Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przeniesieni - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 lipca 2026
44,00
4400 pkt
punktów Virtualo

Przeniesieni - ebook

Z nieba spadają samoloty – pierwszy w Szczecinie, kolejne w innych miejscach Europy. Znikają ludzie, jakby ktoś wymazywał ich z rzeczywistości. Media mnożą teorie, służby milczą, rośnie strach. Zoja Maj i Sebastian „Skwara” Kwarczyński wracają z wakacji w Katalonii. Po wypadku budzą się w świecie, którego nie ma na żadnej mapie współczesnej Europy. Nie ma dróg, miast ani zasięgu. Są drewniane osady, błoto i ludzie, którzy patrzą na nich jak na istoty z innego świata. Zoja i Skwara rozumieją, że trafili do X wieku – czasu brutalnej codzienności, w której każdy dzień oznacza walkę o przetrwanie. Ale ich historia nie zaczęła się w puszczy. I nie skończy się tam, gdzie się spodziewają. „Przeniesieni” to powieść o ludziach wyrwanych ze swojego czasu, o technologii przekraczającej granice wyobraźni. Bo to, co wygląda jak podróż w czasie, może być częścią czegoś znacznie większego. Kto za tym stoi? Dlaczego znikają ludzie? I czy Zoja oraz Skwara naprawdę trafili do przeszłości przypadkiem?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398171502
Rozmiar pliku: 7,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NOTA AUTORA

Niniejsza książka jest utworem literackim. Występujące w niej postacie historyczne zostały przedstawione w sposób fikcyjny i podporządkowany fabule. Pozostałe postacie, dialogi oraz część wydarzeń są wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo postaci fikcyjnych do osób rzeczywistych jest przypadkowe.

Język postaci z X wieku jest autorską stylizacją literacką, inspirowaną prasłowiańszczyzną, staropolszczyzną i etymologią dawnych słów. Nie jest rekonstrukcją historyczną, lecz próbą oddania dawnego, słowiańskiego brzmienia mowy.

Mapy zamieszczone w książce mają charakter literacki i pomocniczy. Przedstawiają autorską wizję osady Krasne oraz okolic X-wiecznego Szczecina, nazywanego w powieści Scetynem.

Nazwy miejscowości użyte na mapach nawiązują do nazw współczesnych, ale zostały dostosowane do świata przedstawionego i stanowią interpretację autora. Ich brzmienie ma przywoływać dawny, słowiański charakter tych miejsc, nie jest jednak ścisłą rekonstrukcją historyczną.PROLOG

– Ktoś tam jest, zobacz…

– Gdzie?

– Tam, pomiędzy drzewami – wskazała głową kobieta.

– Cholera, tu wszystko jest pomiędzy drzewami. Gdzie my w ogóle jesteśmy? – zmarszczył czoło mężczyzna.

– Ciszej mów – syknęła Zoja. – Patrz tam, niżej – pokazała.

Mężczyzna skierował wzrok za palcem kobiety.

– Faktycznie, teraz widzę – zmrużył oczy. – Leżą pod drzewem. Śpią chyba...

– Są dobrze wkomponowani w otoczenie, jak kameleony.

– Faktycznie, ledwo ich widać. Co robimy? – spytał Skwara.

– Nie wiem, podejdziemy, zapytamy…

– Dobra, ale po cichu, okej? Przyjrzyjmy się najpierw, kto to jest, bo…

– Dobra – zgodziła się.

– …bo może lepiej ich nie zaczepiać – dokończył.

Próbowali bezszelestnie zbliżyć się do nieznajomych. W ich głowach cały czas kotłowały się myśli. Gdzie jesteśmy? Co się stało? Oboje próbowali sobie przypomnieć ostatnie zdarzenia. Szukali auta. Nie mogli go znaleźć. Musieliśmy w jakimś amoku odejść zbyt daleko – myślała Zoja. Łeb mi pęka, zgubiłem się jak jakiś dzieciak – przewalało się przez głowę Skwary.

Po kilku chwilach usłyszeli gdzieś w oddali ledwo słyszalne pęknięcie gałązki. Stanęli.

– Co to? – niemal bezgłośnie zapytała, robiąc wielkie oczy.

– Nie wiem – również po cichu odpowiedział mężczyzna.

Zaczęli się rozglądać i nasłuchiwać. Trochę to trwało. W oddali słychać było stukot dzięcioła, ale poza tym panowała cisza. W końcu mężczyzna machnął ręką w geście: „chodźmy dalej”.

Ruszyli. Ostrożnie przedzierali się przez gęstwinę, starając się być jak najciszej. Gałęzie biły w twarze, pajęczyny oblepiały oczy. Porośnięte mchem podłoże pozwalało poruszać się w miarę cicho.

Po chwili zauważyli pomiędzy drzewami śpiącą parę. Skwara przyłożył znacząco do ust palec. Zoja pokiwała głową na znak, że zrozumiała. Przypatrywali się chwilę. Kątem oka zauważyli, że na pobliskiej gałęzi przycupnął jakiś mały ptak. Coś zaśpiewał w swoim języku. Mężczyzna machnął w jego kierunku, żeby odleciał gdzieś albo siedział cicho. Ptak nie posłuchał, znowu dał głos. Wyraźnie dawał znak, że on tu jest u siebie. Znowu zaskrzeczał. Zaczął poruszać łebkiem, jakby zastanawiał się, w którą stronę teraz polecieć. W końcu podjął decyzję i po chwili zniknął.

Skwara ruchem ręki dał znak, żeby ruszyli. Znów szli najciszej, jak potrafili, zbliżając się do nieznajomych. Nagle pod stopą kobiety trzasnęła gałązka. Mężczyzna zatrzymał się, pokiwał głową z dezaprobatą i gestem dał znać: „pokazywałem, byś była cicho”. Wstrzymali oddech i spojrzeli na leżących. Hałasy, które co jakiś czas wydawali, nie obudziły ich. Po chwili powoli ruszyli dalej, a gdy byli już blisko, znów się zatrzymali.

Kobieta i mężczyzna leżeli na mchu pod dużym drzewem. Musieli być młodzi, choć trudno było określić dokładnie ich wiek. Głowa kobiety spoczywała na piersi mężczyzny, który lekko pochrapywał. Brzuchy obojga unosiły się i opadały w spokojnym rytmie. Długa koszula kobiety była podciągnięta dość wysoko, a on również miał odkryte nogi.

– Chyba były wcześniej amory – mrugnął okiem Skwara do swojej towarzyszki.

– A co oni tacy brudni? – zdziwiła się Zoja. – Zobacz na ich twarze, ręce, nogi…

– Faktycznie, uwaleni jak po bitwie w gnoju. Chyba jednak amorów nie było…

– Może grzybiarze?

– A może. Tylko bez spodni – zachichotał cicho.

– I bez grzybów – dodała, rozglądając się dookoła.

– Ale sztosik, wyglądają jak z pustyni i puszczy – mrugnął okiem.

Skwara poczuł się nieco pewniej. Ocenił, że nawet jak nieznajomi się obudzą, to nie powinni być groźni.

– To chyba jacyś naturaliści. Zobacz na jej nogi – pokazała.

– Brudne, już mówiłaś.

– Ale przyjrzyj się dokładniej. Brudne i jakie zarośnięte, fuj – skrzywiła się. – W życiu bym się tak nie zapuściła.

– Ty nie, bo ty jesteś elegancka babka, ale teraz do mody wraca, jak wcześniej powiedziałaś, natura. Niektóre panie znowu nie golą pach, nóg i ci…

– Ciszej bądź w końcu, aleś się nagle rozgadał. Powiedz lepiej, co teraz?

– A ja wiem? A może tu film jakiś historyczny kręcą, a ci mają przerwę i wyszli na chwilę w las.

W tym momencie kobieta leżąca pod drzewem poruszyła się i westchnęła. Zoja i Skwara zastygli jak wryci, obserwując budzącą się niewiastę. Powoli otworzyła jedno oko, po chwili drugie. Oblizała dolną, a potem górną wargę. Wreszcie zorientowała się, że ktoś jej się przygląda, i zaniemówiła. Sebastian Kwarczyński i Zoja Maj mieli wrażenie, że kobieta stopniowo wyostrza wzrok. Na jej twarzy pojawiło się najpierw zdziwienie, a potem strach.

– Hej! – krzyknął przyjaźnie Skwara.

Kobieta zerwała się nagle na nogi. Poprawiła szybkim gestem włosy.

– O Dolo! Jaze wy me srogo ustrasili! – złapała się za twarz. – O Dolo!

– Czesi! – rzucił Skwara.

– Albo Chorwaci – dodała Zoja.

– Tylko skąd tu Czesi albo Chorwaci – mężczyzna spojrzał na swoją dziewczynę.

– A może to jakaś Bułgarka?

Kobieta stała usztywniona, nie wiedząc, co zrobić. Dobrze teraz było widać, że ma na sobie jedynie szarą, brudną koszulę do kolan. Na pewno była bez stanika. Kwarczyński zastanawiał się, czy ma majtki. Może jednak były amory – pomyślał.

– Skąd jesteś? – zapytał.

– Hę? – zdziwiła się kobieta. Złapała się za włosy. – Sto gwari?

– Ruska? – uniosła brwi Zoja. – Słyszałeś? Powiedziała gawari, to po rusku chyba…

– Cholera wie. Może to jakaś ruska baba. Pewnie uchodźcy. Uciekają ze swojego raju na zgniły zachód – mężczyzna patrzył lekceważąco na kobietę w łachmanach.

– Ruska? Ruska? – powtórzyła nieznajoma. – Sto to, ruska? – zmarszczyła czoło. Po chwili coś jej zaświtało. – Aaa, rozga! – uśmiechnęła się. Zerwała gałąź i zaczęła nią machać, jakby kogoś biła. Następnie zamachnęła się w kierunku swojego kompana. Ten również powoli się przebudzał, otwierając najpierw jedno oko, a potem drugie.

– Ona chyba nie jarzy…

– Albo pali głupa.

– Ale leniwcy – skomentował Sebastian. – Budzą się jak mopsy.

– A wi kto? – zapytała kobieta, wygładzając brudną koszulę. – Dokuda idete, panja?

– Chyba jednak Czeszka.

– Według mnie to ruska jakaś. Łacha z nas rwie, że hej.

Towarzysz kobiety w koszuli stanął obok swojej partnerki. Zacisnął pięści, ale widać było, że jest przestraszony.

– Kto wi jiste? – zapytał.

– Nie bójcie się, nie chcemy kłopotów – spokojnie powiedział Skwara. Czuł się coraz pewniej. Para stojąca teraz koło drzewa wydawała się zupełnie niegroźna. Kobieta mogła mieć może metr pięćdziesiąt wzrostu. A on nie wydawał się o wiele wyższy. Z całą pewnością nie miał nawet metr sześćdziesiąt.

To jakieś hobbity – pomyślał Sebastian Kwarczyński.

– Szukamy auta. Nie widzieliście go może? – zapytała Zoja.

– Hę? – zdziwiła się kobieta.

Zoja nagle zmieniła temat, próbując w charakterystyczny dla turystów sposób zgadnąć, skąd pochodzi ich rozmówca, rzucając nazwy miast.

– Dubrownik? – zapytała, unosząc lekko brwi.

Nieznajoma tylko się zmarszczyła.

– Zagrzeb? – rzuciła kolejnym miastem Maj.

– Zagreb? – Skwara wypowiedział nazwę po chorwacku, w lot rozumiejąc intencje dziewczyny.

– Zagrebit? – zdziwił się obcy. – Zagrebit tuta? – pokazał na ziemię.

– Masz rację, to nie Chorwaci, to chyba jednak Czesi – skomentowała Zoja.ROZDZIAŁ 1

Redakcja portalu internetowego Zona247

– Był pan w świecie, do którego wielu chciałoby zajrzeć choć na chwilę. Zobaczyć, jak kiedyś żyliśmy. Tyle że większość, gdyby naprawdę tam trafiła, byłaby przerażona – powiedział, zachowując powagę na twarzy, Krzysztof Tobiasz Fadeński, redaktor internetowej platformy mediowej, Zona247, należącej do światowego giganta VermilionSun. – Co pan nam powie? – spojrzał na swojego rozmówcę.

Siedzący naprzeciwko mężczyzna poruszył się. Był młody, może po trzydziestce.

– W sumie nie wiem, od czego zacząć. Tyle jest do powiedzenia, tyle emocji… – rozpoczął gość programu i szybko zawiesił głos. Podrapał się po skroni, a potem pogładził po brodzie. – Przecież to największa tragedia w historii ludzkości. Świat został zdziesiątkowany. To prawdziwa hekatomba…

Prowadzący program redaktor przytaknął. Czekał na kolejne słowa.

– Powinniśmy docenić to, że możemy tu rozmawiać. Mamy takie niesamowite szczęście. A nawet to zdarzenie, którego byłem świadkiem, kiedy jechałem do pana… – pokręcił głową. Umilkł na dłużej. Wyglądał, jakby ciągle zbierał myśli i nie mógł tego zrobić.

– A co się stało? – odezwał się po chwili Krzysztof Tobiasz Fadeński.

– Widziałem wypadek. Stało się to przez głupotę… – zmarszczył brwi mężczyzna.

– Widział pan to dachowanie sprzed kwadransa? – zapytał dziennikarz. – Właśnie kolega redakcyjny pojechał na miejsce sprawdzić, co tam się zdarzyło…

– Tak, widziałem to zdarzenie. Jechałem główną drogą. Przepisowo, pięćdziesiąt na liczniku – zaczął powoli opowiadać. – Jakoś miałem chyba ze cztery czy pięć minut do pańskiej redakcji. Zbliżałem się do skrzyżowania. Kątem oka widzę, a tam są same pola, że z prawej nadjeżdża dość szybko auto. Jakieś takie wysokie i wąskie, jak Kangoo czy Berlingo, coś takiego – przymknął oczy, jakby chciał je sobie dokładnie przypomnieć. – Szare takie czy srebrne. W pewnym momencie wyraźnie przyhamował, ale potem nagle przyspieszył, żeby jednak wcisnąć się przede mnie. Wpadł na skrzyżowanie, ostro skręcił w prawo, tak że kołami zajechał nieco na sąsiedni pas. Dynamika była jednak taka, że zarzuciło nim i się wywrócił. Grzmotnął w krawężnik, wpadł na słup, odbił się i zaczął dachować. Wylądował na chodniku. Na szczęście ktoś tam, jakiś pieszy, facet chyba, zdążył uskoczyć… No debil, po prostu.

– Fakt, nie było to mądre – krótko ocenił dziennikarz.

– Czasem myślę, choć to zabrzmi dość ponuro, zważywszy na okoliczności, że gdyby tak jeszcze połowa kierowców w tym kraju zniknęła, byłoby lepiej.

– Właśnie, wróćmy do naszego tematu. Wszystko, co pana spotkało, zobaczymy w filmie, którego jest pan współtwórcą...

– Tak, tak. Przepraszam za tę dygresję o wypadku, ale jestem w szoku, że nie uczymy się na błędach. Że tak szybko zapominamy. Że nadal się nie szanujemy!

– Dokładnie…

– A przecież nie wiemy, ja też nie wiem, jestem pewien, że rządy też nie wiedzą, czy to zagrożenie minęło. Wcześniej przygotowywałem sobie zdania, które chciałbym powiedzieć, ale wie pan, jak to jest. Teraz jak tu siedzę, to nagle mnie jakaś pustka ogarnęła.

– Ja jestem też po to, żeby pomóc. Może zacznijmy od początku.

– Dobrze. Niech tak będzie – zgodził się gość. – Z tego, co ja wiem, bo zaznaczam, nie jestem pewny na sto procent, że to było tak… – przerwał na chwilę. – Jednak według mnie, wszystko zaczęło się na początku osiemnastego wieku. Jeszcze przed rewolucją przemysłową…ROZDZIAŁ 3

Połowa X wieku. Nad Odrą, na ziemiach Słowian

– Sto su truskawki? Sto to? – zapytała Polka, czternastoletnia dziewczynka, z warkoczem na plecach, kolebiąc się w drewnianym wozie, który powoli toczył się po nierównej, wydeptanej ścieżynie. Ciągnął go wielki, ciężki wół. Była ciekawa, co to są te truskawki. To słowo od czasu do czasu powtarzał jej ojciec, Jarslaw. Mówił, że ma na nie ogromną ochotę. Szczególnie w najcieplejszej porze roku. A teraz, mimo że świat się dopiero maił, było bardzo gorąco.

Nikt nie odpowiedział. Troje dorosłych, którzy także podróżowali z młodym dziewczęciem, patrzyło przed siebie. Pot skapywał im z ogorzałych czół.

– Hej! – krzyknęła, poprawiając lnianą koszulę, którą sięgała jej do kolan.

Nadal nic.

W końcu dotknęła palcem pleców najbliższego mężczyzny. Ten spojrzał na nią.

– Truskawki, zna sto to? – powtórzyła, patrząc mu w oczy.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

Miał na imię Branimir. Odziany był w stare, szare, dziurawe, znoszone łachy sięgające mu za kolano. Niedługo na tym, co z daleka może przypominało habit, będzie więcej łat niż zdrowego materiału. Miał dość krótkie włosy, jak na mężczyzn w tych czasach, sterczące na wszystkie strony i gęstą brodę. Mógł mieć ze trzydzieści lat, a równie dobrze i dwa razy tyle. Przez chwilę zdawało się, że coś chciał odpowiedzieć. Pomiędzy wargami Polka dostrzegła żółto–brązowe, krzywe zębiska. Mężczyzna jednak tylko otarł ślinę z mięsistych ust. Ponownie wzruszył ramionami.

Młoda kobietka przysunęła się do drugiego mężczyzny. Był podobnie ubrany. W zasadzie to wyglądali jak bracia, ten był tylko nieco wyższy i włosy nieco mniej mu sterczały. Musiał je przed chwilą przygładzić. Obaj brodaci, brudni. Obaj mieli ciemne oczy pod czarnymi brwiami. Drugi nazywał się Domagoj.

Ukłuła mężczyznę palcem w plecy. Ten odwrócił się. Spojrzał na Polkę, a potem na kompana. Potem usłyszał pytanie.

– Ty snazi wies, sto su truskawki¹? – zapytała.

– Śto prawi?² – podniósł brwi. Mówił z nieco innym akcentem.

– Truskawki, truskawki. Otjec cesto powtariat, truskawki. Gwari, to sladkie i dobre, mniam³ – uśmiechnęła się szeroko.

Mężczyzna zmrużył oczy i zmarszczył brudne, niemal czarne czoło.

– Truskawki… – powtórzył powoli. Przez chwilę się namyślał. W końcu wzruszył ramionami i powiedział. – Tega ne zna.

Obaj znali język Słowian, bywali w tych rejonach. Na co dzień posługiwali się łaciną. Domagoj próbował sobie przypomnieć, czy gdzieś to słowo już usłyszał. Jednak nie. Nie przypominało też niczego podobnego.

– Ne, ne zna – potwierdził.

Dziewczynka zrobiła podkówkę z ust.

– A k`cemu sluzi, truskawka⁴? – dopytał Domagoj.

– Do jedenija, myslim. Ma cyrwen kolor – powiedziała powoli dziewczynka.

Czoło mężczyzny ponownie zmarszczyło się. Zrozumiał, że chodzi o coś do jedzenia i co ma kolor czerwony. Zamyślił się nad tym. Wół ciągnący wóz parsknął. Ogonem przepędził kolejne uparte muchy, które koniecznie chciały się zabrać z grupą w drogę. Nagle Domagoj pacnął się w czoło i uśmiechnął szeroko. Krzywe, żółte zęby objawiły się światu.

– Oooo, a ne rdawa?⁵ – aż krzyknął.

– Rdawa? – powtórzyła dziewczynka.

Jednak szybko dotarło do niej, że mężczyźnie chodzi o rzodkiewkę. Do jedzenia, czerwone, ale nie słodkie.

– Retkew? Retkew?⁶ A ne, ne – zaśmiała się i jednocześnie skrzywiła, pokazując, że rzodkiewka nie jest słodka.

Mężczyzna głośno się zaśmiał. Wóz powoli toczył się dalej.

Dziewczynka od zawsze wyróżniała się pośród rówieśników. W przeciwieństwie do innych dzieci, była spokojna, bardzo ostrożna i inteligentna. A do tego ciekawa świata. Lubiła pytać. Potrafiła zadawać to samo pytanie wielokrotnie. Zawsze była szansa, że dowie się czegoś nowego. Że komuś coś się przypomni. Dlatego lubiła towarzystwo starszych. Poza tym czuła, że się zmienia. Że zmienia się jej ciało. Staje się powoli kobietą. Niedługo zacznie dorosłe życie. Nie mogła się tego doczekać.

Inna jest jej siostra, która została we wsi. Milka, młodsza od Polki o dwie wiosny, była żywym dzieckiem. Czerpała z życia pełnymi garściami. Latała z chłopakami po drzewach, łowiła ryby, polowała na małe zwierzęta, na przykład na wiewiórki. I zawsze powtarzała, że chce być jak najdłużej dzieckiem. A do tego była bardzo bystra. Ojciec był dumny z obu córek.

Szkoda tylko, że od kilku wiosen musiały wychowywać się bez matki…

Polka nie dając za wygraną, co to są truskawki, zapytała trzeciego mężczyznę, który siedział z przodu. W rękach trzymał lejce. Czasem cmokał na zwierzę, które ciągnęło wóz z czterema osobami i towarem. Jechali do największego grodu w okolicy. Do Scetyna.

Nazywał się Chmielar. Podobnie jak Polka, był tutejszy. Mieszkali w Krasnej osadzie. To miejsce położone niemal nad Odrą, pośród gęstych lasów. To dość spora wieś. Znajdowało się w niej dziewięć chat, ale od niedawna dwie puste. Wszystkie stały na sporym wzniesieniu nad rzeką. Przez to Krasne wyglądało, jak jakiś gródek. Mieszkańcy dla bezpieczeństwa planowali nawet budowę częstokołu, drewnianej budowli obronnej. Do największej miejscowości w okolicy, do której właśnie jechali, był jakiś dzień drogi.

Chmielar był wujem Polki, bratem jej nieżyjącej już matki Cieszki. Był krępy, niski, z rozwianą jasną czupryną, której przybywało coraz więcej siwych włosów. Pod nosem hodował długie, żółtawe wąsiska. Okrągłą twarz okalała gęsta, dość długa broda. Włosy z tyłu sięgały mu ramion. Miał na sobie lnianą koszulę, którą miejscowi zwali giezłem, sięgającą mu za kolana, przepasaną w talii paskiem, do którego przewiązany miał żelazny nóż. Na stopach znoszone trzewiki.

Miał czterdzieści pięć, a może już pięćdziesiąt lat. Tak dokładnie to nikt tego nie wiedział. Kilka wiosen wte czy wewte, co za różnica. Na poliku widniała szeroka szrama. Pamiątka po bitwie sprzed piętnastu lat z ludźmi z południa, którzy mówią zupełnie niezrozumiałym językiem. Dla Chmielara i jego plemienia byli jak niemi. Dlatego tak też ich nazywali, Nemi, Neme lub Nemce. Ludzie żyjący na tych ziemiach tysiąc lat później mówili na nich podobnie – Niemcy.

Z wszystkimi innymi ludami zamieszkującymi tę część świata szło się dogadać, porozumieć. Jedni mówili bardziej podobnie jak Chmielar i jego sąsiedzi. Inni podobnie, ale z innym akcentem, jak dwaj towarzysze z tyłu wozu. Jeszcze inni trochę mniej podobnie, ale zawsze było to w miarę zrozumiałe.

Czasem inaczej wymawiali słowa. Jedni mówili: A sto dynsi dejes? Inni – a śto dynś diejeś? A jeszcze inni – a ćto dynś dzejeś? Wszyscy jednak rozumieli to pytanie. Dziś by brzmiało – co dziś robisz?

A Nemi… Krzykną te jakieś swoje – was tuohtestduindemtaggg... Kto to wyrozumie?

Poza tym znowu szły słuchy, że szykują atak.

Trzeba wiedzieć, że życie w tamtych czasach nie było łatwe. Obracało się wokół ciężkiej pracy. Niemal cały wysiłek szedł w to, by zapewnić sobie pożywienie na dziś oraz przetrwać zimę. Dlatego niemal każdy człowiek był rolnikiem. A w czasie, kiedy pola nie wymagały pracy, był także myśliwym, rybakiem, hodowcą czy zbieraczem. Jednak nie było aż tak źle, chłopi w późniejszych stuleciach, wbrew pozorom, mieli jeszcze trudniej, bo pracowali nie tylko na siebie, ale spiżarnie trzeba było też zapewnić panom czy szlachcie. Wtedy często zostawało im mniej, niż musieli oddać...

Ale wróćmy do obecnego czasu. Zatem, nie było tak źle. Ostatnie lata to czas spokoju w tym miejscu. Plony nie były złe, czasem można było pojechać do grodu coś sprzedać i kupić.

Poza tym, oprócz tego, że chłopi pracowali na roli, niemal każdy z nich miał też inny fach w ręku. Byli kowale, którzy wytwarzali narzędzia i broń. Rybacy, którzy łowili ryby, a tych w pobliskich rzekach nie brakowało. A trafiały się nawet gigantyczne jesiotry, które były długie nawet na dwóch chłopów i ciężkie jak trzy dziki! Byli też bartnicy, którzy podbierali z lasu miód pszczołom. Tkacze, którzy robili odzienie. Garncarze, którzy lepili garnki i kubki. Cieśle, którzy z drzewa potrafili zrobić najróżniejsze cuda przydatne do życia. Jak widać, wiele osad potrafiło funkcjonować bez pomocy z zewnątrz. A Chmielar znany był z tego, że warzył piwo. Lubili je pić chłopi z osady, ale też z okolicy. Teraz wiózł trochę złotego napitku do grodu. Jednak, co to są truskawki, też nie wiedział.

– Otjec gwaril: truskawki? – zdziwił się i splunął na ziemię, jak to chłop.

Dziewczynka pokiwała głową.

– Ja ne zna – rzucił, cmoknął i strzelił batem. – Hoooj! – zakrzyknął. Wół jednak nie zareagował. Swoim tempem ciągnął wóz. Kroki stawiał nieśpiesznie.

– A sto to je? – Polka pokazała ręką na cały teren przed nimi, przysiadając się do przodu, do wuja.

Ten znał jej wrodzoną ciekawość wszystkiego. Jednak zawsze starał się cierpliwie odpowiadać. Bardzo kochał to dziewczę.

– Pusti. Nasa pusti⁷ – rzekł, patrząc przed siebie i oblizując językiem spierzchnięte wargi. Od czasu do czasu chrząkał i spluwał na ziemię.

Zewsząd otaczała ich puszcza. Była ogromna. Była wszędzie. W tamtych czasach rzadko widywało się odkryte pole. A tam, gdzie było jakieś pole, tam był człowiek, który wytrzebił las, by móc gdzie mieszkać, albo siać. Zatem niemal wszędzie były drzewa i krzaki, bo ludzi nie było tylu, ilu jest dziś. Było pewnie z pięćdziesiąt razy mniej. Drzewa rosły gęsto, a przedzieranie się przez nie wymagałoby dużego wysiłku. Nie brakowało też terenów podmokłych, rzeczek, jezior. Człowiek nieobeznany z terenem przepadłby szybko. Mnóstwo też było dzikich zwierząt. Te jadącej wozem grupie nie przeszkadzały w podróży.

Wóz toczył się wąską ścieżyną, którą czasem przemieszczali się miejscowi i rzadziej obcy. Drewniany pojazd czasem ledwie się przeciśnie. Gałęzie biły jadących po twarzach. Korzenie drzew czuło się pod twardymi kołami. Te często kręciły się z piskiem.

Ktoś wiele wiosen temu musiał dosłownie tę ścieżynę wyrąbać toporami. Od cienkich drewnianych kół wozów powstały słabo widoczne ślady. Miejscowi znali je na pamięć. Człowiek współczesny mógłby ich nie zauważyć.

– Nase to je? – Polka zapytała Chmielara.

Ten charknął wyjątkowo głośno i po chwili splunął na trawę.

– To nase – odparł, wycierając gębę. – Pusti Wikrian⁸ – dodał.

– A my Wikriany? – zapytała, patrząc na przykryte brodą wargi wuja.

– Abo ja wim? – uniósł brwi.

– Hmm – zmarszczyła czoło dziewczynka.

– Wikriany, Wikriany – wzruszył ramionami Chmielar. – My Krasne – spojrzał na młodą twarz dziewczęcia.

– Aaaaa – pokiwała głową. Potem pokazała ręką w lewo i zapytała, kto mieszka tam daleko za puszczą Wkrzan?

– Tam Wilcy – powiedział – A Obotryce, a Lutice⁹ – dodał. Potem zaczął wymieniać plemiona wykonując ruch ręką w prawo. – Tam Juliny, tam Pomorcy, tam Pirizany, a tam Polany¹⁰, a tam Nemi – splunął przy tym i rzucił przekleństwo. – Wsawe rylja, psje seme, scerwojady, gady¹¹ – tfuj!

Polka zaśmiała się w głos. Wuj otworzył gębę i wywalił język.

– Bleeeeee – zakrzyknął.

– Nemi gady, Nemi gady – powtórzyła Polka. – Nemice…

– A tam ponowno Wilcy – Chmielar wyszczerzył zębiska, kiedy zatoczył krąg. – A tam – pokazał jeszcze dalej – tam Franki, Saksy, Bawary, Cescy, Morawce, Slonzaki, Kaseby¹² i mnoga, mnoga, hej – krzyknął i znowu splunął. – Im jeno barluti, piwo chlati i baby turlati¹³.

– Tylu ljudi – aż złapała się za głowę. – A tam? – pokazała w stronę, w którą jechali i błysnęła jasnymi ząbkami.

– Nas gard Scetyn. Walny gard – dodał.

Wóz toczył się powoli. Wuj znowu splunął. Podróżnicy z tyłu mamrotali jakieś pacierze. Polka przetrawiała informacje.

– My Krasne – powiedziała.

– A kako tebe twoj otjec powedel? – spytał Chmielar.

– Otjec pry, my Slowiane¹⁴ – odpowiedziała.

– Slowiane, tako ze moze byti – wyszczerzył krzywe zębiska.

– A cemu Krasne je Krasne? – padło kolejne pytanie.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego ich osada Krasne nazywa się Krasne, Polka słyszała już ze dwie dziesiątki razy. Wuj, jak zwykle, po raz kolejny, chętnie wytłumaczył, skąd się wzięła ta nazwa. Dziewczynka ponownie usłyszała, że ludzie, którzy kilka dziesiątek lat wcześniej, albo i więcej, osiedlili się na wysokim wzgórzu nad Odrą. Uznali, że to krasne, czyli piękne miejsce do życia. A do tego na samym środku rósł piękny buk, którego liście jesienią robiły się wyjątkowo krasne, czyli czerwone, jak wiśnie czy maliny. Ot, i wszystko jasne, czyli krasne.

– O taaa – ucieszyła się usatysfakcjonowana dziewczynka. – A gde predtym zywieli?

Chmielar znowu cierpliwie tłumaczył, że wcześniej żyli całkiem niedaleko, też w pobliżu wielkiej Odry. A zdecydowali się na przeniesienie osady, bo tamtejsze pola, które uprawiali, były już nieurodzajne. A dziad czy pradziad Drogomira z ich osady, polując odkrył inne miejsce, na wzniesieniu, z daleka od innych osad i uznał, że to będzie lepsze miejsce do życia dla grupy. Poszli tam zatem, wyrąbali ze wzgórza drzewa i pobudowali chaty. A że taką chatę potrafili postawić w miesiąc, to dość szybko osada przeniosła się ze starego miejsca na miejsce nowe. Potem, niedaleko, znowu wyrąbali trochę drzew, żeby mieć gdzie siać.

– A stare kletje, sto stalo¹⁵?

Jak powiedział Chmielar, stare chaty zostały na miejscu, a nowe można szybko zbudować – zaśmiał się, pokazując na bicepsy.

Przez chwilę jechali w ciszy. Polka układała sobie informacje w głowie. Często powtarzała w myślach to, co usłyszała. Długo jednak w ciszy nie wytrzymała.

– Ujec, a cemu miano Wikriany¹⁶?

Chmielar nabrał w płuca powietrza i zaczął tłumaczyć.

– Je reka Wikra to Wikrian pusti – zaczął. – A reka je wikra, bistra, wartka – wykonał teraz szybki ruch ręką, próbując zobrazować coś szybkiego. – Zato miano je, Wikra¹⁷ – dopowiedział. – Wikra reka.

– Ahaaaa, wikra reka – powtórzyła. – A wilikaja reka Uadra? Cemu Uadra?¹⁸ – nie dawała za wygraną.

Stary podrapał się po głowie. Spojrzał na siostrzenicę, wzruszył ramionami jednocześnie zrobił wielkie oczy i wypuścił głośno powietrze układając usta w dzióbek.

– Ujec ne zna¹⁹ – rzucił z uśmiechem.

– Uuuu – Polka też zrobiła dziubek z ust.

– No, ne zna – przyznał mężczyzna. – Znai moze tolka bogi – pokazał palcem w niebo.

Później Chmielar zaczął tłumaczyć siostrzenicy, że jedzie do miasta sprzedać piwo, sery i miód. Chce też kupić co tylko się da wartościowego. Na przykład żelazne narzędzia, albo groty, a może trochę srebra. Jego piwo było w cenie. Nikt w okolicy nie warzył lepszego. Inne piwa były gęste, coś w nich pływało, co trzeba było wypluwać. Piwo Chmielara było inne, nie takie gęste jak czasem gęste są polewki. Częściej swoje piwo odcedzał. No i dodawał do niego chmielu i pewnych ziół. Recepta odziedziczona z dziada pradziada była tajemnicą. Kupcy w grodzie szybko złocisty trunek od niego kupowali.

Wtem ich uwagę przykuło coś na niebie. Jakiś duży ptak, pewnie bielik, w locie zaatakował mniejszego ptaka. Ten zaskrzeczał głośno. Po chwili agresor trzymał swoją ofiarę w szponach. Widocznie, nie chwycił jej zbyt mocno, bo podrzucając, poprawił sobie zdobycz. Po chwili szybko znikł im z oczu. Chmielar wzruszył ramionami i uśmiechnął się znacząco, w stylu – „takie jest życie, maleńka”.

Dziewczę odpowiedziało podobną miną. Potem wskazała na dwóch mężczyzn jadących za nimi i spytała, gdzie jadą. Chmielar ściszył nieco głos i powiedział, że oni jadą z jakąś misją. Jadą daleko. – Aze do Gnezdna²⁰ – pokazał ręką gdzieś daleko. Dodał, że to tam, gdzie żyje książę polański. – Walnyj kniądz²¹ – podkreślił. Mają tam mu coś powiedzieć. Na pewno ważnego.

Młoda kobieta pokiwała głową.

Jechali przez jakiś czas w milczeniu. Ze wsi Krasne wyjechali skoro świt. Teraz robiło się już coraz goręcej. Mieli już za sobą dwie osady, Klbasko i Smolentyn²². Inni wołali na nie Kolbaska lub Kolbasowo i Smolety albo Smolenty. Jak komu się chciało. Ta pierwsza była większa. Największa na szlaku do Scetyna. Było w niej już siedem domów. Druga była malutka. Stały tam trzy małe chaty. Teraz powstawały dwie kolejne, bo osiedlili się tam ludzie, którzy przybyli z południa. Woleli wyżej położony Smolentyn, niż niżej leżące Klbasko. Jak mówili, wcześniej mieszkali wiele dni drogi stąd, jeszcze daleko za grodem Radegost²³, walnym grodem Wieletów. Woleli się przenieść, bo życie zbyt blisko Niemych nie było bezpieczne, a i pola tam nie dawały już wielkich owoców.

– Sam gladna²⁴ – powiedziała Polka w pewnej chwili i pokazała na brzuszek.

– Kteti klbasu? – zapytał wuj.

Nastolatka uśmiechnęła się i pokiwała energicznie głową, aż jej warkocz zatańczył.

Chmielar wyciągnął kawałek kiełbasy i placek posypany mąką. Dodał, że za niedługo będzie strumyk, gdzie można będzie się napić wody i nalać ponownie do glinianych dzbanków, które były już puste.

Po chwili wokół zapachniało przyjemną wonią. Polka ogryzła kęs. Oczy zrobiły jej się wielkie.

– Mmm, przedne – wymruczała.

Chmielar zaśmiał się głośno.

– Przedne – powtórzyła, mlaskając.

– Splendidus²⁵ – usłyszeli mlaskanie z tyłu. Chmielar i Polka odwrócili się. Zobaczyli, że obaj braciszkowie skuszeni zapachem, też ruszali żuchwami, aż i im się świeciły ich brudne oczy.

Kiełbasę kupili, oczywiście w zamian za piwo, w osadzie Klbasko znanej z tego, że wyrabiają tam przednie wędliny. Zaczęli zgodnie wychwalać Kazimira, najważniejszego mieszkańca owej wsi, którą nazwano na cześć jego dziada lub pradziada, spod rąk którego także podobne przysmaki wychodziły.

Pomiędzy jednym a drugim kęsem ciekawska Polka zapytała, co oznacza imię Kazimir.

Wuj zaśmiał się.

– Kazimir. Ony kazi mir.²⁶ Ali ne ze mnu – dodał, głośno mlaskając. – Ony swarliwy²⁷.

– Aaa – przyjęła dziewczynka. – A Chmielar? – zapytała o znaczenie imienia wuja.

– Bom piwo warit, z chmiela. Przedne. Kteti?²⁸ – pokazał na jedną z beczek.

– Dawaj! – wyrwało się z gardzieli towarzyszy podróży w szarych sukmanach.

Kiedy się posilili, a potem ugasili pragnienie wodą z małej strugi płynącej przed osadą Warimice²⁹, ruszyli dalej. A w tej osadzie też byli piwowarzy, tylko że ich napitek uchodził ogólnie za dość podły. Stamtąd pochodziła też Ciecirada, gruba kobieta, której zupy, jak cebulowa na piwie, żur czy szczawiowa, dobrze znane i cenione były w komnacie księcia grodowego, dla którego gotowała.

– Przedne, przedne polewki – klepał się po brzuchu Chmielar, pokazując Polce malutką chatę kobiety, którą właśnie mijali.

Natomiast w pobliżu osady Warimice, kilka setek kroków na zachód, koło dębu Bendarga, żyła w kurnej chacie Neboja. Wszyscy mówili o niej, że rozmawia z bogami. Wielu wybierało się do niej, żeby zobaczyć swoją przyszłość. Mimo że się jej obawiano, kobieta na brak gości nie narzekała.

___

Podróż upływała spokojnie. Wuj Polki tylko z rzadka wydawał głośne komendy. Robił to wtedy, kiedy mu się zdawało, że wół schodzi ze ścieżyny. Wołał: – Praw! – kiedy chciał, żeby zwierzę poszło bardziej w prawo. Czasem krzyknął: – Lew! Wtedy wół kierował się bardziej w lewo. Innym razem rzucił: – Wiedi, wiedi!, i cmokał, kiedy zdawało mu się, że zwierzę jeszcze bardziej zwalnia. A kiedy wół przestraszył się jakiegoś nagłego ryku dzikiego zwierza z lasu, albo szczekania psów biegających wokół chat w mijanej wsi, to uspokajał zwierzę, mówiąc spokojnie przeciągając sylaby: – Tjichaa, noooo tjichaa…

Zbliżali się do grupy domostw zwanej Gumenci³⁰. To była ostatnia osada przed grodem Scetyn. Teren był tu bardziej podmokły. Powietrze też jakby nieco inne.

Polka przesiadła się na tył. Znowu górę wzięła jej ciekawość. Zaczęła wypytywać Branimira i Domagoja o to, skąd przybyli i dlaczego nie zawsze rozumieją, co się do nich mówi.

Braciszkowie zaczęli tłumaczyć, że oni pochodzą z daleka.

– My Krwaty, kristjani³¹ – powiedzieli.

Domagoj pokazał jej mały, srebrny krzyżyk, który wyciągnął z głębokiej kieszeni. Dodał, że ich kraj leży bardzo daleko stąd. Miesiącami trzeba podróżować, by tam dotrzeć. Ale plemiona tamtejsze mówią w języku podobnym do języka używanego na tej ziemi. Dlatego dużo rozumieją, co tutejsi do nich mówią.

– My braty – pokazał na siebie i Polkę.

– Braty? – zdziwiła się, oglądając maleńki krucyfiks.

– Ano, braty – przytaknął drugi.

Branimir dodał, że teraz podróżują z innego kraju, jeszcze dalej położonego, gdzie znajduje się wielkie miasto Roma i tam ludzie mówią już zupełnie innym językiem.

– Latinska mowa – dziwiła się dziewczynka. Poprosiła, żeby coś w tej mowie rzekli.

– In nomine patris et filii et spiritus sancti³² – powiedział powoli podróżny, wykonując jednocześnie znak krzyża.

– Sto to znamanaje³³? – zapytała dziewczynka, zdziwiona zupełnie inną mową.

Odpowiedział, że to znak boga. Dodał, że oni chodzą po świecie i mówią o bogu, który nazywa się Jezus. I starają się mówić o nim w różnych językach świata, po łacinie, po słowiańsku, a nawet w narzeczu Niemych. I że jest to jedyny, prawdziwy bóg.

– Jesus. Miano Jesus ja zna – powiedziała Polka.

Braciszkowie spojrzeli na siebie. Wielce zdziwili się, że dziewczyna zna imię Jezusa Chrystusa.

– Otjec gwaril, Jesus – odparła i dodała imiona innych znanych jej bóstw. – A gwaril Triglaw, Perun, Weles, Dola… – wymieniała.

Mężczyźni przecząco pokiwali głowami.

– Falsus deus, falsus… – powtarzali, że to fałszywi bogowie.

Polka w końcu wzruszyła ramionami. Przypomniała sobie, że braciszkowie, jak byli w osadzie Krasne, coś zostawili jej ojcu. Zapytała ich, co to było. Takie dziwne zwoje.

– Pergamen³⁴ – powiedział wyższy.

– Pisati – dodał drugi i pokazał ruchem ręki, jakby coś rysował po niebie.

Dziewczynka pokręciła głową, że nie rozumie. Wtedy jeden z braciszków krzyknął do przodu, by zatrzymać wóz.

– Prrrrjaa! – ściągnął lejce Chmielar. – Sto je? – odwrócił głowę.

Branimir pokazał, że potrzebuje chwili postoju, wziął Polkę za rękę i zachęcił, żeby z nim wysiadła. Ta szybko wyskoczyła na zewnątrz. Odeszli kilkanaście kroków dalej, gdzie stało stare, grube drzewo. Mężczyzna sięgnął po nożyk. Potem zaczął nim skrobać po korze. Po jakimś czasie cofnął się i pokazał palcem. Polka spojrzała. Zobaczyła kreski w takim kształcie.

ROMA

– Roma – powiedział Chorwat.

– Roma – powoli powtórzyła dziewczynka. Jej wielkie oczy mówiły, że nie rozumie.

– Walnyj, walnyj grod. Jako daleko, aze za gorami – pokazał gdzieś za siebie chrześcijanin. – Najweci na swietu – dodał.

– Ooooo – Polka zrobiła wielkie oczy. – Roma – powtórzyła. – Gard. Walny.

– Gard – uśmiechnął się mężczyzna. – Gard i grad, to samo – spojrzał dziewczynce w oczy. Wytłumaczył, że w tej części świata na otoczone ostrokołem czy wałami miejsce do życia mówią gard, a w innych mawiają – grad. Ot, tak już jest – uśmiechnął się.

Po chwili znowu podszedł do drzewa i ponownie zaczął coś na nim skrobać. Teraz kreski wyryte przez Branimira wyglądały tak.

IESUS

– A to? – spytała Polka.

– Miano boha – krzyknął nabożnie Domagoj i przeżegnał się. Potem zaczął coś mamrotać po łacinie.

– Boha? – zdziwiła się Polka.

– Boha, boga, je to samo – znowu się uśmiechnął. W tym czasie jego towarzysz znowu stawiał kolejne znaki na drzewie.

IARSLAV

– A to? – dziewczynka podeszła bliżej drzewa.

– To twoj otjec.

– Otjec? – zdziwiła się. Zaczęła się rozglądać dookoła. – Te palice³⁵ to otjec?

Mężczyźni w suknach zaczęli się śmiać. Potem zaczęli tłumaczyć, że jej ojca tutaj nie ma. Ale na drzewie napisane jest jego imię. Że to jest właśnie pisati, czyli pisanie. Potem dodali, że ojciec Jarslaw będzie coś pisał na pergaminie, który od nich kupił. Mówili, że ma bardzo mądrego ojca. Bardzo – podnosili ręce do nieba. Przybysze dodali, że byli bardzo zdziwieni, kiedy Jarslaw zobaczył pergamin i koniecznie chciał go od nich dostać.

– Walnyj Jarslaw. Walnyj! Mudrec³⁶ – kręcili głowami z podziwem.

Polka nie wiedziała, że ojciec zna znaki, które można zostawiać na drzewie czy na owym zwoju. Chociaż…

Teraz zaczęła sobie coś przypominać. Kiedyś, jak była jeszcze mała, miała może z pięć czy sześć wiosen, ojciec pokazywał jej jakieś znaki. Mówił przy tym i kazał jej powtarzać: aaa, iii, ooooo... To była fajna zabawa. Tylko wtedy mama zaczęła na niego krzyczeć, że jakieś złe duchy zaraz przywoła do ich chaty i żeby natychmiast przestał. Ojciec się wtedy zdenerwował, krzyczał. Potem, kiedy mama nie widziała, znowu próbował jej pokazywać jakieś znaki, ale Polka się już tego bała i uciekała. Teraz dawne obrazy wróciły. Pamięta znak przypominający chatę. Ojciec wtedy mówił, że ta chatka to: aaaa. Pamięta też okrąg. Ojciec mówił: oooo, i kazał jej to powtórzyć.

Kiedy to wszystko przelewało się przez jej umysł, Branimir wyrył na drzewie kolejne znaki. Kiedy cofnął się odsłaniając je, zobaczyła:

POLKA

Jest okrąg i chata na końcu. Oooo i aaaa. Czyżby to było moje imię – pomyślała szybko dziewczynka. I krzyknęła:

– Polka!

Przybysze z daleka aż złapali się za głowę. Nie mogli się nadziwić, skąd mała dziewczynka żyjąca pośrodku nieprzebytych puszcz, przeczytała swoje wyryte na drzewie imię.

– Impossibile, impossibile!³⁷ – powtarzali, patrząc na siebie. Oczy wywracali do góry i łapali się za głowy.

Dziewczynka pękała z dumy. Poczuła się, jakby była wyższa o kilka centymetrów.

– Mudrec, mudrec – klepali ją po plecach. – Ociec mudrec to cerka mudrec³⁸ – śmiali się.

Chmielar też nie krył zdziwienia. Zaczął pokrzykiwać, jak jakiś ptak i klepać się po zadzie. – Ohoho, ohoho! – wykrzykiwał. Dumny był, że obcy ludzie tak chwalą jego siostrzenicę.

Kiedy w końcu wszyscy znowu umieścili się na wozie, Chmielar krzyknął: – Wij! Strzelił batem i ruszyli na północ. Kiedy minęli stojący z lewej przy wąziutkiej rzeczce dąb Turyna, wiedzieli, że cel podróży jest już bardzo blisko. Drzewo było stare, duże, ale nie aż tak duże, jak inne w okolicy. Najpotężniejszy był dąb Walisa, stał na rozstaju dróg ze Scetyna do osad Klbasko i Krasne. Tamtym, biegnącym bliżej Odry szlakiem, zamierzali wracać. Stare, wielkie drzewa były dla ludzi drogowskazami. Miały też swoje nazwy.

Mieszkańcy mówili, że dąb Turyna wyrósł w miejscu, gdzie dawno temu walkę stoczyły dwa tury, młody i stary. Padł przywódca stada, a przed śmiercią zwierzę podniosło głowę ku niebu. Ryk miał wstrząsnąć całą puszczą. Drzewo, które tam wyrosło, nazwano na cześć tego tura – dębem Turyna.

Polka zapytała podróżników, po co jadą do grodu Scetyn.

– Walnyj grod, walnyj – zaczęli wychwalać miasto nad Odrą jeden przez drugiego.

– Walnyj gard – poprawił się Branimir. Przypomniał, że tutejsi na większe skupiska ludzi i domostw mówią gard. W innych miejscach mawiano – grod. Zdarzało się też słyszeć wersję hrad.

– Hrad – powtórzył. – Hrad Scetyn.

A kiedy młoda Słowianka naciskała, Domagoj rzekł, że chcą się zobaczyć z Radowojem, księciem ze Scetyna. A potem może udadzą się dalej, aż do Poznania, żeby spotkać się z Siemomysłem, księciem Polan.

– Nesemy sprawu – dodał. – Walna sprawa – podkreślił.

Chmielar pomyślał, że może faktycznie źli sąsiedzi z południa planują jakąś wyprawę na ich ziemię, a ci dobrzy ludzie jadą nas ostrzec. Po co tylko potem jadą aż do Poznania – zastanawiał się. Czyżby chcieli namawiać Siemomysła do obrony tych ziem? W sumie, w kupie siła.

– Kto to Radowoj? – spytała w swoim stylu Polka.

– Radowoj to syn Gniewmira, a Gniewmir to syn Sceta – odpowiedział Chmielar, puszczając oko do siostrzenicy. – Radowoj to je kniądz Scetyna – dodał. – Bolej slawy muż³⁹.

– Aaaaa – pokiwała głową z uznaniem czternastolatka z warkoczem. – A otjec moj gwaril, przedny kniądz Semomysl. Bolej, bolej slawy. A Semomysla syn, miano jeho Miesko, abo Miszko, isto walnyj⁴⁰.

Braciszkowie byli zaskoczeni. Jakiś chłop z małej wsi chwali księcia Siemomysła z dalekiej krainy, a nawet jego syna Mieszka, który ma może tyle wiosen, co to małe, ciekawskie dziewczę. Od teraz z jeszcze większym podziwem patrzyli na nią. Kiwali głowami i się dziwowali. Pannom w jej wieku już tylko chłopcy i inne głupoty w głowach, a Polka była zupełnie inna.

– A Radowoj, isto wielik muż, walnyj. W pljen wenza mnogyje newolnych, ohoo. Aze z pusti Kaseby⁴¹

– Newolnych? O Dolo. A sto oni tworit⁴²?

– A wse⁴³…

Rozprawiali tak jeszcze długo. Aż w końcu zaczęły znikać drzewa, zrobiło się jaśniej i po chwili ich oczom ukazały się pierwsze domostwa największego grodu tej ziemi – Scetyna.

To było jeszcze podgrodzie. Pierwsze chaty nie robiły wielkiego wrażenia, choć były inne niż w ich osadzie. Nie były wkopane w ziemię, jak ich malutkie ziemianki. Były nieco większe i wyższe. W sumie wokół grodu stało ich tu z pięć dziesiątek. Niektóre chyliły się ku upadkowi. Były też takie popalone, a także pachnące nowością. Ruch był spory. Kiedy zapytali miejscowych, skąd tyle spalonych domostw, usłyszeli, że gród od zachodu jakiś czas temu napadli Juliny, których wsparło też kilkudziesięciu obcych brodaczy z północy, aż zza Bałtyku. Nieproszeni goście wpadli jednak w zasadzkę, bo szpiedzy księcia Radowoja donieśli mu o planach ataku, więc mieli czas, by się przygotować i wezwać posiłki. Mieszkańcom Scetyna pomogli żyjący na zachodzie Wieleci, zwani tutaj Wilcy lub Luticy, srodzy, waleczni ludzie. Społem rozbili w pył napastników, ale pewnych strat nie dało się uniknąć. Większość cieszyła się jednak, że walka nie toczyła się w samym grodzie. Wtedy straty byłyby o wiele większe.

Po chwili ruszyli dalej. Kierowali się w stronę wielkiej Odry. Czuć już też było w powietrzu bliskość rzeki. Ludzi i głosów było coraz więcej.

Chaty podgrodzia stały wzdłuż coraz szerszej, bitej, pełnej kurzu i kamieni drogi. Dziś była sucha, bo dawno nie było deszczu. Pył wdzierał się do nosa i oczu. W oddali widać było palisadę na ziemnym wale, która okalała rozłożone na wysokim wzniesieniu miasto Scetyn. Miała wysokość trzech, może czterech chłopów. Ostro zakończone pale były wbite jeden przy drugim. U dołu konstrukcja była wyraźnie wzmocniona nasypem oraz głazami i kamieniami.

Przed budowlą wiła się fosa, wypełniona ciemną wodą. Jechali wzdłuż niej, aż wreszcie dotarli do mostu przerzuconego nad korytem i skierowali się ku bramie. Droga wiodła ostro pod górę, bo Scetyn wznosił się na wysokim wzgórzu. Wół ciągnął wóz z coraz większym trudem, a kopyta raz po raz ślizgały się po kamieniach. Polka, zaciekawiona widokiem, rozglądała się wokół. Powoli zbliżali się do bramy.

To była jedyna furta prowadząca do grodu. Stała od wschodu. Była drewniana, miała nad wejściem jeszcze dwa poziomy. Stał na niej jakiś człowiek i patrzył przed siebie. Co chwilę ziewał, albo spluwał. Brama była zwieńczona dachem, na którym ktoś umocował tarczę z wyrzeźbioną w drewnie głową orła i z ciałem jakiegoś wilka czy innego stworzenia.

Polka zeskoczyła z wozu, zatrzymała się i odwróciła. Spojrzała na wielką rzekę. Odra w tym miejscu była szeroka. Za rzeką zieleniły się lasy i bagna. Sięgały aż po horyzont. Jedynie wzdłuż brzegów Odry, od północy i od południa, rosła gęsta, wysoka, ostra, bagienna trawa. Sięgała też miejscami dość daleko w głąb lądu.

– Miano groda je Scetyn. Cemu? – krzyknęła nagle do wuja.

– Abo wim? – wzruszył ramionami Chmielar i splunął.

Był już trochę zmęczony. Spojrzał jednak na dziewczynkę, zmarszczył czoło i po chwili jednak zaczął opowiadać. Jedni mówią na gród – Scetyn, inni wołają Stetyn, a jeszcze inni Sedin – tłumaczył siostrzenicy. Potem pokazał na owe wysokie trawy. Były ostre jak osty, wszyscy to wiedzieli. Mogły mocno pokaleczyć tego, kto się w nie zapuścił. Ludzie mówili na nie różnie, w zależności od tego, czy mówił miejscowy, czy przybysz – scet, scetia, stetia. Zatem ludzie, którzy osiedlili się w miejscu, które znajduje się na wzgórzu przy owej wysokiej i ostrej trawie bagiennej, nazwali je Scetyn – wyjaśnił.

– Cy prawda to? Ne wim – dodał.

– Scet, Scetyn – powtórzyła Polka.

Chmielar ciągnął dalej swoją opowieść o nazwie największego grodu w regionie. Zaczął tłumaczyć, że podobno dawniej w tym miejscu mieszkał Scet, dziadek Radowoja. Mówią, że to on ów gród założył. A może jeszcze inny Scet, dziad lub pradziad tego Sceta, kto tam wie. Każdy mówi co innego. I że możliwe, że i ich nazwano jak te bagienne trawy. Bo może ten pierwszy Scet biegał po owych trawach, poranił się mocno i kiedy wrócił, albo go znaleziono w tej trawie, to tak go potem nazwano.

Dziewczynka pokiwała głową, wdzięczna za opowieść. Uśmiechnęła się do wuja. Ten odwzajemnił uśmiech, pokazując żółte, krzywe zębiska z wyraźnymi ubytkami. Oboje teraz spojrzeli na panoramę odrzańską. Potem niżej, na port.

Port też robił na każdym przybyłym wrażenie. Przy brzegu kołysało się sporo mniejszych i większych łodzi. Ludzie handlowali tam rybami i nie tylko. Jedna łódź wyróżniała się. Była tak duża, że można byłoby nią przepłynąć Bałtyk. A może i pożeglować dalej...

Transport z jednego brzegu na drugi odbywał się specjalnym promem, który właśnie leniwie zbliżał się do lewego brzegu rzeki. W oddali widać było grupę łodzi, płynęły od południa. Duże wrażenie robiła środkowa. Pewnie płynie nią jakiś ważny człowiek – pomyślała dziewczynka.

Kiedy się odwróciła, zobaczyła, że wóz dotarł już do bramy. Szybko do niej ruszyła. Wrota były otwarte.

Ciekawe, jaki to ważny człowiek płynie Odrą – zatrzymała się i odwróciła w stronę wielkiej rzeki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij