my po to, by ko­chać. Ko­chaj­cie się dzi­siaj, jak ro­bi­li­ście to ca­ły rok pod tym da­chem i chy­ba nie tyl­ko tu – za­śmia­ła się ci­cho. – Ni­g­dy nie chcia­łam was za­wsty­dzić, ale dzie­siąt­ki ra­zy przy­ła­pa­łam was na po­ca­łun­kach i wy­my­ka­niu się ze swo­ich sy­pial­ni. Zdra­dzę wam mój se­kret. Wiem od sa­me­go po­cząt­ku, ale w prze­ci­wień­stwie do ta­ty nie chcia­łam się wtrą­cać. Mam na­dzie­ję, że by­łam do­brą te­ścio­wą, choć tak krót­ko, ko­cha­nie… Mo­że jesz­cze do­cze­kam zdjęć z wa­sze­go ślu­bu… Tak dłu­go cze­ka­łam na ten dzień, speł­ni­li­ście mo­je naj­więk­sze ma­rze­nie. – Uśmiech­nę­ła się czu­le. – Wiem, że bę­dziesz ko­chać mo­je­go sy­na tak, jak na to za­słu­gu­je, to do­bry chło­pak. Nie martw się, mo­ja pięk­na, bę­dzie cię za­wsze sza­no­wał i wspie­rał, wiesz prze­cież, że je­steś w je­go ser­cu już od daw­na… Nie po­zwól­cie ni­ko­mu wejść mię­dzy was i ciesz­cie się so­bą, bo je­ste­ście naj­pięk­niej­szą pa­rą, ja­ką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam… Przy­pil­nuj­cie, pro­szę, mo­je­go mę­ża, że­by nie był sa­mot­ny i co­dzien­nie brał le­ki na ser­ce. Niech cho­dzi też na ma­sa­że krę­go­słu­pa, tak bar­dzo mu po­ma­ga­ją… A te­raz zmy­kaj­cie już cie­szyć się no­cą po­ślub­ną.

Mru­gnę­ła do nas i po­gła­ska­ła mnie po po­licz­ku.

Uca­ło­wa­li­śmy ro­dzi­ców na po­że­gna­nie, a ja po­czu­łem, jak wszyst­ko prze­wra­ca mi się w żo­łąd­ku. Wie­dzia­łem, jak sil­ną ko­bie­tą jest mo­ja mat­ka, ale i tak nie by­łem go­to­wy na te sło­wa, któ­re nie­wąt­pli­wie zwia­sto­wa­ły po­że­gna­nie.ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Le­onar­do

Te­le­fon Sa­lva­to­re’a mnie za­sko­czył. Ni­g­dy go nie lu­bi­łem, ale mój oj­ciec pra­co­wał dla nie­go po­nad trzy­dzie­ści lat i dzię­ki tej pra­cy wie­dli­śmy wy­god­ne, spo­koj­ne ży­cie. Kie­dy do­ro­słem, po­sze­dłem w śla­dy ta­ty, do­łą­cza­jąc do je­go ze­spo­łu ochro­ny w fir­mie Mo­nvi­val­le. Zresz­tą chcia­łem też, że­by mój sta­ru­szek od­po­czął. Dość póź­no przy­sze­dłem na świat. Uro­dzi­łem się, kie­dy ro­dzi­ce by­li już po czter­dzie­st­ce, a pra­ca dla sta­re­go Mo­nvi­val­le by­ła wy­ma­ga­ją­ca, bo Sa­lva­to­re miał bzi­ka na punk­cie bez­pie­czeń­stwa. Za­wsze oba­wiał się naj­gor­sze­go, co w je­go gło­wie pew­nie ozna­cza­ło po­rwa­nie je­go sa­me­go. Jed­nak ho­te­le też mu­sia­ły mieć ochro­nę, a to wią­za­ło się z do­brym sys­te­mem za­bez­pie­czeń in­ter­ne­to­wych, któ­ry ktoś mu­siał ca­ły czas nad­zo­ro­wać. Ja jed­nak róż­ni­łem się od oj­ca. On ja­ko szef ochro­ny za­wsze ce­nił ele­gan­cję, nie roz­sta­wał się z gar­ni­tu­rem, a ja za­ją­łem się sztu­ka­mi wal­ki, więc w opi­nii sta­re­go Sa­lva­to­re’a by­łem pro­sta­kiem, bo we­dług nie­go sport rów­nał się sła­bej gło­wie. Nie uwa­ża­łem się za głup­ka, cho­ciaż wie­dzia­łem, co szep­tał za na­szy­mi ple­ca­mi se­nior Mo­nvi­val­le: że dziec­ko ko­bie­ty, któ­ra w dniu po­ro­du mia­ła czter­dzie­ści trzy la­ta, mo­że być ge­niu­szem lub, na­zwij­my to de­li­kat­nie, nie być or­łem in­te­lek­tu.

Zwa­żyw­szy na fakt, że nie lu­bi­łem lu­dzi, a tak­że na za­mi­ło­wa­nie do spor­tu, szef ta­ty uwa­żał mnie za tę­pe­go osił­ka. Pła­cił nie­źle, więc zga­dza­łem się na chro­nie­nie je­go tył­ka. Tro­chę sza­cun­ku zy­skał w mo­ich oczach po tym, jak przy­jął swo­ją sy­no­wą, któ­ra przy­le­cia­ła po wy­pad­ku swo­je­go mę­ża w gó­rach, i zgo­dził się opła­cać kosz­tow­ną kli­ni­kę sy­no­wi. Pra­wie sy­no­wi, bo w su­mie nie on spło­dził Da­ni­la, tyl­ko je­go brat bliź­niak. Je­śli wie­rzyć te­mu, co prze­czy­ta­łem, to w przy­pad­ku ko­niecz­no­ści prze­pro­wa­dze­nia ba­dań DNA trud­no usta­lić, któ­ry z bliź­niąt jed­no­ja­jo­wych jest oj­cem, więc chy­ba dla­te­go na­zy­wał go za­wsze sy­nem.

Wkrót­ce po­tem do­wie­dzia­łem się, że mam po­znać wnucz­kę Sa­lva­to­re’a, a do­kład­nie za­wieźć ją do szko­ły, któ­rą dla niej wy­brał. Spo­dzie­wa­łam się dziew­czyn­ki w wie­ku ade­kwat­nym do szko­ły pod­sta­wo­wej, lecz ona oka­za­ła się nie­mal peł­no­let­nia. Nie wy­glą­da­ła jak na swój wiek, to fakt, ale po­wie­dział, że za kil­ka mie­się­cy skoń­czy osiem­na­ście lat.

Nie by­ła w mo­im ty­pie, cho­ciaż mu­sia­łem przy­znać, że za­po­wia­da­ła się do­brze. Nie zwra­ca­łem uwa­gi na na­sto­lat­ki, lu­bi­łem doj­rzal­sze ko­bie­ty, więc nie sku­pia­łem na dziew­czy­nie więk­szej uwa­gi. Wy­glą­da­ła na lek­ko roz­piesz­czo­ną có­recz­kę ta­tu­sia, któ­rej nie po­do­ba się, że ktoś – czy­li ja – mó­wi jej, co ma ro­bić. Nie lu­bi­łem ta­kich pa­nie­nek, któ­re my­śla­ły, że mo­gą wszyst­ko. Ma­ria uda­wa­ła od­waż­ną, ale wi­dzia­łem, że mój wy­gląd nie­co ją prze­ra­ża, a fakt, że kil­ku­go­dzin­ną po­dróż ma spę­dzić ze mną sam na sam w sa­mo­cho­dzie, nie jest dla niej przy­jem­ny.

Dziew­czy­na nie wie­dzia­ła, co ją cze­ka. Sa­lva­to­re za­ka­zał mi mó­wić, że szko­ła, któ­rą dla niej wy­brał, to tak na­praw­dę nie­mal za­kon, a ona mia­ła na­stęp­ny rok lub pół­to­ra uczyć się w izo­la­cji od chłop­ców. Sa­lva­to­re chciał do­pil­no­wać, że­by je­go wnucz­ka po­zo­sta­ła dzie­wi­cą do ślu­bu z sy­nem swo­je­go naj­więk­sze­go kon­ku­ren­ta na ryn­ku ho­te­lar­skim, któ­ry dla niej za­pla­no­wał. Dziew­czy­na praw­do­po­dob­nie nie wie­dzia­ła jesz­cze, że war­tość ko­bie­ty dla sta­re­go Mo­nvi­val­le ogra­ni­cza się do ro­dze­nia dzie­ci, ko­niecz­nie z pra­we­go ło­ża i w mło­dym wie­ku. Wpraw­dzie nie sprze­ci­wiał się edu­ka­cji ko­biet, ale po­dej­rze­wa­łem, że zwy­czaj­nie nie chciał wyjść na idio­tę. Je­go wnucz­ka mia­ła po­znać wszel­kie szcze­gó­ły swo­je­go no­we­go ży­cia po za­kwa­te­ro­wa­niu w szko­le.

Ma­ria del Cie­lo

Czy moż­na nie­na­wi­dzić wła­sne­go dziad­ka? W za­sa­dzie to na­wet nie jest mój dzia­dek. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go ka­że mi tak do sie­bie mó­wić, sko­ro mnie nie zno­si. Mój praw­dzi­wy dzia­dek zmarł. Zo­stał je­go brat, iden­tycz­ny jak dzia­dek, co jest stan­dar­dem w przy­pad­ku bliź­niąt jed­no­ja­jo­wych, ale na wy­glą­dzie po­do­bień­stwa się koń­czy­ły.

Sa­lva­to­re był jak kosz­mar sen­ny. Mścił się na mnie za to, że mój ta­ta nie wy­brał ko­bie­ty, któ­rą on mu wy­brał. Nie ro­zu­miem, jak moż­na żyć w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku i twier­dzić, że je­dy­nie dzie­wi­ca na­da­je się na żo­nę. Mo­ja ma­ma zo­sta­ła wdo­wą już kil­ka mie­się­cy po swo­im pierw­szym ślu­bie. Nie po­cho­dzi­ła z bo­ga­tej ro­dzi­ny, ale zdo­by­ła wy­kształ­ce­nie. Przy­le­cia­ła z Pol­ski do Włoch na wy­mia­nę stu­denc­ką i po­zna­ła ta­tę w uczel­nia­nej bi­blio­te­ce. Jed­nak we­dług Sa­lva­to­re’a nie by­ła do­brą par­tią, a ślub mo­ich ro­dzi­ców po­skut­ko­wał tym, że kon­tak­ty ta­ty z ro­dzi­ną sta­ły się rzad­kie. Ta­ta nie chciał na­wet po­pro­wa­dzić ro­dzin­nej fir­my, tyl­ko zo­stał neo­na­to­lo­giem.

W mo­jej ro­dzi­nie pie­nią­dze ni­g­dy nie sta­no­wi­ły pro­ble­mu, cho­ciaż na pew­no nie by­li­śmy mi­liar­de­ra­mi. Wie­dzia­łam, że ro­dzi­ce mo­je­go ta­ty by­li bar­dzo bo­ga­ci, ale po­za miesz­ka­niem, któ­re ta­ta do­stał na osiem­na­ste uro­dzi­ny – zresz­tą póź­niej je sprze­dał – nie ko­rzy­sta­li­śmy z je­go ro­dzin­ne­go bo­gac­twa. Nie był to te­mat ta­bu, ale czu­łam, że nie jest to coś, o czym ro­dzi­ce chcie­li­by chęt­nie roz­ma­wiać. Po­wie­dzie­li tyl­ko, że ta­ta był za­rę­czo­ny z ko­bie­tą, któ­rej nie znał, a ich mał­żeń­stwo mia­ło po­łą­czyć ro­dzi­ny i spo­wo­do­wać, że dwa wiel­kie przed­się­bior­stwa się sprzy­mie­rzą i sta­ną się nie­po­ko­na­ne. Ta­ta nie chciał ta­kie­go ży­cia pod dyk­tan­do ro­dzi­ny. Po tym, jak po­znał mo­ją ma­mę, oznaj­mił swo­je­mu oj­cu, że ma in­ny plan na swo­je ży­cie.

Jed­nak ży­cie po­tra­fi cza­sa­mi sa­mo coś do­dać do sce­na­riu­sza. W mo­im na­pi­sa­ło po­wrót do Włoch, gdy do osiem­nast­ki bra­ko­wa­ło mi za­le­d­wie kil­ku mie­się­cy. Nie przy­pusz­cza­łam, że los bę­dzie ka­zał mi wró­cić do miej­sca, z któ­re­go uciekł mój ta­ta.

W naj­gor­szych snach nie przy­pusz­cza­łam, że ta­ta w wy­ni­ku wy­pad­ku za­pad­nie w śpiącz­kę, a ma­ma za­miesz­ka w przy­szpi­tal­nym ho­te­lu, by czu­wać nad nim w kli­ni­ce spe­cja­li­zu­ją­cej się w ta­kich przy­pad­kach. Ma­ma oczy­wi­ście zwró­ci­ła się do ro­dzi­ny ta­ty o po­moc. Otrzy­ma­ła ją. Mój stry­jecz­ny dzia­dek Sa­lva­to­re opła­cał le­cze­nie ta­ty i na­le­gał na wzię­cie mnie pod swo­je skrzy­dła. Ma­ma się zgo­dzi­ła i ja też, bo wte­dy nie przy­pusz­cza­łam, że on ma wo­bec mnie tak okrop­ne pla­ny. Lu­dzie wo­kół my­śle­li, że cie­szy się z po­sia­da­nia ro­dzi­ny, a tak na­praw­dę by­łam mu po­trzeb­na do te­go, by po­łą­czyć dwie po­tęż­ne sie­ci ho­te­li.

Miał pla­ny, któ­re wy­ma­ga­ły ode mnie zmia­ny ca­łe­go mo­je­go ży­cia. Sa­lva­to­re uznał, że sko­ro nie uda­ło mu się rzą­dzić swo­im bra­tan­kiem, to swo­je ocze­ki­wa­nia prze­nie­sie na mnie.

Był, o dzi­wo, dość uprzej­my wo­bec mo­jej ma­my, ale oka­za­ło się to grą. Dla nie­go zwią­zek mo­ich ro­dzi­ców był me­za­lian­sem. Nad­mie­nił mi na osob­no­ści, że na miej­scu mo­je­go bio­lo­gicz­ne­go dziad­ka ni­g­dy nie zgo­dził­by się na ślub sy­na z mło­dą wdo­wą, w do­dat­ku po­cho­dzą­cą z in­ne­go kra­ju. Mo­że mo­ja ma­ma zro­bi­ła na nim jed­nak do­bre wra­że­nie? By­ła zna­ko­mi­tą księ­go­wą, od­da­ną mat­ką i żo­ną, ale wie­dzia­łam, że dla Sa­lva­to­re’a li­czą się je­dy­nie ko­nek­sje i wła­ści­we po­cho­dze­nie.

Te­raz ja mia­łam się stać ide­al­ną kan­dy­dat­ką na żo­nę dla męż­czy­zny, któ­re­go wy­bie­rze mój stry­jecz­ny dzia­dek. We­dług nie­go to wstyd, że dziew­czy­na, któ­rej ro­dzi­ce ma­ją ta­kie ko­rze­nie, nie mó­wi ide­al­nie po wło­sku i hisz­pań­sku. Mo­ja pra­bab­cia po­cho­dzi­ła z Hisz­pa­nii, mia­ła na­wet wspól­ne ko­rze­nie z ro­dem kró­lew­skim i do tej po­ry pew­ne hisz­pań­skie tra­dy­cje by­ły kul­ty­wo­wa­ne we wło­skim do­mu ro­dzi­ny Mo­nvi­val­le. Ta­ta wy­brał mi imię, któ­re­go nie po­wsty­dzi­ła­by się żad­na ko­bie­ta z Hisz­pa­nii. I do tej po­ry pa­mię­tam, jak opo­wia­dał mi, że je­go na­na, któ­ra po­cho­dzi­ła z San­ta Su­zan­na, za­wsze ma­rzy­ła o có­recz­ce, któ­rej da­ła­by na imię Ma­ria del Cie­lo. Mnie to imię też się po­do­ba­ło, cho­ciaż ta­ta czę­sto żar­to­wał, że nie je­stem anioł­kiem, więc nie wie, czy pa­su­je do mnie nie­biań­ski człon. El cie­lo w je­zy­ku hisz­pań­skim ozna­cza nie­bo.

Na ca­łej Ri­wie­rze Ad­ria­tyc­kiej nikt nie był dum­ny z mo­je­go płyn­ne­go pol­skie­go, bo nikt go tu nie znał. Za­awan­so­wa­ny an­giel­ski był atu­tem już na ca­łym świe­cie, więc na­wet tu w in­nych wa­run­kach po­ma­gał­by w od­na­le­zie­niu się, wie­lu mło­dych lu­dzi przy­jeż­dża­ło bo­wiem z Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nów Zjed­no­czo­nych na wa­ka­cje, do pra­cy i na stu­dia. Ja jed­nak nie mia­łam zbyt wie­lu oka­zji do za­wią­za­nia no­wych zna­jo­mo­ści, bo wszę­dzie jak cień to­wa­rzy­szył mi ochro­niarz. Je­go pra­cą by­ło strzec mnie przed przy­jem­no­ścia­mi ży­cia. W do­dat­ku trak­to­wał mnie pro­tek­cjo­nal­nie, co do­pro­wa­dza­ło mnie do szew­skiej pa­sji. W ha­cjen­dzie trak­to­wa­no mnie nie­mal jak cór­kę mar­no­traw­ną, któ­ra mu­si za­słu­żyć na sza­cu­nek i mi­łość wszyst­kich wo­kół.

Sa­lva­to­re po­wie­dział, że po­win­nam za­po­mnieć o tań­cu, któ­ry był mo­ją pa­sją, bo prze­cież ta­kie umie­jęt­no­ści przy­sto­ją ulicz­nym dziew­kom, a nie pan­nom z do­bre­go do­mu. Po mo­im przy­jeź­dzie i po­zna­niu bli­żej stry­jecz­ne­go dziad­ka na­bra­łam pew­no­ści, że tym ra­zem speł­ni swo­je ma­rze­nie – po­łą­czy dwie fir­my Mo­nvi­val­le i He­re­ra w jed­no po­przez mo­je mał­żeń­stwo z czło­wie­kiem, któ­ry sprze­dał­by wła­sną mat­kę, gdy­by zna­lazł w tym in­te­res. Pan He­re­ra po­wie­dział Sa­lva­to­ro­wi, że fu­zja jest moż­li­wa pod kil­ko­ma wa­run­ka­mi. Mam być „czy­sta”, jak to okre­ślił, a wło­ski po­win­nam opa­no­wać do per­fek­cji, tak że­by ni­ko­mu nie przy­szło wąt­pić w to, że je­stem Włosz­ką. Nie po­do­ba­ło mu się mo­je imię, ale na mo­je nie­szczę­ście uznał, że i tak je­stem do­brą par­tią. W koń­cu fu­zja by­ła też ko­rzyst­na dla nie­go.

Ora­zio He­re­ra mnie obrzy­dzał. Nie był nie­atrak­cyj­ny fi­zycz­nie, ale je­go uspo­so­bie­nie od­rzu­ca­ło mnie od nie­go. Był po pro­stu ze­psu­ty i zde­pra­wo­wa­ny, z każ­dej je­go opi­nii da­ło się wy­czy­tać, że jest mi­zo­gi­nem. Wi­zja mał­żeń­stwa z ta­kim czło­wie­kiem bu­dzi­ła we mnie lęk i chęć uciecz­ki, ale tłu­ma­czy­łam so­bie, że przez kil­ka lat mo­że się wie­le zmie­nić. Nie chcia­łam na­wet brać pod uwa­gę fak­tu, że do te­go ślu­bu na­praw­dę mo­gło­by dojść.

Miesz­ka­łam z ro­dzi­ca­mi w Pol­sce i Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W obu tych kra­jach czu­łam się do­brze. By­łam tam wol­na, nikt ze zna­jo­mych nie znał na­zwi­ska Mo­nvi­val­le i nie ocze­ki­wał ode mnie kon­kret­ne­go za­cho­wa­nia. W Ri­mi­ni za to sta­łam się dzie­dzicz­ką sie­ci wło­skich ho­te­li, na któ­rą cze­ka­ły luk­su­sy, ale za ce­nę utra­ty wol­no­ści. Tu nie mo­głam mieć chło­pa­ka, cho­dzić do pu­blicz­nej szko­ły czy pić wi­na z ko­le­żan­ka­mi. Sa­lva­to­re ja­sno wy­ra­ził swo­je wa­run­ki do­ty­czą­ce na­pra­wy na­szych wię­zi, jak to ujął.

Mo­ich dziad­ków wi­dzia­łam tyl­ko kil­ka ra­zy w ży­ciu. Zgi­nę­li, jak mia­łam pięć lat. Oni nie po­pie­ra­li wy­bo­ru ta­ty. Chcie­li, że­by­śmy wró­ci­li do Włoch i ży­li zgod­nie z ich ocze­ki­wa­nia­mi. Ta­ta się na to nie zgo­dził, ale wie­dzia­łam, że bar­dzo prze­żył ich śmierć. Przy­znał, że Sa­lva­to­re za­wsze się wtrą­cał, a moi dziad­ko­wie trak­to­wa­li go na rów­ni z wy­rocz­nią, szcze­gól­nie dzia­dek, któ­ry po­wta­rzał, że bliź­nię­ta jed­no­ja­jo­we są jak jed­na oso­ba w dwóch cia­łach.

Te­raz mia­łam pół­to­ra ro­ku, że­by ukoń­czyć ka­to­lic­kie wło­skie li­ceum, żyć w od­osob­nie­niu od chłop­ców, by nie stra­cić wy­ma­ga­nej „czy­sto­ści”, i w lę­ku, czy Sa­lva­to­re da­lej bę­dzie opła­cał le­cze­nie ta­ty po­mi­mo kiep­skich pro­gnoz le­ka­rzy. Nie chcia­łam na­wet my­śleć o tym, że ta­ta wziął kre­dyt na roz­krę­ce­nie swo­jej kli­ni­ki i nie zdą­żył go spła­cić. Ma­ma nie by­ła­by w sta­nie ure­gu­lo­wać sa­ma te­go dłu­gu.

Ro­dzi­ce by­li dla mnie wszyst­kim i mu­sia­łam wy­trzy­mać, bo ni­cze­go tak bar­dzo nie pra­gnę­łam jak te­go, że­by ta­ta się obu­dził. Do­pie­ro te­raz do­tar­ło do mnie, że nie ma nic waż­niej­sze­go od nich, ale zro­zu­mia­łam to w ob­li­czu ta­kiej tra­ge­dii. Chcia­ła­bym prze­pro­sić ta­tę za każ­dy wy­bryk, za każ­de nie­przy­jem­ne sło­wo, za każ­dą kłót­nię. Nie do­ce­nia­łam te­go, co dla mnie ro­bił, jak cięż­ko pra­co­wał. I kłu­ło mnie w ser­cu na myśl, że mo­gło być już za póź­no na prze­pro­si­ny. Obie­ca­łam so­bie, że zro­bię wszyst­ko, że­by Sa­lva­to­re nie zre­zy­gno­wał z opła­ca­nia spe­cja­li­stycz­ne­go szpi­ta­la ta­cie, na­wet kosz­tem wła­sne­go szczę­ścia.

Mój stry­jecz­ny dzia­dek po­wie­dział mi wprost, że je­śli zro­bię coś prze­ciw­ko nie­mu, to ra­zem z ma­mą bę­dzie­my mu­sia­ły sa­me opła­cić Cli­ni­cę del Ri­sve­glio-Awa­ke­ning, któ­ra by­ła naj­no­wo­cze­śniej­szym ośrod­kiem me­dycz­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w wy­bu­dza­niu lu­dzi ze śpiącz­ki. Wy­czuł, że ja się nie prze­ciw­sta­wię i nie po­wiem ma­mie, że je­stem zmu­szo­na za kil­ka lat po­ślu­bić męż­czy­znę, któ­re­go się bo­ję i któ­re­go sa­ma ni­g­dy bym nie wy­bra­ła.

Le­onar­do

Otwo­rzy­łem jej drzwi do sa­mo­cho­du. Po­cząt­ko­wo za­mie­rza­łem po­móc jej z ba­ga­żem, ale w ho­lu usły­sza­łem, jak w roz­mo­wie z go­spo­sią na­zy­wa mnie „wy­ta­tu­owa­nym słu­gu­sem Sa­lva­to­re’a”, więc uzna­łem, że ko­ro­na jej z gło­wy nie spad­nie, gdy smar­ku­la prze­ko­na się w nie­mi­ły spo­sób, że nie je­stem jej słu­gą.

– Nie po­mo­żesz mi? – za­py­ta­ła po an­giel­sku, wska­zu­jąc na dwie wa­liz­ki.

– Nie – od­par­łem su­cho. – Nie masz służ­by?

Dziew­czy­na po­czer­wie­nia­ła.

– Nie mam – od­po­wie­dzia­ła wciąż z ru­mień­cem na twa­rzy. – Naj­wy­raź­niej nie­po­wa­la­ją­ce uro­dą za­ro­zu­mia­łe na­sto­lat­ki nie ma­ją ty­le szczę­ścia.

Kur­wa. Punkt dla niej, bo naj­wy­raź­niej to by­ła jej ma­ła ze­msta. Nie wie­dzia­łem, że sły­sza­ła mo­ją roz­mo­wę z Raf­fa­el­lem, któ­ry, do­wie­dziaw­szy się o mo­im zle­ce­niu, uznał, że to mo­że być do­bra oka­zja na uwie­dze­nie mło­dej dziew­czy­ny. Oczy­wi­ście nie był­by so­bą, gdy­by nie ujął te­go w wul­gar­nych sło­wach. Nie cier­pię ta­kich żar­tów, tym bar­dziej że nie krę­cą mnie na­sto­lat­ki, więc od­po­wie­dzia­łem mu, że dziew­czy­na nie po­wa­la uro­dą, a w do­dat­ku jest wy­nio­sła. Wie­dzia­łem, że przy naj­mniej­szym po­dej­rze­niu, że spoj­rza­łem na nią w nie­pro­fe­sjo­nal­ny spo­sób, Sa­lva­to­re by mnie zwol­nił.

– Wsia­daj – rzu­ci­łem krót­ko.

Po­mi­mo po­cząt­ko­wej chę­ci zro­bie­nia jej na złość wtasz­czy­łem za nią na tyl­ne sie­dze­nie wa­liz­ki, a ona za­ję­ła miej­sce obok kie­row­cy. Po­dróż nie za­po­wia­da­ła się przy­jem­nie. Są­dzi­łem, że jest ura­żo­na, a ja czu­łem się nie­zręcz­nie, bo nie chcia­łem, że­by usły­sza­ła coś ta­kie­go. Praw­dę mó­wiąc, pra­gną­łem wte­dy tyl­ko za­koń­czyć roz­mo­wę z Raf­fa­el­lem, więc po­wie­dzia­łem to, co by­ło po­trzeb­ne, by się za­mknął.

Z dru­giej stro­ny to na­sze praw­do­po­dob­nie ostat­nie spo­tka­nie, więc nie czu­łem też du­żej po­trze­by oczysz­cze­nia at­mos­fe­ry. Po­sta­no­wi­łem więc nic nie mó­wić.

Dziew­czy­na za­czę­ła mnie ob­ser­wo­wać, nie kry­jąc ura­zy. Przy­glą­da­ła się mo­im ta­tu­ażom, któ­re naj­wy­raź­niej uzna­wa­ła za od­py­cha­ją­ce, są­dząc po spoj­rze­niu, ja­kim mnie ob­da­rzy­ła.

– Ko­bie­tom się po­do­ba­ją – stwier­dzi­łem chłod­no po wło­sku, bo daw­no nie by­łem tak zi­ry­to­wa­ny.

– Mnie nie – od­po­wie­dzia­ła, pa­trząc na mnie wy­zy­wa­ją­co.

– Ale ty nie je­steś jesz­cze ko­bie­tą – od­par­łem na­tych­miast.

Nie by­łem za­do­wo­lo­ny z roz­wo­ju tej sy­tu­acji. Wy­cho­wa­łem się w sza­cun­ku do ko­biet, ale ta dziew­czy­na od sa­me­go po­cząt­ku dzia­ła­ła mi na ner­wy.

– Sa­lva­to­re wspo­mi­nał, że tak wy­ta­tu­owa­nych lu­dzi uwa­ża za de­bi­li? – za­py­ta­ła zło­śli­wie po chwi­li ci­szy.

– Wspo­mi­nał mi tyl­ko o tym, że dziew­czyn­ki w two­im wie­ku po­win­ny trzy­mać ko­la­na złą­czo­ne i za­jąć się tym, do cze­go zo­sta­ły stwo­rzo­ne, czy­li do po­słu­szeń­stwa. Na two­im miej­scu za­miast py­sków­ka­mi za­jął­bym się na­uką wło­skie­go, bo masz kosz­mar­ny ak­cent.

Spoj­rza­ła na mnie ze zło­ścią, ale tyl­ko za­ci­snę­ła usta. Ta po­dróż zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ża­ła do przy­jem­nych. Sam nie wiem, jak do te­go do­szło, bo to zu­peł­nie nie by­ło po­trzeb­ne, ale nie za­mie­rza­łem ob­ła­ska­wiać księż­nicz­ki.

Mu­sia­łem ją za­wieźć do szko­ły z in­ter­na­tem, a So­raya cze­ka­ła na mnie w swo­im miesz­ka­niu. My­śla­mi już tam by­łem i nie mo­głem się do­cze­kać te­go, aż znaj­dę się w niej. Ca­ły dzień mnie no­si­ło, a wnucz­ka Sa­lva­to­re’a by­ła nie­mal tak sa­mo wkur­wia­ją­ca jak on. Sam nie by­łem ty­pem przy­jem­niacz­ka, ale ta dziew­czy­na na­praw­dę po­tra­fi­ła wy­trą­cić mnie z rów­no­wa­gi już od pierw­sze­go spo­tka­nia.

So­raya na­to­miast sta­no­wi­ła uoso­bie­nie te­go, co lu­bi­łem w ko­bie­tach. By­ła wy­so­ka i szczu­pła, wpraw­dzie sztucz­ny biust od­bie­rał jej tro­chę uro­ku, ale przy jej syl­wet­ce za­pew­ne na­tu­ral­ne pier­si mu­sia­ły być bar­dzo ma­łe. Nie prze­szka­dza­ły mi w su­mie ta­kie po­praw­ki. Naj­waż­niej­sze dla mnie by­ło to, że lu­bi­ła seks i nie ocze­ki­wa­ła nad­ska­ki­wa­nia, jak dziew­czy­ny w mo­im wie­ku. Sa­ma by­ła już po trzy­dzie­st­ce i za­le­ża­ło jej na do­brej za­ba­wie, co mi pa­so­wa­ło. Mo­ja ko­chan­ka mia­ła dzie­się­cio­let­nie­go sy­na i du­że ali­men­ty. Wi­dać do szczę­ścia po­trze­bo­wa­ła tyl­ko pie­prze­nia, któ­re mo­głem jej za­pew­nić.

Mo­je­mu ta­cie nie po­do­bał się ten zwią­zek, jak i wszyst­kie mo­je po­przed­nie, bo li­czył na to, że wkrót­ce się oże­nię i bę­dzie mógł z ma­mą cie­szyć się wnu­ka­mi. W su­mie ro­zu­mia­łem go. Był już na eme­ry­tu­rze od do­brych kil­ku lat. Sam do­ra­stał w nie­co in­nych re­aliach i mój ka­wa­ler­ski stan był dla nie­go trud­ny do prze­łknię­cia. Ja nie za­mie­rza­łem się ustat­ko­wy­wać. Pa­so­wa­ło mi ta­kie ży­cie, ja­kie wio­dłem. Je­dy­ne, co chcia­łem zmie­nić, to pra­cę. Nie za­mie­rza­łem pra­co­wać ca­łe ży­cie dla Sa­lva­to­re’a Mo­nvi­val­le tak jak mój ta­ta. Pra­gną­łem mieć coś wła­sne­go i do te­go dą­ży­łem. Ro­dzi­ce chcie­li mnie wspo­móc fi­nan­so­wo, ale od­mó­wi­łem.

Chcia­łem, że­by pie­nią­dze na roz­ruch mo­je­go wła­sne­go biz­ne­su by­ły w stu pro­cen­tach mo­je. W ra­zie gdy­by coś nie wy­szło, nie czuł­bym wy­rzu­tów su­mie­nia, że zmar­no­wa­łem ich oszczęd­no­ści.

Ma­ria del Cie­lo

Co za pro­stak. Ni­g­dy nie spo­tka­łam tak nie­przy­jem­ne­go męż­czy­zny. Je­go oczy by­ły nie­mal czar­ne, a skó­ra po­kry­ta ta­tu­aża­mi, któ­re prze­świ­ty­wa­ły przez ko­szu­lę. Miał na­wet wy­ta­tu­owa­ny znak na dło­ni. Był tak wy­so­ki, że mu­sia­łam pod­no­sić gło­wę, że­by na­sze oczy się spo­tka­ły. Gdy­bym zo­ba­czy­ła go, wra­ca­jąc do do­mu w no­cy, za­czę­ła­bym biec w prze­ciw­nym kie­run­ku. Wzbu­dzał we mnie coś, cze­go nie po­tra­fi­łam na­zwać; coś na kształt oba­wy i za­in­te­re­so­wa­nia. W ja­kimś stop­niu był atrak­cyj­ny, ale by­ła to bru­tal­na atrak­cyj­ność dla fe­ty­szy­stek nie­grzecz­nych chłop­ców.

Je­go bar­ki wy­glą­da­ły nie­na­tu­ral­nie, wręcz gro­te­sko­wo. Cza­sa­mi śmia­łam się w my­ślach, gdy przy­po­mi­na­łam so­bie opis Ten­ge­la z Sa­gi o Lu­dziach Lo­du1, któ­rą czy­ta­łam kil­ka lat te­mu. Le­onar­do wy­glą­dał, jak­by był w po­ło­wie czło­wie­kiem, a w po­ło­wie czymś nie­na­tu­ral­nym. Je­go wy­raz twa­rzy za­wsze wy­da­wał się zbla­zo­wa­ny. Nie mó­wił du­żo, jak­by uni­kał lu­dzi. Gdy po raz pierw­szy spoj­rzał na mnie, po­czu­łam się jak ktoś nie­mi­le wi­dzia­ny w da­nym gro­nie, jak pro­blem, z któ­rym nie wia­do­mo, co zro­bić.

W ha­cjen­dzie Sa­lva­to­re’a trak­to­wa­no mnie, jak­bym mia­ła pięć lat. Nie mo­głam ni­cze­go zro­bić bez zgo­dy go­spo­da­rza. Je­go pra­cow­ni­cy od­no­si­li się do mnie chłod­no. Nie wiem, czy na je­go po­le­ce­nie, czy zwy­czaj­nie by­łam w ich opi­nii nie­sym­pa­tycz­na lub ra­ził ich mój ak­cent. Za każ­dym ra­zem, gdy o coś py­ta­łam, czu­łam, że nikt nie chce ze mną roz­ma­wiać, że mnie nie lu­bią. Usły­sza­łam raz roz­mo­wę Le­onar­da z Raf­fa­el­lem, jed­nym z ochro­nia­rzy. Na­zwał mnie nie­uro­dzi­wą czy coś ta­kie­go. Tak się zde­ner­wo­wa­łam, że nie by­łam w sta­nie zro­zu­mieć wszyst­kie­go. Naj­le­piej zna­łam pol­ski i an­giel­ski, w koń­cu miesz­ka­łam z ro­dzi­ca­mi w Chi­ca­go. Oczy­wi­ście ro­zu­mia­łam bar­dzo du­żo po wło­sku i hisz­pań­sku, ale do per­fek­cji tro­chę mi bra­ko­wa­ło. Mo­ja uro­da by­ła naj­pew­niej mie­szan­ką wszyst­kich tych trzech opcji na­ro­do­wo­ścio­wych, bo ta­kie by­ły mo­je ko­rze­nie, ale w Hisz­pa­nii i we Wło­szech wy­róż­nia­ły mnie wło­sy. Nie, że­by by­ły pięk­ne, oj nie, ale nie by­ły czar­ne. Opi­sa­ła­bym je ja­ko brą­zo­we, choć la­tem za­wsze mia­łam du­żo ja­snych re­flek­sów od słoń­ca. Mo­je oczy nie by­ły piw­ne, jak u ta­ty, tyl­ko zie­lo­ne, jak u ma­my, ty­le że z bursz­ty­no­wy­mi plam­ka­mi.

Kie­dy tyl­ko mo­głam, tre­no­wa­łam ta­niec, ale nie by­ło to ła­twe, bo do dys­po­zy­cji mia­łam tyl­ko swój po­kój. Tre­nin­gi mu­sia­ły od­by­wać się wy­łącz­nie wte­dy, kie­dy by­łam sa­ma. W po­sia­dło­ści Mo­nvi­val­le pra­wie za­wsze pa­no­wa­ła ci­sza. Gło­śna mu­zy­ka nie by­ła mi­le wi­dzia­na. Co wię­cej, ja sa­ma chy­ba nie by­łam tu mi­le wi­dzia­na. Czu­łam cie­kaw­skie spoj­rze­nia pra­cow­ni­ków i jak do­tąd tyl­ko jed­na go­spo­sia oka­zy­wa­ła mi życz­li­wość. Resz­ta trak­to­wa­ła mnie jak nie­chcia­ne­go go­ścia.

Ba­łam się, czy Sa­lva­to­re nie zmie­ni zda­nia co do opła­ca­nia kli­ni­ki ta­ty. Ma­my i mnie nie by­ło na nią stać. Nie chcia­łam też tej szko­ły z in­ter­na­tem, ale nie mia­łam wyj­ścia. Li­czy­łam tyl­ko, że bę­dzie tam zno­śnie.

Gdy do­je­cha­li­śmy na miej­sce, po­czu­łam nie­przy­jem­ne ssa­nie w żo­łąd­ku. Ogro­dze­nie przy­po­mi­na­ło mur wię­zien­ny. Zer­k­nę­łam na Le­onar­da – je­go twarz nie wy­ra­ża­ła żad­nych emo­cji. Za­par­ko­wał na wy­zna­czo­nym miej­scu i bez sło­wa wy­jął mo­je wa­liz­ki.

Drzwi otwo­rzy­ła za­kon­ni­ca, któ­ra wy­glą­da­ła na ko­goś, kto za­rzą­dza tą pla­ców­ką.

– Sio­stra prze­ło­żo­na Lo­ret­ta, szczęść Bo­że – przy­wi­ta­ła się i spoj­rza­ła na nas uważ­nie.

– Dzień do­bry – od­po­wie­dział po wło­sku. – To Ma­ria del Cie­lo Mo­nvi­val­le. – Wska­zał na mnie.

– Pan jest jej opie­ku­nem? – za­py­ta­ła za­kon­ni­ca.

– Moż­na tak po­wie­dzieć.

Za­cho­wy­wa­li się, jak­bym by­ła ma­łym dziec­kiem bez pra­wa gło­su.

– To pro­szę tu pod­pi­sać for­mu­larz. Mo­że chce się pan po­że­gnać z…

– Sio­strą – wtrą­cił szyb­ko Le­onar­do.

Za­mu­ro­wa­ło mnie. Co za tu­pet.

– Bar­dzo do­brze, za­pro­wa­dzę was do po­ko­ju pa­nien­ki i dam wam chwi­lę na po­że­gna­nie. Wi­zy­ty w na­szej szko­le moż­li­we są raz na dwa ty­go­dnie.

Za­czę­ła pro­wa­dzić nas po scho­dach w kie­run­ku skrzy­dła, w któ­rym za­pew­ne znaj­do­wa­ło się coś w ro­dza­ju do­rmi­to­rium.

Otwo­rzy­ła drzwi do nie­du­że­go po­miesz­cze­nia, gdzie zo­ba­czy­łam je­dy­nie łóż­ko, nie­wiel­ką ko­mo­dę, biur­ko i sto­lik z dwo­ma fo­te­la­mi.

– Zo­sta­wię was na chwil­kę. O dwu­na­stej roz­po­czy­na­my obiad, Ma­rio – po­wie­dzia­ła sio­stra.

Le­onar­do po­sta­wił w ką­cie wa­liz­ki, a gdy by­li­śmy już sa­mi, wy­jął nie­wiel­kie pu­deł­ko i mi je po­dał.

– To te­le­fon, scho­waj go gdzieś. Twój dzia­dek o nim nie wie. Nie rób nic głu­pie­go. Masz wpi­sa­ny mój nu­mer – rzu­cił su­cho.

– Po co mia­ła­bym dzwo­nić do cie­bie? – za­py­ta­łam ze zło­ścią.

– Po­mi­mo te­go, że za­cho­wu­jesz się jak roz­pusz­czo­na smar­ku­la, nie chcia­łem cię zo­sta­wiać sa­mej so­bie. Nie je­stem zwo­len­ni­kiem ta­kiej dys­cy­pli­ny w szko­le. Tu pa­nu­je fa­na­tyzm, a nie wia­ra. Mi­mo wszyst­ko szko­da mi cie­bie.

– Uwa­żaj, bo ci uwie­rzę! Je­steś ta­kim sa­mym mi­zo­gi­nem jak Sa­lva­to­re.

– Nie po­rów­nuj mnie do nie­go. Ni­g­dy nie po­słał­bym żad­nej bli­skiej mi dziew­czy­ny do ta­kiej szko­ły. Uwa­żam, że są spo­re róż­ni­ce w psy­chi­ce ko­biet i męż­czyzn, ale twój dzia­dek ży­je men­tal­nie w śre­dnio­wie­czu.

– A ty mu w tym po­ma­gasz – oskar­ży­łam go po­iry­to­wa­nym gło­sem. – Do cze­go spro­wa­dza się two­ja pra­ca? Do pil­no­wa­nia mo­jej cno­ty? To jest cho­re.

Roz­gnie­wa­łam go nie na żar­ty.

– Czy ktoś przy­cią­gnął cię tu na łań­cu­chu? Sa­ma zgo­dzi­łaś się na ro­lę dzie­wi­czej dzie­dzicz­ki… Nie martw się, pew­nie sta­ru­szek fi­nal­nie wy­na­gro­dzi ci to fi­nan­so­wo.

– Nic o mnie nie wiesz, więc się nie wy­mą­drzaj. To ty i on pa­trzy­cie na ko­bie­ty przez pry­zmat dzie­wic­twa.

– I tu się my­lisz, Ma­ria. War­tość czło­wie­ka, nie­za­leż­nie od je­go płci, nie spro­wa­dza się do cno­ty czy też jej bra­ku. Tak my­ślą ogra­ni­cze­ni lu­dzie.

– Czy­li twój szef.

– Ja tyl­ko dla nie­go pra­cu­ję. Ty je­steś je­go ro­dzi­ną.

– Nie zno­szę was obu i prze­wra­ca mi się w żo­łąd­ku na myśl, że pró­bu­jesz zgry­wać ta­kie­go no­wo­cze­sne­go gen­tle­ma­na, a jed­no­cze­śnie za­my­kasz mnie w tej klat­ce.

– Masz wy­bór, dzie­cia­ku. Tyl­ko chcesz zwa­lić wi­nę na ko­goś in­ne­go. Gdy­by Sa­lva­to­re nie wy­brał cię na swo­ją dzie­dzicz­kę, nie umie­ścił­by cię tu­taj. Ja mi­mo wszyst­ko sta­ram się ci ja­koś po­móc, co, jak wi­dzę, bar­dzo do­ce­niasz – do­dał z wy­raź­nym sar­ka­zmem.

Spoj­rzał na mnie z nie­skry­wa­ną iry­ta­cją, po czym wy­szedł bez sło­wa.

***

Szko­ła wy­glą­da­ła jak klasz­tor – i w grun­cie rze­czy nim by­ła. Ka­mien­ne mu­ry, wy­so­kie su­fi­ty, za­pach ka­dzi­dła i sta­rych ksiąg, wszech­obec­na ci­sza.

Za­kon­ni­ce mó­wi­ły, że cia­ło to na­rzę­dzie grze­chu, dla­te­go wy­ma­ga­ły skrom­ne­go stro­ju, któ­ry przy­po­mi­nał ha­bit.

Spa­łam w po­ko­ju, któ­ry wy­glą­dał jak ce­la. Ćwi­czy­łam wło­ski, jak ka­zał Sa­lva­to­re, po­wta­rza­jąc zda­nia do pu­stej ścia­ny, bo nie mia­łam do ko­go mó­wić. Ofi­cjal­nie na­wet te­le­fo­ny by­ły za­bro­nio­ne. Je­dy­nym mo­stem ze świa­tem był Le­onar­do, któ­ry z nie­zna­nych po­wo­dów sta­rał się odro­bi­nę mi po­móc. Dzię­ki nie­mu mo­głam cho­ciaż po kry­jo­mu ko­rzy­stać z in­ter­ne­tu w te­le­fo­nie, ale mia­łam świa­do­mość, że mo­ni­to­ro­wał każ­dy mój ruch, więc mo­ja swo­bo­da w sie­ci też by­ła ogra­ni­czo­na.

Nie mia­łam tu ani jed­nej przy­ja­ciół­ki. Nie by­łam stwo­rzo­na do szep­ta­nia wie­czo­ra­mi w po­ście­li ani do wspól­ne­go ró­żań­ca. Od­li­cza­łam tyl­ko dni do koń­ca mo­je­go wy­ro­ku w tej szko­le, któ­ra by­ła dla mnie wię­zie­niem.

Ty­dzień póź­niej do­sta­łam od nie­go wia­do­mość MMS – zdję­cia Mar­ce­la, mo­je­go praw­do­po­dob­nie już by­łe­go chło­pa­ka, z na­szą ko­le­żan­ką San­drą. Na wszyst­kich wy­glą­da­li na za­ko­cha­nych. Na tym, któ­re przy­szło ja­ko pierw­sze, San­dra sie­dzia­ła mu okra­kiem na ko­la­nach, a on wkła­dał ję­zyk do jej ucha. Na dru­gim, któ­re zro­bio­no chy­ba in­ne­go dnia, są­dząc po ich ubra­niach, by­li ra­zem na za­ku­pach w ga­le­rii han­dlo­wej i trzy­ma­li się za rę­ce. Trze­cie, ostat­nie, przed­sta­wia­ło ich pod na­szą szko­łą, wy­cho­dzi­li ra­zem z sa­mo­cho­du.

Za­czę­ły trząść mi się rę­ce. Te kil­ka mie­się­cy tak wie­le mi ode­bra­ły – wol­ność, zdro­wie ta­ty i Mar­ce­la. Dla­cze­go on mi to zro­bił? I jak Le­onar­do się o tym do­wie­dział? Na nie­go też by­łam wście­kła. Jak on śmiał? I po co to zro­bił? Prze­cież i tak Mar­cel by tu nie przy­je­chał. Naj­wy­raź­niej chciał mi po­ka­zać, że zo­sta­łam sa­ma.

Od­pi­sa­łam: „Od­pieprz się ode mnie”. Chwi­lę póź­niej przy­szła od­po­wiedź: „Za mi­nu­tę wyjdź gdzieś, gdzie nikt cię nie usły­szy, za­dzwo­nię”. Chwy­ci­łam za te­le­fon i po­bie­głam do to­a­le­ty. Gdy usły­sza­łam dzwo­nek, od­krę­ci­łam kran, że­by szum wo­dy za­głu­szał roz­mo­wę. Le­onar­do nie przy­wi­tał się, tyl­ko od ra­zu po­wie­dział:

– Na two­im miej­scu od­zy­wał­bym się grzecz­niej. Sa­lva­to­re nie wie, że je­go bia­ły ła­będź skry­wa też ciem­ne pió­ra. Nie martw się, nie po­wie­dzia­łem mu, że nie je­steś tak ab­so­lut­nie nie­win­na.

– Za­mknij się – wy­sy­cza­łam. – Skąd masz te zdję­cia?

– Od de­tek­ty­wa. Sa­lva­to­re chciał się cze­goś do­wie­dzieć o to­bie z neu­tral­ne­go źro­dła.

– I nie boi się już o mo­ją cno­tę lub jej brak?

– Nie. Na two­je szczę­ście ten dzie­ciak był roz­mow­ny. Nie po­wie­dzia­łem two­je­mu dziad­ko­wi, że się ca­ło­wa­li­ście.

– Wiesz co? Nie dość, że twój wy­gląd wzbu­dza strach i od­ruch uciecz­ki, to wła­śnie się oka­za­ło, że twój cha­rak­ter jest jesz­cze gor­szy. Je­steś jak ca­ła resz­ta słu­gu­sów Sa­lva­to­re’a, nie in­te­re­su­je cię nic in­ne­go po­za czub­kiem wła­sne­go no­sa.

– Ży­czę ci mi­łe­go se­me­stru, Cie­lo – od­parł, ak­cen­tu­jąc dru­gą część mo­je­go imie­nia.

Wy­czu­łam iro­nię i z bez­sil­no­ści za­czę­łam cho­dzić po ła­zien­ce.

------------------------------------------------------------------------

1.

1 W po­wie­ści Mar­git San­de­mo sze­ro­kie ra­mio­na Ten­ge­la za­bi­ły je­go mat­kę przy po­ro­dzie.ROZ­DZIAŁ DRU­GI

Ma­ria del Cie­lo

Mo­je osiem­na­ste uro­dzi­ny spę­dzi­łam na prze­pu­st­ce. Le­onar­do przy­wiózł do mnie mo­ją ma­mę. Nie by­ła za­do­wo­lo­na ze szko­ły, któ­rą wy­brał dla mnie Sa­lva­to­re. Ja też nie. Mia­łam pew­ność, że zro­bił to tyl­ko dla­te­go, że­by upew­nić się, że ni­ko­go tu nie po­znam.

Po­je­cha­li­śmy na week­end do ho­te­lu, w któ­rym zo­stał też Le­onar­do. Mi­mo wszyst­ko sta­ra­łam się go to­le­ro­wać. Sam z sie­bie dał mi te­le­fon, że­bym nie czu­ła się tu ta­ka sa­mot­na, co na pew­no spo­tka­ło­by się z du­żą kry­ty­ką je­go sze­fa. Dzię­ki te­mu mo­głam roz­ma­wiać z ro­dzi­ca­mi, kie­dy chcia­łam, i nie ucie­kłam głów­nie dla­te­go, że każ­de sło­wo od ma­my da­wa­ło mi na­dzie­ję.

– Cie­lo, skar­bie, wy­trzy­masz tu­taj? Jest mi trud­no z my­ślą, że nie mam cię przy so­bie, ale mu­sisz się uczyć, a kli­ni­ka też nie na­peł­nia opty­mi­zmem – po­wie­dzia­ła ze smut­kiem ma­ma.

– Ro­zu­miem, ma­mu­siu. Nie jest tak źle – skła­ma­łam szyb­ko. – Przy­naj­mniej uczę się bez roz­pra­sza­czy.

Ma­ma po­ki­wa­ła gło­wą, ale czu­łam, że mi nie uwie­rzy­ła.

– Sa­lva­to­re po­wie­dział, że je­śli opa­nu­ję wło­ski tak, że­by mó­wić bez ak­cen­tu, to po­my­śli o tym, że­bym to ja kie­dyś prze­ję­ła fir­mę Mo­nvi­val­le.

– Po­rzu­ci­ła­byś ta­niec dla pra­cy biu­ro­wej? – za­py­ta­ła ma­ma.

Nie chcia­łam jej mó­wić, że już nie wol­no mi tre­no­wać, bo sio­stry za­kon­ne uwa­ża­ją ta­niec to­wa­rzy­ski za „nie­przy­zwo­ity” dla mło­dych dam.

– Ma­muś, nie bę­dę tan­cer­ką ca­łe ży­cie. Te­raz cał­ko­wi­cie po­chła­nia mnie szko­ła – skła­ma­łam.

– Ten mło­dy czło­wiek… Le­onar­do przy­siągł mi, że bę­dziesz bez­piecz­na. Pro­szę, nie szu­kaj kło­po­tów.

Ma­ma by­ła oczy­wi­ście w nie­zbyt do­brej for­mie psy­chicz­nej. Per­ma­nent­ny stres nie sprzy­jał od­prę­że­niu. Nie mo­głam zro­zu­mieć, ja­kim cu­dem mój ochro­niarz prze­ko­nał ją do sie­bie. Mo­że nie lu­bił tyl­ko mnie? Mo­że na wi­dok mo­jej ma­my nie miał tak skwa­szo­nej mi­ny, jak wte­dy, gdy prze­by­wał ze mną.

Wspól­ny week­end mi­nął nam szyb­ko i tyl­ko po­gor­szył mój na­strój, bo tak bar­dzo tę­sk­ni­łam za wol­no­ścią, a po­wrót do szko­ły ozna­czał dla mnie wy­łącz­nie ogra­ni­cze­nia. Za­sad by­ło mnó­stwo, wśród nich cał­ko­wi­ty za­kaz wszyst­kie­go, co wią­za­ło się z przy­jem­no­ścia­mi – nie mo­głam tań­czyć, ko­rzy­stać z ta­ble­tu, kon­tak­to­wać się z bli­ski­mi po­za wy­zna­czo­ny­mi go­dzi­na­mi. Sio­stry nie ze­zwa­la­ły na­wet na ma­ki­jaż, bo we­dług nich był ozna­ką próż­no­ści, któ­ra tyl­ko od­da­la­ła od Bo­ga. Mu­sia­łam na­wet no­sić spód­ni­ce mi­di, że­by nie wi­dzia­ły, że mam wy­de­pi­lo­wa­ne no­gi, bo na ta­kie in­ge­ren­cje w na­tu­rę też nie ze­zwa­la­ły. Mo­je ko­le­żan­ki za­cho­wy­wa­ły się jak za­kon­ni­ce. Część z nich na­praw­dę chcia­ła zo­stać w klasz­to­rze. Za­gry­za­łam zę­by i my­śla­łam o tym, że mu­szę to prze­cier­pieć i li­czyć, że ta­ta się obu­dzi.

To ma­rze­nie się speł­ni­ło czter­na­ście mie­się­cy po mo­ich osiem­na­stych uro­dzi­nach. Do­sta­łam prze­pust­kę na trzy­dnio­wy wy­jazd, bo ta­ta na­praw­dę się obu­dził. By­łam tak pod­eks­cy­to­wa­na, że nie mo­głam usie­dzieć w miej­scu. Na­gle ży­cie zno­wu by­ło pięk­ne, jak­bym sa­ma obu­dzi­ła się z kosz­ma­ru. Hu­mo­ru nie po­psuł mi na­wet wi­dok Le­onar­da cze­ka­ją­ce­go przy sa­mo­cho­dzie i za­cho­wu­ją­ce­go się, jak­by zna­lazł się tu za ka­rę. Po­sta­no­wi­łam nie zwra­cać więk­szej uwa­gi na je­go hu­mo­ry. Li­czy­ło się je­dy­nie to, że za­raz po­roz­ma­wiam z ta­tą.

Dwie go­dzi­ny póź­niej by­li­śmy już przed drzwia­mi kli­ni­ki. Wbie­głam tam szyb­ko, a ma­ma przy­tu­li­ła mnie i po­pro­wa­dzi­ła do sa­li, w któ­rej le­żał ta­ta. Za­mar­łam, bo ta­kie­go wi­do­ku się nie spo­dzie­wa­łam. Ta­ta da­lej był pod­łą­czo­ny do róż­nych apa­ra­tur. Wy­glą­dał sła­bo, jak cień daw­ne­go sie­bie, ale był przy­tom­ny. Spoj­rzał na mnie z wy­raź­nym wzru­sze­niem, a ja zła­pa­łam go za rę­kę i uca­ło­wa­łam je­go dłoń. Łzy pły­nę­ły mi po po­licz­kach.

– Ta­tu­siu – wy­szep­ta­łam – tak się cie­szę, że się obu­dzi­łeś.

Ta­ta ści­snął mo­ją dłoń. Wi­dać by­ło, że stra­cił wie­le mię­śni, a ty­le mie­się­cy w śpiącz­ce za­bra­ło mu spo­rą część spraw­no­ści.

– Le­ka­rze mó­wią, że pół ro­ku in­ten­syw­nej re­ha­bi­li­ta­cji po­win­no wy­star­czyć ta­cie na po­wrót do do­brej kon­dy­cji – po­wie­dzia­ła ma­ma, któ­ra rów­nież nie kry­ła wzru­sze­nia.

Ta­ta nie był w sta­nie wy­do­być z sie­bie ca­łe­go zda­nia, ale wy­szep­tał:

– Cie­lo.

Łzy sta­nę­ły mi w oczach.

– Nie martw się, tat­ku. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Le­ka­rze szyb­ko po­sta­wią cię na no­gi. Naj­waż­niej­sze, że się obu­dzi­łeś.

– Tak – od­parł sła­bo i uści­snął mo­ją dłoń.

Łzy szczę­ścia i wzru­sze­nia pły­nę­ły mi po twa­rzy.

– Ko­cha­nie, wy­god­nie ci? Po­pra­wić ci po­dusz­kę? – za­py­ta­ła ma­ma.

Ta­ta po­krę­cił gło­wą.

A ja? Na pew­no nie spo­dzie­wa­łam się, że przed ta­tą jesz­cze dłu­ga dro­ga do peł­ni zdro­wia. We­dług do­ku­men­ta­cji me­dycz­nej miał spo­re za­ni­ki pa­mię­ci, utra­cił spo­rą część ma­sy mię­śnio­wej i wy­ma­gał kil­ku­go­dzin­nej re­ha­bi­li­ta­cji każ­de­go dnia oraz licz­nych spo­tkań z psy­cho­lo­giem i neu­ro­lo­giem, któ­rzy mie­li mu po­móc upo­rać się z lu­ka­mi w pa­mię­ci. To się wią­za­ło ze spo­ry­mi kosz­ta­mi, więc na­dzie­ja na uwol­nie­nie się spod wpły­wu Sa­lva­to­re’a zga­sła. Gdy ta­ta usnął, ma­ma po­wie­dzia­ła, że Sa­lva­to­re za­pra­sza mnie do swo­jej ha­cjen­dy, a gdy ta­ta po­czu­je się le­piej, to ro­dzi­ce do­łą­czą do mnie. Mo­ja nie­wo­la w klasz­tor­nej szko­le do­bie­gła za­tem koń­ca. Nie wie­dzia­łam jed­nak, że w wie­ku dzie­więt­na­stu lat na­dal bę­dę trak­to­wa­na jak ma­łe dziec­ko i pil­no­wa­na na każ­dym kro­ku. Na opie­ku­na Sa­lva­to­re wy­zna­czył Le­aonar­da. Ten miał mnie chro­nić, ale wie­dzia­łam, że mój stry­jecz­ny dzia­dek chce tak na­praw­dę mieć pew­ność, że nie zro­bię ni­cze­go, co mo­gło­by spo­wo­do­wać je­go nie­za­do­wo­le­nie lub na­ra­zić nas na nie­przy­jem­ne plot­ki. Re­pu­ta­cja by­ła dla nie­go wszyst­kim.ROZ­DZIAŁ TRZE­CI

Ma­ria del Cie­lo

Po tym, jak roz­pa­ko­wa­li­śmy rze­czy, Sa­lva­to­re we­zwał mnie do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

– Je­śli sprze­ci­wisz się mał­żeń­stwu z Ora­ziem, prze­sta­nę pła­cić za re­ha­bi­li­ta­cję two­je­go oj­ca, a jak wi­dzisz, nie wie­my, czy w rok od­zy­ska spraw­ność – oznaj­mił su­ro­wo. – He­re­ra chce ogło­sić wa­sze za­rę­czy­ny w dniu two­ich dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin, więc ra­dzę ci uda­wać za­ko­cha­ną, bo je­śli two­ja mat­ka lub twój oj­ciec przyj­dą do mnie z pre­ten­sja­mi z po­wo­du two­je­go za­mąż­pój­ścia, to ja prze­sta­nę fun­do­wać wam to wy­god­ne ży­cie, któ­re ma­cie dzię­ki mnie. Zro­zu­mia­no?

Przy­tak­nę­łam. Nie chcia­łam de­ner­wo­wać ro­dzi­ców. Ta­ta wciąż był w kiep­skim sta­nie.

– Co wię­cej – kon­ty­nu­ował mój stry­jecz­ny dzia­dek – pój­dziesz do gi­ne­ko­lo­ga, któ­ry po­twier­dzi two­ją czy­stość.

Nie wie­dzia­łam, czy mó­wił po­waż­nie, czy tyl­ko chciał mnie prze­stra­szyć.

– Co? – za­py­ta­łam zszo­ko­wa­na. – My­ślę, że na­wet sto lat te­mu nie by­ło ta­kich wy­mo­gów.

– Ora­zio nie bę­dzie ku­po­wał ko­ta w wor­ku – stwier­dził Sa­lva­to­re, pa­trząc na mnie zim­nym wzro­kiem. – Ży­łaś do tej po­ry wśród po­spól­stwa, gdzie nie by­ło żad­nych za­sad. Na­le­żysz do ro­dzi­ny z ary­sto­kra­tycz­ny­mi ko­rze­nia­mi, a nie do pusz­czal­skich ko­biet, któ­re są tak głu­pie, że ro­dzą ba­cho­ry w związ­kach bez ślu­bu i jesz­cze się cie­szą. Pa­mię­taj, kto raz zej­dzie ze śli­skiej dro­gi cno­ty, już na nią nie wró­ci i bę­dzie tyl­ko szedł da­lej na mo­ral­ne dno. Mo­ja wnucz­ka nie bę­dzie sy­piać z ni­kim po­za mę­żem, a Le­onar­do do­pil­nu­je, że­byś nie zro­bi­ła ni­cze­go głu­pie­go. Od tej chwi­li ni­g­dzie nie wol­no ci wy­cho­dzić sa­mej. Zresz­tą mam na­dzie­ję, że szko­ła, w któ­rej cię umie­ści­łem, na­uczy­ła cię dys­cy­pli­ny. Masz słu­chać Le­onar­da. On nie jest zbyt by­stry, je­go mat­ka uro­dzi­ła go po czter­dzie­st­ce – do­dał z na­ga­ną. – Dla­te­go jest dziw­ny. Zna się jed­nak na swo­jej pra­cy. Ża­den nie­po­żą­da­ny czło­wiek nie zbli­ży się do cie­bie, gdy on bę­dzie bli­sko.

Sa­lva­to­re wy­raź­nie nim gar­dził, więc po co go za­trud­niał?

– Wy­ta­tu­ował się jak ja­kiś kry­mi­na­li­sta, ale je­go oj­ciec był mo­im to­tum­fac­kim. By­łem za­do­wo­lo­ny z je­go służ­by, lecz syn to mu się nie udał. Nie ma jed­nak lep­sze­go w wal­ce.

– A nie mo­że się mną za­jąć Vi­co? Z nim cho­ciaż moż­na po­roz­ma­wiać i po­żar­to­wać, a Le­onar­do trak­tu­je mnie jak nie­przy­jem­ną pra­cę. Wy­raź­nie mnie nie zno­si.

Vi­co tak­że był pra­cow­ni­kiem ochro­ny, ale miał znacz­nie mil­sze uspo­so­bie­nie. Jak do tej po­ry tyl­ko on i go­spo­sia z ha­cjen­dy trak­to­wa­li mnie jak czło­wie­ka, a nie jak wła­sność Sa­lva­to­re’a, któ­ra nie ma pra­wa gło­su.

– On nie ma cię lu­bić, tyl­ko cię chro­nić. Nie wda­waj się w nie­po­trzeb­ne roz­mo­wy, bo to nie jest czło­wiek na two­im po­zio­mie. Je­go za­da­nie jest ja­sne. Po tym, jak do­pil­nu­je, że­by Ora­zio do­stał nie­ska­zi­tel­ną pan­nę mło­dą, dam mu ja­kąś więk­szą pre­mię i fo­ra ze dwo­ra. Nie zno­szę, jak pa­łę­ta się po mo­im do­mu, ale nie mam wyj­ścia. A ty nie spo­ufa­laj się z pra­cow­ni­ka­mi.

– In­te­re­su­ją cię w ogó­le mo­je uczu­cia?

– In­te­re­su­je mnie two­ja krew, Ma­rio del Cie­lo. Je­steś mo­ją pra­wo­wi­tą spad­ko­bier­czy­nią i masz za­cho­wy­wać się god­nie. Zo­bacz, dziew­czy­no… Przed to­bą są tak wiel­kie moż­li­wo­ści. Nie chcesz przy­nieść chwa­ły swo­je­mu na­zwi­sku?

– Chcę, ale chcia­ła­bym też sa­ma de­cy­do­wać o tym, kto bę­dzie mo­im mę­żem.

– Dziec­ko… Za­uro­cze­nia mi­ja­ją i lu­dzie mę­czą się ze so­bą. Aran­żo­wa­ne mał­żeń­stwa to po­tę­ga, je­śli po­łą­czy się dwie za­cne ro­dzi­ny. Prze­cież two­je dzie­ci mia­ły­by za­pew­nio­ne wszyst­ko, o czym moż­na tyl­ko ma­rzyć. To ja­kie wa­dy ma ten plan?

Żad­nych, je­śli nie mu­si się sy­piać z ja­kimś ob­le­chem, bo zro­bi to ktoś za cie­bie.

Mój stry­jecz­ny dzia­dek miał ar­cha­icz­ne po­glą­dy na świat, to pew­ne. Za­sta­na­wia­łam się na­wet, czy nie jest so­cjo­pa­tą. Sam nie za­ło­żył ro­dzi­ny, a miał naj­wię­cej do po­wie­dze­nia w tym te­ma­cie. Wy­da­je mi się, że czer­pał ja­kąś per­wer­syj­ną przy­jem­ność z rzą­dze­nia in­ny­mi, któ­rzy nie ma­ją wyj­ścia i mu­szą być mu po­słusz­ny­mi. Nie zno­si­łam te­go czło­wie­ka, uwa­żał się za mo­je­go pa­na i wład­cę. Wie­dział, że ma mnie w gar­ści.

By­łam cie­ka­wa, czy Sa­lva­to­re wie, że się ca­ło­wa­łam z dwo­ma chło­pa­ka­mi. To by­ło przy­jem­ne uczu­cie przy­pusz­czać, że zro­bi­łam coś, co nie spodo­ba­ło­by mu się.

Li­czy­łam, że ta­ta szyb­ko sta­nie na no­gi, a ja unik­nę aran­żo­wa­ne­go mał­żeń­stwa.

Tak bar­dzo chcia­ła­bym wró­cić do tań­ca, przez ostat­nie osiem­na­ście mie­się­cy w szko­le ćwi­czy­łam w ukry­ciu, bo sio­stry uwa­ża­ły ta­niec to­wa­rzy­ski za grzesz­ny, jak­by zmó­wi­ły się z Sa­lva­to­rem. Nie tak zo­sta­łam wy­cho­wa­na. Czu­łam ogrom­ne żal, upo­ko­rze­nie i złość. Wie­dzia­łam jed­nak, że mu­szę kon­tro­lo­wać swo­je emo­cje. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że prze­nio­słam się w cza­sie do sie­dem­na­ste­go wie­ku. W ha­cjen­dzie Sa­lva­to­re’a czu­łam się jak wię­zień. Kon­tro­lo­wa­na, oce­nia­na, bez pra­wa gło­su.

Wy­bu­dze­nie ta­ty uszczę­śli­wi­ło mnie na chwi­lę. W mo­ich ma­rze­niach po śpiącz­ce by­ło tak sa­mo jak przed wy­pad­kiem. Przed ta­tą by­ła bar­dzo dłu­ga re­ha­bi­li­ta­cja. Wciąż z tru­dem mó­wił i mu­siał na no­wo na­uczyć się cho­dzić. Na­wet nie chcia­łam so­bie wy­obra­żać, ja­kich środ­ków fi­nan­so­wych bę­dzie to wy­ma­ga­ło. Wi­dzia­łam też, ile ten czas kosz­to­wał ma­mę. Za każ­dym ra­zem, gdy pa­trzy­łam na jej zmę­czo­ną twarz, by­łam wdzięcz­na i jed­no­cze­śnie roz­ża­lo­na, że na­sze ży­cie tak bar­dzo się zmie­ni­ło. Strach, czy ta­ta od­zy­ska peł­ną spraw­ność, rów­nież chwy­tał mnie za ser­ce każ­de­go dnia. Ro­dzi­ce na­uczy­li mnie god­no­ści, a w tym do­mu tra­ci­łam to, co by­ło dla mnie waż­ne – wol­ność wy­bo­ru. Chcia­łam tań­czyć, spo­ty­kać się z przy­ja­ciół­mi, któ­rzy znaj­do­wa­li się set­ki ty­się­cy ki­lo­me­trów ode mnie, chcia­łam spo­ty­kać się z chło­pa­ka­mi, cho­dzić na rand­ki… Tu wszyst­ko by­ło za­bro­nio­ne. Wo­la­łam być so­bą z wol­no­ścią, któ­rej pra­gnę­łam, niż dzie­dzicz­ką, któ­ra ma zo­stać no­bli­wą żo­ną bez pra­wa do wła­snych ma­rzeń. Je­dy­ne, na co zgo­dził się Sa­lva­to­re, to mo­je stu­dia. Mia­łam stu­dio­wać za­rzą­dza­nie, bo Aka­de­mia Tań­ca by­ła dla nie­go rów­no­znacz­na z tań­cem na ru­rze.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij