Protokół śmierci - ebook
Monika Dobrucka, zaniepokojona nagłym milczeniem rodziców, wraca do rodzinnego domu w Poznaniu. To, co znajduje w środku, budzi w niej głęboki niepokój. Sterylnie wysprzątane wnętrza oraz pusty sejf nie wróżą bowiem niczego dobrego. Jakby tego było mało, jej brat zachowuje się bardziej tajemniczo niż zwykle. Wkrótce staje się jasne, że wydarzyło się tutaj coś makabrycznego…
Kilka tygodni wcześniej, w samym środku szalejącej pandemii, komisarz Robert Wiśniewski zostaje wciągnięty w sprawę śmierci młodej pacjentki. Dochodzenie na początkowym etapie zbagatelizowano – nikt nie widział powodu, aby drążyć niewygodny temat. Matka zmarłej dziewczyny nie ustaje jednak w poszukiwaniu prawdy. Z czasem wychodzą na jaw zaniedbania systemowe, które doprowadziły do tragedii.
Róża Lewanowicz łączy elementy kryminału, thrillera i dramatu obyczajowego, tworząc przejmującą opowieść o winie, odpowiedzialności i granicach moralnych. Historia, osadzona we współczesnej Polsce, boleśnie przypomina aktualną rzeczywistość.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789180765947 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Prolog
Listopad 2021 roku
Poznań, godzina 00.31
Monika Dobrucka wysiadła z taksówki i spojrzała na dom swoich rodziców. Starała się dostrzec w nim oznaki życia. W oknie jadalni świeciło się światło, także w jednym z pokoi na górze przez chwilę widziała zapaloną lampę, która jednak zaraz zgasła. Kobieta westchnęła, złapała rączkę od walizki i ruszyła w stronę wejścia.
Stare, ale solidne drzwi były zamknięte na klucz, więc Monika przez chwilę mocowała się z zamkami. Weszła do środka, postawiła walizkę pod ścianą i sięgnęła do włącznika światła. Przez ułamek sekundy w jej głowie pojawiła się myśl, że górna lampa się nie zaświeci, i przestraszyła się, że będzie tkwiła tak w holu pogrążona w mroku, niczym bohaterka kiepskiego filmu grozy.
– Czarek?! – zawołała, stojąc przed krętymi drewnianymi schodami. – Jesteś w domu?!
Cisza.
Monika nie zdecydowała się iść na piętro. Skierowała kroki do dużej kuchni. Gdy tylko stanęła na jej progu i zapaliła światło, zamarła.
Pomieszczenie było nieskazitelnie czyste, jakby to była szpitalna sala operacyjna, a nie kuchnia, w której zazwyczaj panował zwykły, swojski nieład. W powietrzu unosił się zapach środków czystości, z wyraźną przewagą płynu dezynfekującego, którego od początku pandemii wszyscy nadużywali. Monika zrobiła krok do przodu, ale jakaś niewidzialna siła powstrzymała ją przed pójściem dalej. Sterylność pomieszczenia miała w sobie coś złowrogiego. Kobieta wycofała się, by odszukać swojego brata.
Od razu dało się zauważyć, że cały parter był pieczołowicie wysprzątany. Wszystkie powierzchnie dokładnie odkurzono i umyto, a stary, przedwojenny dywan leżał zwinięty pod ścianą. Monika obeszła każdy zakamarek, starając się zrozumieć cokolwiek z tego, co zastała w domu. Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że z półki nad kominkiem zniknęło kilka fotografii. Podeszła bliżej.
– Brakuje zdjęć Czarka – powiedziała do siebie.
Rozejrzała się i zaczęła nasłuchiwać. Usłyszała ciche skrzypienie podłogi w pokoju nad sobą. Znała ten dom jak własną kieszeń, wiedziała więc, że ktoś jest w sypialni gościnnej, której okna wychodziły na duży park po drugiej stronie ulicy. Poszła tam.
– Czarek? – Stanęła w drzwiach i z niepokojem wpatrywała się w nieruchome plecy brata, zza firanki obserwującego otoczenie za oknem. – Cezary, co ty robisz? Co się tutaj dzieje?
Obejrzał się i rzucił jej gniewne spojrzenie.
– Czarek, nie możesz się tak zachowywać. – Monika podeszła do niego i popatrzyła na jego profil. – Gdzie są rodzice?
– Nie wiem – burknął, nie odrywając wzroku od okna. – Zadzwoń do nich.
– O to chodzi, że dzwoniłam. Od dobrych kilku dni ich telefon milczał, a teraz w ogóle jest wyłączony. Dlatego przyjechałam.
– Kurwa! – warknął mężczyzna. – Ciągle tam siedzą.
– Kto? – Monika spojrzała w stronę parku. – O czym ty…
– Ta dwójka. Usiedli na ławce i gapią się na dom.
– Czarek… – Dobrucka zmrużyła oczy. – To po prostu… jakieś żule. Siedzą i piją piwo. Daj im spokój.
– A czy ty widziałaś kiedyś tu jakichś żuli?
– No… Kiedyś tak. O co ci chodzi?
Cezary odsunął się od okna i sięgnął do kieszeni.
– Co robisz? – zapytała Monika.
– A jak sądzisz? Dzwonię na policję.
– Co? Przestań! – Złapała jego dłoń i ścisnęła mocno.
Znów obdarzył ją gniewnym spojrzeniem.
– Puszczaj – głos Czarka przypominał syk węża.
– Nie, dopóki mi nie powiesz, co się dzieje. Dlaczego tu jest tak czysto? Co ty kombinujesz?
– Nic nie kombinuję. Daj mi zadzwonić.
– Jest po północy, nikt nam nie zagraża, po co wzywać policję. Powiedz mi, kiedy ostatnio rozmawiałeś z rodzicami?
Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami. Miał minę, jakby chciał się odezwać, ale tylko wyrwał rękę z jej uścisku i znów zajrzał za firankę.
– Nic z tego nie rozumiem! – słowa Moniki były pełne rozpaczy. – Wiem, że masz swoje problemy, ale nie możemy dłużej tolerować twoich wybryków i tłumaczyć ich chorą głową. Każdy musi się jakoś zachowywać, nawet ty.
Zero reakcji. Cezary znów stał nieruchomo, wpatrzony w okno. Zdawał się w ogóle nie słyszeć siostry.
Monika skrzywiła się i poszła do pokoju rodziców. Tam również panował nienaganny porządek. Kobieta postanowiła przeszukać wszystko, licząc na to, że uda się jej znaleźć wskazówki dotyczące zniknięcia ojca i matki. Otwierała i zamykała szafy, zajrzała do każdej szuflady, a nawet pod łóżko. Przez ścianę słyszała, że jej brat dzwoni na policję i informuje o dwóch osobach w parku zakłócających ciszę nocną. Przystanęła i zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna odwołać patrolu, tłumacząc zachowanie brata jego niedyspozycją psychiczną, ale wówczas jej wzrok spoczął na wnętrzu zabytkowej komody pod ścianą, która wyglądała na nieco przesuniętą względem swego pierwotnego położenia.
– Sejf – szepnęła i podeszła do mebla. Złapała go i z wysiłkiem odsunęła od ściany.
Staromodna, ale bardzo funkcjonalna skrytka była wbudowana w ścianę, więc wystarczyło zasłonić ją czymkolwiek, by nie była widoczna dla postronnych. Rodzice Moniki i Cezarego trzymali w sejfie dokumenty, pieniądze i biżuterię rodową. Kobieta szacowała, że wartość tego wszystkiego oscylowała w granicach miliona złotych.
– Pusty – powiedziała cicho, widząc uchylone drzwiczki i brak przedmiotów w skrytce.
Zimny pot oblał jej plecy. Tylko jedna osoba mogła go wyczyścić – ta sama, która tak dokładnie wysprzątała cały dom.
Czarek nie znał szyfru do sejfu, choć zawsze dawał do zrozumienia, że to wielka niesprawiedliwość. Monika wiedziała, że ojciec nigdy by mu go nie udostępnił, chyba że…
Wybiegła z sypialni rodziców i ruszyła prosto do pokoju Czarka. Widok spakowanych walizek i pudeł na środku pomieszczenia wcale jej nie zdziwił – przeraził ją. Chwyciła oburącz za poły płaszcza, tuż pod szyją, zrobiła krok w tył i… wpadła na brata, który stał za nią.
– Co ty… – głos uwiązł jej w gardle.
– Co? Co? – Twarz Cezarego przypominała wykutą w skale rzeźbę. – Masz jakiś problem?
– Dlaczego się spakowałeś? – wyszeptała. – Gdzie są… Co zrobiłeś z… rodzicami?
Zamiast odpowiedzieć, Czarek wyciągnął dłonie i złapał ją za szyję. W pierwszej chwili mózg Moniki nie przyjął tego do wiadomości, więc nawet nie chwyciła brata za dłonie, tylko wciąż trzymała się swojego płaszcza.
– Zaraz ci pokażę, co z nimi zrobiłem – wycedził, zaciskając mocniej palce wokół jej szyi.
Wtedy zrozumiała wszystko, ale było już za późno. Była zbyt słaba, żeby z nim walczyć. Okazało się, że jest bardzo silnym, wysportowanym mężczyzną, który bez trudu zwlókł ją na dół i położył na ziemi.
– Wszystko popsułaś – mówił, wciąż ją podduszając, jakby sprawiało mu to wielką przyjemność.
„Bo sprawia!” – zdała sobie sprawę Monika.
– Miałaś przyjechać wcześniej, żeby mnie dziś tu już nie było. Miałem się z tobą rozprawić… siostro. Coś słabo kochasz tych swoich rodziców – szydził. – Tyle dni nie sprawdziłaś, co się z nimi stało. A taka dobra z ciebie córeczka.
Przed oczami Moniki zaczęły pojawiać się mroczki. Jej przerażenie rosło. Chciała żyć, ale była pewna, że brat ją zamorduje. Zapragnęła więc jednego, żeby tortura po prostu się już skończyła.
„Mogłam nie przyjeżdżać” – pomyślała, zanim straciła przytomność. „Mogłam wezwać policję, żeby sprawdziła dom…”
Monika się ocknęła. Zamrugała powiekami, jakby nie dowierzając, że nie jest martwa. Leżała na wznak i patrzyła w betonowy sufit z jedną słabą żarówką. Wiedziała, że jest w piwnicy ich domu. Dużej, pełnej pajęczyn piwnicy, której tak strasznie się bała jako dziecko.
Spróbowała obrócić się na bok. Kiedy zdołała to zrobić, pojęła, że o wstaniu nie ma już mowy – w ogóle nie czuła nóg. Leżała więc, łapiąc oddech, walcząc z bólem szyi i gardła.
„Może nie złamał mi kości gnykowej?” – pomyślała z nadzieją. „Chyba by mnie to zabiło… Może ktoś mnie tu znajdzie?”
Nasłuchiwała odgłosów z góry, ale żaden dźwięk nie docierał do piwnicy.
Otworzyła szerzej powieki i wbrew własnej woli uświadomiła sobie wreszcie, co widzi. Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie przesłoniły obrazu dwóch podłużnych worków ułożonych pod ścianą.
„Już śmierdzą” – przeszło jej przez myśl. „Jest zimno, ale już się rozkładają. Mam nadzieję, że nie cierpieli…”
Zrobiło się całkiem ciemno i przestała czuć cokolwiek.I
Warszawa, trzy tygodnie wcześniej
Większość ludzi, którzy znali Roberta Wiśniewskiego – komisarza, aktualnie pracującego dla Centralnego Biura Śledczego Policji – nie miała pojęcia, że tak naprawdę miał on na imię Tomek. Gdyby zajrzeć mu w dowód osobisty albo do legitymacji służbowej, można by się dowiedzieć, że pan komisarz nazywa się Tomasz Robert Wiśniewski. Drugiego imienia zaczęli używać jego rodzice jeszcze w przedszkolu, gdy wychowawczyni kazała dzieciom przychodzić z workami na kapcie z wyszytymi na nich inicjałami. Ojciec Tomka, z niezrozumiałych wówczas dla malucha powodów, nie życzył sobie, by jakiekolwiek rzeczy syna opatrzone były literami „TW”.
– Już lepsze byłoby „WC” – stwierdził stanowczo Wiśniewski senior. – Mniejszy wstyd.
Potem wszyscy przywykli do Roberta i zapomnieli, skąd się ta zamiana wzięła.
Od czasu rozpoczęcia przez niego służby tylko niektórzy koledzy i przełożeni wiedzieli, że Robert jest Tomkiem, a i sam zainteresowany zdawał się o swoim pierwszym imieniu nie pamiętać.
Tego dnia jednak sobie przypomniał, a to za sprawą swojej małżonki. Nazwała go Tomaszem przy porannej awanturze, której przyczyna nie była dla niego zupełnie jasna – jak zwykle zresztą, gdy Aneta urządzała mu jazdę o poranku. Nie słuchał jej wcale; w sumie to nawet jej nie słyszał. Jeden z policyjnych psychologów powiedział mu, że w ten sposób się dysocjował, żeby nie zwariować.
– To taki fajny mechanizm obronny – powiedział z uśmiechem, kiedy Robert trafił do niego na sesję po jakiejś strzelaninie. – Pozwala ci nie przyjmować na klatę całego kwasu, jaki się na ciebie wylewa.
Robert jechał więc do pracy i zamiast myśleć o tym, czego tym razem chciała jego – bardzo niewierna swego czasu – żona, zastanawiał się, dlaczego użyła jego pierwszego imienia.
„Chciała mnie obrazić bardziej niż zwykle?” – zadumał się, stojąc na światłach. „Ale to bez sensu. To całkiem neutralna rzecz”.
Gdyby byli normalnym małżeństwem, zapytałby ją o tę kwestię wieczorem przy kolacji, ale przecież nie byli normalni pod żadnym względem, a zadanie tego pytania rozpętałoby niemal na pewno kolejną awanturę, trwającą do północy. Dlatego pozostało mu smętne dumanie, które przeciągnęło się do chwili, gdy parkował auto na służbowym parkingu i wchodził do budynku, gdzie mieścił się jego oddział Biura. Minął stanowisko ochrony, wyjął przepustkę i przyłożył ją do czytnika obok szklanych drzwi. Żeby wejść do pomieszczenia, w którym pracował, musiał potem jeszcze zeskanować palec – nowość denerwująca dosłownie każdego.
– Powinno być odwrotnie, jeśli już naprawdę mamy mieć to podwójne zabezpieczenie – oburzał się Marcin Słomkowski, jeden z kolegów Roberta. – Palec na wejściu, a tu karta. Jak mam, kurwa, wchodzić na open space z kawą, jedzeniem i jeszcze wyciągać palucha?
– Wiem, wiem. – Tomek Kotowicz, szef ich oddziału, kiwał głową. – Zgłosiłem to, ale potrwa, zanim ktoś zatwierdzi zmianę.
Rzeczywiście – zatwierdzanie zmiany trwało i trwało, więc gdy Wiśniewski wszedł na korytarz, zobaczył Słomkowskiego, który jak zwykle miotał się przy drzwiach, usiłując dostać się do miejsca pracy i nie oblać przy tym zawartością kubka.
– Czekaj, Sisior – zawołał, śpiesząc w stronę nieboraka. – Już służę pomocą.
– Dzięki – wybełkotał Słomkowski z bajglem w ustach.
Mężczyźni weszli do środka i Wiśniewski już miał rzucić komentarz, że te zabezpieczenia o kant dupy potłuc, skoro i tak mało kto wie, że w ogóle zajmują ten budynek, kiedy zauważył, że przy jego biurku na krześle „gościnnym” siedzi jakiś młody posterunkowy, nerwowo ściskający w dłoniach furażerkę.
– Co do… – zaczął, marszcząc brwi.
– A, tak! – Słomkowski miał wreszcie wolne usta. – Przyszedł tu jakieś pół godziny temu i koniecznie chciał z tobą rozmawiać.
– Ale…
– Stary się zgodził – uprzedził jego protesty kolega. – Jeśli załatwicie sprawę przed poranną odprawą.
– I jeszcze co? – mruknął Robert. Nikt tu ot tak nie wchodził, życząc sobie rozmowy z kimkolwiek. Na pewno nie jakiś pierwszy lepszy leszcz, pewnie z Komendy Stołecznej. Nieco zły, ale też zaintrygowany, podszedł do swojego biurka i postawił na nim plecak. – O co chodzi? – zaczął bez ogródek, wyciągając laptopa i drugie śniadanie.
Młody policjant wstał, przełknął ślinę i spojrzał na Roberta błagalnym wzrokiem.
– Komisarz Tomasz Wiśniewski? – odezwał się, jakby chciał się upewnić.
Wiśniewskiemu dosłownie włos zjeżył się na głowie. „Co jest?! Jakiś spisek z moją wiedźmą?” – pomyślał i odpowiedział odrobinę nieuprzejmie:
– A kto pyta?
– Posterunkowy Kałuża. Jestem z… Przychodzę… To znaczy… Ktoś umarł – stwierdził w końcu stanowczo i nieco się rozluźnił. – Tak, zmarła kobieta i potrzebne jest śledztwo.
– Że co?! A co ja mam z tym wspólnego? To nie wydział zabójstw. Jaja sobie robisz? – Robert rozejrzał się wokoło, by sprawdzić, czy jego koledzy przypadkiem nie mają czegoś wspólnego z tą niedorzeczną sytuacją.
– Tak, wiem. Ja wszystko rozumiem, ale potrzebne są środki… To znaczy ktoś, kto się tym dobrze zajmie.
– Ja pierdolę! Gościu, mów z sensem albo cię stąd wyrzucę.
– Pracował pan kiedyś z komisarzem Pawłowskim ze Stołecznej, prawda?
– I co z tego? On już nawet nie jest w służbie – zauważył Robert, mając na myśli to, że komisarz Pawłowski od niemal pięciu lat odsiadywał długoletni wyrok za defraudację dużej sumy pieniędzy należących do Skarbu Państwa.
– Tak, przebywa w… To znaczy, ekhm… – zawahał się posterunkowy, nie chcąc powiedzieć wprost, co działo się z dawnym kolegą z pracy Wiśniewskiego. – Chodzi o to, że to mój wujek, i ja z nim rozmawiałem o tej śmierci, i on mi powiedział, że u nas w Stołecznej wszyscy będą to teraz mieli w dupie. Tę śmierć, znaczy się. I że powinienem pójść do kogoś, kto mi naprawdę pomoże.
– A wydział zabójstw się do tego nie nadaje, tak? Albo jakiś inny. – Robert, choć nadal nieco zirytowany, uspokoił się na tyle, że usiadł przy biurku i wyjął kubek z szuflady. – Wydział zabójstw nie umie naprawdę rozwiązać sprawy czyjejś śmierci?
– Hmm, no nie. Nie tej śmierci – odparł posterunkowy zaskakująco pewnym tonem.
– O matko! – Wiśniewski potarł brwi, wzdychając. – Nic z tego nie rozumiem, a w dodatku jestem przed pierwszą kawą. A dobra! – Złapał kubek i podniósł się z fotela. – Zapraszam do kuchni, tam mi o wszystkim opowiesz.
Wychodząc, zerknął w stronę przeszklonego pokoju swojego szefa, inspektora Tomka Kotowicza, który siedział przy biurku z nosem w papierach i nie wydawał się wcale zainteresowany sytuacją swojego podwładnego, mimo że była ona co najmniej dziwna.
„Może to naprawdę jakiś prank? Może wszyscy się zmówili dziś, żeby od rana testować moją cierpliwość?” – myślał, zmierzając korytarzem do pokoju socjalnego.
– Jeśli chcesz kawy, młody, musisz sobie sam zrobić – zaznaczył, gdy znaleźli się na miejscu. – Jakoś nie jestem w nastroju, żeby obsługiwać dziś młodszych stopniem.
– A, nie, nie trzeba. – Policjant się uśmiechnął. – Nawet bym nie śmiał prosić… Poza tym już piłem. Ee… kawę, znaczy się.
– Jasne – mruknął Robert, nalewając wody do pojemnika ekspresu. – To mówisz, że stary Pawło jest twoim wujkiem i cię do mnie wysłał?
– Mhm. – Pokiwał głową. – Byłem u niego… na widzeniu. I tak mi właśnie powiedział.
Wiśniewski spojrzał na niego znad ramienia, przerywając czynności przy ekspresie.
– Pawło wysłał ciebie do mnie? Serio?! Że niby ja miałbym zrobić coś lepiej niż ludzie ze Stołecznej?
– Tak. – Kałuża przełknął ślinę. – Stwierdził, że nie dostrzegał pana potencjału, ale teraz wie, że to pan załatwi tę sprawę jak trzeba.
– Nooo, tego jeszcze nie grali. – Robert kręcił głową z niedowierzaniem. Nalał sobie kawy i zaczął energicznie mieszać łyżeczką w kubku, choć nawet nie wsypał do niego cukru. – Jakieś jaja, jak słowo daję.
– Co pan mówił?
– Siadaj, synku. – Robert wskazał na krzesełko obok niedużego stolika pod ścianą. – To ci opowiem. Wiesz, jak mówili na mnie w Stołecznej?
Młody człowiek pokręcił głową, ale Wiśniewski wyczuł w tym ruchu fałsz.
– Laluś. Albo ciota. Albo pan-ładna-buźka. Nikt, podkreślam: nikt, nie traktował mnie poważnie. A już na pewno nie Pawło. Więc gadaj mi zaraz, o co tu, kurwa, chodzi tak naprawdę, albo wypierdalaj z mojego biura i zapomnij, że tu byłeś.
Posterunkowy zamrugał powiekami.
– Jest, jak mówię – odparł cicho. – Umarła kobieta i nikt się tym nie przejmuje, bo jest pandemia.
W tym momencie Wiśniewski poczuł, że ta opowieść nie idzie w dobrą stronę i że nie chce słuchać jej dalej. Nic jednak nie powiedział, tylko podniósł kubek do ust, jakby chciał sam je sobie zamknąć.
– Żaden ze mnie śledczy – ciągnął Kałuża – ale myślę, że tej śmierci dało się uniknąć, że ktoś zawiódł… zaniedbał obowiązki. Lekarze. Lekarka. System… Słyszałem o wielu podobnych przypadkach. Krążą plotki, pełno tego w internecie. Ktoś wykitował w karetce, która stała w kolejce do szpitala, bo dla personelu najważniejsze były testy na kowida. I nikt z tym nic nie robi.
– To dlaczego tym razem ma być inaczej? – zapytał Robert, odstawiając kawę na blat. – Co takiego jest w tej sprawie?
– Mogą być dowody – odpowiedział policjant nieco hardym tonem. – Twarde dowody na winę personelu.
„Jakby w tych innych sytuacjach nie było” – pomyślał ponuro Wiśniewski.
– Matka… – zaczął posterunkowy, ale przerwał nagle. Pochylił się i oparł łokcie na kolanach. – Matka tej kobiety nie daje nam spokoju. To znajoma jednego z policjantów i ciągle do niego przychodzi, wystaje przed komendą, dzwoni, wysyła wiadomości… W końcu ten policjant przyszedł do nas i poprosił, żebyśmy z nią pogadali, spisali zeznania i dali jej do zrozumienia, że ktoś się tym interesuje. Liczył na to, że może wtedy sobie pójdzie. Padło na mnie, bo jestem najmłodszy. Nikt się nie chciał tym zajmować. No to pogadałem, wysłuchałem, byłem u patologa…
– Słucham?! – przerwał mu Wiśniewski. – Zrobili autopsję?
– A skąd! – odparł zbulwersowany Kałuża. – Matka nie pozwoliła jej pochować, ale nikt nie chciał robić sekcji, więc poszedłem zapytać, czy by się nie dało…
– Łał! – mruknął Robert. – Musiała być naprawdę przekonująca.
Młody policjant spojrzał na niego z wyraźną dezaprobatą.
– Tu nie chodzi o to, czy była przekonująca, ale o to, że zmarła jej jedyna córka, która mogła jeszcze żyć.
– Tego nie wiesz. – Wiśniewski zacisnął szczęki, czując, że ma dość tej rozmowy.
– No właśnie! Trzeba to sprawdzić. U nas naprawdę wszyscy mają to w dupie, dlatego pojechałem do wuja, żeby coś poradził. Powiedział, że tylko wasz wydział będzie w stanie cokolwiek zdziałać…
– Dlaczego? Bo jesteśmy dziwkami Brzezińskiego? Tak o nas mówią, prawda?
Romuald Brzeziński, były komunistyczny agent służb, a w wolnej Polsce premier, wydzielił ich niewielką komórkę z CBŚP i kierował nią, nieoficjalnie, nawet po przejściu na emeryturę. Z tego powodu większość policyjnego środowiska patrzyła na nich krzywo, nie szczędząc im nieprzyjemnych epitetów, wyrażanych nawet w bezpośrednich kontaktach.
– Nie ma znaczenia, jak mówią. Ważne, że macie możliwości. A pan… Wujek powiedział, że pan będzie miał dość serca, żeby się tym zająć, ale widzę, że chyba się mylił. – Policjant zacisnął usta w cienką kreskę. Jeszcze mocniej chwycił swoją furażerkę i wstał z krzesła, prostując się, niby do postawy na baczność. – Pojadę już.
– Mhm… – mruknął Robert, nieco zaskoczony.
– Tak czy inaczej, dzięki za poświęcony cenny czas. I… smacznej kawy. – Kałuża ruszył w stronę wyjścia, nie czekając na odpowiedź.
– Czekaj! – Wiśniewski poderwał się i wyszedł za nim na korytarz. – Ktoś musi ci otworzyć…
– Nie trzeba. Mój kolega siedzi na ochronie – odparł, nawet nie odwracając się w stronę Roberta.
– Ja jebię – wymamrotał komisarz, idąc po kubek. – A nawet nie ma dziewiątej.
Odprawa trwała bardzo krótko. Ludzi do pracy było mało, a i samej pracy też nie za wiele.
Po spotkaniu Wiśniewski podreptał za szefem do jego przeszklonego gabinetu, zwanego akwarium.
– No? – Kotowicz usiadł przy biurku, obdarowując Wiśniewskiego przelotnym, lekko zirytowanym spojrzeniem.
– Chodzi o tego policjanta…
– Zajmiesz się tym – stwierdził inspektor.
– Yyy… – zacukał się Robert, gdy dotarło do niego, że nie usłyszał tam pytania. – Ale jak to?
– Tak to. Ruszysz dupsko zza biurka i pojedziesz w tak zwany teren, żeby się przyjrzeć tej sprawie.
– A wiesz w ogóle, o co w niej chodzi?
– Nie – odparł Kotowicz, jakby rozbawiony. – Nie obchodzi mnie to. Nie ma twojego partnera, wszystkie wasze sprawy są na takim etapie, że mogą się nimi zająć nasze dwa żółtodzioby, a ty, jako jeden z nielicznych, jakimś cudem nie łapiesz tego chińskiego świństwa i chodzisz zdrowy jak koń. Zbadaj ten przypadek jak rasowy śledczy, dowiedz się wszystkiego, jakby chodziło o twoją własną rodzinę, a potem przyjdź i zdaj mi relację. Zrozumiano?
– Tak – burknął Robert, choć bardzo chciał się dalej kłócić. Och, jak bardzo tego poranka chciał w końcu komuś wygarnąć. – Pracuję w terenie. Nie wiem, po co ten przytyk.
– Ja też nie. – Kotowicz wzruszył ramionami, odchylił się w fotelu i zaczął bujać rytmicznie w przód i w tył. – Tak mi się wyrwało. Zbieraj manatki i zajmij się tematem.
Wiśniewski skinął głową i ruszył w stronę wyjścia, ale w drzwiach obrócił się na pięcie i spojrzał na szefa.
– Ale wiesz, że tu chodzi o służbę zdrowia?
– Mhm. Tak mi się obiło o uszy i dlatego uważam, że się nadajesz. To zadanie tylko dla twardzieli.II
Przed dziesiątą ruch na warszawskich ulicach był już mniejszy, więc Robert dotarł na Plac Bankowy całkiem szybko. Nie pojechał jednak pod mieszczący się w Pałacu Mostowskich gmach Komendy Stołecznej Policji, ale skręcił w lewo w Aleję Solidarności, gdzie mieściło się biuro detektywistyczne jego byłego kolegi z CBŚP, Łukasza Meyera. Los sprawił, że nigdy nie pracowali w jednym wydziale – gdy Łukasz zmieniał kierunek swojej kariery, Robert miał dopiero dołączyć do tej grupy funkcjonariuszy – znali się jednak dobrze. Połączyła ich sprawa porwania żony Meyera, a potem kolejne, niemniej dramatyczne zdarzenia. Gdy Aneta Wiśniewska rodziła ich syna, Bartka, Justyna Meyer była w ciąży z drugim dzieckiem, więc zaczęli dość często spotykać się towarzysko i wymieniać doświadczeniami rodzicielskimi. Robert cenił Łukasza za to, że ten nigdy nie traktował go z góry albo z irytującym pobłażaniem, jak robiło to wielu jego kolegów z policji. Łukasz dla wszystkich był w porządku i do każdego podchodził z szacunkiem, dlatego ludzie do niego lgnęli. Co innego Justyna, o której mówiono, że jest wiedźmą zaglądającą w ludzkie dusze bez pozwolenia. Wiśniewski nieco się jej bał, głównie z powodu jej bardzo bliskiej współpracy z byłym premierem Brzezińskim i tajnymi służbami, do której zresztą nigdy się oficjalnie nie przyznawała, pracując na co dzień jako wiceprezes wielkiej korporacji. Robert szanował ją natomiast za jedną rzecz. Od razu poznała się na jego Anecie i nigdy nie kryła, co o niej myśli – nie przed Robertem.
– Weź ty kopnij w dupę tego maszkarona – powiedziała mu, kiedy spotkali się na chrzcinach Bartka. – Łap dzieciaka i spierdalaj.
– Co? – Robert zaśmiał się nerwowo. Aneta nie była brzydka, nie zewnętrznie, ale on dobrze wiedział, że Justynie chodziło o coś innego.
– Przecież to chodząca toksyna – odparła, jakby to było oczywiste. – Po co z nią jesteś? Dla jakiejś pokuty?
– E… Nie jest taka zła.
– A-ha! – Justyna spojrzała na niego jak na idiotę. – A więc jednak samoudręczenie.
Nikt z jego znajomych ani nawet z rodziny nie zdobył się na taką szczerość. Aneta była piękną kobietą, Robert zaś bardzo przystojnym mężczyzną. Gdy brali ślub, wydawało się, że to bajka, która nigdy się nie skończy. Ona w zjawiskowej sukni, on w galowym mundurze; kościół przy Krakowskim Przedmieściu, tabuny wystrojonych gości, szpaler policjantów z szablami przed wejściem, wystawne przyjęcie i podróż poślubna do Dubaju – czy na tym obrazku mogła pojawić się jakaś rysa?
– Aneta – szepnął sam sobie Robert, szukając miejsca do zaparkowania. – Moja zdzirowata, jędzowata i głupia żona.
Był zły i dawał upust gniewowi, co nieczęsto mu się zdarzało. Nawet po tym, jak się dowiedział o jej zdradzie, popadł w rodzaj katatonii, która zastąpiła – naturalną w takiej sytuacji – wściekłość. Potem była akcja z panią żandarm, która powiedziała Anecie, że ma z nim romans, bo pewnie liczyła na to, że taka wiadomość rozbije jego małżeństwo, lecz zamiast tego sprawiła, że niewierna żona wróciła natychmiast w jego objęcia i w równie ekspresowym tempie dała się zapłodnić. Wydawało się mu, że Bartek był powodem, dla którego jej nie zostawił ani nawet o tym nie pomyślał; tego dnia przyszło mu jednak do głowy, że chodziło o coś innego i że być może…
– Jestem miękką fają – powiedział znów do siebie, gapiąc się bezmyślnie w lusterko wsteczne. – Miękką fają bez własnego zdania, której można wcisnąć każdy kit, jak choćby tę sprawę.
Zrobiło się mu niedobrze na myśl, że Pawło wskazał właśnie jego jako człowieka, który zajmie się czymś, czego nie chce nikt inny, bo stary policjant wiedział, że w głębi duszy Wiśniewski ma słabą wolę. „Czy tak właśnie ludzie mnie postrzegają? Jako zapchajdziurę, która niczemu się nie sprzeciwi?” – zastanawiał się Robert. Miał ochotę znów odpalić silnik i wrócić do domu, żeby w ten sposób zamanifestować swoją niezależność, ale westchnął tylko i wysiadł z auta.
Wdrapał się na drugie piętro kamienicy i wszedł do biura, w którym nikt nie zwrócił na niego uwagi. Kolegę znalazł w końcu w jednym z licznych pomieszczeń, wypchanych po sufit teczkami na dokumenty.
– Mógłbyś wreszcie zatrudnić jakąś recepcjonistkę – powiedział z udawanym wyrzutem do Łukasza rozprawiającego o czymś ze swoim partnerem, Mirkiem. – Ktoś kiedyś wejdzie i was ukradnie.
– A! To ty! – ucieszył się Meyer. – Co za niespodzianka! Mirek, pamiętasz Wiśnię?
– No pewnie – odparł mężczyzna, poprawiając okulary. – Pamiętam wszystkich twoich fajnych kolegów.
Wiśniewski roześmiał się i pokręcił głową.
– Nigdy nie wiem, który z was ma lepszą ściemę.
– Nikt nie ściemnia. – Łukasz też się zaśmiał i wyciągnął dłoń na powitanie. – Jesteśmy szczerzy do bólu, a ty jesteś fajny chłop. Chodź! – Detektyw objął go umięśnionym ramieniem i poprowadził w stronę korytarza. – Napijemy się kawki.
– Już piłem.
– Ale nasza jest lepsza – odparł bez zastanowienia Meyer. – I mamy pączusie, a przy pączusiach najlepiej się opowiada o tym, z czym się przyszło do światowej sławy detektywa, Łukasza Meyera.
– I Mirosława Lubickiego – krzyknął z pokoju Mirek, najwyraźniej obdarzony doskonałym słuchem.
– Tak, i do tego zgreda.
– To też słyszałem.
– Jezu! – jęknął Łukasz, udając irytację. – Wchodź, Wisienko. Zamknę drzwi i sobie na spokojnie porozmawiamy. Napijmy się kawy, zjedzmy i opowiedz, co cię do nas sprowadza.
– A jak myślisz? – westchnął Wiśniewski. – Robota.
– Aha! Czyli jednak. Chcesz do nas dołączyć.
– No nie! – zaprotestował komisarz, zaraz się jednak zawahał, czym wywołał szerszy uśmiech na twarzy Meyera. – Nie, na pewno… Tylko czasami mam taki dzień jak dziś.
– Czyli? – Meyer uniósł brwi i podszedł do ekspresu, który stał w jego gabinecie.
Robert w paru zdaniach streścił wydarzenia poranka, w tym czasie pojawiły się przed nim świeża kawa i pączek na małym talerzyku.
– Słodzisz? – zapytał Łukasz. – Teraz wszyscy zaczynają dbać o linię, przechodzą na jakieś dziwne diety…
– Słodzę – przerwał mu Wiśniewski.
– Super! – Meyer podsunął mu cukiernicę i klapnął na swoim fotelu. – Więc… dlaczego ta historia skłoniła cię do przyjazdu do nas? Chcesz nas prosić o pomoc czy coś?
– Nie. Po prostu nie chciałem jeszcze jechać do Stołecznej. Odsuwam w czasie ten przykry moment.
Łukasz wybuchł śmiechem.
– Szczerość zawsze w cenie – powiedział, kiwając palcem. – A na poważnie. Jeśli naprawdę potrzebowałbyś pomocy, uderzaj do nas. W Stołecznej był kiedyś ten… Jak mu tam? Polski Sherlock na niego mówili. Zginął parę lat temu podczas sprawy…
– Roland – mruknął Robert znad filiżanki.
– Właśnie! Roland… eee… Stebnicki. Wielka strata dla policji, zwłaszcza że był cywilem, któremu pozwalali się panoszyć po korytarzach.
– Mówisz to na serio? Czy drwisz?
– Pół na pół – odparł Łukasz, wsuwając pączka do ust. – Wyniki kryminalnym troszeczkę się pogorszyły, więc ówczesna pani szefowa ściągnęła z prowincji takiego fajnego chłopaczka, który miał poprawić statystyki… Sylwester, o ile dobrze pamiętam. Sylwester Guzik! Właśnie.
– A wspominasz o nim, bo…?
– Bo Justyna z nim współpracowała przy jakiejś okazji, a może i dwóch… Ona i jej szalona ekipa, wiesz kogo. I, powiem ci, chłop jest dobry, a przede wszystkim bardzo fajny w bezpośrednim kontakcie. Nie wiem, gdzie teraz się podziewa, ale moja żona nadal czasem go prosi o różne przysługi, więc w razie czego pewnie i tym razem pomoże.
– Nie wydaje mi się, by to było konieczne – powiedział Robert smętnym głosem.
– Czemu? Liczysz na szybkie rozwiązanie sprawy?
– Nie ma żadnej sprawy. Jest pewnie zaniedbanie lekarskie, jakich wiele. Albo dziewczyna zmarła, bo ktoś znów za bardzo przestrzegał procedur pandemicznych.
– Noo… – Łukasz pokiwał głową. – Takich historii mamy u siebie teraz bardzo dużo i nie wygląda na to, by dało się coś zrobić w przypadku większości z nich.
– Sam widzisz…
– Ale! Może to właśnie ta jedna śmierć, która przeleje czarę goryczy.
Robert zerknął na kolegę, a po chwili znów odwrócił wzrok.
– Co się dzieje? – Łukasz sprawiał wrażenie zaniepokojonego.
– Nie, nic… Nie mam ostatnio najlepszego okresu w życiu. Zacząłem podawać w wątpliwość wszystko, co robię i do czego doszedłem. Jeśli rzeczywiście do czegoś doszedłem…
– Rozumiem.
– Mam takie… – Robert potarł brwi palcami i się skrzywił. – Siedzi we mnie poczucie, że całkowicie straciłem kontrolę nad tym, co się ze mną dzieje. W żaden sposób nie potrafię znaleźć czegoś, co by mnie podnosiło na duchu.
– A Bartek?
– No tak. – Pokiwał głową. – Tylko on mi został. Ale im jest większy, tym więcej też widzi tego, co dzieje się między mną a Anetą. Boję się, że to go skrzywi, a ja nie będę mógł nic zrobić.
– Ja osobiście jestem o ciebie spokojny – odparł Łukasz, uśmiechając się. – A kryzysy są po to, by dokonywać przewartościowań w życiu. Oznaczają, że coś się bardzo zmienia.
– Zacząłeś czytać psychologiczne gówna?
– Nie! – zaprotestował Meyer ze śmiechem. – Mówię z własnego podwórka. Dziś jestem innym facetem niż kilka lat temu, ale zmiana mnie także mocno bolała.
– Nie wydajesz się kimś, kogo coś boli.
– Oj, zdziwiłbyś się. Wracając do twojej sprawy-nie-sprawy… Słuchaj, przejdę się z tobą do Stołecznej. Zawołasz tego, jak mu tam, Kałużę, i pogadamy sobie chwilę, dobra?
– Czemu miałbyś to robić?
– Z ciekawości. – Łukasz wzruszył ramionami. – Skoro Pawło ciebie namaścił, to historia już jest dla mnie interesująca.
– Znałeś go?
– Mhm. Nie za dobrze, ale spotkaliśmy się kilka razy na gruncie zawodowym i nie było to dla mnie miłe doświadczenie. Powiedzmy też, że Pawło to postać legendarna swego czasu w fabryce. Chętnie zobaczę, jak radzi sobie jego krewniak.
– To może… – zamyślił się Robert, wbijając wzrok w ekran komórki – …może zadzwonię po niego, żeby przyszedł tutaj. Jeśli nie masz nic przeciwko. – Spojrzał na Meyera pytająco.
– A czemu miałbym mieć? Niech przychodzi, jeśli naprawdę mu tak zależy.
Musieli trochę poczekać na Kałużę, który był poza komendą. Chłopak chętnie przystał na przyjazd do biura Łukasza, choć przyznał, że woli zachować to w tajemnicy – przed kolegami i zwłaszcza przełożonymi.
– Nie jesteście u nas specjalnie lubiani – powiedział przez telefon, ściszając głos. – Ani pan, ani Meyer. Ale postaram się być za pół godziny.
Robert siedział przez chwilę sam w gabinecie Łukasza, kiwając się smętnie na fotelu obrotowym, zapatrzony w nieciekawy widok za oknem. Meyer poszedł załatwić jakiegoś klienta w pokoju obok, ale szybko wrócił i od razu zaproponował herbatę.
– Chyba że wolisz drugą kawę? – spytał.
– Trzecią. – Robert uśmiechnął się i pokręcił głową. – Nie, dzięki. Herbata jest w porządku.
– No to okej. – Łukasz sprawdził, czy w czajniku jest woda.
– Wszyscy macie tu własne ekspresy i czajniki z całym wyposażeniem?
– Nie, tylko szefostwo, czyli Miruś i ja. Młodzież i reszta personelu muszą zadowolić się tym, co oferujemy w tak zwanym pomieszczeniu socjalnym. Jak zauważyłeś, nie zatrudniamy asystentki czy sekretarki, więc nie ma komu robić kawki dla gości; takie rozwiązanie wydało się lepsze.
– Jasne – rzucił z udawanym oburzeniem Wiśniewski. – Po prostu sami się raczycie do woli i nikt wam nie zlicza, ile razy poszliście do socjalnego.
– Cii! – Łukasz przyłożył palec do ust. – To tajemnica.
– W biurze detektywistycznym? – Robert się roześmiał.
– Fakt. – Łukasz parsknął i podał kubek gościowi. – Czyli że nie lubią nas tam, w Pałacu, tak?
– Jakbyś naprawdę się dziwił. Właściwie o tym też chciałem pogadać. – Robert potarł brwi palcami. – Jak się miewa Brzeziński?
– Serio? Ty mnie pytasz, co u twojego szefa?
– Moim szefem jest Kot, który nie raczy nas informować o ewentualnych… no, wiesz, problemach.
– Nie ma żadnego problemu – odparł już poważnie, opierając łokcie o blat. – Brzeziński rozpuścił plotkę, że umiera na kowida, bo pewnie do tej informacji pijesz. Był chory, ale bez specjalnych fajerwerków. Justyna chadzała do niego na ich tajne spotkania i nawet się nie zaraziła.
– To po co ta plotka?
– Żeby kontrolować chaos. Żeby wzbudzać niepokój u przeciwnika. Dzięki temu można spokojnie dalej sobie działać.
– I jak mu idzie to działanie, co? Słyszałem, że chcą nas zamknąć, żeby się na nim zemścić. Był u nas nawet jakiś oszołom z Głównej, który krzyczał, że nie pozwoli na uprawianie prywatnych folwarków w państwowej policji.
Łukasz przymknął oczy i potrząsnął lekko głową.
– Nie będę tego nawet komentował. Dobrze wiesz, że prywatne folwarki są, były i będą, tak jak dzieje się to w innych służbach i resortach. Zmieniają się czasem zarządcy, jak lud wybierze kogoś innego.
– Czyli jednak skomentowałeś – mruknął Robert, po czym siorbnął cicho gorącej herbaty.
– Martwisz się? – zapytał Meyer, opierając brodę na dłoni. – O swoją pracę i przyszłość?
– Nie… Trochę… To znaczy nie wiem. Ogólnie jest tak, że wszystko zajebiście się pozmieniało i dziś nie jesteś pewien jutra…
– A wiesz, że Justyna mówi, że będzie tylko gorzej? – przerwał mu Łukasz.
– Coś Brzeziński wspominał? – Robert wyprostował się gwałtownie w fotelu.
– Nie – zaśmiał się cicho Meyer. – Mówiła o tym ogólnie. Czasami coś bredzi o jakiejś entropii, o tym, że porządek się burzy, bo musi, a my zbyt wolno się przystosowujemy. Nabija się z analityków, którzy próbują przewidywać przyszłość, bazując na danych z przeszłości… Eh, taka trochę wróżka się z niej zrobiła.
– Ale czemu? Co ją natchnęło?
– Może dzieci? – westchnął Łukasz. – A może zbyt długa współpraca z ludźmi ze służb? Nie wiem. Zmierzam do tego, że wiele osób widzi te zmiany, które cię niepokoją, i niektórzy sobie z nimi nie bardzo radzą. Zauważamy to nawet po naszych klientach.
– Jak to?
– Wiesz, przychodzą tu z różnymi problemami, ufają nam w mniejszym lub większym stopniu, więc się zwierzają, także z tego, co ich przeraża w kontekście bieżących wydarzeń.
– No tak… – Robert znów popadł w krótką zadumę, z której wyrwała go jakaś myśl. – A co u was? Dawno się nie spotykaliśmy, nie wiem, jak sobie radzicie… tak ogólnie.
– Dobrze. – Łukasz pokiwał głową i splótł dłonie na brzuchu. – Wszystko w porządku, poza faktem, że wychowuję nie swoje dziecko.
Wiśniewski opluł się herbatą, której jeden spory chlust spadł mu na spodnie.
– Że, kurwa, co? – wydusił, wycierając w panice dżinsy. – Ale które dziecko? Justyna ci rogi przyprawiła czy co?
– A nie, to byłoby zbyt proste. – Łukasz odchylił głowę i zaczął bujać się w fotelu. – Nie, nie! Dzieci są moje, Marika i Szczepan… W sensie genetycznym, bo poza tym mój syn tak naprawdę jest dzieckiem Krokodyla.
– Hę… – Robert zrobił głupią minę. – Tego dowódcy najemników, co… kojfnął w Afganistanie?
– Nom. Tego właśnie.
– Musisz mówić jaśniej, bo się pogubiłem.
– Krokodyl miał na imię Szczepan, a teraz mój synek jest Szczepanem, rozumiesz?
– Nie bardzo. To… nie wiedziałeś o tym?
– Wiedziałem, ale kiedy Justyna mnie informowała o tym fakcie, nie bardzo do mnie dotarło, co oznacza on w rzeczywistości.
– Czyli?
– Czyli że… Szczepan stanowi rodzaj kompensacji za nigdy niezrealizowane marzenie bycia z Krokodylem.
– To nie brzmi jak ona. – Robert zaczął kręcić głową. – Nie-e. To jakieś chore dywagacje.
– Ani trochę – odparł spokojnie Łukasz. – Już dawno przywykłem do tego, że moja żona ma mocno pokręcony umysł i że samej siebie do końca nie rozumie. Niestety, ja zacząłem ją rozumieć i teraz trochę tego żałuję.
– W sumie… – Wiśniewski zmarszczył brwi. – Trochę słabe jest nazywanie dziecka imieniem… byłego? Prawie byłego? Kogoś, z kim się było blisko.
– Prawda?
– Ale mały jest… Nie wiem. Podobny do niego czy coś?
– Podobny jest do mojej matki, o zgrozo! Cała Zofia z wyglądu i zachowania. Chudy, złośliwy, przemądrzały bachor. Sam wiesz.
– Noo… Może trochę. Zawsze uważałem, że to miły dzieciak.
– Przestań! – Łukasz wybuchł głośnym, tubalnym śmiechem. – Miły jest twój Bartek, a nie ten sukinkot. Ale i tak go kocham, tak jak kocham Zofię, chociaż wkurzają mnie oboje.
– I co? Pogodziłeś się z tym, że tak jest?
– A co miałem zrobić? Zresztą… Okres wściekłości mam za sobą. Kłótni z Justyną też.
– Nie wierzę, że się kłócicie.
– Wiśnia, wiem, że u ciebie różnie bywa, ale nawet dobrane pary mają gorsze dni… A skoro sam zacząłeś…
– Nie! – Robert uniósł dłoń. – Nie będę o tym gadał!
– Czemu?
– Nie, nie! Moje życie małżeńskie to piekło i nie wnikajmy w to głębiej.
Łukasz spojrzał na niego z troską i skinął głową.
– Jasne – powiedział cicho. – Dziś nie wnikajmy… Ale w końcu musimy sobie pogadać, co? Czemu masz się z tym męczyć sam?
Robert nie zdążył się odezwać, bo do gabinetu ktoś zapukał, a po chwili przez uchylone drzwi zajrzała dziewczyna, zapewne od niedawna pracująca w biurze.
– Szefie – szepnęła konspiracyjnie. – Jakiś policjant do szefa kolegi.
– Dzięki, Ania! Już idziemy.
– Nie jest sam – dodała jeszcze ciszej.
Listopad 2021 roku
Poznań, godzina 00.31
Monika Dobrucka wysiadła z taksówki i spojrzała na dom swoich rodziców. Starała się dostrzec w nim oznaki życia. W oknie jadalni świeciło się światło, także w jednym z pokoi na górze przez chwilę widziała zapaloną lampę, która jednak zaraz zgasła. Kobieta westchnęła, złapała rączkę od walizki i ruszyła w stronę wejścia.
Stare, ale solidne drzwi były zamknięte na klucz, więc Monika przez chwilę mocowała się z zamkami. Weszła do środka, postawiła walizkę pod ścianą i sięgnęła do włącznika światła. Przez ułamek sekundy w jej głowie pojawiła się myśl, że górna lampa się nie zaświeci, i przestraszyła się, że będzie tkwiła tak w holu pogrążona w mroku, niczym bohaterka kiepskiego filmu grozy.
– Czarek?! – zawołała, stojąc przed krętymi drewnianymi schodami. – Jesteś w domu?!
Cisza.
Monika nie zdecydowała się iść na piętro. Skierowała kroki do dużej kuchni. Gdy tylko stanęła na jej progu i zapaliła światło, zamarła.
Pomieszczenie było nieskazitelnie czyste, jakby to była szpitalna sala operacyjna, a nie kuchnia, w której zazwyczaj panował zwykły, swojski nieład. W powietrzu unosił się zapach środków czystości, z wyraźną przewagą płynu dezynfekującego, którego od początku pandemii wszyscy nadużywali. Monika zrobiła krok do przodu, ale jakaś niewidzialna siła powstrzymała ją przed pójściem dalej. Sterylność pomieszczenia miała w sobie coś złowrogiego. Kobieta wycofała się, by odszukać swojego brata.
Od razu dało się zauważyć, że cały parter był pieczołowicie wysprzątany. Wszystkie powierzchnie dokładnie odkurzono i umyto, a stary, przedwojenny dywan leżał zwinięty pod ścianą. Monika obeszła każdy zakamarek, starając się zrozumieć cokolwiek z tego, co zastała w domu. Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że z półki nad kominkiem zniknęło kilka fotografii. Podeszła bliżej.
– Brakuje zdjęć Czarka – powiedziała do siebie.
Rozejrzała się i zaczęła nasłuchiwać. Usłyszała ciche skrzypienie podłogi w pokoju nad sobą. Znała ten dom jak własną kieszeń, wiedziała więc, że ktoś jest w sypialni gościnnej, której okna wychodziły na duży park po drugiej stronie ulicy. Poszła tam.
– Czarek? – Stanęła w drzwiach i z niepokojem wpatrywała się w nieruchome plecy brata, zza firanki obserwującego otoczenie za oknem. – Cezary, co ty robisz? Co się tutaj dzieje?
Obejrzał się i rzucił jej gniewne spojrzenie.
– Czarek, nie możesz się tak zachowywać. – Monika podeszła do niego i popatrzyła na jego profil. – Gdzie są rodzice?
– Nie wiem – burknął, nie odrywając wzroku od okna. – Zadzwoń do nich.
– O to chodzi, że dzwoniłam. Od dobrych kilku dni ich telefon milczał, a teraz w ogóle jest wyłączony. Dlatego przyjechałam.
– Kurwa! – warknął mężczyzna. – Ciągle tam siedzą.
– Kto? – Monika spojrzała w stronę parku. – O czym ty…
– Ta dwójka. Usiedli na ławce i gapią się na dom.
– Czarek… – Dobrucka zmrużyła oczy. – To po prostu… jakieś żule. Siedzą i piją piwo. Daj im spokój.
– A czy ty widziałaś kiedyś tu jakichś żuli?
– No… Kiedyś tak. O co ci chodzi?
Cezary odsunął się od okna i sięgnął do kieszeni.
– Co robisz? – zapytała Monika.
– A jak sądzisz? Dzwonię na policję.
– Co? Przestań! – Złapała jego dłoń i ścisnęła mocno.
Znów obdarzył ją gniewnym spojrzeniem.
– Puszczaj – głos Czarka przypominał syk węża.
– Nie, dopóki mi nie powiesz, co się dzieje. Dlaczego tu jest tak czysto? Co ty kombinujesz?
– Nic nie kombinuję. Daj mi zadzwonić.
– Jest po północy, nikt nam nie zagraża, po co wzywać policję. Powiedz mi, kiedy ostatnio rozmawiałeś z rodzicami?
Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami. Miał minę, jakby chciał się odezwać, ale tylko wyrwał rękę z jej uścisku i znów zajrzał za firankę.
– Nic z tego nie rozumiem! – słowa Moniki były pełne rozpaczy. – Wiem, że masz swoje problemy, ale nie możemy dłużej tolerować twoich wybryków i tłumaczyć ich chorą głową. Każdy musi się jakoś zachowywać, nawet ty.
Zero reakcji. Cezary znów stał nieruchomo, wpatrzony w okno. Zdawał się w ogóle nie słyszeć siostry.
Monika skrzywiła się i poszła do pokoju rodziców. Tam również panował nienaganny porządek. Kobieta postanowiła przeszukać wszystko, licząc na to, że uda się jej znaleźć wskazówki dotyczące zniknięcia ojca i matki. Otwierała i zamykała szafy, zajrzała do każdej szuflady, a nawet pod łóżko. Przez ścianę słyszała, że jej brat dzwoni na policję i informuje o dwóch osobach w parku zakłócających ciszę nocną. Przystanęła i zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna odwołać patrolu, tłumacząc zachowanie brata jego niedyspozycją psychiczną, ale wówczas jej wzrok spoczął na wnętrzu zabytkowej komody pod ścianą, która wyglądała na nieco przesuniętą względem swego pierwotnego położenia.
– Sejf – szepnęła i podeszła do mebla. Złapała go i z wysiłkiem odsunęła od ściany.
Staromodna, ale bardzo funkcjonalna skrytka była wbudowana w ścianę, więc wystarczyło zasłonić ją czymkolwiek, by nie była widoczna dla postronnych. Rodzice Moniki i Cezarego trzymali w sejfie dokumenty, pieniądze i biżuterię rodową. Kobieta szacowała, że wartość tego wszystkiego oscylowała w granicach miliona złotych.
– Pusty – powiedziała cicho, widząc uchylone drzwiczki i brak przedmiotów w skrytce.
Zimny pot oblał jej plecy. Tylko jedna osoba mogła go wyczyścić – ta sama, która tak dokładnie wysprzątała cały dom.
Czarek nie znał szyfru do sejfu, choć zawsze dawał do zrozumienia, że to wielka niesprawiedliwość. Monika wiedziała, że ojciec nigdy by mu go nie udostępnił, chyba że…
Wybiegła z sypialni rodziców i ruszyła prosto do pokoju Czarka. Widok spakowanych walizek i pudeł na środku pomieszczenia wcale jej nie zdziwił – przeraził ją. Chwyciła oburącz za poły płaszcza, tuż pod szyją, zrobiła krok w tył i… wpadła na brata, który stał za nią.
– Co ty… – głos uwiązł jej w gardle.
– Co? Co? – Twarz Cezarego przypominała wykutą w skale rzeźbę. – Masz jakiś problem?
– Dlaczego się spakowałeś? – wyszeptała. – Gdzie są… Co zrobiłeś z… rodzicami?
Zamiast odpowiedzieć, Czarek wyciągnął dłonie i złapał ją za szyję. W pierwszej chwili mózg Moniki nie przyjął tego do wiadomości, więc nawet nie chwyciła brata za dłonie, tylko wciąż trzymała się swojego płaszcza.
– Zaraz ci pokażę, co z nimi zrobiłem – wycedził, zaciskając mocniej palce wokół jej szyi.
Wtedy zrozumiała wszystko, ale było już za późno. Była zbyt słaba, żeby z nim walczyć. Okazało się, że jest bardzo silnym, wysportowanym mężczyzną, który bez trudu zwlókł ją na dół i położył na ziemi.
– Wszystko popsułaś – mówił, wciąż ją podduszając, jakby sprawiało mu to wielką przyjemność.
„Bo sprawia!” – zdała sobie sprawę Monika.
– Miałaś przyjechać wcześniej, żeby mnie dziś tu już nie było. Miałem się z tobą rozprawić… siostro. Coś słabo kochasz tych swoich rodziców – szydził. – Tyle dni nie sprawdziłaś, co się z nimi stało. A taka dobra z ciebie córeczka.
Przed oczami Moniki zaczęły pojawiać się mroczki. Jej przerażenie rosło. Chciała żyć, ale była pewna, że brat ją zamorduje. Zapragnęła więc jednego, żeby tortura po prostu się już skończyła.
„Mogłam nie przyjeżdżać” – pomyślała, zanim straciła przytomność. „Mogłam wezwać policję, żeby sprawdziła dom…”
Monika się ocknęła. Zamrugała powiekami, jakby nie dowierzając, że nie jest martwa. Leżała na wznak i patrzyła w betonowy sufit z jedną słabą żarówką. Wiedziała, że jest w piwnicy ich domu. Dużej, pełnej pajęczyn piwnicy, której tak strasznie się bała jako dziecko.
Spróbowała obrócić się na bok. Kiedy zdołała to zrobić, pojęła, że o wstaniu nie ma już mowy – w ogóle nie czuła nóg. Leżała więc, łapiąc oddech, walcząc z bólem szyi i gardła.
„Może nie złamał mi kości gnykowej?” – pomyślała z nadzieją. „Chyba by mnie to zabiło… Może ktoś mnie tu znajdzie?”
Nasłuchiwała odgłosów z góry, ale żaden dźwięk nie docierał do piwnicy.
Otworzyła szerzej powieki i wbrew własnej woli uświadomiła sobie wreszcie, co widzi. Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie przesłoniły obrazu dwóch podłużnych worków ułożonych pod ścianą.
„Już śmierdzą” – przeszło jej przez myśl. „Jest zimno, ale już się rozkładają. Mam nadzieję, że nie cierpieli…”
Zrobiło się całkiem ciemno i przestała czuć cokolwiek.I
Warszawa, trzy tygodnie wcześniej
Większość ludzi, którzy znali Roberta Wiśniewskiego – komisarza, aktualnie pracującego dla Centralnego Biura Śledczego Policji – nie miała pojęcia, że tak naprawdę miał on na imię Tomek. Gdyby zajrzeć mu w dowód osobisty albo do legitymacji służbowej, można by się dowiedzieć, że pan komisarz nazywa się Tomasz Robert Wiśniewski. Drugiego imienia zaczęli używać jego rodzice jeszcze w przedszkolu, gdy wychowawczyni kazała dzieciom przychodzić z workami na kapcie z wyszytymi na nich inicjałami. Ojciec Tomka, z niezrozumiałych wówczas dla malucha powodów, nie życzył sobie, by jakiekolwiek rzeczy syna opatrzone były literami „TW”.
– Już lepsze byłoby „WC” – stwierdził stanowczo Wiśniewski senior. – Mniejszy wstyd.
Potem wszyscy przywykli do Roberta i zapomnieli, skąd się ta zamiana wzięła.
Od czasu rozpoczęcia przez niego służby tylko niektórzy koledzy i przełożeni wiedzieli, że Robert jest Tomkiem, a i sam zainteresowany zdawał się o swoim pierwszym imieniu nie pamiętać.
Tego dnia jednak sobie przypomniał, a to za sprawą swojej małżonki. Nazwała go Tomaszem przy porannej awanturze, której przyczyna nie była dla niego zupełnie jasna – jak zwykle zresztą, gdy Aneta urządzała mu jazdę o poranku. Nie słuchał jej wcale; w sumie to nawet jej nie słyszał. Jeden z policyjnych psychologów powiedział mu, że w ten sposób się dysocjował, żeby nie zwariować.
– To taki fajny mechanizm obronny – powiedział z uśmiechem, kiedy Robert trafił do niego na sesję po jakiejś strzelaninie. – Pozwala ci nie przyjmować na klatę całego kwasu, jaki się na ciebie wylewa.
Robert jechał więc do pracy i zamiast myśleć o tym, czego tym razem chciała jego – bardzo niewierna swego czasu – żona, zastanawiał się, dlaczego użyła jego pierwszego imienia.
„Chciała mnie obrazić bardziej niż zwykle?” – zadumał się, stojąc na światłach. „Ale to bez sensu. To całkiem neutralna rzecz”.
Gdyby byli normalnym małżeństwem, zapytałby ją o tę kwestię wieczorem przy kolacji, ale przecież nie byli normalni pod żadnym względem, a zadanie tego pytania rozpętałoby niemal na pewno kolejną awanturę, trwającą do północy. Dlatego pozostało mu smętne dumanie, które przeciągnęło się do chwili, gdy parkował auto na służbowym parkingu i wchodził do budynku, gdzie mieścił się jego oddział Biura. Minął stanowisko ochrony, wyjął przepustkę i przyłożył ją do czytnika obok szklanych drzwi. Żeby wejść do pomieszczenia, w którym pracował, musiał potem jeszcze zeskanować palec – nowość denerwująca dosłownie każdego.
– Powinno być odwrotnie, jeśli już naprawdę mamy mieć to podwójne zabezpieczenie – oburzał się Marcin Słomkowski, jeden z kolegów Roberta. – Palec na wejściu, a tu karta. Jak mam, kurwa, wchodzić na open space z kawą, jedzeniem i jeszcze wyciągać palucha?
– Wiem, wiem. – Tomek Kotowicz, szef ich oddziału, kiwał głową. – Zgłosiłem to, ale potrwa, zanim ktoś zatwierdzi zmianę.
Rzeczywiście – zatwierdzanie zmiany trwało i trwało, więc gdy Wiśniewski wszedł na korytarz, zobaczył Słomkowskiego, który jak zwykle miotał się przy drzwiach, usiłując dostać się do miejsca pracy i nie oblać przy tym zawartością kubka.
– Czekaj, Sisior – zawołał, śpiesząc w stronę nieboraka. – Już służę pomocą.
– Dzięki – wybełkotał Słomkowski z bajglem w ustach.
Mężczyźni weszli do środka i Wiśniewski już miał rzucić komentarz, że te zabezpieczenia o kant dupy potłuc, skoro i tak mało kto wie, że w ogóle zajmują ten budynek, kiedy zauważył, że przy jego biurku na krześle „gościnnym” siedzi jakiś młody posterunkowy, nerwowo ściskający w dłoniach furażerkę.
– Co do… – zaczął, marszcząc brwi.
– A, tak! – Słomkowski miał wreszcie wolne usta. – Przyszedł tu jakieś pół godziny temu i koniecznie chciał z tobą rozmawiać.
– Ale…
– Stary się zgodził – uprzedził jego protesty kolega. – Jeśli załatwicie sprawę przed poranną odprawą.
– I jeszcze co? – mruknął Robert. Nikt tu ot tak nie wchodził, życząc sobie rozmowy z kimkolwiek. Na pewno nie jakiś pierwszy lepszy leszcz, pewnie z Komendy Stołecznej. Nieco zły, ale też zaintrygowany, podszedł do swojego biurka i postawił na nim plecak. – O co chodzi? – zaczął bez ogródek, wyciągając laptopa i drugie śniadanie.
Młody policjant wstał, przełknął ślinę i spojrzał na Roberta błagalnym wzrokiem.
– Komisarz Tomasz Wiśniewski? – odezwał się, jakby chciał się upewnić.
Wiśniewskiemu dosłownie włos zjeżył się na głowie. „Co jest?! Jakiś spisek z moją wiedźmą?” – pomyślał i odpowiedział odrobinę nieuprzejmie:
– A kto pyta?
– Posterunkowy Kałuża. Jestem z… Przychodzę… To znaczy… Ktoś umarł – stwierdził w końcu stanowczo i nieco się rozluźnił. – Tak, zmarła kobieta i potrzebne jest śledztwo.
– Że co?! A co ja mam z tym wspólnego? To nie wydział zabójstw. Jaja sobie robisz? – Robert rozejrzał się wokoło, by sprawdzić, czy jego koledzy przypadkiem nie mają czegoś wspólnego z tą niedorzeczną sytuacją.
– Tak, wiem. Ja wszystko rozumiem, ale potrzebne są środki… To znaczy ktoś, kto się tym dobrze zajmie.
– Ja pierdolę! Gościu, mów z sensem albo cię stąd wyrzucę.
– Pracował pan kiedyś z komisarzem Pawłowskim ze Stołecznej, prawda?
– I co z tego? On już nawet nie jest w służbie – zauważył Robert, mając na myśli to, że komisarz Pawłowski od niemal pięciu lat odsiadywał długoletni wyrok za defraudację dużej sumy pieniędzy należących do Skarbu Państwa.
– Tak, przebywa w… To znaczy, ekhm… – zawahał się posterunkowy, nie chcąc powiedzieć wprost, co działo się z dawnym kolegą z pracy Wiśniewskiego. – Chodzi o to, że to mój wujek, i ja z nim rozmawiałem o tej śmierci, i on mi powiedział, że u nas w Stołecznej wszyscy będą to teraz mieli w dupie. Tę śmierć, znaczy się. I że powinienem pójść do kogoś, kto mi naprawdę pomoże.
– A wydział zabójstw się do tego nie nadaje, tak? Albo jakiś inny. – Robert, choć nadal nieco zirytowany, uspokoił się na tyle, że usiadł przy biurku i wyjął kubek z szuflady. – Wydział zabójstw nie umie naprawdę rozwiązać sprawy czyjejś śmierci?
– Hmm, no nie. Nie tej śmierci – odparł posterunkowy zaskakująco pewnym tonem.
– O matko! – Wiśniewski potarł brwi, wzdychając. – Nic z tego nie rozumiem, a w dodatku jestem przed pierwszą kawą. A dobra! – Złapał kubek i podniósł się z fotela. – Zapraszam do kuchni, tam mi o wszystkim opowiesz.
Wychodząc, zerknął w stronę przeszklonego pokoju swojego szefa, inspektora Tomka Kotowicza, który siedział przy biurku z nosem w papierach i nie wydawał się wcale zainteresowany sytuacją swojego podwładnego, mimo że była ona co najmniej dziwna.
„Może to naprawdę jakiś prank? Może wszyscy się zmówili dziś, żeby od rana testować moją cierpliwość?” – myślał, zmierzając korytarzem do pokoju socjalnego.
– Jeśli chcesz kawy, młody, musisz sobie sam zrobić – zaznaczył, gdy znaleźli się na miejscu. – Jakoś nie jestem w nastroju, żeby obsługiwać dziś młodszych stopniem.
– A, nie, nie trzeba. – Policjant się uśmiechnął. – Nawet bym nie śmiał prosić… Poza tym już piłem. Ee… kawę, znaczy się.
– Jasne – mruknął Robert, nalewając wody do pojemnika ekspresu. – To mówisz, że stary Pawło jest twoim wujkiem i cię do mnie wysłał?
– Mhm. – Pokiwał głową. – Byłem u niego… na widzeniu. I tak mi właśnie powiedział.
Wiśniewski spojrzał na niego znad ramienia, przerywając czynności przy ekspresie.
– Pawło wysłał ciebie do mnie? Serio?! Że niby ja miałbym zrobić coś lepiej niż ludzie ze Stołecznej?
– Tak. – Kałuża przełknął ślinę. – Stwierdził, że nie dostrzegał pana potencjału, ale teraz wie, że to pan załatwi tę sprawę jak trzeba.
– Nooo, tego jeszcze nie grali. – Robert kręcił głową z niedowierzaniem. Nalał sobie kawy i zaczął energicznie mieszać łyżeczką w kubku, choć nawet nie wsypał do niego cukru. – Jakieś jaja, jak słowo daję.
– Co pan mówił?
– Siadaj, synku. – Robert wskazał na krzesełko obok niedużego stolika pod ścianą. – To ci opowiem. Wiesz, jak mówili na mnie w Stołecznej?
Młody człowiek pokręcił głową, ale Wiśniewski wyczuł w tym ruchu fałsz.
– Laluś. Albo ciota. Albo pan-ładna-buźka. Nikt, podkreślam: nikt, nie traktował mnie poważnie. A już na pewno nie Pawło. Więc gadaj mi zaraz, o co tu, kurwa, chodzi tak naprawdę, albo wypierdalaj z mojego biura i zapomnij, że tu byłeś.
Posterunkowy zamrugał powiekami.
– Jest, jak mówię – odparł cicho. – Umarła kobieta i nikt się tym nie przejmuje, bo jest pandemia.
W tym momencie Wiśniewski poczuł, że ta opowieść nie idzie w dobrą stronę i że nie chce słuchać jej dalej. Nic jednak nie powiedział, tylko podniósł kubek do ust, jakby chciał sam je sobie zamknąć.
– Żaden ze mnie śledczy – ciągnął Kałuża – ale myślę, że tej śmierci dało się uniknąć, że ktoś zawiódł… zaniedbał obowiązki. Lekarze. Lekarka. System… Słyszałem o wielu podobnych przypadkach. Krążą plotki, pełno tego w internecie. Ktoś wykitował w karetce, która stała w kolejce do szpitala, bo dla personelu najważniejsze były testy na kowida. I nikt z tym nic nie robi.
– To dlaczego tym razem ma być inaczej? – zapytał Robert, odstawiając kawę na blat. – Co takiego jest w tej sprawie?
– Mogą być dowody – odpowiedział policjant nieco hardym tonem. – Twarde dowody na winę personelu.
„Jakby w tych innych sytuacjach nie było” – pomyślał ponuro Wiśniewski.
– Matka… – zaczął posterunkowy, ale przerwał nagle. Pochylił się i oparł łokcie na kolanach. – Matka tej kobiety nie daje nam spokoju. To znajoma jednego z policjantów i ciągle do niego przychodzi, wystaje przed komendą, dzwoni, wysyła wiadomości… W końcu ten policjant przyszedł do nas i poprosił, żebyśmy z nią pogadali, spisali zeznania i dali jej do zrozumienia, że ktoś się tym interesuje. Liczył na to, że może wtedy sobie pójdzie. Padło na mnie, bo jestem najmłodszy. Nikt się nie chciał tym zajmować. No to pogadałem, wysłuchałem, byłem u patologa…
– Słucham?! – przerwał mu Wiśniewski. – Zrobili autopsję?
– A skąd! – odparł zbulwersowany Kałuża. – Matka nie pozwoliła jej pochować, ale nikt nie chciał robić sekcji, więc poszedłem zapytać, czy by się nie dało…
– Łał! – mruknął Robert. – Musiała być naprawdę przekonująca.
Młody policjant spojrzał na niego z wyraźną dezaprobatą.
– Tu nie chodzi o to, czy była przekonująca, ale o to, że zmarła jej jedyna córka, która mogła jeszcze żyć.
– Tego nie wiesz. – Wiśniewski zacisnął szczęki, czując, że ma dość tej rozmowy.
– No właśnie! Trzeba to sprawdzić. U nas naprawdę wszyscy mają to w dupie, dlatego pojechałem do wuja, żeby coś poradził. Powiedział, że tylko wasz wydział będzie w stanie cokolwiek zdziałać…
– Dlaczego? Bo jesteśmy dziwkami Brzezińskiego? Tak o nas mówią, prawda?
Romuald Brzeziński, były komunistyczny agent służb, a w wolnej Polsce premier, wydzielił ich niewielką komórkę z CBŚP i kierował nią, nieoficjalnie, nawet po przejściu na emeryturę. Z tego powodu większość policyjnego środowiska patrzyła na nich krzywo, nie szczędząc im nieprzyjemnych epitetów, wyrażanych nawet w bezpośrednich kontaktach.
– Nie ma znaczenia, jak mówią. Ważne, że macie możliwości. A pan… Wujek powiedział, że pan będzie miał dość serca, żeby się tym zająć, ale widzę, że chyba się mylił. – Policjant zacisnął usta w cienką kreskę. Jeszcze mocniej chwycił swoją furażerkę i wstał z krzesła, prostując się, niby do postawy na baczność. – Pojadę już.
– Mhm… – mruknął Robert, nieco zaskoczony.
– Tak czy inaczej, dzięki za poświęcony cenny czas. I… smacznej kawy. – Kałuża ruszył w stronę wyjścia, nie czekając na odpowiedź.
– Czekaj! – Wiśniewski poderwał się i wyszedł za nim na korytarz. – Ktoś musi ci otworzyć…
– Nie trzeba. Mój kolega siedzi na ochronie – odparł, nawet nie odwracając się w stronę Roberta.
– Ja jebię – wymamrotał komisarz, idąc po kubek. – A nawet nie ma dziewiątej.
Odprawa trwała bardzo krótko. Ludzi do pracy było mało, a i samej pracy też nie za wiele.
Po spotkaniu Wiśniewski podreptał za szefem do jego przeszklonego gabinetu, zwanego akwarium.
– No? – Kotowicz usiadł przy biurku, obdarowując Wiśniewskiego przelotnym, lekko zirytowanym spojrzeniem.
– Chodzi o tego policjanta…
– Zajmiesz się tym – stwierdził inspektor.
– Yyy… – zacukał się Robert, gdy dotarło do niego, że nie usłyszał tam pytania. – Ale jak to?
– Tak to. Ruszysz dupsko zza biurka i pojedziesz w tak zwany teren, żeby się przyjrzeć tej sprawie.
– A wiesz w ogóle, o co w niej chodzi?
– Nie – odparł Kotowicz, jakby rozbawiony. – Nie obchodzi mnie to. Nie ma twojego partnera, wszystkie wasze sprawy są na takim etapie, że mogą się nimi zająć nasze dwa żółtodzioby, a ty, jako jeden z nielicznych, jakimś cudem nie łapiesz tego chińskiego świństwa i chodzisz zdrowy jak koń. Zbadaj ten przypadek jak rasowy śledczy, dowiedz się wszystkiego, jakby chodziło o twoją własną rodzinę, a potem przyjdź i zdaj mi relację. Zrozumiano?
– Tak – burknął Robert, choć bardzo chciał się dalej kłócić. Och, jak bardzo tego poranka chciał w końcu komuś wygarnąć. – Pracuję w terenie. Nie wiem, po co ten przytyk.
– Ja też nie. – Kotowicz wzruszył ramionami, odchylił się w fotelu i zaczął bujać rytmicznie w przód i w tył. – Tak mi się wyrwało. Zbieraj manatki i zajmij się tematem.
Wiśniewski skinął głową i ruszył w stronę wyjścia, ale w drzwiach obrócił się na pięcie i spojrzał na szefa.
– Ale wiesz, że tu chodzi o służbę zdrowia?
– Mhm. Tak mi się obiło o uszy i dlatego uważam, że się nadajesz. To zadanie tylko dla twardzieli.II
Przed dziesiątą ruch na warszawskich ulicach był już mniejszy, więc Robert dotarł na Plac Bankowy całkiem szybko. Nie pojechał jednak pod mieszczący się w Pałacu Mostowskich gmach Komendy Stołecznej Policji, ale skręcił w lewo w Aleję Solidarności, gdzie mieściło się biuro detektywistyczne jego byłego kolegi z CBŚP, Łukasza Meyera. Los sprawił, że nigdy nie pracowali w jednym wydziale – gdy Łukasz zmieniał kierunek swojej kariery, Robert miał dopiero dołączyć do tej grupy funkcjonariuszy – znali się jednak dobrze. Połączyła ich sprawa porwania żony Meyera, a potem kolejne, niemniej dramatyczne zdarzenia. Gdy Aneta Wiśniewska rodziła ich syna, Bartka, Justyna Meyer była w ciąży z drugim dzieckiem, więc zaczęli dość często spotykać się towarzysko i wymieniać doświadczeniami rodzicielskimi. Robert cenił Łukasza za to, że ten nigdy nie traktował go z góry albo z irytującym pobłażaniem, jak robiło to wielu jego kolegów z policji. Łukasz dla wszystkich był w porządku i do każdego podchodził z szacunkiem, dlatego ludzie do niego lgnęli. Co innego Justyna, o której mówiono, że jest wiedźmą zaglądającą w ludzkie dusze bez pozwolenia. Wiśniewski nieco się jej bał, głównie z powodu jej bardzo bliskiej współpracy z byłym premierem Brzezińskim i tajnymi służbami, do której zresztą nigdy się oficjalnie nie przyznawała, pracując na co dzień jako wiceprezes wielkiej korporacji. Robert szanował ją natomiast za jedną rzecz. Od razu poznała się na jego Anecie i nigdy nie kryła, co o niej myśli – nie przed Robertem.
– Weź ty kopnij w dupę tego maszkarona – powiedziała mu, kiedy spotkali się na chrzcinach Bartka. – Łap dzieciaka i spierdalaj.
– Co? – Robert zaśmiał się nerwowo. Aneta nie była brzydka, nie zewnętrznie, ale on dobrze wiedział, że Justynie chodziło o coś innego.
– Przecież to chodząca toksyna – odparła, jakby to było oczywiste. – Po co z nią jesteś? Dla jakiejś pokuty?
– E… Nie jest taka zła.
– A-ha! – Justyna spojrzała na niego jak na idiotę. – A więc jednak samoudręczenie.
Nikt z jego znajomych ani nawet z rodziny nie zdobył się na taką szczerość. Aneta była piękną kobietą, Robert zaś bardzo przystojnym mężczyzną. Gdy brali ślub, wydawało się, że to bajka, która nigdy się nie skończy. Ona w zjawiskowej sukni, on w galowym mundurze; kościół przy Krakowskim Przedmieściu, tabuny wystrojonych gości, szpaler policjantów z szablami przed wejściem, wystawne przyjęcie i podróż poślubna do Dubaju – czy na tym obrazku mogła pojawić się jakaś rysa?
– Aneta – szepnął sam sobie Robert, szukając miejsca do zaparkowania. – Moja zdzirowata, jędzowata i głupia żona.
Był zły i dawał upust gniewowi, co nieczęsto mu się zdarzało. Nawet po tym, jak się dowiedział o jej zdradzie, popadł w rodzaj katatonii, która zastąpiła – naturalną w takiej sytuacji – wściekłość. Potem była akcja z panią żandarm, która powiedziała Anecie, że ma z nim romans, bo pewnie liczyła na to, że taka wiadomość rozbije jego małżeństwo, lecz zamiast tego sprawiła, że niewierna żona wróciła natychmiast w jego objęcia i w równie ekspresowym tempie dała się zapłodnić. Wydawało się mu, że Bartek był powodem, dla którego jej nie zostawił ani nawet o tym nie pomyślał; tego dnia przyszło mu jednak do głowy, że chodziło o coś innego i że być może…
– Jestem miękką fają – powiedział znów do siebie, gapiąc się bezmyślnie w lusterko wsteczne. – Miękką fają bez własnego zdania, której można wcisnąć każdy kit, jak choćby tę sprawę.
Zrobiło się mu niedobrze na myśl, że Pawło wskazał właśnie jego jako człowieka, który zajmie się czymś, czego nie chce nikt inny, bo stary policjant wiedział, że w głębi duszy Wiśniewski ma słabą wolę. „Czy tak właśnie ludzie mnie postrzegają? Jako zapchajdziurę, która niczemu się nie sprzeciwi?” – zastanawiał się Robert. Miał ochotę znów odpalić silnik i wrócić do domu, żeby w ten sposób zamanifestować swoją niezależność, ale westchnął tylko i wysiadł z auta.
Wdrapał się na drugie piętro kamienicy i wszedł do biura, w którym nikt nie zwrócił na niego uwagi. Kolegę znalazł w końcu w jednym z licznych pomieszczeń, wypchanych po sufit teczkami na dokumenty.
– Mógłbyś wreszcie zatrudnić jakąś recepcjonistkę – powiedział z udawanym wyrzutem do Łukasza rozprawiającego o czymś ze swoim partnerem, Mirkiem. – Ktoś kiedyś wejdzie i was ukradnie.
– A! To ty! – ucieszył się Meyer. – Co za niespodzianka! Mirek, pamiętasz Wiśnię?
– No pewnie – odparł mężczyzna, poprawiając okulary. – Pamiętam wszystkich twoich fajnych kolegów.
Wiśniewski roześmiał się i pokręcił głową.
– Nigdy nie wiem, który z was ma lepszą ściemę.
– Nikt nie ściemnia. – Łukasz też się zaśmiał i wyciągnął dłoń na powitanie. – Jesteśmy szczerzy do bólu, a ty jesteś fajny chłop. Chodź! – Detektyw objął go umięśnionym ramieniem i poprowadził w stronę korytarza. – Napijemy się kawki.
– Już piłem.
– Ale nasza jest lepsza – odparł bez zastanowienia Meyer. – I mamy pączusie, a przy pączusiach najlepiej się opowiada o tym, z czym się przyszło do światowej sławy detektywa, Łukasza Meyera.
– I Mirosława Lubickiego – krzyknął z pokoju Mirek, najwyraźniej obdarzony doskonałym słuchem.
– Tak, i do tego zgreda.
– To też słyszałem.
– Jezu! – jęknął Łukasz, udając irytację. – Wchodź, Wisienko. Zamknę drzwi i sobie na spokojnie porozmawiamy. Napijmy się kawy, zjedzmy i opowiedz, co cię do nas sprowadza.
– A jak myślisz? – westchnął Wiśniewski. – Robota.
– Aha! Czyli jednak. Chcesz do nas dołączyć.
– No nie! – zaprotestował komisarz, zaraz się jednak zawahał, czym wywołał szerszy uśmiech na twarzy Meyera. – Nie, na pewno… Tylko czasami mam taki dzień jak dziś.
– Czyli? – Meyer uniósł brwi i podszedł do ekspresu, który stał w jego gabinecie.
Robert w paru zdaniach streścił wydarzenia poranka, w tym czasie pojawiły się przed nim świeża kawa i pączek na małym talerzyku.
– Słodzisz? – zapytał Łukasz. – Teraz wszyscy zaczynają dbać o linię, przechodzą na jakieś dziwne diety…
– Słodzę – przerwał mu Wiśniewski.
– Super! – Meyer podsunął mu cukiernicę i klapnął na swoim fotelu. – Więc… dlaczego ta historia skłoniła cię do przyjazdu do nas? Chcesz nas prosić o pomoc czy coś?
– Nie. Po prostu nie chciałem jeszcze jechać do Stołecznej. Odsuwam w czasie ten przykry moment.
Łukasz wybuchł śmiechem.
– Szczerość zawsze w cenie – powiedział, kiwając palcem. – A na poważnie. Jeśli naprawdę potrzebowałbyś pomocy, uderzaj do nas. W Stołecznej był kiedyś ten… Jak mu tam? Polski Sherlock na niego mówili. Zginął parę lat temu podczas sprawy…
– Roland – mruknął Robert znad filiżanki.
– Właśnie! Roland… eee… Stebnicki. Wielka strata dla policji, zwłaszcza że był cywilem, któremu pozwalali się panoszyć po korytarzach.
– Mówisz to na serio? Czy drwisz?
– Pół na pół – odparł Łukasz, wsuwając pączka do ust. – Wyniki kryminalnym troszeczkę się pogorszyły, więc ówczesna pani szefowa ściągnęła z prowincji takiego fajnego chłopaczka, który miał poprawić statystyki… Sylwester, o ile dobrze pamiętam. Sylwester Guzik! Właśnie.
– A wspominasz o nim, bo…?
– Bo Justyna z nim współpracowała przy jakiejś okazji, a może i dwóch… Ona i jej szalona ekipa, wiesz kogo. I, powiem ci, chłop jest dobry, a przede wszystkim bardzo fajny w bezpośrednim kontakcie. Nie wiem, gdzie teraz się podziewa, ale moja żona nadal czasem go prosi o różne przysługi, więc w razie czego pewnie i tym razem pomoże.
– Nie wydaje mi się, by to było konieczne – powiedział Robert smętnym głosem.
– Czemu? Liczysz na szybkie rozwiązanie sprawy?
– Nie ma żadnej sprawy. Jest pewnie zaniedbanie lekarskie, jakich wiele. Albo dziewczyna zmarła, bo ktoś znów za bardzo przestrzegał procedur pandemicznych.
– Noo… – Łukasz pokiwał głową. – Takich historii mamy u siebie teraz bardzo dużo i nie wygląda na to, by dało się coś zrobić w przypadku większości z nich.
– Sam widzisz…
– Ale! Może to właśnie ta jedna śmierć, która przeleje czarę goryczy.
Robert zerknął na kolegę, a po chwili znów odwrócił wzrok.
– Co się dzieje? – Łukasz sprawiał wrażenie zaniepokojonego.
– Nie, nic… Nie mam ostatnio najlepszego okresu w życiu. Zacząłem podawać w wątpliwość wszystko, co robię i do czego doszedłem. Jeśli rzeczywiście do czegoś doszedłem…
– Rozumiem.
– Mam takie… – Robert potarł brwi palcami i się skrzywił. – Siedzi we mnie poczucie, że całkowicie straciłem kontrolę nad tym, co się ze mną dzieje. W żaden sposób nie potrafię znaleźć czegoś, co by mnie podnosiło na duchu.
– A Bartek?
– No tak. – Pokiwał głową. – Tylko on mi został. Ale im jest większy, tym więcej też widzi tego, co dzieje się między mną a Anetą. Boję się, że to go skrzywi, a ja nie będę mógł nic zrobić.
– Ja osobiście jestem o ciebie spokojny – odparł Łukasz, uśmiechając się. – A kryzysy są po to, by dokonywać przewartościowań w życiu. Oznaczają, że coś się bardzo zmienia.
– Zacząłeś czytać psychologiczne gówna?
– Nie! – zaprotestował Meyer ze śmiechem. – Mówię z własnego podwórka. Dziś jestem innym facetem niż kilka lat temu, ale zmiana mnie także mocno bolała.
– Nie wydajesz się kimś, kogo coś boli.
– Oj, zdziwiłbyś się. Wracając do twojej sprawy-nie-sprawy… Słuchaj, przejdę się z tobą do Stołecznej. Zawołasz tego, jak mu tam, Kałużę, i pogadamy sobie chwilę, dobra?
– Czemu miałbyś to robić?
– Z ciekawości. – Łukasz wzruszył ramionami. – Skoro Pawło ciebie namaścił, to historia już jest dla mnie interesująca.
– Znałeś go?
– Mhm. Nie za dobrze, ale spotkaliśmy się kilka razy na gruncie zawodowym i nie było to dla mnie miłe doświadczenie. Powiedzmy też, że Pawło to postać legendarna swego czasu w fabryce. Chętnie zobaczę, jak radzi sobie jego krewniak.
– To może… – zamyślił się Robert, wbijając wzrok w ekran komórki – …może zadzwonię po niego, żeby przyszedł tutaj. Jeśli nie masz nic przeciwko. – Spojrzał na Meyera pytająco.
– A czemu miałbym mieć? Niech przychodzi, jeśli naprawdę mu tak zależy.
Musieli trochę poczekać na Kałużę, który był poza komendą. Chłopak chętnie przystał na przyjazd do biura Łukasza, choć przyznał, że woli zachować to w tajemnicy – przed kolegami i zwłaszcza przełożonymi.
– Nie jesteście u nas specjalnie lubiani – powiedział przez telefon, ściszając głos. – Ani pan, ani Meyer. Ale postaram się być za pół godziny.
Robert siedział przez chwilę sam w gabinecie Łukasza, kiwając się smętnie na fotelu obrotowym, zapatrzony w nieciekawy widok za oknem. Meyer poszedł załatwić jakiegoś klienta w pokoju obok, ale szybko wrócił i od razu zaproponował herbatę.
– Chyba że wolisz drugą kawę? – spytał.
– Trzecią. – Robert uśmiechnął się i pokręcił głową. – Nie, dzięki. Herbata jest w porządku.
– No to okej. – Łukasz sprawdził, czy w czajniku jest woda.
– Wszyscy macie tu własne ekspresy i czajniki z całym wyposażeniem?
– Nie, tylko szefostwo, czyli Miruś i ja. Młodzież i reszta personelu muszą zadowolić się tym, co oferujemy w tak zwanym pomieszczeniu socjalnym. Jak zauważyłeś, nie zatrudniamy asystentki czy sekretarki, więc nie ma komu robić kawki dla gości; takie rozwiązanie wydało się lepsze.
– Jasne – rzucił z udawanym oburzeniem Wiśniewski. – Po prostu sami się raczycie do woli i nikt wam nie zlicza, ile razy poszliście do socjalnego.
– Cii! – Łukasz przyłożył palec do ust. – To tajemnica.
– W biurze detektywistycznym? – Robert się roześmiał.
– Fakt. – Łukasz parsknął i podał kubek gościowi. – Czyli że nie lubią nas tam, w Pałacu, tak?
– Jakbyś naprawdę się dziwił. Właściwie o tym też chciałem pogadać. – Robert potarł brwi palcami. – Jak się miewa Brzeziński?
– Serio? Ty mnie pytasz, co u twojego szefa?
– Moim szefem jest Kot, który nie raczy nas informować o ewentualnych… no, wiesz, problemach.
– Nie ma żadnego problemu – odparł już poważnie, opierając łokcie o blat. – Brzeziński rozpuścił plotkę, że umiera na kowida, bo pewnie do tej informacji pijesz. Był chory, ale bez specjalnych fajerwerków. Justyna chadzała do niego na ich tajne spotkania i nawet się nie zaraziła.
– To po co ta plotka?
– Żeby kontrolować chaos. Żeby wzbudzać niepokój u przeciwnika. Dzięki temu można spokojnie dalej sobie działać.
– I jak mu idzie to działanie, co? Słyszałem, że chcą nas zamknąć, żeby się na nim zemścić. Był u nas nawet jakiś oszołom z Głównej, który krzyczał, że nie pozwoli na uprawianie prywatnych folwarków w państwowej policji.
Łukasz przymknął oczy i potrząsnął lekko głową.
– Nie będę tego nawet komentował. Dobrze wiesz, że prywatne folwarki są, były i będą, tak jak dzieje się to w innych służbach i resortach. Zmieniają się czasem zarządcy, jak lud wybierze kogoś innego.
– Czyli jednak skomentowałeś – mruknął Robert, po czym siorbnął cicho gorącej herbaty.
– Martwisz się? – zapytał Meyer, opierając brodę na dłoni. – O swoją pracę i przyszłość?
– Nie… Trochę… To znaczy nie wiem. Ogólnie jest tak, że wszystko zajebiście się pozmieniało i dziś nie jesteś pewien jutra…
– A wiesz, że Justyna mówi, że będzie tylko gorzej? – przerwał mu Łukasz.
– Coś Brzeziński wspominał? – Robert wyprostował się gwałtownie w fotelu.
– Nie – zaśmiał się cicho Meyer. – Mówiła o tym ogólnie. Czasami coś bredzi o jakiejś entropii, o tym, że porządek się burzy, bo musi, a my zbyt wolno się przystosowujemy. Nabija się z analityków, którzy próbują przewidywać przyszłość, bazując na danych z przeszłości… Eh, taka trochę wróżka się z niej zrobiła.
– Ale czemu? Co ją natchnęło?
– Może dzieci? – westchnął Łukasz. – A może zbyt długa współpraca z ludźmi ze służb? Nie wiem. Zmierzam do tego, że wiele osób widzi te zmiany, które cię niepokoją, i niektórzy sobie z nimi nie bardzo radzą. Zauważamy to nawet po naszych klientach.
– Jak to?
– Wiesz, przychodzą tu z różnymi problemami, ufają nam w mniejszym lub większym stopniu, więc się zwierzają, także z tego, co ich przeraża w kontekście bieżących wydarzeń.
– No tak… – Robert znów popadł w krótką zadumę, z której wyrwała go jakaś myśl. – A co u was? Dawno się nie spotykaliśmy, nie wiem, jak sobie radzicie… tak ogólnie.
– Dobrze. – Łukasz pokiwał głową i splótł dłonie na brzuchu. – Wszystko w porządku, poza faktem, że wychowuję nie swoje dziecko.
Wiśniewski opluł się herbatą, której jeden spory chlust spadł mu na spodnie.
– Że, kurwa, co? – wydusił, wycierając w panice dżinsy. – Ale które dziecko? Justyna ci rogi przyprawiła czy co?
– A nie, to byłoby zbyt proste. – Łukasz odchylił głowę i zaczął bujać się w fotelu. – Nie, nie! Dzieci są moje, Marika i Szczepan… W sensie genetycznym, bo poza tym mój syn tak naprawdę jest dzieckiem Krokodyla.
– Hę… – Robert zrobił głupią minę. – Tego dowódcy najemników, co… kojfnął w Afganistanie?
– Nom. Tego właśnie.
– Musisz mówić jaśniej, bo się pogubiłem.
– Krokodyl miał na imię Szczepan, a teraz mój synek jest Szczepanem, rozumiesz?
– Nie bardzo. To… nie wiedziałeś o tym?
– Wiedziałem, ale kiedy Justyna mnie informowała o tym fakcie, nie bardzo do mnie dotarło, co oznacza on w rzeczywistości.
– Czyli?
– Czyli że… Szczepan stanowi rodzaj kompensacji za nigdy niezrealizowane marzenie bycia z Krokodylem.
– To nie brzmi jak ona. – Robert zaczął kręcić głową. – Nie-e. To jakieś chore dywagacje.
– Ani trochę – odparł spokojnie Łukasz. – Już dawno przywykłem do tego, że moja żona ma mocno pokręcony umysł i że samej siebie do końca nie rozumie. Niestety, ja zacząłem ją rozumieć i teraz trochę tego żałuję.
– W sumie… – Wiśniewski zmarszczył brwi. – Trochę słabe jest nazywanie dziecka imieniem… byłego? Prawie byłego? Kogoś, z kim się było blisko.
– Prawda?
– Ale mały jest… Nie wiem. Podobny do niego czy coś?
– Podobny jest do mojej matki, o zgrozo! Cała Zofia z wyglądu i zachowania. Chudy, złośliwy, przemądrzały bachor. Sam wiesz.
– Noo… Może trochę. Zawsze uważałem, że to miły dzieciak.
– Przestań! – Łukasz wybuchł głośnym, tubalnym śmiechem. – Miły jest twój Bartek, a nie ten sukinkot. Ale i tak go kocham, tak jak kocham Zofię, chociaż wkurzają mnie oboje.
– I co? Pogodziłeś się z tym, że tak jest?
– A co miałem zrobić? Zresztą… Okres wściekłości mam za sobą. Kłótni z Justyną też.
– Nie wierzę, że się kłócicie.
– Wiśnia, wiem, że u ciebie różnie bywa, ale nawet dobrane pary mają gorsze dni… A skoro sam zacząłeś…
– Nie! – Robert uniósł dłoń. – Nie będę o tym gadał!
– Czemu?
– Nie, nie! Moje życie małżeńskie to piekło i nie wnikajmy w to głębiej.
Łukasz spojrzał na niego z troską i skinął głową.
– Jasne – powiedział cicho. – Dziś nie wnikajmy… Ale w końcu musimy sobie pogadać, co? Czemu masz się z tym męczyć sam?
Robert nie zdążył się odezwać, bo do gabinetu ktoś zapukał, a po chwili przez uchylone drzwi zajrzała dziewczyna, zapewne od niedawna pracująca w biurze.
– Szefie – szepnęła konspiracyjnie. – Jakiś policjant do szefa kolegi.
– Dzięki, Ania! Już idziemy.
– Nie jest sam – dodała jeszcze ciszej.
więcej..