Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Przesunąć horyzont. 20 lat później - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
4999 pkt
punktów Virtualo

Przesunąć horyzont. 20 lat później - ebook

Jubileuszowa, znacznie rozszerzona edycja książki na 20-lecie zdobycia przez Martynę Wojciechowską Mount Everestu.

W 2006 roku Martyna Wojciechowska – podróżniczka, pasjonatka sportów ekstremalnych i gwiazda telewizji – rzuciła wyzwanie najwyższej górze świata. Impulsem był tragiczny wypadek samochodowy, w którym zginął jej przyjaciel, a ona sama złamała kręgosłup. Wspinaczka na Dach Świata miała być z jednej strony motorem do żmudnej rehabilitacji, odległym celem, który pozwala „przesunąć horyzont”, z drugiej próbą przepracowania straty, poczucia winy i żałoby.

Nowa warstwa tekstu pozwala zrozumieć, kim była wtedy autorka i jak wyglądał świat himalaizmu sprzed dwóch dekad – bez GPS-a i smartfonów, z wyzwaniami znacznie większymi dla kobiet niż dla mężczyzn. To też powrót do dzieciństwa autorki, kiedy rodziła się jej miłość do gór i determinacja w pokonywaniu barier, oraz do pierwszych lat jej kariery zawodowej i podejmowanych wtedy decyzji.

Autorka relacjonuje przygotowania do wyprawy i towarzyszące im zwątpienia, pisze o motywacji, która bywa przeceniana. Trzymająca w napięciu niczym film przygodowy opowieść o czasie spędzonym w Himalajach pełna jest lekcji pokory, takich jak załamania pogody, śmierć wspinaczy, konfrontacje z własnymi słabościami czy flashbacki z wypadku na Islandii. To też poruszający hołd dla polskich himalaistów: Jerzego Kukuczki i Wandy Rutkiewicz, oraz osobista relacja z życia w zespole wspinaczkowym, który współtworzyli m.in. Dariusz Załuski, Simone Moro i Artur Hajzer – dobry duch i mentor wspierający autorkę w listach.

„Przesunąć horyzont. 20 lat później” to zarówno świadectwo epoki, jak i głęboko inspirująca historia o tym, jak z osobistego kryzysu i odwagi zmierzenia się z własną słabością, lękiem i stratą może zrodzić się siła do przesuwania własnych granic i realizacji marzeń.

„Decyzja o tej wyprawie zrodziła się w momencie kryzysu, kiedy nie wiedziałam, jak ruszyć dalej. Ta historia nie opowiada o doskonałości, lecz o radzeniu sobie z trudnościami. Nieporadnie, wbrew trendom, czasem nieprofesjonalnie, ale do przodu (…). W tym wydaniu książki jestem z Wami najbardziej szczera. Na tyle, na ile tylko potrafię i na ile mogę sobie pozwolić, nie raniąc ważnych dla mnie osób” – pisze Martyna Wojciechowska we wstępie.

Książka zawiera nowe, wcześniej niepublikowane zdjęcia oraz fragmenty dzienników pisanych przez autorkę podczas wyprawy na Everest i inne góry w ramach projektu Korona Ziemi, czyli zdobywania najwyższych szczytów wszystkich kontynentów.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8380-513-9
Rozmiar pliku: 12 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPIS TREŚCI

Wstęp

Rozdział pierwszy. Ocalić elfy

Rozdział drugi. Zatrzaśnięta

Rozdział trzeci. Superdziewczyny nie płaczą

Rozdział czwarty. Głód wysokości

Rozdział piąty. Byle się nie zatrzymać

Rozdział szósty. Próba generalna

Rozdział siódmy. Kasa w majtkach

Rozdział ósmy. Baba w Himalajach

Rozdział dziewiąty. Oswajanie zimna

Rozdział dziesiąty. Wybawienie od zamieszania

Rozdział jedenasty. Ciao, Martina!

Rozdział dwunasty. Ćwiczenia z wysokości

Rozdział trzynasty. Labirynt bez wyjścia

Rozdział czternasty. Lekcja pokory

Rozdział piętnasty. Którędy na Everest?

Rozdział szesnasty. Między nami egoistami

Rozdział siedemnasty. Śmierć w białych dekoracjach

Rozdział osiemnasty. Wysoko, coraz wyżej

Rozdział dziewiętnasty. Tu i teraz

Rozdział dwudziesty. Cień Wielkiej Góry

Rozdział dwudziesty pierwszy. Czas ruszać

Rozdział dwudziesty drugi. Dlatego, że jest

Rozdział dwudziesty trzeci. Powrót

Rozdział dwudziesty czwarty. Zmiana planów

Rozdział dwudziesty piąty. Najgorsza matka świata

Rozdział dwudziesty szósty. Szklanka do połowy pełna

Rozdział dwudziesty siódmy. Życie obok śmierci

Rozdział dwudziesty ósmy. Dwie daty urodzenia

Epilog

Podziękowania

Źródła zdjęćOCALIĆ ELFY

rozdział pierwszy

Islandczycy wierzą w istnienie elfów. Jeśli w Polsce zapytasz kogoś, czy wierzy w krasnoludki, tylko się roześmieje. Albo popuka w czoło. Na Islandii rozmawiam o tym z wieloma przypadkowo spotkanymi osobami i nikt nie wydaje się zaskoczony.

– Gdzie znajdę elfy? – pytam.

– O tam, za wzgórzem – brzmi jedna z odpowiedzi.

– Moja żona jest elfem – stwierdza z uśmiechem mężczyzna w wielkiej czapce. Ktoś inny mówi, że właśnie minął jednego z nich.

Drogi budowane są tutaj tak, żeby omijać siedliska elfów, a zanim podejmie się decyzję o przeniesieniu jakiegoś głazu, warto skonsultować się z elfim adwokatem, który stwierdzi, czy nie zaburza to przepływu energii w elfiej sieci. Serio. Magiczne myślenie jest silnie zakorzenione w lokalnej kulturze. Sama wyspa, może za sprawą blisko 150 wulkanów i lawy kipiącej płytko pod powierzchnią ziemi, wydaje się miejscem z innej planety.

Cholernie się cieszymy z tego wyjazdu. Ja, bo to mój pierwszy raz na Islandii, Rafał Łukaszewicz, operator kamery – bo to dla niego wyjątkowe miejsce. Zna ten kraj, wcześniej był tu na zdjęciach. Jesteśmy ze sobą bardzo zżyci. Zresztą operator to dla reportera szczególna osoba – jest lustrem, pierwszym krytykiem, pomysły na kolejne ujęcia tworzy się razem, choć bywa też burzliwie. Ja w nowym miejscu czasem biegam podekscytowana, wołając: „Kręćmy to koniecznie! Kręćmy wszystko! Natychmiast!”. Na co Rafi, siła spokoju, patrzy na mnie z politowaniem, powoli podnosi kamerę i mówi: „Nie sztuka filmować wszystko. Sztuką jest wiedzieć, co się chce pokazać, co jest najważniejsze”.

Dla mnie najważniejsze jest to, że z Rafałem podobnie patrzymy na świat. Dzięki niemu chce mi się chcieć. Reportaż nie jest dla nas polowaniem na cudze słabości, nawet jeśli zapewniłoby to wysoką oglądalność. Jest próbą zrozumienia drugiego człowieka. A przy tym tak po ludzku bardzo się lubimy.

Ostatnie pół roku spędziliśmy razem w drodze, w często ekstremalnych sytuacjach, na granicy zdrowego rozsądku. Bez dostępu do telefonu, internetu czy GPS-a, bo wtedy nawet nie wiem, że takie urządzenie mogłoby wejść do powszechnego użytku. Wiedzę o świecie czerpiemy z książek, a trasy podróży układamy na podstawie papierowych map. Realizujemy w tym czasie siedem części przygodowo-podróżniczej serii dla telewizji TVN na różnych krańcach świata. Indie, Indonezja, Mongolia, Ekwador, Polinezja, Etiopia, Japonia – rzadko w tym czasie bywam w domu.

Ekipa programu Misja Martyna ze specjalistką od elfów, Islandia, 2004 rok

Tym razem w sześcioosobowej ekipie lecimy na Islandię. Oprócz mnie i Rafała są Witek Szczepan – drugi operator, Jacek Zakrzewski – dźwiękowiec, Agnieszka „Staszka” Stalińska – kierowniczka produkcji, i Joanna Haręża, która realizuje ten odcinek. Jest połowa października 2004 roku. To ma być ostatni, ósmy odcinek pierwszej serii programu Misja Martyna pod tytułem Ocalić elfy.

– Chciałbym tu zostać – mówi Rafał, zamyślony, zaraz po lądowaniu w Rejkiawiku, co później nabierze szczególnego znaczenia. Myślał o tym, żeby wyemigrować, może zamieszkać na Islandii, ale pamiętam, że użył właśnie tego sformułowania: „Chciałbym tu zostać”.

W październiku na Islandii panuje surowa pogoda, a brak słońca podkreśla monochromatyczność krajobrazu. Zieleń, choć o tej porze roku wciąż jej dużo, ma chłodny, grafitowy odcień. Góry i niebo są w kolorze stali. Zimno przeszywa każdą komórkę mojego ciała, wieje przenikliwy wiatr.

Ten dzień jest bardzo pracowity, od rana siedzę za kierownicą samochodu terenowego, przemieszczamy się z jednego planu zdjęciowego na drugi. Pokonujemy duże odległości, łącznie mamy do przejechania ponad 500 kilometrów. Na jednej z farm uczę się strzyc owce, zdjęcia wychodzą świetnie. Jestem brudna, przepocona, cała ekipa jest zmęczona, ale mamy do zrobienia jeszcze jeden materiał.

– Tak tu pięknie, a czasu tak mało – rzuca Rafał z uśmiechem, składając kamerę i statyw.

Ruszamy na północny zachód wyspy, do miejsca, gdzie przygotowuje się hákarl, islandzki rarytas o reputacji potrawy ekstremalnej. Robi się go z mięsa rekina polarnego, którego nie da się zjeść na surowo, bo jest toksyczne. Pokrojone kawałki trafiają do skrzyń lub dołków w ziemi, gdzie przez kilka tygodni fermentują, uwalniając się od trujących związków. Mięso pokrywa się białawym nalotem i zaczyna śmierdzieć amoniakiem. Potem wiesza się je w przewiewnych szopach na kolejne miesiące, żeby wyschło. Efekt końcowy – zapach, który odstrasza większość przyjezdnych i wielu Islandczyków też. Hákarl jada się dziś raczej ze względu na tradycję niż dla przyjemności. Ja tego smaku nie zapomnę do końca życia.

Materiał kręcimy wyjątkowo długo. Cała jestem przemarznięta, głodna, przesiąknięta smrodem psującej się ryby. Wieje silny wiatr, zacina deszcz ze śniegiem. Ogarnia mnie złość, że to nie koniec dnia, że mamy do przejechania jeszcze ponad 350 kilometrów.

Kiedy wreszcie pakujemy się do samochodu, jest już całkiem ciemno, zaczynają spadać duże i ciężkie płatki śniegu, widoczność się pogarsza. Witek mówi:

– Martyna, tobie już wystarczy. Cały dzień prowadziłaś.

– Pojadę – upieram się, choć bez przekonania. Faktycznie, mam już dość. Często prowadzę, w ten sposób nagrywamy zapowiedzi do odcinków.

– Wskakuj do tyłu, to prześpimy się w drodze – dorzuca Rafał, zatrzaskując drzwi.

Mam złe przeczucia. Ten wyjazd od początku różni się od poprzednich. Pracujemy w innym trybie niż zwykle, inaczej też siadamy w samochodzie. Najczęściej mamy dwa auta, w pierwszym z nich jeździmy w składzie operator, dźwiękowiec i ja. Rafał zajmuje miejsce obok kierowcy, bo tam ma najlepszy widok, możliwość filmowania przez okno, dużo miejsca na nogi i na kamerę. Tym razem siada z tyłu, ze mną, a na jego miejscu Witek. Prowadzi nasz polski kierowca – jego imienia nawet nie pamiętam. Czuję, że jedzie za szybko, ale nie odzywam się, żeby nie wyszło, że się czepiam. Przecież to on jest przewodnikiem i zna tę wyspę, a nie ja, myślę.

Zatrzymujemy się jeszcze na stacji benzynowej coś zjeść. Jak zawsze wyjmuję notes, żeby zapisać, co się wydarzyło tego dnia, jak przebiegły zdjęcia.

Islandia, 17 października 2004

W momencie kiedy...

Rafał przełyka suchą kanapkę, patrzy na mnie karcąco i mówi:

– Marysiu. – Zawsze tak się do mnie zwraca. – Daj już spokój z tym pisaniem. Pobądź z nami.

Odkładam długopis, nie kończąc nawet pierwszego zdania. Dopijamy herbatę i chwilę później znów siedzimy w aucie. Minęła godzina 19. Do Akureyri zostało ponad 200 kilometrów.

Jesteśmy zmęczeni, widoczność sięga zaledwie paru metrów. Rzucam do Witka:

– Nagraj, proszę, ten obrazek za oknem. Dosłownie ściana śniegu, co? Niesamowicie to wygląda.

Nawet nie wiem, do czego się przyda to ujęcie, ale jestem urzeczona widokiem. Nie zapinam pasów. Patrzę wyczekująco na Rafała, który tylko kiwa głową na znak zgody. Zwijam się w kłębek, kładę głowę na jego kolanach. Zasypiam.

Budzi mnie potworny huk. I ból.

Witek jest w stanie ciężkim. Połamane żebra przebiły płuca, krwawi. Kierowcy samochodu nic się nie stało, ma zaledwie kilka zadrapań. Ja mam złamany kręgosłup, pękniętą kość łonową, ponadrywane przyczepy mięśnia dwugłowego i czworogłowego wyszarpały mi kawałki kości ze stawu biodrowego. O tym wszystkim dowiem się później. Teraz w cienkiej bluzie czołgam się w śniegu do Rafała, proszę, żeby się ocknął. Ktoś mnie stamtąd zabiera i mówi, że wszystko będzie dobrze.

W karetce powtarzam do siebie:

– Jeszcze nie teraz, jeszcze trzeba żyć.

Proszę Opatrzność o zdrowie dla Rafała, dla Witka. Wciąż wierzę, że to wszystko się nie dzieje, że się ocknę, że zniknie strach, ból, że będzie dobrze.

Z pierwszych chwil pobytu w szpitalu w Akureyri niewiele pamiętam, cały czas jestem na lekach przeciwbólowych i uspokajających. Następnego dnia część naszej ekipy, która jechała drugim samochodem i nas ratowała, wchodzi do zimnozielonej sali wyłożonej kafelkami, jarzeniowe światło razi mnie w oczy. Stają jakoś tak teatralnie obok siebie w rzędzie i Joasia, najbardziej spokojnym głosem, rozumiejąc wagę każdego słowa, mówi powoli:

– Rafał nie żyje. Umarł.

Wyję z najgłębszej części mojego brzucha, jak zwierzę. Błagam, żeby to nie była prawda. Dostaję środek uspokajający. Zasypiam.ZATRZAŚNIĘTA

rozdział drugi

Po powrocie do Polski bez znieczulenia zderzam się z rzeczywistością. Jeżdżę na wózku inwalidzkim, nie mogę się sama wysikać ani sama ubrać. Nic nie mogę zrobić sama. Jestem poturbowana fizycznie i psychicznie. Leżę. Wegetuję. Oglądam filmy i nafaszerowana tabletkami co chwila zasypiam, żeby nie czuć, żeby zapomnieć, żeby się okazało, że to wszystko się nie wydarzyło. Nie chcę nawet iść do lekarza. Ale to nic nowego, ja generalnie nie lubię chodzić do lekarzy.

Docierają do mnie nagłówki z brukowców: „To mogła być jej trumna”, donosi „Fakt”, opisując wypadek. „Z Nissana, którym podróżowała ekipa, została kupa pogiętych blach. To cud, że nie było więcej ofiar śmiertelnych”. „Zgrzyt giętej blachy, samochód dachuje, spada ze skarpy. Skutki wypadku są przerażające”. „Obrażenia Wojciechowskiej okazały się poważniejsze, niż początkowo sądzili lekarze”. Nie mogę tego czytać.

Na pogrzeb Rafała na podwrocławskim cmentarzu zostaję zawieziona na wózku inwalidzkim. Pamiętam to jak przez mgłę, cały czas czuję tylko ścisk w żołądku. Do tego paparazzi, którzy polują na moje zdjęcie. Tłum żałobników, a wśród nich fotografowie z długimi obiektywami wycelowanymi we mnie i w rodzinę Rafała. Może lepiej było nie pojawiać się tu i nie odciągać uwagi od uroczystości, myślę. Znów czuję, że to wszystko moja wina, że teraz jeszcze psuję bliskim to pożegnanie. Nad grobem próbuję przepraszać Alicję, żonę Rafała. Jego rodzicom i siostrze nie mam odwagi spojrzeć w oczy. Dlaczego to nie ja zginęłam? Dlaczego wtedy na Islandii to on umarł, skoro siedziałam tuż obok? Jaki sens ma moje życie? Rafał ma... miał taką wspaniałą rodzinę, a ja? Czuję się niewiele warta. Może jednak lepiej nie obudzić się jutro? Może.

W końcu narzeczony niemal siłą zabiera mnie do szpitala. Lekarz stwierdza, że można uniknąć operacji, ale potrzebny jest plan leczenia. Zatrzaskuje mnie w ciężkim metalowym gorsecie ortopedycznym, który sięga niemal od szyi do spojenia łonowego. Mówi, że trzeba być cierpliwym, pociesza, że to tylko trzy tygodnie, najwyżej trzy miesiące.

Mam więc na sobie ten przeklęty gorset. Leżę. Znowu wpatruję się w sufit. Mama prosi, tłumaczy. Nie płacze, bo ona nigdy nie płacze, kiedy trzeba działać.

– Zobaczysz, że w Ciechocinku ci pomogą, mają tam dobrych rehabilitantów – zachęca, bo wie, że najbardziej potrzebuję zmiany miejsca.

Ja? Do sanatorium? Chcę leżeć. Chcę, żeby wszyscy dali mi święty spokój. Chcę umrzeć zamiast Rafała! – mam ochotę krzyczeć. Jestem obrażona na cały świat, opryskliwa, nie odzywam się do nikogo, płaczę. Ale sama, kiedy nikt nie widzi. Nigdy nie płaczę przy mamie, nie chcę jej martwić.

Z pewnością zmagałam się wtedy z depresją, może nawet z PTSD, czyli zespołem stresu pourazowego, ale nikt tego tak nie nazwał. To był czas, gdy jedynym znanym mi sposobem na przetrwanie było zaciśnięcie zębów. Odcięcie się. Żeby tylko nic nie czuć.

Wreszcie dla świętego spokoju i żeby uspokoić mamę, pod koniec listopada pozwalam się odwieźć do sanatorium. Przez całą drogę nie odzywam się do niej ani słowem, ale ona nie oczekuje wdzięczności, po prostu jest.

W Ciechocinku spotykam niezwykłych ludzi, którzy z dużym zrozumieniem i ciepłem podchodzą do tak poturbowanych ciał i dusz jak moje. Nie chcę jednak ćwiczyć, nie znajduję żadnej motywacji do życia. Konieczność otworzenia rano oczu jest dla mnie największym nieszczęściem.

Przełom nie przychodzi w rozmowie, nie jest to żadne olśnienie, ale moment niepozorny. Być może fakt, że mama tak trwa obok, że nie wypytuje, tylko rozmawia ze mną niby o niczym, sprawia, że zaczynam rozumieć, że świat się nie zatrzymał i nie zatrzyma, że życie jest wartością. Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek wraca do najprostszych form miłości. Do podstaw. Do źródeł. To była jedna z lekcji, których nie da się znaleźć w żadnym podręczniku. Że czasem prawdziwa odwaga zaczyna się od tego, żeby pozwolić się sobą zaopiekować.

Rehabilitanci są tak cierpliwi w walce o moje zdrowie, że aż zaczynam się wstydzić, że im zależy bardziej niż mnie. Na zmianę, niewzruszeni tym, że wciąż unikam wzięcia odpowiedzialności za własne zdrowie, każdego dnia tak samo mnie wspierają.

Pamiętam taki moment, kiedy pod gabinetem lekarskim trzymam na kolanach moje wyniki badań i klisze z prześwietleniami. Wykonuję jakiś nieporadny ruch i wszystko to rozsypuje mi się po podłodze. Chcę wybuchnąć płaczem ze złości, ale przełykam łzy, a potem powoli i mozolnie zaczynam zbierać ten bałagan. Rehabilitantka stoi na końcu korytarza i tylko mi się przygląda. Chyba wie, że nie zniosłabym tego, gdyby podeszła i mi pomogła, że muszę, choć nieporadnie, zrobić to sama. Nawet jeśli miałoby to trwać wieczność.

Któregoś dnia zaczynam zaciskać i rozluźniać pięść. Bez planu. Bez celu. Sprawdzam tylko, czy mięśnie jeszcze reagują. Robię to godzinami. Dzień po dniu. Ten jeden ruch jest do zniesienia. I tylko tyle wystarcza na początek.

Boli mnie całe ciało, ale decyduję, że chcę pracować. Chyba nawet czuję, że muszę pracować, żeby odwrócić uwagę od mojej niepełnosprawności. Kontynuuję z sanatorium prowadzenie programu Automaniak dla TVN-u. Przyjeżdża do mnie ekipa i wywożą mnie na wózku na ławeczkę w ogrodzie ośrodka. Żeby ukryć gorset ortopedyczny, zakładam kurtkę z wysokim kołnierzem i razem z Maćkiem Wisławskim, jednym z najbardziej utytułowanych rajdowców w Polsce, nagrywamy zapowiedzi do kolejnych odcinków, a ja udaję, że daję radę. Pierwszy sezon Misji Martyna pozostaje niedokończony.

Jestem w tym programie liderką i wszystkim wydaje się, że to takie wspaniałe, bo spływa na mnie cały splendor. A dla mnie to także gigantyczna odpowiedzialność za innych, którzy włożyli cały swój talent w przygotowanie wyjazdu, reżyserię, w nakręcenie zdjęć, udźwiękowienie. To dlatego wywieram na siebie presję, zupełnie jakby to była moja wina, że mieliśmy wypadek, a teraz jeszcze nie mogę się ogarnąć i wrócić do pracy. Bo kiedy ja nie pracuję, nie pracuje też cały zespół. Nikt nie ma o to pretensji, wszyscy wiedzą, co się wydarzyło. Zginął człowiek. A jednak pojawiają się pytania.

– To już wiesz, ile zajmie ci powrót do formy? – słyszę.

Nikt nie naciska. Trzeba tylko coś zaplanować.

Z sanatorium wracam do Warszawy na Wigilię. Znów jestem podłamana psychicznie. Na okładkach brukowców widzę swoje zdjęcia z pogrzebu Rafała. Jestem na nich blada, skrzywiona w grymasie. I ten tytuł: „Na wózku żegna przyjaciela. Czy to koniec misji Martyny?”. I komentarze: „Wojciechowska się skończyła. Już nie wróci do gry”.

Święta spędzam z bliskimi, ale wciąż czuję się nieobecna, jakbym była daleko stąd. Wiszę na telefonie, długa rozmowa z Alicją, jak u nich, że dziesięcioletnia Ula źle znosi brak Rafała, a trzyletnie bliźniaki wciąż nie rozumieją, co się stało. Dlaczego tata nie wraca do domu? Alicja w tym taka silna, choć zagubiona, bo kochała Rafała od czasów liceum i życia sobie bez niego nie wyobraża. Nie pytam, choć bardzo bym chciała, czy mają do mnie żal. Czy to, że ja przeżyłam, sprawia im przykrość? Czy uważają, że to niesprawiedliwe? Odważę się o to zapytać dopiero wiele lat później.

Sylwester w towarzystwie tańczących par, podczas gdy ja jestem uwięziona w gorsecie, nie nastraja mnie dobrze. Znajomi dzwonią z życzeniami szczęśliwego nowego roku, właśnie przygotowują się do wyjazdu, bo zaczyna się sezon wspinaczkowy w Andach. Szczęśliwego? Ja już nigdy nie będę szczęśliwa, myślę w duchu, ale mówię:

– Wam też życzę wszystkiego dobrego.

Nienawidzę, kiedy ludzie próbują udawać, że wiedzą, co czuję, i dodają:

– Dasz radę! Jak nie ty, to kto?!

Nie chcę dać rady. Niczego nie chcę. Tylko żeby się to skończyło.

Na początku stycznia 2005 roku postanawiam wrócić do sanatorium, tam czuję się najlepiej i najbezpieczniej. Po wielu miesiącach po raz pierwszy się uśmiecham. Zaczynam dostrzegać, że czuję się lepiej, że z twarzy schodzi opuchlizna, z ud i brzucha ustępują rozległe wylewy. Leżę w łóżku, kiedy dzwoni telefon.

– Jak się czujesz? – zadaje mi banalne pytanie moja przyjaciółka.

– Dziękuję, beznadziejnie – odpowiadam.

– Włącz telewizor – mówi niezrażona. – Robię Fakty, będzie materiał jakby specjalnie dla ciebie, bo przecież kochasz góry. Na pewno cię ucieszy.

Jest 14 stycznia 2005 roku. Piotr Morawski i Simone Moro zdobyli właśnie, w środku zimy, szczyt ośmiotysięcznika Shisha Pangma. Zimowa wspinaczka to wciąż jedno z największych wyzwań eksploracyjnych na świecie. Zaledwie garstka ludzi dokonała czegoś tak trudnego. Od 1980 do 1988 roku tylko Polacy jako pierwsi zdobywali ośmiotysięczniki zimą. I nagle, po 16 latach przerwy, włoski wspinacz przełamał nasz monopol w tej dyscyplinie. Simone wspinał się jednak z polskim zespołem. Oprócz Piotrka są z nim jeszcze Darek Załuski, Jacek Jawień i Janek Szulc.

To, co oglądam, jest niesamowite. Cała ta sytuacja – zmaganie się z trudnymi warunkami, huraganowy wiatr, temperatury spadające do minus 50 stopni Celsjusza, a w końcu szczęście wspinaczy, radość ze zdobycia szczytu. I wtedy, gapiąc się w telewizor, przypominam sobie, jak bardzo kocham góry. Jak wspaniale czułam się zaledwie rok temu na szczycie Kilimandżaro. W zaśnieżonych Alpach na wierzchołku Mont Blanc. W Tatrach, Beskidach. Niemal czuję powiew lodowatego wiatru, który budzi mnie do życia. W mojej głowie rodzi się myśl, że tylko to może mnie podnieść z dna.

Kilka dni później oglądam dwa filmy dokumentalne ze wspinaczki na Mount Everest. Ktoś ze znajomych wspominał kiedyś, że zastanawiał się nad wejściem na Dach Świata, bo chyba nawet byłaby szansa, bo to może do ogarnięcia, bo już rozmówił się z ludźmi, którzy się tam wspinali. A na tych filmach kurzawa, że hej! W małym namiociku szarpanym podmuchami okrutnego wiatru siedzi chyba szóstka sinych z wyziębienia ludzi. Ten obraz sprawia, że aż wstrzymuję oddech.

Ale ziarenko już kiełkuje w mojej głowie. Obrazy ze szczytu Shisha Pangmy i filmy o walce z siłami natury na Evereście uzmysławiają mi, że zmierzenie się z ekstremalnymi warunkami to dla mnie jedyna droga. Że potrzebuję dyskomfortu, wręcz bólu i cierpienia, żeby wrócić do siebie, żeby się osadzić. Czuję, że nie mogę myśleć wyłącznie o powrocie do formy. Nie chcę się bać kolejnego dnia, wypełnionego godzinami tej pieprzonej, nudnej, żmudnej rehabilitacji. Czuję, że właśnie dlatego, że jest tak bardzo, bardzo źle, muszę przesunąć swój horyzont. Spojrzeć na tyle daleko, żeby odzyskanie sprawności było tylko nic nieznaczącym etapem. Bo prawdziwy cel leży przecież znacznie dalej. A w zasadzie – wyżej.

Kiedy ta myśl na dobre mieszka już w mojej głowie, zaczynam ćwiczyć, trenować, koncentrować się na tym, żeby niechcący, niejako przy okazji, dojść do siebie, ale tak naprawdę – żeby przygotować się do wyprawy na Everest. Zupełnie inaczej wykonuje się te same ćwiczenia z myślą o Najwyższej Górze Świata.SUPERDZIEWCZYNY NIE PŁACZĄ

rozdział trzeci

Gdy w grudniu 1978 roku nadeszła zima stulecia, miałam cztery lata. Jako zdrowe, zahartowane dziecko wybrałam się z cioteczną siostrą Kasią na śnieżne szaleństwa. Lepienie bałwana, rzucanie śnieżkami i podobne zabawy szybko mi się znudziły. Nagle stanęłam jak zaczarowana. Przede mną była wielka góra śniegu, znacznie wyższa od tych, które wcześniej widywałam w okolicy swojego domu. Urodziłam się i wychowałam w Warszawie, gdzie najwyższym wzniesieniem jest Górka Szczęśliwicka o wysokości 152 metrów n.p.m. Rodzice od wczesnego dzieciństwa zabierali mnie w góry, ale to był właśnie pierwszy „masyw górski”, jaki zapamiętałam.

Trzy lata starsza Kasia próbowała przemówić mi do rozsądku, ale ja od razu postanowiłam wleźć na sam szczyt. A gdy w końcu mi się to udało, okazało się, że ta góra śniegu nie była ubita i stabilna. Wpadłam po pas. Siostra ciągnęła mnie za ręce tak zawzięcie, że moje nowe, piękne czerwone kozaczki zostały w zaspie. Do domu wracałam na bosaka. Lodowaty śnieg pod stopami w ogóle mi nie przeszkadzał.

Wierzę, że w niektórych ludziach drzemie potrzeba wchodzenia tam, gdzie jest najwyższy punkt na horyzoncie. Nie tylko dlatego, że stamtąd widać dalej. Do dziś uważam, że każda góra na mojej drodze to wyzwanie, a nie przeszkoda.

Choć wychowałam się na nizinach, zawsze ciągnęło mnie w góry, na południe Polski. Szczególnie lubiłam jeździć na nartach. To był, poza wyścigami motocyklowymi, mój ukochany sport, aż do dnia, gdy w czasach licealnych założyłam się z chłopakami, że zjadę po oblodzonej ściance w gęstej mgle na Kopie w Karpaczu. Już na drugim zakręcie wywróciłam się i uderzyłam podstawą czaszki w lód. W nocy poczułam ból, zaczęło mi paraliżować nogi. Kiedy koledzy odwieźli mnie do szpitala w Bierutowicach, lekarz od razu założył mi kołnierz ortopedyczny. Poinformował też, że mam pęknięty kręgosłup i jeśli do następnego dnia nie odzyskam pełnego czucia w nogach, to pewnie już nie będę chodzić. Doprawdy, mistrz dyplomacji.

Po kilku miesiącach rehabilitacji wróciłam jednak do pełnej sprawności. Wtedy też odkryłam, że góry są równie piękne i fascynujące, gdy się po nich wędruje i wspina, a nie tylko, kiedy się z nich zjeżdża na złamanie karku.

Urodziłam się niestety 10 lat po tym, jak ostatni szczyt z Korony Himalajów i Karakorum został zdobyty. „Niestety”, bo wiedziałam, że na żadnym ośmiotysięczniku nie zatknę już flagi jako pierwsza zdobywczyni. Jako młoda, dorastająca dziewczyna podziwiałam naszych himalaistów. Wyczyny Wandy Rutkiewicz, która w 1978 roku jako pierwsza Polka stanęła na Evereście, a osiem lat później także na K2, zawsze poruszały moją wyobraźnię. Naraziła się tym całemu środowisku wspinaczy w naszym kraju. Nie była jedynie pierwszą kobietą, ale też pierwszą osobą z Polski na obu tych szczytach. W realiach tamtego środowiska i epoki było to niewybaczalne – nie tylko dlatego, że zdobyła szczyty, lecz także dlatego, że sprzątnęła mężczyznom sprzed nosa dwa najwyższe i najważniejsze wierzchołki na świecie.

Osiągnięcia Jerzego Kukuczki, który jako drugi po Reinholdzie Messnerze zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czy wspinaczka na Everest Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego, którzy w 1980 roku stanęli na wierzchołku ośmiotysięcznika jako pierwsi ludzie zimą, napawały mnie dumą, ale i lękiem. Wydawało mi się wtedy, że trzeba mieć nadludzką siłę i wytrzymałość, żeby robić takie rzeczy.

Postanowiłam jednak kontynuować rodzinną tradycję, czyli zająć się motoryzacją. Mój tata Stanisław miał wówczas duży warsztat samochodowy, w którym spędzałam każdą wolną chwilę. Wymiana klocków hamulcowych i regulowanie gaźników wydawały mi się znacznie bardziej fascynujące niż gotowanie z mamą w kuchni naszego domu przy ulicy Połczyńskiej w Warszawie. Tata zadbał, żeby zapach smaru kojarzył mi się lepiej niż zapach ciasta.

Była połowa lat 80. Już do szkoły podstawowej dojeżdżałam motorynką, nauczyłam się dobrze jeździć w wieku 10 lat. Oczywiście, nie posiadałam uprawnień do prowadzenia pojazdów, ale w tamtych czasach milicja obywatelska miała większe problemy niż interesowanie się faktem, że dziecko śmiga po drogach czy bezdrożach niebieskim Rometem 50. I to głównie bez kasku, co nie było ani bezpieczne, ani mądre. Wtedy często wracałam do domu albo z rozbitym kolanem, albo rozbitym reflektorem i wgiętym błotnikiem. Przekonywałam jednak rodziców, że trening czyni mistrza i bez tego nie zostanę wyścigowym kierowcą motocyklowym.

To było wtedy moim największym marzeniem. Kiedy powiedziałam o tym głośno na godzinie wychowawczej, odpowiadając na pytanie: „Kim chcesz zostać w przyszłości?”, zostałam wyśmiana. I usłyszałam, że to niemożliwe, bo dziewczynki nie zostają kierowcami wyścigowymi. A poza tym to przecież żaden zawód. Tylko rodzice się nie śmiali, kiedy snułam przed nimi moje radosne wizje. Świat zewnętrzny miał się okazać znacznie mniej wyrozumiały.

Finał programu Big Brother, 17 czerwca 2001 roku

Zamiast więc zgłębiać tajniki wspinaczki, w wieku 18 lat zrobiłam licencję kierowcy wyścigowego, potem rajdowego, a potem także sportową licencję FIA, Międzynarodowej Federacji Samochodowej. Celowo nie używam feminatywów, bo wtedy niewiele osób wyobrażało sobie kobiety w tym sporcie. Zresztą moja idolka Wanda Rutkiewicz też miała na koncie karierę rajdową. W latach 80. startowała w zawodach Polonezem, a auto serwisowała w warsztacie mojego taty. Zapamiętałam ją jako wyjątkowo atrakcyjną kobietę, pachnącą dobrymi zachodnimi perfumami. Jednak to osiągnięcia w górach wysokich uczyniły z niej w mojej wyobraźni superbohaterkę. Chciałam być jak ona. W końcu Wanda wróciła do wspinaczki. O mnie przeznaczenie górskie też miało się upomnieć.

Zanim to jednak nastąpiło, zostałam „paniusią z telewizji”. Wiosną 2001 roku, kiedy miałam 27 lat, zgodziłam się przefarbować włosy na blond. Ktoś w stacji TVN uznał, że według widzów tak właśnie powinna wyglądać „prawdziwa kobieta”. Zresztą z tym kolorem zostałam do dziś i bardzo go polubiłam, nawet jeśli wtedy czułam, że tak trzeba i już. Powierzono mi prowadzenie kultowego programu Big Brother, który debiutował wtedy w Polsce.

Z Maciejem Wisławskim w programie Automaniak, 1999 rok

Nie miałam pojęcia, w co się pakuję. Nigdy wcześniej nie występowałam w programie na żywo, a całą wiedzę o tym, czym jest taki reality show, miałam czerpać ze zdartych kaset VHS z nagraniami brytyjskiej wersji programu. Pierwszy odcinek polskiej edycji obejrzały 4 miliony widzów, finał – prawie trzy razy więcej, co do dziś jest rekordem oglądalności tego typu programów. Polska zamarła w oczekiwaniu na wyniki głosowania widzów. Ja w sumie też.

– Ogląda nas właśnie ponad 10 milionów ludzi, ale nie przejmuj się – usłyszałam przez słuchawkę w uchu głos reżysera. – Trzy, dwa, jeden... Jesteś na antenie.

Dzień po premierze pierwszego odcinka odkryłam, że nie mogę wyjść spokojnie po bułki do sklepu. Mimo że o to nie zabiegałam, z dnia na dzień stałam się jedną z bardziej rozpoznawalnych osób w kraju. Co prawda pracę w mediach zaczęłam w 1995 roku, a już od blisko czterech lat tworzyłam program Automaniak w stacji TVN, w którym testowałam samochody i motocykle, relacjonowałam rajdy i przeprowadzałam wywiady z mistrzami F1.

Wcześniej, na przełomie lat 80. i 90., byłam jedną z niewielu kobiet w naszym kraju, które jeździły motocyklem i rywalizowały z chłopakami o pierwszeństwo na każdej prostej spod świateł. Wtedy wierzyłam, że tylko tak zaskarbię sobie ich szacunek. Przyzwyczaiłam się do tego, że rzucam się w oczy, a więc w jakiś sposób jestem rozpoznawalna. Jednak dopiero w trakcie emisji programu Big Brother stałam się własnością publiczną.

To był czas wielkich przemian. Polska dopiero szykowała się do wejścia do Unii Europejskiej, z internetem łączyliśmy się przez modem, a pobieranie filmu trwało kilka nocy, jeśli w ogóle ktoś wiedział, jak to zrobić. Ja akurat nie miałam pojęcia, komputera używałam rzadko, wszystko notowałam w dziennikach. Ze znajomymi pisałam krótkie, bo drogie, SMS-y na cegłowatej Nokii, z wakacji wysyłałam pocztówki. Na imprezach królowała Shakira, ja trzymałam się klasyków: w samochodzie włączałam na cały regulator Metallicę albo mój ulubiony utwór grupy Reamonn Supergirl. It’s OK. I got lost on the way, but I’m a supergirl. And supergirls don’t cry. Dokładnie tak, myślałam. „Superdziewczyny nie płaczą!” – śpiewałam głośno przy otwartym oknie mojego sportowego samochodu.

Z jednej strony telewizja chciała, żebym odgrywała rolę blond laski, a z drugiej – odkąd pamiętam, przebijałam szklane sufity i, choć wtedy nie umiałam tego nazwać, byłam feministką. Wówczas polegało to głównie na udowadnianiu, że jako dziewczyna, a potem młoda kobieta mogę realizować projekty „zarezerwowane dla mężczyzn”. A żeby być traktowaną naprawdę poważnie, czułam, że nie wystarczy robić tego samego co faceci. Trzeba robić więcej. Mocniej. Szybciej.

Uprawiałam więc różne sporty ekstremalne, motocyklami jeździłam zdecydowanie za szybko, nurkowałam za głęboko, kilka razy ocierając się o śmierć. Nie było wyzwania, przed którym bym się cofnęła, i głośno mówiłam, że odwaga to kwestia decyzji. Nie miało znaczenia, jaką płaciłam za to cenę i czy się bałam.

No i jeszcze program w telewizji, w którym to baba opowiada o motoryzacji, a przecież wiadomo, że każdy mężczyzna w tym kraju zna się na tym najlepiej. Wierzyłam, że muszę przeć do przodu, nie płakać, a jeśli już, to płakać tylko w samotności, bo każda moja słabość zostanie wykorzystana przeciwko mnie. Że inaczej po prostu nie przetrwam w tym świecie.

Na przełomie 2001 i 2002 roku wbrew tym, którzy mówili, że to niemożliwe, jako pierwsza kobieta z Polski wystartowałam w najtrudniejszym rajdzie świata, czyli w słynnym Dakarze. Trasa liczyła prawie 10 000 kilometrów i biegła z Arras we Francji aż nad słynne różowe jezioro w Dakarze, stolicy Senegalu. Z moim pilotem Jarkiem Kazberukiem zajęliśmy 44. miejsce w klasyfikacji generalnej. Sportowo to żaden wielki wynik, ale dla mnie ważne było to, że oboje debiutując w tej imprezie, dojechaliśmy do mety jako jedyna załoga samochodowa z Polski.

Gdzieś na Saharze zrozumiałam, że w telewizji pokazują wyłącznie zawodników z czołówki. Tymczasem prawdziwa walka o przetrwanie toczy się w ogonie tej imprezy, wśród zawodników, którzy nie mają wielkich budżetów, wypasionych aut i wsparcia profesjonalnych teamów. Zrozumiałam, że przejechałam wiele krajów, relacjonując zawody, ale najciekawsze było to, co się działo za kulisami, że dla mnie najważniejsze są ludzkie historie i że właśnie takie filmy chcę robić. W najdalszych zakątkach globu i nielukrowane. Że chcę odwrócić kamerę i filmować to, czego zwykle nie widać.

Zanim powiedziałam o tym głośno, wystartowałam jeszcze w Rajdzie Transsyberia. Zajęłam drugie miejsce w klasyfikacji generalnej i podjęłam decyzję, że moja kariera rajdowa dobiegła końca. Poza wielkim sercem do walki zwyczajnie brakowało mi talentu w tej dziedzinie. Nie było więc nad czym rozpaczać.

– Kto będzie oglądał, jak tarzasz się w błocie i poskramiasz dzikie węże? – Moi szefowie kręcili głowami z powątpiewaniem, kiedy próbowałam nakreślić wizję programu przygodowo-podróżniczego, jakiego w Polsce jeszcze nie było.

Oczywiście wiele lat wcześniej na antenie telewizji publicznej emitowany był program Pieprz i wanilia Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika, okno na świat w czasach szarego komunizmu. Sama z wypiekami na twarzy siedziałam przed telewizorem marki Rubin z nosem przyklejonym do ekranu i podziwiałam podróże tego wspaniałego duetu. Szczególnie podziwiałam Elżbietę, z którą dziś się przyjaźnię i nazywam ją moją „podróżniczą mamą”.

To, że kobieta mogła podróżować na krańce świata, było dla mnie szczególnie inspirujące. Ja jednak chciałam realizować inny program – bardziej dynamiczny, żeby nie powiedzieć – ekstremalny. Podejmować wyzwania, faktycznie doświadczać wszystkiego na własnej skórze i pokazywać to widzom. Nurkowanie z rekinami, niejadalne potrawy, skoki na głęboką wodę, włażenie w najciemniejsze zaułki – to właśnie ekscytowało mnie najbardziej.

– Poprowadzisz kolejny wielki reality show – próbował mnie przekonywać Edward Miszczak, wówczas dyrektor programowy stacji TVN. Kusił wyższymi zarobkami.

Chyba wszyscy poza wąskim gronem przyjaciół byli przekonani, że reportaże z krańców świata to ślepy zaułek mojej pracy w mediach. Ale ja traktowałam Big Brothera jak przelotny romans. Co innego mnie pasjonowało. Chciałam zrobić coś po swojemu. Najpierw, z początkującym wówczas producentem Rinkem Rooijensem, nagraliśmy pilota, potem znalazłam finansowanie. W końcu prezes TVN-u poparł projekt Misja Martyna.

Kiedy w 2004 roku wyruszyliśmy z ekipą w pierwszą podróż, wiele osób spodziewało się, że szybko wrócę z podkulonym ogonem i przestanę wydziwiać. Skompletowałam ekipę, rozmawiałam z kilkoma operatorami kamery, z których wybrałam Rafała Łukaszewicza. Dlatego czułam się odpowiedzialna za wszystko i za wszystkich w tym programie. A najbardziej zależało mi na tym, żeby ci, którzy powtarzali, że to będzie klapa i że sobie nie poradzę, jednak się pomylili. Ostatni odcinek, na Islandii, miał być dowodem, że niemożliwe nie istnieje.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij