Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przed świtem Krainy Mroku. Siedmioro. Tom I - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 września 2026
19,98 zł
1998 pkt
punktów Virtualo

Przed świtem Krainy Mroku. Siedmioro. Tom I - ebook

Cisza w Krainie Mroku nie jest brakiem dźwięku. Jest czymś, co zajęło jego miejsce. Ragnar, dawny żołnierz z Tempestii, przez ostatni rok przemierzał martwe ziemie, prowadząc kolejnych wybranych do monumentalnej twierdzy Shadowholt. W Wielkiej Sali z czarnego szkła czeka siedem kamiennych krzeseł. I Vorgrim — przerażająca istota spowita w popielate światło, której głos brzmi nie w powietrzu, lecz bezpośrednio w ludzkim umyśle. Co naprawdę łączy Siedmioro i do czego zmierza Vorgrim? Przed świtem Krainy Mroku to otwierający tom mrocznej epopei dark fantasy. Opowieść o świecie, w którym przeznaczenie jest pułapką, a granica między wybawicielem a potworem zaciera się z każdym krokiem

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398335805
Rozmiar pliku: 569 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Cisza w Krainie Mroku nie jest brakiem dźwięku. Jest czymś, co zajęło jego miejsce.

Ragnar szedł przez nią od trzech dni, odkąd przekroczył granicę oznaczoną nie kamieniem czy rzeką, ale momentem, w którym przestał słyszeć własne kroki. Ziemia pod jego butami była szara i twarda jak skorupa zamarzniętego popiołu, a niebo nad nią miało tylko jedną, niezmienną barwę pomiędzy nocą a niczym. Krajobraz wyglądał, jakby coś właśnie umarło, i to całkiem niedawno.

Za młodu, w Tempestii, nauczono go, że burza to żywioł, który trzeba szanować, bo ostrzega, zanim uderzy. Kraina Mroku niczego nie ostrzegała. Przez chwilę, może jedyny raz tego dnia, pozwolił sobie przypomnieć zapach mokrej skóry uprzęży po deszczu i ciepło ognia, przy którym siadał, kiedy burza wreszcie mijała - a potem i to zgasło, tak jak gasło tutaj wszystko, czego próbowało się przytrzymać zbyt długo. Po prostu była, tak jak ktoś, kto stoi za twoimi plecami wystarczająco długo, aż przestajesz sprawdzać, czy tam jest.

Na horyzoncie, tam gdzie powinny być wzgórza, wyrastała Shadowholt.

Nie miała murów obronnych w żadnym sensie, jaki rozumiałby żołnierz - nic, co dawałoby się szturmować. Twierdza wyglądała, jakby ktoś wyciął ją z jednego kawałka czarnego szkła i postawił pionowo, żeby patrzeć, jak światło w niej ginie, zamiast się od niej odbijać. Bramy nie znalazł. Zrozumiał dlaczego dopiero, gdy podszedł bliżej: brama jest potrzebna tam, gdzie ktoś może chcieć wyjść.

Wszedł przez miejsce, które nie było wejściem - ściana po prostu przestała mu się opierać, tak jak zimna woda przestaje parzyć, kiedy się w niej zanurzysz wystarczająco długo.

❦

W środku paliły się pochodnie. To słowo - paliły - było jedynym, jakim Ragnar potrafił opisać płomienie, które nie dawały ciepła. Wisiały nad uchwytami jak żywe, poruszały się, jakby reagowały na przeciąg, ale kiedy przechodził blisko jednej z nich, nie poczuł niczego prócz tego samego chłodu, który towarzyszył mu od trzech dni. Korytarz, którym szedł, nie miał kurzu. Nie miał pajęczyn, nie miał śladów butów tych, którzy przechodzili tędy przed nim, choć wiedział, że przechodzili - sam ich tu przyprowadził, każdego z osobna, przez ostatni rok. Nic w tym miejscu nie starzało się tak, jak powinno. Czas tu nie płynął. Czekał.

Najgorsza była cisza korytarzy. Ragnar odchrząknął raz, w połowie drogi, tylko po to, żeby sprawdzić, czy jeszcze umie wydawać dźwięki, które coś znaczą. Dźwięk wyszedł z jego gardła i po prostu się skończył, jakby uderzył w coś miękkiego i został tam pochłonięty. Żadnego echa. Żadnego potwierdzenia, że powiedziane słowo w ogóle zaistniało poza chwilą, w której je wypowiedziano.

Wielka Sala otworzyła się przed nim bez drzwi, które trzeba by pchnąć.

❦

Siedem kamiennych krzeseł stało ustawionych w krąg na środku sali. Nie były tronami - Ragnar zdążył się już nauczyć, że nic tutaj nie było tym, na co wyglądało z daleka. Bliżej widziało się, że to raczej formy, odlewy, kształty czekające, żeby ktoś w nie wszedł i został w nich odciśnięty. Policzył je z przyzwyczajenia, choć znał tę liczbę na pamięć. Siedem. Ósmego miejsca nie było, bo nikt go nie potrzebował. On nie siadał nigdy.

Vorgrim stał tam, gdzie zawsze stał - poza kręgiem krzeseł, w miejscu, które nie było ani środkiem sali, ani jej krawędzią. Ragnar nigdy nie potrafił spojrzeć na niego wprost dłużej niż uderzenie serca; oczy same ześlizgiwały się gdzieś w bok, jak przed czymś niemal ludzkim, a jednak w żadnym calu nim niebędącym.

Skóra jak mokry obsydian, poprzecinana siecią cienkich, włoskowatych pęknięć, z których sączyło się zimne, popielate światło - światło, które nie oświetlało niczego wokół, jakby samo wstydziło się swojej jasności.

Za jego plecami, na posadzce z czarnego szkła, leżało siedem cieni. Rozchodziły się od jego stóp jak promienie zepsutego zegara słonecznego, każdy w innym kierunku, żaden nie tam, gdzie powinno paść światło jedynego źródła w sali.

Ragnar spojrzał na pochodnię najbliżej wejścia. Nie odbijało się w niej nic. Tam, gdzie powinna była stać sylwetka, płomień płonął pusty, jakby ogień odmawiał przyjęcia tego obrazu tak samo, jak korytarz odmawiał przyjęcia dźwięku.

- Jesteś - powiedział Vorgrim, choć jego usta się nie poruszyły, i Ragnar usłyszał to słowo we własnej czaszce, własnym głosem, w sposób, który sprawiał, że nigdy nie był do końca pewien, czy to nie on sam właśnie pomyślał.

- Jestem - odpowiedział na głos, bo to było jedyne, co jeszcze do niego należało.

❦

Reszta przyszła po nim, pojedynczo, z siedmiu różnych korytarzy, jakby budynek sam decydował, którędy kto ma wejść. Ragnar znał ich wszystkich - nie z Shadowholt, ale z dawnego życia, które teraz wydawało mu się czyjąś opowieścią, usłyszaną kiedyś przy ognisku. Wchodzili w milczeniu, z tym samym tępym ciężarem w oczach, który on sam nosił. Z dawnych wojowników pozostały tu jedynie puste formy. Sigurd niemal niezauważalnie napinał ramiona, jakby z przyzwyczajenia szukał przy boku broni, a idący na samym końcu Magnus przypominał kogoś, kogo po prostu ustawiono na nogi i popchnięto we właściwym kierunku.

Stanęli przy swoich krzesłach. Nikt nie usiadł.

- Siedem regionów - zaczął Vorgrim, i znowu było to bardziej myślą niż dźwiękiem, tak cichym, że wymagał od słuchacza ciszy większej niż ta, którą Shadowholt narzucała sama z siebie. - Siedem żywiołów. Siedem serc, w które trzeba wejść, zanim ktokolwiek zdąży zapytać, czy wolno.

Nikt się nie odezwał. To była jedna z zasad tego miejsca, której nie trzeba było wypowiadać na głos: pytania zadawał on, nie oni.

- Każde z was już wie, dokąd idzie - ciągnął. - Każde z was już wie, w kogo. Nie muszę tego powtarzać. Powtórzę tylko jedno: nie idziecie zabijać ciała. Ciała są łatwe do zabicia i bezużyteczne, kiedy już martwe. Idziecie zabrać wszystko, co czyni z człowieka miejsce, do którego chce wracać.

Sigurd poruszył się pierwszy - nie krok, tylko napięcie w ramionach, które Ragnar znał ze starych bitew, znak człowieka szukającego słów, zanim jeszcze wie, jakich. Kiedy w końcu przemówił, głos miał niższy, niż Ragnar go pamiętał.

- A jeśli - zaczął Sigurd, i zawahał się, jakby samo pytanie ważyło więcej, niż był gotów unieść - jeśli wystarczy złamać? Nie zabijać. Tylko... złamać. Czy to musi być to samo?

Vorgrim nie odpowiedział od razu.

Wtedy pochodnie zaczęły gasnąć.

Nie wszystkie naraz. Jedna po drugiej, wzdłuż ścian sali, płomienie pochylały się, jakby ktoś położył na nich dłoń, i kurczyły się do żarzącego się punktu, i znikały. Nie było dymu. Nie było zapachu spalonego knota. Było tylko coraz mniej światła i coraz więcej tej szczególnej ciemności, która nie jest nieobecnością blasku, tylko jego cofnięciem, tak jakby ogień, zamiast zgasnąć, przypomniał sobie, że nigdy nie miał prawa płonąć w tym miejscu.

Kiedy zgasła ostatnia pochodnia, w sali zostało tylko popielate światło sączące się z pęknięć na skórze Vorgrima. Ciemność osiadła na dobre.

- Płomień nie pyta, czy wolno mu zgasnąć - powiedział w końcu Vorgrim. - Robi to, kiedy zabraknie mu tego, co go karmi. Wy nie gasicie nikogo. Wy tylko zabieracie to, co karmi płomień. Reszta dzieje się sama.

Sigurd nie odezwał się więcej. Ragnar zobaczył, jak jego dłoń zaciska się przy boku, jakby szukała broni, której tu nie było i która nic by nie pomogła.

❦

Vorgrim odwrócił się - nie gwałtownie, nigdy gwałtownie, raczej jak coś, co obraca się dlatego, że postanowiło, a nie dlatego, że musi - i po raz pierwszy tego wieczoru popatrzył prosto na Ragnara. Siedem cieni na posadzce przesunęło się razem z nim, wolno, jak wskazówki zegara, który odmierza czas w jednostkach, jakich Ragnar nie znał.

- Ty pierwszy przyjąłeś to, czym jestem - powiedział, i tym razem głos w głowie Ragnara miał w sobie coś, co przy odrobinie dobrej woli można by nazwać ciepłem, gdyby ciepło było czymś, co ta istota w ogóle potrafiła symulować. - Zgodziłeś się, żeby ocalić tych, których prowadziłeś. Nikt cię do tego nie zmusił. To jest różnica między tobą a wszystkim, co ludzie o mnie opowiadają w swoich strachach na wróble i modlitwach. Nie biorę. Czekam, aż mi dadzą.

Ragnar poczuł, jak coś w nim - resztka, która wciąż upierała się nazywać siebie nim samym - chciała zaprzeczyć. Powiedzieć, że to nie była zgoda, tylko rozpacz przebrana za wybór. Ale usta nie chciały mu w tym pomóc, tak jak wcześniej korytarz nie chciał zwrócić mu echa jego własnego głosu.

- Dlatego prowadzisz pozostałych - dokończył Vorgrim. - Nie dlatego, że jesteś najsilniejszy. Dlatego, że jesteś dowodem. Jeśli ty mogłeś powiedzieć "tak", może powiedzieć je każdy. Nawet siedmioro, o którym mówi stara pieśń smoków.

Na dźwięk tych słów - o ile słowami można było nazwać coś, co nie miało dźwięku - coś w Ragnarze, głęboko, w miejscu, do którego Vorgrim jeszcze nie zdążył dotrzeć albo nie chciał dotykać, drgnęło jak struna, ale nie pozwolił sobie podążyć za tym drgnięciem dalej.

Vorgrim jakby to poczuł - może i poczuł, bo to jedyne, co naprawdę go bawiło, ta iskra w człowieku tuż przed tym, jak zgasła - i przez chwilę, jedną, nieznośnie długą chwilę, nic nie powiedział.

Potem przemówił do wszystkich siedmiorga naraz, i tym razem głos rozlał się po całej sali, nie w powietrzu, tylko w każdej głowie osobno, tak że nikt nie mógł być pewien, czy usłyszał to samo, co pozostali.

- Idźcie. Wejdźcie w życia, które kochacie najbardziej, bo tylko tam was wpuszczą bez pytania. Zabierzcie im dom, zanim zabierzecie cokolwiek innego. Reszta pójdzie za wami sama.

❦

Siedmioro rycerzy zaczęło się rozchodzić, każde w swój korytarz, każde w swoją stronę świata. Ragnar patrzył, jak znikają w mroku, jeden po drugim - Thorvald, Bjorn, Halvar, Fenrir, Sigurd, na końcu Magnus, którego krok wciąż nie brzmiał tak, jak powinien brzmieć krok żywego człowieka. Sam nie ruszył się jeszcze.

- Zostań na chwilę - powiedział Vorgrim, i to nie było pytanie.

Kiedy zostali sami, cienie za plecami Vorgrima znów się poruszyły, tym razem szybciej, jakby siedem oddzielnych istnień na krótko zebrało się w jedno, żeby coś powiedzieć bez słów. Ragnar czekał, z tą samą cierpliwością, jakiej się tutaj nauczył, bo cierpliwość była jedyną rzeczą, jaką jeszcze mógł wybrać samodzielnie.

- Wiesz, dokąd idą pozostali - powiedział w końcu Vorgrim. - Nie musisz wiedzieć, dokąd idziesz ty. Wystarczy, że wiesz, po co.

Ragnar milczał. W jego głowie, w miejscu, którego nie potrafił już odróżnić od miejsca, gdzie kończył się on, a zaczynał głos w jego czaszce, uformowała się myśl, której nie chciał, a której nie potrafił też odepchnąć: burza nie pyta, komu przynosi deszcz. Przynosi go tam, gdzie musi spaść.

Vorgrim zbliżył się o pół kroku - tyle, ile potrzebował, żeby stanąć dokładnie tam, gdzie kończył się ostatni ślad zgasłego światła pochodni, i żeby jego głos, wciąż bezgłośny, zabrzmiał w głowie Ragnara jak coś wypowiedzianego tuż przy uchu.

- Siedmioro się urodziło - powiedział. - Wy urodziliście się pierwsi.

Ragnar nie odpowiedział. Nie musiał. W Shadowholt i tak nie było komu oddać echa.

Odwrócił się i poszedł w stronę swojego korytarza - jedynego, który prowadził na północ, do krainy burz. Zanim mrok korytarza zamknął się za nim, pozwolił sobie na jedną rzecz: twarz chłopca, taką, jaką pamiętał najlepiej, nie tę ostatnią, tylko którąś wcześniejszą, zwyczajną, sprzed wszystkiego. Potem poszedł dalej, i pozwolił, żeby i to wspomnienie zgasło, tak jak gasło tutaj wszystko, co ktoś próbował zatrzymać zbyt długo.ROZDZIAŁ 1 ŚWIAT - PIERWSZY ATAK

Ether nie budził się gwałtownie. Budził się warstwami, tak jak zawsze - najpierw dzwony akademii, potem skrzyp okiennic w Dzielnicy Uczonych, potem gwar targu pod wieżą zachodnią, gdzie sprzedawano pergamin, atrament z korzeni i szkło powiększające sprowadzane aż z Aurelionu. Miasto pachniało kredą i deszczem, który spadł w nocy i nie zdążył jeszcze wyschnąć na kamieniach.

Posłaniec Aldric przemierzał ten poranek tak, jak przemierzał każdy - z torbą przewieszoną przez pierś i głową pochyloną pod wiatr, który w Etherze nigdy nie wiał naprawdę silnie, tylko uparcie, jakby ktoś w górze bez przerwy otwierał i zamykał drzwi. Szedł od Portu Wiatrów, gdzie cumowały latające barki z zachodnich prowincji, w stronę Kopuły Senatu, zatrzymując się, jak co dzień, przy tym samym straganie po kandyzowany imbir - nawyk sprzed lat, jeszcze z czasów, gdy matka mówiła mu, że posłaniec, który nie zjadł nic słodkiego przed pracą, przynosi złe wieści.

Siedem regionów. Siedem miast. Ether ze swoim Senatem, gdzie uczono więcej, niż ktokolwiek potrafił spamiętać. Tempestia, gdzie burza była nie pogodą, a stylem życia. Aquamora, port pachnący solą i cudzymi językami. Vulkera, gdzie kuźnie nie gasły nigdy, bo kowal, który pozwolił zgasnąć ogniowi, tracił twarz na pokolenia. Glaciara, zimna i dumna, budująca pałace tam, gdzie inni budowaliby tylko schrony. Sylvanth, zielona i cicha, słuchająca lasu, zanim ktokolwiek się odezwał. I Aurelion, złoty od piasku i od monet, gdzie karawany szły szlakami starszymi niż jakiekolwiek prawo spisane w Senacie.

Siedem regionów, siedmiu senatorów, jeden Senat. Aldric nosił do niego wiadomości od dwunastu lat i nauczył się jednej rzeczy: dzień, w którym raporty się zgadzają, to dobry dzień. Dzień, w którym się nie zgadzają, jest zwyczajny. Ten dzień miał się okazać żadnym z nich.

Aldric znał tę drogę na pamięć - trzysta osiemdziesiąt siedem kroków od Portu Wiatrów do bramy Kopuły, liczonych bezwiednie od lat, tak jak liczy się oddechy, kiedy nie ma nic ciekawszego do roboty. Mijał po drodze uczniów akademii, którzy debatowali o teorii przepływu powietrza tak głośno, jakby od tego zależało czyjeś życie, i straganiarzy układających towar w porannym świetle, nieświadomych, że za kilka godzin nikt nie będzie miał głowy do kupowania szkła powiększającego. Miasto żyło swoim zwyczajnym rytmem - i to właśnie ten rytm, tak znajomy, że stał się niewidzialny, Aldric zapamięta później najlepiej. Ostatni zwyczajny poranek, o którym nikt jeszcze nie wiedział, że jest ostatni.

Pierwszy zwój, który podał odźwiernemu przed Kopułą, przyszedł z Tempestii nocnym gołębiem, zmoczonym i roztrzępionym, jakby przeleciał przez coś gorszego niż zwyczajną ulewę. Aldric zdążył przeczytać go po drodze, bo taki miał zwyczaj - senator ganił go za to regularnie i regularnie dostawał raporty pierwszy.

Wiatr zmienia kierunek bez przyczyny. Chorągwie na Stormhold trzepoczą jednocześnie w cztery strony. Rekruci meldują niepokój bez źródła - mówią, że coś depcze im po myślach.

Depcze po myślach. Aldric przeczytał to zdanie trzy razy, zanim wszedł do środka, i za trzecim razem zdanie nie zrobiło się bardziej sensowne - zrobiło się tylko bardziej zimne.

❦

W Wielkiej Sali Senatu siedmiu senatorów siedziało na siedmiu krzesłach, ustawionych nie w krąg, jak można by się spodziewać po instytucji, która lubiła mówić o sobie „jedność”, tylko w półokrąg zwrócony w stronę pustego podium - tak, żeby każdy patrzył na mówcę, a nie na sąsiada. To była architektura zaprojektowana z myślą o debatach, nie o zaufaniu.

Senator Ethera, kobieta o siwych, splecionych w warkocz włosach i głosie, który nie musiał być podniesiony, żeby wypełnić salę, otworzyła obrady, jak co tydzień, pytaniem o zbiory, cła i most przez Kanion Wschodni. Nikt jeszcze nie wiedział, że most przez Kanion Wschodni nie będzie miał znaczenia do końca dnia.

Pierwszy zwój z Tempestii odczytano na głos. Senator Tempestii, mężczyzna zbudowany jak ktoś, kto całe życie stał w polu bitwy, a nie za mównicą, wysłuchał go z rękami splecionymi na piersi i powiedział tylko: „Burze się zdarzają.” To samo powiedziałby tydzień wcześniej, miesiąc wcześniej, rok wcześniej. Nikt się z nim nie kłócił. Jeszcze nie.

Senator Ethera skinęła głową, zanotowała coś na marginesie zwoju i przeszła do następnego punktu porządku obrad - sporu o cło na sól między Aquamorą a Vulkerą, sporu tak starego, że młodsi urzędnicy żartowali, iż zestarzeje się i umrze razem z nimi. Nikt jeszcze nie podnosił głosu. Nikt jeszcze nie patrzył w stronę pustego krzesła Aurelionu z niepokojem - tylko z lekkim zniecierpliwieniem, że senator znów się spóźnia, tak jak spóźniał się na połowę obrad w tym roku, zajęty zapewne którymś ze swoich interesów.

Wtedy przyszedł drugi zwój. Potem trzeci. Zanim słońce przesunęło się o szerokość dłoni po marmurowej podłodze, na stole leżało ich sześć, a Aldric - który powinien już wrócić do Portu Wiatrów - stał pod ścianą i czekał na siódmy, bo taki miał instynkt: coś w tym poranku nie chciało się skończyć.

❦

W TEMPESTII wiatr nie wiedział, w którą stronę ma wiać, i to była pierwsza rzecz, jaką rekruci na Stormhold zapamiętają z tego dnia - nawet ci, którzy przeżyją znacznie gorsze rzeczy. Chorągwie, uszyte tak, by trzepotać dumnie w jedną stronę, teraz szarpały się na wszystkie cztery naraz, jakby wiatr kłócił się sam ze sobą o to, dokąd zmierza. Błyskawice, kiedy w końcu spadły - bo w Tempestii błyskawice spadały tak regularnie jak deszcz gdzie indziej - biegły w górę, od ziemi ku chmurom, wbrew każdemu prawu natury, które ktokolwiek tam znał.

Młody rekrut imieniem Tove, wart wzmianki tylko dlatego, że jego relacja trafiła później do raportu, stał na blankach i poczuł, jak coś dotyka wnętrza jego czaszki - nie boleśnie ani gwałtownie - po prostu wyraźnie, jakby ktoś otworzył drzwi do pokoju, w którym się przebierał. Powiedział dowódcy: „Czuję się obserwowany od środka.” Dowódca kazał mu się przespać. Tove nie spał tej nocy ani następnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij