Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przedstawiciele ludzkości - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
16 kwietnia 2026
29,90
2990 pkt
punktów Virtualo

Przedstawiciele ludzkości - ebook

W „Przedstawicielach ludzkości” Emerson przygląda się sześciu wybitnym postaciom – filozofom, poetom i myślicielom – widząc w nich nie tylko jednostki, ale symbole uniwersalnych ludzkich możliwości. Każdy z nich reprezentuje inną siłę: rozum, wyobraźnię, działanie czy duchowość.

To ponadczasowy zbiór esejów o naturze geniuszu, roli jednostki i o tym, co sprawia, że niektórzy ludzie potrafią wyprzedzić swoją epokę. Książka, która inspiruje do zadania jednego, fundamentalnego pytania: kim my sami możemy się stać?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68873-03-0
Rozmiar pliku: 1 011 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. ZNACZENIE WIELKICH LUDZI

W naszej naturze tkwi wiara w wielkich ludzi. Gdyby towarzysze naszych dziecięcych zabaw nagle okazali się bohaterami lub potomkami królewskiego rodu, wcale nie bylibyśmy tym zdumieni. Wszelka mitologia zaczyna się od półbogów i jest związana z wyniosłymi, opromienionymi poezją szczytami; bohaterowie bowiem zawsze przebywają na szczytach. W legendach Gautamy pierwsi ludzie jedli ziemię, a jej smak wydawał im się dziwnie słodki.

Natura zdaje się istnieć dla doskonałych. Świat trwa dzięki prawdziwości dobrych ludzi: przez nich ziemia staje się zdrowym miejscem do życia. Kto kiedykolwiek żył z takimi ludźmi, ten miał życie wesołe i krzepiące. Tak, jedynie wiara w możliwość takiej wspólnoty czyni życie słodkim i znośnym, dlatego zawsze staramy się obcować z wybitnymi ludźmi, choćby tylko w duchu. Ich mianem nazywamy nasze dzieci i kraje. Język tworzy nowe wyrazy od ich imion; ich książki i obrazy umieszczamy w swoich mieszkaniach, a każde wydarzenie codziennego dnia przywodzi nam na myśl jakiś rys z ich życia.

Poszukiwanie wielkich ludzi jest marzeniem młodzieńca i najżywszym staraniem człowieka dojrzałego. Zwiedzamy obce kraje, aby zobaczyć ich dzieła lub choćby przelotnie rzucić okiem na nich samych. Zamiast tego zbywa się nas czymś innym, zgoła przypadkowym i obojętnym. Wysławia się praktyczność Anglika, gościnność Niemca; Walencja ma czarowny klimat, a w okolicy Sacramento jest tyle złota, że wystarczy się po nie schylić. Pięknie! Ale ja nie podróżuję dla przyjemnych, bogatych lub gościnnych ludzi ani dla jasnego nieba lub kadzi złota, które są niegodne posiadania. Gdyby jednak istniała igła magnetyczna wskazująca okolice i domy zamieszkane przez tych, którzy posiadają wewnętrzne bogactwo i potęgę – tak! Taką igłę nabyłbym za cenę całego mojego mienia i tego samego dnia wyruszyłbym z nią w drogę!

Całą ludzkość oceniamy jedynie według jej przedstawicieli. Szacunek, jakim otaczamy wynalazcę kolei żelaznej, przenosi się też na jego rodzinne strony i wszystkich współobywateli. Jednak olbrzymie zbiorowiska samych żebraków są nam wstrętne jak rozkładający się ser, jak roje mrówek lub pcheł – im ich więcej, tym gorzej.

Nasza religia jest pełnym miłości kultem tych patronów. Bogowie z podań uosabiają wspaniałe przymioty wielkich ludzi. Wszystkie nasze naczynia kształtujemy według jednego wzoru. Nasze potężne systemy religijne: judaizm, chrześcijaństwo, buddyzm i islam – są niczym innym jak tylko działalnością ludzkiego umysłu, wypływającą z naturalnej konieczności. Badacz dziejów podobny jest do człowieka kupującego w magazynie chusty lub dywany. Wmawia on sobie, że kupił coś zupełnie nowego. Kiedy jednak wchodzi do fabryki, przekonuje się, że wzory na jego materiałach są powtórzeniem tych samych zygzaków i rozet, które widnieją już na wewnętrznych ścianach piramid w Tebach. Nasza koncepcja Boga jest tylko udoskonalonym wyrazem ludzkiego ducha. W swojej sztuce, w swojej działalności i w swoim myśleniu człowiek nigdy nie wykracza poza człowieka. Sądzi, że żywioły również powstały z jego myśli. Jednak nasza filozofia stwierdza tylko jedną siłę pierwotną, od której łączenia lub rozdzielania wszystko zależy.

Jeśli zatem chcemy zbadać, o ile inni ludzie mogą nam być użyteczni, to przede wszystkim powinniśmy się strzec niebezpieczeństwa wypływającego z nowoczesnej metody badawczej: musimy rozpocząć bardzo nisko. Nie wolno nam twierdzić, jakoby instynktowi rozrodczemu brakowało tego uczucia, które nazywamy miłością; nie wolno nam w ogóle negować cielesnego bytu człowieka. Bo do czegóż by to doprowadziło! Cała nasza siła opiera się na instynktach społecznych. Miłość bliźniego daje nam nieocenioną korzyść. Dzięki drugiemu człowiekowi mogę osiągnąć to, czego sam nie jestem w stanie dokonać. Przed drugim człowiekiem mogę wypowiedzieć to, czego wcześniej w monologu nie umiałem wyrazić. Inni ludzie są niejako lupami umożliwiającymi nam oglądanie własnej duszy. Każdy poszukuje w tym celu człowieka, który jest inny niż on sam, lecz w swoim rodzaju dobry; poszukuje nie tylko kogoś innego, ale wprost „najbardziej innego”. Im potężniejszy jest człowiek, tym większa jest jego moc oddziaływania. Dlatego szukamy czystego człowieczeństwa; słaby duch nie może nam niczego ofiarować i takiego szukać nie będziemy. To, co przede wszystkim odróżnia jednego człowieka od drugiego, to okoliczność, czy posiada on zawód odpowiadający jego najgłębszej istocie. Człowiek jest szlachetną rośliną organiczną, rozwijającą się jak palma – z wewnątrz na zewnątrz. Swoje sprawy załatwia szybko i z łatwością, chociażby to samo było dla innych niemożliwe. Cukier jest słodki z natury, saletra jest słona z natury. Z wielkim trudem zarzucamy sieci i stawiamy pułapki, by pochwycić zdobycz, która sama musi wpaść nam w ręce. Wielkim człowiekiem nazywam tego, który stale przebywa w wyższych sferach myślowych, do których inni muszą się wspinać z wysiłkiem. Wystarczy, że otworzy oczy, by widzieć wszystko we właściwym świetle i w szerokiej perspektywie, podczas gdy inni muszą się męczyć nad ulepszeniami i unikać wielu źródeł błędów. Taka sama jest też usługa, jaką wyświadcza nam taki człowiek. Piękna kobieta bez żadnego trudu narzuca swój obraz naszym oczom – a jakaż to dla nas cudowna rozkosz! Tak samo mędrzec bez wysiłku ukazuje innym swoją istotę. Każdy robi najlepiej to, co jest w nim najlepsze. _Peu de moyens, beaucoup d’effet._ Wielkim jest ten, kto jest nim z natury i nigdy nie przypomina nam innych.

Musi on jednak być pokrewny naszej istocie, abyśmy mogli spodziewać się po nim wyjaśnienia nierozwiązanych zagadnień. Nie zawsze potrafię wyrazić słowami swoją żądzę wiedzy; zauważyłem jednak, że istnieją ludzie, którzy już samym swoim sposobem myślenia i działalnością odpowiadają na pytania, których nie zdołałem ująć w konkretną formę. Czasem człowiek odpowiada na pytanie niezadane przez nikogo ze współczesnych i pozostaje samotny. Minione lub przemijające religie i systemy filozoficzne dają nam odpowiedź na jeszcze inne pytania. Niektórzy ludzie sprawiają wrażenie umysłów bogato uposażonych, które jednak przez swą nieporadność nie potrafią zadośćuczynić ani sobie, ani swojej epoce. Być może są oni tylko kapryśnym przejawem czegoś nieuchwytnego, co wciąż wisi w powietrzu – nie zaspokajają bowiem żadnej z naszych potrzeb. Ludzie wielcy są nam jednak bliscy; poznajemy ich na pierwsze wejrzenie. Odpowiadają naszym oczekiwaniom; znajdują się we właściwym miejscu. Wszystko, co dobre, działa i ma w sobie moc twórczą – samo stwarza sobie miejsce, pokarm i pomoc. Prawdziwe jabłko ma pestki, mieszaniec jest ich pozbawiony. Człowiek zajmujący właściwe stanowisko jest twórczy, płodny, posiada magnetyczną siłę przyciągania; całym armiom narzuca swoją wolę, a one ją wykonują. Rzeka sama stwarza sobie brzegi, a każda uprawniona myśl tworzy własne drogi i znajduje oddźwięk – znajduje środki do przetrwania, prawa bytu, broń do walki oraz apostołów do jej dalszego głoszenia. Dla prawdziwego artysty kula ziemska jest cokołem jego wielkości; awanturnik po latach trudu nie zyskuje nic ponad tę piędź ziemi, na której stoi.

Zwykle rozróżnia się dwa rodzaje przysług, jakie oddają nam wybitni ludzie. W swojej epoce młodzieńczej ludzkość chętnie wierzyła w dary bezpośrednie, materialne lub metafizyczne, takie jak: zdrowie, wieczna młodość, wyostrzone zmysły, magiczne środki lecznicze, moc czarodziejska czy dar jasnowidzenia. Chłopiec wierzy, że istnieje nauczyciel mogący mu tę wiedzę sprzedać. Kościoły wierzą w nadludzkie zasługi pewnych jednostek. Jednak bliższa obserwacja wykazuje, że istnieje bardzo niewiele bezpośredniej pomocy. Człowiek jest istotą organiczną: kształtując swoją osobowość, stale się rozwija. Pomoc, jaką otrzymujemy od innych, jest zaledwie mechaniczna w porównaniu z odkryciami, do których w naszej najgłębszej istocie wiedzie nas natura. Nauka ta sama w sobie jest niezmierną rozkoszą, a jej wyniki są trwałe. Prawdziwa etyka działa równomiernie we wszystkich kierunkach – z duszy wychodzi na zewnątrz. Dary pochodzące z zewnątrz sprzeciwiają się prawom świata. Służyć innym znaczy służyć samemu sobie. Muszę wyzwolić się dla siebie samego. „Troszcz się o własne sprawy!” – mówi duch. „Głupcze! Chcesz sobie łamać głowę nad nieskończonością światów lub mieszać się w sprawy swego bliźniego?”. Pozostaje więc jedynie korzyść pośrednia. Istnieją ludzie o pewnych zaletach symbolicznych, reprezentatywnych, które oddają przysługi naszemu duchowi. Böhme i Swedenborg pojęli, że rzeczy coś reprezentują. Podobnie ludzie coś reprezentują: po pierwsze – rzeczy, po drugie – idee.

Podobnie jak rośliny przetwarzają minerały w substancje odżywcze dla zwierząt, tak człowiek przetwarza ten czy inny surowy materiał natury w formę mogącą oddawać ludzkości przysługi.

Odkrywcy ognia, elektryczności, magnetyzmu, żelaza, ołowiu, szkła, płótna, jedwabiu, bawełny; pierwsi twórcy narzędzi; człowiek, który wymyślił układ dziesiętny; geometra, inżynier, muzyk – każdy z nich na swój sposób toruje wygodną drogę przez nieznane i niedostępne manowce. Każdego człowieka przyciąga jakaś tajemna siła magnetyczna do konkretnej dziedziny natury, której staje się on przedstawicielem i tłumaczem. W ten sposób rośliny mają swojego Linneusza, pszczoły Hubera, grusze van Monsa, atomy Daltona, linie Euklidesa, a rachunek różniczkowy – Newtona.

Każdy człowiek stanowi w naturze punkt centralny, od którego biegną nici łączące, obejmujące wszystko, co płynne i stałe, materię oraz pierwiastki. Kula ziemska się toczy; przez każdą skibę ziemi, przez każdy kamień codziennie przechodzi południk. W ten sam sposób każdy organ, każda funkcja, każdy kwas, każdy kryształ i każdy pyłek pozostaje w relacji z ludzkim mózgiem. Czasem musi czekać długo, ale ostatecznie i na niego przychodzi kolej. Każda roślina ma swojego pasożyta, a każde stworzenie – człowieka, który je kocha, oraz poetę, który je opiewa. Wartość pary, żelaza, drewna, węgla, magnesu, jodu, zboża i bawełny została już należycie doceniona – a jednak jak wiele jest jeszcze materiałów nieprzetworzonych i nieużytkowanych. Cały bezlik istnień i ich użytecznych właściwości wciąż pozostaje nieznany, czekając na swoje zastosowanie. Niczym zaklęta królewna z baśni, wszystkie one czekają na człowieka, który ma je wyzwolić. Z każdej rzeczy musi zostać zdjęty czar, zanim ujrzy ona światło dzienne w postaci, jaką nada jej człowiek. Przyjrzyjmy się historii odkryć: każda prawda, która dojrzała w ukryciu, niejako sama wymodelowała sobie mózg własnego odkrywcy. Magnes musiał uosobić się w Gilbercie, Swedenborgu lub Oerstedzie, zanim szerokie masy były w stanie pojąć jego siłę.

Przyjrzyjmy się tylko najbliższym zjawiskom: świat minerałów i roślin ma swój wyraźnie określony wdzięk, przejawiający się na najwyższym stopniu rozwoju jako swoisty czar natury – w błyszczącym krysztale, w ścisłości chemicznego powinowactwa, w bezwzględnej dokładności kątów. Światło i mrok, upał i zimno, głód i pożywienie, słodycz i kwas, ciało w stanie lotnym, płynnym i stałym – wszystko to otacza nas wieńcem radości, a przyjemnym falowaniem sprzeczności rozprasza nudę codziennego życia. Każdego dnia nasze oczy powtarzają pierwszą pochwałę, jaka przypadła w udziale stworzeniu: „I Bóg spojrzał na wszystko, co stworzył, i patrz, wszystko było bardzo dobre”. Wiemy, gdzie należy szukać wszystkich tych rzeczy, a ich widok budzi w nas tym większe upodobanie po bliższym poznaniu przesadnych pretensji człowieka. W każdym razie mamy jednak prawo do wyższych przywilejów. Nauka jest niedoskonała, dopóki nie zostanie przystosowana do człowieka. Logarytmy same w sobie są wielkim rezultatem. Ale jakże uduchowionego życia nabierają dopiero przez zastosowanie w botanice, muzyce, optyce i architekturze! Jak często w dziedzinie cyfr, w anatomii, architekturze czy astronomii dokonują się odkrycia, do których początkowo nie przywiązuje się wielkiej wagi. Jednak ludzki rozum i wola zajmują się nimi, i oto wkraczają one w nasze życie, opanowując konwersację, charaktery i politykę!

Ale o tym później. Teraz mówimy tylko o formie, w jakiej ukazują się nam one w swej własnej sferze, o fascynującym wpływie, którym zdają się pociągać ludzki umysł, każąc mu przez całe życie zajmować się jednym jedynym przedmiotem. Wyjaśnienie i wytłumaczenie jest możliwe tylko wtedy, gdy obserwator jednoczy się z przedmiotem obserwacji. Wszystko, co ziemskie, ma w sobie także coś niebiańskiego; przez ludzkie pośrednictwo dostaje się w wyższą sferę duchową, do której przynależy i do której musi się dostać, mając wypełnić w niej pewne miejsce. I do tych celów rzeczy ustawicznie dążą. Gazy zgęszczają się w stałe ciała ziemskie; związek chemiczny staje się rośliną i rośnie; staje się czworonogiem i biega; staje się człowiekiem i myśli. Ale wyborcy decydują równocześnie o głosowaniu swojego przedstawiciela. Jest on nie tylko ich przedstawicielem, lecz także ich częścią składową. Tylko podobni sobie mogą się wzajemnie znać. Wybrany zna swych wyborców dlatego, że sam jest jednym z nich; dopiero co do nich należał, wciąż jest im bliski. Jako ożywiony chlor człowiek wie o chlorze, jako ucieleśniony cynk wie o cynku. Żyje dzięki ich właściwościom, może więc je wielokrotnie opisywać, gdyż jest z nich złożony. Człowiek jest stworzony z ziemskiego prochu i nie zapomina o swym ziemskim pochodzeniu. I wszystko, co dziś jeszcze jest nieożywione, pewnego dnia zacznie mówić i myśleć. Niezbadana natura dożyje dnia, kiedy cała jej tajemnica zostanie obwieszczona. Krzemienie na przykład rozsypią się w proch, a z tego prochu powstaną niezliczeni Wernerzy, von Buchowie i Beaumontowie, w laboratorium powietrza z kolei rozłożone są już składniki niejednego Berzeliusza i Davy’ego.

Tak więc siedzimy przed naszym kominkiem, obejmując bieguny kuli ziemskiej! I to stanowi pewnego rodzaju wszechobecność oraz kompensatę za niedoskonałość ludzkiego organizmu. Gdy któregoś nadziemsko pięknego dnia niebo i ziemia spotkają się ku wzajemnemu uświetnieniu, wydamy się sobie samym upośledzeni, że posiadamy tylko _jedno_ ciało i _jedną_ duszę do odczuwania takiej wspaniałości. Zapragniemy posiadać tysiąc głów i tysiąc ciał, by wielbić tę nieskończoną piękność w tysiącach miejsc i w tysiącach hymnów. Czy to tylko wymysł fantazji? Stanowczo nie. Nasza istota została zwielokrotniona przez spuściznę tych, którzy żyli przed nami i dla nas tworzyli. Z jakąż łatwością przyswajamy sobie ich dzieła! Każdy okręt płynący do Ameryki otrzymał mapę morza od Kolumba. Każda powieść jest dłużniczką Homera. Każdy cieśla używający hebla zaciąga dług u ducha jakiegoś zapomnianego wynalazcy. Nasze życie otoczone jest słonecznym kręgiem wiedzy, wynikiem pracy zmarłych ludzi, którzy rozjaśnili nasze niebo własnym płomyczkiem. Inżynier, kupiec, prawnik, lekarz, moralista, teolog – w ogóle każdy, kto coś umie i wie – bierze udział w sporządzaniu mapy naszego bytowania i kreśli na niej stopnie długości i szerokości geograficznej. Dzięki tym pionierom, pracującym dla nas wszędzie, my również jesteśmy bogaci. Musimy rozszerzać dziedzinę naszego życia, musimy zwielokrotniać nasze relacje. Gdy na naszej starej ziemi odkryjemy nową cechę, jest to dla nas równie wielki zysk, jak gdybyśmy objęli w posiadanie nową planetę.

Zbyt biernie jednak przyjmujemy tę materialną lub na wpół materialną pomoc. Nie powinniśmy być wyłącznie żołądkiem i brzuchem. Stańmy o jeden stopień wyżej, a lepsze usługi odda nam nasza sympatia. Działalność wywiera zaraźliwy wpływ. Aby pojąć czar, który nęcił innych, musimy tylko skierować wzrok tam, gdzie oni spoglądali, musimy zajmować się tylko tymi rzeczami, które ich zajmowały. Napoleon mawiał: „Nie wolno nam walczyć zbyt często z tym samym wrogiem, bo inaczej nauczymy go całej naszej sztuki wojennej”. Wystarczy często rozmawiać z człowiekiem o niepospolitym umyśle, by bardzo szybko przyzwyczaić się do oglądania rzeczy w takim świetle, w jakim on je widzi, i do odgadywania jego myśli przy każdej sposobności.

Nasi bliźni mogą być nam użyteczni poprzez swój umysł i przyjaźń. Inna pomoc polega, moim zdaniem, na złudnym pozorze. Gdy ktoś udaje, że darowuje mi chleb i ogień, rychło się przekonuję, iż za dary te płacę pełną cenę, przy czym ostatecznie nie jest mi ani lepiej, ani gorzej niż poprzednio – natomiast każda siła duchowa i etyczna jest dobrem pozytywnym. Pochodzi od ciebie, bez względu na to, czy tego chcesz, czy nie, i oddaje usługi mnie, o którym nigdy nie myślałeś. Wystarczy mi usłyszeć o jakiejkolwiek sile indywidualnej czy o czyjejś rozległej działalności, by moja własna siła woli otrzymała świeżą podnietę. Zazdrościmy wszystkiego, co potrafi ktoś inny. Słowa Cecila o sir Walterze Raleighu: „Wiem, że posiada straszną siłę do pracy”, działają na nas jak prąd elektryczny. Podobnie jest z charakterystyką Clarendona, gdy na przykład powiada o Hampdenie: „Obdarzony był pilnością i starannością nieulegającą znużeniu ni osłabieniu nawet we współzawodnictwie z najpracowitszymi; posiadał zdolności niedające się omamić najprzebieglejszemu, a nadto odwagę osobistą dorównującą jego najlepszym zdolnościom”. Albo o Falklandzie: „Był tak surowym czcicielem prawdy, że równie dobrze nie byłby w stanie udawać, jak i kraść”. Nie jesteśmy w stanie czytać Plutarcha bez przyspieszonego krążenia krwi i w zupełności zgadzam się ze słowami Chińczyka Meng-Tse: „Mędrzec jest nauczycielem dla stu pokoleń”. Gdy mówi się o życiu Laozi, człowiek najbardziej tępy niejako się budzi, a chwiejny zyskuje stanowczość.

Dlatego też należy pisać życiorysy ludzi wybitnych. Lecz ludzie dawno zmarli nie mogą przemawiać do naszej duszy tak łatwo, jak współcześni, o których pamięć nie przetrwa może tak długo. Czym jest dla mnie człowiek, o którym nigdy nie myślę? Ale w każdym osamotnieniu bliscy są mi ci, którzy przychodzą mojemu duchowi z pomocą i w cudowny sposób każą mi dążyć wzwyż. Miłość posiada szczególną zdolność odgadywania przeznaczenia bliźniego lepiej, niż on sam by potrafił, i umie heroicznym dodawaniem otuchy podtrzymywać jego siły przy powziętym zadaniu. Co jest w przyjaźni najwyższe? To, że w tak cudowny sposób czuje się pociągnięta do każdej istniejącej w nas cnoty. Skoro znaleźliśmy przyjaźń, nigdy już nie będziemy myśleć nisko o sobie ani o swym życiu. Mamy podnietę każącą nam dążyć do pewnego celu, a pracowitość robotników zajętych przy nasypie kolejowym przestanie już być dla nas cichym wyrzutem.

Z tym wiąże się również ów, jak mi się zdaje, bardzo czysty kult, z jakim wszystkie stany odnoszą się do bohatera dnia, począwszy od Koriolana i Grakcha aż do Pitta, Lafayette’a, Wellingtona, Webstera czy Lamartine’a. Posłuchajcie okrzyków ludu na ulicy! Ludzie nie mogą się mu napatrzeć. Wielki człowiek wprawia ich w zachwyt. To głowa bohatera, pierś bohatera! Jakie czoło, jakie oczy! Ramiona Atlasa, chód bohatera, a jaka siła wewnętrzna porusza tę wielką maszynę! Owa radość z siły ludzkiej w pełni rozwoju przejawia się tym płomienniej, że w codziennym otoczeniu widuje się ją przeważnie skarlałą i zdławioną. Tym też tłumaczy się radość czytelnika płynąca z dzieł literackich. Nie ma tu żadnych ograniczeń, a ognia jest dość, by stopić całą górę kruszcu. Jako największą zaletę Szekspira możemy uznać to, że ze wszystkich ludzi najlepiej zna język angielski i może wypowiedzieć, co tylko zechce. A jednak te wartkie prądy, te przelewające się upusty wyrazu są jedynie oznaką zdrowia lub szczęśliwego obdarowania przez naturę. Nazwisko Szekspira przywołuje nam na myśl inne dobrodziejstwa – czysto duchowe.

Człowieka nie może spotkać wyższy zaszczyt nad ten, że geniusz zwraca się do niego z podniosłą myślą. Jest to uznanie wyrażone dla jego inteligencji, i żadne odznaczenie przyznane mu przez senaty i władców w formie orderów, szpad honorowych lub herbów nie może się z nim równać. Zaszczyt ten, spotykający człowieka w stosunkach osobistych najwyżej dwa razy w ciągu całego życia, geniusz rozsiewa ustawicznie i czuje się zadowolony, gdy raz na sto lat zdarzy się, że jego dar zostaje przyjęty. Skoro na widownię wystąpią głosiciele idei, natychmiast odkrywcy, wykazujący nam jedynie wartości materialne, zejdą do roli kucharzy i cukierników. Geniusz jest przyrodnikiem lub geografem, który nakreśla nam mapę świata nadzmysłowego i, poprzez wskazanie nowych dziedzin działalności, studzi zamiłowanie do dotychczasowych zajęć. Te nowe dziedziny stają się dla nas odtąd rzeczywistością, której dotychczas otaczający nas świat jest zaledwie bladym odbiciem.

Przyglądamy się atletom i pływakom, by dostrzec siłę i piękno ciała. Równą przyjemność z jeszcze lepszym rezultatem daje nam obserwacja wszelakiej sprawności duchowej: sprawności pamięci, daru kombinacji matematycznej, zdolności myślenia abstrakcyjnego, żywej wyobraźni, a chociażby tylko wszechstronności i daru koncentracji, gdyż wszystkie te przejawy ukazują niewidzialne organy i członki ducha, całkowicie odpowiadające członkom ciała. W ten sposób wchodzimy bowiem na nową, duchową arenę zapasów i uczymy się wybierać ludzi według ich najpewniejszych cech; tych ludzi, którzy zdaniem Platona „bez pomocy oczu i innych zmysłów dochodzą do prawdy i do przyczyny rzeczy”. Najdonioślejszymi z tych przejawów są wszelkie wzloty fantazji, czarodziejstwa i zmartwychpowstania, dokonywane przez wyobraźnię. Z chwilą jej rozbudzenia siła człowieka zdaje się dziesięciokrotnie, a nawet tysiąckrotnie potęgować. To ona rozbudza w nas czarowny zmysł dla wielkości nieokreślonych i nadaje umysłowi śmielszą postawę. Zyskujemy sprężystość niczym gazy prochu strzelniczego, a wówczas zdanie przeczytane w książce czy słowo rzucone w trakcie rozmowy potrafią rozbudzić naszą wyobraźnię do tego stopnia, że w jednej chwili nasza głowa dosięga Drogi Mlecznej, a nogi dotykają dna piekielnych otchłani. Jest to dla nas istotnym dobrodziejstwem, gdyż mamy prawo do takiego rozszerzania zacieśniających nas granic; przekroczywszy zaś raz te granice, nie możemy się już nigdy stać tymi nieszczęsnymi pedantami, jakimi byliśmy poprzednio.

Podniosłe funkcje naszego umysłu pozostają ze sobą w tak ścisłym związku, że pewną zdolność wyobraźni możemy zauważyć u wszystkich wybitnych umysłów, nawet u pierwszorzędnych matematyków, przede wszystkim zaś u myślicieli posiadających dar intuicji. Umysły te oddają nam przysługę, chwytając wszędzie nie tylko istotę rzeczy, lecz także jej przejawy. Oczy Platona, Szekspira, Swedenborga czy Goethego nie zamykały się przed żadnym z tych praw, których poznanie może służyć niejako za miarę ducha. Małe umysły są małe, ponieważ nie potrafią tych praw dostrzec.

Ale i takie duchowe bachanalie mogą nas doprowadzić do przesytu. Nasz zachwyt dla ludzkiego rozumu wyradza się w bałwochwalstwo dla jego apostoła, zwłaszcza gdy duch taki szukał swej siły i znalazł ją w jakimś systemie. Wówczas przekonujemy się, że nauczyciel ludzkości nieraz staje się jej ciemiężycielem. Odnosi się to do przewagi filozofii arystotelesowskiej, astronomii Ptolemeusza, wpływu Lutra, Bacona, Locke’a, a w dziedzinie religii – do rządów kapłaństwa, dziejów świętych i sekt, z których wszystkie wzięły nazwę od swych założycieli. Ach! Każdy człowiek jest taką ofiarą. Duchowa słabość jest zawsze przynętą dla zuchwałości. Zwyczajny talent znajduje zadośćuczynienie w olśnieniu i podbiciu widza. Prawdziwy geniusz natomiast stara się nas chronić przed samym sobą. Nie chce nas zubożyć, lecz wyzwolić i otworzyć przed naszym uczuciem nowe widnokręgi. Gdyby w naszej wsi ukazał się mędrzec i wdał się w rozmowę z jej mieszkańcami, niewątpliwie obudziłby w nich nieznane im dotąd poczucie bogactwa, gdyż otworzyłby im oczy i pozwolił dostrzec korzyści, których wcześniej nie zauważyli. Napełniłby nas świadomością trwałej równowagi i spokoju, płynącego z przeświadczenia, że nie możemy zostać oszukani, gdyż każdy z nas zdoła ocenić korzystne i ujemne strony swojej pozycji. Bogaci poznaliby swe błędy i nędzę, a biedni – środki zaradcze i możliwości pozwalające im wyswobodzić się z przykrego położenia.

Wszystko to jednak sama natura wprowadza na właściwe tory, o ile tylko pozostawi się jej potrzebny czas. Kolisty obieg jest jej uniwersalnym lekarstwem. Dusza nie może ścierpieć nad sobą pana i łaknie zmiany. Gospodyni powiada o służącej, z której była zadowolona: „Była już u mnie dość długo”. My, ludzie, jesteśmy tendencjami, a lepiej mówiąc: zapowiedziami; nikt z nas nie jest skończoną całością. Zaledwie się dotkniemy, a już idziemy dalej, wysączywszy jedynie wierzchnią pianę niejednego życia. Nieustanny ruch jest prawem natury. Gdy natura zabiera wielkiego człowieka, rozglądamy się wokół, badając, czy rychło na horyzoncie zjawi się jego następca; ale ten nie przychodzi i nie przyjdzie. Rodzaj ginie wraz ze swym przedstawicielem. Następny zjawi się na zgoła innym polu; nie będzie to Jefferson ani Franklin, lecz wielki kupiec, później przedsiębiorca kolejowy, ichtiolog, podróżnik-badacz polujący na bawoły lub na wpół dziki generał z Zachodu. W ten sposób radzimy sobie z naszymi bardziej brutalnymi mistrzami, ale wobec tych najlepszych musimy posługiwać się subtelniejszymi środkami leczniczymi. Gdy idea budzi w nas zachwyt, zawdzięczamy to nie Platonowi, lecz samej idei, której dłużnikiem był także sam Platon.

Nie wolno mi zapomnieć, że przede wszystkim jesteśmy zobowiązani pewnej specjalnej klasie. Życie wznosi się stopniowo. W hierarchii naszych wielkich ludzi istnieje ogromne stopniowanie. Po wsze czasy ludzkość łączyła się z tymi niezliczonymi, którzy podniosłością ucieleśnianej przez siebie idei lub wielkością dążenia mieli prawo do zajmowania stanowiska przywódców i ustawodawców. Ci wskazują nam właściwości natury w jej stanie pierwotnym – wtajemniczają nas w rozwój rzeczy. Dzień po dniu płyniemy na fali złudnych widziadeł, ciesząc się istotnie fatamorganą domów i miast, branych przez nasze otoczenie za coś rzeczywistego. Ale życie oznacza także prawdę. W jasnych chwilach mówimy sobie: „Teraz wejdę w sferę rzeczywistości, bo za długo nosiłem już czapkę błazeńską!”. Pragniemy wiedzieć, czym jest właściwie nasze życie ekonomiczne i nasza polityka. Dajcie nam klucz, a jeśli ludzie i rzeczy są istotnie tylko nutami muzyki niebiańskiej, to odczytamy zawarte w nich melodie. Nasz rozum był przedmiotem igraszki – lecz równocześnie żyli też ludzie o pełni rozumu, cieszący się swym bogatym jestestwem, wcale nieobcym prawdziwej naturze. Cokolwiek wiedzą – wiedzą dla nas. Z każdym nowym umysłem wychodzi na jaw nowa tajemnica natury i nie można zamknąć Biblii, dopóki nie urodzi się ostatni wielki człowiek. Ludzie ci poskramiają zwierzę szalejące w człowieku, czynią nas rozważnymi i ukazują naszym siłom nowe cele. Pełna czci ludzkość wyznacza tym wielkościom najwyższe miejsca. Dowodzi tego bezlik pomników, obrazów, tablic pamiątkowych w każdym mieście, w każdej wsi, nawet w domu i na okręcie, przywołujących nam na myśl geniuszów:

Nawet ich cienie dokoła nas krążą,

W łunach promieni – a braćmi nam przecie...

Jak mistrze kwiaty mądrości nam wiążą,

I sieją piękno i dobro po świecie.

Jakże określę to jedyne w swoim rodzaju dobrodziejstwo idei, usługę, jaką nam oddają ludzie uprzystępniający ogółowi prawdy moralne? W całym moim życiu i działalności dręczy mnie konieczność ustanowienia wszędzie pewnej określonej taryfy wartości. Gdy pracuję w mym ogrodzie, czyszcząc na przykład jabłoń, zajęcie to sprawia mi dość przyjemności i mógłbym przy nim wytrwać długo. Później jednak uświadamiam sobie, że oto minął dzień, w którym nie dokonałem niczego prócz tej miłej błahostki. Jadę do Bostonu lub Nowego Jorku, biegam tu i ówdzie, by załatwić swe interesy, i załatwiam je, ale tracę też dzień. I oto irytuje mnie, że tak drogo przepłaciłem drobną korzyść. Przychodzi mi na myśl ośla skóra, na której wystarczało usiąść, by każde życzenie zostało spełnione, ale z każdorazowym ziszczeniem pragnienia znikał kawał skóry. Idę na zgromadzenie filantropów. Ale wbrew najgorętszym wysiłkom moje oczy raz po raz kierują się w stronę zegara. Niech jednak na zgromadzeniu pojawi się jedna sympatyczna dusza, niewiele interesująca się sprawami osobistymi czy partyjnymi, Karolinami czy Kubą, za to jednak obwieszczająca zasadę, która sama przez się rozstrzygnie wszystkie te poszczególne kwestie i sprawi, iż odtąd będę pewny sprawiedliwości, na mocy której każdy fałszerz zostanie przywiedziony do zguby, każdy samolub do bankructwa, ja zaś osiągnę zupełną niezależność od państwa, czasu i swych bliźnich – człowiek taki mnie zbawi i każe zapomnieć o zegarze. Pozbywam się bolesnego stosunku do reszty ludzi. Moje rany są zgojone. Zyskałem nieśmiertelność, poznając, że posiadam niezniszczalne dobra.

Na naszej ziemi panuje wielka walka między bogatymi a ubogimi. Na naszym rynku światowym jest tylko tyle a tyle pszenicy, wełny lub ziemi, a jeśli ja posiadam o tyle czy tyle więcej, inni muszą posiadać w odpowiednim stosunku mniej. Będąc posiadaczem, zdaję się tym samym wykraczać przeciw moralności. Nikt nie raduje się radością bliźniego; cały nasz system polega na wojnie, na krzywdzącej przewadze. Każde dziecko rasy anglosaskiej jest wychowywane w pragnieniu zajęcia pierwszego miejsca. Taki jest nasz system, a jego rezultat jest taki, że każdy mierzy swą wielkość zazdrością i nienawiścią swych współzawodników. Ale w tych nowych dziedzinach jest dość wolnego miejsca; nie ma tam panoszenia się i wykluczania innych.

Podziwiam wielkich ludzi wszelkiego rodzaju, bohaterów czynu i bohaterów myśli, kocham dzikich „biczów Bożych” i cichych „ulubieńców ludzkości”. Kocham pierwszego cezara i Karola V, Karola XII ze Szwecji, Ryszarda Plantageneta i Bonapartego. Sympatią obdarzam człowieka, który podoła życiu – urzędnika wypełniającego swe obowiązki bez względu na to, czy jest hetmanem, ministrem czy senatorem. Kocham człowieka mocarza, stojącego silnie na żelaznych stopach, z dobrego rodu, bogatego, pięknego, wymownego, o olśniewających zaletach – człowieka, który czarem swej osobowości przyciąga ludzi i czyni ich pomocnikami swej potęgi. Berło i miecz lub talenty umiejące posługiwać się berłem i mieczem kierują sprawami naszego świata. Ale jeszcze większy jest dla mnie ten, kto siebie i wszystkich bohaterów może uczynić zbytecznymi, wprowadzając do naszych myśli pierwiastek rozumu wcale niepytającego o osoby; ową nieskończenie uszlachetniającą, nieprzepartą, wzwyż porywającą siłę, która kładzie kres wszelkiej samowoli, ową moc przepotężną, a tak wielką, że wszelki władca staje się wobec niej niczym. Owym mocarzem jest wówczas władca nadający swemu ludowi ustawy – arcykapłan wieszczący równość wszystkich dusz i zwalniający swe sługi od barbarzyńskich hołdów – cesarz mogący zrzec się swego państwa.

Chciałem jednak nieco bliżej rozpatrzyć dwojaką czy trojaką korzyść, jaka z tych ludzi na nas spływa. Natura nigdy nie szczędzi opium lub innych środków uśmierzających. Jeśli któreś ze swych stworzeń napiętnuje brzydotą czy kalectwem, to równocześnie oszałamia upośledzonego do tego stopnia, że biedak wesoło idzie przez życie, wcale nie wiedząc o swych brakach i nie widząc ich, mimo że cały świat wytyka je palcami. Jednostki niepotrzebne, a nawet szkodliwe, będące wprost rakiem toczącym organizm społeczny, niewątpliwie uważają się za ofiary najpodlejszej potwarzy, nie mogąc wyjść ze zdumienia nad niewdzięcznością i egoizmem otoczenia. Nasza kula ziemska przejawia swe tajemne siły nie tylko przez wytwarzanie bohaterów i archaniołów, lecz także plotkarek i mamek. Czyż nie jest cudownym fortelem, że każdy człowiek ma w sobie pewną wrodzoną dozę lenistwa, mianowicie podtrzymującą siłę oporu, zdolność irytowania się z powodu przeszkód i nowatorstwa? Każdy z nas ma dumę z własnego zdania, niezbitą pewność swojej racji, bez względu na wybitne czy marne zdolności umysłowe. Najlękliwsza staruszka czy najgłupszy parobek używają ostatniej iskierki rozumu, by triumfować, drwiąc ze śmieszności wszystkich swoich bliźnich. Cokolwiek jest odmienne ode mnie – jest absurdem, tym większym, im bardziej się ode mnie różni. Nikomu nie przychodzi na myśl, że to on sam mógłby nie mieć racji. Czyż nie była to świetna idea, by powiązać wszystko tym najtrwalszym z łączników? Jednak wśród tych zadowolonych z siebie, uśmiechniętych ludzi przesunie się od czasu do czasu postać, którą sam Tersytes mógłby chwalić i podziwiać. I oto właśnie bohater, mający nam wskazywać drogę. Jego pomoc jest wszędzie potrzebna. Gdyby nie Platon, ledwie bylibyśmy w stanie uwierzyć w możliwość istnienia mądrej książki. Jak się zdaje, potrzebujemy właściwie tylko jednej rzeczy – ale tę jedną mieć musimy. Chętnie przyłączamy się do ludzi bohaterskich, gdyż nasza podatność na wpływy innych jest bezgraniczna, a w obcowaniu z wielkimi ludźmi nasz własny sposób myślenia i postępowania łatwo staje się wielki. Siłę woli mają tylko nieliczni, ale do ulegania czyjemuś wpływowi zdolni jesteśmy wszyscy. W towarzystwie wystarczy obecność tylko _jednego_ mędrca, a natychmiast wszyscy stają się mądrzy – tak szybko działa sugestia.

Tak więc wielcy ludzie są swego rodzaju wodą do oczu, spłukującą z nich egotyzm i pozwalającą nam tym samym widzieć innych ludzi i ich działalność. Istnieją jednak występki i głupstwa, które niby zaraza czepiają się całych epok i narodów. Ludzie są jeszcze bardziej podobni do swoich współczesnych niż do przodków. Zauważyłem, że stare małżeństwa lub ludzie od wielu lat żyjący razem stają się do siebie podobni. Gdyby żyli dość długo, bez wątpienia w końcu w ogóle nie można by ich od siebie odróżnić. Natura jednak nienawidzi takich zdolności przystosowawczych, przez które świat mógłby stopić się w jedną bryłę; pośpiesznie więc przeciwdziała takiemu bezowocnemu ujednoliceniu. Podobne przystosowanie dokonuje się u mieszkańców tego samego miasta, u zwolenników jednej sekty religijnej czy jednej partii politycznej. Idee epoki przesycają powietrze i zarażają każdego, kto tym powietrzem oddycha. Obserwujmy z wyższej perspektywy z jednej strony Nowy Jork, z drugiej Londyn, a wyda nam się, że tak owe miasta, jak i w ogóle cała cywilizacja Zachodu nie są niczym innym jak zbiorowiskiem szaleństw i idiotyzmów. Wszyscy wzajemnie sobie pomagamy, swoim współzawodnictwem doprowadzając szał epoki do zenitu. Niewątpliwie odczuwalibyśmy wyrzuty sumienia, lecz mówimy sobie: tak przecież postępują wszyscy. Z drugiej jednak strony równie łatwo jest nam być tak samo mądrymi i dobrymi jak wszyscy współcześni. To, co oni wiedzą, my również przyswajamy bez trudu – wchłaniamy niejako porami skóry. Przyswajamy sobie ich wiedzę przez sympatię, tak samo jak kobieta dosięgająca umysłowych i etycznych horyzontów swojego męża. Ale tam, gdzie oni się zatrzymują, my również zatrzymać się musimy. Bardzo rzadko udaje nam się postąpić bodaj o jeden krok naprzód. Ludzie wielcy, ci, którzy są wielcy z urodzenia, wierni ideom wszechobejmującym, wyżsi ponad zmienne hasła dnia – to oni wyzwalają nas z błędów społeczeństwa, bronią nas przed otoczeniem. Są oni wyjątkami, tak bardzo potrzebnymi w epoce zacierania różnic. Obca, nowa wielkość duchowa chroni nas przed potajemnymi związkami.

Tak więc geniusz dostarcza nam pokarmu, krzepi po nużącym obcowaniu z równymi nam ludźmi i z triumfem poznajemy, że _jego_ droga wiedzie nas ku głębiom natury. _Jeden_ wielki człowiek zastąpi całe społeczeństwo karłów. Każda matka pragnie, by chociaż _jeden_ z jej synów był geniuszem – niechby inni pozostali już przeciętnymi. Ale nadmierny wpływ, jaki wywiera wielki człowiek, zagraża nowym niebezpieczeństwem. Jego świetne zalety zakłócają naszą równowagę wewnętrzną. Stajemy się jego niewolnikami, popełniamy duchowe samobójstwo. Ach, ale na horyzoncie błyska już wybawienie: inni wielcy ludzie, inne wielkości duchowe, ścierając się wzajemnie, podtrzymują ogólną równowagę. Słodycz wszelkiej wielkości doprowadza ostatecznie do przesytu. Każdy bohater musi wreszcie znużyć. Wolter nie był może złym człowiekiem, a jednak o dobrotliwym Chrystusie powiedział: „Proszę, nie wspominajcie już imienia tego człowieka w mojej obecności!”. Wysławia się w nieskończoność cnoty Jerzego Waszyngtona. „Do licha z Jerzym Waszyngtonem!” – reaguje każdy proletariusz. Jest to samoobrona nieodzowna dla ludzkiej natury.

Im większa siła dośrodkowa, tym większa też siła odśrodkowa. Utrzymujemy równowagę, przeciwstawiając każdemu wielkiemu człowiekowi jakiś odpowiednik, a szczęście państwa polega właśnie na tym systemie ruchu wahadłowego.

Zresztą dotrzemy wnet do granicy, gdzie kończą się korzyści płynące z istnienia bohaterów. Niezbyt łatwo zbliżamy się do geniusza z powodu jego wielu zbytecznych i odpychających właściwości. Geniusze są bardzo pociągający i z oddali sądzimy, że należą do nas; ze wszech stron napotykamy jednak przeszkody broniące nam dostępu. Im bardziej czujemy się przyciągani, tym silniej jesteśmy odtrącani. Jest coś niesolidnego we wszystkim dobru, co dla nas czynią. Najlepszą stronę wynalazku wynalazca zachowuje dla siebie. Dla innego człowieka jest w tym wynalazku coś nierealnego, dopóki sam go nie zdobędzie. Dopiero wówczas stanie się jego posiadaczem. Wydaje się, jakoby każdą duszę wysyłaną w świat bóstwo wyposażało w pewne siły i właściwości niedające się przenieść na kogoś innego, a przed każdorazową podróżą przez krąg istnienia na duszy tej wypisywało słowa: „Ważne tylko dla tej osoby!” lub: „Ważne tylko na tej linii!”. We wzajemnym stosunku duchów jest coś dziwnie złudnego. Linie graniczne są niewidzialne, ale nigdy się ich nie przekracza. Istnieje tyle dobrej woli do udzielania się i tyle dobrej woli do przyjmowania, że jeden człowiek łatwo mógłby stać się drugim. Ale prawo indywidualności zbiera swoje tajemne siły i mówi: „Ty jesteś ty, a ja jestem ja!”. I tak pozostajemy sobą, gdyż natura chce, by każdy zachował swą odrębność. Każda jednostka stara się rosnąć i wykluczać inne, wykluczać inne i rosnąć, aż po ostateczne granice wszechświata, nakładając wszystkim innym swoje własne prawa istnienia. Natura jednak nieustraszenie broni praw odrębności. Każde istnienie nosi w sobie samoochronę. Żadna siła nie jest tak niesłychanie rozwinięta, jak zdolność zachowania własnej indywidualności wobec indywidualności innych. Jest to zresztą bardzo potrzebne w świecie, gdzie każdy dobroczyńca łatwo staje się złoczyńcą jedynie przez działalność w nieodpowiednim miejscu; w świecie, gdzie dzieci tak często są skazane na głupich rodziców, gdzie wreszcie niemal wszyscy ludzie tak bardzo cierpią na popędy towarzyskie i aż nazbyt chętnie wtrącają się w sprawy innych! Mamy rację, mówiąc o aniele stróżu dzieci. O ileż są one wyższe od nas, nie ulegając wpływom złych ludzi, ani pospolitości, ani podstępnym myślom. Swoim własnym pięknem opromieniają wprost przedmioty, na które patrzą. Dlatego też nie są zdane na łaskę i niełaskę tak marnych wychowawców, jakimi jesteśmy my, dorośli. Gdy je strofujemy i tyranizujemy, bardzo szybko przestają na to zważać. Stają się samodzielne. A gdy ich figlarności pozostawiamy zupełną swobodę, same uczą się panowania nad sobą.

Nie musimy obawiać się nadmiernego ulegania obcym wpływom. Możemy oddać się szlachetniejszemu zaufaniu. Służ wielkim! Nie obawiaj się poniżającego podporządkowania! Nie cofaj się przed żadną usługą, którą możesz spełnić! Bądź członkiem ich ciała, tchnieniem ich ust! Pozbądź się swojego egoizmu! Cóż na tym zależy, jeśli w ten sposób zdobędziesz coś większego i szlachetniejszego? Niechaj zarzucają ci boswelizm: zupełne oddanie się może być nawet szczytniejsze od marnej dumy, trwożnie usiłującej zachować całą swą godność. Bądź kimś innym: już nie sobą samym, lecz uczniem Platona, już nie duszą, lecz duszą chrześcijańską, nie przyrodnikiem, lecz kartezjaninem, nie poetą, lecz szekspirystą. Wszystko na próżno – koła dążącego naprzód postępu nie zatrzymują się; mimo całej siły lenistwa, obawy, a nawet miłości, nie pozostaniesz na tym samym miejscu. Naprzód i ciągle naprzód! Pod mikroskopem badasz monadę lub wymoczki poruszające się w wodzie. Nagle dostrzegasz na zwierzątku punkcik, który rozszerza się w szczelinkę, i oto tworzą się dwa całkowite żyjątka. Taki ciągły proces dzielenia się widzimy też wszędzie w świecie myśli, w życiu społecznym. Dzieci sądzą, że nie potrafiłyby żyć bez rodziców. Ale zanim się obejrzą, zjawia się czarny punkcik i dokonuje się przemiana. Pierwszy lepszy przypadek uświadomi im ich niezależność.

Ale: „wielcy ludzie”? Określenie to jest uwłaczające. Czy istnieją więc kasty? Czy istnieje fatum? Co się stanie z nagrodą przyrzeczoną cnocie? Poważny młodzieniec uskarża się na wybujałość natury. „Piękny i szlachetny – powiada – jest twój bohater, ale spójrz oto na tego biedaka, którego cała ojczyzna mieści się w jego taczce; spójrz na całe społeczeństwo takich nędzarzy!”. Dlaczego od zarania dziejów tłumy nie są niczym innym jak pokosiem mieczy i ładunkiem dział? Ideę reprezentują godnie tylko nieliczni przywódcy. Mają oni uczucie, własny osąd, miłość, poświęcenie, uświęcają wojnę i śmierć – ale co się dzieje z tymi gromadami nędzarzy ginącymi na ich żołdzie? Niska wartość ludzkiego życia jest tragedią dnia powszedniego. Fakt, że inni stoją nisko, jest tak samo przykry, jak gdybyśmy to my sami stali nisko; potrzebujemy bowiem towarzystwa.

Na te zarzuty moglibyśmy odpowiedzieć: Społeczeństwo podobne jest do szkoły Pestalozziego – każdy jest w niej kolejno nauczycielem i uczniem. Zarówno przyjmowanie, jak i dawanie wiedzy jest dla nas korzystne. Ludzie posiadający ten sam zakres informacji nie nadają się do dłuższego wzajemnego obcowania. Ale daj każdemu z nich przyjaciela posiadającego inną wiedzę, a ich rozmowa przywiedzie ci na myśl widok otwartej tamy, przez którą wody spadają do niżej położonego zbiornika. Rozmowa taka wywołuje wręcz wrażenie działania mechanicznego; w każdym razie jest wielkim dobrodziejstwem dla każdego z mówców, gdyż pozwala ożywić i zabarwić jego własne myśli. W naszych wewnętrznych nastrojach bardzo łatwo przechodzimy od wzniosłej godności do pokornej usłużności. Nieraz wydaje nam się, że ktoś nigdy nie zajmuje pierwszego miejsca, lecz zawsze pozostaje w roli służącego. Jest to jednak z naszej strony jedynie pomyłką, bo gdybyśmy uważnie obserwowali jego i jego otoczenie, zobaczylibyśmy, że po obrocie koła fortuny to on właśnie wypłynąłby na wierzch. Mówimy o wielkiej masie, o ludziach pospolitych – tymczasem ludzi pospolitych wcale nie ma! W gruncie rzeczy każdy człowiek ma w sobie pewną wielkość. Prawdziwa sztuka jest możliwa tylko tam, gdzie istnieje przeświadczenie, że każde uzdolnienie gdzieś i kiedyś musi zyskać uznanie. Uczciwe współzawodnictwo, wolne pole i najświeższe wawrzyny dla wszystkich, którzy na nie zasługują! Wszak niebo nad każdą z istot rozpostarło to samo sklepienie. I żadna z nich nie zazna spoczynku ani spokoju, zanim na to sklepienie nie rzuci własnego promienia, a tym samym nie ujrzy swojego talentu w możliwie najdoskonalszej formie.

Wielkość bohaterów dnia jest tylko względna. Rośli oni po prostu szybciej od innych. Albo też w chwili ich triumfu dojrzała w nich cecha pożądana właśnie w owym momencie. W innych czasach pożądano by innej. Pewne promienie wymykają się spod uwagi zwykłego obserwatora; wymagają oka subtelniej ukształtowanego. Zapytaj wielkiego człowieka, czy nie ma od niego większych. Są nimi jego towarzysze – nie mniej wielcy nie tylko dlatego, że społeczeństwo się na nich nie poznaje, lecz wielcy właśnie z tego powodu. Natura nigdy nie stwarza na naszej planecie wielkości, nie powierzywszy tej tajemnicy jakiejś innej duszy.

Z tych rozważań wypływa przynajmniej jeden pocieszający fakt: nasza miłość do wielkich ludzi jest prawdziwym wniebowstąpieniem. Pewnego dnia będzie się wyliczać znakomitości dziewiętnastego wieku, a wtedy wyjdzie na jaw, w jakim barbarzyństwie żyła ta epoka. Istotnym przedmiotem dziejów świata jest geniusz ludzkości. Relacja ta zawiera mnóstwo luk, które możemy wypełnić tylko przypuszczeniami. Dzieje dostarczają nam zapowiedzi, a nasze życie opiera się na wnioskach z pamięci. Nikt w długiej procesji wielkich ludzi nie jest ani rozumem, ani oświeceniem, ani eliksirem, którego pragniemy, lecz jedynie ucieleśnieniem nowych możliwości w tej lub innej ograniczonej dziedzinie. Och, gdybyśmy pewnego dnia zdołali dopełnić tę olbrzymią postać, jednoczącą wszystkie te płomienne punkty! Studiowanie licznych indywidualności wiedzie nas w sferę pierwotną, w której zatraca się jednostka, a w której stykają się wszystkie szczyty. Myśli i uczucia stamtąd tryskające nie dają się zamknąć w granicach jednostki. To tłumaczy nam potężną moc największych – ich duch wypływa sam z siebie. Nowy duch dniem i nocą w koncentrycznych kręgach wypływa z tego źródła, przejawiając się w przeróżnych, nieznanych formach. Wtedy poznajemy, w jak ścisłym wzajemnym związku pozostają wszystkie duchy. To, co jednemu przypada w udziale, nie może być odmówione drugiemu. Najdrobniejszy zysk prawdy lub siły, bez względu na to, w jakiej dziedzinie, przynosi korzyść wspólnocie dusz. Nierówny na pozór podział talentów i pozycji okaże się po wnikliwej obserwacji pomyłką! O ileż łatwiej zanika pozorna nierówność, gdy wzniesiemy się do stanowiska niwelującego wszelką indywidualność, gdy zrozumiemy, że wszystkie jednostki wyszły z jednej substancji porządkującej i twórczej.

Geniusz ludzkości – z tego punktu widzenia musimy rozważać dzieje świata. Pozostają właściwości; ludzie, będący ich przedstawicielami, posiadają ich mniej lub więcej i szybko przemijają; właściwości jednak pozostają na innym czole. To codzienna mądrość. Kiedyś widywano feniksy; obecnie należą do przeszłości, co jednak nie odjęło światu czaru. Naczynia, z których odczytywaliśmy święte hieroglify, okazały się zwykłą gliną; ale sens obrazów został uświęcony i po dziś dzień możemy je odczytywać na ścianach symbolizujących świat.

Przez pewien czas nasi nauczyciele przynosili nam osobistą korzyść; byli miernikami czy wyznacznikami naszego postępu. Wiedza, którą posiadali, czyniła ich naszymi aniołami – ich postacie sięgały nieba. Później zbliżyliśmy się do nich i poznaliśmy ich zasoby duchowe, ich wykształcenie oraz jego granice. Wtedy ich miejsce zajęły nowe postacie. Szczęściem dla nas jest, jeśli kilka imion pozostaje tak wysoko, że nie jesteśmy w stanie odczytać ich z bliska, a wiek i porównywanie z innymi nie zdołają im odjąć ani jednego promienia sławy. Ostatecznie jednak przestaniemy poszukiwać człowieka bezwzględnie doskonałego; poprzestaniemy na wielkości właściwej mu w ramach ludzkiego społeczeństwa. Wszystko, co się łączy z jednostką, jest przemijające i wskazuje na przyszłość, podobnie jak sama jednostka, z granic własnego życia dążąca do bytu nieograniczonego, wszechobejmującego. Nigdy nie mieliśmy zrozumienia dla tego, co w geniuszu jest najlepsze i najistotniejsze, dopóki widzieliśmy w nim siłę całkowicie oryginalną. Z chwilą gdy przestaje nas wspomagać jako „przyczyna”, zaczyna nam pomagać jako „skutek”, a ta jego pomoc jest znacznie donioślejsza. Wtedy bowiem przedstawia nam się jako wykładnik wyższego umysłu lub woli. Nieprzejrzysta jaźń rozświetla się jasnością praprzyczyny i pozwala temu światłu przyświecać.

A jednak, mimo całej ograniczoności ludzkiego wychowania i rozwoju, możemy powiedzieć: wielcy ludzie istnieją po to, by _powstali_ więksi. Przeznaczeniem natur organicznych jest ciągłe doskonalenie – a kto może powiedzieć, gdzie leżą jego ostateczne granice? Zadaniem człowieka jest ujarzmianie chaosu, rozrzucanie na wszystkie strony przez całe życie ziaren wiedzy i pieśni, w celu uszlachetnienia klimatu, upraw, zwierząt i człowieka, dla tysiąckrotnego pomnożenia zarodków miłości i dobra.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij