Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Prymulka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 marca 2026
3321 pkt
punktów Virtualo

Prymulka - ebook

Dusię, osieroconą i zziębniętą, Jaśmina znajduje w lesie. Przygarnia ją i razem rozpoczynają tułaczkę przez powojenną Polskę. „Ze mną nie zginiecie!” – mówi Stara Olga, która do nich dołącza. Razem docierają do wsi na Warmii. Nie chcą ich tu, boją się ich. Jedynym przyjacielem osamotnionej Dusi zostaje lis, tak jak ona wystraszony, zraniony, dziki. Ich niezwykłą przyjaźń obserwuje zza płotu Reinhard, Warmijok. I tak jak Dusia oswaja lisa, tak stary szewc „oswaja” Dusię. Popycha ją do rówieśników, tłumaczy świat, a dziewczynka odwdzięcza mu się najcenniejszym darem – przyjaźnią. To dlatego nazywa ją Prymulką. Opowieść o drugim życiu, które może się zacząć nawet po największej stracie.

Dorastałam w cieniu tęsknoty moich dziadków oraz pozostałych mieszkańców wsi, których droga na Warmię i Mazury była kręta i bolesna. Dopiero po wielu latach zrozumiałam, że to tylko jeden z elementów skomplikowanej historii tych ziem. Powoli zaczęłam wypełniać puste miejsca pamięci – o tych, którzy byli tu przed nami i musieli opuścić swoje domy, oraz o tych, którzy pozostali, narażając się na represje i niebezpieczeństwo.

Autorka

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8208-750-5
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Mawiają, że dzieci rodzą się z miłości. Czasami przynosi je los niespodziewanie, innym razem są długo wyczekiwane. Dusia dla Jaśminy była chyba wszystkim po trochu. Zjawiła się niezapowiedziana, zajmując miejsce ziejące pustką tęsknoty. A gdy już to zrobiła, pozwoliła zakwitnąć największej czułości, jaką Jaśmina nosiła w sobie od dawna.

* * *

Wiatr tego dnia wiał tak, jakby chciał zerwać z drzew wszystkie liście. Gałęzie kołysały się z chrzęstem nad głową Jaśminy, a jej stopy szurały w kolorowym dywanie. Pierzaste chmury marszczyły się wrogo, zwiastując kolejny ulewny wieczór.

Pierwsze krople nie spadły delikatnie, jak to bywało zazwyczaj. Dudniły o kaptur, który Jaśmina naciągała na zwichrzone włosy, by po chwili zachłannie wsiąknąć w zlepione strąki i spłynąć po twarzy. Wiatr świszczał, pospieszając kroki, i łomotał o szeroką spódnicę. Wiał raz w lewo, raz w prawo, aż w pewnej chwili nogi Jaśminy zupełnie pomyliły kierunki i upadła jak długa na ziemię. Wokół zapadła ciemność, ale tylko na moment. Gdy otworzyła oczy, tuż przy jej prawej stopie leżało złote jajo.

Początkowo sądziła, że może to zwykły kasztan, ale gdy dotknęła skorupki, poczuła ciepło, które rozlało się po przemoczonym ciele. Niewiele się namyślając, schowała jajo do kieszeni i ruszyła w kierunku domu.

Opiekowała się nim, tuląc jak największy skarb. W długie jesienne wieczory siadała z nim przy buchającym ogniu i opowiadała bajki. Innym razem mruczała kołysanki, gdy gotowała konfitury w ogromnym kotle. Aż pewnej deszczowej nocy złocona skorupka zaczęła się trząść i pękać, a z wnętrza jaja wyłoniło się skulone człowiecze pisklę.

Jaśmina nie była pewna, czy na jej dłoni spoczywa dziewczynka, czy chłopiec. Drobne ciało pokrywał miedziany meszek, a pod nim skrywała się różowa, pomarszczona skóra. Gdy Jaśmina muskała ją opuszkami palców, była delikatna jak aksamit.

Szybko przekonała się, że miała przed sobą dziewczynkę. Puszek na ciele zaczął się przecierać, a na maleńkiej głowie pojawiły się gęste, czerwone włosy, które mieniły się płomiennym blaskiem. Od tej pory ponure dni Jaśminy wypełniły nowe barwy, torując drogę wielkiej miłości. Dziewczynka zaś stała się Danusią, innym razem znów Danutkiem, Dusią, Dusieńką, a niekiedy i Duśką… Każdy czasami przecież bywa niezdecydowany. Tak było też z imieniem złotej dziewczynki, ale Jaśmina wierzyła, że zawsze dobrze mieć możliwość wyboru. Nawet jeśli w grę wchodzi tylko imię.ROZDZIAŁ I

Jaśmina opowiadała Dusi tę historię za każdym razem, gdy dziewczynkę dręczyły ponure myśli, a sen nie nadchodził. Mała słuchała jej śpiewnego głosu, słowa brzmiały jak najczystsza melodia. Jaśmina miała bowiem niezwykły dar naśladowania świata i gdy coś mówiła, z jej piersi wydobywały się wszystkie dźwięki, jakie można było usłyszeć. To tylko bajka, myślała dziewczynka, w którą obie bardzo chciały wierzyć. Potem wszystko się odmieni i będzie jak dawniej. Przecież nie było innego wyjścia.

– Każdy z nas ma dwa życia, Danutku. Drugie zaczyna się wtedy, kiedy uświadomimy sobie, że mamy tylko jedno. Nasze drugie rozpoczęło się, gdy się spotkałyśmy – powtarzała wówczas Jaśmina, a potem bajała o złotym jaju, które odganiało złe duchy i przeciwdziałało czarom. Tym jajem była ona, dziewczynka-znajdka, jak o sobie myślała czasami Danusia.

W jej wspomnieniach nie było ani odrobiny magii. Pamiętała dom z gliny i podłogę z desek, która bardzo szybko się brudziła. Najpierw wylewało się wiadro wody i skrobało nożem, aby potem dało się umyć. Gdy zamykała oczy, słyszała dziecięcy gwar roześmianego rodzeństwa, które kryło się przed upałem pod rozłożystym kasztanowcem. Dzieci pilnowały inwentarza, doglądały gęsi i krów. Rodzice pracowali w polu.

Tego dnia bawili się w chowanego. Dusia umiała się tak skryć, że mogliby jej szukać do zmierzchu. Biegła przez łąkę, zrywała kwiaty, łapała żaby do kieszonki fartuszka. Nie pamiętała, kiedy dokładnie usłyszała ten przeraźliwy krzyk. Może wtedy, gdy zatrzymała się, by napić się mleka prosto od krowy pasącej się na polu? To coś złego, przemknęło jej przez myśl, pewnikiem to, o czym wieczorami szeptali dorośli. Ostrzegali, że trzeba być wtedy cicho, a potem uciekać. Wśliznęła się więc w stóg siana. Ostre kłosy raniły ramiona i gołe nogi. Zasłoniła uszy i czekała.

Czekała, aż zapadła noc. Czekała, aż w brzuchu poczuła wielką dziurę głodu. Czekała, gdy wokół znów zaczęło świtać. Wyszła z ukrycia, dopiero gdy księżyc drugi raz wdrapał się nad korony drzew. Gdy wróciła, domu już nie było. Spłonął z wszystkim, co miała Danusia. Szukała pod tlącymi się krokwiami, pod którymi żarzyło się dawne życie. Szukała śladów, które mogłyby zaprowadzić ją do mamy, taty i reszty. Parzyła sobie palce i ramiona. Został tylko wielki kasztan i pognieciona skóra, która wiła się po ciele dziewczynki. Początkowo ręce pokrywały krwiste bąble, przyklejały się do materiału. Z czasem ciało skręciło się w nierównomierne blizny i pełzło pod rękawami za dużego palta, które Dusia wygrzebała z pogorzeliska.

Ciemny las, którego bała się do tej pory, okazał się dobrą kryjówką. Zrywała jagody i piła wodę ze strugi. Obmywała nią rany, ale te piekły i z każdym dniem sączyło się z nich więcej niedobrego. Dokuczały jej ręce, materiał drapał świeże wciąż rany. Budziła się zesztywniała od bólu, tak też zasypiała. Zwijała się w kłębek i kołysała raz w jedną, raz w drugą stronę, aż z wyczerpania od zaciskania zębów zasypiała niespokojnym snem.

Z pola zniknęły krowy. Dni były coraz krótsze, a noce zimne. Danka skradała się po cichu do gospodarstw i gdy w oknach gasły lampy, przeciskała się między deskami do stodoły lub obory. Spała krótko, by zdążyć uciec przed porankiem.

Wydawało się, że ta jej tułaczka trwała całą wieczność. Strupy, jak liście, zdążyły przybrać różne barwy i opaść na ziemię. We mgle rozpływały się też sąsiednie gospodarstwa, a wraz z nimi mieszkańcy. Czasami napotykała ślady świadczące o tym, co mogło się z nimi stać, ale wtedy szybko odwracała wzrok i pędem ruszała przed siebie.

To właśnie wtedy, gdy myślała, że już dłużej nie wytrzyma z zimna, głodu i bólu, znalazła ją Jaśmina. Nie pytała, ale też i nie mówiła. Patrzyła tylko na dziewczynkę szeroko otwartymi oczami, w których odbijał się ten sam strach, co w Dusi. Od tamtej pory były nierozłączne, jakby od zawsze należały do siebie.

* * *

– Wyruszymy, jak tylko zapadnie zmrok. – Jaśmina pospiesznie zgarniała rozrzucone przedmioty do jutowego worka. Było tego niewiele: resztki ususzonego chleba, kupka ziemniaków, kilka cieplejszych ubrań i mała kanka wody ze studni. Smak mleka zdążyły już zapomnieć.

– A jak na nich trafimy? – wyszeptała lękliwie Danusia.

– Nocą wyłażą z lasu i idą plądrować chaty. Pójdziemy przez mokradła, tam już tylko przez czeremchowy wąwóz i będziemy przy torach.

Dziewczynka milczała, opiekunka wróciła więc do pakowania skromnego dobytku. Jaśmina przez chwilę rozglądała się po izbie, aż w końcu sięgnęła po sierp. Sprawdziła drewniany trzonek, a potem owinęła ostrze bawełnianą szmatką i schowała pod płaszczem.

– Ja też chcę! – Oczy Danki rozbłysły z zachwytu.

– Wystarczy jeden.

– Ale ja potrafię, pokaż! – Próbowała wyrwać spod płaszcza drewniany trzonek.

– Hejże! – zaprotestowała Jaśmina, siłując się z dziewczynką.

Drobna i wątła z pozoru Danka była nad wyraz zwinna i szybka. Jej rude włosy wiły się niczym węże, a bursztynowe oczy złociły gniewnie, gdy dziewczynka nie dostawała tego, czego chciała. Jedynie gojące się rany na ramionach były w stanie powstrzymać Danuśkę przed walką. Jaśmina przekonała się, że skorupa przestraszonego pisklaka powoli pęka. To dobrze, pomyślała, tylko tak są w stanie przetrwać.

Wcześniej zatrzymały się w opuszczonym gospodarstwie. Jaśmina nie mówiła wiele, ale widząc, jak porusza się po terenie, Danusia przypuszczała, że kobieta bywała tu wcześniej. Nocą kryły się w wielkiej skrzyni, która znajdowała się w drewutni. Dziewczynka nie pytała, dlaczego nie śpią w domu, na wygodnych siennikach. Po okolicy krążyły bandy, które zaprowadzały swoje porządki. Grabiły wszystko, niszcząc to, co stawało im na drodze. Nie były tu bezpieczne, a takie wspólne spanie było jak wieczna przygoda. Dusia nie narzekała.

– Dokąd pojedziemy? – Wyszła za Jaśminą w ciemną noc, podrzucając worek na plecach. Nie był ciężki, ale wciąż zsuwał się z drobnego ramienia dziecka.

– Nie wiem – westchnęła Jaśmina. – Słyszałam, że tam lepiej. Są domy, które można zająć, i ziemia pod uprawę.

– Ale mama i tata… – Dziewczynka zawahała się. – Nie będą wiedzieli, gdzie mnie szukać. Jak… to się wszystko skończy.

Jaśmina przystanęła i zajrzała Dusi w oczy. Odbijał się w nich srebrny blask księżyca, który tej nocy wisiał nisko nad lasem. Nie chciała odbierać jej nadziei, dlatego w milczeniu pogładziła dziewczynkę po zmierzwionych włosach i ruszyła w dalszą drogę.

Mokradła pogrążone były w ciemnościach i tylko miękka ziemia pod stopami przypominała im, że muszą być ostrożne. Pierwsza kroczyła Jaśmina, jej ruchy były bezszelestne i zwinne. Z rozmysłem omijała bagna i wybierała twarde ścieżki. Danka podążała jej śladem, wpatrując się intensywnie w przygarbione plecy kobiety.

Pod luźnym płaszczem kryło się chude ciało Jaśminy. Danusia nie wiedziała, ile mogło liczyć lat. Gdy w nocy tuliła się do wystających żeber, a oddech stawał się szybki i urywany nagłym szlochem, sądziła, że tuż obok leży zagubione dziecko. Z nadejściem dnia wzrok Jaśminy ciemniał i był tak czarny jak studnia za domem Dusi. Dziewczynka bała się tego mroku, który okrywał cieniem twarz Jaśminy. Pogłębiał bruzdy między gęstymi brwiami i zastygał w zaciśniętych wargach. Danusia pomyślała, że może właśnie tam, w tej ciemności oczu Jaśminy kryje się cały świat, który do tej pory znała. Wystarczy, że będzie blisko, aby się w nim zanurzyć.

Minęły moczary, a przed nimi rozpościerał swe strome zbocza czeremchowy wąwóz. Danka ostrożnie stąpała bosymi stopami. Palce jej zesztywniały od podmokłej ziemi, ostre gałęzie raniły podeszwy, ale dziewczynka nauczona była oszczędzać. W domu też nie nosili butów. Biegali boso, a wieczorami mama nakłuwała pęcherze i wyciskała kleistą ciecz. Smarowała potem drobne stopy gęsim tłuszczem i kazała chybcikiem kłaść się spać.

Jedyne buty, jakie teraz miała, wsunęła do worka, który przerzuciła przez ramię. Znalazła je między rozrzuconym dobytkiem, ktoś zostawił je ot tak. Pewnie nie zdążył zapakować, nim wyruszył w drogę. Może spotka go tam, gdzie obie z Jaśminą zmierzają? Wymienią się tym, co udało się zabrać. Ona odda buty, które i tak były za małe. Obawiała się, że gdy tylko włoży je na stopy, rozpadną się jak wszystko wokół. Postanowiła, że wyjmie je dopiero na stacji, nim wsiądzie do pociągu.

Danka nigdy nie podróżowała dalej niż do sąsiedniej wsi. Tatulek zaprzęgał wtedy Bystrą do wozu i powoli toczyli się po szutrowej drodze. W letnie dni wiatr przyjemnie rozwiewał włosy dziewczynki, zimą chłostał bezlitośnie. Nikt jednak nie pytał Dusi, co woli, a czego nie. Gdy kazali jechać, sadowiła się bez słowa na twardych deskach. Teraz też nie protestowała.

Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, jak to jest jechać taką ogromną maszyną i toczyć się po torach w nieznane. Bez mamy i taty, za to z Jaśminą. Jeszcze kilka dni temu obcą, a dziś jedyną. Danusia głęboko westchnęła, aby uspokoić łomoczące w piersi serce.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij