-
nowość
Przejścia tonalne - ebook
Przejścia tonalne - ebook
„Przejścia tonalne” to zbiór współczesnych opowiadań groteskowych i surrealistycznych, ukazujących człowieka zagubionego w świecie absurdu, samotności i emocjonalnego chaosu. Bohaterowie mierzą się z kryzysem relacji, duchową pustką, lękiem i rozpadem codzienności. Autor łączy czarny humor, realizm i oniryzm, tworząc niepokojące historie balansujące między śmiechem a rozpaczą, gdzie zwyczajność stopniowo zamienia się w sen, koszmar lub groteskową deformację rzeczywistości. To literacka podróż przez współczesne lęki, pragnienia i emocje ludzi próbujących odnaleźć sens w świecie pełnym chaosu, iluzji i duchowego zagubienia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 116 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rzygomancja ................................ ................................ ............. 55
3
Wstęp
Nie wiem, czy te opowiadania dzieją się naprawdę.
A może inaczej — nie wiem, czy wydarzyły się dokładnie w taki sposób, w jaki zostały tutaj opisane.
Wiem jednak, że emocje, lęki, zmęczenie i dziwność świata, z których powstały, są jak najbardziej
prawdziwe. To właśnie one były pierwsze. Historie przyszły później.
Świat tych opowiadań jest współczesny tylko pozornie. To nie jest reportażowa Polska, nie jest to
również realistyczny zapis codzienności. Bardziej interesował a mnie współczesność jako stan
psychiczny człowieka — jego samotność, przebodźcowanie, duchowy głód, absurd pracy, kryzys
relacji, tęsknota za czymś autentycznym i jednoczesna niemożność odnalezienia tego w świecie pełnym
imitacji emocji, gotowych narracji i pustych rytuałów.
Dlatego rzeczywistość w tych tekstach często się wygina. Czasem pęka. Czasem zaczyna przypominać
sen, halucynację albo kiepski żart opowiedziany przez kogoś bardzo zmęczonego życiem. Groteska nie
jest tutaj ozdobą ani literacką zabawą. Jest sposobem patrzenia na świat, który sam coraz częściej wydaje
się groteskowy. Trudno bowiem mówić całkowicie serio o rzeczywistości, w której ludzie szukają sensu
życia w korporacyjnych szkoleniach, aplikacjach medytacyjnych, ceremoniach duchowych, me diach
społecznościowych albo w kolejnej ideologii obiecującej szybkie zbawienie.
Bohaterowie tych opowiadań często próbują od czegoś uciec. Od siebie, od przeszłości, od samotności,
od pustki, od pracy, od ciała, od pamięci, od innych ludzi. Jedni szukają duchowości. Inni miłości.
Jeszcze inni pragną jedynie świętego spokoju. Bardzo często trafiają jednak w miejsca jeszcze bardziej
absurdalne niż te, z których uciekli.
Interesuje mnie człowiek postawiony gdzieś pomiędzy śmiesznością a rozpaczą. Między potrz ebą
transcendencji a brutalną fizjologią. Między duchowością a żółcią w plastikowym wiadrze. Między
internetowym memem a autentycznym cierpieniem. Wiele z tych historii balansuje właśnie na tej
cienkiej granicy, gdzie śmiech zaczyna być niepokojący, a grot eska nagle odsłania coś bardzo ludzkiego.
Niektóre opowiadania są bardziej realistyczne, inne wchodzą w surrealizm, horror, oniryzm czy czarną
satyrę. Wszystkie jednak wyrastają z podobnego doświadczenia współczesności — doświadczenia
zagubienia. Żyjemy w świecie, który produkuje ogromne ilości informacji, bodźców, obrazów i emocji,
ale jednocześnie coraz trudniej znaleźć w nim ciszę, sens albo zwykłą obecność drugiego człowieka.
Być może dlatego bohaterowie tych tekstów tak często rozmawiają z duchami, zwi erzętami, maszynami,
demonami albo własnymi obsesjami — bo coraz trudniej rozmawiać im ze sobą nawzajem.
Pisząc te opowiadania, nie próbowałem moralizować ani stawiać diagnoz. Bardziej interesowało mnie
tworzenie pewnych stanów emocjonalnych, obrazów, pękn ięć rzeczywistości, przez które czasami
przebija coś dziwnie znajomego. Coś, czego być może nie chcemy o sobie wiedzieć.
Jeżeli więc podczas lektury pojawi się śmiech — dobrze.
Jeżeli pojawi się dyskomfort — jeszcze lepiej.
Bo być może właśnie gdzieś pomię dzy groteską, absurdem i ciemnością najłatwiej dziś zobaczyć
człowieka takim, jakim naprawdę jest.
Autor
4
Czarny koń
Marcelina czuła, że musi uciec. Od miasta, od hałasu, od zimnych korytarzy blokowisk,
przesiąkniętych zapachem przeszłości, której nie chciała pamiętać. Wystawiła post w
internetowej grupie: szuka miejsca wśród natury, gdzie w zamian za dach nad głową mogłaby
dbać o ogród, zwierzęta, gotować, sprzątać, przynosić ulgę dłońmi w ciepłych, kojących
masażach. Była gotowa na barter, na prostą w ymianę – praca za spokój. W duszy czuła, że musi
gdzieś należeć, ale jeszcze nie wiedziała, dokąd.
Odezwał się Vadim. Beskid Niski, mała wieś na skraju lasu. Wiadomość była surowa,
oszczędna w słowach: "Przyda mi się pomoc. Miejsce jest. Wiosna blisko." Nic więcej. Ale
Marcelina wyczuła coś w tej krótkiej wiadomości – ciepło ukryte pod chropowatością, zapach
drewna palonego w kominku, wilgoć ziemi budzącej się po zimie. Czuła, że musi tam pojechać.
Przestraszyła się jednak. Myśl, że zamieszka sama z niezn anym mężczyzną, była jak kropla
lodowatej wody na karku. Los postawił jednak na jej drodze Weronikę, kobietę po przejściach,
z pustką po stracie dziecka i bliznami po przemocy. Szukały tego samego: azylu, wytchnienia,
nowego początku. Pojechały razem.
Vadi m czekał na nie przed domem, oparty o drewniany płot. Wysoki, o zmęczonych oczach, w
których odbijał się las. Jego gospodarstwo wyglądało na stare, pochylone od czasu, jakby tkwiło
tu od zawsze, otoczone wysokimi trawami i krzewami czarnego bzu. W drzwiach wisiały
splecione z ziół amulety, a próg przysypany był solą. Z wnętrza domu dobiegał zapach wilgoci,
popiołu i suszonych kwiatów. W powietrzu unosił się ciężar nieskończonego zmierzchu.
Marcelina i Weronika odnalazły swój rytm. Praca w ogrodzie, karmieni e zwierząt, gotowanie.
Vadim był oszczędny w słowach, ale jego spojrzenie zatrzymywało się na Marcelinie dłużej,
niż powinno. Czasem śmiali się razem, czasem po prostu milczeli na drewnianej werandzie,
pijąc herbatę o smaku ziołowego dymu. Było dobrze. Aż do tamtej nocy.
Wiatr zerwał się nagle. Uderzył w dom, w drzewa, w ich czułe ciała, jakby chciał je porwać.
Powietrze niosło zapach wilgoci, gnijącego drewna, stęchlizny i starego siana. W lesie coś się
poruszyło – cichy, przeciągły szelest, jakby tysiące liści szeptało do siebie tajemnice. Vadim
pobladł. Jak zahipnotyzowany wyszedł na środek pola. Kobiety wołały go, ale nie reagował.
Stał w bezruchu, wpatrując się w horyzont. I wtedy zobaczyły go – czarny rumak pędzący ku
nim z głębi nocy. Ogier był ogromn y, jego sierść lśniła w blasku księżyca jak płynny atrament,
5
grzywa rozwiewała się na wietrze niczym skrzydła. Biegł prosto na Vadima. A potem się
zatrzymał.
Nie było rżenia, nie było uderzenia kopyt. Rumak i Vadim patrzyli na siebie długo, jakby
rozmawial i bez słów. Marcelina czuła, że powinna uciekać, ale coś ją przyciągało. Powietrze
zgęstniało, stało się ciężkie, nasiąknięte wilgocią, zapachem mchu i mokrego drewna. Pobiegła
do Vadima. Wtedy koń wyparował, rozwiał się w kłębach czarnego dymu, z którego wyłoniła
się postać. Wysoka, spowita w ciemność. Płaszcz przypominał habit, ale twarz... Twarz była
wydłużona, końska, z czarnymi oczami bez dna.
Vadim zrobił krok w tył, gestem nakazał Marcelinie się cofnąć, ale ona stała skamieniała.
Stworzenie pochyliło się nad nią. Jego dłoń, gorąca i lepka, dotknęła jej brzucha. Marcelina
poczuła prąd, dreszcz, jakby dotknęła samego krańca istnienia. Upadła i straciła przytomność.
Budziła się przez kilka dni, majacząc o ciemności i ogniu. Vadim i Weronika czuwali przy niej,
ale on nie mówił nic. Dopiero po tygodniu zrozumiała, że jest w ciąży.
Dziecko przyszło na świat wśród wichury i przeszywającego zimna, podczas pełni. Jego płacz