Przed Przebudzeniem - ebook
Przed Przebudzeniem to drugi tom serii Istoty Nocy — kontynuacja historii rozpoczętej w Nigdy Twoja. W Zakonie nie ma miejsca na słabość. Clare i Olivier wiedzą o tym lepiej niż ktokolwiek — wychowani w przemocy, naznaczeni magią i zmuszeni, by stać się idealną bronią. Jako Tytania i Grom budzą strach wśród Istot Nocy, ale to nie potwory okażą się ich największym wrogiem. Gdy spod warstw kłamstw zaczyna wychodzić prawda o ludziach, którym ufali, a między nimi wybucha uczucie, którego nigdy nie powinni byli do siebie dopuścić, Clare i Olivier stają przed wyborem: pozostać lojalnymi wobec Zakonu albo zniszczyć świat, który ich stworzył. Dark paranormal romance o przemocy, zdradzie, namiętności i więzi tak silnej, że może przetrwać wszystko — albo spalić wszystko do gołej ziemi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 5,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ogród zamilkł po zamachu stanu.
Cisza opadła na posiadłość Bellerose'ów niczym popiół — tłumiąc nawet owady, przyciskając do ziemi marmurowe tarasy, które niegdyś niosły śmiech, kłótnie, miękką perkusję stykających się kieliszków. Teraz niósł je tylko jeden dźwięk: powolne, wyraźne cięcie sekatorów przez łodygi.
Augustin Bellerose stał sam pośród swoich róż.
Nocne powietrze było chłodne przy grzbiecie jego dłoni, przy odsłoniętej skórze przy kołnierzu. Żadnych głosów. Żadnych kroków. Tylko ciężki, chłodny zapach i miękki opór łodygi w dłoni.
Dziś wieczór pracował bez rękawiczek. Kolce zahaczały o skórę od czasu do czasu — małe, precyzyjne — i pozwalał im.
Róża w jego dłoni była czarna.
Nie ta głęboka czerwień, którą zdjęcia zamieniają w czerń, nie burgund udający ciemność — naprawdę, całkowicie czarna, płatki pochłaniające księżycowe światło zamiast go odbijać. Wyhodował ją sam, w kącie ogrodu, gdzie ojciec nigdy nie raczył zajrzeć. Gabriel wolał czerwień. Ostentacyjną. Kolor rzeczy, które muszą się obwieszczać.
Za jego plecami noc się ugięła.
Cienie zebrały się przy skraju ścieżki i uniosły w kształt kobiety. Nosiła ciemność jak tkaninę — smugi przylegające do bladych nóg, zanim znikały — a w jej oczach tlił się specyficzne rozbawienie kogoś, kto większość rzeczy znajduje śmieszną i prawie nic nie zaskakuje.
Augustin rozpoznał tę ciszę zanim się odwrócił — taką, która sama się ogłasza. Coś zacisnęło się z tyłu jego szczęki.
Nie odwrócił się.
— Proszę, proszę — głos Senki przemknął przez ogród jak dym szukający szczelin. — Mam już mówić do ciebie _„Królu"?_
— Bardziej interesuje mnie — zaczął — jak wiedźma przekroczyła próg Wielkiej Sali. — Powoli obracał łodygę między palcami. — Wstęp tylko dla czystokrwistych i magów krwi. Nie jesteś ani jednym, ani drugim.
— Taka straszna luka w zabezpieczeniach. — Nagle znalazła się przy nim — bez przejścia, bez kroku — wystarczająco blisko, żeby poczuł jej zapach. Stara magia. Wilgotna ziemia. Metaliczny posmak mocy traktowanej zbyt nonszalancko przez zbyt długi czas. — Ktoś powinien złożyć skargę.
Wtedy na nią spojrzał.
Złote oczy spotkały niebieskie — bez dna, rozświetlone skądś spoza tego ogrodu. Jej mina była sama w sobie spektaklem, samymi zębami — a pod tym coś starszego obserwowało go z autentyczną uwagą. Nie złośliwość. Coś bardziej niepokojącego niż złośliwość.
— Czarna róża — mruknęła, przechylając głowę w stronę kwiatu. — Takie tajemnicze. — Jej spojrzenie przemknęło po ogrodzie — białe, niebieskie, żółte, czerń. Każdy kolor prócz jednego. Kąciki jej ust uniosły się. — Powinieneś _kochać czerwień_. Piękny kolor. Zupełnie _jak krew._
— Czerwień jest dla tych, którzy wierzą w romantyzm — powiedział i odwrócił się, i odszedł.
Chwila ciszy — autentyczna, krótka — zanim radość pojawiła się na jej twarzy i ruszyła za nim. Cienie niosły ją bez wysiłku, więc nie stawiała kroków jak normalna osoba. Mniej jak chodzenie, bardziej jak noc dostarczająca ją tam, gdzie zamierzała być.
— Takie nieuprzejme — stwierdziła pogodnie. — Człowiek zabija ojca, bierze tron, i nagle nie ma czasu na rozmowę.
— Nie jesteś w moim typie.
— Ach. — Przycisnęła dłoń do piersi. — Zastanawiam się… — Znikła. Pojawiła się przed nim, oparta o nic, ciałem blokując ścieżkę z niedbałą gracją. — …czy _ktokolwiek_ jest.
Augustin stanął.
Księżycowe światło chwytało ogród wokół nich — biel, czerń, blady róż. Spojrzał na Senkę z cierpliwością, którą rezerwował dla rzeczy wymagających zarządzania, a nie odpowiedzi.
— Mów, po co przyszłaś — powiedział. — Albo odejdź.
Coś w jej minie się przesunęło. Spektakl ścichł — nie znikł, tylko odłożony na chwilę, tak jak odkłada się ostrze, gdy praca wymaga innych narzędzi.
— Zabiłeś człowieka, który próbował przejąć twoje ciało — powiedziała. — Zatrzymałeś tron. — Pauza. — Gratulacje. W zamian — prezent.
— Niczego od ciebie nie potrzebuję.
— Lior jest innego zdania.
Imię wylądowało inaczej niż reszta słów. Nie drgnął, ale coś w jego bezruchu zmieniło jakość — człowiek, który kalibruje się od nowa, nie pokazując tego.
Senka obserwowała to z precyzją kogoś, kto rzucał ten kamień wcześniej.
— Ona wierzy — ciągnęła Senka, głos lżejszy, — że nawet królowie potrafią się zakochać. Że jakaś istota — śmiertelna, nocna, ktokolwiek; o kim zadecyduje wszechświat — mogłaby wejść w twoje życie i przestawić wszystko, co zbudowałeś. — Kąciki jej ust drgnęły. — Powiedziałam jej, że to idiotyczne. Więc się założyłyśmy.
— Nie jestem zakładem.
— Nie masz tu nic do gadania. — Podeszła bliżej, cienie zwijające się wokół jej kostek jak coś oswojonego, czym nie były. — Żyjesz swoim życiem. Rządzisz. Pijesz swoje wino. Popełniasz swoje małe okrucieństwa. I jeśli nigdy się nie zakochasz — jej oczy zapłonęły nagle, patrząc w coś poza tym ogrodem, poza tą nocą, poza czymś, czego nie umiał zlokalizować — wygram. Jeśli się zakochasz— ona wygrywa.
Cisza, która nastąpiła, miała ciężar.
Augustin spojrzał ponad nią na róże rozciągające się w ciemność. Nigdzie czerwieni. Sam się o to postarał.
— Moje serce — powiedział — nie jest nagrodą dla wiedźm.
— Och, skarbie. — Jej ton stał się niemal łagodny, co było gorsze od drwiny. — Twoje serce przestało być twoje w chwili, gdy urodziłeś się Bellerose. Każdy chce kawałek. — Wzruszyła lekko ramionami. — Ja po prostu jestem szczera.
Zrobił krok naprzód.
Zimno bijące od niej było inne od zimna ogrodu — starsze, suchsze — temperatura czegoś, co przestało być ciepłe bardzo dawno temu. Ich ciała prawie się zetknęły.
Wtedy Senka się rozpuściła — chłodna ciemność tam, gdzie powinna być skóra — i odtworzyła się za nim, jej głos muskając jego ucho.
— Jedna rada — powiedziała. — Gratis.
Nic nie powiedział.
— Nie dawaj nikomu czerwonej róży. — Jej głos opadł — ciszej, spektakl zniknął całkowicie na jedną nieostrożną chwilę, a pod spodem coś prawie poważnego. Powiedziała to tak, jak mówiła wszystko, co naprawdę ją interesowało: lekko, jakby nie miało znaczenia, co oznaczało, że miało. — W dniu, kiedy to zrobisz — już przegrałeś.
Jego uchwyt na łodydze zacisnął się.
Kolec znalazł skórę. Krew wypłynęła powoli i ciepło, ukryta w zagięciu palców.
— Nikt nie zasługuje na czerwień — powiedział.
Senka cofnęła się.
Zadowolenie osiadło na jej twarzy — nie triumf, coś starszego i cichszego. Mina kogoś, kto już widział zakończenie i znajdował je szczerze interesującym. Prawie wyglądała ciepło.
To było najgorsze.
Cienie wzniosły się wokół niej. Niebieskie motyle odfrunęły od jej sylwetki i rozsypały się po ogrodzie, lądując na chwilę na płatkach i kamieniu, zanim znikły całkowicie.
Jej głos dobiegał zewsząd i znikąd.
_— Śpij dobrze, Augustinie. Staraj się nie zakochać w nikim niewygodnym._
Stał sam.
Zaklęcia ochronne brzęczały. Noc napierała blisko. Krew kreśliła powolną linię przez jego dłoń, czarna w księżycowym świetle, a on nie ruszył się, żeby ją zetrzeć.
Spojrzał na różę.
Potem ją upuścił.
Upadła bez dźwięku, czarne płatki pochłaniając światło.
Gdzieś w ogrodzie nic się nie ruszało. Żadnej czerwieni. Nie tutaj.
_Jeszcze nie._
Krew rozlała się po marmurze w ten charakterystyczny sposób rzeczy, które wzięły swój czas — powoli, dokładnie, ostatecznie. Trzy czystokrwiste. Dwóch magów krwi. Pianista lustrował katedrę z łagodnym zainteresowaniem kogoś, kto sprawdza pracę, o której poprawności jest już przekonany.
Poruszył palcami.
Ostatnie z cieni rozwiały się z jego dłoni, dym wijący się ku sklepionym sufitom, które widziały gorsze rzeczy.
Fortepian z cieni zniknął. Wyprostował marynarkę, otarł kroplę z rękawa i odwrócił się w stronę drzwi.
_Klap._
_Klap._
_Klap._
Dźwięk odbił się od kamiennych ścian z cierpliwością kogoś, kto czekał na dokładnie właściwy moment.
— Brawo. — Głos dobiegał z cieni pod największym oknem, miodowy i spokojny. — Prawdziwa sztuka.
Wyszła w gasnące światło — czarne kimono, blada skóra, niebieskie motyle wyłaniające się wokół jej ramion, jakby samo powietrze czekało, żeby ją oznajmić. Błękitne oczy przemknęły po ciałach z łagodnym uznaniem kogoś odwiedzającego galerię.
— Senka. — Imię wyszło jak coś, w co ugryzł i znalazł zepsute. Jego ciężar się przesunął, cienie zbierające się już na opuszkach palców. — Co za niespodzianka.
— Naprawdę? — Przechyliła głowę. Jeden motyl wylądował na jej wyciągniętym palcu, otworzył i zamknął skrzydła raz. — Ostatnio robisz niezły bałagan, _Arthur_. Trudno nie zauważyć.
Szczęka zacisnęła mu się na dźwięk jego imienia w jej ustach. Zbierała imiona tak, jak inni zbierają długi — trzymała je, aż nadchodził moment, w którym były najbardziej użyteczne, po czym wydawała je bez wahania.
— Wątpię, żebyś przyszła komplementować moją pracę.
— Nie. — Uśmiechnęła się — czarne usta, białe zęby, nic za tym rozbawieniem, co dałoby się nazwać ciepłym. — Przyszłam popatrzeć. I powiedzieć ci coś niezwykle _interesującego._
Była za nim.
Żadnego przejścia. Żadnego kroku. Po prostu — za nim, oddech zimny przy jego uchu, zapach jaśminu i starej krwi wypełniający przestrzeń.
— Może chcesz jakąś melodię, Arthur? — Jej akcent slavari gęstniał na jego imieniu, spółgłoski owijające się wokół niego jak zaciskająca się dłoń. — Czy nadal _boisz się duchów?_
Cienie wybuchły z podłogi zanim zdążył podjąć decyzję o ich przywołaniu — dziesiątki kształtów, ciemnych i wijących się, otaczających ją pierścieniem, który powinien był skłonić każdą rozsądną osobę do refleksji.
Senka stała w ich centrum i patrzyła na swoje paznokcie.
— Żałosne — powiedziała pogodnie.
Jeden gest, minimalny.
Połączenie pękło. Jego własne cienie odwróciły się, twarze kierując ku niemu z głodną uwagą rzeczy, które po prostu zmieniły zdanie, komu służą. Powietrze ścisnęło się do wewnątrz — klatka piersiowa, skronie, specyficzny ucisk magii trzymanej przeciwko jej właścicielowi.
Kształty czekały.
Dłonie Arthura opadły.
Cienie się rozpłynęły.
— Czego chcesz. — Nie pytanie — kapitulacja, której odmówił nazywać kapitulacją.
Znów się pojawiła, tym razem przy nim — ruch, który pomijał środek drogi. Jej głos opadł, tracąc spektakl, zachowując okrucieństwo.
— Tytan _żyje._
Odwrócił się.
— Poczekaj—
Ale ona już się rozpadała — forma rozrywająca się w rozsypisko niebieskich motyli rozlewających się po katedrze, wypełniając sklepioną przestrzeń, a jej głos dobiegał zewsząd naraz.
— Nicholas Steele _żyje_, Arthur.
Motyle dosięgły okien.
— I nadchodzi.
Znikła.
Katedra trwała w ciszy. Drobiny kurzu dryfowały przez kolorowe światło padające na ciała na posadzce.
Arthur stał pośrodku sam, tęczowe oczy przemierzające pustą przestrzeń, gdzie jeszcze chwilę temu była.
Jego dłonie były bardzo nieruchome przy bokach.
_Nicholas Steele._
Obracał to imię. Czuł, co z nim robi — strach, który spędził lata budując karierę, żeby nigdy go nie poczuć. Badał go tak, jak badał wszystko: uważnie, bez sentymentu, szukając szwu, gdzie dałoby się go wykorzystać.
Senka kłamała. Taka była jej natura. Przesuwała informacje tak jak przemieszczała się przez pokoje — nigdy po prostej, zawsze w kierunku czegoś, czego jeszcze nie widziałeś.
Ale nigdy nie traciła czasu.
Wyprostował marynarkę jeszcze raz. Ruszył ku drzwiom, buty ciche na mokrym od krwi marmurze.
_Nicholas Steele._
Imię poszło za nim w wieczorne powietrze i nie przestało.ROZDZIAŁ 2
Wioska płonęła.
Clare przycisnęła się do kamienia, ściana wystarczająco chropowata, żeby zetrzeć policzek do krwi. Dłonie zacisnęła na ustach, aż palce zabolały, wpychając dźwięk z powrotem — coś ostrego, co wciąż próbowało wyrwać się na zewnątrz. Dym wczołgał się do jej płuc, gorzki i tłusty, i osiadł tam ciężko, pokrywając język popiołem, który nie chciał znikać. Mrugała mocno, ale oczy wciąż ją szczypały, wciąż upierały się, żeby zostać otwarte, jakby ich zamknięcie miało uczynić to wszystko rzeczywistym w inny sposób.
Plac był piecem.
Jej matka stała w samym środku, jasna jak moneta trzymana nad płomieniem. Złote światło trzaskało wokół jej nadgarstków, pełzło wzdłuż dłoni, a każdy ruch zostawiał ślad — jakby ktoś przeciągnął promień słońca przez sadzę. Pięciu Strażników krążyło wokół niej, płaszcze ciemne na tle łuny, buty tratujące ciała i połamane wieńce jak zwykłe gruzy.
_Mama nie cofnęła się._
Obróciła się — płynnie, precyzyjnie — magia uderzająca jak ostrze. Jeden ze Strażników padł, a dźwięk, który wydał, znikł pod rykiem płonących dachów. Drugi rzucił się naprzód; dłoń matki drgnęła, i samo powietrze zdawało się stwardnieć na ułamek sekundy — gęste, ściśnięte, nieprawidłowe — zanim rozprysło się z trzaskiem, który wstrząsnął Clare aż po zęby.
Clare widziała to, czego Strażnicy nie widzieli.
Drżenie ramienia matki, gdy unosiła rękę. Urwany oddech, szybko połknięty. Smugę krwi wzdłuż przodu sukni, zbyt ciemną, żeby była cieniem, rozlewającą się, gdy tkanina ją wchłaniała.
Wtedy powietrze za nią się rozdarło.
Rozdarło.
Ciemność rozcięła płonący plac od góry do dołu, pionowa rana w świecie z posiniaczonymi krawędziami, które raz tętniły — powoli, wilgotnie — jakby sama noc została rozcięta. Dym giął się ku niej. Iskry zmieniały tor w locie. Nawet ogień zdawał się pochylać.
Jeden ze Strażników zachwiał się.
Serce Clare uderzyło tak mocno, że poczuła ból.
Matka obróciła głowę — nie do końca, ledwo trochę. Złote światło mignęło na kości policzkowej. Przez jedną niemożliwą sekundę nie wyglądała na zaskoczoną.
Strażnik ruszył naprzód. Stal chwyciła światło. Ktoś krzyknął. Clare nigdy potem nie wiedziała, czy krzyk dobiegł od żołnierza, od wioski, czy z jej własnej klatki piersiowej.
_Matka ruszyła w ciemność._
Portal wciągnął ją jednym gwałtownym szarpnięciem, spódnica trzepocząca przy kostkach, złoto wciąż płonące wokół jej dłoni. Jej oczy odnalazły Clare poprzez żar i dym, jakby plac, ciała, mężczyźni stojący między nimi — nic z tego nie istniało. To spojrzenie trafiło jak dłoń na karku — gorące, ostateczne.
— _Przepraszam_ — powiedziała matka w języku slavari.
Potem ciemność się zamknęła.
Dźwięk, który przy tym wydała, był cienki i krystaliczny, jak lód pękający pod zbyt dużym ciężarem.
_— Mamo—_
Clare nie pamiętała, że się ruszyła — tylko zgrzyt kolan na bruku, sposób, w jaki żar uderzył ją w twarz, gdy wyskoczyła na otwartą przestrzeń. Dłonie uderzyły w kamień wciąż ciepły po ogniu i śliski od krwi. Wpatrzyła się w miejsce, gdzie była rozpadlina.
Żadnego ciała.
Żadnego popiołu.
Tylko kilka złotych motyli unoszących się z pustego powietrza, skrzydła chwytające blask ognia w krótkich, niemożliwych przebłyskach. Wznosiły się przez dym w drżącej spirali — zbyt jasne, zbyt delikatne jak na plac pełen trupów — zanim noc pochłaniała je jeden po drugim.
Clare wyciągnęła do nich rękę mimo wszystko.
Nic nie dotknęło jej dłoni prócz żaru.
Ciała leżały rozrzucone po placu — mieszkańcy z twarzami, które Clare znała, Strażnicy z twarzami, których nie. Kobiecy warkocz unosił się w kałuży. Czyjaś dłoń sięgała ku niczemu. Powietrze pachniało spalonym zielem i żelazem, a zapach zaczepił się w gardle Clare, aż żołądek ścisnął się mocno i przełknęła żółć smakującą dymem.
Świat się skończył, a Strażnicy wciąż w nim stali.
Sebastian zobaczył rozdarcie w powietrzu zanim inni zrozumieli, na co patrzą.
Większość ludzi widzi zagrożenie i idzie ku niemu. Jego umysł szedł najpierw gdzie indziej — kąt, czas, odległość.
Portal otworzył się zbyt czysto za jej plecami.
Lior obróciła głowę, ledwo trochę. Łuna przeciągnęła złoto przez jej twarz, osiadła we krwi przy gardle, i przez jedną ostrą sekundę jej mina nie pasowała do placu wokół niej.
Jakby ktoś rozpoznał drzwi.
Sebastian zacisnął uchwyt na broni.
Ruszyła w ostatniej możliwej chwili.
Ciemność ją wzięła. Portal zamknął się z cienkim jak szkło trzaskiem i plac szarpnął z powrotem w siebie — ogień, krzyki, buty, krew.
Potem przez dym uniosło się złoto.
_Motyle._
_Złote._
Wznosiły się z przestrzeni, gdzie powinno być jej ciało, skrzydła chwytające blask ognia, zanim noc pochłonęła je w całości.
Sebastian wpatrywał się w puste powietrze, potem ruch na skraju placu przykuł jego wzrok — małe, ciemnowłose, dym na skórze.
Dziecko.
— Sprawdzić teren.
Pozostali Strażnicy ruszyli, metodycznie, przestępując przez zwłoki jak przez rutynę. Jeden z nich — wysoki, barczysty, insygnia kapitana odbijające ogień — stał przez chwilę nieruchomo i lustrował zniszczenie niczym buchalter.
Krótko ostrzyżone ciemne włosy. Zarost przycięty z brutalną precyzją. Oczy jak krzemień — takie, które nie mrugały, gdy ktoś błagał.
Jego płaszcz był nieskazitelny.
Panika wbiła się Clare w płuca. Rzuciła się do tyłu, buty ześlizgując się, podeszwy ślizgające się na mokrym kamieniu. Odwróciła się i pobiegła ku wąskiej uliczce między domami, tam gdzie wciąż trzymały się cienie.
— Co my tutaj mamy?
Głos dobiegł z bezpośrednio przed nią. Clare zatrzymała się tak gwałtownie, że zęby jej kliknęły.
Wypełniał uliczkę jakby sama ziemia postanowiła wstać i jej zablokować drogę. Powietrze wokół niego było ciężkie, napięte, jak burzowa pogoda napierająca w dół. Clare odwróciła się, żeby wyminąć go bokiem.
Jego dłoń zamknęła się na jej ramieniu z nieludzką szybkością.
_Żelazny uchwyt._
Clare szarpnęła się, wściekłość i żal zamieniając jej małą pięść w broń. Zamachnęła się na jego twarz z całej siły.
Zablokował to bez wysiłku.
Ledwo drgnął.
Wyrwał się z niej dźwięk, który nie był słowem. Zamachnęła się znów. Tym razem knykcie trafiły w jego przedramię.
Ból strzelił w górę wzdłuż jej ramienia. Uderzenie odbiło się echem w kościach.
Oczy kapitana rozszerzyły się — tylko odrobinę. Zainteresowanie, ostre jak szpic noża, przemknęło przez jego twarz.
— Ta siła… — Chwycił jej drugie ramię, zanim zdążyła się znów zamachnąć, trzymając ją w odległości, gdy szamotała się jak zwierzę w kącie.
— Jesteś Nocną Istotą — powiedział, jakby nadanie jej nazwy czyniło sprawę prostą.
— Puść mnie! — Clare kopnęła go w golenie — bezużytecznie, w ciężkie buty. Łzy spływały jej po twarzy, gorące i upokarzające, i nienawidziła się za każdą kroplę. — Puść mnie!
Jego spojrzenie nie złagodniało. Śledziło jej rysy mimo wszystko — szczęka, oczy, kształt twarzy — i coś innego przemknęło przez jego minę. Błysk zaskoczenia. Zbyt szybkie rozpoznanie, żeby je zrozumieć.
— Ty… — Słowo wyszło cicho, prawie pytająco.Potem jego szczęka stwardniała. — Idziesz ze mną.
— Nie—! — Clare szarpnęła się mocniej, płuca płonące. — Mamo! Tato!
Uniósł ją z ziemi, jakby nie ważyła nic. Jej stopy biły w próżne powietrze. Równie dobrze mogła walczyć z górą.
Pozostali Strażnicy zbliżyli się. Podeszła kobieta z burgundowymi włosami i czerwonymi oczami, marszcząc brew.
— Sebastian? — zapytała. — Co robisz?
— Znalazłem ocalałą. — Jego głos stał się neutralny — rzeczowy — jakby Clare była raportem. — Hybryda, sądząc po sile.
— Puść mnie! — Clare spluwała słowami w oboje. — Jestem tylko dzieckiem!
— Zakon nie przejmuje się twoim wiekiem. — Sebastian przestawił jej ciężar, ignorując szamotanie. — Wracasz z nami.
Clare ugryzła go w rękę.
Jego uchwyt nawet nie drgnął.
— Temperamentna.
— _Nienawidzę cię!_ — syknęła w slavari, potem siłą przeszła na angielski, widząc jego puste spojrzenie. — Nienawidzę cię!
— Słyszałem gorsze, dzieciaku. — Ruszył, niosąc ją jak worek zboża. Clare wykręciła szyję, aż ją zabolało, patrząc jak płomienie pożerają kształt jej domu. Dachy zapadały się z jękiem. Dym pochłaniał księżyc. Gdzieś dzwon uderzył raz — potem pękł, zamilkł.
— Bądź wdzięczna, że cię tutaj nie zostawiam, żebyś spłonęła — powiedział Sebastian, głos szorstki jak żwir. — W tej dziurze.
Wioska kurczyła się za nimi. Clare patrzyła przez łzy, jak jedyne miejsce, które kiedykolwiek znała, zamienia się w smugę ognia i ruin.
Kwatera główna Zakonu wyrastała z szarego kamienia i żelaznych bram, sterylna i zimna jak grobowiec. Powietrze pachniało tu czysto — jakby ktoś szorował świat, dopóki nie zaczął krwawić.
Sebastian postawił Clare w korytarzu przyjęć.
I tak uciekła.
Złapał ją za kostkę nie patrząc, ruch zbyt wyćwiczony, żeby był okrucieństwem. Okrucieństwo polegało na tym, że nic go to nie kosztowało.
— Ucieczka nie pomoże — powiedział. — Nie masz gdzie iść.
Clare wpatrywała się w niego z dołu, oczy opuchnięte, gardło surowe. Walka odpłynęła z jej kończyn, zostawiając skórę drżącą ze zmęczenia. Ale coś w jej umyśle odmawiało położenia się.
_Walcz, walcz, walcz._
— Jak masz na imię, dzieciaku?
Zacisnęła usta, aż je poczuła. Sebastian przykucnął do jej poziomu. Jego mina pozostała nieczytelna, ale głos opadł, niemal rzeczowy.
— To jest teraz twoje życie. Równie dobrze możesz współpracować.
Clare wytrzymała jego spojrzenie.
Głos ojca wzniósł się we wspomnieniu, stały jak dłoń na karku: _Zostań sobą, cokolwiek się stanie. Pamiętaj, kim jesteś._
— Clare — mruknęła.
Sebastian kiwnął raz głową.
— Kapitan Sebastian Steele. Szósta Dywizja. — Wstał i gestem wskazał korytarz. — Idź. Nie zmuszaj mnie, żebym cię znowu niósł.
Korytarze były nagie. Światła zbyt ostre. Ściany zbyt czyste. Strażnicy mijali ją i ledwo rzucali okiem. Kolejny rekrut. Kolejna sierota złożona w tryby maszyny.
Sebastian dostarczył ją do dormitorium pełnego dzieci i nastolatków. Szare ubrania. Szare koce. Twarze wydrążone przez rezygnację, strach stłoczony ciasno za oczami, które nie ufały snu.
— To jest twoje nowe życie — powiedział Sebastian.
Potem wyszedł.
Clare stała w drzwiach, dopóki jakaś dziewczynka nie chwyciła jej za nadgarstek i nie wciągnęła do środka bez słowa, jakby cisza była jedyną dozwoloną tu uprzejmością.
Wdrożenie zaczęło się natychmiast.
— Jeśli zostaniesz Strażnikiem, to na zawsze — powtarzali ludzie jak mantrę, jak klątwę, która wracała nawet gdy nikt nie słuchał.
Zebrali nowych rekrutów w sali testowej — białe ściany, sterylny sprzęt, instrumenty brzęczące skumulowaną magią. Clare obserwowała, jak inne dzieci demonstrują swoje zdolności. Chłopiec kazał tańczyć ogniowi między dłońmi. Dziewczynka zamieniała wodę w kształty. Niektórzy szli chętnie. Innych wypychano naprzód siłą, nadgarstki posiniaczone, oczy szerokie z przerażenia.
Clare zapamiętywała każdą twarz. Każde okrucieństwo.
— Imię? — Oficer wywiadu była surową kobietą z siwiejącymi włosami.
— Clare. — Jej głos wyszedł płaski.
Inny Strażnik podszedł z kryształowymi instrumentami wibrującymi przy jej skórze, jakby jej krew kazała im śpiewać. Przesuwał je wzdłuż ramion, żeber, karku.
— Magia ziemi — oznajmił. — Hybryda.
Oficer pisała, nie podnosząc wzroku.
— Siłowa?
— Najprawdopodobniej.
Clare nic nie powiedziała.
Ojciec nauczył ją: _ujawniaj jak najmniej. Niech myślą, że wiedzą wszystko, podczas gdy resztę trzymasz za zębami._
Tej nocy Clare leżała na przydzielonym posłaniu otoczona cichym oddechem innych dzieci. Koc był cienki i pachniał wybielaczem i starym potem. Wciągnęła go nad głowę, zamykając blisko ciemność.
Usta miały smak dymu, którego nie było.
Płakała cicho w tkaninę, która nie dbała.
_Pozostań sobą. Pamiętaj, kim jesteś._
— Mamo — szepnęła po slavari, a słowo rozorało ją od środka. — Tato.
Nikt nie odpowiedział.
Gdzieś wysoko ponad kamieniem przetoczył się grzmot — odległy i niski — jak świat odchrząkujący gardło. Clare nie wiedziała, czemu ją zatrzymał.
Powtarzała to, dopóki słowa przestały brzmieć jak język i zaczęły brzmieć jak bicie serca.
Dni rozmyły się w rutynę.
Wstawać — zanim światła w pełni zaskoczyły, gdy korytarze były jeszcze w połowie uśpione, a jarzeniówki tylko brzęczały, rozgrzewając się jak owady uwięzione za szkłem.
Trenować — dopóki ręce nie przestały drżeć i nie zaczęły trafiać tam, gdzie im kazała. Dopóki siniaki nie nauczyły się kształtu jej kości.
Jeść — jeśli pozwolili. Jeśli taca dotarła, zanim ktoś uznał, że sobie nie zasłużyła.
Spać — jeśli ciemność nie zaciskała się na jej gardle w chwili, gdy zamykała oczy.
I od nowa.
Zakon miał rytm. Nie maszerował — pulsował. Chciał, żeby się w niego zanurzyła, żeby wypełnił jej usta i płuca, żeby przestała być człowiekiem i stała się rozkładem zajęć wyrzeźbionym w mięśniach.
Clare nie pozwoliła.
Za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, wsłuchiwała się w zawiasy — wysoki, suchy pisk albo oliwny szept — żeby wiedzieć, które były konserwowane, a które zdradzą ją hałasem.
Za każdym razem, gdy strażnik odwracał wzrok, liczyła uderzenia serca. Nie swoje. _Ich._
Za każdym razem, gdy ktoś krzyczał, śledziła dźwięk — jak się odbijał, jak długo unosił, gdzie przycichał. Korytarze zawsze odpowiadały, jeśli zadawałaś pytania we właściwy sposób.
Każdą okazję do ucieczki wykorzystywała.
Czasami docierała za trzy zakręty. Czasami pięć. Raz tyle, że znalazła wentylacyjny kanał i wdychała coś, co nie należało do Zakonu — wilgotny kamień, nocne powietrze, nić zimnego metalu pachnącego deszczem — i nadzieja stała się ostra na języku, tak ostra, że prawie smakowała krwią.
Zawsze ją łapali.
Nie zawsze te same ręce. Nie zawsze te same buty. Sprawni mieli z nią problem — była mała, tak, ale desperacja nadawała jej ostrość. Ziemia we krwi robiła ją cięższą, niż powinna być, trudniejszą do złożenia, trudniejszą do przyciśnięcia. Wyślizgiwała się z chwytów. Gryzła. Kopała. Atakowała oczy, bo oczy zawsze mrugały szybciej niż duma.
Szybko nauczyła się, którzy Strażnicy mrugają.
Sebastian nie mrugał nigdy.
Kiedy ją znajdował, nie było w tym żadnego dramatu. Była w tym cicha pewność cienia decydującego, gdzie może padać światło. Chwila — biegła z płonącymi płucami — i już jego dłoń leżała na jej ramieniu — spokojna — jakby stał tam przez cały czas i dopiero co uznał, żeby ją dotknąć.
Żadnego zbędnego ruchu. Żadnego gniewu.
To było gorsze.
_Walcz, walcz, walcz._
Mantra żyła pod jej zębami jak kamyczek, którego nie umiała wypluć. Toczyła ją na języku nocami, dopóki słowa nie przestawały być słowami i stawały się dźwiękiem — czymś, co trzymało ją z dala od wspomnień placu, od tego _przepraszam._
Czasem fantazjowała — bo tylko tam Zakon nie miał dostępu.
W jej historiach, które snuła po nocach ręce mamy były znowu ciepłe, szorstkie przy knykciach i miękkie przy dłoniach. Tata wracał przez drzwi, pachnąc deszczem i dymem z ogniska. Stół był nakryty. Ktoś się śmiał. Clare śmiała się w odpowiedzi, z pełnymi ustami chleba, policzki bolały ją od tego.
W rzeczywistości śmiech był czymś, co słyszało się od starszych rekrutów tuż przed tym, jak ktoś się skrzywdził.
Pchali rekrutów przez ćwiczenia bojowe, teorię magii, oceny taktyczne. Przygotowywali ich do rytuału, który albo naznaczał ich jako Strażników, albo łamał na pół.
Clare zaczęła dostrzegać Sebastiana na platformach obserwacyjnych.
Nie każdego dnia. Nie dość regularnie, żeby nazwać to wzorcem.
Ale wystarczająco często, że skóra ją mrowiła w chwili, gdy wchodziła do sali, jakby jego spojrzenie docierało przed nim samym. Nigdy nie podchodził. Nigdy nie odezwał się.
Po prostu obserwował — ręce za plecami, oczy jak krzemień — jakby była problemem, którego jeszcze nie zdecydował, jak rozwiązać.
Za każdym razem, gdy go dostrzegała, paznokcie wbijały jej się w dłonie, dopóki półksiężyce nie paliły się w skórze.
Nie pozwalała już sobie płakać.
Płacz zostawiała na inne rzeczy.
Rytuał przyszedł siódmego dnia.
Zebrali jej grupę — piętnaścioro dzieci, od ośmiu do dwunastu lat — w sali, która sprawiała, że powietrze było nie takie jak trzeba. Kamień był zbyt gładki, zbyt czysty, jakby nigdy nic żywego go nie dotknęło. Światła zbyt białe. Cisza miała zęby.
A na środku stała ogromna kryształowa struktura.
_Jedyny._
Pulsował chorym światłem, żyły magii przeszywające go jak zakażenie pod szkłem. Brzęczenie, które z siebie wydawał, było mniej dźwiękiem niż ciśnieniem — czymś, co osiadało za oczami, co czułaś w trzonowcach.
Kobieta w ceremonialnych szatach wyjaśniła procedurę z lodowatą sprawnością.
— Jedyny zbada waszą krew. Jeśli jesteście zgodni — zostaniecie naznaczeni jako Strażnicy. Jeśli nie…
Nie dokończyła.
Nie musiała.
Przetwarzali dzieci alfabetycznie, jakby imiona były tylko sposobem na utrzymanie porządku w chaosie. Clare obserwowała, jak ustawiają się w kolejce. Obserwowała nadgarstki wyciągane jak ofiary. Obserwowała rytualnego Strażnika, który ciął dłonie ze sprawdzonym spokojem — bez wahania, bez przeprosin.
Krew padała na kryształ.
Jedyny słuchał.
Pierwszy chłopiec krzyczał, gdy go odrzucił.
Jego ciałem wstrząsały konwulsje — magia rozrywająca go nierównymi falami, jak szkło wleczone przez mięśnie — dopóki krzyk nie urwał się i nie runął, martwy zanim czoło uderzyło w posadzkę.
Pięści Clare zacisnęły się tak mocno, że paznokcie ugryzły.
_Walcz, walcz, walcz._
Jedno po drugim, jej grupa umierała.
Odrzucony: _krew niezgodna._
Odrzucony: _magia zbyt słaba._
Odrzucony: _dusze zbyt kruche — cokolwiek to znaczyło, cokolwiek Zakon uznał, że dusza jest warta tego ranka._
Ciała ciągnięto na skraj sali i układano jak zepsutą aparaturę. Ich krew zostawiała ciemne smugi na kamieniu, których żadna ilość sterylnego światła nie mogła uczynić czystymi.
W końcu została tylko Clare.
— Podejdź. — Strażnik brzmiał na znudzonego. Jakby zamawiał dostawy. Jakby robił to już z tysiąc razy i zrobi tysiąc razy jeszcze.
Clare weszła na podium. Nogi miała jak z ołowiu. Jedyny górował nad nią — żywy tak jak drapieżnik, rozbudzony jak pułapka.
_Może śmierć byłaby łaską. Może znowu zobaczyłabym mamę i tatę._
Głos ojca wzniósł się we wspomnieniu — spokojny i nieodwołalny.
_Pozostań sobą. Pamiętaj, kim jesteś._
Strażnik chwycił jej dłoń. Ostrze ugryzło głęboko. Ból błysnął jasno i czysto. Krew wypłynęła gorąca i karmazynowa i upadła na powierzchnię Jedynego.
Kryształ ryknął.
Świat stał się ogniem i potłuczonym szkłem.
Magia eksplodowała przez żyły Clare — płynne ciepło, postrzępione krawędzie — rozrywając ją od środka, przebudowując bez pytania o zgodę. Jęknęła i opadła na kolana, dłonie uderzające w kamień, który nagle był jak kilometr stąd.
Brzęczenie zamieniło się w krzyk wewnątrz jej kości.
Czarne linie wyryły się w jej ciele — dzikie, gwałtowne znaczenia pełzące przez ramiona, plecy, podstawę szyi — paląc w miarę jak szły, jakby ktoś wypisywał jej nowe imię w skórę ostrzem zamoczonym w lawie.
Poczuła smak żelaza.
Poczuła smak dymu.
_Walcz, walcz, walcz._
W jej dłoniach zmaterializowały się dwa pistolety — solidne, prawdziwe, zimne od ciężaru — jakby Zakon sięgnął do jej środka i zdecydował, jaki kształt przyjmie jej przetrwanie.
Palce zacisnęły się na chwycie, aż poczuła ból.
_Nie umrę w ten sposób._
_Jestem ich córką. Taty i mamy._
Gdzieś nad nią Strażnik odezwał się, odległy, jakby był za wodą.
— Wygląda na to, że mamy nowego Strażnika.
Clare uniosła głowę i spojrzała przez łzy, które nie były słabością — tylko bólem.
Przez chwilę zobaczyła twarz taty — uśmiechniętą, niemożliwie łagodną, jakby świat się nie skończył.
Potem ciemność pochłonęła ją w całości.ROZDZIAŁ 3
Olivier nauczył się rytmu Zakonu tak, jak uczy się zamka: słuchając kliknięcia.
Plac ćwiczeń rozciągał się przed nim — beton, stalowe bariery, kąty zaprojektowane, by utrzymać w ryzach wszystko, czym rekruci mogliby się stać. Stał wśród dwudziestu kilku dzieci, żadne nie starsze niż dziesięć lat. Większość się trzęsła. Niektóre płakały bez głosu. Kilkoro patrzyło prosto przed siebie z pustą cierpliwością ludzi, którzy już zaakceptowali, że nie ma żadnego zewnątrz.
Chęć ucieczki i tak się pojawiła.
Bramy. Stellis. Tłumy. Targi dość głośne, by schować w sobie małego chłopca.
Pozwolił fantazji się rozwinąć — bo nie można jej zabić, odmawiając patrzenia — potem złożył ją i odłożył razem z resztą bezużytecznych rzeczy.
Doścignęliby go.
Zawsze tak robili. Zakon nie tracił swoich rekrutów. Naznaczyli go.
Tatuaż leżał na jego skórze jak stały ucisk, nie ból — ciężar. Roszczenie. Gdy zginał palce, atrament poruszał się razem z nim, kwiaty wijące się po ramionach w delikatnych, misternych wzorach.
_Kwiaty._
Ulubione mamy.
Kiedyś oznaczały miękkie rzeczy: dłonie ciepłe od gotowania, płatki prasowane między stronami książek, dom pachnący mokrą wełną i dymem.
Teraz oznaczały własność.
Nie nienawidził kwiatów. Nienawidził tego, w co je zamieniono.
Cztery lata w Zakonie.
Cztery lata brutalnego treningu. Cztery lata dzieci znikających między jedną zbiórką a następną. Cztery lata uczenia się, jak zachować obojętną twarz, gdy żołądek pozostaje napięty.
Miał zaledwie osiem lat, gdy go przeciągnęli przez te bramy, kopiącego i krzyczącego, po tym — po tym jak zabrali wszystko i nazwali to obowiązkiem.
Nie obchodziło go ich posłannictwo. Ich cel. Ich hierarchia.
Wykorzysta to.
Stanie się silniejszy. Nauczy się tego, czego uczą, i tego, co próbują ukryć w środku nauczania.
A potem może —
Może zemsta.
Może wolność.
Piorun zbierał się na końcach jego palców, gdy się koncentrował. Fioletowo-biała błyskawica tańczyła między jego dłońmi — krótka, czysta, kontrolowana. Instruktorzy szeptali o nim, gdy myśleli, że nie słyszy.
Słyszał zawsze.
Widział też, jak patrzą na niego inne dzieci.
Strach. Zachwyt. Dystans. Przyjaciele to noże z ładniejszymi rękojeściami.
— Ustawić się! — Głos Sebastiana przeszył plac i cały plac posłuchał odruchowo. Kapitan Szóstej Dywizji kroczył naprzód, a za nim podążała mniejsza sylwetka.
— Nowy rekrut.
Olivier zerknął. Zwykła ciekawość, nic więcej.
Dziewczyna.
Mniej więcej w jego wieku, może młodsza. Ciemne włosy splątane wokół twarzy. Siniak na kości policzkowej. Ręce przyciśnięte ciasno do żeber, jakby trzymała się w całości wyłącznie siłą woli.
_Jeszcze jedna_, pomyślał, tak jak myśli się o pogodzie, której nie można zmienić.
Wyglądała krucho.
Szybko się przekonał, że nie była.
Clare — tak ją nazywał Sebastian — biła mocniej niż chłopcy dwa razy więksi od niej. Poruszała się tak, jakby niczego nie marnowała: ani oddechu, ani czasu, ani litości. W jej przemocy nie było nic teatralnego. Była prosta. Butna.
Była problemem. Kolejnym zasobem Zakonu.
I ciągle wślizgiwała się w pole widzenia Oliviera — zawsze obserwując wyjścia, zawsze mierząc kąty, zawsze zbyt rozbudzona jak na dziecko.
Co gorsza: nie patrzyła na niego jak na kogoś wyjątkowego.
Patrzyła na niego jak na kogoś, kto zajmuje przestrzeń, którą zamierzała przejąć.
Pewnego popołudnia, podczas ćwiczeń w parach, przydzielono ich do sąsiednich stanowisk. Clare nie mogła przestać się poruszać, kołysała się na piętach, oczy błądziły ku drzwiom. Jej niepokój miał własny rytm — szybki, rwany, niecierpliwy.
To rozpraszało jego koncentrację.
— Za głośno myślisz — powiedział spokojnie, nie patrząc na nią.
Clare odwróciła gwałtownie głowę.
— Możesz tak jakby… się zamknąć?
Błyskawica prychnęła między jego palcami — mała, mimowolna. Odruch.
Nie podniósł głosu.
— Zmuś mnie.
— Z przyjemnością. — Rzuciła się. Bez techniki. Bez ostrzeżenia. Po prostu decyzja podjęta całym ciałem.
Uderzyła czołem w jego twarz — brzydko, skutecznie — aż mu wizja mu zbielała. Poczuł krew w nosie. Poczuł smak metalu.
Po raz pierwszy od lat ktoś zdołał go uderzyć czysto.
Nie przestraszyło go to.
Raczej rozjaśniło mu to sytuację.
Starli się — pięści, łokcie, kolana. Clare walczyła tak, jakby nie wierzyła w zasady. Olivier odpowiadał kontrolą, obracając jej pęd przeciwko niej, trzymając oddech równo, stawiając stopy tam, gdzie trzeba.
Od kiedy była Clare, świat przestał być zbudowany dla jednego zestawu kroków.
Jej rytm wciąż przecinał się z jego — nieporządny, uparty, żywy — i jakoś pasował.
Kolejny dzień, kolejna bójka.
Matt nie puścił ich od razu. Trzymał jedną dłoń na klatce Clare i drugą na klatce Oliviera — otwarte dłonie, ludzka barykada między dwoma różnymi rodzajami burzy. Sala treningowa cuchnęła potem, gumowymi matami i starą krwią wsiąkniętą tak głęboko w beton, że stała się częścią budynku.
Nos Clare krwawił — wolno, uparcie. Starła krew grzbietem dłoni i rozmazała czerwień na kłykciach. Warga Oliviera była pęknięta w miejscu, gdzie dosięgło go jej czoło. Nie starł krwi. Nie mrugnął. Źrenice za ostre, za skupione — jakby patrzenie było bronią, którą wybrał.
— Dzieciaki — powiedziała Evelyn głosem płaskim z rodzajem cierpliwości, która cierpliwością nie była. — Proszę.
Clare szarpnęła się przeciwko uchwytowi Matta. Matt nie drgnął.
— Puść mnie — warknęła.
— Powiedz proszę — odrzekł lekko.
Olivier wydał dźwięk, który mógłby być śmiechem, gdyby nie był taki zimny. — Ona nie zna słowa proszę.
Spojrzenie Clare przecięło go jak brzytwa. — A ty nie potrafisz nic poza gadaniem.
Powietrze wokół Evelyn się zmieniło — ciśnienie, ciepło, subtelne ostrzeżenie utrzymywane w ryzach.
— Wystarczy. — Cisza, po której ludzie się zatrzymywali. Nawet Clare.
Matt puścił ich, gdy był pewien, że żadne nie rzuci się ponownie. Stanęli o krok od siebie — uniesione klatki piersiowe, wpół zaciśnięte dłonie, ciała uwięzione między walką a kontrolą. Clare czuła smak krwi i metalu. Olivier czuł krew i elektryczną gorycz z tyłu gardła — smak błyskawicy, gdy chce wyjść.
— Chcecie się bić? — powiedziała Evelyn. — Proszę bardzo. — Odwróciła się do instruktora. — Do ringu.
Ring był kwadratem wzmocnionej maty ze stalowymi słupkami w rogach i runami w barierach. Tu starsi rekruci walczyli, gdy Zakon chciał zobaczyć, kto szybciej zakrwawi.
Clare weszła bez czekania. Buty zostawiały ciemne ślady tam, gdzie kapał nos.
Olivier stanął naprzeciwko. Rozruszał ramiona raz, powoli. Postawa czysta, wyważona, niemal elegancka.
Clare nienawidziła tego.
Evelyn przy krawędzi, ręce skrzyżowane. Matt oparty o słupek — nie rozbawiony, wyczekujący. Na platformie obserwacyjnej sylwetka stała bez ruchu.
Sebastian.
— Bez broni, bez zaklęć — powiedziała Evelyn. Wzrok przesunął się na dłonie Oliviera, potem na tatuaże Clare. — Jeśli zobaczę iskrę — koniec.
— Boi się pani, że mnie usmaży? — rzuciła Clare.
— Twoja siła się nie liczy — odrzekła Evelyn płasko. — Taka się urodziłaś. Możesz liczyć uderzenia. Możesz wybrać, gdzie padają.
Olivier spojrzał na Clare przez jasne rzęsy. — Boję się, że będziesz płakać.
Oczy Clare stały się puste.
— Zaczynajcie.
Clare ruszyła pierwsza. Zawsze ruszała pierwsza.
Pięść w stronę gardła — za szybko, za zdecydowanie, nie jako zwód, ale oświadczenie. Olivier zszedł z linii, pół kroku — tak blisko, że wyparte powietrze musnęło jego szyję. Kłykcie uderzyły w matę tam, gdzie stało jego gardło.
Trzasnęło jak kamień pękający pod młotem. Pajęczyna pęknięć przebiła wzmocnioną powierzchnię. Wstrząs wspiął się po nadgarstku Clare, jasny i szybki. Zmusiła palce do otwarcia.
Olivier użył tej pauzy. Dwa krótkie uderzenia — jedno dla wzroku, drugie w żebra. Clare weszła w to jak zwierzę: przedramię zatrzymało pierwsze, ramię przetoczyło się przez drugie. Olivier i tak poczuł zderzenie. Łokieć strzelił ku jego szczęce — trafiła kość policzkową. Pęknięta warga otworzyła się znowu.
Krążył. Zmuszał ją do obrotów, do trwonienia siły na powietrze — żadnej dźwigni, żadnych dwóch rąk na sobie, bo dwie ręce to kości. Podrzucał kąty: szybkie obroty, nagłe zejścia, prędkość wyglądająca jak lenistwo.
Clare rzuciła się ponownie. Uderzyła w krawędź, gdzie wzmocnienie spotykało beton.
Beton pękł z dźwiękiem jak łamiąca się szczęka. Kurz wyskoczył w bladym obłoku. Rozbawienie Matta zgasło.
Olivier wbił kolano w jej żebra — dość mocno, żeby bolało. Clare przyjęła to i szła dalej, raz wypychając oddech, potem odzyskując kontrolę. Ciało odmawiało przekazu: wycofaj się.
Złapała go za rękaw. Tylko tkaninę — i mimo to szarpnięcie omal nie wyrwało go z podstawy. Olivier wyrwał się, zanim zdążyła oprzeć ciężar. Wszedł z przedramieniem do jej gardła — krótkie, wykalkulowane — i puścił zanim zamieniło się w zmaganie siły, którego nie mógł wygrać.
Clare strzelała w bok i ugryzła jego przedramię.
Ból był gorący i natychmiastowy. Olivier połknął to jak truciznę, użył chwili, wyrwał się skrętem kosztującym skórę.
Krew znowu nakrapiała matę.
Przez chwilę tylko patrzyli — oboje oddychając ciężko, oboje odmawiając mrużenia oczu jako pierwsi. Hałas sali opadał, aż zostały tylko oddech i słaby brzęk świateł.
— Wystarczy.
Clare cofnęła się jak pociągnięta łańcuchem. Olivier otarł usta i patrzył na krew jak na coś, co go obraziło.
Matt gwizdnął cicho. — Jezu.
— Oboje żyjecie — powiedziała Evelyn. — To jedyne, co się liczy.
Podeszła do Clare. Nie dotykając — tylko dość blisko, że jej obecność stała się murem.
— Wy dwoje musicie przestać ze sobą rywalizować. — Potem do Oliviera: — Nikt po was nie będzie płakać jak się sami wykończycie.
Palce Oliviera zwinęły się raz, mocno, potem poluzowały.
Na platformie Sebastian nie ruszył się. Ale gdy Clare zerknęła w górę — tylko raz — w jego spojrzeniu było pęknięcie czegoś innego.
Rozpoznania.
Potem zniknęło.
— Z maty — rozkazała Evelyn. — Na opatrunkowy.
Olivier zszedł pierwszy. Clare za nim.
— Nie potrzebuję.
Minęli się na krawędzi — ramię w ramię przez pół sekundy. Clare poczuła jego ciepło. Olivier poczuł jej ciepło. Nie spojrzeli. Nie odezwali się.
Ale oboje — nie chcąc tego — zsynchronizowali kroki.
Idealnie.
Korytarz za opatrunkowym był zimniejszy niż sala treningowa. Powietrze pachniało antyseptycznym środkiem i żelazem. Jarzeniówki sączyły się w kamień i sprawiały, że skóra wszystkich wyglądała nieodpowiednio.
Olivier szedł tak, jakby go nie bolało. Ramiona ustawione, szczęka napięta, kroki odmierzone — kłamstwo opowiadane postawą ciała. Krew wyschła w kąciku ust w ciemną, kleistą linię.
Clare nie sprawdzała żeber. I tak szła dalej.
Uzdrowiciel — mag wody, dłonie spokojne, oczy zmęczone spokojem kogoś, kto naprawia ciała przez całe życie i wie, jak niewiele to zmienia — spojrzał na nich przez blat. Wzrok musnął krew na rękawie Clare, potem nietkniętą skórę pod spodem. Wyraz, który nastąpił, był kalkulacją.
— Siadaj — powiedział do Oliviera.
Olivier usiadł. Clare stała.
Uzdrowiciel odkorkował fiolkę. Woda powinna być przezroczysta — migotała jak światło księżyca uwięzione w płynie. Zanurzył dwa palce. Woda wspięła się po jego skórze zamiast skapywać i osunęła się na wargę Oliviera w cienkiej, precyzyjnej warstwie.
Oddech Oliviera zaciął się — mały, mimowolny. Jego palce zaciskały krawędź krzesła, kostki bielały.
Uzdrowiciel prowadził wodę bez pośpiechu. Krwawienie zatrzymało się pierwsze. Potem pęknięcie zwęziło się, brzegi splatając się z cichą nieuchronnością — bez nici, bez nakłucia. Woda wróciła do naczynia lekko różowa, jakby coś skradła i nie obchodziło jej, kto to zauważy.
Clare patrzyła na jego dłonie. Na kontrolę udającą spokój.
Żołądek się jej ścisnął. Z ciszy.
— Uważaj, pilnuj do zagojenia — powiedział uzdrowiciel, płaski jak kamień, i wskazał głową na drzwi.
Na zewnątrz korytarz ich pochłonął. Szli chwilę bez słowa — buty cicho na kamieniu, zimno budynku wsiąkające w szwy munduru jak gdyby zawsze tam należało.
Olivier uniósł dłoń i dotknął wargi. Bez krwi. I tak wpatrywał się w palce, jakby nie ufał czystym wynikom w brudnym świecie.
— Jesteś irytująca — syknął w końcu cicho.
Clare zerknęła na niego.
— Wzajemnie.
Coś mignęło w jego wyrazie — szybkie, niechciane. Uśmiech. Mały, krzywy, jakby bolało go przyznanie, że istnieje. Nie dlatego, że cokolwiek było śmieszne — dlatego, że go uderzyła, nie bała się go i została.
Clare odwróciła wzrok jako pierwsza.
Szli dalej.
Ich kroki zsynchronizowały się bezwiednie — jak gdyby Zakon próbował zrobić z nich maszyny i przypadkowo nauczył ich tego samego rytmu.