Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przebudzenie Aurory - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 maja 2026
59,90
5990 pkt
punktów Virtualo

Przebudzenie Aurory - ebook

Tom Dreyfus jest prefektem, jednym z oficerów organizacji policyjnej o nazwie Panoplia. Jego rewirem jest Migotliwa Wstęga – olbrzymi wir kosmicznych habitatów orbitujących wokół planety Yellowstone, rojnego ośrodka międzygwiezdnego imperium rozciągającego się na wiele światów.

Najnowsza sprawa: dochodzenie w sprawie zabójczego ataku na jeden z habitatów, na którym zginęło ponad dziewięciuset ludzi. W trakcie śledztwa natrafia na trop sprawy o wiele poważniejszej niż masowe morderstwo – sekretnego spisku zawiązanego przez tajemniczą istotę, dążącą do przejęcia całkowitej władzy nad Migotliwą Wstęgą.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68591-74-3
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JEDEN

Tha­lia Ng poczuła, że wraca jej waga. Winda pędziła z doku w dół, wzdłuż osi habi­tatu. Pozwo­liła sobie wylą­do­wać nogami na pod­ło­dze, sta­ra­jąc się wyczuć moment, w któ­rym zwięk­sza­jące się cią­że­nie osią­gnie stan­dar­dowe 1 g. Miała nadzieję, że osie­dle nie okaże się jed­nym z tych, na któ­rych panuje pury­tań­sko wysoka gra­wi­ta­cja. Nie­któ­rzy sądzili, że mozolne cho­dze­nie pod naci­skiem 2 g jest z jakie­goś powodu moral­nie chwa­leb­nym wyczy­nem. Pas, na któ­rym wisiały pso­bat dziew­czyny i jej narzę­dzia do ana­lizy rdze­nia wybor­czego, już teraz zaczy­nał nie­przy­jem­nie cią­żyć.

– Tha­lia – ode­zwał się cicho Drey­fus, gdy winda zwol­niła i się zatrzy­mała. – Spró­buj aż tak bar­dzo nie oka­zy­wać po sobie zde­ner­wo­wa­nia.

– Prze­pra­szam, pre­fek­cie. – Wygła­dziła rąbek bluzy.

– Jestem pewien, że świet­nie sobie pora­dzisz.

– Żałuję, że nie mie­li­śmy wię­cej czasu. Nie zdą­ży­łam prze­czy­tać wszyst­kich mate­ria­łów o Domu Peri­gal. Przy­da­łoby mi się to.

– O celu podróży zosta­łaś poin­for­mo­wana zaraz po opusz­cze­niu Pano­plii.

– To było led­wie godzinę temu.

Przyj­rzał się jej, mru­żąc leni­wie prawe oko.

– Jaki masz wskaź­nik pręd­ko­ści czy­ta­nia?

– Trzy. Nic szcze­gól­nego.

Drey­fus upił łyk z bańki kawy, którą zabrał ze statku. Wywo­łała ją dla niego Tha­lia: napój był czarny jak smoła, dokład­nie taki, jaki lubił jej szef.

– Czyli ten plik rze­czy­wi­ście musiał być nie­mały.

– Ponad tysiąc aka­pi­tów.

– Cóż, nie musisz wie­dzieć nic ponad to, czego dowie­dzia­łaś się na szko­le­niu.

– Mam nadzieję. Tak czy ina­czej, nie mogłam się oprzeć wra­że­niu…

– Tak? – spy­tał łagod­nie Drey­fus.

– W tych aktach bar­dzo czę­sto poja­wia się pań­skie nazwi­sko.

– Cóż, Caitlin Peri­gal i ja spo­tka­li­śmy się już kilka razy w prze­szło­ści. – Uśmiech­nął się chłodno. – Zwy­kle w nie­zbyt przy­ja­ciel­skich oko­licz­no­ściach. Jestem prze­ko­nany, że nie omieszka mi o tym przy­po­mnieć.

– Tak, tego możemy być pewni – ode­zwał się Spa­rver, drugi z zastęp­ców pre­fekta.

Drey­fus lekko zaci­snął grube palce na ramie­niu Tha­lii.

– Pamię­taj po pro­stu, że zna­la­złaś się tu w jed­nym celu, masz zabez­pie­czyć dowody. Wszyst­kim innym zaj­miemy się ja i Spa­rver.

Gdy drzwi windy odsu­nęły się na bok, fala gorąca i wil­goci ude­rzyła ich niczym mokra dłoń. Wszę­dzie jak okiem się­gnąć uno­siły się kłęby pary. Stali przy wej­ściu do olbrzy­miej jaskini, wyku­tej we wnę­trzu kamien­nego koła habi­tatu. Więk­szość powierzchni zaj­mo­wały wypeł­nione wodą baseny, umiesz­czone na róż­nych pozio­mach i połą­czone prze­myśl­nym sys­te­mem kana­łów i śluz. Miesz­kańcy kąpali się w nich, pły­wali lub bawili się w roz­ma­ite gry. Prze­waż­nie nago. Zoba­czyli stan­dar­do­wych, nie­zmo­dy­fi­ko­wa­nych ludzi oraz osoby, które bar­dzo się od nich róż­niły budową. Zauwa­żyli też poły­sku­jące posta­cie, które w ogóle nie były ludźmi.

Drey­fus wydo­był z kie­szeni bluzy parę gru­bych, nie­zgrab­nych oku­la­rów i wytarł ciemne szkła w rękaw. Tha­lia poszła za jego przy­kła­dem i zało­żyła wła­sne, kon­cen­tru­jąc się na zmia­nach w oto­cze­niu, jakie po tym nastą­piły. Wielu z nagich ludzi miało teraz na sobie maski lub byli ubrani czy przy­naj­mniej czę­ściowo prze­sło­nięci migo­tli­wymi, barw­nymi kwa­dra­tami albo pękami koły­szą­cych się sen­nie piór. Nie­któ­rzy przy­brali też inne kształty i roz­miary. Kilku nie­mal zni­kło, ale oku­lary pozwa­lały dostrzec ich pul­su­jące zarysy. Wysoko nad nimi maja­czyły świe­tli­ste, roz­ga­łę­zione struk­tury – Tha­lia nie była pewna, czy są to rzeźby, czy też jakaś forma wizu­ali­za­cji danych potrzeb­nych do roz­gry­wa­nej w base­nie gry.

– Oho, komi­tet powi­talny – zauwa­żył Drey­fus.

Coś rze­czy­wi­ście się do nich zbli­żało. Po suchej, wiją­cej się mię­dzy base­nami ścieżce kro­czyła para kształt­nych, oble­czo­nych w poń­czo­chy, kobie­cych nóg, na któ­rych spo­czy­wała taca z roz­ma­itymi napo­jami. Obcasy stu­kały o pod­łoże, stopy wysu­wały się kolejno, jedna przed drugą, z neu­ro­tyczną wręcz pre­cy­zją. Płyny w szkla­necz­kach nawet nie falo­wały.

Tha­lia się­gnęła do pasa.

– Spo­koj­nie – szep­nął Drey­fus.

Ser­wi­tor zatrzy­mał się przed nimi.

– Witam w imie­niu Domu Peri­gal, pre­fekci – ode­zwał się wyso­kim gło­sem. – Czy mogę zapro­po­no­wać coś do picia?

– Dzięki – odparła Tha­lia. – Powin­ni­śmy już…

Drey­fus odło­żył bańkę z kawą i zawie­sił rękę nad tacą.

– Co pole­casz?

– Ten czer­wony jest zno­śny.

– A zatem czer­wony. – Wziął szklankę i uniósł ją do warg, na tyle, by poczuć aro­mat.

Tha­lia także się poczę­sto­wała. Wstrzy­mał się jedy­nie Spa­rver: meta­bo­lizm hiper­świni nie radził sobie z alko­ho­lem.

– Pro­szę za mną, zapro­wa­dzę was do matriar­chy.

Poszli za robo­tem przez jaski­nię, mija­jąc kolejne baseny. Tuż po przy­by­ciu nikt nie zwró­cił na nich więk­szej uwagi, teraz jed­nak nie mieli już tego luk­susu. Dziew­czyna wyraź­nie czuła na karku łasko­ta­nie nie­spo­koj­nych, obcych spoj­rzeń.

Wspięli się ku jed­nemu z wyżej poło­żo­nych base­nów. Cztery deko­ra­cyjne żela­zne ryby pluły do niego wodą z otwar­tych pysków. Wewnątrz, zanu­rzone po pierś w won­nej pia­nie, pła­wiły się trzy doro­słe osoby. Dwóch męż­czyzn i Caitlin Peri­gal. Tha­lia znała jej twarz ze zdję­cia w aktach. Matriar­cha miała musku­larne ramiona, zwę­ża­jące się ku ele­ganc­kim dło­niom i wypo­sa­żo­nym w błonę pławną pal­com o paznok­ciach barwy zie­lo­nego kwasu. Jej włosy zdo­biło pawie pióro. Wokół głowy kobiety doka­zy­wały, brzę­cząc skrzy­dłami, zie­lone nimfy i satyry.

– Pre­fekci – przy­wi­tała się gło­sem zmięk­czo­nym po zaży­ciu nad­cie­kłego helu.

– Matriar­cho Peri­gal – odpo­wie­dział Drey­fus, który zatrzy­mał się kilka cen­ty­me­trów od brzegu basenu. – Są ze mną moi zastępcy: Spa­rver Ban­cal i Tha­lia Ng. My się już znamy.

Peri­gal zwró­ciła się sen­nie ku dwójce swych towa­rzy­szy.

– Ten ospały gru­bas to Tom Drey­fus – wyja­śniła.

Jeden z nich – ary­sto­krata o dłu­gich, bia­łych wło­sach – przyj­rzał się Drey­fu­sowi badaw­czo zim­nymi, sza­rymi oczyma. Przy­sła­nia­jące jego nagość pióra ukła­dały się we wzory przy­po­mi­na­jące maź­nię­cia pędzla mala­rza impre­sjo­ni­sty.

– Czyż­byś miała już kie­dyś przy­jem­ność go spo­tkać, Caitlin?

Peri­gal poru­szyła się gwał­tow­niej, wzbu­rza­jąc wodę umię­śnio­nym, chwyt­nym ogo­nem wsz­cze­pio­nym w miej­sce nóg. Tha­lia musnęła prze­łącz­nik z boku oku­la­rów, by spraw­dzić, czy ogon nie jest halu­cy­na­cją.

– Mam wra­że­nie, że życiową misją Drey­fusa jest wyszu­ki­wa­nie dzi­wacz­nych krucz­ków praw­nych, któ­rymi mnie potem nęka – rzu­ciła Peri­gal.

Pre­fekt wciąż patrzył nie­po­ru­szony.

– Wyko­nuję tylko swoje obo­wiązki. To nie moja wina, że bez prze­rwy przy­spa­rzasz mi pracy.

– I teraz też ci jej przy­spo­rzy­łam, prawda?

– Na to wygląda. Przy oka­zji, ładny ogon. Co się stało z nogami?

Peri­gal ski­nęła ku kro­czą­cej tacy.

– Nie roz­sta­łam się z nimi zupeł­nie. Świetny temat do roz­mów na przy­ję­ciach.

– Co kto lubi.

– Tak, zwy­kle kie­ruję się tą zasadą. – Peri­gal pochy­liła się i cią­gnęła już ostrzej­szym gło­sem: – Cóż, uprzej­mo­ści mamy chyba za sobą. Prze­pro­wadź­cie swoją kon­trolę, zrób­cie, co musi­cie, a potem wyno­ście się do dia­bła z mojego habi­tatu.

– Nie przy­le­cie­li­śmy tu na kon­trolę – odparł Drey­fus.

Tha­lia spięła się wbrew sobie. Nade­szła chwila, na którą od dawna skry­cie cze­kała i któ­rej się jed­no­cze­śnie oba­wiała.

– Więc po co? – spy­tała Peri­gal.

Drey­fus wycią­gnął z kie­szeni bluzy doku­ment, uniósł kartkę i lekko zmru­żył oczy. Nim zaczął czy­tać, rzu­cił prze­lotne spoj­rze­nie na Tha­lię i Spa­rvera.

– Caitlin Peri­gal, jako matriar­cha tego habi­tatu jesteś oskar­żona o naru­sze­nie pro­cesu demo­kra­tycz­nego, co sta­nowi prze­stęp­stwo kate­go­rii pią­tej. W szcze­gól­no­ści cho­dzi o inge­ren­cję w sys­tem wybor­czy z zamia­rem odnie­sie­nia korzy­ści wła­snej.

Peri­gal wymam­ro­tała coś nie­wy­raź­nie, jej policzki zaru­mie­niły się z obu­rze­nia. Drey­fus uci­szył ją, pod­no­sząc rękę, i czy­tał dalej.

– Twój habi­tat ma zostać zamknięty na czas docho­dze­nia. Fizyczna komu­ni­ka­cja mię­dzy Domem Peri­gal a resztą układu, wli­cza­jąc w to Chasm City, zostaje zawie­szona. Nie zezwala się rów­nież na jakie­kol­wiek trans­mi­sje danych, w któ­rą­kol­wiek stronę. Wszel­kie próby zła­ma­nia powyż­szych sank­cji będą skut­ko­wać uży­ciem siły. Decy­zja jest osta­teczna i wią­żąca. – Opu­ścił kartkę. – Blo­kada wcho­dzi w życie ze skut­kiem natych­mia­sto­wym.

Zapa­dła nie­spo­kojna cisza, mącona jedy­nie przez nikły chlu­pot wody w base­nie.

– To jakiś żart, prawda? – ode­zwał się wresz­cie sza­ro­oki męż­czy­zna, spo­glą­da­jąc z nadzieją na Peri­gal. – Powiedz, pro­szę, że to żart.

– A więc do tego już doszło – ode­zwała się matriar­cha. – Drey­fus, zawsze wie­dzia­łam, że jesteś bydlę, ale nie podej­rze­wa­łam, że upad­niesz aż tak nisko.

Pre­fekt odło­żył doku­ment.

– Tu znaj­dziesz pod­su­mo­wa­nie wysu­nię­tych prze­ciwko tobie zarzu­tów. Moim zda­niem mucha nie siada, ale ja jestem tylko pro­stym funk­cjo­na­riu­szem. – Uniósł palec do brody, jakby wła­śnie sobie o czymś przy­po­mniał. – A teraz popro­szę cię o nie­wielką przy­sługę.

– Ty naprawdę osza­la­łeś!

– Nadaj, z łaski swo­jej, prio­ry­te­towy komu­ni­kat do wszyst­kich swo­ich oby­wa­teli i gości. Poin­for­muj ich o blo­ka­dzie i o tym, że stracą kon­takt z resztą wszech­świata. Przy­po­mnij im rów­nież, że taki stan może trwać do stu lat. Jeśli więc mają jakie­kol­wiek wia­do­mo­ści dla swo­ich bli­skich znaj­du­ją­cych się poza habi­ta­tem Domu Peri­gal, na ich wysła­nie zostało im sześć­set sekund.

Drey­fus zwró­cił się ku Tha­lii i Spa­rve­rowi i ode­zwał się ciszej, choć nie tak, by nie usły­szała go matriar­cha.

– Zastępcy, wie­cie co robić. Jeśli kto­kol­wiek spró­buje wam prze­szko­dzić lub odmówi współ­pracy, może­cie prze­pro­wa­dzić natych­mia­stową euta­ni­za­cję.

***

Trans­por­ter poru­szał się szybko, jego pręd­kość rów­no­wa­żyła odśrod­kową gra­wi­ta­cję powoli obra­ca­ją­cego się koła osie­dla. Pogrą­żona w myślach Tha­lia sie­działa obok Spa­rvera.

– To nie jest uczciwe – ode­zwała się.

– Co takiego?

– Mam na myśli los tych wszyst­kich ludzi, któ­rzy tu przy­pad­kiem utknęli. Część z nich zapewne tylko kogoś odwie­dzała…

– Cza­sami tak jest, że nie­uczciwe roz­wią­za­nie pozo­staje jedy­nym moż­li­wym posu­nię­ciem.

– Ale odcię­cie od reszty Migo­tli­wej Wstęgi, od Yel­low­stone, od przy­ja­ciół i rodzin, od abs­trak­cji, od pro­gra­mów medycz­nych… Nie­któ­rzy mogą tu umrzeć, zanim znie­siemy blo­kadę.

– Mogli się wcze­śniej nad tym zasta­no­wić. Jeśli ktoś nie chce się dać zła­pać w blo­kadę, powi­nien sie­dzieć we wła­snym habi­ta­cie.

– To, co mówisz, jest bez­duszne.

– Chcieli się dobrać demo­kra­cji do dupy. Nie zmar­twię się, jeśli teraz to demo­kra­cja zaj­rzy im do zadków.

Tha­lia poczuła powra­ca­jące cią­że­nie. Zbli­żali się do celu i pojazd zwol­nił. Wysie­dli i zna­leźli się w kolej­nej jaskini, mniej­szej i jaśniej­szej od poprzed­niej. Tym razem posadzka była wyło­żona czarno-bia­łymi, wypo­le­ro­wa­nymi do poły­sku płyt­kami. Z otworu pośrodku pomiesz­cze­nia wzno­sił się cylin­der o śred­nicy pnia drzewa, zakoń­czony iglicą się­ga­jącą nie­mal do stropu. Na jego czar­nej powierzchni migo­tały sym­bole, sche­ma­tycz­nie repre­zen­tu­jące prze­pływ stru­mieni danych: plą­ta­nina zmie­nia­ją­cych się co chwila czer­wo­nych i nie­bie­skich linii. Wokół kolumny wiły się spi­ralne, pozba­wione porę­czy schody, pro­wa­dzące do przy­po­mi­na­ją­cych ucięte gałę­zie por­tów inter­fejsu.

Męż­czy­zna w beżo­wym mun­du­rze – tech­nik lub straż­nik – stał na dole. Jego obli­cze wyglą­dało jak stu­dium podejrz­li­wo­ści.

– Nie zbli­żaj­cie się – rzu­cił.

– Czy Peri­gal nie poin­for­mo­wała was, że jeste­śmy w dro­dze i że nie należy nam prze­szka­dzać? – odparł Spa­rver.

– To pod­stęp. Jeste­ście agen­tami Domu Can­ta­rini.

Spa­rver rzu­cił mu roz­ba­wione spoj­rze­nie.

– Czy ja naprawdę wyglą­dam na agenta Domu Can­ta­rini?

– Agen­tem może być każdy.

– Jestem hiper­świ­nią. Myślisz, że wysła­liby aku­rat kogoś takiego?

– Nie wolno mi ryzy­ko­wać. Jeśli choć dotknie­cie tego rdze­nia, stracę pracę, opi­nię, wszystko.

– Pro­szę się odsu­nąć – ode­zwała się Tha­lia.

– Przy­kro mi. Nie mogę was prze­pu­ścić. – Męż­czy­zna otwo­rzył dłoń i poka­zał im przy­twier­dzone do niej mato­wo­srebrne urzą­dze­nie z wid­nie­ją­cym pośrodku czer­wo­nym, wypu­kłym spu­stem. – Sys­temy obronne w tym pomiesz­cze­niu zdą­żyły was już namie­rzyć. Nie zmu­szaj­cie mnie, bym ich użył.

– Jeśli nas zabi­jesz, Pano­plia przy­śle kolej­nych pre­fek­tów – przy­po­mniał Spa­rver.

Tha­lię zaswę­działa skóra. Czuła na sobie auto­ma­tyczny wzrok ukry­tej broni, goto­wej w każ­dej chwili posłać ją w nie­byt.

– Nie zabiję was, jeśli zawró­ci­cie i odej­dzie­cie.

– Odej­dziemy, kiedy zabez­pie­czymy dowody. – Dłoń Spa­rvera opa­dła do pasa. Odpiął ręko­jeść pso­bata i mach­nął nią, roz­wi­ja­jąc włókno na całą dłu­gość. Gdy dotknęło pod­łogi, roz­legł się suchy trzask.

– Ma rację – rzu­ciła Tha­lia, usil­nie sta­ra­jąc się powstrzy­mać drże­nie głosu. – Jeste­śmy z Pano­plii.

– Pro­szę. – Palec męż­czy­zny w mun­du­rze pie­ścił spust. – By ochro­nić rdzeń, zro­bię wszystko.

Spa­rver wypu­ścił pso­bat z ręki. Ręko­jeść pozo­stała na wyso­ko­ści jego pasa, zwi­nięty koniec zesztyw­nia­łego włókna oparł się na pod­ło­dze jak ogon węża. Czarna główka zako­ły­sała się niczym wypa­tru­jąca ofiary kobra. Po chwili obró­ciła się i wymie­rzyła w straż­nika.

Na jego grdyce zaja­śniał czer­wony punk­cik.

– Odpo­wiedz mi na jedno pyta­nie – powie­dział Spa­rver. – Jak bar­dzo jesteś przy­wią­zany do swo­ich pal­ców?

Męż­czy­zna zaczerp­nął głę­boko powie­trza i wstrzy­mał oddech.

– Pso­bat już cię namie­rzył – cią­gnął pre­fekt. – Jeśli wyczuje wro­gie zamiary – a jest w tym naprawdę dobry – rzuci się na cie­bie szyb­ciej, niż impuls ner­wowy dotrze do two­jej ręki. A potem użyje ostrej kra­wę­dzi włókna, by zro­bić coś wyjąt­kowo paskud­nego.

Tech­nik otwo­rzył usta, by coś powie­dzieć, ale wydał z sie­bie jedy­nie suche chrząk­nię­cie. Po chwili roz­warł obie dło­nie, roz­ca­pie­rza­jąc palce naj­sze­rzej, jak potra­fił.

– Słuszna decy­zja – pochwa­lił Spa­rver. – A teraz, nie zmie­nia­jąc pozy­cji, odsuń się od rdze­nia.

Ski­nął na Tha­lię, by zajęła się zabez­pie­cza­niem dowo­dów. Pso­bat trwał przy jego boku, pła­skim koń­cem ręko­je­ści śle­dząc odcho­dzą­cego powoli od kolumny męż­czy­znę.

– Mówi wice­pre­fekt Tha­lia Ng – ode­zwała się gło­śno. – Potwier­dzić toż­sa­mość.

– Witam, wice­pre­fek­cie Ng – odpo­wie­dział rdzeń, typo­wym dla maszyn bez­pł­cio­wym gło­sem. – W czym mogę pomóc?

Tha­lia przy­po­mniała sobie jed­no­ra­zowy kod, który udo­stęp­niono jej już po tym, jak kuter opu­ścił Pano­plię.

– Potwierdź prze­ję­cie sys­te­mów zabez­pie­czeń Nar­cyz Osiem Pali­san­der.

– Prze­ję­cie zakoń­czone pomyśl­nie, wice­pre­fek­cie Ng. Dostęp na czas sze­ściu­set sekund.

– Wyłą­czyć dwu­stronny dostęp do zewnętrz­nej abs­trak­cji.

– Dostęp wyłą­czony.

Czer­wone linie znik­nęły. Na kolum­nie migo­tały już tylko nie­bie­skie sym­bole. Komu­ni­ka­cja habi­tatu ze świa­tem zewnętrz­nym została odcięta. Sia­teczka błę­kit­nych kre­sek natych­miast zgęst­niała – oby­wa­tele wpa­dli w panikę i wysy­łali do rdze­nia alar­mowe zapy­ta­nia.

Tha­lia rzu­ciła okiem na tech­nika, wciąż trzy­ma­nego w sza­chu przez pso­bat Spa­rvera. Po raz pierw­szy w życiu jego implanty zostały odcięte od bez­u­stan­nej komu­ni­ka­cji z matrycą infor­ma­cyjną spoza Domu Peri­gal. Musiał to odczuć jak opad­nię­cie ostrza gilo­tyny.

Na powrót sku­piła się na rdze­niu.

– Przy­go­to­wać trzy fizyczne kopie logów wszel­kich trans­mi­sji danych do i z habi­tatu, z okresu obej­mu­ją­cego ostat­nie tysiąc dni.

– Przy­go­to­wa­nie pakie­tów w toku. Pro­szę cze­kać.

Tha­lia unio­sła rękę do szyi i dotknęła mikro­fonu.

– Tu Tha­lia, pre­fek­cie. Wła­śnie zabez­pie­czamy dowody. Powin­ni­śmy do pana wró­cić za dzie­sięć minut.

Nie otrzy­mała odpo­wie­dzi. Cze­kała jesz­cze kilka chwil, dając Drey­fu­sowi czas na akty­wa­cję inter­komu. Bez skutku.

– Brak odzewu. – Popa­trzyła na Spa­rvera.

– Szef jest pew­nie zajęty – odparł.

– Powi­nien już odpo­wie­dzieć. Mar­twię się. Może lepiej będzie, jeśli tam wró­cimy i spraw­dzimy…

– Potrze­bu­jemy tych danych, Tha­lia. Za pięć minut stra­cisz dostęp.

Miał rację. Kod był jed­no­ra­zowy – umoż­li­wiał swo­bodne korzy­sta­nie z rdze­nia przez dzie­sięć minut – nie zadziała po raz drugi.

– No szyb­ciej! – rzu­ciła maszy­nie przez zęby.

Raz jesz­cze spró­bo­wała się sko­mu­ni­ko­wać z Drey­fu­sem. Wciąż nie odpo­wia­dał. Po chwili, która wydała się jej wiecz­no­ścią, z rdze­nia wysu­nęły się dane. Tha­lia spięła razem trzy grube dys­kietki i przy­mo­co­wała je do pasa. Odnio­sła absur­dalne wra­że­nie, że czuje wagę zawar­tych w pakie­tach infor­ma­cji. Nada­nie ich tra­dy­cyj­nym prze­ka­zem zaję­łoby wiele dni.

– Skoń­czy­łaś? – zapy­tał Spa­rver.

– Mam wszystko, co trzeba. Lokal­nej abs­trak­cji nie musimy wyłą­czać.

– A jeśli spró­bują omi­nąć twoją blo­kadę?

– Zosta­nie im mar­twy rdzeń. Mie­liby szczę­ście, gdyby po czymś takim dzia­łał jesz­cze sys­tem pod­trzy­my­wa­nia życia, nie mówiąc o abs­trak­cji. – Znów zwró­ciła się do auto­matu i kazała mu zamknąć dostęp, który przed chwilą zyskała. – Już po wszyst­kim – rzu­ciła, czu­jąc nie­ocze­ki­wane ukłu­cie zawodu.

– No pro­szę. Nie było tak strasz­nie, prawda?

– Mar­twię się o szefa.

– Według mnie to po pro­stu skały blo­kują nasze sygnały. – Spa­rver uśmiech­nął się do tech­nika. – Skoń­czy­li­śmy. Mogę zaufać, że nie zro­bisz nic głu­piego, jeśli zdejmę z cie­bie pso­bat?

Męż­czy­zna prze­łknął z tru­dem ślinę i poki­wał głową.

– Rozu­miem, że to zna­czyło „tak”. – Spa­rver wycią­gnął rękę i ski­nął na swoją broń. Pso­bat mach­nął ogo­nem i jego ręko­jeść wsko­czyła w dłoń wła­ści­ciela. Włókno zasy­czało i wsu­nęło się do obu­dowy.

Spa­rver pokle­pał czule broń i zawie­sił ją u pasa.

– No to chodźmy spraw­dzić, co z sze­fem.

Gdy wró­cili do Drey­fusa, zna­leźli go sto­ją­cego nie­ru­chomo, samot­nego pośród świa­dectw nie­wy­obra­żal­nej rzezi. W jed­nej dłoni trzy­mał oku­lary, w dru­giej pso­bat.

Tha­lia ścią­gnęła swoje szkła, by zoba­czyć świat w jego real­nej postaci. Ludzie krzy­czeli, roz­py­chali się, roz­chla­py­wali wodę, by jak naj­szyb­ciej odda­lić się od pre­fekta i tego, w co się wpa­try­wał. Dwaj męż­czyźni towa­rzy­szący Caitlin Peri­gal koły­sali się bez­wład­nie w base­nie wypeł­nio­nym zabar­wioną teraz na różowo wodą. Sza­ro­oki stra­cił przed­ra­mię: leżało odcięte na mar­mu­ro­wym brzegu, oskar­ży­ciel­sko mie­rząc pal­cem w Drey­fusa. Tuż za nad­garst­kiem skóra była roz­dęta, jakby jakaś wsz­cze­piona w kość broń pró­bo­wała w ostat­niej chwili wydo­stać się na zewnątrz. Drugi z nich – trzę­sący się jak w ataku epi­lep­sji – krwa­wił z obu noz­drzy. Sze­roko otwar­tymi oczyma wpa­try­wał się w strop. Trzech lub czte­rech innych gości znaj­du­ją­cych się w pobliżu opa­try­wało rany o róż­nej głę­bo­ko­ści. Przez krew prze­le­wa­jącą się z basenu do basenu kana­li­kami i wodo­spa­dami nie można było oce­nić, ilu ludzi ucier­piało. Ser­wi­tory medyczne przy­były już na miej­sce i zajęły się naj­po­waż­niej­szymi obra­że­niami. Nawet one wyda­wały się zdez­o­rien­to­wane.

Peri­gal wciąż żyła, choć oddy­chała z tru­dem. W jej pra­wym policzku otwie­rało się głę­bo­kie roz­cię­cie, bie­gnące od kącika ust aż do ucha. Dyszała. Patrzyła zbie­la­łymi ze stra­chu i zło­ści oczyma.

– Popeł­ni­łeś błąd – szep­nęła. – Popeł­ni­łeś błąd i zapła­cisz mi za to.

Drey­fus powoli obró­cił się ku nad­cho­dzą­cym Tha­lii i Spa­rve­rowi.

– Macie pakiety?

– Tak – odparła Tha­lia, sta­ra­jąc się zacho­wać pro­fe­sjo­nalny ton, mimo że zaschło jej w gar­dle.

– Więc chodźmy. Tu nie mamy już nic do roboty.DWA

Drey­fus przed­ry­fo­wał pół dłu­go­ści pozba­wio­nej cią­że­nia sali, w któ­rej rezy­do­wała naczelna pre­fekt. Po chwili zabez­pie­cza­jąca smycz zatrzy­mała go w miej­scu. Jane Aumo­nier przez moment jakby nie zauwa­żała obec­no­ści gościa, wpa­try­wała się w jeden z naścien­nych wyświe­tla­czy. Drey­fus cicho odchrząk­nął.

– Jeśli chcesz mojej rezy­gna­cji, złożę ją natych­miast.

Aumo­nier obró­ciła ku niemu głowę.

– Na jakich pod­sta­wach, Tom?

– To zależy od cie­bie. Jeśli popeł­ni­łem błąd pro­ce­du­ralny albo dopu­ści­łem się nie­wła­ści­wego osądu, wystar­czy jedno słowo…

– Jeśli popeł­ni­łeś błąd, to pole­gał on jedy­nie na nie­wy­star­cza­jąco zde­cy­do­wa­nej obro­nie sie­bie i zastęp­ców. Ile w sumie osób zgi­nęło?

– Sześć – odparł Drey­fus.

– Zda­rzały się już gor­sze sytu­acje. Od początku wie­dzia­łam, że z tą Peri­gal łatwo nam nie pój­dzie. Jed­no­cy­frowa liczba ofiar jest naj­zu­peł­niej do zaak­cep­to­wa­nia. Zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę to, czego można się było tam spo­dzie­wać.

– Mia­łem nadzieję, że nie naro­bimy takiego bała­ganu.

– To Peri­gal zaczęła, nie ty.

– Tak czy ina­czej, nie sądzę, byśmy mieli ją z głowy. To, co mi powie­działa… – Drey­fus urwał; zda­wał sobie sprawę, że Aumo­nier ma i tak wiele na gło­wie, i nie chciał jej dodat­kowo obar­czać wła­snymi wąt­pli­wo­ściami. – Mam wra­że­nie, jak­bym ode­brał należny sobie dług. Pre­fekt nie powi­nien czuć cze­goś takiego.

– Wszy­scy jeste­śmy tylko ludźmi.

– W prze­szło­ści zawsze uda­wało jej się wymknąć. Albo nie byli­śmy na tyle sprytni, albo nie dość szybcy, by ją skon­tro­lo­wać, zanim dowody się przedaw­niły. Ni­gdy nie zna­leź­li­śmy niczego, co wystar­czy­łoby do wpro­wa­dze­nia stu­let­niej blo­kady.

– Tym razem też jesz­cze nie mamy takiej pew­no­ści.

– Myślisz, że znów nam się wyśliź­nie?

– To już zależy od zawar­to­ści zabez­pie­czo­nych mate­ria­łów. Chyba czas sko­rzy­stać z tej mło­dej, bystrej eks­pertki z two­jego zespołu.

– Tha­lia. Jestem pewien jej umie­jęt­no­ści.

– Więc nie masz się czego oba­wiać. Jeśli Peri­gal jest winna, blo­kada nie zosta­nie znie­siona. A jeśli niczego nie znaj­dziemy, Dom Peri­gal zosta­nie na powrót dopusz­czony do Migo­tli­wej Wstęgi, a jego miesz­kańcy odzy­skają peł­nię praw.

– Poza tą szóstką.

– Oby­wa­tele zawsze pani­kują, gdy tracą abs­trak­cję. To nie nasz pro­blem.

Drey­fus przy­glą­dał się Aumo­nier, sta­ra­jąc się odczy­tać cokol­wiek z wyrazu jej twa­rzy. Zasta­na­wiał się, co prze­oczył. Nie było do niej podobne, by musiała pytać, ile osób zgi­nęło w trak­cie ope­ra­cji; zwy­kle tego rodzaju liczby znała jesz­cze przed jego powro­tem do Pano­plii. Twarz kobiety była jed­nak – jak zawsze – nie­moż­liwą do odcy­fro­wa­nia maską. Pamię­tał jesz­cze, jak wyglą­dała, uśmie­cha­jąc się, cie­sząc lub gnie­wa­jąc, w cza­sach przed spo­tka­niem z Zegar­mi­strzem – pamię­tał, choć obrazy te przy­wo­ły­wał z coraz więk­szym tru­dem.

– Za pozwo­le­niem – pod­jął – ale jeśli nie cho­dzi o repry­mendę, to po co zosta­łem tu wezwany?

– Może chcia­łam poroz­ma­wiać? Poga­dać? Poczuć cie­pło towa­rzy­stwa dru­giego czło­wieka?

– Nie wydaje mi się.

– Coś się wyda­rzyło. Wia­do­mość dotarła do nas, gdy cie­bie nie było. Sprawa jest rów­nie deli­katna jak ta z Peri­gal, jeśli nie bar­dziej. Na doda­tek nagląca. Musimy się tym zająć natych­miast.

Drey­fus nie sły­szał przed wylo­tem, by cokol­wiek się szy­ko­wało.

– Kolejna blo­kada?

– Nie, nie­stety tym razem nie mamy już czego blo­ko­wać.

– Nie jestem pewien, czy rozu­miem.

Aumo­nier wycią­gnęła rękę ku ścia­nie i powięk­szyła jeden z wyświe­tla­czy. Poja­wiły się na nim zdję­cia sfe­rycz­nego habi­tatu – sza­rej kuli z nie­wy­raź­nymi mikro­sko­pij­nymi deta­lami na powierzchni, oto­czo­nej pasem tro­pi­kal­nych paneli sło­necz­nych i sie­cią olbrzy­mich luster roz­miesz­czo­nych nad bie­gu­nami i wokół rów­nika. Trudno było oce­nić roz­miary, choć Drey­fus wąt­pił, by śred­nica osie­dla prze­kra­czała kilo­metr.

– Nie znasz tego miej­sca. To nie­dawne zdję­cia Bańki Ruskin-Sar­to­rious, habi­tatu pią­tej klasy wiel­ko­ści, poło­żo­nego na jed­nej z zewnętrz­nych orbit. Pano­plia ni­gdy wcze­śniej nie miała z nim do czy­nie­nia.

– Co więc zro­bili teraz?

– Oto now­sze foto­gra­fie, wyko­nane trzy godziny temu.

Bańka Ruskin-Sar­to­rious była roz­cięta, roz­pła­tana jak gałka oczna brzy­twą sady­sty. Habi­tat nie­mal roz­padł się na dwie pół­kule. Wzdłuż kra­wę­dzi szcze­liny mate­riał, z któ­rego wyko­nano powłokę, został wypa­lony na czarno. Insta­la­cje wewnątrz osie­dla wciąż jesz­cze lśniły czer­wo­na­wym bla­skiem.

– Ofiary? – spy­tał Drey­fus, nie pod­da­jąc się zgro­zie.

– Według ostat­niego spisu miesz­kało tam dzie­więć­set sześć­dzie­siąt osób. Wstępne oceny wska­zują, że zgi­nęli wszy­scy, nie­mniej nasza ekipa musi to spraw­dzić na miej­scu. Nie można wyklu­czyć, że ktoś prze­żył. Może uda się odzy­skać jakieś symu­la­cje poziomu beta.

– Dla­czego nie huczy już o tym cała Wstęga?

– Nało­ży­li­śmy embargo infor­ma­cyjne. To nie wygląda na wypa­dek.

– Prze­cież ktoś musiał zauwa­żyć, że Ruskin-Sar­to­rious znik­nął z sieci.

– Uczest­ni­czyli w abs­trak­cji na dość płyt­kim pozio­mie. Na razie jeste­śmy w sta­nie symu­lo­wać ist­nie­nie dzia­ła­ją­cego habi­tatu. Korzy­stamy z naszych przy­wi­le­jów sie­cio­wych.

– A to „na razie”… Jak długo potrwa?

– Możemy tylko zga­dy­wać. Naj­praw­do­po­dob­niej nie­całe dwa­dzie­ścia sześć godzin. Choć trzy­na­ście byłoby pew­nie bar­dziej reali­stycz­nym zało­że­niem.

– A gdy wia­do­mość się już rozej­dzie?

– Wtedy będziemy mieć na gło­wie poważny kry­zys. Myślę, że wiem, kto to zro­bił, ale zanim wyko­nam jaki­kol­wiek ruch, muszę być abso­lut­nie pewna. Dla­tego wła­śnie chcę, byś pole­ciał tam od razu. Zabierz, kogo chcesz. Zabez­piecz mate­riał dowo­dowy, ura­tuj, co się da, i wra­caj do Pano­plii. A potem wstrzy­mamy oddech.

Drey­fus raz jesz­cze spoj­rzał na zdję­cie roz­pru­tego habi­tatu.

– Ist­nieje tylko jedna rzecz, która mogła spo­wo­do­wać takie znisz­cze­nia, prawda? I to wcale nie jest broń.

– Widzę, że myślimy podob­nie – stwier­dziła Aumo­nier.

***

Ściany sali tak­tycz­nej były wyło­żone deli­kat­nym drew­nem teko­wym, pola­kie­ro­wa­nym i wypo­le­ro­wa­nym na zło­wrogi połysk. Nie było w nich okien, nie wisiały żadne obrazy, nic, co doda­wa­łoby wnę­trzu ludz­kiego cie­pła. Wszyst­kie cięż­kie, ciemne meble stwo­rzono ze zwy­kłej mate­rii: ich budu­lec wyrósł dzięki siłom natury i zostały zbu­do­wane przez sto­la­rzy. Podwójne drzwi wyko­nano z brązu, w któ­rym tkwiły mosiężne ćwieki. Na ich skrzy­dłach wid­niał sym­bol Pano­plii – sty­li­zo­wana unie­siona ręka­wica. Ozna­czała nie­sioną ludziom ochronę, lecz rów­nie dobrze można ją było uznać za groź­nie zaci­śniętą pięść, która gro­ziła zmiaż­dże­niem wszyst­kich prze­ciw­ni­ków orga­ni­za­cji, a także tych, któ­rzy ją zdra­dzili.

– Ng, zacznij, pro­szę – ode­zwał się sie­dzący naprze­ciwko Tha­lii star­szy pre­fekt Michael Cris­sel.

Dziew­czyna poło­żyła dys­kietki na kra­wę­dzi stołu, nie­mal strą­ca­jąc je w ner­wach na pod­łogę.

– Dzię­kuję, pre­fek­cie. To wła­śnie trzy kopie danych odzy­ska­nych z rdze­nia wybor­czego Domu Peri­gal. – Wska­zała głową przy­po­mi­na­jący koło zębate model habi­tatu wid­nie­jący na trój­wy­mia­ro­wym pla­ne­ta­rium układu, powięk­szony i wynie­siony ponad swą rze­czy­wi­stą orbitę. – Wszyst­kie infor­ma­cje zostały już sko­pio­wane do naszego archi­wum. Tysiąc dni trans­mi­sji. Upew­ni­łam się też, że wszyst­kie trzy kopie są spójne i nikt przy nich nie grze­bał.

– A czego się dowie­dzia­łaś?

– Mia­łam na to led­wie kilka godzin. To za mało czasu, bym zdą­żyła zro­bić cokol­wiek poza pobież­nym przej­rze­niem.

Star­szy pre­fekt Gaston Cle­ar­mo­un­tain burk­nął nie­cier­pli­wie.

– Stresz­czaj się, Ng. Powiedz nam, co masz teraz.

– A więc, pro­szę pana… Wstępna ana­liza potwier­dziła wszystko, co znaj­do­wało się we wnio­sku blo­kady. Dom Peri­gal rze­czy­wi­ście naru­szył pro­ces demo­kra­tyczny. Przy­naj­mniej osiem razy udało im się sfał­szo­wać wyniki pomniej­szych gło­so­wań, z czego sko­rzy­stali oni sami lub ich sojusz­nicy. Takich wypad­ków mogło być wię­cej. Po doko­na­niu peł­nego prze­glądu zabez­pie­czo­nych danych zyskamy wyraź­niej­szy obraz sytu­acji.

– Mia­łem nadzieję, że wyraź­niej­szy obraz zoba­czymy już w tej chwili – rzu­cił Cle­ar­mo­un­tain.

Star­szy pre­fekt She­ri­dan Gaf­f­ney pochy­lił się na swym wiel­kim, czar­nym krze­śle. Skó­rzane obi­cie zaskrzy­piało.

– Daj jej spo­kój, Gaston – wark­nął. – Dziew­czyna pra­co­wała pod pre­sją czasu.

Gaf­f­ney cie­szył się repu­ta­cją bomby z krót­kim lon­tem i czło­wieka o niskiej tole­ran­cji na idio­tów. Mimo to jako szef Wydziału Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego i osoba nad­zo­ru­jąca szko­le­nia w zakre­sie uży­wa­nia pso­ba­tów zawsze trak­to­wał Tha­lię uprzej­mie, zda­rzało mu się ją nawet chwa­lić. Wła­śnie dla­tego uwa­żała go za swego jedy­nego praw­dzi­wego sprzy­mie­rzeńca w sali. Czu­łaby się jesz­cze lepiej, gdyby w spo­tka­niu uczest­ni­czyli Drey­fus lub Jane Aumo­nier, ale Drey­fusa nie było (mimo że nie był star­szym pre­fek­tem, mógłby z nimi obra­do­wać dzięki swej pan­go­li­no­wej auto­ry­za­cji), a miej­sce, w któ­rym zwy­kle pro­jek­to­wana była osoba naczel­nej pre­fekt, świe­ciło dziś podej­rzaną pustką. W dro­dze na zebra­nie Tha­lia usły­szała pogło­ski o szy­ku­ją­cym się kry­zy­sie, o czymś zupeł­nie nie­zwią­za­nym z wpro­wa­dzoną przez nich nie­dawno blo­kadą.

Reszta star­szych pre­fek­tów nie stała ani po jej stro­nie, ani po dru­giej. Michael Cris­sel był łagod­nie wyglą­da­ją­cym męż­czy­zną o twa­rzy naukowca i skrom­nych manie­rach. Mówiono o nim, że daw­niej był świet­nym pre­fek­tem polo­wym, ale ostat­nie dwa­dzie­ścia lat spę­dził w Pano­plii, coraz bar­dziej ode­rwany od suro­wych warun­ków służby na zewnątrz. Tere­nowa praca Lil­lian Bau­dry dobie­gła końca, gdy roze­rwał ją na strzępy uszko­dzony pso­bat. Co prawda udało się ją poskła­dać, ale jej sys­tem ner­wowy został nie­od­wra­cal­nie uszko­dzony. Mogła pod­dać się lecze­niu w dowol­nym miej­scu Migo­tli­wej Wstęgi, lecz względy bez­pie­czeń­stwa zmu­si­łyby ją potem do porzu­ce­nia Pano­plii na dobre. Przed­ło­żyła więc służbę nad zdro­wie, choć ozna­czało to, że uczest­ni­czyła w nara­dach, sie­dząc sztywno jak lalka z por­ce­lany.

Fakt, że w spo­tka­niu brało udział tylko czte­rech star­szych pre­fek­tów, una­ocz­niał wagę – czy raczej jej brak – przy­kła­daną do raportu Tha­lii. Nor­mal­nie poja­wiało się ich sze­ściu lub sied­miu z dzie­się­ciu, ale dziś krze­sła pozo­sta­łych nie były zajęte. Ow­szem, chcieli zakoń­czyć tę sprawę jak naj­szyb­ciej, lecz jed­no­cze­śnie uwa­żali ją za nie­istotny epi­zod w dzia­łal­no­ści orga­ni­za­cji.

– Przejdźmy do rze­czy – powie­dział Cle­ar­mo­un­tain. – Mamy dane, które potwier­dzają, że Peri­gal jest umo­czona. Blo­kada zosta­nie utrzy­mana. Teraz musimy zli­kwi­do­wać wadę sys­temu, żeby już nikt nie wyko­rzy­stał jej w podobny spo­sób.

– Zga­dzam się. – Tha­lia ski­nęła głową.

– Jaką wła­ści­wie skalę miały te fał­szer­stwa? – spy­tała Bau­dry.

– W zasa­dzie nie stało się nic poważ­nego – odpo­wie­działa Tha­lia. – Wszystko to były gło­so­wa­nia nad względ­nie nie­istot­nymi kwe­stiami. Być może Caitlin Peri­gal zamie­rzała w końcu prze­chy­lić szalę na swoją stronę w bar­dziej zna­czą­cych gło­so­wa­niach, ale wów­czas praw­do­po­do­bień­stwo wpadki byłoby o wiele więk­sze. Szcze­rze powie­dziaw­szy, bio­rąc pod uwagę poziom nad­zoru i kon­troli, jaki już wpro­wa­dzi­li­śmy, nie wyobra­żam sobie, by kto­kol­wiek mógł w istotny spo­sób zafał­szo­wać wynik gło­so­wań w sta­ty­stycz­nie liczący się spo­sób.

– Twoja praca polega wła­śnie na wyobra­ża­niu sobie takich sce­na­riu­szy – rzu­cił Michael Cris­sel.

– Ona o tym wie – szep­nął Gaf­f­ney.

Tha­lia spoj­rzała na Cris­sela i ski­nęła głową.

– Prze­pra­szam, star­szy pre­fek­cie. Cho­dziło mi tylko o to, że bio­rąc pod uwagę naszą wie­dzę, praw­do­po­do­bień­stwo podob­nych machi­na­cji jest zni­kome. Choć oczy­wi­ście nie można udo­wod­nić, że sys­tem jest nie­na­ru­szalny. Według teo­rii Gödela o nie­zu­peł­no­ści sys­temów aksjo­ma­tycz­nych…

– Nie potrzeba mi tu wykładu o Gödelu, Ng – uciął Cris­sel.

– Rzecz, pro­szę pana, spro­wa­dza się do tego, że sys­tem spraw­dza się osta­tecz­nie w trak­cie użyt­ko­wa­nia. W pew­nym sen­sie można powie­dzieć, że Dom Peri­gal wyświad­czył nam przy­sługę. Dzięki nim dowie­dzie­li­śmy się o błę­dzie logicz­nym, któ­rego dotąd nie byli­śmy świa­domi, o błę­dzie, który umoż­li­wia nie­znaczne znie­kształ­ce­nie wyni­ków gło­so­wań. Usu­niemy usterkę, popra­wimy kod i wszystko poto­czy się dalej. Zapewne za jakiś czas ktoś znaj­dzie inną lukę. I tę rów­nież zała­tamy. Na tym polega cały pro­ces.

– Zatem jesteś pewna, że da się ten błąd napra­wić? – zapy­tała Bau­dry.

– Oczy­wi­ście. To bła­hostka.

– Skoro to takie pro­ste, dla­czego wada nie została wykryta przed­tem?

– Dla­tego że sami ją wpro­wa­dzi­li­śmy – odparła Tha­lia, sta­ra­jąc się nie wyjść na zaro­zu­miałą. – Usu­nę­li­śmy jedną z wcze­śniej zauwa­żo­nych uste­rek sys­temu, co wyda­wało się dobrym posu­nię­ciem, ale dopro­wa­dzi­li­śmy przy tym do powsta­nia innej. Wina tkwiła w naszych wła­snych pro­to­ko­łach zarzą­dza­nia błę­dami. Miały zapo­biec gubie­niu pra­wi­dłowo odda­nych gło­sów, ale oka­zało się, że przy­pad­kowo umoż­li­wiały wpro­wa­dza­nie do sys­temu rów­nież dodat­ko­wych, fał­szy­wych.

– Zapewne nie po raz pierw­szy w dzie­jach – mruk­nął oschle Cris­sel.

Tha­lia splo­tła palce leżą­cych na stole dłoni i kon­ty­nu­owała wątek, pró­bu­jąc ude­rzyć we wła­ściwą nutę, gdzieś pomię­dzy tłu­ma­cze­niem się a zawo­dową obo­jęt­no­ścią.

– Ow­szem, to wielce nie­for­tunne. Nie­mniej, jak dotąd tę wadę wyko­rzy­stała jedy­nie garstka habi­ta­tów.

– Nie­for­tunne? – wtrą­cił Cle­ar­mo­un­tain. – Powie­dział­bym raczej naganne.

– Pre­fek­cie, ist­nie­jące obec­nie pro­to­koły zarzą­dza­nia błę­dami liczą sobie około dwu­dzie­stu dwóch milio­nów linii kodu. W ich skład wcho­dzą pod­pro­gramy napi­sane ponad dwie­ście dwa­dzie­ścia lat temu, jesz­cze w Pierw­szym Ukła­dzie. Tamci pro­gra­mi­ści nie mówili nawet nowo­cze­snym cana­siań­skim. Czy­ta­nie doku­men­ta­cji sys­temu przy­po­mina więc nie­kiedy… odcy­fro­wy­wa­nie san­skrytu lub cze­goś podob­nego.

– Ng ma rację – poparł ją Gaf­f­ney. – Zro­bili, co mogli. A ten błąd był na tyle sub­telny i trudny w obsłu­dze, że wyko­rzy­stało go jedy­nie pięć habi­ta­tów na dzie­sięć tysięcy moż­li­wych. Według mnie sko­rzy­stajmy z tej lek­cji, naprawmy, co się da, i pra­cujmy dalej.

– O ile oczy­wi­ście na nowych pro­to­ko­łach będzie można pole­gać – ode­zwała się Bau­dry i sztywno zwró­ciła się ku Tha­lii. – Mówi­łaś, że sprawa jest pro­sta?

– Ow­szem, pro­sta. Wyma­gana poprawka nie jest nawet tak skom­pli­ko­wana jak wcze­śniej­sza zmiana, przez którą powstał błąd. Należy prze­pi­sać jedy­nie kilka tysięcy linii kodu. Nie­mniej i tak kilka pierw­szych insta­la­cji chcia­ła­bym prze­pro­wa­dzić ręcz­nie, po to, by wyeli­mi­no­wać ewen­tu­alne nie­spo­dzianki, jakie mogą wynik­nąć wsku­tek róż­nic w archi­tek­tu­rze rdzeni. Jeśli nie sta­nie się nic nie­prze­wi­dzia­nego, będziemy mogli roze­słać nowe pro­to­koły do wszyst­kich dzie­się­ciu tysięcy habi­ta­tów.

Gaf­f­ney spoj­rzał surowo na Tha­lię.

– Jasne jest, że musimy cały ten bała­gan uprząt­nąć tak szybko, jak się da. Chcę, byśmy byli gotowi z nową wer­sją kodu, zanim blo­kada Peri­gal sta­nie się wią­żąca. Czy spe­cjalna komi­sja dowo­dowa ma już dostęp do zabez­pie­czo­nych przez cie­bie danych?

– Dostali je dziś rano.

Gaf­f­ney wycią­gnął z kie­szeni chu­s­teczkę i prze­tarł spo­cone, poły­sku­jące czoło.

– Jak dotąd podobne sprawy zaj­mo­wały im nie­całe dzie­sięć dni. Zdą­żysz?

– Jeśli dostanę takie pole­ce­nie, osta­teczna wer­sja może być gotowa nawet za dwa. Jestem pewna, że testy nie wykażą kolej­nych ano­ma­lii.

– Pewni byli­śmy też ostat­nim razem – przy­po­mniał jej Gaf­f­ney. – Nie popeł­nijmy tej samej gafy po raz drugi.

Wtedy sytu­acja była zupeł­nie inna, pomy­ślała Tha­lia. Pod­czas wpro­wa­dza­nia poprzed­niej poprawki nie była człon­kiem zespołu. Nie była w sta­nie odpo­wia­dać za poprzed­ni­ków, ale wie­działa, że sama takiego błędu by nie prze­pu­ściła.

– Nie popeł­nimy – stwier­dziła.

***

Drey­fus przy­glą­dał się miej­scu zbrodni z kutra Pano­plii. Już po pierw­szym rzu­cie oka zro­zu­miał, że wszystko musiało się wyda­rzyć szybko, lecz nie na tyle bły­ska­wicz­nie, by nazwać to bez­bo­le­snym czy miło­sier­nym. Wypa­tro­szony habi­tat był już tylko zim­nym, pozba­wio­nym powie­trza wra­kiem. Gdy ener­gia, która spo­wo­do­wała tak kosz­marne znisz­cze­nia, zetknęła się z atmos­ferą pod jego powłoką, ta roz­sze­rzyła się gwał­tow­nie niczym gorąca chmura roz­grza­nego powie­trza i pary. Nikt nie miał czasu, by dotrzeć do pro­mów, kap­suł ratun­ko­wych czy choćby wzmoc­nio­nych schro­nów awa­ryj­nych. Na pewno jed­nak zdą­żyli zro­zu­mieć, co się dzieje. Nie­mal żaden z miesz­kań­ców Migo­tli­wej Wstęgi nie spo­dzie­wał się, że umrze, a co dopiero, że zgi­nie w stra­chu i cier­pie­niu.

– Nie­ład­nie to wygląda – zauwa­żył Spa­rver. – Na­dal chcesz tam wejść, zanim dołą­czą do nas tech­nicy?

– Może uda się wycią­gnąć coś z rdze­nia – odparł z ponurą rezy­gna­cją Drey­fus. Nie był nawet pewny, czy rdzeń prze­trwał.

– Jaką bro­nią można zro­bić coś takiego?

– Nie sądzę, by posłu­żyli się bro­nią.

– Według mnie tego rodzaju uszko­dze­nia nie powstają wsku­tek zde­rzeń. Widać wypa­lone miej­sca, co suge­ruje dzia­ła­nie skon­cen­tro­wa­nej wiązki ener­gii. Ta ener­gia musiała pocho­dzić z jakie­goś źró­dła. Może to Hybry­dowcy wyko­pali coś paskud­nego? Mówi się, że trzy­mają w ukry­ciu kilka potęż­nych puka­wek.

– Nie, gdyby pająki chciały zaata­ko­wać tak odosob­niony habi­tat, nie naro­bi­łyby przy tym takiego bała­ganu. – Drey­fus pokrę­cił głową.

– Tak czy ina­czej…

– Jane wpa­dła na pewien pomysł. Podej­rzewa, kto to zro­bił, ale nie podo­bają się jej pły­nące z tego wnio­ski.

Drey­fus i Spa­rver wyszli w próż­nię przez giętką ściankę kom­bi­ne­zo­nową, a potem prze­kro­czyli sze­reg sta­ro­świec­kich, lecz wciąż dzia­ła­ją­cych śluz powietrz­nych. Odwie­dzili kilka coraz więk­szych sal recep­cyj­nych. Wszyst­kie były teraz pozba­wione atmos­fery. Pano­wała w nich ciem­ność. Wszę­dzie wokół krą­żyły powoli obłoki szcząt­ków, z któ­rych nie­wiele dało się roz­po­znać. Mapa, którą Drey­fus widział wyświe­tloną na szybce swo­jego kasku, powstała na pod­sta­wie tej, którą zarząd Ruskin-Sar­to­rious dostar­czył Pano­plii pod­czas ostat­niego spisu. Rdzeń – w któ­rym mogły się zacho­wać jakie­kol­wiek symu­la­cje poziomu beta – powi­nien się według niej znaj­do­wać w pobliżu rów­nika habi­tatu, na jego wewnętrz­nej powierzchni. Musieli mieć nadzieję, że nisz­czy­ciel­ski stru­mień ener­gii go oszczę­dził.

Wewnątrzna prze­strzeń habi­tatu – bańka o śred­nicy dwóch kilo­me­trów, która została podzie­lona na oddzielne strefy miesz­kalne – była wypeł­niona poskrę­ca­nymi pod wpły­wem tem­pe­ra­tury, wypa­lo­nymi i zmiaż­dżo­nymi olbrzy­mim ciśnie­niem ruinami i zglisz­czami. W pobliżu samego roz­cię­cia nie­które frag­menty metalu wciąż się jarzyły. Wyglą­dało na to, że w habi­ta­cie pano­wała kul­tura braku cią­że­nia, a sztuczna gra­wi­ta­cja była dopusz­czona jedy­nie miej­scami. We Wstę­dze wiele osie­dli orga­ni­zo­wano w podobny spo­sób. Ludzie uro­dzeni w takich miej­scach rośli zwy­kle wysocy, zgrabni i nie­szcze­gól­nie lubili podró­żo­wać.

Spa­rver i Drey­fus prze­pły­nęli przez serce kuli­stej budowli, uży­wa­jąc sil­nicz­ków kom­bi­ne­zo­nów do omi­nię­cia swo­bod­nie fru­wa­ją­cych w próżni odłam­ków. Ode­zwały się sys­temy ostrze­ga­jące przed nie­bez­piecz­nym pozio­mem pro­mie­nio­wa­nia, co spra­wiło, że Drey­fus coraz bar­dziej skła­niał się ku nie­przy­jem­nemu wnio­skowi, że Aumo­nier słusz­nie wyty­po­wała sprawcę. Potrze­bo­wali jed­nak wię­cej dowo­dów niż tylko odczyty ze ska­fan­drów.

– Mam coś – ode­zwał się nagle Spa­rver, koły­szący się kil­ka­dzie­siąt metrów dalej.

– Co?

– Tam widać coś wiel­kiego. To może być na przy­kład frag­ment statku.

– Wewnątrz habi­tatu? – spy­tał z powąt­pie­wa­niem Drey­fus.

– Sam zobacz, sze­fie.

Drey­fus pod­le­ciał bli­żej i oświe­tlił reflek­to­rami uno­szący się swo­bod­nie obiekt. Spa­rver się nie mylił. Na pierw­szy rzut oka rze­czy­wi­ście przy­po­mi­nało to szczątki uszko­dzo­nego statku lub jakiejś innej maszyny. Po dokład­niej­szym przyj­rze­niu się stwier­dzili, że było to coś zupeł­nie innego. Czarny obiekt był dzie­łem sztuki, ukoń­czo­nym dopiero w poło­wie.

Ktoś rzeź­bił w boga­tej w metal skale, w gła­zie przy­po­mi­na­ją­cym kształ­tem kar­to­fel o śred­nicy dzie­się­ciu lub dwu­na­stu metrów. Kamień poły­ski­wał gra­na­towo; w miej­scach, gdzie świa­tło padało na niego pod szcze­gól­nym kątem, barwa ta zmie­niała się w oliw­ko­wo­zie­loną. Jedna ze ścian była wciąż surowa, nie­ocio­sana, ale drugą pokry­wały już zawiłe ryty. Nie­które frag­menty reliefu były led­wie napo­częte, inne jed­nak wyda­wały się nie­mal ukoń­czone, co do cen­ty­me­tra. Spo­sób, w jaki skała sto­piła się i zasty­gła wokół rytów, suge­ro­wał, że arty­sta posłu­gi­wał się raczej pal­ni­kami jądro­wymi niż wier­tłami czy mło­tem. Kształty, w jakich zesta­lił się płynny kamień, sta­no­wiły inte­gralną część dzieła, ich kom­po­zy­cja żadną miarą nie mogła być przy­pad­kowa.

Co jed­nak wcale nie ozna­czało, że Drey­fus wie­dział, kogo rzeźba przed­sta­wia. Ze skały patrzyła na nich ludzka twarz, odwró­cona teraz do góry nogami. Prze­krę­cił się w miej­scu i przez jedną, ulotną chwilę odniósł wra­że­nie, że roz­po­znaje te rysy, że należą do jakiejś słyn­nej oso­bi­sto­ści lub postaci histo­rycz­nej. Nie podej­rze­wał, by to był ktoś, kogo zna oso­bi­ście. Chwila jed­nak minęła i poczu­cie zna­jo­mo­ści znik­nęło. Może i dobrze. Wyraz kamien­nego obli­cza nie był łatwy do odczy­ta­nia – mogła to być eks­taza lub śmier­telne prze­ra­że­nie.

– I co myślisz? – spy­tał Spa­rver.

– Nie mam poję­cia – odparł Drey­fus. – Jest szansa, że symu­la­cje poziomu beta coś nam wyja­śnią. O ile oczy­wi­ście uda się jakąś odzy­skać. – Pod­le­ciał bli­żej i wstrze­lił w skałę samo­przy­lepny mar­ker, by tech­nicy wie­dzieli, że obiekt należy zabez­pie­czyć.

Pole­cieli ku roz­cię­ciu i zatrzy­mali się tuż przy zie­ją­cej w powierzchni szcze­li­nie. Her­me­tyczna powłoka habi­tatu poczer­niała i łusz­czyła się pła­tami, odsła­nia­jąc znie­kształ­coną skałę, która two­rzyła sko­rupę Bańki. Ener­gia ataku spra­wiła, że kamień się zago­to­wał, upłyn­nił i na powrót zastygł, przy­bie­ra­jąc orga­niczne kształty, nie­po­ko­jąco podobne do tych, które oglą­dali na rzeź­bie. W świe­tle reflek­to­rów ich kasków skała poły­ski­wała czarno. W sze­ro­kiej na dzie­sięć metrów szcze­li­nie migo­tały gwiazdy. Drey­fus pomy­ślał, że być może gdzieś tam jest ktoś, kto jako jedyny ostał się z wyrzu­co­nego w prze­strzeń kosmiczną biomu habi­tatu.

Pre­fekt wle­ciał w szcze­linę. Zatrzy­mał się w poło­wie gru­bo­ści prze­bi­tej powłoki, tuż przy błysz­czą­cym przed­mio­cie uwię­zio­nym w zasty­głym kamie­niu. Płat metalu, zapewne frag­ment powłoki, który ode­rwał się i wpadł w pły­nącą lawę. Drey­fus się­gnął po prze­ci­nak i odrą­bał od płytki kawa­łek wiel­ko­ści dłoni. W pobliżu zoba­czył jesz­cze jeden błysk, nieco dalej trzeci. Po minu­cie miał już w ręku trzy próbki. Scho­wał je do kie­szeni z przodu ska­fan­dra.

– Zna­la­złeś coś? – spy­tał Spa­rver.

– Praw­do­po­dob­nie. Jeśli ataku doko­nano przy uży­ciu pro­mie­nia wylo­to­wego sil­nika statku, znaj­dziemy w tym metalu mnó­stwo czą­ste­czek sub­a­to­mo­wych. Będą też cięż­kie izo­topy i pro­dukty roz­padu. Nasi spece stwier­dzą wtedy, czy sygna­tury pasują do cha­rak­te­ry­styk napę­dów Hybry­dow­ców.

Teraz, kiedy to powie­dział, domy­sły Jane prze­stały być tajem­nicą.

– Okej, ale bez względu na opi­nie tech­ni­ków, dla­czego Ultrasi mie­liby zro­bić coś takiego? – zapy­tał Spa­rver. – Prze­cież nie mogli mieć nadziei, że im się upie­cze.

– Może chcieli zro­bić wła­śnie to, co zro­bili. Ude­rzyć i uciec. Mogą się nie poja­wić w tym ukła­dzie przez następne dzie­siątki lub nawet setki lat. Myślisz, że po takim cza­sie kto­kol­wiek będzie się jesz­cze przej­mo­wał tym, co spo­tkało Ruskin-Sar­to­rious?

Spa­rver zasta­na­wiał się przez chwilę.

– Ty byś się przej­mo­wał.

– Mnie już tu wtedy nie będzie. Ani cie­bie.

– Widzę, że jesteś dziś nie­by­wale wesoły.

– Zgi­nęło tu dzie­więć­set sześć­dzie­siąt osób. Tego rodzaju sytu­acje rzadko mnie bawią.

Drey­fus rozej­rzał się, ale nie zauwa­żył już niczego, co mogłoby się przy­dać tech­ni­kom. Spe­cja­li­ści od ana­liz mieli przy­być lada moment, ale z naprawdę poważ­nymi bada­niami musieli zacze­kać, aż wia­do­mość o ataku się rozej­dzie i Pano­plia nie będzie musiała dzia­łać w tajem­nicy.

Wtedy i tak roz­pęta się pie­kło.

– Lećmy do rdze­nia – powie­dział i wyma­new­ro­wał ska­fan­der ze szcze­liny. – Im szyb­ciej się stąd zbie­rzemy, tym lepiej. Czuję, że duchy się nie­cier­pli­wią.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij