Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Protokół ciszy - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
14 czerwca 2026
17,98
1798 pkt
punktów Virtualo

Protokół ciszy - ebook

A co, jeśli najbardziej strzeżony sekret Watykanu nie jest relikwią, księgą ani proroctwem? A co, jeśli jest nim rytuał zwany Protokołem Ciszy? Treys Mayson zostaje wysłany w przeszłość z rutynową misją. Skok w czasie kończy się jednak katastrofą. Czas się załamuje, prawa fizyki przestają obowiązywać, a coś starożytnego budzi się poza granicami czasu. Treys musi odkryć przerażającą prawdę ukrytą w przeszłości, zanim rzeczywistość rozpadnie się na kawałki. „Protokół ciszy” to wciągająca mieszanka: • kosmicznego horroru i nadprzyrodzonego terroru • thrillera science fiction o podróżach w czasie • mrocznego suspensu i metafizycznego strachu Dla miłośników Lovecrafta, mrocznej fantastyki i inteligentnego horroru science fiction.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397404151
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

„Na niebezpiecznym gruncie”

Rok 2140

Nie wiedział, jak długo jeszcze wytrzyma — wiedział tylko jedno: jeśli się zatrzyma, umrze. Deszcz nie padał. On uderzał, jakby znał jego imię i drogę, którą wybrał. Od godziny miał wrażenie, że noc idzie za nim. Ciężkie krople rozbijały się o ziemię z głuchym mlaśnięciem, zamieniając każdy krok w akt desperacji. Błoto chwytało buty lepko i cierpliwie, jakby wiedziało, że wystarczy chwila słabości. Wiatr wciskał zimno pod skórę, niosąc zapach wilgoci, rdzy i czegoś słodkawego — obcego, drażniącego, trudnego do zapomnienia. Nie miał gdzie się ukryć. Pustkowie rozciągało się wokół niego jak otwarta rana, a przemoknięta odzież twardniała na ciele, próbując go spowolnić. Wiedział tylko jedno: jeśli się zatrzyma, coś go dogoni. Nie widział tego. Jeszcze. Ale czuł obecność — narastającą, cierpliwą — jakby noc sama zdecydowała, że tej drogi nie wolno mu było przeżyć. Po chwili dobiegł go za sobą wyraźny odgłos ciężkich, miarowych kroków oraz cichy trzask łamiącej się gałęzi. Nie obejrzał się. Mokre kosmyki włosów wysuwały się spod czarnej, wełnianej czapki, zasłaniając oczy. Odrzucił je nerwowym ruchem i zmrużył powieki, próbując przebić wzrokiem wodną zasłonę deszczu. Na próżno. Plecak ciążył mu niemiłosiernie. Był u kresu sił. Szedł już tak od kilku dni, może tygodnia, zatrzymując się tylko na krótki, niespokojny sen. Stracił rachubę czasu. Głód ściskał go od środka. Z kieszeni kurtki wyjął czerstwy kawałek chleba i odgryzł kęs. Smak był odpychający, wilgoć zrobiła swoje, lecz jadł dalej, mechanicznie. Co jakiś czas odwracał się instynktownie, choć przy takiej pogodzie nie miało to sensu. Strach był jednak zbyt dobrze znany, by go ignorować. Czuł się jak zaszczuta zwierzyna — ścigana, bez prawa do wytchnienia. Zaczęło się ściemniać. Przed nim teren łagodnie się unosił. Na szczycie wzniesienia, po lewej stronie, stało poskręcane, chore drzewo. Bezlistne konary kołysały się z trzaskiem.

Błyskawica przecięła niebo.

Przez ułamek sekundy światło obnażyło krajobraz — i wtedy dostrzegł, że konary układają się w kształt przypominający szubienicę. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach.

_To zły omen_ — przebiegło mu przez skołatany umysł

Wspinał się dalej, walcząc z grząskim podłożem. Grzmoty rozlegały się coraz częściej, a on obawiał się, że kolejne rozbłyski zdradzą jego położenie. Nie wiedział jeszcze, że to, co właśnie się zaczęło, nie skończy się tej nocy.

Wszedł na wzniesienie, pochylony pod naporem wiatru. Deszcz bił w twarz tak mocno, że każdy oddech smakował wodą i metalem. Gdy mijał drzewo, usłyszał trzask.

Nie piorun.

Coś bliżej.

Jak naprężony sznur, który nagle puścił.

Zamarł.

Wiatr zawył w pustych konarach i przez chwilę przysiągłby, że coś tam wisiało. Coś ciężkiego. Coś, co kołysało się powoli, niezależnie od podmuchów.

Błyskawica znów przecięła niebo.

Drzewo było puste.

Ruszył dalej, lecz po kilku krokach coś kazało mu znów spojrzeć w tamtą stronę. Deszcz na chwilę przybrał na sile. Krople uderzały w ziemię tak gęsto, że powietrze zdawało się drżeć. Drzewo na wzniesieniu kołysało się ciężko.

I wtedy zobaczył, że nie jest już samo. Coś wisiało na tej gałęzi. Najpierw pomyślał, że to złudzenie. Cień zniekształcony przez błyskawicę. Strzęp płaszcza, może zerwana lina.

Ale postać nie znikała.

Ciało zwisało nieruchomo na napiętym sznurze. Plecy odwrócone w jego stronę. Głowa opadnięta nisko, ramiona bezwładnie zwisające po bokach. Stał tak przez chwilę, wpatrując się w ten kształt przez zasłonę deszczu.

— Nie… — wyszeptał.

Wiatr przeszedł przez pustkowie.

Lina skrzypnęła cicho, gdy ciało poruszyło się na wietrze.

Postać zaczęła się obracać.

Powoli.

Zbyt powoli.

Najpierw zobaczył płaszcz.

Ciemny, przemoczony materiał przyklejony do ciała.

Znał ten płaszcz.

Przez chwilę próbował wmówić sobie, że to tylko podobieństwo.

Ale wtedy dostrzegł rozdarcie przy lewym rękawie.

Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie sam zahaczył o drut kolczasty kilka dni wcześniej.

Zamarł.

Lina skręciła się jeszcze raz.

Twarz wisielca powoli wysunęła się z cienia.

Krok w tył zrobił już bezwiednie.

Serce uderzyło mu w piersi tak mocno, że przez chwilę zagłuszyło odgłos deszczu.

Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Twarz wisielca była… jego twarzą.

Ale starszą. Jakby należała do człowieka, który już przeżył tę noc.

Ta sama blizna przy łuku brwiowym.

Ten sam kształt ust.

Te same zapadnięte policzki.

Tylko oczy były inne. Szeroko otwarte.

Martwe.

Ciało zakołysało się lekko na linie, jak wahadło odmierzające czas.

A potem lina przestała się poruszać — jakby ktoś właśnie przestał ją obracać.

Przez krótką chwilę miał wrażenie, że tamten patrzy na niego z dziwnym spokojem. Jak ktoś, kto już wie, że w końcu i tak zajmie jego miejsce. Grzmot rozdarł niebo. Obraz zniknął.

Na wzgórzu znów było tylko drzewo. Ale on wiedział, co zobaczył.

Za plecami rozległ się miękki, mokry odgłos kroków.

Nie jego.

Odwrócił się gwałtownie.

Deszcz zamazał wszystko. Pustkowie falowało w wodnej zasłonie. Nie było widać nic poza niskimi kępami traw przyklejonych do ziemi.

A jednak odgłos powtórzył się.

Mlaśnięcie.

Jakby ktoś stawiał bose stopy w błocie, dokładnie w jego ślady.

Przyspieszył.

Błoto wciągało go głębiej, jakby chciało go zatrzymać wystarczająco długo, by to coś mogło nadrobić dystans.

Nie oglądał się więcej.

Nie musiał.

Słyszał.

Kroki były nieregularne. Czasem bliżej. Czasem jakby znikały. Potem znów tuż za nim — o jeden oddech za blisko.

— To tylko echo — wyszeptał do siebie.

Deszcz odpowiedział mu własnym szeptem.

„Echo”.

Głos wrócił nieco zniekształcony, jakby powtórzony przez czyjeś gardło.

Zatrzymał się nagle.

Kroki też.

Cisza między uderzeniami deszczu zrobiła się nienaturalnie gęsta.

Powoli odwrócił głowę.

Na zboczu, kilkanaście kroków niżej, stała sylwetka.

Wysoka.

Nienaturalnie pochylona.

Nie poruszała się.

Nie próbowała podejść bliżej.

Po prostu stała.

Deszcz nie zdawał się jej dotykać.

Mrugnął.

Nikogo nie było.

Ale błoto na zboczu było rozdeptane.

Jakby ktoś długo stał w jednym miejscu, obracając się powoli wokół własnej osi.

Serce zaczęło bić mu w gardle.

Ruszył biegiem.

Zbiegł ze wzniesienia niemal na oślep. Kilka razy poślizgnął się i upadł, czując jak zimna woda wlewa się pod ubranie. Plecak ciążył jak kamień przywiązany do ramion.

Za nim coś zaczęło oddychać.

Nie w rytmie człowieka.

Za wolno.

Za głęboko.

Jakby płuca były większe niż powinny.

Jakby wciągały więcej powietrza niż noc była w stanie dać.

Oddech był coraz bliżej.

Poczuł go na karku — chłodny, wilgotny.

Zaryzykował spojrzenie przez ramię.

Nic.

Tylko deszcz.

I wtedy zobaczył coś przed sobą.

Na linii horyzontu, tam, gdzie ziemia stapiała się z niebem, majaczyły postacie.

Kilka.

Stojące nieruchomo w równym odstępie.

Nie poruszały się.

Nie podchodziły.

Czekały.

Błyskawica.

Ciemność wróciła gwałtownie.

Nie było nikogo.

Ale droga przed nim wydawała się krótsza.

Jakby pustkowie skurczyło się o kilka kroków.

Jakby coś przysunęło horyzont bliżej.

Zrozumiał nagle, że nie idzie już przez przestrzeń.

Idzie przez coś, co go obserwuje.

Deszcz przestał być chaotyczny.

Uderzał rytmicznie.

Jak kroki. Jak serce.

Nie jego.

Zatrzymał się ponownie. Oddech za plecami nie ustał.

Był teraz wszędzie. W powietrzu. W ziemi pod stopami.

W jego własnej klatce piersiowej. Spróbował wstrzymać oddech.

To coś oddychało dalej. Powoli uniósł dłoń do ust.

Z jego gardła wydobył się dźwięk. Nieświadomy. Cichy.

Ten sam, który słyszał za sobą od kilku minut.

Ten sam rytm.

Nie był już pewien, czy to coś go ściga.

Czy może to on uczy się jego oddechu.

Wiatr zawył nagle z taką siłą, że niemal zwalił go z nóg.

W tym wyciu usłyszał wyraźnie swoje imię.

Nie raz.

Wiele razy.

W różnych tonach.

W różnych głosach.

Jakby pustkowie próbowało zdecydować, który jest właściwy.

Potknął się i upadł twarzą w błoto.

Gdy próbował się podnieść, poczuł pod palcami coś miękkiego.

Nie ziemię.

Nie trawę.

Skórę.

Zamarł.

Powoli przesunął dłonią.

Kontur policzka.

Zimny.

Otworzył oczy szeroko.

Tuż pod powierzchnią błota widział twarz.

Swoją własną.

Oczy miała otwarte.

Pełne wody.

Usta poruszały się bezgłośnie.

Deszcz padał na nią bez śladu.

Jakby nie była częścią świata nad powierzchnią.

Cofnął rękę gwałtownie.

Błoto było zwyczajne.

Ziemia.

Nic więcej.

Ale jego palce pachniały słodkawo.

Tak jak wiatr wcześniej.

Tak jak coś, co zaczyna się rozkładać.

Podniósł się chwiejnie.

Nie patrzył już na ziemię.

Nie patrzył na horyzont.

Patrzył przed siebie, w ślepą kurtynę deszczu.

A pustkowie szło razem z nim.

Nie za nim.

Nie przed nim.

Z nim.

I gdzieś w tej ciemności coś zdecydowało, że jeszcze nie teraz.

Jeszcze kilka kroków.

Jeszcze kilka oddechów.

Jeszcze trochę strachu.

Deszcz wciąż zacierał wszystko za nim, jakby świat nie chciał przyznać, że kiedykolwiek tu szedł. Obejrzał się odruchowo — bardziej z przyzwyczajenia niż z nadziei, że cokolwiek dostrzeże w tej szarej kurtynie.

Zobaczył swoje ślady.

Ciemne, głębokie wgłębienia w błocie, nieregularne, ciężkie, zdradzające zmęczenie.

I coś jeszcze.

Drugi rząd śladów.

Biegły równolegle do jego własnych.

Nie za nim. Nie przed nim.

Obok.

Zatrzymał się gwałtownie.

Deszcz bił w jego twarz, ale przez chwilę wszystko wydawało się nienaturalnie wyciszone, jakby nawet krople wstrzymały oddech.

Patrzył.

Ślady były wyraźne. Głębsze od jego. Węższe. Dłuższe. Jakby ktoś o chudszych stopach, lecz większym ciężarze ciała, szedł dokładnie w jego tempie. Każdy jego krok miał swój odpowiednik — idealnie zsynchronizowany.

Postawił ostrożnie stopę.

Obok, w tej samej chwili, błoto zapadło się po raz kolejny.

Nie zobaczył ruchu.

Nie zobaczył nogi.

Tylko świeży odcisk.

Serce uderzyło mu mocniej.

Cofnął stopę.

Drugi ślad cofnął się razem z nim.

Nie zostawiając rozmazania. Nie zostawiając przejścia.

Jakby pustkowie samo decydowało, gdzie ktoś powinien stać.

Wiatr zawył nagle ostrzej, a krajobraz — jakby poruszony niewidzialną ręką — zadrżał. Wzniesienie, na które się wspinał, wydawało się bliższe niż przed chwilą. Drzewo na szczycie zmieniło kąt nachylenia, jakby ktoś przesunął je o kilka stopni. Horyzont falował, choć nie było tam nic, co mogłoby falować.

Mrugnął.

Przez ułamek sekundy zobaczył pustkowie bez deszczu.

Suche.

Spękane.

I usiane ciemnymi sylwetkami wbitymi w ziemię jak pale.

Mrugnął ponownie.

Deszcz wrócił.

Ale coś zostało.

W miejscach, gdzie przed chwilą widział wbite w ziemię kształty, błoto było ciemniejsze. Gęstsze. Jakby wielokrotnie deptane.

Spojrzał znowu na podwójne ślady.

Nie były już tylko dwa.

Na krótkim odcinku, kilka metrów dalej, w błocie majaczyły kolejne odciski. Rozmyte, starsze, jakby należały do kogoś, kto szedł tędy dawno temu. Nie prowadziły w jednym kierunku. Krzyżowały się. Znikały. Wracały.

Pustkowie nie było puste.

Było wydeptane.

Nie przez zwierzęta.

Przez ludzi.

Albo przez to, co z nich zostało.

Poczuł nagle, że grunt pod nim jest cieplejszy niż powinien. Jakby pod cienką warstwą błota tliło się coś dawnego. Coś, co pamiętało ciężar ciał, które tu klękały. Upadały. Czołgały się.

Strażnicy.

Słowo pojawiło się w jego głowie bez ostrzeżenia.

Nie wiedział, skąd je zna.

Deszcz spływał mu po twarzy, lecz miał wrażenie, że to nie woda dotyka jego skóry, lecz palce — badające, rozpoznające. Każdy jego krok wywoływał w ziemi ciche, ledwie słyszalne drżenie, jak odpowiedź.

Jak powitanie.

Postawił kolejny krok.

Obok pojawił się świeży ślad.

Tym razem nie równoległy.

Nieco bliżej.

Zbyt blisko.

Zrozumiał wtedy z przerażeniem, że to nie on jest ścigany.

To on jest prowadzony.

A pustkowie nie zapomina tych, którzy raz weszli w jego granice.

Ono przechowuje ich ciężar.

Ich kroki.

Ich ostatnie decyzje.

I teraz dopisywało do nich jego własne.

Zszedł ze wzniesienia i przez chwilę miał wrażenie, że teren po drugiej stronie nie jest tym samym, który widział przed wejściem na szczyt.

Pustkowie nie zmieniło się wyraźnie.

Zmieniło się nieznacznie.

Zbyt nieznacznie.

Linia horyzontu była niższa. Albo on stał wyżej. Nie potrafił tego rozstrzygnąć.

Wiatr uderzył w bok jego twarzy.

Deszcz przestał padać pionowo. Krople zaczęły ciąć ukośnie, jakby grawitacja przesunęła się o kilka stopni.

Zatrzymał się.

Otoczenie było puste.

A jednak miał wrażenie, że coś ustawiło go dokładnie w tym miejscu.

Spojrzał pod nogi.

Jego ślady ciągnęły się za nim — rozmyte, wypełnione wodą.

Obok nich biegł drugi ciąg.

Nie równoległy.

Nie świeży.

Starszy.

Odciski były płytsze, jakby należały do kogoś lżejszego. Albo do kogoś, kto nie do końca dotykał ziemi.

Cofnął się o pół kroku.

Ślad również.

Zamarł.

To tylko woda spływająca po błocie — wmówił sobie.

Przetarł oczy mokrym rękawem. Gdy spojrzał ponownie, drugiego ciągu nie było.

Były tylko jego.

Samotne.

Deszcz przybrał na sile.

Z oddali dobiegł go dźwięk.

Nie grzmot.

Nie wiatr.

Coś między szeptem a skrzypieniem mokrego drewna.

Słowa, których nie rozumiał.

Albo których nie chciał rozumieć.

Ruszył szybciej.

Teren zaczął się delikatnie unosić i opadać, choć pamiętał, że był płaski.

Z każdym krokiem miał wrażenie, że grunt pod nim sprężyście oddycha. Jakby pod cienką warstwą ziemi istniała inna powierzchnia — miękka, pulsująca.

Potknął się.

Upadł na kolana.

Błoto było cieplejsze niż powinno.

Zbyt ciepłe jak na tę noc.

Oparł dłonie o ziemię, próbując się podnieść — i przez ułamek sekundy poczuł pod palcami nie grudki gliny, lecz coś gładkiego.

Jak skórę.

Cofnął rękę gwałtownie.

Ziemia znów była ziemią.

Ale pod paznokciami zostało mu uczucie dotyku czegoś żywego.

Zachwiał się, wstał z trudem.

Pustkowie falowało.

Nie dosłownie.

Widzenie zaczęło mu się rozszczepiać. Linie krajobrazu podwajały się, jakby świat nie mógł zdecydować się na jedną wersję siebie. Drzewo-szubienica na wzgórzu było teraz dwa razy dalej.

Zamknął oczy.

Serce waliło mu tak mocno, że zagłuszało wiatr.

— To wyczerpanie — wyszeptał.

Ale w głębi wiedział, że to nie tylko to.

To miejsce nie było martwe. Ono było zachowane.

Jak fotografia, która pamięta światło sprzed lat.

Pustkowie pamiętało kroki.

Pamiętało ciężar.

Pamiętało tych, którzy szli przed nim.

I nie wszyscy doszli.

Zrobił kolejny krok.

Ziemia zadrżała minimalnie, jakby rozpoznała jego ciężar.

Wtedy przyszło załamanie.

Nagle wszystko zwęziło się do tunelu. Widzenie poczerniało na obrzeżach. Szum w uszach zagłuszył burzę. Nogi odmówiły posłuszeństwa.

Upadł twarzą w błoto.

Nie miał siły się podnieść.

Leżał tak przez kilka sekund — albo minut.

Czuł tylko deszcz na karku.

I coś jeszcze.

Czyjąś obecność tuż nad nim.

Nie dotyk.

Bliskość.

Jak oddech, który nie porusza powietrza.

W półśnie zobaczył obraz.

Kamienny korytarz.

Mężczyznę w długim, ciemnym płaszczu.

Twarz zakrytą cieniem.

Ten mężczyzna szedł dokładnie tą samą drogą.

Upadł.

Nie wstał.

A pustkowie zasypało go powoli.

Nie ziemią.

Ciszą.

Szarpnął się i otworzył oczy.

Był sam.

Deszcz bił niezmiennie.

Zebrał się z trudem, drżąc na całym ciele.

Nie wiedział, czy wizja była wspomnieniem.

Czy ostrzeżeniem.

Na szczycie kolejnego wzniesienia, w blasku następnej błyskawicy, stanął jak wmurowany.

Przed nim stał duży, zadaszony budynek z czerwonej cegły — samotny, jakby wyrwany z innego świata.

— Co u diabła… — mruknął.

Wyglądał jak opuszczona fabryczna hala. Wszedł do środka przez wyrwę w murze. Uderzył go zapach stęchlizny. Położył plecak na gruzie i w absolutnej ciemności gorączkowo poszukał sprzączki. W końcu wyciągnął niewielką metalową latarkę i nacisnął przycisk.

Blady strumień światła przeciął mrok.

Powoli omiatał wnętrze. Gruz, cegły, powykręcane żelastwo. Ślady po nieudanej próbie rozbiórki.

_Dlaczego tak prymitywnie? Dlaczego nie użyto materiałów wybuchowych…?_ — przebiegło mu przez myśl.

Zauważył wąskie metalowe schody prowadzące na górę. Wszedł ostrożnie. Na piętrze panowała cisza. I wtedy zamarł.

Przy wybitym oknie stała wysoka, ciemna sylwetka.

Serce uderzyło mu w skronie. Powoli przesunął snop światła.

Płaszcz. Kask. Wieszak.

Ulga przyszła gwałtownie. Zbyt gwałtownie.

Gdy schodził na dół, usłyszał — cichy dźwięk kroków na gruzie.

A potem niemal niesłyszalny jęk.

Zapach uderzył go chwilę później. Znał go aż nazbyt dobrze.

Był ciężki. Słodkawo-metaliczny. Ciepły.

Nie należał do ruin ani do deszczu.

Zamarł w pół kroku. Latarka drżała mu w dłoni, rysując na ścianach poszarpane, nerwowe cienie. Jęk powtórzył się — bliżej. Nie był wołaniem o pomoc. Brzmiał jak dźwięk wydobywający się z gardła, które zapomniało, do czego służy.

Zrobił krok w bok. Gruz zaszeleścił pod podeszwą.

Jęk urwał się.

Cisza, która zapadła, była skupiona. Jakby coś nasłuchiwało.

Latarka na moment przygasła. Serce uderzyło mu w skronie. Gdy światło wróciło, skierował je ku podłodze.

Najpierw zobaczył ruch.

Nie ciało. Ruch.

Coś pod warstwą cegieł i pyłu unosiło się minimalnie, jakby pod spodem ktoś oddychał. Gruz przesuwał się o milimetry. Metalowy pręt drżał w nierównym rytmie.

Światło zatrzymało się na dłoni wystającej spod zawalonej płyty. Palce były wygięte nienaturalnie, wbite w pył. Skóra miała woskowy odcień.

Palce poruszyły się.

Powoli. Nieskoordynowanie. Jakby ktoś dopiero przypominał sobie, jak używać ciała.

Cofnął się odruchowo. Latarka drgnęła, snop światła zatańczył po ścianie.

Gruz przesunął się bardziej zdecydowanie.

Spod niego wyłoniła się twarz.

Oczy były otwarte. Zbyt szeroko. Nie patrzyły — rejestrowały. Źrenice rozszerzone, nieruchome. Usta poruszały się bezgłośnie, jakby wypowiadały słowa, które nie potrzebowały powietrza.

Ciało nie próbowało wstać.

Nie było w tym agresji.

To była kontynuacja.

Klatka piersiowa unosiła się nierówno, wbrew anatomii. Coś pod skórą przesuwało się powoli, jakby szukało miejsca. Jakby reorganizowało.

Zrozumiał wtedy, że to nie jest ocalały.

To nie jest też martwy.

To jest etap.

Zapach stał się intensywniejszy. Nie był już zapachem rozkładu. Był zapachem wilgotnej gleby, w której coś dojrzewa.

Podłoga zadrżała — delikatnie, jak przy odległym przejeździe ciężkiego pojazdu. Tylko że w okolicy nie było dróg.

Było tylko pustkowie i ta hala.

Z głębi budynku dobiegł drugi dźwięk.

Nie jęk.

Odpowiedź.

Latarka zamigotała ponownie. W jej drgającym świetle zobaczył, że w dalszej części hali, między powykręcanym żelastwem, coś jeszcze poruszyło się w cieniu. Nisko przy ziemi. Powoli. Synchronicznie.

To miejsce nie było schronieniem.

Było inkubatorem.

Ciało pod gruzem uniosło głowę o kilka centymetrów. Ruch był nienaturalnie oszczędny. Oszczędzający energię.

Jakby nie trzeba było się spieszyć.

Bo noc dopiero się zaczynała.

I nikt stąd nie wychodził naprawdę martwy.

Za oknami zdawały się przesuwać ogromne cienie, nienaturalne i bezgłośne. Senność, pomimo pobudzenia, narastała mimo jego woli.

Nie chciał zasnąć.

Musiał czuwać.

Trzask za plecami był zbyt bliski, by go zignorować. Zrozumiał.

Sięgnął wolno po sztylet.

— To koniec… — wyszeptał.

Wtedy coś złapało go za ramię, wbijając w nie stalowe palce.

Odwrócił głowę.

Krzyk ugrzązł mu w gardle.

A potem nastała ciemność. Gdy się podniósł, nie miał już nad sobą kontroli. Jak marionetka. Wyszedł z budynku i podążył za oddalającą się, ciemną sylwetką — choć gdzieś bardzo głęboko w nim coś przeraźliwie krzyczało, że nie powinien tego czynić.

Nie czuł zimna. Nie czuł deszczu, który padał — lecz teraz rzadziej, ciężej, jakby ziemia nie potrzebowała już więcej wody. Stopy niosły go same, równo, bez potknięć, jakby znały drogę lepiej niż on kiedykolwiek.

Zrozumiał, że nie jest już istotą z jawy ani snu, lecz jedynie naczyniem dla obcej obecności, która wypełniała pustkę między jednym, a drugim stanem.

Ciemna sylwetka sunęła przed nim w stałej odległości. Nie oddalała się. Nie zbliżała. Była punktem odniesienia, kotwicą w nocy. Gdziekolwiek skręcała, on podążał za nią bez wahania, bez pytania.

Krajobraz zmieniał się niepostrzeżenie. Otwarte pustkowie ustąpiło miejsca zniekształconym zagajnikom, drzewom rosnącym zbyt blisko siebie, jakby próbowały coś ukryć. Ich korzenie wyłaziły ponad ziemię, splątane i nagie, tworząc naturalne sidła. Mijał je, nie patrząc pod nogi.

Ciało omijało przeszkody samo.

Gdzieś w nim, głęboko — pod warstwami strachu, zmęczenia i bólu — coś jeszcze próbowało się wyrwać. Myśl, niepełna i urwana: _to nie jest droga_. Ale zaraz ginęła, zagłuszona przez jednostajny rytm kroków.

Zatrzymali się dopiero przy ruinach.

Nie były to zwykłe ruiny — raczej pozostałość po czymś, co nigdy nie miało prawa istnieć w tym miejscu. Kamienne fundamenty tworzyły krąg, w którego centrum ziemia była czarna i jałowa, jakby wypalona od środka. Powietrze drżało tam delikatnie, niemal niezauważalnie, jak nad rozgrzanym metalem.

Sylwetka odwróciła się po raz pierwszy.

Teraz widział ją wyraźniej — nie miała konkretnego kształtu. Jej kontury zmieniały się, falowały, jakby składała się z cienia rzuconego przez coś znacznie większego. Tam, gdzie powinna być twarz, panowała pustka, a jednak miał pewność, że jest obserwowany. Oceniany.

Uniósł dłoń.

Nie z własnej woli.

Palce rozwarły się powoli, jakby przygotowywały się na przyjęcie czegoś, co już do nich należało. Poczuł nagłe ukłucie w piersi — nie ból, raczej rozpoznanie. Jakby coś, co zostało mu odebrane dawno temu, właśnie wracało na swoje miejsce.

Ziemia w centrum kręgu poruszyła się.

Nie eksplodowała. Nie zapadła się gwałtownie. Po prostu… ustąpiła. Z cichym, wilgotnym dźwiękiem, jak oddech wydobywający się z głębokiego snu.

Z wnętrza uniósł się zapach — stary, słodkawy, znajomy aż do mdłości.

Zrozumiał.

Nie słowami. Nie myślą. Ciałem.

To nie on był ścigany.

To on był niesiony.

Sylwetka wykonała gest — ledwie zauważalny ruch, który jednak wystarczył. Kolana ugięły się same. Upadł na wilgotną ziemię, dłonie zanurzyły się w czarnej mazi. Była ciepła.

Gdzieś daleko, w miejscu, które kiedyś nazywał sobą, rozległ się niemy krzyk. Ostatni. Bez adresata.

Gdy zapadła całkowita ciemność, nie była ona końcem.

Była mrocznym domknięciem.

A deszcz, który znów przybrał na sile, zaczął zmywać ślady — jakby noc nie chciała, by ktokolwiek odnalazł to miejsce zbyt wcześnie.ROZDZIAŁ II

„Zadanie”

Wojskowy sektor podziemny

Rok 2097

Sygnał elektronicznego wywoływacza mruczał niskim, drażniącym tonem już od dłuższego czasu w ciemnej kwaterze mieszkalnej sektora wojskowego. Brzmiał jak owad uwięziony w ścianie — uporczywy, nie do zignorowania.

Zaskrzypiały sprężyny łóżka. Jakaś ręka wreszcie sięgnęła po urządzenie i wcisnęła przycisk odbioru.

— Słucham — rozległ się cichy, zaspany męski głos.

— Dzień dobry, poruczniku Mayson. Jak minęła noc? — zapytał miękki, niemal uprzejmy kobiecy głos.

Treys skrzywił się lekko i poruszył stopą, rozgniatając coś, co od dłuższego czasu pełzało po łóżku.

— Świetnie — wykrztusił.

Pułkownik Kersten prosi pana do siebie. Natychmiast. Informuję również, że korytarz łączący pański sektor z bazą został zamknięty z powodu awarii śluzy. Proszę skorzystać z przejścia przez sektor cywilny. Miłego dnia.

Głośnik zamilkł.

Zapadła cisza, mącona jedynie monotonnym pomrukiem agregatu wentylacyjnego. Treys przez chwilę leżał bez ruchu, wpatrując się w sufit, jakby liczył w myślach mikropęknięcia w betonie. W końcu zapalił światło. Jarzeniówka uderzyła w oczy bezlitosnym blaskiem — zmrużył je gwałtownie.

Był niewyspany i zły.

Należał do tych mężczyzn, których wygląd trudno było przeoczyć: wysoki, barczysty, z twarzą, która zbyt łatwo zapadała w pamięć. Długie, ciemnobrązowe włosy opadały prostymi kosmykami na ramiona. Siedział oparty o ścianę z zamkniętymi oczami, jakby próbował strząsnąć z siebie resztki przerwanego snu — albo całego życia, które prowadził.

Po omacku trafił prawą ręką na metalową półkę obok łóżka. Sięgnął po tubkę zimnego śniadania, wycisnął jej zawartość do ust i przełknął bez smaku. Otworzył oczy. Przez chwilę siedział nieruchomo, wpatrując się w jednolitą szarość ściany, nie myśląc o niczym.

Potem szybkim ruchem odrzucił kołdrę, która obsunęła się na podłogę i wstał.

Kamizelka maskująca kleiła się do spoconego ciała, mimo że wentylator pracował na pełnych obrotach. Wsunął ramiona w materiał, zaciągnął zamek. Z metalowej szafki wyjął broń, sprawdził komorę nabojową wprawnym, automatycznym ruchem i zarzucił ją na ramię.

Otworzył drzwi. Korytarz przywitał go przyjemnym chłodem. Drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaskiem.

Szedł długo.

Mijał żołnierzy pogrążonych w rozmowach, techników, sanitariuszy. Kobiety uśmiechały się do niego — czasem przyjaźnie, czasem zbyt otwarcie. Odpowiadał półuśmiechem, lecz szybko przyspieszył kroku. Nie miał dziś cierpliwości.

Gdy dotarł do masywnych, metalowych drzwi oddzielających sektor wojskowy od cywilnego, poczuł lekki ucisk w żołądku. Słyszał o tym miejscu. O zapachu. O ludziach, którzy nie mieli już nic poza własnym ciałem.

Czytnik zawarczał. Drzwi rozsunęły się z jękiem.

Uderzyła go fala ciepłego, ciężkiego powietrza, niosącego ze sobą odór potu, gnijącej żywności i ludzkiej rezygnacji. Ogromna hala była wypełniona ciałami — siedzącymi, leżącymi, półżywymi. Prycze stały w długich, ciasnych rzędach. Ludzie patrzyli przez niego, jakby był jedynie kolejnym elementem infrastruktury.

Szedł tak, co chwile przechodząc nad leżącym na drodze człowiekiem. Nikt nie zwracał tu na niego uwagi. Szedł już chyba z dwie minuty, a jeszcze nie mógł dostrzec końca. Nagle zastąpiła mu drogę młoda dziewczyna. Stanął tuż przed nią, patrząc na nią wyczekująco. Była ładna. Mogła mieć, jak sądził z dwadzieścia lat.

Jej czarne włosy, powiązane w długie warkocze, opadały na jej szczupłe ramiona. Czarne, jak dwa małe węgle oczy wpatrywały się w jego twarz. Poczuł się lekko zmieszany.

— Chcesz się zabawić? — zwróciła się do niego miękkim, dziewczęcym głosem.

Zamarł. Tu człowiek może zabić nawet za kawałek suchara. Sięgnął prawą ręką do lewej kieszeni na piersi i wyciągnął z niej paczkę sucharów, które nosił zawsze, tak na wszelki wypadek. Uchwycił jej szczupłą, delikatną dłoń i włożył w nią suchary. Jej palce zacisnęły się na paczce. Patrzyła na niego zdziwionymi oczyma, zapewne nie mogąc zrozumieć, że niczego za to nie chce. Oddaliła się pośpiesznie na wypadek, gdyby się nagle rozmyślił. Ruszył dalej. Tak w ogóle, to nie wiedział, dlaczego go wzywają z bazy. Wziął ze sobą broń, bo był przekonany, że wysyłają go do nowej roboty. Jak on tego nienawidził. Ciągle próbowali z niego wycisnąć ostatnie poty, ale on nigdy na całą parę w nic się nie angażował, biernie wykonując zlecane roboty. Nigdy nic więcej niż potrzeba — to była jego życiowa dewiza. Działała.

Ile razy narażał własne życie i za co? Za te marne grosze, które otrzymywał? Ci z bazy traktują wszystkich jakby byli maszynami. Narastała w nim złość. Wreszcie dostrzegł wyjściowe drzwi, w które wsunął kartę. Drzwi rozsunęły się i szybkim krokiem przeszedł przez nie. Smród ustąpił. Szedł teraz jasno oświetlonym korytarzem ze ścianami z grubego, białego matowego szkła. Zbliżył się do szklanych drzwi z metalowymi żaluzjami. Pośrodku szyby umieszczona była tabliczka: "płk Egeel Kersten”. Zapukał.

— Wejść — odezwał się męski głos ze środka.

Drzwi rozsunęły się. Wszedł do małego gabinetu.

— Witaj, siadaj proszę.

Gruby, łysiejący mężczyzna ubrany w ciemny wojskowy mundur z krótkimi rękawami, wskazał krzesło stojące przed jego biurkiem.

Treys usiadł na nim, poprawiając sobie zwisającą dość ciężką broń. Pułkownik chwycił pudełko z cygarami i podsunął je Treysowi.

— Cygaro?

Zrobił odmawiający gest ręką.

Kersten wziął cygaro do ust, patrząc na rozmówcę swoimi małymi oczkami, wyglądającymi raczej jak małe szparki, Zapalił je, mocno się zaciągając.

Rozmowa zaczęła się niewinnie.

Zbyt niewinnie.

Gdy Kersten podał mu czarno-białe zdjęcie, Treys poczuł, jak coś w nim pęka.

Mężczyzna na fotografii był… nim.

Albo kimś, kto mógłby nim być.

Ta sama linia szczęki. Te same oczy.

— Widzisz podobieństwo? — zapytał z wyraźnym zadowoleniem.

— Co to ma znaczyć?

— Nazywał się John Harris. A raczej… tak go znano. — Kersten uniósł wzrok znad zdjęcia. — Dla nas kluczowy jest jego związek z kobietą o personaliach Cassy Swayt.

Pułkownik mówił dalej, kreśląc historię sprzed przeszło stu lat: Cincinnati, pierwsze opętanie. Treys słuchał, lecz jego wzrok wciąż wracał do

fotografii.

Facet na zdjęciu łudząco przypominał jego samego, pomijając kilka szczegółów.

— To jest mapa terytorium USA z 1980 roku. Zwróć uwagę na to miasto. — wskazał palcem punkt — Nazywało się Cincinnati, tu właśnie na przedmieściach mieszkała niejaka Cassy Swayt.

Z pochodzenia była Chinką. W Chinach żyła z rodzicami w Szanghaju, dopóki oni nie zginęli w katastrofie lotniczej. Po wypadku wyjechała do Stanów i przeniosła się właśnie do Cincinnati, zmieniając obywatelstwo na amerykańskie. Tam poznała Amerykanina Michaela Halleya, było to pod koniec 1984 roku.

— A co z moim sobowtórem? — rzucił zniecierpliwiony Treys.

— Ten facet podobny do ciebie był jej przyrodnim bratem, ona o tym jednak nie wiedziała. Zataił to jej ojciec, chcąc ukryć swój przelotny romans. Harris, dowiedziawszy się z jakiegoś źródła o ich pokrewieństwie odszukał ją. Właśnie ta trójka była świadkiem pierwszego opętania. Chcemy więc, abyś podszył się pod Harrisa i wyjaśnił tę sprawę.

Treys odprężył się, zadanie wydało mu się raczej ciekawe. Potrzebował jakiejś odmiany od tych monotonnych zleceń na powierzchni, które skrupulatnie załatwiał.

— Nie rozumiem tylko jednego… — wtrącił Treys.

— Jak cię tam przeniesiemy? — wszedł mu w słowo pułkownik.

— O to się nie martw, tym zajmą się nasi technicy. Od niedawna jest to już dla nas możliwe.

— Co ma pan na myśli mówiąc, że mam wyjaśnić tę sprawę? — powiedział to tak naiwnie, że tamtemu wydawało się, że się z nim przekomarza.

— Masz dokładnie zbadać przypadek i na końcu zakończyć to definitywnie, zanim się rozprzestrzeni.

Kersten wyjął ponownie z biurka dość duże ciemnozielone pudełko i położył je przed swoim rozmówcą, który uderzeniem o blat biurka, wyrwany został z odrętwienia.

— W tym zasobniku znajduje się rewolwer, kaliber 9 mm, używany w tamtych czasach. Posiada on jednak nasze zmodyfikowane naboje. Treys otworzył pudełko, wyjmując broń. Zasada działania nie odbiegała zbytnio od broni, którymi się posługiwał, więc uznał, że nie będzie miał z nią problemu w obsłudze.

— Masz jakieś pytania? — rzucił Kersten, biorąc do ust cygaro. Treys szybkim ruchem ręki obrócił obrotowy magazynek, który wydał głośny terkot.

— Kiedy mam zacząć?

— Dokładnie za ... — Kersten spojrzał na kalendarz stojący na biurku – za sto dwadzieścia godzin. Przedtem musimy jednak wykonać małe zabiegi plastyczne z twoją twarzą, aby twarz pokrywała się z tą w tamtejszym archiwum. Tak... to by było na tyle. Tu są akta tej sprawy — uderzył lekko palcami o leżącą przed nim teczkę.

— Do akt załączone są ich zdjęcia.

Pułkownik podniósł się wolno z krzesła i wyciągnął rękę na pożegnanie.

— Do zobaczenia poruczniku i życzę powodzenia.

Treys wstał także i ich dłonie złączyły się w uścisku. Wziął z biurka zasobnik z bronią pod pachę, drugą ręką chwycił teczkę i skierował się do wyjścia. Za nim odezwał się jeszcze pułkownik.

— Swoją broń zdasz czasowo do zbrojowni i jeszcze jedno, na całą akcję masz dziesięć dni. Jeśli jednak nie wrócisz z własnej woli po upływie tego czasu…. Zresztą sam to rozumiesz, takie są zasady.

Treys pomyślał, że przecież nie planuje tam długiego pobytu.

Po dwóch dniach był już po tych cholernych zabiegach. Leżał na łóżku w swoim pokoju. Twarz tak go piekła, że myślał, że oszaleje. Co chwila do piekących miejsc przykładał zimne lodowe kompresy, które jednak niewiele pomagały. Włączył odbiornik radiowy. Właśnie nadawali komunikat, że kolejne dwa plutony żołnierzy wysłanych na powierzchnię, zaginęły ze sprzętem bez wieści. Wiedział dobrze, co to oznaczało, tym bardziej teraz pojmował wagę zleconej misji. Sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów. Wytrząsnął z niej jednego, wsuwając sobie do suchych od panującego ciepła ust. Zapalił go, zaciągając się łapczywie, przymrużywszy oczy. Po chwili wypuścił z ust jasny obłok tytoniowego dymu. Czekał na wezwanie, co chwilę spoglądając na czarną, płaską puszkę wywoływacza, który jednak nie dawał żadnych znaków. Po chwili rozległ się niski ton sygnału. Zamaszystym ruchem wcisnął przycisk, zaciągając się przy tym papierosem.

W głośniku odezwał się męski głos.

— Poruczniku, jesteśmy gotowi. Proszę przejść na blok przygotowawczy, spędzi tam pan kolejne trzy dni.

— Zaraz będę — odparł, gasząc jednocześnie wypalonego do połowy papierosa o coś, co przypominało metalową popielniczkę.

Blok przygotowawczy znajdował się najgłębiej ze wszystkich sektorów. Tam, gdzie ściany były grubsze, a cisza nie wynikała z dyscypliny, lecz z konstrukcji. Korytarze wygłuszone były materiałem pochłaniającym dźwięk, który sprawiał wrażenie miękkiego, choć był twardy jak kamień. Światło miało tu inny odcień — chłodniejszy, niemal siny — jakby celowo pozbawione resztek ciepła.

Treys szedł sam.

Nie minął nikogo. Żadnych żołnierzy, żadnych techników. Tylko drzwi. Jedne po drugich. Każde oznaczone numerem, którego nie potrafił powiązać z żadnym logicznym systemem. Czytnik przy wejściu do bloku rozpoznał go bez oporu. Jakby czekał.

Drzwi rozsunęły się bezszelestnie. Wnętrze było zaskakująco sterylne — białe, puste, pozbawione jakichkolwiek osobistych akcentów. Centralnie ustawione łóżko przypominało bardziej stół operacyjny niż miejsce odpoczynku. Nad nim wisiał panel z pulsującymi diodami, których znaczenia nie znał.

— Proszę się położyć — odezwał się głos. Bez źródła. Bez intonacji.

Treys przez chwilę stał nieruchomo. Potem zdjął broń i odłożył ją na metalową półkę przy ścianie. Położył się.

Łóżko dostosowało się do jego ciała z opóźnieniem, jakby najpierw musiało je zarejestrować.

Z sufitu wysunęły się cienkie, elastyczne przewody. Dotknęły jego skroni, karku, nadgarstków. Jeden z nich musnął miejsce tuż pod żuchwą — dokładnie tam, gdzie twarz wciąż piekła po zabiegach.

Zacisnął zęby.

— Proces adaptacji rozpocznie się teraz — oznajmił głos. — Prosimy nie stawiać oporu. Może to wpłynąć na stabilność transferu.

Chciał zapytać, jakiego transferu, ale w tej samej chwili poczuł, jak coś przesuwa się w jego głowie. Nie ból. Raczej wrażenie, że jego myśli są delikatnie odsuwane, porządkowane, jakby ktoś robił miejsce.

Zamknął oczy.

Nie wiedział, kiedy zasnął.

Albo czy w ogóle to było spanie.

Pierwsze obrazy pojawiły się bez ostrzeżenia.

Nie były snami. Były zbyt wyraźne.

Zobaczył dom. Stary. Jednopiętrowy. Stał na przedmieściach miasta, którego nazwy jeszcze nie znał, a mimo to miał pewność, że już tam był. Widział schody. Zegar na półpiętrze. Wskazówki poruszające się w nienaturalnym rytmie.

Potem — twarz kobiety.

Cassy.

Nie patrzyła na niego. Patrzyła przez niego, jakby był tylko nośnikiem spojrzenia kogoś innego. Jej usta poruszyły się, ale nie usłyszał dźwięku.

Nagle wszystkie obrazy zapadły się w otchłań, jakby wpadł do ciemnej studni. Poczuł, że spada.

Szarpnął się gwałtownie.

Przewody napięły się, a łóżko unieruchomiło jego ciało bez użycia siły. Poczuł, jak serce bije mu zbyt szybko, zbyt głośno. Oddychał ciężko.

— Proszę zachować spokój — odezwał się głos. — To jedynie pierwsza faza synchronizacji.

— Z czym? — wychrypiał.

Przez chwilę panowała cisza.

— Z tożsamością operacyjną — padła odpowiedź.

Kolejne dni zlały się w jedno. Podawano mu płyny, których smaku nie potrafił opisać. Czasem budził się przekonany, że jest kimś innym. Czasem znał imiona ludzi, których nigdy nie spotkał.

Ulice. Zapachy. Fragmenty rozmów, urwane w pół zdania.

Najgorsze były momenty, gdy myślał, że słyszy szept.

Nie w pomieszczeniu.

W sobie.

Czwartego dnia obudził się nagle, z zimnym potem na plecach. Przewody zostały już odłączone. W pomieszczeniu było pusto.

Tylko na panelu nad łóżkiem migała pojedyncza dioda — wolno, miarowo.

Jak serce.

Wstał. Nogi miał ciężkie, ale posłuszne. W lustrze przy drzwiach zobaczył gotową twarz Johna Harrisa. Idealnie dopasowaną pod wizerunek w archiwum. Obcą. Chodź zbyt znajomą.

Gdy wywoływacz znów zawarczał, nie podskoczył.

Był gotów.

Albo tak mu się przynajmniej wydawało.

— Poruczniku — odezwał się ten sam beznamiętny głos. — Okno transferowe otworzy się za dziewięć minut. Proszę przejść do komory.

Drzwi po lewej stronie, których wcześniej nie było, rozsunęły się bezszelestnie.

Treys — a może już Harris — zawahał się ułamek sekundy.

W głowie miał wrażenie podwójnego echa.

Jedna myśl mówiła: _to zadanie_.

Druga: _wracam do domu_.

Nie wiedział, która jest jego.

Komora była cylindryczna, wysoka na trzy metry, z pierścieniem metalowych segmentów osadzonych w ścianach. W centrum stała platforma. Nad nią — kopuła z mlecznego szkła, pod którą przemykały słabe, niebieskie wyładowania.

Powietrze pachniało ozonem.

Na podłodze widniał znak — nie wojskowe oznaczenie, nie numer seryjny.

Koncentryczne kręgi przecięte trzema liniami.

Treys zmrużył oczy.

Znał ten kształt.

Widział go.

Nie w bazie.

W domu z wizji. Na drewnianej podłodze, pod dywanem w przedpokoju.

Serce przyspieszyło.

— Proszę wejść na platformę — ponaglił głos.

Wszedł.

Metal pod stopami był ciepły. Zbyt ciepły.

Pierścienie w ścianach zaczęły obracać się powoli, bezszelestnie, jak mechanizm zegara. Światło w kopule zgęstniało.

Treys poczuł ucisk w uszach.

— Transfer inicjowany.

Przez moment wszystko było techniczne.

Proceduralne.

Parametry, impulsy, stabilizacja.

A potem coś się zmieniło.

Światło nie rozszerzyło się na zewnątrz.

Zapadło się do środka.

W niego.

Poczuł, jak jego wspomnienia są przesuwane jak pliki w katalogu.

Dzieciństwo w sektorze wojskowym. Pierwszy strzał. Zapach metalu.

Na ich miejsce wchodziły inne.

Drewniane schody skrzypiące pod ciężarem. Zegar wybijający trzecią nad ranem. Dłoń kobiety o czarnych włosach, która dotyka jego rękawa i mówi:

— John, słyszysz to?

Treys próbował zacisnąć pięści.

Nie mógł.

— Stabilność spada — odezwał się głos, po raz pierwszy z nutą napięcia. — Synchronizacja przekracza zakres.

Na moment zobaczył coś jeszcze.

Nie obraz.

Przestrzeń.

Czarną, bez wymiaru.

A w niej cienką linię — jak pęknięcie w szkle.

Po drugiej stronie coś czekało.

Nie biernie.

Świadomie.

Ucisk w głowie zmienił się w coś innego.

Nie wgrywano mu wspomnień.

Coś je przeglądało.

Z obu stron.

— Przerwać? — zapytał inny głos. Bardziej oddalony.

— Nie. Okno się zamknie. Kontynuować.

Platforma zadrżała.

Treys poczuł, że jego imię oddala się.

_Treys Mayson_.

Brzmiało teraz jak nazwa obiektu.

Operacyjna etykieta.

Natomiast _John_…

To imię miało ciężar.

Historię.

Winę.

Nagle zobaczył twarz mężczyzny ze zdjęcia.

Nie jak fotografię.

Jak odbicie w lustrze.

Tyle że odbicie mrugnęło pierwsze.

Treys szarpnął się wbrew unieruchamiającym impulsom.

— On nie jest pusty! — krzyknął ktoś poza komorą. — W strukturze neuronalnej jest aktywność!

— To niemożliwe. Archiwum było czyste.

„Archiwum”.

Słowo odbiło się w jego głowie dziwnie.

Jakby nie dotyczyło tylko dokumentów.

Coś w pęknięciu poruszyło się bliżej.

I wtedy Treys zrozumiał.

To nie oni otwierają przejście.

Oni tylko korzystają z już istniejącego.

Pierścienie zaczęły obracać się szybciej.

Światło pulsowało w rytmie serca.

Jednego.

Nie wiadomo, czyjego.

— Stabilność wraca — odezwał się pierwszy głos. — Odczyt zgodny z profilem Harrisa.

Treys poczuł, jak jego opór słabnie.

Nie dlatego, że przegrywał.

Dlatego, że przestawał wiedzieć, przeciw czemu walczy.

Ostatnią wyraźną myślą była ta, że dziewczyna z sektora cywilnego miała oczy zbyt czarne.

Jak dwa małe węgle.

Takie same jak Cassy w wizji.

Światło eksplodowało bez dźwięku.

Komora opustoszała.

Platforma była pusta.

Pierścienie zatrzymały się.

W pomieszczeniu kontrolnym technik spojrzał na monitor.

— Transfer zakończony.

— Parametry?

— Obiekt osadzony w 1985. Synchronizacja pełna.

Na jednym z ekranów przez ułamek sekundy pojawiła się dodatkowa linia danych.

Nieprzypisana.

Nieopisana.

„Obecność: potwierdzona.”

Zniknęła, zanim ktokolwiek zdążył ją odczytać.

A w Cincinnati, pod koniec 1985 roku, mężczyzna stojący przed starym barem na przedmieściach uniósł rękę, by uchwycić słuchawkę wiszącą na aparacie telefonu.

Przez chwilę zawahał się — jakby nie był pewien, czy to realne i czy zaraz rzeczywistość nie rozpadnie się jak domek z kart.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij