Przepraszam, czy ktoś zamawiał duszenie? - ebook
W miasteczku Wieszczyce, w kompleksie hotelowym Leśne Zamczysko ma się odbyć Backstreet Books Festiwal, czyli festiwal autorów i książek spoza mainstreamu. Jego organizator, agent literacki Lolo Ćwik chce w ten sposób zdobyć nowych autorów. Niekoniecznie dobrych, ale koniecznie obiecujących.
Dlatego wszyscy piszący chcą się tam znaleźć.
Hotel, kiedyś wspaniały, teraz podupada i szykuje się do remontu generalnego.
Finansowania festiwalu, w zamian za promowanie okolicy podejmuje się miasto Wieszczyce.
Uczestnicy festiwalu wyczuwają „nutkę” mistycyzmu i astrologii, gdyż w Wieszczycach grasują… wieszczyce. Żeńskie demony słowiańskie, nieco wampiryczne, o nie do końca określonych preferencjach dotyczących krwi i poezji.
Niestety w łazience przy restauracji, w schowku na miotły, zostaje odkryty martwy i nagi agent literacki…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384302996 |
| Rozmiar pliku: | 849 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Co ty tu robisz?! – Dziewczyna trochę teatralnie zakasłała, żeby pokazać, że to, co się dzieje, wcale jej się nie podoba. Nie uzyskała odpowiedzi, jakiej by się spodziewała, a spodziewała się przynajmniej jakiegoś głupiego tłumaczenia, a nie paniki w oczach.
– A co cię to obchodzi?! Szykuję specjalne atrakcje na nocny wypad festiwalowy – odpowiedziała jej osoba spod drzewa.
Odpowiedź może i dało się zaakceptować, ale była nielogiczna. Jaki spacer? W krzakach? Kto podczas festiwalu literackiego chodzi między krzakami nocą i wdycha dym spalenizny? I po co miałby to robić?
Owszem, atrakcje są potrzebne i nawet były zapowiadane, ale nie takie! No i dym wydaje się raczej obrzydliwy, a nie kuszący.
– Taaa, jasne, co to za atrakcje? Grilla będziesz robić? W takim miejscu? Nie no, to zły pomysł. – Westchnęła i rozkasłała się jeszcze bardziej, smród był bowiem tak duży, że szok, a sama lokalizacja na imprezę zupełnie się nie nadawała.
– Może grilla, a może ognisko? Zresztą, to nie twoja sprawa. Coś robię, ale tobie nic do tego!
– Odwala ci, naprawdę! To może być niebezpieczne! – Wskazała ręką dookoła, szczególnie po okolicznych drzewach i krzakach.
– Czego się czepiasz? Co? Odwal się i tyle! Wracaj do zamczyska i nie pchaj nosa w nie swoje sprawy. Nie interesuj się lepiej, bo kociej mordy dostaniesz. A ja zrobię, co zechcę, ognisko czy grill, to nie twoja sprawa!
– Ja pierdolę, to jest chore, ognisko pod drzewem? Spalisz tu wszystko albo jakiś pożar wywołasz! Lepiej przestań, rozgrzeb to i zgaś natychmiast! Polecę po gaśnicę. Mam nadzieję, że nie palisz tu niczego ważnego?
– Zdziwiłabyś się…
Przybyła kopnęła kupę śmieci leżących przy rozpalającym się powoli ogniu.
– Ale co tu robią te… Zaraz… Kapelusz? Czy to nie są ubrania…
– I widzisz, jednak nie polecisz po gaśnicę! Nigdzie nie polecisz. A zostałaś uprzedzona. Prawda?
Nikt nie usłyszał krzyku.
***Irmina szła ulicą i wgapiała się w telefon. Trochę to wyglądało dziwnie w jej wieku, ale ona nie miała na tym punkcie żadnych kompleksów.
Wyglądała na siedemdziesiąt lat, na głowie miała elegancki kapelusz, w ręku superdrogi telefon, a także wielkie, choć zdecydowanie paskudne, plany. Łączyły się one z festiwalem literackim, ale nie tylko.
Lubiła namieszać.
Teraz właśnie pichciła e-maila do jednego z wydawców, żeby „uprzejmie go zawiadomić” go, że jedna z jego autorek jest chora psychicznie i lepiej się jej pozbyć, a już na sto procent nie wydawać jej książek, bo zwariowała i może biegać po ulicy z siekierą. Irmina usłużnie dołączyła do wiadomości zdjęcie, na którym rzeczywiście było widać jak rzeczona autorka biegała po ulicy z siekierą, ale zdjęcie było tak wykadrowane, że nikt nie wiedział, że był to fragment właśnie nagrywanego filmu promocyjnego do powieści kryminalnej tejże podobno szalonej autorki.
– Uważaj, gdzie leziesz, kretynko! – zawołał za nią jakiś facet leżący na chodniku, o którego się właśnie potknęła.
– Tylko bez kretynek… Debilu zasrany! – odpowiedziała i kopnęła leżącego, choć grzeczne starsze panie nie powinny tego robić. – Śmierdziel pierdolony, no! Całego e-maila szlag mi trafił, bo się chuj wypierdolił w miejscu publicznym. Wynocha stąd, zasrańcu! Kulturalnym ludziom przeszkadzasz! Won!
Mężczyzna nie pierwszej świeżości doznał szoku.
– No ja sobie wypraszam! – wydukał, nadal leżąc, bo choć wiązanki znał wszelkie, nawet szewskie i krawieckie, z dodatkiem takich używanych przez taksówkarzy z warszawskiej Pragi, to jednak mowę mu odjęło, co wcale nikogo nie powinno dziwić. – W końcu mamy wolność, mogę sobie leżeć, gdzie chcę! – dodał niepewnym głosem.
– Ja też sobie wypraszam – warknęła. – Czy pan wie, kim ja jestem? – dorzuciła mocno i wściekle.
– Jasne, że wiem, jest pani pojebaną suką, która łazi po ulicy jak jakieś pieprzone zombie, ale co mnie to obchodzi? Zresztą… – zawahał się nagle, zamarł i niezgrabnie usiadł na krawężniku.
– Menel? – prychnęła Irmina z dezaprobatą.
Siedzący na krawężniku mężczyzna obraził się z kretesem.
– A gdzie tam menel, zaraz menel, zwyczajny pijak jestem. A leżę, bo się wypierdoliłem, a nie że coś tam, żadne tam jodły na gór szczycie czy maki na Monte Casino, nic z tych rzeczy, wstawać mi się nie chciało, zresztą, co to taką dziunię pieprzoną może obchodzić? Co?!
– A może. – Irmina przystanęła, wyłączyła telefon i podrapała się nim po czole. – Myszadło?! – zapytała głosem pełnym zachwytu i nieukrywanej nostalgii.
– Dla kogo Myszadło, dla tego Myszadło! – odpowiedział niepewnym głosem, wpatrując się w postać przed sobą. Miał marne szanse, żeby cokolwiek konkretnego zobaczyć, bo siedział na chodniku i obserwował wszystko z dołu, a Irmina miała na głowie kapelusz, a na całej swojej postaci eleganckie, haftowane, szalenie kolorowe, ale i obszerne letnie płaszczysko, w którym wyglądała jak odświętna Buka.
No cóż niczego jej nie brakowało, nadprogramowych kilogramów też, choć naprawdę ich nie lubiła.
– Jak to dla kogo Myszadło?! Kordian! Nie poznajesz mnie?! Jak możesz?! To ja! Powinieneś mnie pamiętać! Tyle dla ciebie zrobiłam! – zawołała egzaltowanym głosem.
Mężczyzna raczej nie wyglądał na zachwyconego.
– Znaczy kto? I co? I w ogóle…
– Irmina przecież! Ir–mi–na! – Podkreśliła swoje imię, jakby miało ono wielkie znaczenie – A kto na ciebie mówił Kołdrianek? Co?
– Każdy, kto chciał – odburknął, wpatrując się z niedowierzaniem w kobietę. – Ale nie jesteś przecież tą Irminą. Tą krową, przez którą wylądowałem w więzieniu? Co?!
Na chwilę zapadła cisza, ale nie wydawała się jakaś zakłopotana czy nieprzyjemna. Irmina wzruszyła ramionami, jakby to, co powiedział, nie miało znaczenia.
– Prawda? Nie jesteś nią? Tak? Znaczy nie? – Mężczyzna zaczynał wyraźnie panikować.
– Jasne, że jestem! – prychnęła dumnie Irmina. – A w więzieniu wylądowałeś, bo popełniłeś przestępstwo! Złodziej żeś jest chujowy, to cię złapali, zachłanny żeś był, trzeba było tyle tego brać, że aż ze schodów zleciałeś na zbity ryj? Aaa? – zapytała złośliwie. – I skazali cię tylko na dwa lata! – zawołała z niezadowoleniem.
– Kurwa, jasne! Na zbity ryj? Na zbity?! A kto mnie kopniakiem zrzucił ze schodów?
– Oj, nie marudź! Rok nie wyrok!
– Rok to nie wyrok, dwa lata jak dla brata? Ale ty się zawinęłaś i zniknęłaś. Zniknęłaś całkowicie! Z moim łupem!
– Kurwa, już przestań, co to był za łup, gówniane papiery! Nic cennego.
– To po coś znikała? Dlaczego uciekłaś? Co? I dlaczego mnie olałaś?! Ha?
– Bo tak należało. No wstawaj. Ty jakiś bezdomny jesteś czy tylko tak? – zapytała na wszelki wypadek, bo bardzo się ceniła, gdyby Kordian okazał się osobą potrzebującą wsparcia, domu czy czegokolwiek innego, to natychmiast przestałaby się nim interesować.
– Odpoczywam. Zdomny jestem, całkiem nawet! Rodzice mi zostawili domek na Willowej. Wiesz, tam koło Biedronki.
– Spadek ogarnąłeś? Wow. Znaczy nie żyją?
– A dlaczego mieliby nie żyć?! Pojechali na wycieczkę dookoła świata – odpowiedział, wzruszając ramionami.
Irmina nie była przekonana.
– Zamordowałeś ich i zakopałeś w ogródku?! – zapytała podejrzliwie.
W ogóle była podejrzliwa, zawsze i wszędzie oraz w stosunku do każdego, ale Kordiana znała, a to jeszcze bardziej wzbudzało jej podejrzenia, z drugiej strony było jej wszystko jedno, co rzeczony Kordian zrobił z własnymi rodzicami i czy podróżują po tym czy po tamtym świecie.
Kordian wyraźnie się obraził, w końcu matko- oraz ojcobójstwo to paskudna sprawa. Podejrzenie to wyraźnie go wkurzyło, ale on też doskonale znał Irminę i wiedział, że potrafi być paskudnie wredna. Trafił swój na swego, można powiedzieć, choć Kordian był jednak sympatyczniejszy i mniej zachłanny.
– No co ty! Ja taki nie jestem! Poza tym łatwo się męczę, kopanie w ogródku nie jest dla mnie. Sama widzisz, co robię, leżę i kwiczę – rzucił stwierdzeniem, niezbyt adekwatnym w tej sytuacji.
– Ale dlaczego tutaj? – zapytała, wskazując na rozkopany chodnik i dziurę po studzience kanalizacyjnej.
– Bo tu się zmęczyłem i nie kop mnie, bo ja też potrafię – burknął, widząc jak elegancka i kolorowa Irmina od czasu do czasu dość zamaszyście trąca go nogą.
– Wstawaj, do cholery! – wrzasnęła w końcu takim głosem, że nie umiał jej nie posłuchać. Mówi się, że stara miłość nie rdzewieje, ale przyzwyczajenie też robi swoje, a on był przyzwyczajony do słuchania poleceń.
Zresztą oni się nie kochali, byli dość luźnymi znajomymi z benefitami, tyle że benefity w tym układzie nie były ani amerykańskie, ani za bardzo seksualne. Mieli inne.
***– Hej, no rusz dupę – zawołała Balbina za oddalającym się w kierunku drzwi Borysem i pokręciła głową ze zniechęceniem. – Szybciej, no! – Naprawdę miała dość jego lenistwa. No dobrze, pracował, robił coś tam, potem trochę ogarniał chałupę, ale na litość boską robił to naprawdę bez śpiewu na ustach, wszystko leżało odłogiem, wszystko było zasyfione, a naczynia kisły, jak ich sama nie umyła. Zupełnie nie rozumiała, po co związała się z tym ćwokiem, który nie był w stanie zapewnić jej podstawowych wygód i bezpieczeństwa finansowego, o wydawaniu książek za jego pieniądze nie wspominając.
I nie był przystojny. I do tego jego wyposażenie w dolnych partiach… hm, jakby to powiedzieć, kadłuba, było marne i niechętnie się aktywowało. No ciul.
W ogóle, jeżeli chodzi o seks, to nie wymiatał.
Rozumiała tradycyjne role męskie i żeńskie, akceptowała je, wiedziała, że mężczyzna powinien zarabiać, a kobieta leżeć i pachnieć. Taka zawsze była zasada w dobrych domach. Też tak mogła, ale postanowiła, że się poświęci i zajmie się pracą, że będzie pisała książki, toteż on powinien się choć poczuwać do sprzątania i gotowania, ale nie. Nie, on był przecież jak wielki pan. On nawet zmywarki nie umiał załadować, a jak załadował, to potem kisił w niej brudne talerze dwa dni, zanim się zorientowała i wcisnęła odpowiedni guzik „start”.
Raz to nawet o mało nie została porażona prądem.
– Jakiś polecony. Możliwe, że do ciebie – zawołał. – Pewnie rachunek. Śmiecie wrzuciłem do kominka – oświadczył i poszedł do łazienki wziąć kąpiel.
Balbina, kiedy zrozumiała, co powiedział, oszalała. Rzuciła się do salonu i z przerażeniem stwierdziła, że w kominku płonie jakiś list. Płonie, czernieje, skręca się i dymi.
– Ten bydlak zrobił to celowo! – zawołało jej serce i wątroba, zanim ona sama się rzuciła, żeby wyciągnąć z płomieni tlące się papiery.
Poczuła, że coś jest nie tak. Z Borysem coś jest nie tak. Jak on mógł coś takiego zrobić. Przecież wiedział, że ona czeka…
To znaczy nie wiedział, bo mu nie powiedziała, ale mógł się domyślić.
Dodała do tego porażenie przez zmywarkę (nie całkiem, ale prawie) i kilka innych zachowań i stwierdziła, że albo chce ją zabić, albo ma kochankę.
Wolała to pierwsze, bo było bardziej romantyczne i dawało więcej rozgłosu.
Kochanki to przeżytek. Zdrady to bezsens. Nikt się tym już nie ekscytuje, za to usiłowanie zabójstwa daje osobie, którą usiłowano zabić (i to przecież kilka razy, jakby się tak dobrze przyjrzeć) sporo punktów mocy, kiedy potem opowiada o tym na spotkaniach autorskich, w telewizji śniadaniowej albo przy winie z wydawcą. Choć taka rozmowa z wydawcą mogłaby zostać różnie odebrana. Jak kiedyś powiedziała jednemu wydawcy, że elektryczny szop pracz, którego kochanka ojca kupiła jej synowi na Mikołajki, postanowił ją zabić, nie zyskała na tym zbyt wiele, bo wydawca zakrztusił się winem i musieli go zabrać na oddział ratunkowy.
Już wyobrażała sobie, jak snuje swoją opowieść w telewizji śniadaniowej, może nie tej najbardziej znanej, ale jednak w telewizji.
– A tak między nami mówiąc, bliskość śmierci bardzo wzmacnia doznania weniczne. I to pokazuje, jak niebezpieczne jest życie pisarza.
W chwilę potem, we własnym salonie, niestety, nie w telewizji śniadaniowej, poczuła, że zapaliła jej się spódnica. Tak trochę, nie za bardzo, ale jednak zapaliła.
Bliskość płomieni też zwiększyła jej doznania weniczne, zwłaszcza w zakresie słowotwórstwa mięsnego.
Zaczęła trzepać spódnicą i machać nią, co jeszcze bardziej ją rozpłomieniło i to wcale nie wenicznie.
Miała bardzo marną wiedzę na temat tego typu spraw. Coś gdzieś czytała, że tlen jest do czegoś potrzebny, a dwutlenek nie, ale dlaczego to takie ważne? Przecież to chyba wszystko jedno?
Miotanie się po pokoju spódnicy nie ugasiło.
Od spódnicy zapaliła się firanka.
Balbina machała listem na wszystkie strony, żeby przestał się tlić i żeby mogła go otworzyć i odczytać, ale płomienie zaczęły ogarniać pomieszczenie.
Balbina, czuła, że to była jego wina, Borysa. Jak zawsze!
Kobiety czują takie rzeczy.
Ona chciała rolety w oknach, a Borys ciągle tylko firanki i tiul. W ogóle nie powinna była mu pozwalać na udział w urządzaniu mieszkania. Fakt, należało do niego, ale ona miała o wiele lepszy gust i powinna mieć najwięcej do powiedzenia.
Cieszyła się więc, że wkrótce dostanie dom po ciotce i wtedy dopiero pokaże, na co ją stać, a Borysa do urządzania go nie dopuści.
– Ratunku! – zawołała rozpaczliwie spośród płomieni i wpadła do łazienki.
Borys ugasił ją słuchawką prysznica. Miała potem trochę siniaków.
Balbina zdecydowanie się z tego nie ucieszyła.
– Jak mogłeś mi to zrobić?! Jak mogłeś wywalić tak ważny list do kominka?! Zrobiłeś to specjalnie! – zawołała z rozpaczą. Patrz! – rozdarła nadpaloną kopertę, z której wypadł kawałek kartki. Było to ciut zwęglone zawiadomienie, o tym, że w czwartek MZGK zbiera gabaryty i elektrośmieci.
– Do kominka wywaliłem tylko to! List zostawiłem na stoliku w przedpokoju. Żeby się tylko Fafik do niego nie dobrał.
– To nie jest Fafik. To Agamemnon! – zawołała wściekła.
Mieli psa, który wabił się Fafik. Nie, gorzej, Borys miał psa i ten pies to był Fafik i Balbina uznała, że to brzydkie i poniżające imię i zmieniła je na Agamemnon. Nie reagował na nie, ale ładnie było tak iść i wołać: „Agamemnon do nogi”. To było takie godne, wspaniałe. Takie luksusowe! To świadczyło. To znaczy pokazywało jej klasę, a Borys tylko Fafik i Fafik, jak tak można?!
Wypadła do przedpokoju bo Fafik lub Agamemnon, jak zwał tak zwał, jednak potrafił wszystko poszarpać i wymemłać.
Był oślinionym potworem.
Firanki dogorywały, płonąc. Nie było obok nich nic takiego, co mogłyby podpalić, dlatego tylko czerniały i opadały. Śmierdziały plastikiem, bo tak właśnie śmierdzą sztuczne przecież firanki.
***– Wstawaj wreszcie, bo wilka złapiesz, a ja się tobą zajmować nie będę! – wrzasnęła takim głosem, że musiał posłuchać. Zawsze, kiedy byli razem, układ był właśnie taki. Ona rządziła, on słuchał. Ona wrzeszczała, on wykonywał zadania. Po prostu robił to, co mu kazała.
Znali się od dawna, ale nie widzieli od kilku lat. I właściwie nawet za sobą nie tęsknili, ale w pewnych specyficznych momentach życia pamiętali, jak to było kiedyś.
Najczęściej ze zgrozą.
Teraz właśnie oboje się zastanawiali, co z tego wyniknie. On bał się kolejnej odsiadki, ona jego bezguścia i jak pokaże go ludziom. Niestety, nie był w żaden sposób atrakcyjny. Gdyby choć miał tak teraz modną urodę menela, wąsy, brodę długie włosy… A tu nic!
– Wiesz co? Zrobimy ci doczepy – oświadczyła, nie informując go, o czym właśnie pomyślała i dlaczego to jest ważne.
Chciał się oczywiście wymigać, ale nie wiedział jak. Za każdym razem, kiedy los ich ze sobą stykał, miał dla Kordiana w zanadrzu wielką i niestety bolesną niespodziankę, dlatego nie sądził, że tym razem będzie lepiej albo choć inaczej.
Przez chwilę się wahał, po czym jednak się odezwał.
– No wiesz, trochę mi się nie chce wierzyć, że ty to ty! A może ty się tylko pod Irminę podszywasz? – pisnął trochę przerażony, wiedząc, jak kobiety w ogóle, a kobiety pokroju Irminy tym bardziej, odbierają uwagi na temat swojej urody.
Tym razem jednak Irmina się nie wściekła. Ba, nawet się uśmiechnęła z zadowoleniem.
Kordian założył, że ma przywidzenia, skulił się więc jeszcze bardziej, ale Irmina poprawiła tylko ręką kapelusz.
– A to? Tak, no, okej… Trochę się podrasowałam – oświadczyła, co jeszcze bardziej go zaszokowało.
– Myślałem, że kobiety się rasują w drugą stronę – wydukał niepewnie, niezgrabnie gramoląc się z krawężnika i otrzepując siedzenie oraz przyległości.
– Zależy, co chcą osiągnąć!
– A ty?
– Och, nie będę ci tego tłumaczyć na ulicy, chodźmy gdzieś! – oświadczyła i Kordian natychmiast odczuł to jako żądanie.
– No, ale gdzie? Nie mam kasy… – Chciał się sprytnie wywinąć i pluł sobie w brodę, że sam z własnej woli wpadł jej w sidła, ale każdy wie, jak działają wspomnienia.
Wybiórczo.
Kordian kasę miał. Nie było tego dużo, dlatego nie chciał jej pochopnie wydawać. Wykombinował sobie, że trochę na Irminie skorzysta, naciągnie ją na piwo czy dwa, może na sporego schabowego, w końcu jak mieli coś razem działać, to przecież nie na głodniaka. Niestety, przeliczył się.
– To idziemy do ciebie – oświadczyła i w tym momencie zdał sobie sprawę, że przegrał z kretesem, bo jeżeli była taka, jaką ją pamiętał, to właśnie postanowiła u niego zamieszkać.
Tak, Irmina wzięła to pod uwagę, ale tym razem jej plany sięgały dalej i wyżej, samo mieszkanie nie było aż takie istotne, choć oczywiście, jak los coś ci daje, to się to bierze, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, bo los bywa drażliwy na punkcie swoich prezentów.
***Agamemnon był pieskiem o szczurzym pyszczku, uszach jak u fenka, płowej sierści i grubym brzuszku. Miał też manię wielkości i ostre, szpileczkowate zębiska.
Spokojnie mieścił się w większej torebce i spacery z nim w tej formie były całkiem do przyjęcia, niestety, sąsiedzi zagrozili donosem do towarzystwa opieki nad zwierzętami, bo biedny piesek w ten sposób wyprowadzany nie mógł obwąchiwać latarni.
Balbina musiała więc przynajmniej jakąś część trasy spacerowej prowadzić psa na smyczy, co było dla niej trudne, gdyż spacer z Agamemnonem na smyczy był bardzo często drogą przez mękę, piekło i SOR, bo to chucherko o lwim sercu atakowało wszystko, co się rusza. Atakował samochody, co nie było najgorsze, a także duże psy agresywnych ras oraz wózki dziecięce.
Kto wie, co jest gorsze, pitbull bez kagańca czy rozwścieczona „madka”, której bombelek został obszczekany.
No i pitbull zaatakuje psa, a „madka”… jego właścicielkę.
Teraz piesek stał i patrzył na Balbinę, a w jego oczach czaiło się wyzwanie.
Z pyska wystawał mu napoczęty list.
Jeżeli by do niego podeszła i usiłowała mu odebrać wymemłaną kopertę, to nie dość, że poszarpałby w ułamku sekundy list, lecz jej ręce nie nadawałby się do niczego przez całe tygodnie.
Jak mały mikser elektryczny szybkoobrotowy o zębatych ostrzach, poraniłby ją naprawdę poważnie.
Przez chwilę miała ochotę go złapać, przetrącić i spacyfikować ręcznie. I to dosłownie, i na zawsze.
Zrezygnowała. Znęcanie się nad psami źle wygląda w pisarskim CV. Podeszła do lodówki. Wyciągnęła stek z wołowiny Wagyu, z australijskiego antrykotu za czterysta złotych kawałek, sezonowany na mokro, który Borys zamierzał zjeść na kolację.
Cóż, jego pies, jego problem, niech płaci.
Armageddon patrzył i memłał list, dziurawiąc go szpileczkami swoich zębów i śliniąc siebie i papier jeszcze bardziej na widok wołowiny.
Wyglądało to obrzydliwie.
W jednej chwili zmieniła psu imię, mając gdzieś gadanie, że pies się przyzwyczaił. Zawołanie: „Armageddon do nogi”, też całkiem dobrze brzmi.
***Anastazja Wyciorek z zainteresowaniem przyglądała się liście osób zaproszonych na festiwal w roli uczestników, panelistów oraz przedstawicieli poszczególnych działów literatury i obliczała, kto i ile może na tym skorzystać.
Była tu potrzebna bardzo, gdyż planowano serie eventów, odrobinę mistyczno-feministycznych, demęskocentrycznych, oraz jakby powiedzieć, pisarsko wenotwórczych, które miała wraz z innymi organizować.
To miało być inspirujące, ale nie miało polegać tylko na gadaniu. To miało być twórcze.
Astrologicznie.
Podpierając się swoją wiedzą i jakby nie było, szalonymi pomysłami, miała zorganizować warsztaty.
Każdy wie, co się mieści pod tą nazwą. Dokładnie wszystko.
***Laura zastanawiała się nad tym, co może zaproponować jako atrakcje lub zajęcia dodatkowe. Pomyślała o kilku akcjach, które mogły kogoś doprowadzić do zawału, tekście z Nostradamusa, warsztatach kulinarno-literackich oraz stole z przekąskami i sztuczną głową na półmisku.
To powinno coś dać.
Chciała rozruszać i towarzystwo, i temat, zmienić formułę festiwalu.
Owszem, rozumiała, że to trochę niezwykły pomysł, ale musiała coś takiego zrobić. Liczyła, że potem po trochu jakoś to się wygładzi, pozmienia, może z czegoś zrezygnuje, ale jako organizatorka nie chciała festiwalu gadających głów.
Nie tym razem.
Nie chciała samych krzeseł i opowieści o tym, jak to cudnie (albo trudno) być pisarką, jak to czytelnicy są wymagający albo wybredni, jak to literatura schodzi na psy rasy ciułała albo MOPS (bo na marinie się zarabia). Na pewno byłyby i takie wypowiedzi, ale nie przez cały czas!
Uczestniczący w tym festiwalu pisarze byli za mało znani, żeby ktoś chciał ich słuchać, ale oni siebie samych mogli słuchać godzinami. Samych sienie, a nie innych!
Chciała zorganizować dansing, ale zrezygnowała, bo było za mało facetów, a jak baby (w rożnym wieku) przesiedzą pod ścianami kilka godzin, to obsmarują organizatorów tak, że pójdzie im w pięty.
To znaczy jej pójdzie w pięty, bo obsmarują właśnie ją, Laurę.
Dlatego postawiła na działalność astrologiczno-weniczną, która miała przywoływać wenę, wzburzać fale natchnienia, budzić inspirację… natchnąć natchnieniem.
Tak czy siak miało być przyjemnie, bardzo korzystnie dla wszystkich oraz tak, by wzbudzało to powszechny zachwyt.
Laura chciała być prekursorką czegoś, czego jeszcze nie było – nowatorskiego festiwalu literackiego dla wszelkiej maści pisarskich niedobitków.
***– Rhhh – warknął pies, kiedy próbowała wyciągnąć do niego rękę po list, tę, w której nie było mięsa, bo bała się, że jak wyciągnie tę drugą, pies złapie mięso i ucieknie z listem.
Był wredny. Mógł to zrobić.
Ludzie uważają psy za najlepszych przyjaciół człowieka, lecz ten był przyjacielem najlepszej wołowiny. Zresztą, każdej.
– Rhhh – warknął raz jeszcze, po czym rzucił się z wściekłym warkotem na Balbinę, a właściwie na jej rękę. W chwilę potem była cała poszarpana. Ręka, nie Balbina, bo udało jej się wydrzeć mu list i zatkać mu ten krwiożerczy, rekini niemalże pysk, daniną z mięsa.
Zakrwawiona pobiegła do łazienki po coś do odkażania ran.
***– Zaczekaj, muszę załatwić akcję próbną – powiedziała Laura do Anastazji i wyszła z pomieszczenia, żeby móc swobodnie porozmawiać.
– No to jak, kochana, weźmiesz swojego faceta i będziesz tu natychmiast?
– Ale czekaj, zaraz, teraz? A po co? – zdziwiła się jej rozmówczyni.
– Bo chcę przetrenować na was wszelkie atrakcje. Tam takie rożne gówienka, ale muszę sprawdzić, jak działają.
– Jest sens?
– Jasne, że jest. Przyjedziecie, odpoczniecie, pokażę wam atrakcje, skorzystacie, sprawdzicie, powiecie, co trzeba dopracować.
– No to w sumie dlaczego nie? – ucieszyła się jej rozmówczyni.
– No właśnie, tylko nikomu nic nie mówicie! – zażądała, bo znała środowisko.
– Jasne że nie powiemy.
Przez chwilę milczały, bo Laura się zastanawiała, czy dotrzyma słowa. Nie miała jednak jak tego sprawdzić.
Kiedy Laura zakończyła rozmowę, jej interlokutorka aż się rozpromieniła. Przez chwilę zastanawiała się, czy i komu powiedzieć o tym wielkim honorze, bo to był i zaszczyt, i bajer, i w ogóle cudo. Niby miała nie mówić nikomu, ale po chwili postanowiła jednak pokazać kilku osobom, jakie wyróżnienie ją spotkało.
Mogła podpaść Laurze, ale to tak nie działa! Zazdrość koleżanek jest warta wszystkiego, a Laura następny festiwal zorganizuje dopiero za rok, albo później! A poza tym, jak przyjdzie co do czego, jeśli ktoś coś sypnie, to zawsze można zwalić na męża, na Pegasusa, na zhakowany telefon, w sumie na wszystko.
***Wielki, w tej chwili prawie pusty kompleks hotelowy, z restauracją i salą balową, był idealnym miejscem na taką imprezę. Hotel udało się wynająć za grosze, bo zaraz miał iść do remontu i właściciel, godząc się na festiwal, z przyjemnością przywitał kilka groszy oraz świetną reklamę na potem.
Umiejscowiony pięknie pośród leśnego gąszczu, albo właściwie czegoś, co ten gąszcz udawało, obrośnięty przedziwną roślinnością, hotel robił wrażenie.
Przywodził na myśl horror, thriller, romans i powieść historyczną razem wzięte, był tak literacki, że niczego innego nie było trzeba.
***– Pytasz, co będzie, jak się nie uda? Nie wiem, co masz na myśli, ale wszystko mamy ogarnięte, dopracowane, obyś ty nie zawaliła z atmosferą. Nie widzę możliwości, żeby cokolwiek poszło nie tak.
– Ale wiesz… Czuję, że coś może się nie do końca… A ja czuję naprawdę często… Takie różne… – Anastazja się trochę przestraszyła, że wszystko spadnie na nią, jak coś pójdzie nie tak, jak chciałaby Laura.
– Moja droga, twoje zdolności wróżebne możesz ćwiczyć na naiwniakach, ja się na to nie łapię. Mamy kilku niezłych sponsorów, choć ścianka z podwawelską i kiełbasa jako nagroda może być kontrowersyjna, z drugiej strony, ja spróbuję to przedstawić tak, że autor (zdecydowanie powinien to być mężczyzna) nie będzie musiał martwić się zakupami i gotowaniem, i będzie mógł pisać pod kiełbasę, ile zechce.
– A faceci w ogóle martwią się gotowaniem? – Anastazja roześmiała się sarkastycznie.
– No dobra, ale sto trzydzieści kilo podwawelskiej to świetna nagroda.
– Kurwa, daj spokój. Kto to zje? I jak to przechować, zepsuje się jak nic… Nikt nie ma aż tak wielkich zamrażarek! Podziel to na dwa, bo przecież to trochę bezsens.
– Tak, jasne. Podzielę i będę musiała obrazić dwóch autorów? Mowy nie ma!
Laura doskonale wiedziała, jacy są ludzie pióra. Kiełbasę lubią, ale nie w związku z literaturą. Gdyby ją dać przed festiwalem, albo po, jasne, każdy byłby zachwycony, ale nie jako nagrodę!
***