Przeskoki - ebook
Nie każdy człowiek chce coś w swoim życiu poprawiać. Alicja ma czterdzieści dwa lata i lubi swoje nudne, ale stabline życie. Niespodziewana i niekoniecznie pożądana umiejętność wywraca jej poukładany świat do góry nogami. Z pomocą przyjaciółek — Tośki i Leny — rodziny, a czasem nieznajomych Alicja musi oswoić nową rzeczywistość, zapanować nad umiejętnością i zmierzyć się z prawdą o sobie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-203-7 |
| Rozmiar pliku: | 982 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Puszysta blondynka w błyszczącej kurtce siedzi naprzeciwko mnie i nie przestaje gadać. W pokoju zawisł ciężki zapach jej perfum, który musiała na sobie rozpylić w sporej ilości. Moja głowa zaczyna pulsować. Jest przed południem, a ja mam dość. Wyjątkowo upierdliwy ten dzień. I jeszcze ona.
— Pani kochanieńka jak się nie da, jak ostatnio się dało –trajkocze.
— Tłumaczę, pani Szablicka, że ostatnio to był absolutny wyjątek. Ile lat się znamy? Dwadzieścia? To nie jest nasze pierwsze spotkanie i procedura wydawania zaświadczeń powinna już być znana. — Staram się oddychać przez usta, pocieram skronie, ale ból głowy rośnie. Zamknięte okno nie pomaga.
— Ale ja mam na dzisiaj notariusza. Muszę mieć to dzisiaj. No sama pani rozumie. — Kobieta stara się jeszcze używać tonu błagalnego. Tak się złamałam ostatnim razem.
— Nawet jeśli rozumiem, to jest wrzesień. Ludzie są jeszcze na urlopach i mogę je przygotować najwcześniej na jutro, na jedenastą W tej chwili nie ma mi nawet kto podpisać. — Rozkładam ręce, żeby podkreślić moją bezradność.
— Jak nie ma, jak prezesa widziałam na parkingu? — Małe oczka mrużą się, a ton głosu zmienia się na podejrzliwy.
— Jutro o jedenastej. Najpierw się zbiera papiery, a potem umawia notariusza. –Upieram się.
Jej twarz czerwienieje, oczy robią się jeszcze mniejsze. Czuję rosnące w niej napięcie. Ta grzeczność sprzed minuty, co do której miała przekonanie, że zadziała, wyparowuje w ułamku sekundy.
— To my na was darmozjady płacimy! Siedzi sobie paniusia w odpicowanym za moje pieniądze biurze i pazurki szlifuje. — Ze złości robi się zupełnie czerwona. Nerwowo zrzuca kurtkę, szarpie się z rękawem, co rozsierdza ją jeszcze bardziej.
— Ja się stąd nie ruszę, dopóki go nie dostanę. Ja to zgłoszę! Gdzie jest ten prezes?! — sapie.
Staram się być spokojna. Nie pierwsza i nieostatnia awantura człowieka, który przeoczył ważny element w układance sprzedaży mieszkania. Takich awantur jest kilka tygodniowo. Atrakcyjny dodatek do mojej niezwykle nieatrakcyjnej pracy. Normalnie miałabym spokój, ale ruch w mieszkaniach zaczął się jakiś czas temu i najwyraźniej nie zamierzał zwolnić.
Szablickiej zwyczajnie nie lubię. Mało to profesjonalne i nie powinno mnie obchodzić, ale jestem tylko człowiekiem. Kobieta handluje mieszkaniami, systematycznie wykupując je za bezcen na przetargach. Słyszałam plotki, że przekupuje innych licytujących, żeby się wycofali. Potem je remontuje, odsprzedaje ze sporym zyskiem.
Teoretycznie, dopóki nikt jej nie złapie, wszystko jest legalnie. Dla mnie tacy ludzie jak ona burzą porządek. Pozbawia szansy tych, którzy naprawdę potrzebują lokalu. Wpada tutaj z awanturą co jakiś czas, święcie przekonana, że ilość transakcji i pieniądze czynią z niej wyjątek. Oddycham głęboko. Ucisk głowy rośnie. Kładę ręce na biurku, powoli i wyraźnie mówię ze sztucznym uśmiechem:
— Proszę spróbować.
Kiedy wychodzi trzaskając drzwiami, gwałtownie wypuszczam powietrze, chwytam za telefon i wybieram wewnętrzny do sekretariatu:
— Marysia? Leci do was Szablicka. Z awanturą. — Po drugiej stronie słyszę zmęczone westchnienie.
— Zaświadczenie?
— Tak. Na dzisiaj oczywiście.
Odchylam się w fotelu i kiwając głową, rozglądam po tym „odpicowanym” biurze. Stara tapeta z drobinkami drewna odmalowana na biało trzy lata temu, ale pamiętająca jeszcze czasy kartek na mięso, w niczym nie przypomina marmurów. Ciemnoszare linoleum na podłodze wytarte jest w kilku miejscach od mojego krzesła i tysięcy stóp przemierzających drogę od drzwi do biurka. Chwiejące się półki uginają się pod ciężarem segregatorów. Stara firanka chowa kilka marniejących kwiatków na kamiennym parapecie i widok na szarą ścianę budynku po drugiej stronie ulicy. No luksus. Od razu czuję się wybrana. Pracuję tu coś koło dwudziestu lat. Z przerwami na odchowanie dwójki dzieci. I mimo, że nie przepadam za tą pracą to lubię moje życie. Z małymi wyjątkami. Jest stabilne. Przynajmniej było przez te lata od kiedy pierwszy raz usiadłam za tym biurkiem. Z nikim się tutaj nie przyjaźnię. Traktuję to jak pracę od-do. Przychodzę, robię co mam zrobić i wracam do domu. Ale o biuro dbam tak jak o wszystko. Dlatego tu jest czysto.
Segregatory starannie opisane stoją w równych rzędach, na czystym blacie biurka stoi tylko pojemnik z długopisami i ołówkami, żadnych zbędnych papierów czy przedmiotów. Tak jak lubię. Uwielbiam porządek. Może to daje ludziom złudzenie tego luksusu?
Chaos mnie irytuje, kurz drażni, a ślady palców odbite na frontach szafek doprowadzają do szału. Moje rozważania przerywa tupot stóp. Aha, czyli wraca.
Szablicka wparowuje do mojego biura jak huragan. Po ułożonej fryzurze nie ma śladu. Teraz przypomina stracha na wróble. Siada na krześle i zaczyna krzyczeć.
— I jeszcze do prezesa nie idzie się dostać! Święte krowy! Tylko brać pieniądze za nic. Opada na krzesło naprzeciwko– Ja się stąd nie ruszę. Będę czekać, aż mi to pani załatwi. Pani wie, co ja mogę? Kim pani jest, żeby mi dyktować warunki?! No kim?!
Chciałabym jej odpowiedzieć, że biuro zamykamy o siedemnastej i niestety o tej porze na pewno wyjdziemy razem. Przez te kilka godzin może przyjrzy się jak wygląda ta cudowna praca. Może nawet pozna kilku ludzi, którzy jednak pamiętają o normach zachowania społecznego i coś sobie przyswoi. Ale mój mózg zacina się na jej ostatnich słowach.
„No kim Pani jest?!” odbija się echem w mojej głowie. Nie chce zniknąć, jakby w tym momencie mój umysł postanowił przekopać archiwum pamięci i odgrzebać sensowną odpowiedź.
Ciało zastygłe w bezruchu, a przecież widzę. Widzę jak Szablicka porusza ustami, kropelki śliny zebrały się w kącikach wykrzywionych złością ust. Starannie wyprasowane botoksem czoło nie chce się zmarszczyć. Macha rękami. Może nawet krzyczy, ale do mnie chwilowo nie dociera żaden dźwięk. Oglądam rzeczywistość w trybie zwolnionym. Ruchy, nawet te gwałtowne, nabierają miękkości, Zupełnie jakby tańczyła.
Gdzieś za jej plecami otwierają się drzwi i wchodzi prezes. Kładzie rękę na jej ramieniu i coś mówi do mnie. Wiem, bo patrzy prosto na moją twarz. Przekrzywia głowę i pstryka palcami przed moimi oczami, a ja nie mogę się ruszyć. Może mam wylew albo udar? Mózg odłączony od reszty ciała nie chce słuchać poleceń. Chcę poruszyć rękami, ale one wiszą bezwładnie. Chcę coś powiedzieć, ale nie wydobywa się żaden dźwięk. Jedyne, co mi się udaje to zamknąć oczy, kiedy bezwładnie padam na podłogę, przewracając fotel.
Cisza i ciemność. Błogo, ciepło i spokojnie. Żadnych krzyczących ludzi, zaświadczeń, aktów notarialnych i zgonu, żadnych terminów, zero obojętności Jacka, nieobecnych przyjaciół czy odchodzących w dorosłość dzieci. Nic mnie nie martwi, nie niepokoi. To, że lubię moje życie to nie znaczy, że ono nie będzie się zmieniać. A ostatnio jakby wszystko chce się zmieniać na raz. A tu, gdzie jestem jest pusto i cicho.
Tak wygląda śmierć?
Nie, to chyba nie to, bo nagle robi się jaśniej i docierają do mnie głosy.
— Czy ktoś zadzwonił do jej męża?
„Nie dzwońcie!” chce krzyknąć, ale z gardła nie wydobywa się nawet świst.
Zadzwonią i dowiedzą się, że Jacek wyprowadził się kilka miesięcy temu. Oświadczył, że nie da rady dłużej ze mną wytrzymać i zniknął z mojego życia.
— Tak — Słyszę głos mojego szefa. — Dojedzie do szpitala.
— Proszę się rozejść. — Tego głosu nie rozpoznaję. — Państwo tu szukacie taniej sensacji, a my musimy pacjentkę jeszcze znieść po schodach.
Ktoś mnie podnosi. Zauważam to wyłącznie dlatego, że sufit na moment jest bliżej.
Leżę, a moje ciało oplatają pasy. Czuję je, mimo że dalej nie mogę się ruszyć. Ktoś świeci mi po oczach.
— Czy pani mnie słyszy?
Słyszę, ale i tak nie mam jak zareagować. Z przyczyn nie do końca zrozumiałych, nie panikuję. Bezmyślnie patrzę na popękany sufit i twarz niemłodego mężczyzny pochylającego się nade mną. Ma śliczne niebieskie oczy. Te oznaki starzenia, zmarszczki wokół oczu i siwizna jakoś dodają mu uroku. Cała rzeczywistość do mnie dociera, ale ciało nie podejmuje żadnych działań. Jest mi gorąco.
Jestem niemym obserwatorem. Kukiełką.
Teraz znoszą mnie po schodach, sapiąc z wysiłku. Ktoś przytrzymuje im drzwi. Dźwięki zaczynają mnie boleć. Szuranie ich stóp po chodniku, głosy ludzi, szczęk składanych noszy i trzaśnięcie drzwi samochodu.
Jak mam im dać znać, żeby wyłączyli sygnał? Wycie wbija mi się w mózg milionem igieł. Skrzywiłabym się, ale dalej nie mogę wydobyć z siebie ruchu czy głosu. Dźwięki powtarzają się w odwrotnej kolejności. Drzwi, nosze, stopy. Dochodzi hałas ludzi na korytarzach szpitala, jaskrawe światło jarzeniówek. Potem seria badań. Szumiące maszyny i migające światła. Przenoszą mnie do pokoju, kiedy wpada mój kiedyś mąż. Teraz nie wiem kim dla mnie jest. Jest jakaś nazwa na etap przejściowy? Jeszcze nie były, już nie obecny. A jednak jest. Podbiega do łóżka.
— Alicja, co się dzieje? — Głos mu lekko drży.
Czuję ciepło, kiedy jego dłoń zaciska się na mojej. Zmarszczone czoło i nerwowo zaciśnięte usta. Patrzę długo na znajomą twarz i z moich oczu zaczynają płynąć łzy.
Czy to była troska?
Zamykam je, kiedy pielęgniarka wbija mi w skórę igłę. Wstrzykuje coś do rurki łączącej mnie z plastikową torebką i znowu ogarnia mnie ciemność.
Kiedy je otwieram w pokoju panuje półmrok. Zaczyna docierać do mnie, gdzie jestem. Strzępy obrazów wracają. Twarz ratownika, twarz Szablickiej, pstrykanie palców przez szefa, światła maszyny, do której mnie wsuwano. Jestem w szpitalu. Rozpoznaję wyłącznie zarysy rzeczywistości, ale zapach rozpoznaję bez trudu. Mieszanka środków do dezynfekcji i nieszczęścia wisi w powietrzu. Mój ojciec był lekarzem. Zapach szpitala rozpoznam wszędzie.
Nie jestem sama. W pokoju leży ktoś jeszcze. Słyszę oddech i miarowy szum jakiej maszyny. Coś obok mnie wydaje z siebie pikający dźwięk z irytującą regularnością. Odruchowo siadam na łóżku, ze zdumieniem odkrywając, że mogę się z powrotem poruszać. Na metalowym stoliku obok stoi butelka z wodą i leżą trzy mandarynki. Sięgam po wodę. Wenflon i kabelki, jakimi mnie opleciono trochę ograniczają moje ruchy.
— Ocknęła się pani. To dobrze. — Słyszę ciepły głos z drugiego łóżka. Kobiecy, niewyraźny, jakby miała problem z mówieniem.
— Słucham? — Obracam głowę, ale w ciemności niewiele widać.
— Oni się bali, że to udar albo wylew. Ale niech się nie martwi. Niczego nie znaleźli. — słyszę, ile wysiłku wkłada w mówienie.
Przetwarzam informacje i jedyne co mi przychodzi do głowy to jedno słowo:
— Dziękuję.
— Nie ma za co. Stefania. Nie mogę dużo mówić.
Chcę wstać, ale jestem całą zaplątana w kabelki. Jak kukiełka w teatrze lalkowym sznurkami. Kiedy próbuję je ściągnąć rozlega się pisk i do pokoju wpada pielęgniarka.
— Co robi? Zwariowała? Przecież pozrywa? Ma pani leżeć. — Zaczyna pociągać za kabelki, żeby sprawdzić, co zepsułam.
— Chciałam tylko wstać — mówię z wyrzutem.
— Na litość boską jak zaczynałam zmianę to leżała bez ruchu. I do rana ma tak leżeć. Z powrotem do łóżka — Poprawia ledwo odklejone elektrody na mojej klatce piersiowej i sprawdza wenflon.
— Muszę do toalety. — Próbuję inaczej. Na szczęście nie byłam nieprzytomna na tyle długo, żeby założyli mi cewnik.
— Żadne takie. Jeszcze mi zemdleje. Proszę się położyć. Tu jest naczynie. Pani zrobi, ja poczekam. — Podaje mi metalowe naczynie, którym mam ochotę rzucić.
Pielęgniarka podchodzi do drugiego łóżka. Sięga po szklankę z wodą. Wkłada rurkę i podaje starszej pani. Słyszę łapczywe przełykanie.
Dalej trzymam w ręku metalowe płaskie naczynie. Mam do tego sikać?!
— No już. Nie mam całej nocy, żeby tu czekać. Oddział pełny. Ludzie na korytarzu śpią.
Czuję się upokorzona. Zła. Przecież nic mnie nie boli. Nic nie odkryli, to po co mnie tu trzymają. Czuję się dobrze i chcę do domu. Tutaj jest brudno.
— To mnie wypuście — cedzę przez zaciśnięte zęby.
Pielęgniarka patrzy na mnie jak na dziecko.
— Pierwszy raz w szpitalu? Przecież rano na obchodzie zdecydują co z panią. Teraz to może pani pospać. Jest druga w nocy.
Zmuszam się do użycia naczynia i z obrzydzeniem podaje je pielęgniarce. Czuję się brudna, lepka. Nie mam jak umyć rąk, bo jedyna umywalka w pokoju jest poza moim zasięgiem. Wszelkie próby wstawania skończą się ponownym uruchomieniem alarmu i wyrzutami pielęgniarki. Kładę się zrezygnowana, ale nie mogę zasnąć.
„No kim pani jest?” wraca do mojej głowy.
„Jestem Alicja.” myślę. „Mam czterdzieści dwa lata. Dwójkę dzieci. Spore mieszkanie w niedużym bloku na obrzeżach średniego miasta urządzone zgodnie z Feng Shui. Mam też niewielką nadwagę i dwie najlepsze przyjaciółki. Tośkę i Lenę. Jestem pracownikiem biurowym. Mamą. Córką. Przyjacielem.” — Powtarzam jak mantrę w myślach.
Mózg jednak nie przyjmuje tej odpowiedzi. Z zemsty za drogę na skróty produkuje nowe pytania i budzi wątpliwości.
„Ale kim TY jesteś?”
Dialog wewnętrzny przeradza się w kłótnię. Nie dam sprowadzić swojego życia do pustki. Nie jestem lalką w teatrze. Jestem …
No właśnie kim jestem? Brak stosownych określeń zmusza mnie do kapitulacji. Zamiast pytania w głowie powtarzają się słowa o sznurkach.
„Jestem marionetką … za sznurki … w teatrze…”
I nagle cierpną mi opuszki palców, potem mrowienie rozchodzi się po całym ciele. Znowu nie mogę się ruszyć, ale czuję wszystko. Zamykam oczy, bo nie chce wierzyć, że to się powtarza. Trwa to dosłownie chwilę, bo kiedy je otwieram nie widzę szpitala i mogę się poruszać. Oglądam swoje dłonie i nogi. Podskakuję. Zmysły są wyostrzone. A jednocześnie wszystko dookoła lekko drga jak gorące powietrze.
— Co do jasnej cholery?! — rozglądam się. To jakiś sen? Sakramencko realny ten sen. Czytałam o świadomych snach, ale to chyba nie to. Rozglądam się.
Stoję w swoim mieszkaniu. W przedpokoju stara tapeta w nieokreślny wzór oberwana przy suficie wisi smętnym płatem, na podłodze wykładzina PCV w kolorze jasnego brązu. Kuchnia pełna starych szafek z pourywanymi drzwiczkami. Wszystko wymaga remontu. W powietrzu wisi stęchły zapach kurzu i brudu. To jest moje mieszkanie, ale kilkanaście lat temu. W takim stanie je kupiliśmy.
Pamiętam to, ale przecież niemożliwe, żebym tu była. To było lata temu. Co to jest? Podróż w czasie? Umarłam? Nie, umarłym tak szybko nie bije serce. Nie czują ciepła, a ja mam wrażenie, że zaraz spłonę.
Obraz nadal drga, jakby nic nie mogło się tutaj zatrzymać ani na chwilę. Obracam głowę i widzę siebie z malutkim Jaśkiem w granatowym wózku i Jacka, który chodzi od pokoju do pokoju. W szoku robię krok do tyłu. To sen. To jakiś bardzo dziwny sen. Szczypię się w ramię.
— Auć! — mówię to na głos, i przestraszona podnoszę głowę, w której właśnie przelatują wszystkie obrazki z filmów o podróży w czasie. Co się mówi młodszej wersji siebie?
Nie mówi się nic, bo nikt mnie nie słyszy. Podchodzę do młodszej siebie i macham jej ręką przed oczami. Zero reakcji z jej strony. Nie jestem tak odważna, żeby jej dotknąć. Odsuwam się, a ona przechodzi obok mnie.
Idę za nią. Wchodzimy do pomieszczenia, które teraz jest salonem. Światło słoneczne wpada przez brudne okno, drobinki kurzu wirują. Wyciągam rękę i po ścianie przesuwa się blady cień. Rozcieńczony jak za słaba herbata. Cienia też nikt nie zauważa. Wracam do przed pokoju i staję tak, żeby ogarniać wzrokiem jak najwięcej.
— To mieszkanie to ruina — mówi cicho, przerażona młodsza ja.
— Ale ruina z potencjałem. Popatrz. Ma cztery pokoje i okolica jest przyzwoita. — Mój ojciec wychodzi z łazienki i opukuje pięścią ścianę.
Ja zamieram bez ruchu. Mój ojciec. Jerzy Staszewski. Przyglądam się wysokiej sylwetce, starannie ogolonej twarzy. Ojciec jest dość młody. Nawet martwy od dwóch lat budzi we mnie lęk.
— A kto będzie remontował?! Przecież nie ja. Ja się do tego nie nadaję. — Jacek nerwowo wymachuje rękami, a ojciec chodzi i ogląda.
— Dacie radę. — Jego ton jest stanowczy. Twarz zrelaksowana, żadnego mrużenia oczu czy zaciskania ust. Jest zadowolony.
— Jerzy! Ty nie możesz mówić poważnie. Poszukajmy jeszcze. — Jacka ręce, chwilę temu wymachujące, opadają bezwładnie.
— Nie. To kupuję dla was. Na remont wydacie pieniądze z wesela. — Ojciec strzepuje z marynarki nieistniejący pyłek.
— Wiesz, ile tu jest roboty? — Mój mąż podnosi rękę i znowu macha próbując ogarnąć tym gestem mieszkanie.
Patrzę na niego i na młodszą siebie, ale to nie jest jak wspomnienie. Opuszczam głowę i widzę swoje stopy. Wyciągam rękę przed siebie i chcę przesunąć po brudnej ścianie, czuję nierówną powierzchnię. Na palcach zostaje mi kurz. Martwi nie mogą pobrudzić sobie rąk. O co tu chodzi?
Zamykam oczy dosłownie na ułamek sekundy i jestem z powrotem w szpitalu. Pokój jest pełen ludzi w białych fartuchach. Męski głos na początku dobiega w zwolnionym tempie i jakby z głębi studni.
— Wyniki nie świadczą o jakimkolwiek problemie natury fizjologicznej. Dzisiaj wypiszemy ją do domu.
— Jak się pani czuje?
To do mnie? Siedem par oczu patrzy na mnie, najwyraźniej oczekując odpowiedzi. Czy tak się czują zwierzęta w zoo? Oddycham szybko i płytko.
— Normalnie. Ale chciałabym móc wstać.
— Wszystko w swoim czasie — mówi mężczyzna z brodą i zupełnie mnie ignorując odwraca się i wychodzi.
Tłumek drepczących za nim szura butami po podłodze. Tylko młodziutka lekarka odwraca się na moment wychodząc i posyła mi pocieszający uśmiech. Chwilę później wpada pielęgniarka podając mi coś, co musi być śniadaniem. Na plastikowej tacy plastikowa miska, z tych które kupuje się dla kotów czy psów. W środku gęsta substancja trochę przypominająca owsiankę. Obok talerzyk z plamą z masła, podeschnięta bułka, plasterek szynki i plasterek pomidora. Ostrożnie wącham substancję, ale mdli mnie i odstawiam tacę na stolik. Biorę wodę i robię kilka łyków. Pielęgniarka wchodzi ponownie i nieszczególnie delikatnie ściąga ze mnie wszystko, co zostało przyklejone uprzednio wyłączając aparaturę. Na skórze zostają czarne otoczki z kleju i wacik przyłożony do miejsca po wkłuciu.
— Pani do wypisu. W południe ktoś musi odebrać. Teraz może wstać, ale proszę nie opuszczać oddziału.
Kiedy wstaję kręci mi się w głowie. Chwytam metalową barierkę łóżka, żeby złapać równowagę. Na podłodze znajduję moje domowe kapcie. Wsuwam stopy i idę szukać toalety. Korytarz jest pełen. Pełen ludzi bez ruchu, monitorów pikających miarowo, bieli pościeli, nieszczęścia. Łazienka sprawia wrażenie brudnej chociaż taka nie jest. Dziwny, kwaśny zapach unosi się w powietrzu. Robię co mogę, żeby dotykać jak mniej powierzchni. Za to, kiedy myję ręce robię to dokładnie, z namaszczeniem trąc skórę jakby to mogło pomóc mi poczuć się czystszą. Zerkam za plastikową zasłonkę i już wiem, że prysznica tu nie wezmę choćby nie wiem co. Słuchawka wisi smętnie, a pożółkły brodzik powoduje gwałtowny skurcz żołądka. Kiedy wchodzę do pokoju, mojego łóżka już nie ma. Ani mojej szafki. Starsza pani obraca głowę z wysiłkiem:
— Zabrali na korytarz. Zaraz tu kogoś wstawią. Pani idzie do domu.
W świetle dnia wpadającego przez niewielkie okno mogę się jej przyjrzeć. Ma łagodną twarz i siwe, rzadkie włosy. Kiedy się uśmiecha, robi to tylko jedną częścią ust. Druga pozostaje nieruchoma.
Wychodzę na korytarz i odnajduję własne łózko. Wyciągam z szafki ubranie i idę z powrotem do łazienki. Zamykam drzwi i kuląc się z obrzydzenia zakładam spodnie i bluzkę z wczoraj na brudne ciało. Powinnam była zadzwonić do Tośki, ale nie znalazłam telefonu. Mogłam pożyczyć, ale na to nie wpadłam. I co teraz?
Teraz siedzę na korytarzu obserwując taniec łóżek, pielęgniarek i nielicznych lekarzy. Ktoś gdzieś biegnie, w jednym z pokoi uruchamia się alarm. Potem wywożą kogoś z przykrytą twarzą. Ktoś płacze. O jedenastej w drzwiach oddziału pojawia się Jacek. Podchodzi do mnie i mówi:
— Ale mnie wystraszyłaś. Na szczęście nic ci nie jest. Zaraz jedziemy do domu. Zamienię tylko kilka słów z lekarzem.
Nie mówię ani słowa. Patrzę tępym wzorkiem jak puka do drzwi dyżurki. Brodacz wychodzi i ścigają sobie dłonie. Wytężam słuch:
— Fizycznie jest zupełnie zdrowa. Tu jest potrzebna pomoc psychiatry, może psychologa.
— Mam ją zabrać do szpitala na Konwaliowej?
— Niekoniecznie. To nie ten etap. Tu masz wizytówkę mojej znajomej. Świetna specjalistka. Na pewno pomoże. Ma prywatną klinikę.
— No znam przecież. Poznaliśmy się u ciebie na imprezie. Piękna, czarna, wysoka.
— Tamara. Ach. — Wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, a ja się krzywię.
Brodacz jedną ręką wręcza Jackowi biały kartonik, drugą wkłada do kieszeni fartucha podaną kopertę.
Jacek wraca i patrzy wyczekująco, a ja czekam na filmowy fotel na kółkach, ale nic takiego się nie wydarza. Po prostu wychodzimy z oddziału. Jacek się spieszy, robi te swoje długie kroki, nerwowo naciska przycisk w metalowej ramce. Ja ściskam torebkę. Czekamy na windę, ale kiedy drzwi rozsuwają się i dociera do mnie, że mam wejść do blaszanej puszki wpadam w panikę. Cofam się.
— Alicja, uspokój się. To tylko winda.
— Nie, nie, nie wsiądę tam. — Na samą myśl przestaję oddychać. Rozglądam się. Zielone tabliczki wskazują drogę ewakuacyjną.
— Boże święty, nie bądź panikarą. Spokojnie. Zejdziemy schodami. — Przepraszająco kiwa głową do ludzi w windzie.
Podchodzi do mnie i popycha wahadłowe drzwi. Klatka schodowa jest szeroka. Na każdym piętrze okna. Serce uspokaja się. Kiedy wychodzę na zewnątrz wciągam głęboko powietrze. To nic, że czuję spaliny. Wolę spaliny od środków odkażających. Jacek odpala samochód, podjeżdża do rampy, wrzuca kilka monet i kiedy szlaban podnosi się opuszczamy parking i teren szpitala.
— Nic ci nie będzie z tego co zrozumiałem. Bogdan mówi, że powinnaś poszukać pomocy. Mam kontakt.
Milczę, bo mózg przetwarza słowa w nieco wolniejszym tempie niż on je wypowiada.
— No nic. Na razie musisz odpocząć. Bogdan wypisał ci zwolnienie na tydzień. Potem musisz iść do psychologa.
— Gdzie jest mój telefon?
— Telefon? Ja mam twój telefon. Jest w domu. Zabrałem, bo bałem się zostawić w szpitalu. Licho nie śpi, a ty nie byłaś wczoraj najprzytomniejszą osobą na ziemi.
Nie odpowiadam. Jak automat wysiadam i idę po schodach na drugie piętro.
Wchodzę do domu i pierwsze, co widzę to moje dzieci.
— Mama. — Ela rzuca mi się na szyję — Ale mnie wystraszyłaś. Chciałam przyjechać, ale mi nie pozwolili.
— Odwieś się z niej, łosiu. — Jasiek podchodzi do mnie i całuje mnie w policzek. — Cieszę się, że nic ci nie jest. Pewnie chcesz się umyć. Ty idź do łazienki, a ja ogarnę ci kawę albo herbatę. Co wolisz?
Patrzę na niego z wdzięcznością. W końcu ktoś, kto wie czego potrzebuję.
— Tu jest twój telefon — mówi Jacek wyciągając rękę w moją stronę.
— Jasiek ma rację. Muszę się umyć. — Biorę telefon i odkładam na stół.
Co teraz? Jacek zostanie czy wyjdzie i wróci do siebie? Nie wiem nawet gdzie mieszka. Nie odzywał się za szczególnie przez te ostatnie tygodnie, a ja byłam zbyt rozżalona, żeby się tego kontaktu domagać. Czekałam aż mu przejdzie, bo przecież mu przejdzie. Może nadal trochę czekam? Nie widzę, żeby wyciągał kluczyki czy zapinał kurtkę. Nie, nie chcę się tym teraz zajmować. Muszę się umyć.
Uwielbiam moje mieszkanie. Kocham każdy jeden kawałek wypucowanej do czysta i zaprojektowanej ze starannością przestrzeni. Zero błędów, zero pomyłek. Proste eleganckie.
Zrzucam ubranie, wrzucając je od razu do pralki i odkręcam wodę pod prysznicem. Stoję pod ciepłym strumieniem tak długo aż czuję, że skorupka brudu i bakterii spływa z mojej skóry i znikną w czerni odpływu. Dopiero wtedy sięgam po szampon i starannie myję włosy. Nakładam odżywkę i dwa razy myję całe ciało. Raz z peelingiem, tak żeby wydrapać ten szpital z siebie. Przecieram ręką zaparowane lustro. Oczekuję jakieś zmiany. Ale przecież to wszystko wydarzyło się wczoraj.
Wczoraj rano wklepywałam w twarz krem delikatnie pachnący róża. Nakładałam podkład specjalnym pędzlem i podkreślałam oczy grafitową kredką. Idealna maska do pracy, w której nikt nie wie, że od dwóch miesięcy moje idealne życie się sypie. Dla nich, tam wczoraj rano, byłam zadowoloną ze swojego idealnego życia perfekcjonistką.
Dzisiaj w zaparowanej powierzchni odbija się smutek i bezsilność. Rozmazany makijaż zmywam szybko wacikiem. Potrząsam głową. Usiłuję się zdyscyplinować. I to znowu się wydarza. Gęsia skórka pokrywa moją skórę, a w opuszkach palców pojawia się mrowienie, które rozchodzi się po całym ciele. Znika moja łazienka a ja…
Pod moimi stopami jednolicie beżowe kafle imitujące marmur. Rozpoznałabym je wszędzie. Stoję w starej łazience w domu rodziców. Nie mam czasu się rozglądać, bo mała ja siedzi na wannie. Włosy ma spięte w ciasny kucyk. Kucam przed nią. Ona też mnie nie widzi. Natomiast ja ją czuję. Czuję jej nadzieję, złość, frustrację. Słyszę jak szybko bije jej serce. Moje też bije tak szybko. Pamiętam to.
Ojciec kazał posprzątać łazienkę, a ja chciałam na podwórko do Toski. Wiem, że Tośka siedzi na trzepaku, robi z gumy balonu i kiwając nogami czeka. Pozostali poszli już na kroca. Tylko ona na mnie czeka. Dorosłą ja obserwuję swoją młodą wersję, kiedy szybko myje wannę i umywalkę. Podchodzę do lustra i staję prosto za nią. Sprawdzam swoje odbicie. Jak to możliwe, że ja widzę siebie, a ona nie widzi mnie? Przeciera lustro wodą z octem. Obie krzywimy się od zapachu. Czyli czuję ten zapach co ona. — odnotowuje w myślach. Staję obok pralki, tam nie podejdzie. Pochyla się z obrzydzeniem nad toaletą i wsypując proszek szoruje szczotką. Bardzo chcę spotkać się z przyjaciółką.
— Tato, skończyłam — mówi wychylając głowę przez drzwi.
Mam ochotę ją zatrzymać. Wyciągam nawet rękę, ale to nic nie daje. Chcę uprzedzić ją o tym, co się wydarzy, ale nie mogę. Mogę stać i obserwować. Mój głos nie zabrzmi w tej dziwnej przestrzeni. Niczego nie mogę zmieniać. Jednocześnie tu jestem, a jakby mnie nie było. Kiedy próbuję wyjść z pomieszczenia nie daję rady. Jakaś siła trzyma mnie w tym miejscu. Muszę jeszcze raz przeżywać tą scenę. Nie rozumiem, po co to wszystko. Jeden raz nie wystarczył? Dlaczego skaczę w przeszłość? Dlaczego muszę to wszystko przechodzić po raz kolejny?
Ojciec wie, że Tośka na mnie czeka. Spinam się, kiedy wchodzi prawie wojskowym krokiem z rękoma założonymi za plecami. Jaki młody! Jakie to dziwne uczucie patrzeć na niego z boku. Wszystko to jest dziwne. Wciągam powietrze i przysięgam, że czuję zapach jego wody po goleniu. Nie budzi sentymentu. Za dużo było między nami strachu i złości. Przejeżdża palcem po lśniącej wannie. Przygląda się toalecie. Odsuwa pralkę.
— Nie skończyłaś. Fugi są brudne. Nie umyłaś deski i pod pralką jest brudno. Od nowa.
— Ale tato, jest czysto — Błagalny ton go rozdrażni.
— Niedbały robi dwa razy. Od nowa. Szczoteczką i dokładnie. — Wychodzi zadowolony, pogwizdując pod nosem.
Idę za nim, bo coś mnie ciągnie. Wchodzi do kuchni i siada przy stole. Zadowolony pogwizduje dalej. Boże, jak ja go wtedy nie znosiłam. Mama patrzy na niego zdumiona. Ręka z jedną kartą zawisa nad układanym pasjansem. Unosi brwi. Czeka.
— No co? W końcu się tej Tosce znudzi czekanie na nią i będzie problem z głowy. Im mniej przebywa w tamtym domu, tym lepiej. Nie byłoby problemu, jakbyś tyle nie klapała.
Wracam do łazienki. Mała z trudem powstrzymuje łzy. Idę za nią do naszego pokoju tylko na chwilę. Otwiera okno i patrzy na Tośkę. Kręci głową dając jej znać, że nic z tego. Nie wyjdzie. Tak jak wczoraj i dwa dni temu, kiedy ojciec potargał jej wypracowanie i musiała pisać od nowa.
Patrzę przez moment na stare podwórko. Masa pyłu, stary trzepak i kilka marniejących krzaków dzikiego bzu. Pod śmietnikiem stosik połamanych mebli i rozpadająca się kanapa Steciakowej spod czwórki.
Drugi raz wcale nie oznacza, że szok jest mniejszy. Stoję już w swojej łazience i obejmuję się ramionami. Ile to trwało? Oglądam własne ciało, jakby tam była jakaś odpowiedź. Sprawdzam czucie w palcach. Przebieram nimi w powietrzu. Potrząsam głową.
„Niedbały robi dwa razy”. Powtarzał ojciec, a ze mną te słowa zostały do dziś. Wrośnięte i wracające za każdym razem, kiedy coś robię. Dlaczego ten fragment mojej przeszłości? Co się właściwie dzieje? To jakiś ponury żart? Sztuczka mojego mózgu?
Coś mam sobie przypomnieć? Co takiego? Bo póki co, wszystko jest dość oczywiste. Tak. Ojciec kupił nam na to mieszkanie. Tak, mój ojciec kochał dyscyplinę i wychował mnie na perfekcjonistkę. Latami układałam siebie w sobie przysięgając, że nie zrobię niczego podobnego własnym dzieciom. I nie zrobiłam. Ale jakie to ma znaczenie? To naprawdę zamierzchła przeszłość. A jednak są takie wyrywki w tych wspomnieniach, których nie mam prawa mieć w głowie.
Ojciec mówiący, że mam jak najmniej przebywać z Tośką. Dlaczego miałam nie przebywać z Tośką? Wraca do mnie ta czysta nienawiść, jaką do niego czułam. Uważałam, że jest niesprawiedliwy i odcina mnie od jedynej osoby, z jaką miałam głębszą relację, czyli od Tośki. Robi mi się nieprzyjemnie, bo o zmarłych nie mówi się źle. Może nie powinno się również źle o nich myśleć?
„Nie udało się tato” myślę z satysfakcją o mojej najbliższej przyjaciółce, która jest ze mną od kiedy pamiętam.
Resztki wspomnień rozpływają się w mojej głowie, a ja dziwię się swojemu odbiciu. Dorosła ja z szeroko otwartymi oczyma. Muszę zadzwonić do Tośki. Zawinięta w pachnący szlafrok z lekko wilgotnymi włosami siadam na skórzanym fotelu. Jasiek podaje mi obłędnie pachnącą kawę.
— Mamo, czy z tobą wszystko w porządku? — Ela siada na oparciu fotela i patrzy na mnie pięknymi oczami swojego ojca. Są tak jasnobłękitne, że masz wrażenie, że ktoś zaklął letnie niebo w oczach tej dwójki.
— Myślę, że tak słonko. — Przytulam policzek do jej ręki na moim ramieniu.
— No, ale pójdziesz do tego psy? — pyta Jasiek oparty o ścianę. Fizycznie podzielili się po równo. Jasiek ma moją jasną karnacje przy niemalże czarnych włosach i oczach. Alicja oprócz błękitnych oczu, odziedziczyła po ojcu czekoladową karnację i miodowe włosy. Trudno nie wpaść w zachwyt nad tym połączeniem. A oni mogliby się siebie wyprzeć, gdyby chcieli.
— Pojdę Jasiek. Oczywiście, że pójdę — przekonuję samą siebie marząc tylko o tym, żeby się położyć.
— To ważne, mama. Sama zawsze powtarzasz, że po to wymyślono różne zawody, żeby ludzie mogli sobie pomagać. Tobie pomoże ta cała… Tamara. — Obraca w rękach biały kartonik. — Serio? Psycholog o imieniu Tamara? Jak panie….
— Jasiek! — karcę go jednocześnie słysząc, że Jacek robi dokładnie to samo.
— No co? Skojarzenia. — Wzrusza ramionami. Ela chichocze usiłując ukryć ten fakt przez zaciskanie i tak rozciągniętych w uśmiechu ust.
— Tamara Szyszko. Podobno świetny specjalista. Wszystko będzie dobrze. — Jacek zabiera mu wizytówkę i przypina do korkowej tablicy. Po czym wstaje i poprawia kurtkę. Wyciąga z kieszeni kluczyki.
Nie wiem czego oczekiwałam. Jacek przygląda się mojej twarzy. Może myśli, że to co się dzieje jest wynikiem jego odejścia? Może ma wyrzuty sumienia? Patrzymy przez chwilę na siebie, a potem głos Jaśka rozbija ten moment na kawałki. Pęka jak za cienki lód na kałuży. Jasiek przejmuje rolę opiekuna i robi to celowo. To chyba jego sposób wyrażania złości na ojca.
— Idź spać, mama. Nie wierzę, że tam pospałaś. Dzisiaj jeszcze zostanę, ale jutro muszę wracać do Wrocławia. Zachciało mi się dorabiać to mam. — Ignoruje ojca wahanie.
Wstaję z fotela i kieruje się do sypialni. Odprowadza mnie ich wzrok. Czujny Jaśka, zmartwiony Eli i pełen nieokreślonych uczuć Jacka, który bez słowa zamyka za sobą wejściowe drzwi.
Kładę się w miękkiej pościeli. Znajomy zapach płynu do płukania uspokaja mnie. Przez chwilę coś jeszcze próbuje plątać się po mojej głowie, ale potem po prostu zasypiam. Śpię bez snów i jest mi dobrze. Słyszę jak przez ścianę, że ktoś wchodzi i wychodzi z pokoju kilka razy. I wcale nie chce mi się wstawać ani jeść. Wodę mam na stoliku w butelce. W tych krótkich momentach, kiedy się budzę rzeczywistość przypomina spacer w mgle. Jakieś fragmenty przeszłości. Muszę wszystko przemyśleć, poukładać, na nowo zdefiniować. Tak mijają całe godziny. Przynajmniej w moim mniemaniu, bo ostry głos Jacka wyrywa mnie z transu:
— Alicja. Ja ci dałem spokój, ale teraz jestem naprawdę w kropce. Jeśli nie wstaniesz i nie zaczniesz z tym walczyć będę musiał odwieźć cię na Konwaliową. Straszysz Elę. Dziecko nie rozumie, dlaczego praktycznie nie wstajesz od dwóch dni. Płacze. Jest rozbita. Ja mam pracę. Nie jestem w stanie ogarniać was obu. Mogę ją wozić na zajęcia, ale ona potrzebuje ciebie. Alicja, słyszysz mnie? Musisz wstać! Musisz się obudzić z tego czymkolwiek to jest! Córka cię potrzebuje.
To ostatnie zdanie wdziera się do mózgu i coś w nim przeskakuje. Obraz wyostrza się podobnie do dźwięków, przedmioty znowu mają krawędzie, a w pokoju jest duszno. Podnoszę się i siadam na łóżku.
— Jak kilka dni Jacek? — mówię z wysiłkiem. Gardło mam zupełnie wyschnięte.
— Normalnie. Czas płynie.
I nagle kołdra staje się za ciężka i za ciepła. Jedwabne prześcieradło gryzie, a ja czuję się lepka. Odpala się znajome uczucie, że muszę. Muszę, bo to jest moje zadanie. Jestem przekonana, że spotka mnie jakaś kara, jeśli tego nie zrobię. Dlatego odrzucam pościel na bok i idę do łazienki. Odkręcam wodę i pozwalam, żeby lodowate strużki oddały mi zmysły i rozum. Zawinięta w ręcznik przechodzę do sypialni i zakładam czyste ubranie. Ściągam pościel i wrzucam do pralki ustawiając program na najwyższą temperaturę. Jacek stoi osłupiały w przedpokoju.
— Gdzie masz numer do tej Tamary? — pytam z wymuszonym uśmiechem. — No nie patrz tak. Daj mi ten numer. — Lekko popycham go w stronę kuchni, a sama wracam do sypialni.
Biorę mój telefon ze stolika, wypinam ładowarkę i skanuję kciuk. Czterdzieści siedem nieodebranych, prawie setka wiadomości na Messengerze i kilkanaście smsów. Chyba nie kłamał z tymi dwoma dniami.
Latami wyuczona zadaniowość odpala się jak stary zaufany silnik. Najpierw mama.
— Cześć, mamo.
— Czyś ty oszalała? Co się z tobą dzieje!? Masz załamanie nerwowe? — Piskliwy głos sprawia, że odsuwam słuchawkę od ucha.
— Chwilowa niedyspozycja. Chyba poziom stresu dał mi się we znaki. Widocznie musiałam odpocząć. — Kłamię bez najmniejszego wysiłku.
— No to odpoczęłaś przy okazji robiąc problem wszystkim. Chciałam przyjechać, ale Jacek mi nie pozwolił. — Ona też kłamie.
W życiu tu nie była i nigdy nie przyjedzie. Od kiedy umarł ojciec nie przysyła nawet życzeń na święta. Jeszcze jedna osoba, której nie należało w to wszystko angażować.
— Właśnie wracam do normy. Wszystko w porządku.
— No mam nadzieję. Dzwoniłam do profesora Stasickiego. W całkowitej dyskrecji oczywiście. Cóż mam nadzieję, że nie będzie potrzeby korzystania z tej znajomości. Wolę z nim grać w brydża niż bywać u niego w klinice, nawet jako gość.
— Zadzwonię później. Muszę lecieć. Pa Mamo.
Kiedy wciskam czerwoną słuchawkę czuję się jak zwycięzca.
„And the Oscar goes to …” — myślę z zadowoleniem z jaką łatwością jestem w stanie udawać, że wszystko jest porządku. Pytanie, kogo bardziej staram się oszukać, ją czy siebie?
Przenoszę się do kuchni szybko przeglądając informacje na telefonie. Te nieistotne od razu kasuję. Nie odczuwam potrzeby odpisywania pani Teresie z księgowości, która z udawaną troską szuka tematu do plotek. Za to z pewnością muszę odpisać Tośce. Musi odchodzić od zmysłów nie mając ze mną kontaktu od czterech dni. Wybieram numer i od razu ogłusza mnie hit Rihanny.
— Alicja? — pyta ostrożnie jakby nie wierzyła, że to ja.
— Cześć, Tośka. Przepraszam.
— Ty mnie nie przepraszaj. Ty mi powiedz co się dzieje. Umarłam tu kilka razy z niepokoju. Jacek strasznie nieogarnięty i za grosz nie potrafi kłamać.
— Zwarcie w mózgu chyba. Szczerze mówiąc nie wiem, co to było. Ważne, że teraz tego nie ma. — Staram się brzmieć lekko.
— Na pewno? Nie brzmisz przekonująco. — Tośkę nie tak łatwo nabrać. Prawie widzę, jak mruży oczy.
— Pójdę do psychologa. Może ona mi to wyjaśni. Stęskniłam się. Wpadniesz?
— Z przyjemnością. Jacek już zasieki zdjął? Bo nikogo nie dopuszczał do ciebie przez ostatnie dni — mówi z wyraźną pretensją.
— Mhm. Instynkt jakiś mu się odpalił. Ale ja już zdolna do podejmowania decyzji mówię, że dobra kawa i dobre ciasto każdego uratują.
— Tiramisu od Kowalczyka? — Tośka ożywia się.
— Tiramisu od Kowalczyka. O siedemnastej?
— Do zobaczenia.
Jeszcze przez chwilę uśmiecham się do siebie. Jacek stoi oparty o futrynę.
— Naprawdę ci przeszło? Na pstryk? — Strzela palcami. — Tak po prostu?
— No popatrz. Zbieram dowód za dowodem, że nie jestem ci taka obojętna jak mi się wydawało. — Nie mogę się powstrzymać przed wypowiedzeniem tego na głos.
— Nie wiem o co ci znowu chodzi. — Prostuje się i wzrusza ramionami.
— Mhm.
— Alicja, muszę lecieć do pracy. Rzadko tam ostatnio bywałem, a pańskie oko i tak dalej. Słyszę, że Tośka się tu wybiera. Ela wróci dzisiaj koło szóstej. Ma jeszcze tenisa. Ja ją odbiorę, bo i tak wcześniej z roboty nie wyjdę. I zadzwoń do tej psycholog.
Patrzy na mnie podejrzliwie jakby spodziewał się, że przewrócę się tutaj i znowu wpadnę w ten stan katatonii.
— Nic mi nie jest. Słowo. Już dzwonię. Chcesz posłuchać? — Podnoszę telefon.
— Dorosła jesteś. Zadzwonię z pracy.
Bierze torbę i wychodzi. Czy on tu spał? Zerkam na zegar. Czarne wskazówki stoją na baczność razem. Południe. I co tu zrobić z takim ciekawym dniem. Ściągam wizytówkę z tablicy i obracam ją w palcach. Prosta, elegancka bez szlaczków i ozdobników. Może nie będzie tak źle.
Po trzecim sygnale chcę się rozłączyć, kiedy nagle słyszę wysoki damski głos:
— Tamara Szyszko. Słucham?
— Dzień dobry.
— Dzień dobry. Słucham Panią?
— Alicja Staszewska z tej strony. Ja dostałam… pani numer od doktora Książkiewicza. Podobno może mi pani pomóc?
— Aaaa. Pamiętam. Wspominał mi. Pani od Jacka. Utrata zmysłów, jakiś rodzaj blokady. Kiedy pani może przyjść? — W tle słyszę stukanie klawiszy.
— Cóż. Jak najszybciej?
— Co dzisiaj jest? Czwartek? Proszę przyjść jutro na ósmą trzydzieści. Jesionowa 66. Wie pani, gdzie to jest?
— Znajdę.Rozdział drugi
Cudownie. Nie muszę iść do pracy. Przez całe lata brałam urlopy tylko ze względu na dzieci. O zwolnieniach lekarskich nawet nie myślałam. A teraz mam wolne. Całe oceany czasu. I dobrze, bo musze się dowiedzieć, co się ze mną dzieje. Internet pełen jest informacji. Włączam laptop i szukam czegoś o świadomych snach. Nic z tego. W żaden sposób nie pasuje. Szukam po prostu o snach. Potem płynnie przechodzę na wszystkie zjawiska paranormalne, jakie mogą się przytrafić człowiekowi i zrezygnowana stwierdzam, że nikomu nie przydarzyło się najwyraźniej to, co mi. Zamykam pokrywę zła. Muszę jakoś tę złość rozładować. Nigdy nie byłam typem sportowym. Moim magicznym sposobem na wszystko od zawsze jest sprzątanie. Konkretna praca i szybki wizualny efekt w nagrodę.
Uśmiecham się do siebie, a potem idę do schowka w przedpokoju i wyciągam wszystkie produkty czyszczące. Dwie godziny później wszystkie okna i ramy błyszczą. Firanki pachną, schnąc już z powrotem na karniszach, a moje kapcie ślizgają się na wypastowanym parkiecie. Pieczeń jest piekarniku, a obrane ziemniaki czekają na ugotowanie. Tak ma być. Ja, Alicja, nie marnuję czasu. Działanie zawsze pomaga, a porządek przywraca równowagę.
Robię sobie drugą kawę, nie zastanawiając się, dlaczego nie odczuwam głodu. Sprzątając prawie przekonałam siebie, że to jakiś głupi przypadek. Może początki menopauzy i mózg mi świruje. Uwierzyłabym, że tego nie było. Ot, wymysł i wtedy to czuję znowu. Mrowienie, płytszy oddech. Na odruch w głowie wyskakuje pytanie” Kim jesteś?”. Na wszelki wypadek siadam na podłodze dokładnie w miejscu, w którym stoję.
Przeskok.
Ramieniem opieram się o drewnianą framugę pociągniętą farbą na ciemnobrązowy kolor. Obok otwarte masywne drewniane drzwi, ciężka mosiężna klamka. W powietrzu zapach środków do czyszczenia i farbek plakatowych? Mrugam kilka razy, ale to drganie nie znika. Cała przestrzeń przeskoku wydaje się żyć własnym życiem.
Stoję w drzwiach mojego pokoju z czasów dzieciństwa. Bez trudu rozpoznaję wysokie pomieszczenie kamienicy. Jasne meble i staranie zaścielone łóżko niebieską patchworkową narzutą. Mała ja siedzi przy biurku. Ciemne włosy spięte w ciasny kucyk. Zawsze miałam ten kucyk. Może dlatego teraz noszę się prawie cały czas rozpuszczone? Podkolanówki uciskają skórę pod kolanami, sukienka w drobne czerwone kwiatki spływa po obu stronach krzesła.
Siedzi w swoim pokoju i płacze. Krzywię się, bo wszystko do mnie wraca. Na biurku leży kartka ze zgodą na zajęcia plastyczne, w których potajemnie uczestniczyłam od kilku tygodni. Niestety wymagana była zgoda rodziców i poprosiłam ojca, żeby ją podpisał. Czuję jej rozpacz. Kręcę głową. Znam ciąg dalszy. Przesuwam się bliżej okna.
Nie wiem na co liczyłam. Ojciec się wściekł, że chodziłam tam za jego plecami. Myślałam, że jak pokażę mu jak dobrze mi idzie, tych kilka rysunków go przekona. Ale było odwrotnie potargał je i powiedział, że nie pójdę na urodziny do Joasi.
Dwie wersje mnie. Ona ma dwanaście lat, a ja czterdzieści dwa i czujemy dokładnie to samo. Niemalże słyszę jej myśli. Kto zabrania dziecku się rozwijać? Kto nie pozwala dziecku rysować? Poza Tośką nikt nie wytrzymywał tego, że ciągle gdzieś nie mogłam iść. Rysowanie dawało mi przyjemność. Mogłam uciekać w światy, w których nie było surowych rodziców, wiecznych zadać i treningu jak w wojsku. Powtarzalność kresek, niepowtarzalność kolorów, ciche skrobanie kredki po papierze sprawiało, że mogłam odpuścić. Zmęczone napięciem mięsnie odprężały się, a z głowy znikał wieczny stan gotowości. Uwielbiałam ten stan.
Kompletnie nie rozumiałam tej obsesji ojca. Nawet teraz jej nie rozumiem. Dlaczego nie pozwalał mi się rozwijać w tym kierunku? Byłam dobra. Naprawdę byłam dobra. Łzy kapią na drewniany blat biurka, a ona rozmazuje je złośliwie palcem. Rozciera na nieregularne smugi. Do pokoju wchodzi ojciec i krzywi się na widok jej zapuchniętej twarzy:
— Co się mażesz? Jeśli cię coś boli to weź tabletkę i do roboty. Nikt jeszcze nie osiągnął sukcesu wyjąc.
— Nie rozumiesz. Zostaw mnie samą. — Nawet nie podnosi głowy.
— Co to do rozumienia? Marnujesz czas na bzdury. Niczego nie osiągniesz bez pracy. Bierz się za książki. Do jutra masz przeczytać „Hobbita”.
— Dawno skończyłam — odpowiada z wyrzutem, nie patrząc na niego.
Ja patrzę i widzę, jak marszczy czoło. Nie tego się spodziewał.
— To dokonaj analizy. Napisz porównanie. Zrób użytek z mózgu. Po to go masz. Albo posprzątaj coś. Nie marnuj czasu..
— Tak jest, tato.
Głos dziewczynki jest już spokojny, a w niej ogień. Gdyby mogła w tej chwili go uwolnić, spłonęłaby chyba cała kamienica. Przestaje płakać. Zaciska pięści, a potem zwalnia uścisk. Robi tak kilka razy nie wiedząc, dlaczego, ale to pomaga. Przez głowę przebiega mi myśl, że do dzisiaj tak robię. Dziewczynka otwiera zeszyt i zaczyna przesuwać długopisem po kartce, ale zamiast literek pojawia się obraz wściekłego smoka. Każda łuska cieniowana, ostre pazury i rozwarty pysk pełen ostrych zębów. Jest piękny. Ciekawe, czy jeszcze potrafiłabym tak narysować cokolwiek.
Odrywam wzrok od kartki. Nie chodzi o smoka. Po ostatnim przypadku wiem, że mogę tu więcej. Zaczynam się czuć jak detektyw. Idę za ojcem do kuchni i słyszę, jak syczy przez zaciśnięte zęby do mamy.
— Masz jej pozabierać wszystkie farby i kredki, rozumiesz?! Ja nie chcę w tym domu żadnych rysunków. Już jedna źle skończyła, przez bycie artystką.
Obraz znika. Smok był piękny, ale z malowania ojciec mnie wyleczył. Dzisiaj pewnie nie potrafiłabym namalować nawet liścia. Zresztą po co? To taka bezużyteczna umiejętność. Trzeci raz już nie wywołuje szoku tylko zdziwienie. Szukam wspólnego mianownika. We wszystkich tych, tych… przeskokach jest ojciec. Ale przecież on nie żyje od dwóch lat. To jakaś opóźniona reakcja na jego odejście? Ale dlaczego po dwóch latach? Może szok wywołany odejściem Jacka? I znowu z opóźnieniem?
Nic mi się nie składa poza nazwą. To słowo oddaje to, co się dzieje. Dziwne epizody zostają oficjalnie w mojej głowie przeskokami. Podobno, jeśli nadajemy nazwę lękom, one szybciej mijają. Zatem przeskoki. Szkoda, że dalej nie wiem, czym są i po co. Zerkam na zegarek. Nieważne, ile czasu spędzam tam. Nie ma to wpływu na czas tutaj. Tutaj mijają sekundy. Podnoszę się bez trudu. Nogi nie zdążyły ścierpnąć.
Gdzie szukać informacji? O kim mówił mój ojciec? To, że nie miał za grosz szacunku do wszelkiego rodzaju artystów wiem. Na każdym kroku słyszałam, że to narkomani i szaleńcy, że popadają w nałogi i nie potrafią zarabiać. Musiał znać kogoś o kim mówił? Nie mam pojęcia kto to. Rodzice mało ze mną rozmawiali. Czasami miałam wrażenie, że mnie nie chcą.
Robi mi się przykro. Znowu się otrząsam. O zmarłych nie mówi się źle. W sumie o co chodzi? Może to jakaś szansa na naprawienie czegoś? Przecież ja tam nic nie mogę naprawiać! Może to dlatego, że nie utrzymywałam z nimi kontaktu? Trudno utrzymywać coś, co praktycznie nie istniało przez całe moje życie. Mam wrażenie, że zostałam wytresowana, a nie wychowana. Oni chcieli, żebym byłą grzeczna, wyprasowana i dobrze się uczyła. Miałam przecież iść w ślady ojca. Wyszło zupełnie inaczej.
Zdezorientowana przesuwam wzrokiem po czystym wnętrzu. Kiedy wychodzę z tego dziwnego stanu rzeczywistość wydaje się za ostra. Przedmioty odzyskują krawędzie i kanty.
— Kratka wentylacyjna. Nie umyłam kratki wentylacyjnej — mówię do siebie ignorując myśl, że ta potrzeba porządku to efekt wieloletniej tresury.
Wchodzę na krzesło i wyciągam zakurzony, plastikowy kwadracik. Szoruję specjalnym wybielającym proszkiem i montuję z powrotem. Wcale nie jest mi lepiej, a przeskok nie daje o sobie zapomnieć. Jak ma pomóc mi coś, co przypomina moje niezbyt szczęśliwe dorastanie? Może jest jakaś odpowiedź w sieci? Może ktoś miał coś podobnego i wie, co może pomóc i je zatrzymać? Może poprzednio źle szukałam?
Wyciągam laptop i wpisuję w przeglądarkę słowo „przeskok”. Niestety oprócz definicji ze słownika PWN dostaję jeszcze propozycję rozwinięcia swojego biznesu i dowiaduję się, że w Warszawie jest ulica o takiej nazwie. Nie wiem, co wpisać, żeby sprawdzić to, co się ze mną dzieje.
Zrezygnowana odkładam laptop i idę do sypialni. Naciągam kołdrę na głowę. Jestem taka zmęczona, taka śpiąca. Jak przez mgłę pamiętam zapach ciastka, słowa Tośki i Jacka. Dźwięki, obrazy, zapachy rozcieńczone jak słaba herbata.
— Może trzeba jednak wezwać karetkę? –To Tośka.
— Nie! Dzwoniłem do tej psycholog. Umówiła się na jutro. Może jej przejdzie tak jak poprzednio. — W głosie Jacka nie ma żadnych ciepłych nut. Żadna czułość czy troska nie wychodzi wpleciona w te słowa.
— A jak nie? Jacek czy ty siebie słyszysz? Ona ewidentnie potrzebuje pomocy teraz, a nie jak się ocknie?
— Nie rób dramatu. Ma jakiś kryzys wieku średniego.
— Odpuszczę tylko do jutra i tylko dlatego, że tu zostajesz. — mówi twardo moja przyjaciółka — Jutro tu jestem o ósmej dwadzieścia rano. Jeśli nie wstanie, ja przejmuję opiekę na nią. Ty ewidentnie nie jesteś w stanie podjąć żadnej decyzji.
Trzaśnięcie drzwi.
— Tato co się dzieje? Dlaczego ciocia krzyczy? Mama jest chora? — Eli głos jest jeszcze taki dziecięcy.
— A skąd ja mam wiedzieć?! Mama jest zmęczona. Musi odpocząć. Idź do siebie i bierz się za naukę. Maturę masz w tym roku.
— Ale…
— Żadnego, ale. Nauka jest teraz najważniejsza.Rozdział czwarty
Wracam do domu i od wejścia słyszę, że Ela rozmawia przez telefon z Jackiem.
— Nie wiem, tato. Przecież nie pytam mamy, czy wraca do pracy. Nie uważasz, że to powinna być jej decyzja?
Zatrzymuję się w przedpokoju i podsłuchuję.
— Nie trzeba, tato. Ogarniam. Tak wiem. Mam maturę i mam się uczyć.
Kiedy słyszę, że rozłączyła się i odłożyła telefon ściągam mokrą kurtkę i otwieram drzwi do Eli pokoju.
— Wróciłam.
— Super. Wszystko ok? — Podnosi głowę znad książki.
— Tak. To tata dzwonił?
— Tak. Martwi się moja maturą wiec przypomina mi o niej prawie codziennie. — Ela uśmiecha się krzywo. Słowem nie wspomina, że pytał o moją pracę.