Prus. Śledztwo biograficzne - ebook
Prus. Śledztwo biograficzne - ebook
Ma trzy oblicza: Aleksander Głowacki, Jan w Oleju, Bolesław Prus. Rozproszone ślady jego biografii odnaleźć można nie tylko w archiwach i źródłach z epoki, ale przede wszystkim przemycone w jego twórczości. To z niej dowiedzieć się można o nim rzeczy najważniejszych, jakby grał z czytelnikiem w kotka i myszkę.
Monika Piątkowska, łącząc temperament detektywa z wnikliwością psychologa, przeprowadza drobiazgowe śledztwo i tworzy pełnowymiarowy portret pisarza genialnego i nie docenianego przez współczesnych, prześladowanego przez liczne manie, otoczonego kobietami i owładniętego szaleńczą zazdrością o sławę Sienkiewicza. Prus, którego dzięki niej poznajemy, nie jest spiżową figurą na postumencie, lecz prowadzącym podwójne życie, targanym namiętnościami człowiekiem z krwi i kości.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-4993-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wujostwo Domicela i Klemens Olszewscy, do których miał teraz trafić Aleksander, choć z racji więzów krwi stanowili trzon rodziny Trembińskich, żyli jakby na jej marginesie, nie tyle uczestnicząc w ważnych dla familii kwestiach, ile im asystując. Mieszkali w Lublinie, z dala od Marcjanny i jej surowych rodzinnych praw, a ich obyczaje i poglądy na to, czym jest życie i jakie radości może zaoferować, mocno odbiegały od obowiązujących w rodzinie kanonów. Świat Puław był światem prowincjonalnym. Rodzina, którą Marcjanna nieodmiennie stawiała na pierwszym miejscu, stanowiła jedyny punkt odniesienia w każdej możliwej kwestii i wyznaczała granice tego, co w życiu istotne. W tak ciasnej przestrzeni brakowało miejsca na ciekawość życia, na przyjaźnie czy też intelektualne ambicje, a role kobiety i mężczyzny pozostawały w bardzo archaicznych ramach. Choć dla samej siebie Marcjanna zarezerwowała władzę domowego generała, przełamując tym samym patriarchalny schemat, córkom konsekwentnie odmawiała takiej wolności i gdy działo się coś ważnego, zwracała się o radę i wsparcie wyłącznie do mężczyzn: synów, zięciów, a czasem nawet sąsiadów.
Jako dorosły człowiek Aleksander widział w wujostwie typowych przedstawicieli prowincjonalnego mieszczaństwa, ze wszystkimi wadami właściwymi tej sferze, i lubił traktować ich nieco z góry, ale była to krzywdząca postawa. Na tle swojej epoki Olszewscy byli raczej dość nowoczesną i zgraną parą. Dużo ich łączyło – lubili komfort, piękne przedmioty, lubili się bawić i obojgu w równej mierze zależało na finansowym bezpieczeństwie. W ich małżeństwie, co nie było typowe dla świata, w jakim żyli, Domicela miała dużą swobodę, prowadziła własną pracownię modniarską, a energia i pomysłowość, nieblokowane przez Klemensa, czyniły z niej jego życiową partnerkę.
W swoim małżeństwie Olszewscy musieli się zmierzyć z trudną kwestią bezdzietności, lecz i w tej sprawie wykazali się rozwagą i dużą wewnętrzną wolnością. Mimo wymagań epoki, która widziała w kobiecie niemal wyłącznie matkę, dawczynię dziedzica, i narzucała małżonkom przymus posiadania potomstwa, Klemens i Domicela zdołali zaakceptować fakt, że w ich życiu nie będzie dziecka, a nawet, jak się wydaje, nauczyli się czerpać z tej sytuacji pewne profity. Swoje wolne wieczory Klemens lubił poświęcać projektom społecznikowskim, interesowały go kwestie biedy, pracy dla kobiet, ulepszeń technicznych i chętnie dzielił się przemyśleniami z przyjaciółmi. Domicela, której nie obciążały obowiązki macierzyńskie, odnalazła spełnienie w życiu towarzyskim i wspieraniu kariery męża. Z czasem żadne z nich nie chciało już burzyć tego wygodnego _status quo_. Kiedy w 1854 roku na wokandzie rodzinnej stanęła sprawa młodszego syna Apolonii, obydwoje osiągnęli już ten wiek, w którym pokoleniowo bliższa im była rola dziadków niż rodziców.
Gdy zapadła decyzja o przeprowadzce do Lublina, Aleksander miał siedem lat, nie znał zbyt dobrze wujostwa i opisał ich potem w _Sierocej doli_ jako zupełnie obcych ludzi, przy których czuł się zmieszany i zawstydzony. Mimo to cieszył się na zmianę i pragnął z Olszewskimi zamieszkać. W tej dziecięcej nadziei myśl o uwolnieniu się od Marcjanny i jej metod wychowawczych miała jednak mniejszą wagę. W owym czasie, kiedy na forum rodzinnym ważyły się jego losy, on sam w jakiś sposób doszedł do wniosku, że biorąc go na wychowanie, wujostwo w rzeczywistości zechcą go adoptować. Przeprowadzka do ich lubelskiego domu w jego przekonaniu nie miała więc być kolejną zmianą adresu, ale spełnieniem marzeń o zdobyciu w życiu tego, czego tak bardzo pragnął: mamy, taty i rodziny, do której wreszcie mógłby oficjalnie przynależeć.
Po latach, gdy na kartach _Sierocej doli_ wracał do wydarzeń z przeszłości, Aleksander dał do zrozumienia, że to wujostwo zasiali w nim tę nadzieję i że kwestia adopcji, choć nie wprost, była przez nich wyraźnie eksponowana. On sam doszukiwał się intencji Olszewskich przede wszystkim w sposobie, w jaki przyjęli go w domu. Nie spodziewał się czułości i był nią zaskoczony. W jego twórczej pamięci scena powitania nabrała patetycznych barw. Była to chwila, w której wzruszeni opiekunowie powtarzali, że przyjmują go „za syna”, a on, stojąc na wprost nich, doświadczał bardzo głębokich uczuć:
Przy pierwszym pocałunku chciał upaść do stóp panu Karolowi, przy drugim – doświadczył zdziwienia, a przy ostatnim – nagle przestał płakać. Serce i płuca skurczyły mu się tak boleśnie, że nie mógł pochwycić tchu. Każdy następny pocałunek był dla niego szczęściem, które na istotę ludzką spada z tak wysoka, że może ją rozmiażdżyć.
Wydaje się, że na jakimś wstępnym etapie Domicela i Klemens rzeczywiście mogli rozważać myśl o adopcji Aleksandra, bardziej chyba jednak w kontekście przyszłej sukcesji niż folgowania uczuciom rodzicielskim. Nie jest też wykluczone, że temat adopcji był poruszany w jakiś sposób przez Marcjannę, która musiała wytłumaczyć przed rodziną decyzję o oddaniu Aleksandra. Od samego początku jednak Olszewscy zachowywali się w tej kwestii dość ostrożnie i rozsądnie. Pochopność nie była ich cechą, żadne z nich nie zachęcało więc Aleksandra, by nazywał ich mamą i tatą, a Domicela nie zrezygnowała z pracy i w żaden sposób nie zmieniła swego trybu życia. W opisach jej postaci w książkach Aleksandra uderza także brak fizycznej czułości wobec dziecka i chęci zabawy z nim, tak jakby Domicela nie czuła się do nich zobowiązana lub jakby nie leżały one w jej naturze.
Jednak ten pierwszy czas w rodzinie wujostwa pozostał dla Aleksandra czasem bardzo szczęśliwym. Wszystko tu było nowe, ciekawe i niezwykłe. Miasto odcisnęło na stylu życia Olszewskich wyraźne piętno. Dom wujostwa stał na jego obrzeżach, przy wąskiej, cichej i dopiero co wybrukowanej ulicy Olejnej, lecz wystarczył krótki spacer, by zanurzyć się w miejski gwar. Zamek królewski, ratusz, sąd, magistrat, archiwum, wreszcie sklepy, składy i hotele z Krakowskiego Przedmieścia, wszystko, co było w Lublinie ważne i godne zobaczenia, mieściło się dosłownie o krok.
Dom wujostwa Olszewskich był domem dostatnim i Aleksander, nieprzyzwyczajony do życiowego komfortu, czuł się w nim z początku nieco zagubiony. Onieśmielały go lśniące, wyfroterowane podłogi, wielkie lustra na ścianach, meble, których jedyną rolą była dekoracja, obecność zaś służby sprawiała, że, jak to potem opisał w _Sierocej doli_, czuł się niezręczny, a nawet dziwaczny. Od razu za to polubił posiłki u Olszewskich. Inaczej niż babka Marcjanna, która nie dbała zbytnio o jedzenie i dość oszczędnie wydzielała je sobie i dziecku, ciotka Domicela prowadziła dom po mieszczańsku, lubiła suto zastawiony stół i przykładała do posiłków dużą wagę. Jej kuchnia była pożywna i tłusta. Na śniadanie, jak Aleksander opisywał później w noweli _Omyłka_, jadano „sitny chleb i talerz żurku zatartego czosnkiem i zasypanego kaszą hryczaną”, na kolację „podawano herbatę, zrazy z kaszą, czasami gęś pieczoną”, a na obiad barszcz z grochem, do tego „półmisek pachnącej kiełbasy z sosem i drugi – tartych kartofli ze słoniną”, które Aleksander szczególnie lubił.
Te obfite i gorące potrawy, podawane przez służbę na olbrzymich półmiskach, lepiej niż cokolwiek innego oddawały charakter domu wujostwa, którego istotą była wygoda, towarzyskie spełnienie i dostatek. Dla małego Aleksandra owo słodkie uczucie sytości oraz nieograniczony dostęp do jedzenia, czego zaznał u wujostwa, z czasem przemieniły się w rodzaj emocjonalnego błogostanu i w dorosłym życiu to właśnie tłuste posiłki, a nawet fantazje o nich, pozwalały mu szybko poczuć się bezpiecznie.
Największą jednak fascynację w tym nowym, piątym już w jego życiu domu, wzbudził w Aleksandrze inny, dotąd mu nieznany element życia rodziny – gwarny i wypełniony gośćmi salon wujostwa. Zamożni i bezdzietni Olszewscy lubili życie towarzyskie i wzorem innych mieszczan starali się prowadzić dom otwarty. Podczas proszonych spotkań siadano u nich do wista, dzieci, jeśli je zapraszano, grywały w loteryjkę lub w ślepą babkę, a wujostwo nie odmawiali przyjaciołom tańców i śpiewu. Ich podstawowe kółko znajomych tworzyli, jak można wywnioskować z prozy Aleksandra, zaprzyjaźnieni z Klemensem miejscowi urzędnicy i ich rodziny, pierwsze pokolenie formującej się właśnie klasy średniej.
Jako nowy członek rodziny Aleksander wzbudził zainteresowanie przyjaciół domu i z początku wujostwo pozwolili mu uczestniczyć w życiu towarzyskim, a on, mimo że z natury nieśmiały, szybko się w nim odnalazł. Nagle był ważny i wszyscy zwracali na niego uwagę. Podczas jednego z przyjęć rozbawiony Klemens dał Aleksandrowi do spróbowania krupniku – gorącej wódki z miodem, zaprawionej goździkami i cynamonem, a Aleksander, ku uciesze gości, natychmiast zaczął się wygłupiać, „chodzić na rękach tak ładnie, że zarumieniony pan burmistrz powiedział”, że to „chłopiec nadzwyczajnych zdolności” (_Omyłka_).
Dla spragnionego kontaktu z ludźmi chłopca wypełniony gośćmi i emocjami salon, to bijące serce domu, szybko stał się miejscem magicznym, czymś na kształt fascynującego sklepu z ludźmi. Oto po latach samotnego życia z babką, z dala od ludzi i ich spraw, mógł wreszcie przysłuchiwać się, jak rozmawiają z sobą mężczyźni i kobiety, jak się bawią, kłócą, jak plotkują i jak dowcipkują. Słowa, ich brzmienie i znaczenie sprawiały mu przy tym zmysłową przyjemność, stawały się tworzywem do intymnej intelektualnej zabawy i doskonałą pożywką dla wyobraźni. Już wtedy inaczej niż dzieci w jego wieku odczuwał język mówiony. Jak sam potem o sobie napisał w powiastce _Sieroca dola_, „tam gdzie zwykłe dzieci widzą tylko chaotyczną gromadę czarnych znaków i niezrozumiałych dźwięków, on widział przedmioty i obrazy. To ćwiczenie kiełkujących zdolności psychicznych robiło mu wielką satysfakcję”.
Nie jest wykluczone, że to właśnie w salonie wujostwa na ulicy Olejnej narodziła się fascynacja dialogiem, tak charakterystycznym dla twórczości Aleksandra. Jako dojrzały pisarz Aleksander często musiał mierzyć się z zarzutem, że nie panuje nad spójnością dzieła i gotowy jest dla dobrego obyczajowego obrazka i wymiany zdań naruszyć konstrukcję całego utworu, lecz ta potrzeba uwiecznienia ulotnej rozmowy, szybkiej wymiany zdań, nie wynikała z niedostatków warsztatu pisarskiego, ale miała znacznie głębsze i bardziej intymne wyjaśnienie.
Tymczasem po pierwszym, jakby zapoznawczym okresie wspólnego życia Olszewscy zdecydowali się uporządkować reguły domu i wyznaczyć siostrzeńcowi jego codzienne miejsce w rodzinie. W praktyce oznaczało to, że Aleksander został delikatnie odsunięty od życia wujostwa, a granicą jego świata miał być odtąd jego własny pokój na poddaszu. Podobnie jak inne dzieci z zamożniejszych i konserwatywnych domów został oddany pod opiekę niani i korepetytora, z którym nauka zajmowała mu teraz dużą część dnia, a towarzyszami zabaw mieli być dlań jedynie rówieśnicy. Salon, to królestwo dorosłych, stał się na powrót prywatną strefą wujostwa i odtąd przyjęcia, jakie w nim wydawali, służyły już tylko ich rozrywce.
Dla Aleksandra, spragnionego uwagi i uczuć, te nowe zwyczaje w domu wujostwa stały się prawdziwą katastrofą. Nie polubił korepetytora, a przeciągające się w nieskończoność lekcje napawały go na zmianę nudą i przerażeniem. Tak jak inni dziewiętnastowieczni domowi nauczyciele zatrudniony przez wujostwo korepetytor, któremu Aleksander nadał w _Kłopotach babuni_ miano Batożnicki, surowo traktował swojego ucznia i bił go dotkliwie za każde przewinienie. Jak pisał w tej powiastce Aleksander, przewrotnie oddając głos swojemu oprawcy:
Jeżeli zaś dziecko (...) nie nauczy się, przypuśćmy, lekcji – wtedy każemy mu napisać dziewięćdziesiąt razy: ucz się, ośle!... ucz się, ośle!... każemy mu to samo powtórzyć ustnie dziewięćset razy i damy mu dziewięć batów ze skóry wołowej, bo to już wyrostek... Linią bije się po rękach za złe pisanie, rysowanie, plamienie kajetów i w ogóle za drobne nieporządki; dobrze jest także bić po piętach, ale tylko za bieganie albo tupanie...
Zamknięty we własnym świecie, z dala od opiekunów, Aleksander poczuł się samotny, a zatrzaśnięcie przed nim salonu obudziło w nim wszystkie demony opuszczonego dziecka. Jak po latach pisał w _Sierocej doli_, gdy w porze przyjęcia odsyłano go do pokoju, gdzie w samotności jadł kolację, „był bliski obłędu”. W takich chwilach zdarzało mu się tęsknić za dawnym życiem z Marcjanną i swobodą, która w domu wujostwa wydała mu się rajem utraconym, bo „miał się też z kim bawić: w najgorszym razie z psami. A tu i psów nie było”.
Niespełna ośmioletni Aleksander nie zrozumiał i nie zaakceptował nowych zasad i odbierał je bardzo emocjonalnie. W jego oczach były one niczym innym jak okrutną krzywdą, a co gorsza, krzywdy tej dopuścili się ludzie, którym mimo wszystko postanowił zaufać i w których widział rodziców. Jego życzliwy i pełen nadziei stosunek do wujostwa z wolna zaczął się zmieniać w postawę pełną nieufności i bólu. Próbując uporać się z tym, co go dotykało, nabrał wówczas podejrzeń, że to wuj Klemens jest odpowiedzialny za jego nieszczęście, i z czasem pogląd ten stał się trwałą oceną. W swoich utworach Aleksander formułował zarzuty wobec wuja wprost i – mimo upływu lat – z mocno dziecinnej perspektywy. Uważał na przykład, że wuj odepchnął go, ponieważ w towarzystwie zaczęto podejrzewać, iż siostrzeniec może być w rzeczywistości jego nieślubnym dzieckiem. Najbardziej bolesna była jednak myśl, że wuj po prostu się nim rozczarował. Aleksander wyrzucał sobie, że mimo starań okazał się chłopcem, jak sam pisał w _Sierocej doli_, dzikim, ponurym, roztargnionym, że brakowało mu manier i „nie umiał siadać na eleganckich krzesłach, nie umiał chodzić po woskowanej posadzce, często nogi zaplątywały mu się między dywanami, niekiedy coś tłukł, a przynajmniej wywracał”, a wuja Klemensa oskarżał o to, że nie miał dość czułości i cierpliwości, by w tym dzikim chłopcu dojrzeć spragnione uczucia, delikatne dziecko.
Ta pierwsza opinia o Klemensie jako samolubnym, egocentrycznym i wyniosłym mężczyźnie nigdy już później w oczach Aleksandra nie uległa złagodzeniu, a w jego utworach postać wuja nieodmiennie pojawiała się w mocno satyrycznym i jednocześnie gorzkim ujęciu. Wobec Domiceli Aleksander miał nieco więcej wyrozumiałości i zdarzało się, że jak w powiastce _Omyłka_ kreślił czasem jej czuły i delikatny portret. W gruncie rzeczy jednak nie wiedział, co o niej myśleć, i z trudem porządkował swoje uczucia. Szorstkość Domiceli, jej niezgoda na czułość i macierzyńskość irytowały go i bolały. Nawet po latach Aleksander pisał o swoich dziecięcych tęsknotach z ogromnym przejęciem i smutkiem:
Trzeba bowiem wiedzieć, że Jaś miewał czasami dziwne pragnienia: oto chciał kiedy przyjść znienacka do pani Karolowej, położyć głowę na jej kolanach i ucałować jej suknię. Gdyby zamknął oczy, gdyby uczuł jej delikatne ręce na swoim czole i włosach, wówczas zdawałoby mu się, że wróciła do niego na chwilę matka (...). Miał on wprawdzie wszystkie wygody: pokoik cieplejszy i jedzenie lepsze, lecz brakowało mu znajomej twarzy, głosu, pieszczot... (_Sieroca dola_)
W tych chwilach, gdy patrzył na ciotkę z pretensjami, Domicela wydawała mu się kobietą, którą pochłaniają wyłącznie jej własne sprawy i która widzi sens życia w towarzyskiej akceptacji. Najokrutniejszy jej portret Aleksander odmalował w nieopublikowanej za jego życia, niedokończonej powieści _Sława_, której zaczynem był studencki konflikt z domem Olszewskich. Przedstawiona jako pani X Domicela jawiła się światu jako osoba niezwykle płytka i nieco śmieszna w swym dążeniu do bycia salonową ozdobą. Pozwalając sobie tym razem na sarkazm i złośliwość, Aleksander pisał:
spojrzała w lustro, a dostrzegłszy na twarzy ślady gniewu, uśmiechnęła się dla wygładzenia rysów i ukłoniła się samej sobie: z powagą, serdecznie, majestatycznie i wyjątkowo grzecznie – dla wprawy, aby każdemu gościowi oddać taki ukłon, jaki odpowiada jego towarzyskiej pozycji. (...) Wnet jednak, opamiętawszy się, powtórzyła serię uśmiechów: szczerych, pobłażliwych, naiwnych i wesołych, wiedząc, że dziś każdy się przyda.
W lepszych momentach, gdy wracały jakieś cieplejsze wspomnienia, Aleksander umiał jednak złagodzić opinię o ciotce. Domicela lubiła pomagać innym, radzić im w trudnych sprawach i być dobrze poinformowana, słowem, chętnie brała na siebie rolę społecznego przywódcy i być może nawet była w tych działaniach skuteczniejsza niż jej mąż. Dla Aleksandra ten aspekt charakteru ciotki był ważny, budził w nim podziw i prawdziwą dumę z opiekunki.
Mniej więcej rok po tym, jak Aleksander zamieszkał u wujostwa, do rodziny Trembińskich dotarła wiadomość, że Antoni Głowacki zmarł. W familijnych papierach Marcjanny nie zachowały się informacje o szczegółach tragedii, być może dlatego że losy Antoniego i Trembińskich od lat biegły już osobnym torem. Gdy mały Aleksander trafił do rodziny matki, Antoni zlikwidował swoje sprawy w Żabczu i przeprowadził się na wschód kraju. Przez jakiś czas mieszkał w Uściługu, lecz dziś trudno powiedzieć, czym się tam zajmował, a niekiedy także pojawiał się w rodzinnym mająteczku w Maszowie. Wydawało się, że cieszy się dobrym zdrowiem. Mimo że dobiegał już wieku, który w jego epoce oznaczał starość, nadal wyglądał młodo. W wieku czterdziestu ośmiu lat, jak to opisał urzędnik wystawiający mu pozwolenie na pobyt na Wołyniu, Antoni wciąż miał ciemne, nietknięte siwizną włosy, okrągłą twarz i czarne oczy.
Dziś nie sposób już ustalić, kto i jakimi słowami poinformował ośmioletniego Aleksandra o śmierci ojca. On sam wrócił do tego fragmentu swojej biografii w noweli _Omyłka_ i na jej podstawie można dziś przypuszczać, że była to tylko jedna krótka rozmowa i że Aleksander nie pojechał na Wołyń na pogrzeb taty. Jego dziecięce uczucia wobec ojca były mieszaniną niepewności i jakiegoś nieokreślonego strachu. W noweli alter ego Aleksandra, mały chłopiec, jest proszony przez bliskich, by co wieczór modlił się za duszę ojca, a gdy pewnego razu o tym zapomina, dusza ta ukazuje mu się na ścianie „podobna do duszy w żelazku”, a chłopiec boi się jej zemsty.
Jako dorosły człowiek Aleksander nie wspominał o Antonim i próżno w jego twórczości szukać jego wyraźnego portretu, jednak w powieści _Dusze w niewoli_ i opowiadaniu _Grzechy dzieciństwa_ pojawił się powtórzony w podobnym ujęciu intrygujący motyw ojca pijaka, nieobliczalnego i nieodpowiedzialnego mężczyzny, który nie umie się zatroszczyć o syna, ale w głębi duszy go kocha. W sposobie, w jaki Aleksander przedstawiał te postacie, było dużo skrywanej czułości. O ojcu jednego z bohaterów _Dusz w niewoli_ pisał na przykład:
Stary usiadł na rogu paki i z grymasem obłąkanego wysączył powoli wódkę, smakując ją i przyglądając się pod światło. Powoli zmarszczki na jego twarzy wygładziły się, dziki wyraz oczu stał się łagodnym i smutnym, a z obłąkanego zwierzęcia zrobił się (dziwna rzecz!) człowiek nieszczęśliwy i zawstydzony.
Kto wie, czy w ten delikatny sposób Aleksander nie próbował we własnym sercu złagodzić nieco obraz nieznanego ojca, jaki mu odmalowali zirytowani krewni matki, i usprawiedliwić go.
Dla puławskiej rodziny Trembińskich śmierć Antoniego Głowackiego stała się okazją do spotkania w rodzinnym gronie i uporządkowania spraw spadkowych. Najważniejszą kwestią, którą należało szybko się zająć, była sprawa mająteczku Głowackich w Maszowie, który dość nieoczekiwanie kilka lat wcześniej trafił do rąk Antoniego. Posiadłość ta była więcej niż skromna. Składał się na nią maleńki drewniany domek z jednym pokojem, stara stodoła, chlewik, w którym trzymano tylko kobyłę ze źrebięciem, dwa spichlerze i wreszcie dziesięciu chłopów pańszczyźnianych. W domu wciąż mieszkała matka Antoniego Marianna, ale dziedzictwo należało się jego synom. W ramach spadku mieli oni jeszcze otrzymać trzysta rubli srebrem złożonych na razie na hipotece u dzierżawcy dóbr Łykoszyna, lecz pieniądze te trudno było odzyskać.
Na zwołanej przez siebie radzie familijnej w listopadzie 1856 roku Marcjanna postanowiła odciąć się od spraw wnuka i zostawić je takie, jakie były, Klemensowi. Podobnie postąpił wuj Jakub Cyman. On także nie chciał już zajmować się Aleksandrem i tłumacząc się słabym zdrowiem oraz licznymi obowiązkami, zrzekł się swego głosu w kwestiach finansowych, a funkcję tak zwanego opiekuna przydanego, którą dotąd sprawował, przekazał szwagrowi Olszewskiemu. Choć nie powiedziano tego wprost, dla wszystkich powoli stawało się jasne, że puławska rodzina ma już dość wszystkich kłopotów z najmłodszym synem Apolonii i z ulgą zostawia je Klemensowi i Domiceli. Wujostwo godzili się z tym, mimo że kwestie spadkowe wyglądały na skomplikowane i wiadomo było, że wymagać będą czasu i zabiegów. Być może, kierując się poczuciem obowiązku, wciąż jeszcze widzieli w Aleksandrze sierotę, któremu trzeba pomóc, lecz nikt nie wspominał już o adopcji, choć właśnie teraz, po śmierci Antoniego, otwierała się do niej droga. Ani Marcjanna, ani Olszewscy nie podnieśli sprawy oficjalnie i nie ma na ten temat wzmianki w protokole rady. Być może tej jesieni Aleksander nie domyślał się jeszcze, że jego marzenie o byciu synem wujostwa pozostanie niespełnione, ale nadchodziły już zdarzenia, dzięki którym i on w końcu zrozumiał, iż dom przy ulicy Olejnej nigdy nie będzie jego domem rodzinnym, lecz jedynie tymczasowym przystankiem na drodze do dorosłości.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_