Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przechodząc, odciskam ślady łap - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 maja 2026
34,99
3499 pkt
punktów Virtualo

Przechodząc, odciskam ślady łap - ebook

Dla miłośników kotów. I dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że nimi są…

„Przechodząc, odciskam ślady łap” to ciepła, zabawna i wzruszająca opowieść o codziennym życiu widzianym oczami człowieka, który dał się całkowicie ujarzmić… kotom. W dużym polskim mieście splatają się losy narratora, jego partnerki, syna i wyjątkowej kociej ekipy, z charyzmatyczną Dziubą na czele.

To książka o chaosie, który wkrada się do domu razem z futrem, o relacjach budowanych między ludźmi i zwierzętami oraz o tym, jak bardzo potrafią one zmienić zwykłą codzienność. Pełna humoru, autoironii i obserwacji, które zna każdy, kto choć raz dał się pokochać kotu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68695-43-4
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Jest środek nocy. Patrzę na fosforyzujące wskazówki zegara. Coś wyrwało mnie ze snu. Rozglądam się. Szukam Dziuby. Początkowo nic nie widzę, ale po chwili… Jest. Leży pod krzesłem. Nieporadna. Z lekko przekrzywioną główką. Musiała spaść i ten hałas mnie obudził. Prawa przednia łapka podwinęła się kotce pod brzuszek. Próbuje wstać, ale nie ma siły. Gdy widzi, że podchodzę, miauczy cicho. Smutno, jakby prosiła o pomoc. Podnoszę Dziubę i kładę na kanapie. Gładzę po zmatowiałej sierści. Delikatnie. Powtarzam jej imię jak mantrę, patrząc na odbicie własnej twarzy w lekko zamglonym lustrze kocich źrenic. Otwiera pyszczek i bezgłośnie miauczy. Łzy same napływają mi do oczu. Łkam w środku, patrząc na jej umieranie.– Chciałem powiedzieć – wyjaśnił z goryczą Ipslore – że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.

Śmierć zastanowił się przez chwilę.

KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.

Terry Pratchett, Czarodzicielstwo

Początek

Skradamy się przykurczeni niczym komandosi. Wolno, bezszelestnie. Ja w zielonej kurtce moro i długich spodniach. Mimo panującego upału jestem zapięty pod szyję. Zośka depcze po moich śladach, ubrana w grube spodnie w panterkę i czarną dresową bluzę z kapturem. Przed nami w krzakach siedzi zaczajony Artur. Zza gęstych liści jest prawie niewidoczny. W maskującej wojskowej siatce na głowie pod blokiem z wielkiej płyty wygląda lekko komicznie. Co chwilę przykłada palec do ust. Jego wytrzeszczone oczy zdają się krzyczeć: „Ciszej! Wolniej!”. Stajemy w miejscu. Jest sierpniowy wieczór. Szpaki siedzące na dzikiej wiśni drą się jak opętane, kompletnie nie zwracając na nas uwagi. W tym cholernym ubraniu mam wrażenie, jakbym przebywał w saunie, a na dokładkę słyszę koło ucha upierdliwe bzyczenie komara. Klnę szpetnie pod nosem. Oczywiście prawie bezgłośnie, bo wyciągnięta w naszym kierunku władcza ręka Artura nie pozwala na żadną werbalną aktywność. Odwracam się do Zośki. Ma minę zbitego psa, a krople potu rozmywają jej makijaż. Komar, który przed chwilą próbował udziobać mnie w ucho, bzyczy teraz koło jej nosa. Szare oczy, gdyby mogły rzucać pioruny, pewnie by go spopieliły. Ale nie potrafią i owad kręci spiralki, szukając miejsca do bezpiecznego lądowania.

Artur podnosi rękę i gestem przywołuje nas do siebie. Ruszamy. Jak ślimaki. Trwa to wieczność, zanim wreszcie doczłapujemy do jego stanowiska. Klękam. Zośka stoi pochylona za mną. Opatulony siatką facet wskazuje coś palcem. Na początku mam problem, żeby dostrzec cokolwiek w wysokiej trawie. Po chwili widzę.

– Są – szepczę najcichszym z możliwych szeptów.

Odwracam się do Zośki. Kiwa głową, że też widzi. Patrzę, jak dwa uszate baraszkują, a właściwie jeden. Drugi siedzi i obserwuje poczynania towarzysza. Są jak dwie krople wody. Czarne z białymi mordkami. Nie widać łap, ale z tego, co opowiadał Artur, mają białe krótkie skarpetki na przednich i długie podkolanówki na tylnych łapkach. Sierść w promieniach zachodzącego słońca łapie brązowe refleksy. Są kilka metrów od piwnicznego okienka. W półcieniach rosłych krzaków tawuły czują się bezpiecznie.

Nagle zaczyna się akcja. Myśliwy w jednej ręce trzyma plastikowe pudełko, a w drugiej stylonową sieć o grubych oczkach. Maluchy reagują błyskawicznie. Najpierw stroszą sierść gotowe do szybkiego skoku w czarną czeluść piwnicznego okienka. Ciekawość jednak nakazuje im zostać. Znają tego człowieka, karmi je codziennie. Nie zmienia to jednak faktu, że są nieufne, półdzikie, nieudomowione. Poza jedzeniem niewiele dobrego doświadczyły z ludzkiej ręki. Matkę kilkanaście dni temu zabił człekokształtny, sadystyczny bandyta. Od tamtej pory nasz przewodnik pracuje nad utrzymaniem kociaków przy życiu i usilnie szuka dla nich normalnego domu. Naprężone, wodzą za nim wzrokiem. Ich białe przysadziste wąsy drżą nerwowo. Artur podchodzi do nich na odległość około dwóch metrów i stawia w trawie pudełko. Otwiera metalowe drzwiczki. W środku jest jedzenie. Cofa się o krok i zastyga w miejscu. Zośka wierci się za moimi plecami, odganiając upierdliwego komara. Czuję, jak spod moich pach płyną strumienie potu. Na domiar złego nad mokrym czołem zaczynają krążyć muchy. Powoli zaczynam wątpić w sens całej tej akcji. Na szlachetnym postanowieniu uratowania życia jednemu z tych kociaków pojawiają się pierwsze rysy sceptycyzmu: „Cholera, czy ten kot da się w ogóle oswoić? Czy nie zwieje pierwszej nocy przez uchylony balkon?”. W głowie kołaczą mi myśli pełne zwątpienia.

Ale kociaki mają wywalone na pudełko i znajdujące się w nim jedzenie. Wracają do zabawy. Turlają się w trawie, igraszki trwają w najlepsze. Słońce chowa się za starym peerelowskim blokiem. Szpaki, skacząc po gałęziach wiśni, załatwiają swoje mafijne porachunki, aż lecą pióra. Przypominam sobie wczorajszą odprawę w domu Artura. Przyszliśmy wówczas piętnaście minut przed czasem. Zaprosił nas do salonu. Usiedliśmy. Na dywanie zalegały dwa kocury, szersze niż dłuższe. Jeden biało-czarny, drugi biało-rudy. Leżały bez ruchu na grzbietach, z wywalonymi w naszą stronę ogromnymi brzuchami. Sprawiały wrażenie wielkich, puchatych poduszek zastygłych w czasie i przestrzeni. Nie ruszały nawet wąsami. Widocznie każda aktywność niezwiązana z pobieraniem pokarmu była przez nie źle odbierana i kompletnie niepotrzebna. Spały, cicho pochrapując.

– Nie wiedziałem, że koty chrapią – zacząłem rozmowę.

– Chrapią. Jak cholera chrapią – wyszeptał Artur, jakby nie chciał, by poduchy pod wpływem jego głosu podjęły życiową aktywność.

– To co, chcecie kociaka? – zapytał półgłosem, wracając do meritum naszego spotkania.

Kiwnęliśmy głowami.

– A może weźmiecie dwa? Braciszka i siostrzyczkę?

– Nie. Chcemy chłopczyka – wysyczała Zośka.

– Dobra! – powiedział tym razem głośno Artur. Kociaki na dźwięk jego głosu załopotały wąsami. Nie zmieniły jednak pozycji. Nawet nie raczyły otworzyć oczu. Spały dalej w najlepsze.

– Przyjdźcie pod blok jutro o dwudziestej. Ja będę miał klatkę z kratką. – W jego głosie zadrgała nuta szaleństwa. Zrobił łyk wody. – Jak nie wejdzie, to przygotuję sieć… i tak go osaczymy. Ha!

Spojrzałem na Zośkę. Miała w oczach pewność, że ktoś w tym pokoju był lekko walnięty. Wychodząc, czułem, jakby do drzwi nie odprowadzał nas zwykły mieszkaniec blokowiska, tylko afrykański przewodnik safari, zawodowy myśliwy w ubraniu koloru ochry, z wielką strzelbą na ramieniu i cygarem w kąciku ust. Ale stojący za mną facet miał pokaźny brzuch, krótkie nogi, zapadniętą klatkę piersiową i bezsprzecznie nie zamierzał polować na krwiożercze lwy, a jedynie uganiać się za małymi podwórkowymi kotkami.

Kolejnego wieczoru tkwimy w krzakach, mokrzy i zalepieni od potu. Muchy i komary bzyczą, a Artur jak stał, tak stoi. Kocurek baraszkuje, a siostrzyczka wlazła pod krzak tawuły i stamtąd przygląda się bratu. Jest drobniejsza, ma mniejszy łebek i ciut więcej białego na mordce. Najpierw zamyka jedno oko, po chwili drugie. Główka jej się chwieje.

– Patrz – szepczę do Zośki. – Śpi, gadzina.

– Wygląda, jakby była chora – słyszę za plecami jej cichy głos.

– Nie. Chyba jest zmęczona.

– Dziwnie wygląda.

– Wydaje ci się.

Odwracam głowę. Zośka ma w oczach niepokój i złość. Pomimo że początkowo była gorącą entuzjastką ratowania kocura, to teraz widzę jej wściekłość na całą sytuacją, na upał, muchy, komary i to pseudopolowanie. U mnie w głowie rysy sceptycyzmu przeradzają się w pokaźne szczeliny. Jestem gotów zakręcić się na pięcie i ruszyć w stronę domu, zostawiając za plecami wszystkie wątpliwości.

Nagle zaczyna się ruch! Artur widocznie zauważył naszą niecierpliwość, zebrał się w sobie i przystąpił do działania. Zbliża się do kociaków, pewnie myśląc, że jest wodzem Apaczów, chociaż hałas, który robi, przypomina walec drogowy podczas pracy.

Chłopak stawia uszy i spina się w sobie. Jeszcze ocenia sytuację, ale futro ma postawione na grzbiecie. Stoi w pełnej gotowości. Jest cztery, może pięć metrów od uchylonego piwnicznego okienka. Na razie analizuje, ale kiedy w kociej głowie zapala się najpierw czerwona lampka, a następnie zaczyna wyć syrena alarmowa, rusza galopem w stronę bezpiecznego azylu.

Artur na starcie jest już spóźniony. Dobrą sekundę zajmuje mu odwrócenie pokaźnego brzucha w stronę piwnicznego otworu. A dzielny kociak w tym czasie mknie jak strzała, w zawrotnym tempie pokonując dystans dzielący go od schronienia.

Kolejną sekundę łowca traci na odpalenie nóg i w momencie, kiedy wykonuje rozpaczliwy rzut siatką, cel polowania znika w ciemnej kryjówce. Stylonowa matnia z głośnym szelestem spada na ziemię, tylko że pod nią nie ma nic, poza zgniecionymi źdźbłami soczystej zielonej trawy.

– No to, kurwa, nałapali! – słyszę wściekły głos Zośki.

Kiwam głową. Brak mi słów. Patrzę na Artura, stoi jak zbity pies. Nawet nie chcę mu dowalać. Uderzam z całej siły w komara siedzącego na policzku i syczę z bólu. Do kolejnego syku doprowadza mnie wbity w moje żebra łokieć Zośki.

– Co jest? – pytam zdziwiony i wkurzony zarazem.

– Patrz! – dyszy mi prosto w ucho. Prowadzę wzrok za jej wskazującym palcem. Pod krzakiem tawuły siostrzyczka siedzi, jak siedziała. Bitewny kurz związany z pogonią za bratem opadł i nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Znowu kleją się jej oczy. Jest bliska zaśnięcia.

Tym razem Zośka bierze sprawy w swoje ręce. Z długą wierzbową witką, zakończoną trzema listkami, podchodzi do pudełka. Kładzie się za nim, a przez kratki wprowadza kijek do środka. Jest na tyle długi, że wychodzi na zewnątrz. Zaczyna się gra. Łowczyni szura witką po trawie, a zaciekawiona kotka zamiast uciekać, patrzy, przekrzywiając główkę to w jedną, to w drugą stronę. Szelest, który wywołują ocierające się o siebie liście, przypomina grzechotanie dziecięcej zabawki i jest na tyle intrygujący, że zachęca zwierzaka do igraszek. Kotka robi pierwszy krok, a potem drugi i trzeci, zbliżając się coraz bardziej do klatki. O dziwo, kładzie się na trawie i zaczyna pazurem targać wierzbowe listki. Zośka powoli cofa witkę. Sierściuch wchodzi do środka. Kiedy w czarnej czeluści znika cały ogon, podbiega Artur i sprawnym ruchem, o jaki bym go nie posądzał po ostatnim występie, zamyka kratkę.

Wtedy się zaczyna! Kociak, gdy pojmuje, że jest w pułapce, atakuje desperacko druty. Bez jednego miauknięcia wali całą siłą małych łapek, robiąc niesamowity hałas. Podbiegam i chwytam klatkę. Przedzieramy się przez gęste krzaki i wybiegamy na asfaltowy chodnik. Pędzimy z Zośką w stronę samochodu. Jest zaparkowany z drugiej strony bloku. Kiedy otwieram drzwi auta, muszę otrzeć czoło i twarz. Mam dosłownie zalane oczy i czuję słony smak własnego potu na ustach. Pudełko z wariującym w środku kotem odstawiam na tylne siedzenie. W chwili, gdy odpalam silnik, kotka zaczyna rozpaczliwie miauczeć. Płacze jak dziecko. Zabieramy ją z jej domu. Na zawsze…Nie wiem, ilu ludzi i zwierząt było dotychczas w sobie zakochanych – pomyślał. – To pewnie jest bardzo komiczna sytuacja. Ale ja jej wcale nie uważam za komiczną.

Ernest Hemingway, Wyspy na Golfsztromie

Prapoczątek

Gdy pędziliśmy do auta z kociakiem szalejącym w pudełku-pułapce, oczywiście nie wiedzieliśmy, że zaczyna się nasza prawie siedemnastoletnia historia. Historia pełna śmiechu, a na koniec przyprawiona łzami, chociaż całościowo ciepła jak kocie futro i płynąca leniwie niczym mruczenie tarmoszonego sierściucha. Zamykając małą kratkę plastikowej pułapki, otworzyliśmy wielkie drzwi do przygody. Przygody z Dziubą.

Ale prapoczątek był wcześniej. Prapoczątek miał na imię Szarka i wydarzył się niecały rok wcześniej, na zakończenie lata, w ten czarodziejski czas, kiedy przyroda jeszcze cieszy się z uroków egzystencji, chociaż gdzieś już podświadomie wyczuwa nieodwracalność nadciągającego końca. Wtedy to Zośka i ja, dotychczas słodko pławiący się w komforcie życiowego ciepła, byliśmy jeszcze nieświadomi, że podczas jednej magicznej nocy nasze życie zostanie wywrócone do góry nogami i z umiarkowanych miłośników psów staniemy się fanatycznymi wyznawcami mruczących bogów o wielkich, zielonych oczach.

A było to tak…

Impreza na działkach rozwijała się zgodnie ze scenariuszem. Ja, Zośka, kilkoro znajomych i zachodzące wrześniowe słońce, które rzucało krwiste promienie prześlizgujące się szpilkami błysków przez nabite dojrzewającymi owocami jabłonie, jeszcze pełne zieleni, pełne życia i fotosyntezy, chociaż na pojedynczych liściach naznaczone już żółto-czerwonymi krostkami zwiastującymi nieuchronność nadchodzącej jesieni.

Jedliśmy smażonego karpia, przyrządzonego klasycznie, bez żadnych udziwnień. Cienkie, krojone w dzwonka kawałki, oprószone tylko grubą solą morską, przed położeniem na patelnię zostały starannie obtoczone w mące kukurydzianej. Na głębokim oleju przypominały sztabki złota, tylko że złoto w ogóle nie pachnie, a te skwierczące na tłuszczu bryłki pachniały obłędnie.

Babie lato płynęło przez palce. Pajęcze nitki pogrubione wieczornymi rozbryzgami światła przypominały ostre sznyty z eksplozjonistycznej grafiki, jednoznacznie określając szerokość i wysokość otaczającego nas świata. Atmosfera tętniła błogostanem. Dowcipy opowiadane przez każdego z biesiadników wzbudzały salwy śmiechu, nawet te, które miały brody do ziemi.

Bawiliśmy się przednio. Zapach skwierczącej na patelni ryby rozchodził się wokoło; gnał po działkowych alejkach niesiony na skrzydełkach delikatnego, wieczornego zefirka, wzbogacając utkany z jasnych nitek obraz o jakże potrzebną głębię. Tylko czas, ten bałamut i szarlatan, jakby stanął w miejscu i spóźniał się z domknięciem czterowymiarowej kompozycji. Ale i on w końcu się ruszył…

Zaczął zapadać zmrok. Z karpia w większości pozostała kupka ości. Imprezka zmierzała ku końcowi i pierwsi goście, a dokładnie braciszek i szwagierka, pożegnawszy się wylewnie, opuścili teren ogródków. Mój wzrok budował widoki ze skrawków nieostrości, miałem impresjonistyczną schizę. Z bliska barwy drgały i wibrowały, a z dalszej perspektywy wizualizowały się jako jednolita kolorowa plama. Umysł napotykał na trudności z prawidłową identyfikacją zakrzywień czasoprzestrzeni.

Stojąc tak, w lekko artystycznym rozchwianiu, usłyszałem za plecami: „Miauu!”. Było przeraźliwie głośne, balansujące tylko na wysokich tonach. Odwróciłem się, chociaż miałem problem z namierzeniem obiektu wydającego ten dźwięk.

„Miauuu! Miauuuu!” – wrzask był prawie nie do wytrzymania, a krzykun stał mi pod nogami. Mały, szarobury wypłosz, z białymi skarpetami na przednich łapach. Pochyliłem się i pogłaskałem kociaka po małym łebku. Pod palcami czułem ciepłe, mięciutkie i przyjemnie sprężyste futerko. Nigdy nie miałem specjalnie ręki do kotów, ale w stanie euforycznego uniesienia, w którym przebywałem, darzyłem wręcz zwierzęcą atencją każde napotkane stworzenie.

– Co, wyczułeś rybkę, ty mały zbóju? – zapytałem albo mi się wydawało, że pytam. W każdym razie miałem wrażenie, że tak to artykułuję.

Tym razem ciche i stonowane miauknięcie wziąłem za odpowiedź na tak. Zdjąłem z talerza niedojedzone resztki karpia i na małym spodeczku postawiłem kiciusiowi przed mordką. Żarł jak lew po przejściu Sahary. Dołożyłem jeszcze spory kawałek. I ten po kilku sekundach cały zniknął w ciamkającej paszczy.

– Chcesz… jesz… jeszcze? – paplałem przez atak czkawki, która pojawiła się nagle i gwałtownie, niczym mój włochaty rozmówca.

Tym razem odpowiedź na moje bełkotanie stanowiło głośniejsze i czyste „miau”. Kocur podniósł ogon i kręcił kółka wokół miski. Najeżona kita trzęsła się jak odurzony grzechotnik. Dołożyłem kolejną sporą porcję ryby.

– Ma… masz. I… i na razie ko… koniec. Bo pęk… pękniesz – gadałem i czkałem w najlepsze.

Ciamkanie dochodzące znad miski świadczyło o tym, że kićka nie za bardzo bierze sobie do serca moje słowa. Wróciłem do stołu. Usiadłem w turystycznym fotelu i po chwili miałem towarzysza na kolanach. Ocierał się i mruczał, więc zabrałem się za głaskanie małego futrzaka. Moja miłość do wszystkiego, co żyje, była wręcz nieskończona.

– Zoba… zobaczymy, kim ty je… jesteś – wydukałem i podniosłem koci ogon do góry. – Kote… koteczka – poinformowałem Zośkę i resztę imprezowiczów.

Kończyliśmy biesiadę, a ja raz za razem wstrzymywałem oddech, próbując opanować czkawkę, która wkrótce minęła równie nagle, jak się pojawiła. Z zapadnięciem całkowitych ciemności działkę opuścili ostatni goście – kolega z pracy z małżonką. Należało zdryfować w stronę miękkiego koja. Nie powiem, pewną trudność sprawiało mi bezkolizyjne trafienie w otwór drzwiowy. Ale po kilku próbach wreszcie – bingo! Udało się! Już miałem zamykać drzwi, gdy usłyszałem przeciągłe i proszące miauknięcie.

Stała za mną, patrzyła i czekała. Miałem dylemat: zabrać ją czy pójść swoją drogą? Wewnętrzne chochliki bełkotały z tyłu głowy. Ich dyskusja trwała w najlepsze. Kolejne partie neuronów przekazywały informację dalej i dalej, aż dotarła ona do najciemniejszego i najbardziej zacofanego zadupia mózgu. To tam rezydują anioły i demony i to tam rozegrała się właściwa bitwa o krzyczącą pod nogami zabłąkaną duszyczkę.

– Patrz, jaka słodycz. Weźmy ją! – krzyczały białe.

– Daj spokój. To obowiązki i na bank będzie ci srała za łóżkiem! – darły się czarne.

– Nie będzie! Wygląda na stworzenie o wysokiej kulturze bycia – jasna strona broniła swoich racji.

– Zasra wszystko na bank, a do tego rozszarpie kanapę! – odpowiadała ciemna.

– Tak, tak. Taki mały kotek rozszarpie. Ha, ha – ironicznie puentowały białe.

Podnosząc władczo rękę, uciszam je wszystkie. Patrzę na wypłocha. Jestem już prawie przekonany. Było miło, ale…

– Wskakuj – zawołałem. Kociak momentalnie znalazł się w środku.

– Chodź tu, maluszku. – Zośka zachęcała kotkę, żeby do niej przyszła, ale ta jednym susem wskoczyła do łóżka i umościła się przy mojej głowie. Zasypialiśmy razem, w oparach mego bachusowego oddechu. Nie pamiętam snów, nie pamiętam z tej nocy niczego.

Rano, gdzie się nie ruszyłem, słyszałem: „miau, miau”. Uszatej prawie nie było widać, ale słychać, że hej! Brak masy i wzrostu nadrabiała głosem. Zaczęliśmy się pakować, a gdy ostatnia torba znalazła miejsce w bagażniku, nadszedł czas na pytanie, które nie padło, ale wisiało w powietrzu od samego rana.

– A co z nią? – rzuciła Zośka z niepokojem w głosie.

Spojrzałem na małego futrzaka ocierającego się o nogi. Białe i czarne znowu próbowały coś gadać od rzeczy w mojej głowie. Tym razem nie dopuściłem ich do głosu.

– Zabieramy.

Krzyk radości Zośki poniósł się po działkach.

W drodze do nowego domu gadzina nawet nie miauknęła. Z tylnego siedzenia z zaciekawieniem oglądała migające za oknem krajobrazy. Działka jest za miastem, więc do pokonania mieliśmy kilkanaście minut drogi po zatłoczonych ulicach Białegostoku. Kicia wyglądała na zadowoloną i wyluzowaną. Nie było widać po niej stresu. Po przekroczeniu progu mieszkania futrzak momentalnie obskoczył wszystkie kąty, coś tam pomruczał pod wąsem – chyba z aprobatą – i wskoczył na łóżko, by po chwili serfować w objęciach Morfeusza. Zośka rozpakowywała torby w kuchni, a ja rozpocząłem urządzanie domu dla nowej lokatorki. Z braku kuwety wyścieliłem gazetami plastikową miskę. Obok ustawiłem spodeczek z wodą i talerzyk na jedzenie. Nie mając zielonego pojęcia, czym żywić kota, nałożyłem to, co jadła cały poprzedni wieczór, czyli karpia.

Po przebudzeniu kotka skrzętnie skorzystała ze wszystkiego, co jej przygotowałem. Przerabiała pokarm w zawrotnym tempie. Pobierała zdumiewające ilości ryby i zdumiewające ilości wydalała. Zachowywała się niczym taśma produkcyjna w fabryce. Wszystko, co wpadało z jednej strony, po chwili wypadało z drugiej.

Już następnego dnia od pojawienia się nowego domownika mieszkanie śmierdziało kocimi szczynami i gównem.

Na obiedzie u rodziców został poruszony temat kotki. Bo u kogo, jak nie u nestorów szukać podstawowych odpowiedzi na zżerające umysł dwuznaczności dotyczące meandrów egzystencji. Poza tym, gdy byłem mały, mieszkaliśmy na przedmieściach, a w okolicach domu zawsze pałętały się psy i koty. Co prawda bardziej pamiętałem mokre i ciepłe jęzory tych pierwszych, ale miękkie futra i giętkie ogony drugich także zapadły mi w pamięć. Liczyłem więc na to, że rodzice podzielą się z nami swoim życiowym doświadczeniem.

– Boże, koteczka! – piała cienko mama na widok zdjęcia w telefonie.

Tato konsumował, nie zawracając sobie głowy tematami odbiegającymi od ziemniaków, kotleta i surówki.

– Popatrz, jaka cudowna! – dalej zachwycała się mama, oglądając kolejne fotografie. A kartofle stygną…

Po posiłku zabrałem się za pytania, a wątpliwości miałem co nie miara.

– Czym kota karmić?

– U nas w domu to kotom dawało się kartofle z sosem.

Zośkę aż wygięło na samą myśl, że jej podopieczna ma się tak odżywiać. A ja wyobraziłem sobie małą kocicę umazaną szarym sosem.

– Chyba tak karmiło się w średniowieczu. I nie koty, lecz niedźwiedzie – wtrącił spokojnie tata.

– No co ty! Babcia dawała kotom kartofle pozostałe z obiadu. – Mama była uparta w lansowaniu swoich racji. Tata machnął ręką z rezygnacją i poszedł do kuchni zapalić.

– A gdzie sikały? – Nie wiem, po co zacząłem kolejny wątek. Mama spojrzała na mnie z politowaniem.

– No przecież na podwórzu – odpowiedziała takim tonem, jakby prowadziła dialog z idiotą.

Zośkę wzdrygnęło raz drugi. Szybko rzuciłem sygnał do ewakuacji. Wyszliśmy głupsi, niż byliśmy przed obiadem.

– Trzeba przyznać, że sytuacja nas przerosła – powiedziałem do Zośki w drodze powrotnej.

– Yhm. – usłyszałem tylko w odpowiedzi.

Po jej nadąsanej minie widać było, że nie ma ochoty na rozmowę. Prawda była jednak taka, że może nowa lokatorka nie wywróciła naszego świata do góry nogami, ale na pewno poważnie zaburzyła oś jego symetrii.

Po powrocie do domu smród nakazał szybkie otwarcie wszystkich okien, z balkonowym włącznie.

– Nie pomogli nestorzy rodu, to może pomoże szaman Google – mruknąłem do siebie i odpaliłem laptopa. Nie można było zwlekać. Nadszedł czas działania. Obejrzałem kilka filmików, po czym wzbogacony o nową wiedzę szybko namierzyłem sklepy zoologiczne.

Po sprzątnięciu siuśków i kupek oraz zapodaniu do misek kolejnej porcji jedzenia do przerobu, która to momentalnie zaczęła znikać wśród mlasków, mruknięć i miauknięć dobiegających spod kuchennego stołu, opuściliśmy mieszkanie. I już po kilkunastu minutach spacerowaliśmy wśród półek zastawionych puszkami i workami z karmą, pustymi akwariami, klatkami z myszoskoczkami, a wszystko to przy akompaniamencie wrzaskliwych papużek falistych, siedzących na drewnianych drążkach w wolierze stojącej w rogu sklepu.

– Patrz! – krzyknęła Zośka gwałtownie.

– Co? – zapytałem zdziwiony, nie mogąc namierzyć przyczyny jej wybuchu.

– Kuwetyyy – zaszeptała rozmarzonym tonem, jakby stanęła przed wrotami legendarnego Eldorado.

Rzeczywiście, byliśmy o kilka kroków od półki z artykułami dla kotów. Ruszyliśmy i po chwili, w dzikim amoku, drżącymi rękoma pakowaliśmy do wózka: dwie plastikowe kuwety, miseczkę na wodę, miseczkę na chrupki i na mokre jedzenie, żwirek zbrylający o zapachu lawendy, chrupki o smaku kurczaka oraz łososia, łopatkę do sprzątania kuwety, saszetki w dziesięciu smakach. A na koniec z ostatniej półki wzięliśmy dwie sztuczne myszki i piórko na kijku. Przy kasie na widok paragonu wpadłem w lekki popłoch, ale idea wyposażenia kotki w podstawowe artykuły pierwszej potrzeby była szczytna i droższa od pieniędzy.

Po powrocie do domu rozpakowaliśmy zakupy. Zwierzyna patrzyła ciekawie, strzygła wąsem i przekrzywiała figlarnie główkę. Miauknęła z dezaprobatą, gdy pakowałem do kosza zasikane gazety. To już się jej nie spodobało. Po chwili jednak Zośka postawiła kuwetę i nasypała lawendowego żwirku. Kotka w pierwszym odruchu już miała dać drapaka w bezpieczne miejsce, lecz coś ją zatrzymało. Włączyła się klasyczna kocia ciekawość. Nieśmiało podeszła do plastikowego naczynia i wsadziła najpierw prawą łapę. Efekt był chyba zadawalający, bo zaraz po tym wsadziła lewą. Stała tak z przednimi kończynami w kuwecie, najwyraźniej przeprowadzając proces myślowy oparty na głębokiej analizie tego, co ujrzała i czego dotknęła. Po chwili grzebnęła raz i drugi, po czym wskoczyła do środka. Zaczęła sikać, głośno przy tym burcząc, a na zakończenie miauknęła.

Rozłożyliśmy pozostałe gadżety. Napełniłem miski chrupkami, wodą i mokrym żarciem z saszetki. Kotka z zadartym do góry ogonem nadzorowała każdy mój ruch. Była lekko skonsternowana całym tym zamieszaniem. Nie do końca wiedziała, jak zareagować. Lecz głód wygrał i z dzikim apetytem zaczęła na zmianę konsumować to chrupki, to mokre kawałki karmy. Nie zwracała uwagi na dwie sztuczne myszy, które położyłem za jej ogonem. Ruszyliśmy do salonu. Usiedliśmy na kanapie i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy ciamkania dochodzące z kuchni. Po chwili wszystko ucichło i turlający się futrzak wpadł do dużego pokoju z myszą w zębach. Sytuacja została tymczasowo opanowana, ale bezsprzecznie ciągle była rozwojowa…Wszystko, co dobre, zaczyna się od kota.

Francesc Miralles, Miłość przez małe m

Niełatwy start

Dziuba darła się całą drogę i co jakiś czas z całym impetem swojego drobnego ciała waliła w kratkę oddzielającą ją od wolności. Płakała przy tym rozpaczliwie, jak tylko małe kociaki potrafią. Mieliśmy z Zośką nietęgie miny. Na szczęście nie było korków i dość szybko pokonaliśmy dystans dzielący nas od domu. Kiedy wysiedliśmy i chwyciłem pudełko, jego zawartość nagle ucichła. Kocica przysiadła w samym końcu i tylko wytrzeszczonymi z przerażenia oczyma wodziła za każdym naszym ruchem. Starałem się nieść ją płynnie. Po wejściu na klatkę schodową futrzak wydał z siebie krótkie i – jak się okazało – ostatnie rozpaczliwe miauknięcie. Po tym wcisnęła się w kąt pojemnika i zamilkła.

Wkroczyliśmy do domu. Klatkę postawiłem pod kuchennym stołem, nie otwierając jej. Najpierw zdjęliśmy buty i pozamykaliśmy okna i balkon. W mieszkaniu momentalnie zrobiło się parno. Z pudełka nie dochodził żaden odgłos. Podszedłem cicho. Położyłem się na podłodze i z ciekawością zajrzałem do środka. Wielkie, zielone oczy patrzyły na mnie z przerażeniem. Ruszyłem głową. Spod przerażenia błysnęła iskierka ciekawości. Drżącymi palcami zwolniłem zaciski stalowej kratki. Stanęliśmy w najbardziej oddalonym rogu kuchni i czekaliśmy.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Lecz po dziesięciu, może piętnastu minutach z otworu wysunął się czarno-biały łebek, a po chwili zwierzę ukazało się w całej okazałości. Kotka, gdyby tylko mogła, pewnie weszłaby pod podłogę i przemieszczała się szczelinami pod terakotą. Wyglądała komicznie. Spojrzała na nas spod przygiętego do ziemi łebka i omal nie wpadając w miskę z chrupkami, zaczęła czołgać się wzdłuż ściany do przedpokoju.

– Nie zamknąłem szafy – powiedziałem do Zośki, a ona, rzuciwszy w moją stronę pełne politowania spojrzenie, podążyła za kotką.

– I masz. Wlazła – usłyszałem jej głos zza drzwi.

Rad nierad poczłapałem do przedpokoju i stanąłem przed szafą.

– Zostawmy ją w spokoju – powiedziałem cicho. – W nocy kociak wylezie, spenetruje mieszkanie i może trochę oswoi się z sytuacją.

Zośka tylko skinęła głową na znak aprobaty dla takiego postępowania.

Plan wypalił tylko w części. Kociak rzeczywiście pod osłona nocy wylazł z szafy, przeczesał mieszkanie, ale bynajmniej ani trochę nie oswoił się z sytuacją. Wręcz przeciwnie: przemykając wzdłuż ścian, wydawał jęki i miauknięcia niczym potępiona dusza błąkająca się na rozdrożach dróg. Nie spaliśmy, z przerażeniem wysłuchując tych upiornych zawodzeń.

Rano stwierdziliśmy tylko puste miski i zagrzebaną kupę w kuwecie. Kotki ani śladu. Obszukałem wszystkie kąty. Zajrzałem pod łóżko. Futra brak. Dopiero po otwarciu szafy w przedpokoju z jej mroku doszedł do mych uszu wyraźny syk.

– Tutaj się skrył, grzechotnik jeden – poinformowałem Zośkę.

Podeszła do mnie i razem wsadziliśmy głowy w otchłań kryjówki. Syk stał się głośniejszy i bardziej jadowity. Odruchowo się cofnęliśmy.

– Śmiem wątpić w to, że mamy tu kota – stwierdziłem skonsternowany.

– Ja idę do pracy – odparła moja druga połowa i opuściła mieszkanie. Przymknąłem lekko drzwi szafy i też wyszedłem z domu.

W pracy ganiały mnie szalone myśli. Widziałem tygrysa mielącego w zębach nasze umeblowanie, rozszarpującego materac, lwa żłobiącego pazurami głębokie bruzdy w drzwiach i ścianach, jaguara wydającego z paszczy groźny ryk i rzucającego się wściekle na żyrandol. Oj, myśli miałem dzikie niczym dżungla Wietnamu, a zwierzątko pędzące w tych myślach z pewnością nie było miłym, mruczącym, puszystym, małym kotkiem… A jeszcze na dodatek szef chciał co chwilę jakichś zestawień, statystyk, słupków i wykresów. Słuchałem, ale nie słyszałem, bo liczby były niczym fruwające kawałki tynku, litery ścieliły się po podłodze płatkami gąbki z rozszarpanego posłania, sinusoidy żłobiły głębokie, wydarte pazurami bruzdy na frontach mebli. Nie szło się na niczym skupić. Ciałem byłem w pracy, ale przerażona głowa błądziła po zamkniętym mieszkaniu.

Podczas przerwy śniadaniowej zadzwoniłem do Zośki.

– Cholera, oczyma wyobraźni widzę demolującą mieszkanie bestię.

– Przesadzasz.

– Może i przesadzam, ale nie mogę się na niczym skupić.

– To fakt, ja też.

– To dziki kot, nie wiadomo, co mu strzeli do łba.

– Daj spokój.

– Daj spokój, daj spokój. A mieszkanie zdemolowane.

– Nie przesadzaj. Pa – dodała i zakończyła rozmowę.

Musiałem jednak zasiać w niej ziarno niepewności, bo późniejsza wymiana SMS-ów świadczyła o tym, że Zośce także puściły wodze fantazji. A świat, nasz malutki świat, ograniczony czterema ceglanymi ścianami, jawił się w tych fantazjach bezsprzecznie w katastroficznych barwach.

Punkt piętnasta siedziałem w samochodzie i nie wiem, w jaki sposób udało mi się dojechać do domu, nie powodując po drodze żadnej kolizji. Na schodach spotkałem Zośkę. Bez słów podeszliśmy do drzwi. Wstrzymując oddech, przyłożyliśmy uszy do płaskiej, zimnej powierzchni. W środku panowała jednak złowroga cisza.

– Chyba już wszystko rozszarpała – wyszeptałem.

– Aha – odpowiedziała prawie bezgłośnie.

– Pewnie nie ma już co zbierać.

– Aha. – Zośka powtórzyła swoją kwestię niczym echo.

Wyjąłem z kieszeni klucze i włożyłem w zamek. Wolno przekręciłem i otworzyłem drzwi. Przedpokój wyglądał identycznie jak rano. Żadnych śladów demolki. Buty stały na swoim miejscu, podłoga była czysta i lśniąca. Weszliśmy. Wetknęliśmy głowy do salonu. Tam… wszystko wyglądało normalnie. Brak znaków walki, brak płatów tynku, brak fruwającej materacowej gąbki i brak śladów kota. Wróciłem do przedpokoju i otworzyłem szafę na oścież. Byłem pewny, że usłyszę charakterystyczny syk grzechotnika. A tu…

– Cisza. Nie ma jej – wydukałem. Wśród powieszonych kurtek i swetrów nie było kociaka.

Na półce, w skołtunionym polarze widać było wyraźny odcisk zwierzęcia.

– Kici, kici – nawoływała Zośka, przemieszczając się na czworaka po salonie.

Zaglądała przy tym w każdy kąt i każdą dziurę mogącą stanowić potencjalną kryjówkę. A nie było ich raczej wiele: pod łóżkiem, za stolikiem, pod biurkiem. Bo za regał z książkami raczej nie wlazła. Mimo że dźwięki wydawała jak grzechotnik, to wężem bezsprzecznie nie była i w trzycentymetrową szparę między meblem a ścianą raczej wpełznąć nie była w stanie. Ja w tym czasie przeszukałem łazienkę i kuchnię. W żadnym kącie ani zakamarku nie stwierdziłem kociej obecności. Jedyne ślady, które zauważyłem, były w kuwecie i przy miskach z jedzeniem.

– Micha pusta, a w kuwecie zagrzebane siki i spora kupa – powiedziałem, wkraczając do salonu. Zośka stała przy regale z książkami i nostalgicznie wpatrywała się w otwarty lufcik.

– Musiała zwiać przez tę szparę.

– Nażarła się, wysrała i spierdoliła – spuentowałem.

Też zacząłem się gapić w półotwarte okno. Zrobiło nam się smutno. Ogarnął nas żal czarny jak jej futro. Zwyczajny żal niepowodzenia. Staliśmy tak ze skwaszonymi minami. Biła od nas gorycz porażki. Czuliśmy ohydny smak przegranej. Cuchnęliśmy klęską. Objąłem Zośkę i jeszcze raz powiodłem wzrokiem po pokoju. Fotel, łóżko, ściana, stolik, regał pełen książek, kot na książkach, ściana, otwarty lufcik. Zaraz! Zaraz!!! Szarpnąłem głową w tył. Mój wzrok wrócił do regału. Zmrużyłem oczy, nie bardzo wierząc w to, co widzę. Przede mną, na środkowej półce, wtulona w książki siedziała Dziuba. A raczej jej oczy, bo reszta doskonale zlewała się z kolorem mebla. Wbiłem Zośce palce w ramię.

– Patrz! – zaskrzeczałem jej w ucho.

Spojrzała na mnie przerażona i powiodła wzrokiem za wyciągniętym palcem. Z początku nic nie dostrzegła, lecz po chwili zaśmiała się wesoło. Wycofaliśmy się cicho do kuchni. Usiedliśmy za stołem i zaczęliśmy dziko ryczeć z radości.

Dziuba siedziała sobie wśród książek i dzielnie udawała, że jej nie ma. Popadła w chwilową dezintegrację; tylko jej ruchliwe, zielone oczy świadczyły o tym, że wciąż trwała w czasie i przestrzeni. Przechodziłem obok niej kilka razy. Nic – nawet syknięcia, mruknięcia czy innego odgłosu. Chociaż nie do końca. Źrenice pracowały nieustannie, raz zwiększając, a raz zmniejszając swoją wielkość, niczym soczewki lornetki. Były w ciągłym ruchu, dostosowując ostrość do przelatujących przed oczami obrazów.

Do łóżka poszliśmy wcześniej, głównie z obawy, żeby nadmiar moczu nie rozsadził kotki od wewnątrz. Leżeliśmy, wsłuchując się w najdrobniejsze szmery dochodzące z zakamarków mieszkania. Szczególnie intensywnie koncentrowałem się na wyłapaniu jakichkolwiek dźwięków dolatujących z okolic regału. Zośka usnęła po około dwudziestu minutach, ja twardo czekałem. Czas leciał powoli, przemykał leniwie po smugach światła ulicznych latarni. Snuł się czarną melasą zalepiającą ociężałe powieki. Odrealniał rzeczywistość, przekłamywał odgłosy, rozmazywał obrazy. Płynął nierzeczywistą rzeką zapomnienia… Chyba też przysnąłem. W każdym razie, kiedy się zerwałem, na regale wśród książek nie było już kota. Poczłapałem do przedpokoju i uchyliłem lekko drzwi szafy. Gdy z wnętrza dobiegł charakterystyczny syk, spokojnie poszedłem spać.

Kolejne dni mijały tak samo. Gdy wychodziliśmy do pracy, żegnał nas pojedynczy syk dochodzący z kociego barłogu i taki sam syk witał nas po powrocie. Największą aktywność nasza kotka przejawiała w chwilach, gdy spaliśmy lub byliśmy poza domem. Świadczyły o tym puste miski i zagrzebane w kuwecie siki i kupa. Chyba że parzonego mintaja wpierdzielały domowe skrzaty…

Po około dziesięciu dniach sytuacja dojrzała na tyle, by podjąć stanowczą decyzję.

– Dzwoń do Artura – usłyszałem głos dobiegający z kuchni. – Dalej tak być nie może.

Popatrzyłem na Zośkę, ale nic nie odrzekłem, bo w jej oczach dostrzegłem błysk desperacji. Wybrałem numer i po chwili po drugiej stronie miałem kociego guru.

– Cześć, mamy kłopoty z tą małą kocicą – zacząłem cicho.

– A co się dzieje? – zapytał znudzony.

– Nie chce wyjść z szafy – odpowiedziałem zgodnie ze stanem faktycznym.

– Od dziesięciu dni? – W jego głosie wyraźnie zabrzmiała nutka zaciekawienia.

– No nie, w nocy wychodzi. Żre i sra. – Tym razem mój głos był lekko podniesiony.

– Aha. To wszystko w porządku – odparł znowu tonem śpiącego leniwca.

– Jak to w porządku? – żachnąłem się.

– Przyjedźcie dziś, coś poradzę – dodał i się rozłączył.

Wsiedliśmy w samochód i po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu. Do salonu wprowadziła nas żona Artura. Jak tylko przekroczyłem próg, wiedziałem, że ta wizyta jest stratą czasu i że niczego istotnego się nie dowiemy. Autorytet kociego guru uległ sporej korozji, odkąd zobaczyłem, jak łapał Dziubę, a raczej jak nie złapał jej brata. Bo Dziuba tak naprawdę złapała się sama.

Czas jakby się zatrzymał: dwie poduchy, biało-czarna i biało-ruda, spały z wywalonymi brzuchami, w tym samym miejscu co ostatnio. Grubasy chrapały, a Artur za mgłą papierosowego dymu wyglądał teraz lekko komicznie. W grubych okularach w rogowej oprawie, z wyliniałą brodą i cienkimi, potwornie przetłuszczonymi kosmykami włosów nie wzbudzał zaufania. Przynajmniej mojego. A chrapiące na podłodze dwa futrzaste kapcie nadawały mu raczej humorystyczny sznyt. Nie należał do przedstawicieli w stylu legendarnej kociary roztaczającej wokół ezoteryczny urok. Przypominał raczej czarownika z piątej klasy, takiego od zaklęć na ból dupy i lekkie rwanie w boku, a może bardziej szamana specjalizującego się w ziołach na sraczkę. Nie emanował tajemnicą, nie uwodził mistyczną aurą. Czułem, że tracimy czas.

– No to jaki macie problem? – zagadnął.

Zośka zaznajomiła go z całą sytuacją. Artur słuchał uważnie, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie.

– Musicie zakleić szafę – odparł, przypalając kolejnego papierosa.

„No to nam chuj poradził” – mruknąłem w duchu.

– Może jeszcze zamurować drzwi? – warknąłem już głośno.

Byłem sfrustrowany i wkurzony, że tu przyjechałem, a przede wszystkim, że dałem się namówić na te łowy. Generalnie byłem na nie. Zośka zaś słuchała Artura. Dochodziły do mnie jego słowa: „schować na noc miski, zakleić szafę, karmić w czasie, gdy jesteście w domu”. Nic mi się nie podobało. Zrezygnowałem.

Wieczorem moja piękniejsza połowa wprowadziła w życie słowa naszego doradcy. Przed snem zamknęła kocią zastawę w szafce pod zlewem, po czym ruszyła do łóżka z szarą taśmą.

– Śpię dzisiaj z brzegu – oznajmiła sucho.

Kotłowałem się przez pół nocy. Nigdy nie lubiłem spać przy ścianie. Zośka czuwała w milczeniu, napięta jak struna, pełna desperacji. Gdy już zasypiałem, nagle zerwała się z łóżka i popędziła do przedpokoju. Była szybka i bezwzględna niczym wojska Piłsudskiego wypędzające bolszewików spod Warszawy. Słyszałem szelest szarej taśmy i łomotanie drzwi od naszej garderoby.

– Zakleiłam! – zakrzyknęła z dumą, kładąc się na swoje miejsce. – Ha! – dodała jeszcze, wyraźnie zadowolona z siebie i momentalnie zasnęła.

Ja przez drugą połowę nocy kręciłem się już na swojej stronie. Spać nie dawała mi cichutko płacząca, zagubiona w mroku mała kotka.

Rano byłem struty jak szczur po granulacie. Dopadły mnie wątpliwości. W naszym ludzkim mniemaniu robiliśmy dla kota dobrze. Ale ten mały futrzak został brutalnie zabrany ze swego domu, rozdzielony z bratem i wywieziony przez dwa dwunogie potwory w nieznaną dal. Horror. Może nie tak straszny jak Teksańska masakra piłą mechaniczną, ale i tak w umyśle małego kotka cała ta sytuacja musiała wzbudzić strach i przerażenie. A pomysł z zaklejaniem szafy i wyganianiem Dziuby z ostatniej bezpiecznej kryjówki według mnie ocierał się o sadyzm. Na dodatek przez pół nocy słuchałem jej cichego płaczu i rano byłem gotów napluć sobie w twarz. Zośka zaś odwrotnie, była w doskonałym humorze. Zjadła z apetytem śniadanie i uśmiechnięta poleciała do pracy. Ja siedziałem nad kubkiem kawy i miałem ochotę wyć.

A źródło moich wątpliwości siedziało skulone między kuwetą a miskami i patrzyło na mnie w milczeniu. W jej oczach widziałem cały ogrom kociego cierpienia. Bezdenny. Głęboki jak czerń wielkich źrenic. I wtedy, gdy tak patrzyliśmy na siebie otuleni płaszczem rozpaczy, wpadłem na pewien pomysł. Z pozoru absurdalny, ale im dłużej nad nim myślałem, tym bardziej mi się podobał. Ziarno idei kiełkowało i z każdą minutą stawało się coraz większym drzewem… Ruszyłem do komputera i odpaliłem internet. Były to czasy modemów Sagem i Neostrady, sieć była dostępna tylko na urządzeniach stacjonarnych, a sygnał docierał bardzo powoli, przesyłany kablem. Era bezprzewodowa jeszcze nam się nie śniła, tym bardziej, że komórki wyglądem przypominały grube parówki. Walcowate i toporne – służyły bardziej do obrony niż komunikacji. Miały wielki panel klawiatury, na której klepało się co najwyżej krótkie SMS-y, bo ekranik wielkości dwóch paznokci nie pozwalał na odczytanie długiego zdania.

Rzuciłem się w wir poszukiwań. Spodziewałem się dużych trudności, ale internetowa eksploracja dość szybko zakończyła się sukcesem, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Już po dziesięciu minutach znalazłem to, czego szukałem, a po następnych piętnastu zakończyłem wstępne negocjacje przez telefon. Zostało tylko pojechać na miejsce, załatwić sprawy papierkowe i odebrać towar. W związku z tym, że sprzedający był w pracy, umówiłem się z nim na popołudnie. Otworzyłem butelkę piwa i wypiłem ją na trzy łyki z dziką przyjemnością.

– No, maluchu, myślę, że rozwiązałem nasze problemy – zagadnąłem do skulonej Dziuby. Ponieważ nie doczekałem się odpowiedzi, ruszyłem do łóżka, żeby odespać zarwaną noc.

Po południu tryskałem humorem, co mocno zdziwiło Zośkę. Próbowała pogłaskać zaczajoną Dziubę, ale bez rezultatu. Każde wyciagnięcie ręki w jej stronę sprawiało, że kociak wycofywał się na bezpieczną odległość, głośno przy tym sycząc. Ja w tym czasie siedziałem zrelaksowany w fotelu, z papieroskiem w jednej ręce i książeczką w drugiej. Widząc to, Zośka zareagowała:

– A co ty taki wyluzowany? – zapytała, jadowicie cedząc słowa.

– Normalny – odparłem spokojnie.

– Przecież widzę, że coś się stało.

– Zdaje ci się.

– Oj, kolego, grabisz sobie na całej linii – zakończyła, mocno akcentując słowo „grabisz” i z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi do łazienki. Tymczasem zbliżała się godzina umówionego spotkania.

– Wychodzę! – krzyknąłem do zamkniętych drzwi. Pożegnała mnie złowieszcza cisza.

Po godzinie byłem z powrotem. Wszedłem cicho do mieszkania. Zośka leżała na łóżku z książką w ręce. Podszedłem do niej bezszelestnie, rozpiąłem bluzę i szybkim ruchem postawiłem przed nią malutką, trzymiesięczną koteczkę. Na jej widok poderwała się na równe nogi.

– Zwariowałeś! – krzyknęła.

Kotka, nic sobie nie robiąc z hałasu, dziarsko maszerowała w jej kierunku.

– Boże, co my zrobimy z tyloma kotami?! – krzyknęła jeszcze głośniej.

Mała podniosła futrzasty łebek i spojrzała na nią niebieskimi oczami. Podeszła do nogi przyszłej pani i otarła się, podnosząc do pionu włochaty ogonek.

– Jakaś ty piękna – dodała Zośka już spokojniej i pogłaskała kotkę. – Ale co my zrobimy z tyloma kotami? – wyszeptała bardziej do niej niż do mnie.Stoję w otwartych drzwiach balkonowych. Palę. Jest głęboka noc. W mieszkaniach naprzeciwko nie świeci się żadna lampa. Blok śpi. Śpi całe osiedle. Śpi też miasto, chociaż dźwięki sennych dezerterów docierają do mych uszu. Są to przeważnie pojedyncze odgłosy samochodów z rzadka pędzących po pustych ulicach. Latarnie rzucają wkoło snopy matowego światła, stłumione przez gęsto padający śnieg. Blask wydaje się rozdrobniony na miliony iskier. Jakby był obleczony serwetą uszytą z grubych, lodowych nici.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij