-
nowość
Protokół numer trzy: Spójność procesowa - ebook
Protokół numer trzy: Spójność procesowa - ebook
Nie każde śledztwo powinno zostać doprowadzone do końca. Tak przynajmniej twierdzi system. W thrillerze polityczno-prawniczym Protokół numer trzy. Spójność procesowa Janusz Pi zabiera czytelnika do świata, w którym prawo nie służy sprawiedliwości, lecz stabilności instytucji. Gdy Marek Orłowski — prokurator z wieloletnim doświadczeniem — odkrywa istnienie tajnego protokołu regulującego „zarządzanie kryzysami”, zaczyna rozumieć, że niektóre sprawy są umarzane nie dlatego, że brakuje dowodów, lecz dlatego, że prawda jest zbyt niebezpieczna. Fałszywi świadkowie. Idealnie zsynchronizowane zeznania. Samobójstwa, które rozwiązują problemy szybciej niż wyroki sądów. To mroczna, realistyczna opowieść o władzy, odpowiedzialności i cenie, jaką płacą ci, którzy zadają niewłaściwe pytania. Thriller bez prostych odpowiedzi, w którym zwycięstwo oznacza tylko jedno: że ktoś inny zapłacił wyższą cenę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368732375 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PARKING
Parking podziemny przy Grzybowskiej był jednym z tych miejsc, które nigdy nie należały do ludzi. Betonowy, niski, zaprojektowany po to, by samochody znikały pod ziemią, a razem z nimi wszelkie ślady obecności. Ściany nosiły ślady wilgoci, farba łuszczyła się płatami, a żółte linie wyznaczające miejsca postojowe dawno straciły sens.
Marek Orłowski zatrzymał się przy wjeździe. Przez chwilę tylko stał i patrzył.
Nie na ciało — jeszcze nie — ale na policjantów, techników, taśmy. Na rutynę.
— Kto go znalazł? — zapytał.
— Ochroniarz z nocnej zmiany — odpowiedział aspirant. — Usłyszał coś, myślał, że petarda. Potem zobaczył samochód z otwartymi drzwiami.
— Monitoring?
Policjant skrzywił się.
— Awaria. Trzy kamery. Dokładnie te, które obejmują ten sektor.
Marek skinął głową.
Tak właśnie działał świat, który znał.
Podszedł bliżej. Ciało Jana Kuleszy leżało niemal idealnie w osi między filarem a tylnym zderzakiem SUV-a. Nikt go nie przesunął. Nie było potrzeby. Układ był „czysty”.
— Strzał z bliska — powiedział lekarz sądowy, mężczyzna po pięćdziesiątce, z głosem pozbawionym emocji. — Kąt lekko z góry. Sprawca stał tuż przy nim.
— Ile czasu żył? — zapytał Marek.
Lekarz spojrzał na notatki.
— Od kilkunastu do kilkudziesięciu sekund. Wystarczająco długo, żeby zrozumieć, że umiera.
Marek przykucnął. Zobaczył drobne pęknięcie skóry na dolnej wardze. Krew zaschnięta nierówno.
Kulesza musiał coś powiedzieć. Albo próbować.
— Znasz go? — zapytał aspirant.
— Znałem — poprawił Marek. — Wszyscy go znali.
Nie powiedział, że znali się ZA DOBRZE.
W kieszeni marynarki znaleźli kartkę. Marek patrzył, jak technik wyciąga ją pęsetą, jakby była czymś zakaźnym.
— Co to?
— Wiadomość.
Na papierze, drukowanymi literami, bez pośpiechu:
PROTOKÓŁ NUMER TRZY
Marek poczuł ucisk w klatce piersiowej. Nie gwałtowny. Systematyczny. Jakby ktoś powoli zakręcał zawór.
— To coś panu mówi? — zapytał policjant.
— Tak — odpowiedział Marek po chwili. — I to jest problem.2
TO, CZEGO NIE MA
Gabinet Marka był na siódmym piętrze. Okno wychodziło na dziedziniec, na którym nigdy nie było słońca. Idealne miejsce do podejmowania decyzji, których nikt nie chciał firmować nazwiskiem.
Zamknął drzwi. Usiadł. Przez kilka minut nie robił nic.
Protokół numer trzy nie miał numeru sprawy. Nie miał daty. Nie miał podpisów.
Był zbiorem zasad, których NIE WOLNO BYŁO ZAPISAĆ WPROST.
— To wentyl bezpieczeństwa — mówili wtedy. — Dla państwa.
Marek pamiętał tę naradę. Ciszę między zdaniami. To, że nikt nie zaprzeczył.
Kulesza zaprzeczył później. Po cichu. Kopiując dokument.
— Nie możemy tego tak zostawić — powiedział mu kiedyś. — Ktoś za to zapłaci.
— Zawsze ktoś płaci — odpowiedział Marek. — Pytanie tylko: kto.
Teraz odpowiedź leżała w kostnicy.
Marek wyjął z sejfu starą teczkę. Pusta.
Tak miało być.
Telefon zadzwonił.
— Media dzwonią — powiedziała sekretarka. — Co mam mówić?
— To, co zawsze — odpowiedział Marek. — Że trwa postępowanie.
Odłożył słuchawkę i poczuł wstyd. Nie za kłamstwo.
Za to, jak ŁATWO przyszło.3
MIESZKANIE KULESZY
Mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze starej kamienicy. Klatka schodowa pachniała kurzem i gotowaną kapustą. Drzwi do lokalu były uchylone, jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę.
— Policja już tu była? — zapytał Marek technika.
— Jeszcze nie. Zgłoszenie przyszło z opóźnieniem.
W środku panowała cisza. Nie domowa. Kontrolowana.
Salon był „przetrząśnięty” w sposób teatralny. Szuflady wysunięte równo. Dokumenty porozrzucane, ale żaden nie podarty. Telewizor stał. Biżuteria żony nietknięta.
— Szukali konkretu — mruknął Marek.
W sypialni zobaczył krew. Na prześcieradle. Na ramie łóżka.
Za dużo jak na drobną ranę. Za mało jak na śmierć.
— Tu go postrzelili — powiedział cicho. — Albo tu konał.
Technik spojrzał na niego uważnie.
— Skąd pan to wie?
Marek nie odpowiedział.
W gabinecie znalazł pendrive’a. Leżał w szufladzie, na wierzchu.
Zbyt oczywiste.
Podłączył go do laptopa. Jedno zdjęcie. On sam. Przed blokiem.
Godzina wykonania: 07:12.
Telefon zawibrował.
— Nie szukaj tego, czego nie chcesz znaleźć — powiedział męski głos. Spokojny. — Jan też myślał, że zdąży.
— To wy go zabiliście? — zapytał Marek.
— My tylko zamykamy sprawy.
Rozłączyli się.
Marek stał w obcym mieszkaniu, w obcym życiu, i po raz pierwszy od lat poczuł CZYSTĄ, PRYWATNĄ WŚCIEKŁOŚĆ.
Nie systemową.
Osobistą.4
ARCHIWUM
Archiwum znajdowało się dwa poziomy pod ziemią, pod skrzydłem administracyjnym, którego nikt nie odwiedzał po godzinach. Betonowe korytarze były wąskie, a sufit tak niski, że Marek miał wrażenie, iż musi się garbić, choć w rzeczywistości było to tylko napięcie mięśni karku.
Światło zapalało się sekcjami. Najpierw jedno, potem kolejne, jakby budynek sprawdzał, czy warto go wpuścić.
— Głupota — mruknął do siebie.
Nie powinien tu być sam. Wiedział o tym. Ale przez lata nauczył się, że PROCEDURA JEST PANCERZEM. A pancerze rzadko zawodzą — dopóki ktoś nie celuje w szczeliny.
Drzwi do archiwum otworzył kartą. Zamek zaskoczył cicho, niemal uprzejmie.
W środku panował chłód. Nie naturalny — technologiczny. Zapach papieru, kurzu i metalu. Regały stały w równych rzędach, oznaczone numerami. Wszystko miało swoje miejsce. Wszystko było podporządkowane logice, która nie przewidywała przemocy.
Marek przeszedł kilka metrów, zanim dotarło do niego, że COŚ SIĘ NIE ZGADZA.
Za cicho.