Przejścia. Którędy do miłości? - ebook
Najbardziej kojąca i zarazem najgłębsza książka Natalii de Barbaro, autorki bestsellerów „Czuła przewodniczka” i „Przędza”.
„Przejścia. Którędy do miłości?” nowa książka Natalii de Barbaro – mistrzyni czułego pisania, które porywa setki tysięcy kobiet – może sprawić, że w zupełnie nowy sposób spojrzymy na historię naszego rodu i wyniesionych z jego przeszłości przekazów. To opowieść o miłości rozumianej nie jako emocja czy relacja, lecz jako fundamentalne doświadczenie bycia w świecie, w którym jest dla nas miejsce.
Autorka prowadzi czytelniczkę przez pamięć osobistą i rodową, pokazując, że nawet w historiach naznaczonych stratą można odnaleźć ślady troski, dobra i odwagi.
To książka, która pomaga zobaczyć, że miłość – nienaruszalna – mieszka w samym centrum nas samych.
Natalia De Barbaro
Natalia de Barbaro - psycholożka, felietonistka, autorka książki "Czuła Przewodniczka", "Przędza" oraz trzech tomików wierszy. Prowadzi autorskie warsztaty dla kobiet Własny Pokój, Dzikie Dziewczynki oraz Moje Drugie Imię. Jej książka "Czuła Przewodniczka" stała się w Polsce jedną z najlepiej sprzedających się książek ostatnich dziesięcioleci i została przetłumaczona na dwanaście języków. Bestsellerem okazała się także „Przędza”.
Zapisy na warsztaty Natalii de Barbaro: nataliadebarbaro.com
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-838-0489-7 |
| Rozmiar pliku: | 5,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Na samym początku
CZĘŚĆ I. Jesteś z rodu
Duma i arogancja
Z czułością babci Marysi
To wszystko przez rodziców
Winni i bardziej winne
Katalog ran
Iskra
Dziewczynka-Czujka
Dziewczynka-w-Białych-Rajstopkach
Dziewczynka-Która-Nie-Sprawia-Kłopotu
Dziewczynka-Szkatułka
Dziewczynka Nieutulona
Dziewczynka-Powierniczka
Domowe tyranie
„Jak śmiesz nie być szczęśliwa?!”
Dziewczynka-Dziewczynka
Poplamiony jedwab
Lęk o dziecko
„Ależ skąd!”
„I ciebie też, bardzo”, czyli drugi pies
Fałszywe wspomnienia
CZĘŚĆ II. W poszukiwaniu przesmyku
We własnej opiece, czy tego chcesz, czy nie
Czy ktoś mnie widzi?
Żałoba
Słowo na „T”
Pudełko w czarnym pudełku
Wierne krzywdzie
Ile już przeszłaś
Z popiołu pigment
Pułapki
Harówa emocjonalna
Zwarte, zrywne, wyczerpane
Odgromniczki
Zmęczenie
Widmo wyrzutów sumienia
Ołtarzyk dla wewnętrznego kretyna
Pochwały
CZĘŚĆ III. Detektywka miłości
„Prace archeologiczne”
Jedno jasne wspomnienie
Albumy i opowieści
Babcia
Specjalni wysłannicy
Na „ty” z rodzicami
Poszukiwania w codzienności
Materiał dowodowy
To, co już działa
Na co patrzysz?
Niespodziewana zmiana
„Tak” przed „nie”
„Nie” też jest ważne
Płaskie poletko
„Obserwuj i nic nie zmieniaj”
Czatując na czata
Na początku na niby, czyli fake it till you make it
Pochwała skromnych ambicji
Cudze „nie”
Powtarzanie
Co powtarzasz?
Bezczynność
Leżący motyl
Szklana woda
Królowa Intuicja i jej posłaniec
Przesunięcia na skali
W samym środku
PrzypisyMitce i Zbyszkowi,
moim ukochanym rodzicom,
którzy wychowali mnie na kogoś,
kto bardzo wierzy w miłość
Na samym początku
Kuchnia jest mała. Pod oknem, na przedłużeniu parapetu, jest blat oklejony wypłowiałą ceratą w biało-czerwoną kratę. Na tym blacie kładziemy stolnicę, wysypujemy na nią mąkę. Potem wałkujemy ciasto i kiedy jest wystarczająco cienkie, szklanką wykrawamy kółka. Najbardziej lubię robić kulkę z okrawków i potem z tej kulki, z tych resztek, wykrawać następne kółka. Chcę, żeby ich wyszło dużo.
To jest początek: mam może pięć lat. Moja babcia Marysia ma wtedy około sześćdziesiątki, czyli tyle, ile ja będę miała za parę lat. Scena, która ma nie trafić do żadnej książki, najbardziej zwykła ze scen.
Kim byłabym, gdyby w moim sercu nie był zapisany ten obraz – i inne obrazy miłości? Na ile mam wpływ na to, co pamiętam? Jaką historię opowiadam sobie dzisiaj o swoim życiu? I przede wszystkim jak żyć swoją codzienność, żeby podtrzymywać w swoim sercu to, co dobre i jasne?
To jest książka o tym, że jesteś kochana. Że w samym twoim centrum, wbrew nieszczęściom, które się wydarzyły, chociaż nie powinny były się wydarzyć, wbrew trudom nie do udźwignięcia, które były dźwigane, wbrew tym, którzy cię nie kochali albo nie umieli pokazać, że kochali, wbrew temu, z czym teraz się zmagasz – wbrew temu wszystkiemu – w samym środku ciebie jest miłość: taka, do której żadna krzywda i żadna trauma nie ma dostępu.
To byłoby niezłe, prawda? Bo nasze życie mierzone jest odległością od miłości.
To, jak same siebie traktujemy, w ogromnej mierze decyduje o tym, ile jej będzie w naszym życiu. Bo też w każdym dniu, każdej godzinie i każdej minucie dnia traktujemy siebie jakoś. Stajemy na niewidzialnych rozdrożach: pójdę za tym, co dla mnie dobre, czy za swoim strachem? Będę dla siebie matką, która przygarnia, czy taką, która od siebie się odwraca? Będę szukać dowodów na to, że jestem krzywdzona, czy na to, że jestem kochana?
Ta książka ma ci pomóc iść za tym, co jasne. I zobaczyć, że to, co jasne, mieszka w samym twoim środku.
Kiedy byłam dziewczynką, zdarzało mi się jeździć na obozy harcerskie. Pamiętam taki obraz: próbuję rozpalić ognisko. Inni patrzą. Jesteśmy w sosnowym lesie, gdzieś na północy Polski. Poprzedniego dnia padało i wilgoć wsiąkła we wszystko. Kora sosny, której próbuję użyć jako podpałki, nasiąkła tą wilgocią jak gąbka: nawet jeśli wygląda na suchą, tuż pod powierzchnią okazuje się mokrą miazgą. Końcówki długich igieł sosny zwijają się i gasną. Z każdą kolejną zapałką mam coraz mniej nadziei, że się uda – a ci, którzy patrzą, patrzą jakby coraz bardziej. Będzie zimno i ciemno, i to będzie moja wina.
Prawie pięćdziesiąt lat później dostaję od dorosłych kobiet listy, w których opisują podobne wydarzenie: kobieta szuka miłości do siebie. Próbuje to w końcu poczuć – i jest w tym wytrwała. Jedna, druga, trzecia, czwarta zapałka. Wszystkie gasną.
– Czego jeszcze mogę użyć? – pyta kobieta, udając sama przed sobą, że jeszcze ma siłę, starając się, żeby jej własny głos brzmiał w miarę dziarsko. Ale nie wie, czego jeszcze mogłaby użyć. Stara się ukryć przed sobą, jak bardzo ma dość, jak bardzo jest rozczarowana jałowością swoich wytrwałych prób.
Wszystkie zużyte zapałki wkłada z powrotem do pudełka i zaczyna łapać się na lęku, że kiedy znowu je otworzy, znajdzie już same czarne, spalone łebki: że będzie za późno, nadzieja też zgaśnie.
Na tamtym obozie zdarzyło się coś nieoczekiwanego – kiedy wydawało się, że nici z ogniska, z sąsiedniej polany nadbiegła moja dobra koleżanka, cała zdyszana, i wykrzyczała z wielką podnietą, że im się udało rozpalić: mają wielkie ognisko i zapraszają nas do siebie.
Nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego w ogóle byliśmy rozdzieleni, ale pamiętam tamtą ulgę: ognisko płonie. Płonęło już wtedy, kiedy ja podejmowałam swoje nieudane próby.
Nie wiem, czy ty mi uwierzysz, ale ja bardzo w to wierzę: że ognisko już płonie. To jest książka o tym, że nawet wewnątrz bardzo trudnej i pełnej ran historii życia można znaleźć źródło ciepła.
Daj mi szansę, żebym spróbowała cię o tym przekonać.
Są tytuły książek, które same z siebie wiele mówią. Na przykład: „Nie zaczęło się od ciebie”.
Dopóki nie robią nas w laboratoriach, dopóki przychodzimy na świat przez łona kobiet, dopóty tytuł książki Marka Wolynna będzie mówił prawdę. Jesteśmy z rodu: nie zaczęło się od nas. I możliwe, że na nas się nie skończy.
Wyobraziłam sobie taką scenę: wchodzę do księgarni i ściągam z półki książkę Wolynna. Chwilę potem wchodzi tu moja mama i też ją ogląda. Jej tytuł jest dla niej tak samo prawdziwy. Potem wchodzi moja babcia, w swojej eleganckiej bluzce z okrągłym kołnierzykiem, w ażurowym morelowym sweterku, który sama wcześniej zrobiła na drutach. Ona też patrzy na „Nie zaczęło się od ciebie” – i też wie, że to prawda. I moja prababcia Janeczka, ta od strony taty – bo tej od strony mamy nigdy nie znałam – może w beżowej wełnianej spódnicy do połowy kolan, dopasowanym żakiecie, pończochach, choć upał: prosi księgarza, żeby ściągnął z jednego z pnących się po sufit drewnianych regałów tę książkę. Od niej też się nie zaczęło.
Ty, twoja mama, twoja babcia, prababcia – patrzące na ten tytuł. Nie zaczęło się od ciebie, mamo. Nie zaczęło się od ciebie, babciu. Nie zaczęło się od ciebie, prababciu.
Jedynym sposobem na to, żeby nie mieć swojego rodu, jest nigdy się nie urodzić.
Tylko w linii żeńskiej mamy około dwunastu tysięcy bezpośrednich przodkiń. Tak jakby wszyscy mieszkańcy i mieszkanki Kazimierza Dolnego, Złotoryi, Łeby, Mikołajek czy Ustrzyk Dolnych. A gdyby dołożyć do tego – co, umówmy się, jest dość uzasadnione – dziadków, pradziadków i prapradziadków, to już mamy cały Sanok, Nowy Targ, Łańcut czy Ostrowiec Świętokrzyski. A gdyby jeszcze dodać ciotki, wujków, babcie stryjeczne i cioteczne!
Zamykam oczy i zapuszczam się w fantazję o tym, że chodzę po Mieście Przodkiń i Przodków. W tej podróży jestem niewidzialna. Jestem z nich wszystkich i, chociaż ich spotkanie w jednym czasie jest niemożliwe, równocześnie jest całkiem możliwe – to ja jestem ich spotkaniem. Bo oni wszyscy spotykają się we mnie.
Oni wszyscy, ci twoi, spotykają się w tobie. Jeśli zaryzykujesz taką dziwną rzecz, żeby zamknąć teraz na parę chwil oczy i pozwolić, żeby pod twoimi powiekami pojawił się ten obraz – ciebie, chodzącej po mieście swoich przodkiń i przodków – może w twoim sercu wydarzy się coś ważnego.
Zaryzykuj.
Duma i arogancja
Każda z nas przynależy do swojego rodu. Akurat w tej sprawie, choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskały powieki, rzeczywistość ani drgnie. Ale czy jest sens je zaciskać?
Rupi Kaur, indyjska poetka i rysowniczka, napisała kiedyś wiersz, który zaczyna się od słów: „Jestem pierwszą kobietą ze swojego rodu mającą wolny wybór”.
To zdanie poznałam pierwszy raz jako zdanie niedokończone. Powiedziała mi o nim moja przyjaciółka Mona Cichoń. „To niezwykłe, prawda? To, że jesteśmy pierwszą kobietą z rodu, która..., i że możemy znaleźć tyle zakończeń tego zdania”.
Zaczęłam cytować to zdanie na warsztatach i prosić uczestniczki, żeby je dokończyły. Po jednej takiej rundce wszystkie jesteśmy przejęte. To zdanie pokazuje nam wagę naszych wyborów, naszych pojedynczych, codziennych gestów – i naszych rozstrzygnięć wielkich problemów. „Jestem pierwszą kobietą ze swojego rodu, która tak świadomie szuka swojej wolności”. „Jestem pierwszą kobietą ze swojego rodu, która poszła na terapię”, „Jestem pierwszą kobietą ze swojego rodu, która wydaje pieniądze na swoje potrzeby”.
Kiedy szukasz swoich zakończeń zdania „Jestem pierwszą kobietą z rodu, która...”, sprawy stają w nowym świetle. Oświetlony przez to zdanie, czym innym wydaje się teraz twój upór, żeby w wieku czterdziestu trzech lat zacząć studia psychologiczne. Twój rzekomy „kaprys”, żeby raz do roku wyjeżdżać z przyjaciółkami w góry. Twoja oprotestowywana przez mamę przy każdym waszym spotkaniu decyzja, żeby płacić za pomoc w sprzątaniu domu. Twoje „cackanie się” z córką, której dajesz przestrzeń, żeby wypowiedziała, wykrzyczała wszystkie swoje „to jest bez sensu!!!” i „nie lubię cię!!!”.
Obie jesteśmy pierwszymi kobietami z rodu, które... Co się w tobie wydarzy, jeśli się zatrzymasz na tym trzykropku i zdecydujesz się poszukać swoich zakończeń tego zdania, nie jednego, nie dwóch, lecz wielu? Kiedy sama to zrobiłam, poczułam się, jakby w tle zaczęła grać uroczysta muzyka. To, co robię, ma znaczenie. Moje bitwy, te, które widać, i te, których nikt nie widzi, mają znaczenie.
Ale po pewnym czasie tańczenia z tym zdaniem poczułam coś jeszcze – obawę przed fałszywą nutą. „Jestem pierwszą kobietą z rodu, która poszukuje wolności”.
Ejże.
Kiedy w mojej czapce niewidce wracam do Miasta Przodkiń i Przodków i chodzę pomiędzy nimi, zdaję sobie sprawę, że nic o nich nie wiem. Interesują mnie szczególnie kobiety, które były przede mną. Kim jest ta w ciasnym gorsecie, która odwraca wzrok? Co myśli tamta, kiedy wywiesza pranie? Kogo woła ta trzecia – i czy on ją kocha? Kim stanie się ta dziewczynka, teraz trzymająca się fartucha mamy? Z czym będzie się mierzyć?
Nic o nich nie wiem.
Jeśli patrzę na swój ród tylko z ubolewaniem, w aroganckim przekonaniu, że dopiero ode mnie zaczyna się prawdziwa historia miłości i wolności, odwracam się plecami do tych wszystkich kobiet. Do ich codziennych aktów miłości i do poszukiwań wolności, które były ich udziałem. Odwracam się plecami do ich ramion kołyszących moje praprababki i babki, do ich rąk mieszających zupę, szorujących fartuchy i chusty na kamieniach w rzece, zbierających rumianek na bolący brzuch córki, dziurawiec na swój własny smutek, którego się nie rozumie, do rąk cerujących koce i obrusy, do rąk opatrujących rany żołnierzy, rąk kładzionych na ramionach syna, do rąk, które mozolnie stawiają w zeszycie litery (nikt z rodu dotychczas tego nie robił). Odwracam się plecami do rąk zasiewających pole i przewracających kartki książek. Do kobiet toczących spory ze swoimi matkami, które mogły uważać je za zbyt „nowoczesne”.
Jeśli odwracam się plecami do tego, to czy nie odwracam się też do tego, co we mnie samej jest miłością albo choćby jej zaczynem?
Pewna kobieta opowiadała mi, że jako dziewczynka bardzo lubiła śpiewać w chórze. „Kiedy śpiewałam solo, denerwowałam się, że fałszuję. Chór dawał mi poczucie bezpieczeństwa”. Czy nie osłabiamy siebie samych, gdy odrzucamy świadomość tego, że wszystkie śpiewamy w wielopokoleniowym chórze? Że możemy znaleźć bezpieczeństwo w poczuciu, że nasz głos jest wzmacniany i osłaniany przez inne głosy?
To samo z wolnością: nie od nas zaczęły się jej poszukiwania. Chociaż na te poszukiwania nie patrzyłyśmy swoimi oczami, one z całą pewnością kiedyś się wydarzały. Gdybyśmy mogły dzisiaj zanurkować w czasie, zobaczyłybyśmy te obrazy: i w twoim, i w moim rodzie jakaś Elżbieta, Marianna albo Stefania wieczorami czyta swojej małej córeczce wiersze. Jej mąż, przeciwny edukacji dziewcząt, nic o tym nie wie. Jakaś Helena, Emilia albo Hanka zakłada po domu najlepszą sukienkę. Robi to dla siebie. Jakaś Józefa, Gabriela albo Zofia wyszywa swoje inicjały na lewej stronie spódnicy z taniego płótna, w przeczuciu, że jej istnienie warte jest odnotowania, choćby ona miała być jedyną, która je odnotuje, w tajemnicy. Jakaś Rozalia albo Franciszka wyrywa się do lasu i kładzie na mchu, zmawia złożoną z wymyślonych przez siebie słów modlitwę do buków i dębów. Następnego dnia boi się wiecznego potępienia, że pójdzie do piekła, bo nie powtarzała słów już napisanych modlitw, tylko odważyła się na własne. Ale potem znowu wraca do lasu i wypowiada własne słowa. Jakaś Maria znajduje na śmietnisku pod miejską szkołą wyrzucony, prawie pusty zeszyt i wiedziona niezrozumiałym dla siebie instynktem zaczyna pisać dziennik. Nie wie, że jej praprawnuczka napisze i obroni kiedyś pracę doktorską na wielkim uniwersytecie.
Historia mojego rodu nie zaczęła się ode mnie i na mnie się nie skończy. Może matki nas obu stoczyły walki, o których nic nie wiemy. Ich babki nie miały nawet praw wyborczych. Być może jakaś moja prapraprababka stoczyła o swoją wolność walkę cięższą niż ja, która o wolności kobiet mówię w telewizji i wydaję o niej książki w różnych językach.
Wewnątrz tej bardziej pokornej perspektywy znajduję jeszcze coś – niesamotność. Nitka wolności, nitka miłości przeplatają się przez pokolenia. Jestem, jesteś po prostu kolejną kobietą, która, na chwilę, bierze ją w swoje ręce. Nie jestem tą, która musi wszystko odmienić, odwrócić całą kilkusetletnią historię. Śpiewamy w chórze.
Umiem sobie to wyobrazić: ogromny krąg kobiet. Podchodzę do niego i słyszę, jak któraś z nich mówi: „Ona jest nasza, ona jest z nas”. To coś zmienia. W świecie, w którym „sama muszę siebie pokochać”, „sama sobie to robię”, nie ma miejsca na tę ogromną zmianę, która zachodzi, kiedy pojawia się zewnętrzna osobowa obecność. Co z tego, że ich nie znałam? Wiem, że były. Co z tego, że nie znam ich historii? Ich ślady mieszkają we mnie.
Żadna z nas nie jest pierwszą kobietą z rodu, która szuka swojej wolności. Chociaż pewnie obie dajemy temu poszukiwaniu wyraz poprzez coś, czego żadna z naszych przodkiń nie robiła. Nie idziemy same. Wykonujemy swoją pracę, najlepiej jak potrafimy, przez chwilę, kiedy tu jesteśmy. Potem przekażemy ją dalej.