Przekleństwa niewinności - ebook
Przekleństwa niewinności - ebook
„Przekleństwa niewinności są cenną pozycją, ponadczasowym dokumentem odwiecznego niepokoju serca młodości i owocem pracy, który zasługuje na to, aby się nim delektować, cenić i dzielić z innymi.” — Michael Munro
Po raz pierwszy opublikowane w 1993, Przekleństwa niewinności oznajmiły nadejście nowego amerykańskiego pisarza. Na cichych przedmieściach Detroit pięć sióstr Lisbon – pięknych, ekscentrycznych, obsesyjnie podglądanych przez chłopców z sąsiedztwa – popełnia samobójstwo jedna po drugiej w ciągu roku. Podczas gdy chłopcy obserwują je z oddali, porażeni, one rozwiązują razem kawałek po kawałku tajemnicę rodzinnej melancholii. Ta hipnotyzująca i niedająca się zapomnieć powieść przedstawia nastoletnią miłość, niepokój i śmierć. Jeffrey Eugenides emanuje młodzieńczymi silnymi emocjami, a wrażliwość i czarny humor kreują dojrzałą historię niepodobną do innych współczesnych opowieści. Książka jest adaptacją przyjętego z uznaniem przez krytykę filmu wyreżyserowanego przez Sofię Coppolę.
„Przekleństwa niewinności” są w nowoczesny sposób klasyczne. Ta romantyczna i ponadczasowa opowieść o seksie i samobójstwie zmieniła i zmitologizowała życie mieszkańców przedmieść środkowej Ameryki.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8110-837-9 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nadal mam ten sam egzemplarz Przekleństw niewinności, który czytałam po raz pierwszy jako licealistka. Na jego kartkach odcisnęły się ślady nastoletniej Emmy: woda pomarszczyła strony, bo przeglądałam je w kąpieli, poplamił je sok z mandarynek, które zjadałam wtedy tonami. Czytałam tę powieść już wiele, wiele razy, ale wciąż pamiętam moment, gdy natknęłam się na nią po raz pierwszy. Zdawało mi się wtedy, że to mój własny, sekretny świat wyciąga do mnie rękę, a wszystkie nieokreślone tęsknoty i obsesje lat nastoletnich w jakiś sposób wracają do mnie w postaci książki. Nawet pięć dziewcząt o nazwisku Lisbon było jakby odbiciem mnie i moich czterech młodszych sióstr – wiedziałam doskonale, jak specyficzny jest dom wypełniony samymi dziewczętami, znałam to gorączkowe zamienianie się ubraniami, te wszystkie rytuały i ablucje, okres dorastania przypominający jakąś przewlekłą chorobę, na którą cierpiała każda z nas. Świat Przekleństw niewinności był mroczny i prozaiczny, tak jak świat nastolatek, wypełniony pragnieniem, by skatalogować każdy znak i każdy symbol, wyciągnąć z nich znaczenie; nawet najdrobniejsze zdarzenia stawały się w naszych oczach zapowiedzią czegoś niezwykłego. Takie życie bywało wykańczające: wierzyłyśmy, że każda z naszych emocji ma ogromną wagę, i śledziłyśmy najmniejszą zmianę nastroju. Nie było to łatwe życie, a jednak i tak czasem za nim tęsknię.
„Tego ranka, gdy już ostatnia z kolei córka Lisbonów podjęła próbę samobójczą – tym razem była to Mary oraz tabletki nasenne, podobnie jak to miało miejsce z Therese – dwaj sanitariusze przybyli do domu, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się szuflada z nożami, a gdzie kuchenka gazowa, a także gdzie jest belka w piwnicy, na której można powiesić sznur”. Już pierwsze zdanie powieści daje czytelnikowi jasno do zrozumienia, że wszystkie dziewczynki państwa Lisbon – ich „córki” – umrą. Sanitariusze z łatwością poruszają się wokół miejsca wypadku, bo to, co powinno szokować – samobójstwo młodej dziewczyny – stało się dla rodziny Lisbonów rutyną. Nawet narrator jest spokojny, miarkuje swoją wypowiedź, podając informację o sposobie, w jaki Mary odebrała sobie życie, jakby mimochodem. Nie ma zbrodni, której zagadkę trzeba byłoby rozwiązać, nie ma mordercy, którego tożsamość trzeba by odkryć. Wiemy doskonale, co się wydarzyło, kto zginął i w jaki sposób. Podając nam tę informację jak na tacy, z zachowaniem chłodnego dystansu, Eugenides skupia naszą uwagę na czymś zupełnie innym – przeprowadza powieściowe dochodzenie o zupełnie innej skali. Lecz nawet gdy niewiadome staje się wiadome, każdy szczegół zostaje wyjaśniony, a każdy świadek przesłuchany, i tak nie ma pewności, że zrozumiało się własne życie.
Narratorem Przekleństw niewinności staje się grecki chór bezimiennych mężczyzn wspominających okres swojego dorastania i samobójstwa pięciu dziewcząt gdzieś na przedmieściach stanu Michigan. Ich opowieść jest równocześnie elegijna i cięta jak brzytwa; nurkują w tę i z powrotem w odmęty własnego życia, przywołując dawne chwile i odgrywając rolę zbiorowej świadomości całego osiedla. Ci mężczyźni nigdy do końca nie wyrośli z własnych wspomnień – choć mają już „rzednące włosy i okrągłe brzuszki”, wciąż pozostają chłopcami krążącymi wokół nierozwiązanej tajemnicy tego, co popchnęło dziewczęta do odebrania sobie życia. Z wysiłkiem godnym policyjnych śledczych zebrali wyczerpujący zbiór pamiątek z tamtych czasów („dowody rzeczowe numer 1 do numeru 97”), przeprowadzili przesłuchania nawet najdrobniejszych postaci osiedla, próbowali wyobrazić sobie, że siedzą w głowach pięciu sióstr Lisbon i, przede wszystkim, próbowali ożywić zastałą przeszłość. Akcja powieści cofa się i tak otrzymujemy rekonstrukcję osiemnastu miesięcy dzielących samobójstwa pierwszej i ostatniej z córek, a narratorzy tej historii, mężczyźni w średnim wieku, obsesyjnie próbują wniknąć w sekret, którego być może nigdy nie rozwikłają, bo żadnej z poszlak nie sposób brać za pewnik.
Córki Lisbonów są dziwne, niemal widmowe; początkowo jawią się jako bezkształtna, jednolita masa pięciu blond głów, „plama oślepiającego światła, jak kongregacja aniołów”. Następnie, w trakcie uważnego studium prowadzonego przez chłopców, każda z dziewcząt staje się coraz bardziej konkretną istotą: rozmarzona Cecilia sporządzająca listy gatunków zagrożonych wyginięciem i ubrana w suknię ślubną z obciętym rąbkiem, Therese, wiecznie zajęta swoją radiostacją, Bonnie, całująca „z oczami szeroko otwartymi z przerażenia”, Mary, tańcząca z chusteczką higieniczną w dłoni, i – najbardziej arogancka i frapująca z dziewcząt – Lux, której znakiem rozpoznawczym są bluzki bez pleców i „dziwny, gardłowy śmiech”. Inny pisarz być może nakreśliłby dziewczęta tylko powierzchownie, czyniąc z nich ledwie maniakalną fantazję, Eugenides jednak pokazuje nam migawki tego, kim były naprawdę, dając im godność istnienia nie tylko w wyobrażeniach chłopców. Każda z nich ma osobowość, której nawet najbardziej uważny obserwator nie byłby w stanie dostrzec. Nawet gdy siostry nabierają kształtów, stają się przedmiotem badań i obsesji, nigdy nie ujawniają się w pełni – ani czytelnikowi, ani chłopcom, którzy zresztą rozumieją, że ich zainteresowanie zmarłymi koleżankami nigdy nie przybliży ich do prawdy. Jeśli już, dziewczęta stają się tym bardziej tajemnicze, silniejsze, nieuchwytne: „ wiedziały o nas wszystko, chociaż my nie byliśmy w stanie ich pojąć. Wiedzieliśmy, w końcu, że te dziewczyny tak naprawdę były kobietami w przebraniu, że rozumiały miłość, a nawet śmierć, i że naszym jedynym zadaniem było robienie zamieszania, które zdawało się je fascynować”.
Eugenides buduje świat tak ciasny i nastrojowy, że jego książka działa niemal jak pogoda: ma własny, odrębny system logiczny, a może raczej zamknięty obwód nastoletniego mózgu, dostrojonego, by odbierać wszelkie znaki i sygnały; jest niczym uzależniająca klaustrofobia. Nawet gdy Eugenides dywaguje nad powojennym snem o przedmieściu, „upadającym imperium” miasteczka w Michigan, w jego słowach znajdziemy poczucie ponadczasowości, wrażenie, że opisywany świat jest równocześnie bliski i w pewnym sensie nieziemski, krążący między nastoletnią nudą codzienności i niemalże mitycznym królestwem. Gdy Cecilia podcina sobie żyły na nadgarstkach, sanitariusze z noszami zostają porównani do „niewolników składających ofiarę na ołtarzu”, a Cecilia – do „zamroczonej dziewicy opierającej się na łokciu, z nieobecnym uśmiechem na pobladłych wargach”. Pisarstwo Eugenidesa jest niemal bezszwowe; łatwo jest podążać za jego rytmem, zapaść się w książkę tak, jak zapada się w sen. Jedną z największych przyjemności z lektury powieści Eugenidesa są szczegóły: pokoje, ulice i osiedla autor odtwarza wręcz co do piksela. Każdy opis, każdy przedmiot zdają się dokładnie takie jak w rzeczywistości. Elementy świata przedstawionego, fizycznie wręcz namacalne, powstają jak wiersz: bluzki bez ramiączek Lux, karty do tarota Cecilii, lampa Apollo 11, pomarańczowa aspiryna dla dzieci… Nawet lista zakupów państwa Lisbon, wyżebrana od dostawcy ze sklepu spożywczego, przyjmuje romantyczną, gnomiczną jakość. Dlaczego te szczegóły – zaprawiony alkoholem sok ananasowy, różowy marmur, zabrudzony płócienny but – tak nas oczarowują? Postaci o mniejszym znaczeniu Eugenides traktuje z równą troskliwością i drobiazgowością, a nawet poświęca im sporo uwagi, często osiągając efekt komiczny: Trip Fontaine (personalia idealne) na przykład, sumiennie pracujący nad opalenizną, trzyma w słoikach kolekcję „Wielkich jointów świata”, a dziewictwo stracił na wakacjach w Acapulco z kobietą rozdającą karty w kasynach Las Vegas. Z kolei Dominic Palazzolo „był pierwszym chłopakiem w sąsiedztwie, który nosił okulary słoneczne” i wyglądał „właśnie tak, jak wyobrażaliśmy sobie Europejczyka – słabowity, schorowany, chimeryczny”. Eugenides przedstawia warstwę czasu i miejsca tak, jak zachowujemy ją w pamięci – tak jak zapach, konkretne ustawienie przedmiotów, sposób, w jaki cień przeplata się ze światłem z perspektywy tylnego siedzenia w samochodzie, mogą nagle obudzić w nas przeszłość, która czuwała tuż pod powierzchnią.
To skrupulatne skupienie na detalach zdaje się dla narratorów próbą uzasadnienia słuszności swoich racji, wysiłkiem mającym na celu obronę ich wiarygodności jako tych, którzy opowiedzą historię sióstr Lisbon. Bezwzględność, z jaką brną przez przeszłość, sprawia, że są w stanie uprzedzić potencjalny zarzut stronniczości i niestosowności swojej narracji, tak jakby ilość przekazywanych informacji sama była w stanie obronić sens sprawy. Choć detali wciąż przybywa, a z każdego kąta osiedla i z każdego zaułka pamięci chłopcy wyciągają coraz więcej i więcej, ogólny obraz sytuacji pozostaje niejasny. „Ustawiając lunetę Carla Tagela pod odpowiednim kątem przez okno domku, udało się nam zobaczyć dziobatą twarz księżyca przepływającego powoli po niebie, a potem błękitną Wenus, ale gdy skierowaliśmy lunetę na okno pokoju Lux, zbliżenie było tak mocne, że nic nie mogliśmy zobaczyć”. Nawet planety, oddalone o miliony kilometrów, są dla chłopców bardziej uchwytne niż dziewczęta mieszkające po drugiej stronie ulicy. Gdy komunikują się z siostrami bezpośrednio – na zmianę puszczając im przez telefon piosenki w trakcie urywanych, tajemniczych rozmów – chłopcy notują tytuły utworów w kolejności ich odtwarzania, podając sobie „klejącą się słuchawkę”, jakby „przyciskali uszy do piersi dziewczyn”.
Dopiero później dociera do nich, że wiadomość, którą przysłały im wówczas dziewczęta, wcale nie musiała wymagać rozszyfrowania, a teorie spiskowe chłopców i uporczywe próby złamania rzekomego kodu jedynie przysłaniały im rzeczywistość. Być może siostrom chodziło wyłącznie o to, by nawiązać z nimi kontakt. „Byliśmy tak skoncentrowani na naszych obserwacjach, że nie zauważyliśmy tylko jednego – prostego, odwzajemnionego spojrzenia”. Prawda stała się zakładnikiem szczegółów, które udaremniały wszelkie próby znaczącej rozmowy. Chłopcy stają się więc nagle współwinnymi losu dziewcząt: ich własne wyobrażenia na temat sióstr uniemożliwiły im rzeczywiste poznanie bohaterek. „Doszliśmy do wniosku, że dziewczęta przez cały czas próbowały nawiązać z nami kontakt, uzyskać naszą pomoc, ale my byliśmy zbytnio zaślepieni naszą namiętnością, aby to zauważyć”. To, co chłopcy nazywają miłością, bliższe jest raczej wyobcowaniu.
Nie tylko chłopcy źle oceniają otaczający ich świat. Ich rodzice – pozbawieni już moralnego autorytetu zapewnianego niegdyś przez wojnę – muszą dowieść swojej wartości już nie w okopach, lecz na mizernych polach bitwy własnych podmiejskich domostw, gdzie uogólniony strach zastępuje skonkretyzowanego wroga. Źródło potencjalnego zagrożenia zmienia się od globalnego – groźba nuklearnej anihilacji, zanieczyszczenia środowiska, toksycznych odpadów – do lokalnego – martwe muchy zalegające na maskach samochodów, drzewa skażone chorobą. Niebezpieczeństwo, czy może raczej śmierć, jest czymś zewnętrznym, znanym, a zatem czymś, czemu można zapobiec: chłopcy idą na szczepienia, trzymają pod językami lekarstwo przeciw polio, ostrzegają Cecilię, by nie dotykała ustami wodotrysku z wodą pitną. Nawet gdy Lux nie przychodzi do domu o ustalonej porze, państwo Lisbon zakładają, że zawinił jakiś czynnik zewnętrzny, a z pewnością nie sama dziewczynka. Wierzą, że każde zagrożenie może zostać zniwelowane poprzez zamknięcie wszystkich córek w areszcie domowym. Ich moralność nakazuje im myśleć, że dom jest najbezpieczniejszym miejscem na świecie, chroniącym mieszkańców przed wszelkimi zagrożeniami z zewnątrz, lokalnymi i globalnymi. Wkrótce jednak, niczym w horrorze, rodzice z przerażeniem zdają sobie sprawę, że to właśnie dom przyzywa dziewczynki. Cały balast podmiejskiego światka, przystrzyżone trawniki, mili sąsiedzi i przestronne, praktyczne samochody nie są w stanie powstrzymać niebezpieczeństwa o źródle psychologicznym, tajemnicy gotującej się w nastoletnich ciałach, królestwie leżącym poza zasięgiem nawet najsurowszych rodziców.
Przekleństwa niewinności są elegią nie tylko o martwych dziewczętach, lecz także o nastoletnich chłopcach. Ich relacja z siostrami Lisbon to przede wszystkim fantazja, choć intensywność ich uczuć była jak najbardziej prawdziwa, może nawet prawdziwsza niż cokolwiek, co przydarzyło im się później. Po śmierci ostatniej z dziewcząt czar jakby pryska: nadciąga świat dorosłych i jego zwyczajne, codzienne rozczarowania. Czas ich zdradził, wszystkich bez wyjątku, gdy tak trwali, „ powoli pogrążając się w melancholii pozostałej części naszego życia”; nawet Trip Fontaine, niegdyś posiadacz „najbardziej lśniącej ojcowsko-synowskiej opalenizny w miasteczku”, staje się udręczonym alkoholikiem osadzonym w ośrodku dla uzależnionych gdzieś na pustyni i plotącym pod nosem całkowite bzdury. Być może, żyjąc w przeszłości i katalogując każdą jej pamiątkę, chłopcy mogą podtrzymać intensywność tamtych czasów, skupić się na czymś poza żalem, starzeniem się i poczuciem utraty. Nie są jednak w stanie zatrzymać czasu. Mówią o dziewczynach – które zmarły, gdy ich dorastanie dopiero rozkwitało – z zazdrością, jak o gościach, którzy wyszli z imprezy w jej punkcie kulminacyjnym. Martwe dziewczęta nie muszą znosić niesprawiedliwości starzenia się, nie widzą, jak przemija ich młodość, a wspomnienia gasną. Dom Lisbonów kupuje pewna para, która przemienia go w „lśniącą, pustą przestrzeń, oazę spokoju przeznaczoną dla medytacji, japońskimi przepierzeniami zakrywając smętne wspomnienie sióstr Lisbon”. Nawet dawni idole chłopców upadają: „Paul Baldino zaczął wyglądać jak każdy inny grubas z podkrążonymi oczami, i pewnego dnia poślizgnął się, a może ktoś go popchnął, pod szkolnym prysznicem, i widzieliśmy, jak leży na kafelkach, trzymając się za obolałą stopę”. Cenne wystawy przedmiotów zbieranych przez chłopców kurzą się i rozkładają: „stare kosmetyki Mary, wysychające i zmieniające się w beżowy pył, trampki Cecilii, żółknące tak, że nie pomoże im już pasta do zębów i płyn do naczyń”. Jak mówią chłopcy, „grobowiec nie jest hermetycznie szczelny i nasze świętości powoli znikają”.
Przeszłość nigdy nas nie opuszcza, zdaje się mówić Eugenides, lecz tylko podwaja się i ujawnia, zawsze nam umykając. Ta powieść jest elegią o tym, jak życie przepływa przez nas i nas zmienia. Jesteśmy przedmiotem jego tajemniczych działań, ale nigdy nie otrzymujemy satysfakcjonującej narracji. Każde usiłowanie narzucenia mu jakiejś logiki nie wytrzymuje próby: nie istnieje wspomnienie, które nie rozmywałoby się ani trochę, nie jawiło się nagle jako coś zupełnie innego, co dzieje się choćby u pani Lisbon, gdy kobieta bierze promyk słońca w oknie za twarz dawno zmarłej dziewczynki. Wrażliwość przynosi ból, tak samo jak bycie świadkiem fenomenu świata bez wiedzy o sensie jego istnienia. Gdy myślę o zdaniach, które zakreśliłam sobie w moim egzemplarzu Przekleństw niewinności jako nastolatka, nie potrafię określić, co popchnęło mnie do reakcji akurat na te słowa, na fragmenty, które dziś nie mają dla mnie wielkiego znaczenia. Dziwnie jest być równocześnie nastolatką gorączkowo podkreślającą całe ustępy tekstu i dorosłą, która wiele lat później może tylko spojrzeć na te nieczytelne zapiski i rozmyślać nad wspaniałością życia, nad poczuciem alienacji, jaka dotyka nas w procesie dorastania. Tak jak chłopcy możemy się starać rozwiązać własną tajemnicę okresu dojrzewania, skonstruować most nad przepaścią dzielącą nas od wszystkich ludzi, którymi kiedyś byliśmy. Nie znajdziemy w tym procesie jednak, rzecz jasna, żadnych odpowiedzi. Bo ich nie ma. Być może najbliżej przeszłości, jak możemy się znaleźć, leżą obrazy, które w nas pozostają – umierający wiąz na pewnej ulicy w pewnym miasteczku pewnego lata. „To było 13 czerwca”, przypominają sobie narratorzy Eugenidesa, jakby powtarzali zaklęcie, „czternaście stopni pod słonecznym niebem”.
Ci chłopcy – dziś już mężczyźni – kończą książkę zebrani w domku na drzewie, zaginionym królestwie ich młodości: „nie miało znaczenia, ile miały lat i że były dziewczynami, ważne było tylko to, że je kochaliśmy i że nie słyszały naszego wołania, nadal nas nie słyszą, siedzących tu, na górze, w domku na drzewie, z naszymi rzednącymi włosami i okrągłymi brzuszkami, gdy wywołujemy je z tych pomieszczeń, do których udały się, aby już na zawsze być same, samotne w samobójstwie, które jest głębsze niż śmierć i gdzie nigdy nie uda się nam znaleźć brakujących elementów tej układanki”. Mogą równie dobrze wywoływać samych siebie; nikt nigdy im nie odpowie.
Emma Cline
(przełożyła: Katarzyna Wiśniewska)Rozdział pierwszy
Tego ranka, gdy już ostatnia z kolei córka Lisbonów podjęła próbę samobójczą – tym razem była to Mary oraz tabletki nasenne, podobnie jak to miało miejsce z Therese – dwaj sanitariusze przybyli do domu, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się szuflada z nożami, a gdzie kuchenka gazowa, a także gdzie jest belka w piwnicy, na której można powiesić sznur. Wysiedli z karetki pogotowia, naszym zdaniem jak zawsze poruszając się zdecydowanie zbyt wolno, i usłyszeliśmy, jak ten gruby bąknął pod nosem:
– Chłopaki, to nie jest telewizja, my właśnie tak szybko chodzimy.
Niósł ciężki respirator i defibrylator przez niepomiernie rozrośnięte krzaki i przez zapuszczony trawnik, równiutko przycięty i uporządkowany trzynaście miesięcy wcześniej, gdy zaczęły się kłopoty.
Pierwsza była najmłodsza z sióstr, zaledwie trzynastoletnia Cecilia, która jak stoik podcięła sobie żyły podczas kąpieli i gdy ją znaleźli, unoszącą się w różowym basenie, z żółtymi oczami osoby opętanej i drobnym ciałem wydzielającym ciężką woń dojrzałej kobiety, sanitariusze byli tak przerażeni jej spokojem, że oniemieli w bezruchu. Ale wtedy z przeraźliwym krzykiem do środka wpadła pani Lisbon, co natychmiast przywróciło pomieszczeniu realność: krew na macie łazienkowej, brzytwa pana Lisbona zatopiona w muszli klozetowej, tworząca w wodzie marmurkowy wzór. Pielęgniarze wyjęli Cecilię z ciepłej wody, która tylko przyspieszała krwawienie, i założyli na jej ramię opaskę uciskową. Mokre włosy spływały jej na plecy, a kończyny już zaczęły sinieć. Nic nie powiedziała, ale gdy rozwarli jej dłonie, znaleźli laminowany obrazek Maryi Dziewicy, który przyciskała do swej pączkującej piersi.
To było w czerwcu, w porze jętek, kiedy to każdego roku nasze miasteczko jest pokryte mrowiem tych efemerycznych owadów. Wznoszą się całą chmarą z glonów zanieczyszczonego jeziora i zaczerniają okna, pokrywają samochody i uliczne latarnie, zalepiają miejskie przystanie i dekorują girlandami olinowanie łodzi, zawsze tak samo wszechobecne w swojej brunatnej latającej pianie. Pani Scheer, mieszkająca na tej samej ulicy, powiedziała nam, że widziała Cecilię na dzień przed próbą samobójstwa. Dziewczynka stała przy krawężniku, w staromodnej sukni ślubnej z obciętym rąbkiem, jaką zawsze nosiła, i patrzyła na pokrytego muszkami forda thunderbirda.
– Przydałaby ci się miotła, moja droga – doradziła jej pani Scheer.
Ale Cecilia utkwiła w niej swój wzrok medium spirytystycznego.
– One są martwe – odpowiedziała. – Żyją tylko dwadzieścia cztery godziny. Wykluwają się, rozmnażają i zaraz po tym zdychają. Nawet nie zdążą nic zjeść.
Mówiąc to, włożyła rękę do spienionej warstwy robaków i napisała w niej swoje inicjały: C.L.
Staraliśmy się ułożyć fotografie chronologicznie, choć utrudniał nam to upływ tak wielu lat. Niektóre z nich są zamazane, ale i tak wiele na nich można zobaczyć. Dowód rzeczowy numer 1 przedstawia dom Lisbonów na krótko przez samobójczą próbą Cecilii. Zdjęcie zostało zrobione przez agentkę handlu nieruchomościami, panią Carminę D’Angelo, której pan Lisbon zlecił sprzedaż domu, od dawna już za małego dla jego dużej rodziny. Jak widać na fotografii, z dachu jeszcze nie zaczęły odpadać łupkowe dachówki, weranda nadal jest widoczna ponad krzakami, a okna jeszcze nie trzymają się na taśmie maskującej. Wygodny dom na przedmieściach. W prawym oknie na piętrze widać niewyraźną plamkę, którą pani Lisbon zidentyfikowała jako swoją córkę, Mary.
– Modelowała włosy, bo uważała, że są oklapłe – powiedziała po latach, przypominając sobie, jak jej córka wyglądała przez krótki czas swojego pobytu na ziemi. Na zdjęciu uchwycony jest moment, gdy Mary suszy sobie włosy suszarką. Jej głowa sprawia wrażenie płonącej, ale to tylko złudzenie optyczne. To było 13 czerwca, czternaście stopni pod słonecznym niebem.
Gdy sanitariuszom udało się ograniczyć krwawienie do cienkiej strużki, położyli Cecilię na nosze i wynieśli z domu do stojącej na podjeździe karetki. Dziewczyna wyglądała jak drobna Kleopatra w królewskiej lektyce. Najpierw zobaczyliśmy wychodzącego tyczkowatego sanitariusza z wąsami Wyatta Earpa – gdy już lepiej go poznaliśmy przez te rodzinne tragedie, zaczęliśmy mówić na niego „Szeryf” – a potem pojawił się ten gruby, trzymając nosze z tyłu i z gracją krocząc po trawniku, ze wzrokiem wlepionym w swoje policyjne buty, jakby uważał, żeby nie wdepnąć w psie gówno, chociaż później, gdy lepiej zaznajomiliśmy się z maszynerią, wiedzieliśmy już, że sprawdzał wskaźnik ciśnienia krwi. Pocąc się, szli niezgrabnie w kierunku trzęsącej się i migającej światłami karetki. Gruby potknął się o samotną bramkę krokietową. Kopnął ją z zemsty; bramka wyskoczyła z ziemi, wzbijając fontannę kurzu, i z brzękiem upadła na podjazd. Tymczasem pani Lisbon wybiegła na werandę, ciągnąc za sobą flanelową koszulę nocną Cecilii, i wydała z siebie wycie tak długie, że czas nagle zatrzymał się w miejscu. Pod zrzucającymi listowie drzewami i ponad rozpaloną, nadmiernie nasłonecznioną trawą te cztery postaci zatrzymały się, tworząc żywy obraz: dwóch niewolników składających ofiarę na ołtarzu (podnosząc nosze, aby je wstawić do karetki), kapłanka wywijająca pochodnią (machająca flanelową koszulą nocną) i zamroczona dziewica opierająca się na łokciu, z nieobecnym uśmiechem na pobladłych wargach.
Pani Lisbon pojechała z tyłu karetki, natomiast pan Lisbon ruszył za nimi swoim kombi, jadąc z dozwoloną prędkością. Dwie z córek Lisbonów były w tym czasie poza domem, Therese w Pittsburghu na sympozjum naukowym, a Bonnie na obozie muzycznym, gdzie starała się nauczyć gry na flecie, po zrezygnowaniu z pianina (miała zbyt drobne dłonie), skrzypiec (bolał ją podbródek), gitary (krwawiły jej opuszki palców) i trąbki (puchła jej górna warga). Mary i Lux, słysząc syrenę, przybiegły do domu z lekcji kształcenia głosu, jaką odbywały u pana Jessupa po drugiej stronie ulicy. Gdy przepchały się do zatłoczonej łazienki, doznały tego samego szoku co ich rodzice, widząc obryzgane krwią przedramiona Cecilii i jej pogańską nagość. Przed domem stanęły, trzymając się w objęciach, na kępie trawy, jaką pominął Butch, krzepki chłopak, który w soboty kosił trawnik. Po drugiej stronie ulicy brygada mężczyzn z wydziału ochrony zieleni zajmowała się naszymi obumierającymi wiązami. Syrena karetki zawyła na odjezdnym, a botanik i jego ekipa odłożyli swoje pompy ze środkami owadobójczymi, aby za nią spojrzeć. Gdy znikła, powrócili do spryskiwania drzew. Okazały wiąz, również widoczny na dowodzie rzeczowym numer 1, uległ potem grzybom roznoszonym przez ogłodka wiązowca i został ścięty.
Karetka zawiozła Cecilię do szpitala Bon Secours na rogu Kercheval i Maumee. Na oddziale pomocy doraźnej Cecilia z niesamowitą obojętnością obserwowała próby odratowania jej. Żółte oczy ani razu nie zamrugały, nie wzdrygnęła się, gdy wbijano jej igłę w ramię. Doktor Armonson zszył rany na nadgarstkach dziewczyny. Pięć minut po transfuzji stwierdził, że jej życiu nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo. Wziął ją pod brodę i powiedział:
– Co ty tu robisz, kochanie? Nawet nie jesteś na tyle dorosła, aby wiedzieć, jak złe bywa życie.
To właśnie wtedy Cecilia wypowiedziała to, co miało być jedyną formą jej listu samobójczego, i to bezużytecznego, ponieważ miała żyć:
– Najwyraźniej, panie doktorze – powiedziała – nigdy pan nie był trzynastolatką.
Córki Lisbonów miały lat trzynaście (Cecilia), czternaście (Lux), piętnaście (Bonnie), szesnaście (Mary) i siedemnaście (Therese). Były niskie, miały kształtne tyłeczki opięte w dżinsy i pucołowate policzki przypominające podobne krągłości z tyłu. Gdy tylko udawało się nam je ujrzeć, ich twarze sprawiały na nas wrażenie nieprzyzwoicie obnażonych, jakbyśmy zawsze oglądali tylko zawoalowane kobiety. Nikt nie był w stanie pojąć, jak to możliwe, że pan i pani Lisbon mogli stworzyć takie piękne dzieci. Pan Lisbon uczył matematyki w liceum. Był chudy i wyglądał jak chłopiec oszołomiony swoimi własnymi siwymi włosami. Miał piskliwy głos, a gdy Joe Larson powiedział nam, jak pan Lisbon płakał, kiedy do szpitala odwożono później Lux, po jej własnej próbie samobójczej, z łatwością wyobraziliśmy sobie dźwięk jego dziewczęcego łkania.
Gdy widywaliśmy panią Lisbon, zawsze na próżno doszukiwaliśmy się w niej oznak urody, jaką kiedyś musiała posiadać. Jednak jej pulchne ramiona, włosy jak ze stalowej wełny obcięte brutalnie krótko i okulary bibliotekarki skutecznie nam to udaremniały. Widziało się ją rzadko, z reguły rankiem, kiedy to kompletnie ubrana, chociaż słońce jeszcze nie wstało, wychodziła, aby odebrać pokryte rosą kartony z mlekiem, lub w niedzielę, gdy cała rodzina jechała swoim długim kombi do katolickiego kościoła św. Pawła nad jeziorem. W te poranki pani Lisbon przyjmowała pozę królewskiej lodowatości. Ściskając w dłoniach swoją odświętną torebkę, sprawdzała po kolei wszystkie dziewczynki, czy nie mają śladu makijażu, i dopiero po tym zezwalała im wsiąść do samochodu, a nierzadko zdarzało się jej odesłać Lux do domu, aby zmieniła bluzkę na mniej wydekoltowaną. Nikt z nas nie chodził do kościoła, więc mieliśmy dużo czasu na obserwowanie całej rodziny – dwoje rodziców wypłukanych z barw, jak negatywy fotograficzne, a za nimi ich pięć lśniących córek, ubranych w suknie domowej roboty, całe w koronkach i krezach, wypchane ich owocującymi ciałami.
Tylko jednemu chłopakowi pozwolono wejść do tego domu. Peter Sissen pomógł panu Lisbonowi zainstalować w klasie ruchomy model Układu Słonecznego i w rewanżu pan Lisbon zaprosił go na kolację. Opowiadał nam, że dziewczyny bez przerwy kopały go pod stołem, ze wszystkich stron, więc nie mógł powiedzieć, która to. Patrzyły na niego swoimi błękitnymi, rozgorączkowanymi oczami i uśmiechały się, ukazując stłoczone zęby, będące jedyną cechą córek Lisbonów, w której mogliśmy dopatrzyć się jakiejś wady. Tylko Bonnie nie rzucała Peterowi Sissenowi tajemniczych uśmiechów i nie kopała go pod stołem. Odmówiła modlitwę i jadła w ciszy, zagubiona w pobożności piętnastolatki. Po jedzeniu Peter Sissen zapytał, czy może skorzystać z toalety, a ponieważ w łazience na dole były Therese i Mary, chichoczące i szepczące, musiał skorzystać ze znajdującej się na piętrze łazienki dziewcząt. Wrócił do nas z opowieściami o sypialniach wypełnionych pogniecionymi majtkami, o pluszowych zwierzętach na śmierć zgniecionych w uściskach przez namiętność dziewcząt, o krzyżu na ścianie spowitym w biustonosz, o przejrzystych jak mgiełka izbach pod baldachimami łóżek i o unoszących się w powietrzu wyziewach tak dużej liczby dziewczyn stających się kobietami w tej samej ciasnej przestrzeni. W łazience, odkręciwszy wodę, aby zagłuszyć dźwięki swoich poszukiwań, Peter Sissen odkrył należący do Mary Lisbon tajny schowek z kosmetykami związanymi w skarpetce pod umywalką: czerwone szminki i druga skóra różu i podkładu, a także wosk do depilacji, dzięki czemu dowiedzieliśmy się, że miała wąsy, których nigdy wcześniej nie zauważyliśmy. Zresztą wtedy nie mieliśmy pojęcia, czyje to kosmetyki znalazł Peter Sissen; dowiedzieliśmy się tego dopiero dwa tygodnie później, gdy zobaczyliśmy na przystani Mary Lisbon z karmazynowymi ustami, jakie odpowiadały opisanemu przez niego odcieniowi.
Sporządził cały inwentarz dezodorantów, perfum i wacików do ścierania martwej skóry, a my byliśmy zaskoczeni, gdy okazało się, że nigdzie nie było irygatorów, ponieważ sądziliśmy, że dziewczyny co wieczór przepłukiwały się, tak jak myły zęby. Ale już chwilę później zapomnieliśmy o naszym rozczarowaniu, kiedy Sissen opowiedział nam o odkryciu, które przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia. W koszu na śmieci leżał tampon, poplamiony, jeszcze świeży po kontakcie z wnętrzem jednej z sióstr Lisbon. Sissen powiedział, że chciał nam go przynieść i że wcale nie był ohydny, ale po prostu piękny, trzeba było to widzieć, coś w rodzaju nowoczesnego malarstwa czy coś takiego, a potem dodał, że naliczył dwanaście paczek tamponów w szafce. W tym właśnie momencie zapukała Lux i zapytała, czy przypadkiem tam nie umarł, więc skoczył do drzwi, aby je otworzyć. Jej włosy, przy obiedzie spięte klamerką, teraz opadały na ramiona. Nie próbowała wejść do łazienki, tylko patrzyła mu w oczy. Następnie, śmiejąc się jak hiena, przepchnęła się obok niego, mówiąc:
– Skończyłeś okupować łazienkę? Potrzebuję czegoś.
Podeszła do szafki, zatrzymała się i założyła ręce za siebie.
– To sprawa osobista. Pozwolisz? – powiedziała, a Peter Sissen, rumieniąc się, pomknął w dół schodów, podziękował państwu Lisbon i wybiegł z domu, aby przekazać nam, że właśnie w tej chwili, gdy muszki brudziły niebo i zapalały się latarnie uliczne, Lux Lisbon krwawiła między nogami.
Kiedy Paul Baldino usłyszał opowieść Petera Sissena, poprzysiągł, że dostanie się do domu Lisbonów i zobaczy rzeczy bardziej niewyobrażalne, niż widział Sissen.
– Podpatrzę, jak te dziewczyny biorą prysznic – zarzekał się.
Już wtedy, w wieku czternastu lat, Paul Baldino ze swoim gangsterskim brzuchem oraz twarzą zabójcy do wynajęcia wyglądał jak jego ojciec, Sammy „Rekin” Baldino, i jak wszyscy mężczyźni, którzy odwiedzali wielki dom Baldinów, wchodząc po głównych schodach, strzeżonych przez dwa kamienne lwy. Poruszał się ociężałym, dumnym krokiem miejskich drapieżców pachnących wodą kolońską i z wymanikiurowanymi paznokciami. Baliśmy się zarówno jego samego, jak i jego potężnych, zwalistych kuzynów, Rica Manollo i Vince’a Fusillego, i to nie tylko dlatego, że ich dom co jakiś czas pojawiał się w gazetach, czy też ze względu na kuloodporne czarne limuzyny, które sunęły po zakręconym podjeździe otoczonym sprowadzonymi z Włoch drzewami laurowymi, ale z powodu jego ciemno podkrążonych oczu i gigantycznych bioder, a także jaskrawo wypolerowanych czarnych butów, które nosił nawet podczas gry w baseball. W przeszłości potrafił zakradać się również do innych zakazanych miejsc i chociaż nie zawsze przynoszone przez niego informacje były wiarygodne, jego wypady nadal robiły na nas wrażenie. W szóstej klasie, gdy dziewczyny poszły do auli oglądać specjalnie dla nich przygotowany film, to właśnie Paul Baldino wkradł się do sali i ukrył w starej kabinie do głosowania, aby opowiedzieć nam treść tego filmu. Czekaliśmy na niego na boisku i bezmyślnie kopaliśmy żwir, a gdy w końcu pojawił się, żując wykałaczkę i bawiąc się złotym pierścieniem na palcu, z zapartym tchem oczekiwaliśmy, co nam powie.
– Widziałem ten film – powiedział. – Już wszystko wiem. Posłuchajcie. Kiedy dziewczyny mają mniej więcej dwanaście lat – nachylił się w naszą stronę – krwawią im cycki.
Pomimo tego, że od szóstej klasy nasza wiedza na te tematy wyraźnie się rozszerzyła, Paul Baldino nadal wzbudzał w nas lęk i szacunek. Jego biodra nosorożca jeszcze się powiększyły, a ciemne kręgi pod oczami zrobiły się jeszcze ciemniejsze i nabrały barwy popiołu z cygar zmieszanego z błotem, przez co wyglądał na człowieka, któremu nieobca była śmierć. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęły pojawiać się plotki o podziemnym korytarzu, który miał służyć Sammy’emu Baldino do ucieczki. Kilka lat wcześniej, za kolczastym ogrodzeniem domu Baldina, strzeżonym przez dwa identyczne białe owczarki niemieckie, pojawiła się grupa robotników. Zawiesili na rusztowaniu brezent, aby ukryć, co robią, i po trzech dniach, gdy zerwali brezent, to tam, pośrodku trawnika, stał sztuczny pień drzewa. Zbudowano go z cementu i następnie namalowano na nim korę drzewa, tak wiernie, że widać było nawet dziurę po sęku, a u góry dwa splątane konary wznosiły się w niebo z żarliwością kikutów po amputacji. W samym środku drzewa, w wyciętym piłą łańcuchową trójkącie, znajdował się metalowy ruszt.
Kiedy Paul Baldino powiedział nam, że to grill, uwierzyliśmy mu. Ale mijał czas, a my zauważyliśmy, że nikt nigdy go nie używał. W gazetach napisano, że montaż grilla kosztował pięćdziesiąt tysięcy dolarów, ale nigdy na nim nie usmażono ani jednego hamburgera czy hot doga. Wkrótce rozeszły się pogłoski, że pień drzewa był wejściem do podziemnego korytarza prowadzącego do kryjówki nad rzeką, gdzie Sammy Rekin trzymał łódź motorową, a robotnicy powiesili brezent jedynie po to, aby ukryć wykop. Później, kilka miesięcy po pojawieniu się plotek, Paul Baldino zaczął przechodzić przez kanały burzowe i wyłaniać się w piwnicach różnych osób. Wyszedł w domu Chase’a Buella ubrudzony szarym kurzem, śmierdzącym jak znajome gówno; przecisnął się do piwnicy Danny’ego Zinna, tym razem z latarką, kijem baseballowym i torbą zawierającą dwa martwe szczury; aż w końcu trafił na drugą stronę bojlera Toma Faheema, w który zadzwonił trzy razy.
Tłumaczył nam, że zgubił się podczas badania kanału burzowego pod swoim domem, ale zaczęliśmy podejrzewać, że bawił się w podziemnym korytarzu swego ojca. Kiedy przechwalał się, że zobaczy siostry Lisbon pod prysznicem, podejrzewaliśmy, że ma zamiar wejść do domu Lisbonów w taki sam sposób, w jaki wchodził do innych. Nigdy nie dowiedzieliśmy się dokładnie, co się wydarzyło, chociaż policja przesłuchiwała Paula Baldino przez ponad godzinę. Powiedział im tyle samo co nam. Wyznał, że wczołgał się do kanału pod własną piwnicą i zaczął się przesuwać, metr po metrze. Opisywał zdumiewające rozmiary kanałów, kubki po kawie i niedopałki papierosów zostawione przez robotników, a także wykonane węglem drzewnym rysunki nagich kobiet, przypominające te w jaskiniach. Opowiadał, jak to na chybił trafił wybierał korytarze i jak przechodząc pod domami różnych ludzi, mógł wyczuć, co się u nich gotowało. W końcu wyszedł przez kratkę na kanale burzowym w piwnicy Lisbonów. Otrzepał się z kurzu i ruszył w poszukiwaniu kogoś na parterze, ale w domu nikogo nie było. Zawołał raz i jeszcze raz, chodząc od pokoju do pokoju. Wszedł po schodach na piętro. Przechodząc przez korytarz, usłyszał szum płynącej wody. Podszedł do drzwi łazienki. Twierdził, że zapukał. A potem Paul Baldino opowiedział nam, jak to wszedł do łazienki i znalazł tam Cecilię, nagą, z krwawiącymi nadgarstkami, i jak po otrząśnięciu się z szoku pobiegł na dół, aby zadzwonić po policję, ponieważ tego właśnie uczył go jego ojciec.
Oczywiście to sanitariusze jako pierwsi znaleźli laminowany obrazek i w tym krytycznym momencie ten gruby włożył go do kieszeni. Dopiero w szpitalu pomyślał, żeby oddać go państwu Lisbon. Cecilii nie groziło już żadne niebezpieczeństwo, a jej rodzice siedzieli w poczekalni, odczuwając ulgę, ale równocześnie zupełnie zagubieni. Pan Lisbon podziękował sanitariuszom za ocalenie życia córce. Potem odwrócił obrazek na drugą stronę i zobaczył napis:
Maryja Dziewica pojawia się w naszym mieście, niosąc posłanie pokoju dla upadającego świata. Podobnie jak w Lourdes czy Fatimie, Najświętsza Panienka objawia się ludziom takim jak ty. Więcej informacji pod telefonem 555-MARY.
Pan Lisbon przeczytał te słowa trzykrotnie. Następnie odezwał się przygnębionym głosem:
– Ochrzciliśmy ją, przyjęła bierzmowanie, a teraz wierzy w te bzdury.
Było to jedyne jego bluźnierstwo przez ten cały trudny okres. Pani Lisbon zareagowała inaczej, mnąc obrazek w dłoni (jednak ocalał; dysponujemy kserokopią).
Nasza lokalna gazeta nie zamieściła artykułu o tej próbie samobójstwa, ponieważ redaktor naczelny, pan Baubee, uważał, że tak przygnębiająca informacja nie powinna się znaleźć między relacją z pokazu kwiatów Ligi Kobiet na pierwszej stronie a zamieszczonymi na ostatniej stronie zdjęciami uśmiechniętych panien młodych. Jedyny artykuł, godny miana wiadomości, jaki pojawił się w wydaniu z tego dnia, dotyczył strajku pracowników cmentarza (rosnące stosy ciał, brak perspektyw na porozumienie), ale dano go na czwartej stronie, pod wynikami rozgrywek dziecięcej ligi baseballu.
Po powrocie do domu państwo Lisbon zamknęli się z dziewczętami w domu i nawet słowem nie skomentowali tego, co się wydarzyło. Dopiero gdy pani Scheer zaczęła naciskać na panią Lisbon, ta wspomniała o „wypadku Cecilii”, zachowując się tak, jakby córka zraniła się przy upadku. Jednak na podstawie obiektywnej i dokładnej relacji Paula Baldino, który już nieraz widział krew, wiedzieliśmy, że to Cecilia sama wyrządziła sobie krzywdę.
Panią Buck zdziwiło, że brzytwa wylądowała w sedesie.
– Jak ktoś sobie podcina żyły w wannie – mówiła – czy po prostu nie odkłada brzytwy na bok?